Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Większość bezwzględna ebook

Remigiusz Mróz

3.66666666666667 (3)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 502 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Większość bezwzględna - Remigiusz Mróz

W kręgach władzy trwa kryzys. Po skandalu z udziałem premiera, parlament nie zdołał uchwalić wotum nieufności, a polityk, który miał przejąć władzę, znalazł się w szpitalu. Prognozy zarówno dla niego, jak i dla kraju, nie są dobre.

Sytuację pogarsza fakt, że niedługo przed mającym odbyć się w Polsce międzynarodowym szczytem, do służb specjalnych dociera informacja o możliwym zamachu. Prezydent Daria Seyda traktuje ostrzeżenia wywiadu jako realną groźbę, ale ma pewne wątpliwości – doniesienia bowiem pochodzą nie od sojusznika, a przeciwnika na arenie międzynarodowej. W dodatku ktoś z otoczenia głowy państwa zaczyna sabotować prezydenturę Seydy…

Kiedy Polska staje na krawędzi chaosu, na scenie politycznej pojawia się nowy, bezkompromisowy gracz. Zdaje się kierować słowami Winstona Churchilla, który radził: „nigdy nie pozwól, by dobry kryzys się zmarnował”.

Opinie o ebooku Większość bezwzględna - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Większość bezwzględna - Remigiusz Mróz

Dla Kasi Bondy,

z podziękowaniem za to,

że wygoniła mnie na urlop

Na wojnie możesz zginąć tylko raz,

w polityce – wielokrotnie.

Winston Churchill

CZĘŚĆ 1

Rozdział 1

Była już na granicy snu, powoli dostrzegała majaczące na horyzoncie wyobraźni koszmary, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Daria Seyda zamrugała, potarła oczy i spojrzała na wyciągnięte na biurku nogi.

Miała na sobie luźną szarą bluzę z logiem Philadelphia Flyers i dresowe spodnie. W gabinecie prezydenckim czuła się jak w pieleszach – nie bez powodu, bo od jakiegoś czasu to właśnie w nim spędzała najwięcej czasu. Początkowo przebywanie tu w domowym stroju wydawało się niewłaściwe, kłóciło się z pałacowym wystrojem i wizerunkiem prezydentów, który znała z mediów, teraz jednak stało się naturalne.

Pukanie przybrało na sile. Seyda ściągnęła nogi z biurka, starając się odegnać widmowe mary, które już się nad nią zbierały. Nie spała dobrze od przeszło miesiąca, kiedy to dowiedziała się, że cała jej kariera polityczna wisi na włosku. Włosku, który z każdym dniem stawał się coraz cieńszy.

– Wejdź, Hubert – rzuciła, doskonale wiedząc, że tylko jedna osoba może niepokoić ją o tak późnej porze. A może wczesnej? Właściwie nie wiedziała nawet, która jest godzina.

Szef prezydenckiej kancelarii wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i głęboko wciągnął powietrze nosem, jakby w gabinecie unosiła się jakaś podejrzana woń.

– Coś nie tak? – odezwała się Daria.

– Nie. Po prostu uwielbiam zapach problemów o poranku.

Seyda rozejrzała się za zegarkiem. Musiała ściągnąć go i zostawić w pokoju wypoczynkowym – który z wypoczynkiem właściwie miał tyle wspólnego, ile elektrownie węglowe z czystym powietrzem. Prezydent przebywała tam jedynie, kiedy nie miała żadnych dokumentów do podpisania, telefonów do wykonania ani innych rzeczy do załatwienia – a wówczas całą uwagę poświęcała głowieniu się nad swoimi problemami.

Czy bardziej dotyczyły jej, czy kraju, nie potrafiła powiedzieć. Na jednym i drugim froncie siły przeciwnika zdawały się mieć przytłaczającą większość.

– ParafrazujeszCzas apokalipsy? – spytała.

Korodecki usiadł przed biurkiem i wzruszył ramionami.

– W jakiś sposób wydało mi się to adekwatne.

– Aż tak beznadziejne wieści przynosisz?

– A czy przychodziłbym do pani z innymi?

– Właściwie od pewnego czasu cię o to nie podejrzewam.

– Całkiem słusznie.

Przez moment oboje milczeli.

– Ale na pani miejscu przesadnie bym się nie martwił – dodał w końcu Hubert, lekko się uśmiechając. – Początkujący żeglarz nigdy nie stanie się doświadczonym wilkiem morskim, jeśli będzie pływał po…

– Spokojnych wodach – ucięła Seyda. – Tak, tak.

Rozejrzała się i syknęła pod nosem z dezaprobatą.

– Która jest godzina, do cholery? – spytała.

– Piąta nad ranem.

Zerknęła na niego z niedowierzaniem.

– I już jesteś w pałacu?

– Zapomniałem pójść do domu, pani prezydent. Jakiś miesiąc temu.

– No tak – odparła pod nosem.

Korodecki zawsze był na posterunku, tak teraz, jak i kiedy ona była marszałkiem sejmu, a on szefem kancelarii. Nie wyobrażała sobie, by ktokolwiek inny stanął na czele organu, który miał zapewniać jej obsługę na nowym stanowisku. Hubert był zresztą jedyną osobą w polskiej polityce, której naprawdę ufała.

W dodatku z zasady zdawał się mieć do wszystkiego dystans. Szczególnie do złych wieści, których przekazywanie od pewnego czasu rzeczywiście było na porządku dziennym.

– Więc? – odezwała się. – O co chodzi?

– O szczyt w Malborku.

– Myślałam, że to zamknięta sprawa.

Korodecki poruszył się nerwowo.

– Może okazać się bardziej zamknięta, niż sądziliśmy. Przynajmniej jeśli chodzi o ewentualne zasieki, obwarowanie, liczbę służb zaangażowanych w ochronę i…

– O czym ty mówisz, Hubert?

Przez twarz przemknął mu wyraz niepokoju. Krótki, ledwie widoczny, ale dla Seydy stanowiący odpowiednik czerwonej lampki ostrzegawczej.

– Dostaliśmy niepokojące informacje, pani prezydent.

Niepokojące na dobrą sprawę były wszystkie wieści, jakie wiązały się z międzynarodowym szczytem. Za jego zorganizowanie odpowiadał premier, Adam Chronowski – człowiek, który już dawno powinien gęsto tłumaczyć się przed Trybunałem Stanu i od pewnego czasu siedzieć w więzieniu. Tymczasem wciąż formalnie stał na czele Rady Ministrów.

Miało się to zmienić miesiąc temu. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, a większość niezbędna do uchwalenia wotum nieufności została zebrana. Patryk Hauer jechał na Wiejską, by dopełnić formalności.

I wówczas wydarzyła się tragedia.

Daria nie chciała o tym myśleć. Czas, który upłynął od tamtego zdarzenia, był dla niej jak czarny grudzień dwa tysiące szóstego roku w NHL, kiedy Philadelphia Flyers przegrali dziewięć meczów pod rząd. Passa porażek zdawała się nie kończyć.

Jedynym zwycięstwem, niewielkim przebłyskiem nadziei na lepszą przyszłość był fakt, że mimo kryzysu udało się ocalić planowany szczyt. Zorganizowano go pod egidą OBWE, między innymi z udziałem czwórki normandzkiej – Rosji, Francji, Niemiec i Ukrainy. Przedmiotem rozmów miał być konflikt w Donbasie, a Polska wydawała się odpowiednim miejscem do ich przeprowadzenia. Jako jedyne państwo NATO i UE graniczyła zarówno z Ukrainą, jak i z Rosją.

Chronowski uważał organizację spotkania za jeden ze swoich największych sukcesów. I mimo że szczyt w Malborku nie mógł przynieść żadnego realnego przełomu, Seyda również traktowała go jako polski triumf na arenie międzynarodowej.

Fakt, że szef kancelarii wspomniał o niepokojących informacjach w tym kontekście, był jak nadciągający burzowy front.

– Hubert? – ponagliła go.

– Rosjanie twierdzą, że istnieje ryzyko ataku.

– Co takiego?

– Dziś w nocy dostaliśmy informacje od Narodowego Komitetu Antyterrorystycznego.

Daria zamrugała nerwowo.

– Słyszała pani o wczorajszej akcji Rosgwardii w Czeczenii?

Skinęła głową. W tamtym rejonie tak zwane Państwo Islamskie poczynało sobie coraz śmielej, wchodząc w kolejne starcia z Gwardią Narodową. Szczególnie łakomy kąsek dla terrorystów stanowiły magazyny z bronią – byli gotowi zakładać pasy szahida i rezygnować z tradycyjnych ataków w zaludnionych miejscach, bo Rosgwardia gromadziła niemały arsenał. Najczęściej jednak nie odnosili sukcesów, a dodatkowo narażali się na kontrataki ze strony Rosjan. Tak jak w tym wypadku.

– Żołnierze z pułku artyleryjskiego rozbili kilka placówek dżihadystów – ciągnął Korodecki. – W jednej z nich znaleźli fałszywe polskie prawo jazdy.

Seyda czekała na ciąg dalszy, ale Hubert umilkł, jakby ta szczątkowa wiedza miała jej wystarczyć do zrozumienia powagi sytuacji.

– I? – zapytała Daria.

– Wygląda na to, że szykowali się do złożenia wizyty w Polsce.

– Bo mieli w dziupli prawo jazdy?

– Podrobione.

– W każdym supermarkecie dostaniesz parówki, Hubert.

Korodecki wyraźnie nie wiedział, do czego zmierza.

– Podrobione mięso – wyjaśniła. – I nikt nie twierdzi, że producenci chcą nas wymordować.

– Nie?

Skwitowała to milczeniem.

– NAK w każdym razie uznał, że sytuacja jest poważna – dodał Korodecki.

– Bo im to na rękę. Gdyby to od Rosjan zależało, ten szczyt w ogóle by się nie odbył.

Wiedziała, co mówi. Jej odpowiednik z Federacji Rosyjskiej, Michaił Trojanow, robił wszystko, by przekonać pozostałe kraje do rezygnacji ze spotkania. Argumentował, że Polska nie jest po pierwsze partnerem do rozmowy, a po drugie miejscem do organizowania takiego szczytu. Nie, kiedy sama zmaga się z chaosem.

– To ustawka – dodała Seyda. – Robili, co mogli, żeby odgryźć się na mnie za niewydanie im Ziarnika. Teraz sięgają po ostatnią deskę ratunku.

Hubert nie wydawał się przekonany.

– Ziarnik nie żyje, przekręt premiera wyszedł na jaw – odezwał się z powagą. – Rosjanie tylko na tym skorzystali.

– Ale Trojanow potraktował to jako prztyczek ode mnie.

– Przesadza pani.

Ceniła go za to, że nie owijał w bawełnę. Był jednym z nielicznych, którzy w ostatnim czasie nie zachowywali się jak słoń w składzie porcelany. Wszyscy inni niezgrabnie i nieudolnie lawirowali gdzieś między szacunkiem wobec niej a obawą przed powiedzeniem czegoś niewłaściwego. Powód był prosty – kiedy doszło do kryzysu w ośrodku premiera, ciężar władzy przesunął się na drugi organ egzekutywy.

Wszyscy patrzyli na prezydent z nadzieją, że zrobi w kraju porządek. Nikt nie miał pojęcia o tym, że Chronowski nadal trzyma ją w garści. I że właśnie przez to od miesiąca niemal nie zmrużyła oka.

Daria wbiła wzrok w Korodeckiego, który wciąż czekał na jej reakcję.

– Premier wie? – zapytała.

– Jeszcze nie.

– Więc trzeba…

– Od niego nic nie zależy, pani prezydent – wpadł jej w słowo Hubert. – Cały szczyt odbywa się tylko dlatego, że to pani przejęła rolę gospodarza. Inaczej czwórka normandzka nigdy nie zgodziłaby się na jego organizację.

– Tak, ale…

– Wykonała pani świetną robotę i pokazała się nie tylko jako nieustępliwa, ale także odpowiedzialna polityk.

Nie musiał mówić nic więcej. Sam fakt, że zdecydował się jej słodzić, dowodził, że uważa sytuację za poważną.

– Teraz pora potwierdzić tę odpowiedzialność – dodał. – Musimy potraktować to jako realne niebezpieczeństwo.

– Albo realny fake news.

– To chyba oksymoron – zaoponował Korodecki.

– W przypadku Rosjan? Raczej norma – odparła, podnosząc się z wygodnego, choć nieco wysłużonego krzesła biurowego. – Swoją drogą, wiedziałeś, że to słowo składa się z wyrazów przeciwstawnych?

– Co proszę?

– Oksymoron jest oksymoronem samym w sobie. Oksýs znaczy ostry, a mōros tępy.

– Fascynujące – bąknął szef kancelarii. – Choć jakoś przeżyłbym bez tej wiedzy.

– Za mōros się nie uważam – ciągnęła Seyda. – Dlatego nie mam zamiaru dać się ograć Trojanowowi. Już raz sobie ze mnie zakpił. O raz za dużo.

– Rozumiem. Ale Rosjanie…

– Rosjanie robią to, w czym są najlepsi. Mącą, przeinaczają, kopią pod innymi dołki, a kiedy tylko otwierają usta, możesz być pewien, że robią to wyłącznie po to, by uprawiać propagandę opartą na najohydniejszych totalitarnych wzorcach.

– Innymi słowy, zajmują się zwykłym PR-em.

Uniosła brwi, Korodecki zabrzmiał bowiem, jakby po raz pierwszy miał zamiar bronić wschodnich sąsiadów.

– Przynajmniej według faceta, który wymyślił to pojęcie – dodał Hubert, lekko unosząc kąciki ust.

– Trzeba było je wymyślać?

– Może i nie, ale tak czy inaczej zrobił to Edward Bernays. Na pomysł terminu i techniki wpadł podczas wojny, analizując reakcje tłumu. Zaczął pracować nad powieleniem podobnych zabiegów propagandowych w czasie pokoju, ale wiedział, że musi określić je tak, by brzmiały przyjaźnie i niegroźne. Stąd public relations.

Daria milczała.

– Sądzi pani, że bronię Rosjan?

– Tak.

Skinął głową, jakby na co dzień stawał po ich stronie.

– Robię to tylko po to, żeby…

– Uświadomić mi, że włączyła mi się reakcja obronna – weszła mu w słowo.

Stanęła przy oknie i wyjrzała na zewnątrz. Mając przed sobą przypałacowy ogród, można było na moment zapomnieć, że znajduje się w centrum miasta. Szczególnie kiedy zazieleniły się buki, klony i kasztanowce z rozłożystymi koronami. Daria przez moment toczyła po nich wzrokiem, jakby sielankowy widok mógł sprawić, że zapomni także o powodzie, dla którego od razu przyjęła, że zagrożenie to rezultat rosyjskiej propagandy.

Obejrzała się przez ramię i posłała Hubertowi krótkie spojrzenie.

– Zamilkłeś.

– Bo nie muszę nic dodawać, żeby rozumiała pani powagę sytuacji.

Wstał i podszedł do niej. Podobnie jak Seyda, założył ręce za plecami i przez moment oboje patrzyli na park.

– Od tego, jak potraktuje pani te doniesienia, zależy całkiem sporo.

– Mhm.

– Nie chodzi tylko o względy dyplomatyczne. Ludzkie życie jest na szali.

Czuła się, jakby Korodecki wniknął jej do głowy i werbalizował teraz wszystkie myśli, które gdzieś w niej się kołatały.

– Jeśli to piramidalna bzdura i odwoła pani szczyt, skompromitujemy się i… właściwie namalujemy sobie na czole tarczę, zachęcając terrorystów, by w przyszłości w nią celowali.

Skinęła głową.

– Jeśli okaże się, że to prawda, a pani szczytu nie odwoła, ludzie mogą zginąć. Przywódcy kilku państw w najgorszym wypadku, zwykli obywatele w najlepszym.

– Lub odwrotnie – mruknęła.

Hubert odwrócił się do Seydy i patrzył na nią na tyle długo, by w końcu przestała unikać jego spojrzenia.

– To ogromna odpowiedzialność – dodał. – Więc całkowicie zrozumiałe, że szuka pani ratunku. A takim jest przyjęcie…

– Dobrze, już dobrze – ucięła.

Nie miała zamiaru dłużej w to brnąć. Oczywiście, że musiała traktować te doniesienia jako realne niebezpieczeństwo. W czasach, kiedy zwykła ciężarówka mogła okazać się równie groźna jak niegdyś rakieta balistyczna, żadna głowa państwa nie mogła pozwolić sobie na bagatelizowanie takich informacji.

– O której wstaje szef BBN-u? – spytała, wracając za biurko.

– Przypuszczam, że o tej, o której poleci pani go obudzić.

Pokiwała głową i westchnęła.

– Budź go, Hubert – powiedziała. – Dyrektora Rządowego Centrum Bezpieczeństwa też.

– Rozumiem.

Usiadła za biurkiem, a potem poprawiła bluzę.

– O ósmej chcę mieć raport od ministra koordynatora służb specjalnych. O dziewiątej pełną informację od Agencji Wywiadu, ABW i wywiadu wojskowego. Jeszcze przed dwunastą ma się odbyć posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Jasne?

– Jasne, pani prezydent.

Odprowadziła go wzrokiem, kiedy skierował się do drzwi. Otworzył je bez słowa i już miał zamiar wyjść, ale w ostatniej chwili się zawahał.

– Co z premierem? – zapytał.

– Sama go powiadomię – odparła, sięgając po telefon.

Hubert skinął głową, a potem wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Seyda nabrała powietrza i przez moment wstrzymywała oddech. Spojrzała na komórkę, po czym odłożyła ją na biurko. Nie miała zamiaru dzwonić do Chronowskiego.

Zagrożenie dla kraju było realne, być może największe w dotychczasowej historii III RP. Premiera musiała w końcu powiadomić, ale im dłużej wszystko odbywało się bez jego udziału, tym lepiej.

Oprócz tego Seyda wiedziała, że ostatecznie cała odpowiedzialność spoczywa na jej barkach.

Rozdział 2

Jednoosobowa szpitalna sala była przeszklona, ale żadne z okien nie wychodziło na rzeczywistość. A przynajmniej takie wrażenie miał Patryk Hauer, od kiedy wyprowadzono go ze śpiączki farmakologicznej dwa dni temu.

Od tamtej pory milczał. Odzywał się wyłącznie do siebie, w myślach. Nie reagował na pytania żony, nie otwierał ust do lekarzy ani pielęgniarek. Kiwał tylko głową, by wiedzieli, że jest świadomy.

Spędził miesiąc jako warzywo. Uwierała go ta świadomość, sprawiała, że czuł się jak zwykły, przeciętny człowiek. Dotychczas żył w złudzeniu, że w jakiś sposób wybija się ponad przeciętną. Że nie jest taki jak inni.

Wszystko, co działo się przed wypadkiem, zdawało się to potwierdzać. Podczas prac komisji śledczej doprowadził do upadku rządu. Wypracował pozycję, która pozwalała mu przejąć władzę w kraju. Unia Republikańska złożyła wniosek o uchwalenie konstruktywnego wotum nieufności.

A on miał stanąć na czele rządu. Objąć władzę.

Jeden moment, jedno zderzenie na Wisłostradzie. Dwie ofiary śmiertelne, kierowca Hauera i oficer BOR-u. On sam w stanie ciężkim trafił do szpitala.

Wszystko przepadło.

Premierostwo, perspektywy na przyszłość.

Wszystko, na co od tak dawna pracował. Na co oboje z Mileną pracowali.

Siedziała przy łóżku, zapewne tak jak co dzień, od miesiąca. Jeszcze dziś rano próbowała nawiązać z nim jakąś rozmowę, ale ostatecznie dała za wygraną. Teraz skupiała się na swoim kindle’u, raz po raz stukając w ekran, by przerzucić stronę. Patryk nie wiedział nawet, co czyta.

Odchrząknął cicho, ale ona nie podniosła wzroku. Zrobił to nieco głośniej i dopiero wtedy zorientowała się, że chce ściągnąć jej uwagę. Uniosła głowę i zmrużyła oczy.

– Gotowy, żeby pogadać?

– Tak.

Jego własny głos wydał mu się chrapliwy, głęboki i stanowczo zbyt obcy, by dobywał się z jego gardła. Kaszlnął kilkakrotnie, zasłaniając ręką usta. Każdy ruch wiązał się z bólem. Każda myśl również.

– W takim razie powiem lekarzowi, żeby przyszedł.

– W porządku.

Żadnego współczucia, żadnego rozczulania się ani pocieszającego pustosłowia. Relacja Hauerów nie zmieniała się nawet w obliczu tragedii – i Patryk był za to wdzięczny żonie. Nie bez powodu związali się ze sobą lata temu.

Milena wróciła po chwili w towarzystwie podstarzałego mężczyzny w białym kitlu. Uśmiechnął się dobrotliwie, jak zwykli to robić doktorzy na moment przed przekazaniem pacjentowi złych wieści. Tylko oni potrafili z żalu i otuchy stworzyć tak przekonującą mieszankę empatii.

– Miło, że pan do nas wrócił, panie pośle.

Hauer nie mógł przestać myśleć o tym, jak niewiele dzieliło go od tego, by zwracano się do niego „panie premierze”. Jakieś cztery kilometry. Zakładając, że na Wiejską dojechaliby na sygnale, odległość ta była równoznaczna z kilkuminutową podróżą. A jednak wydłużyła się do nieskończoności.

Popatrzył lekarzowi prosto w oczy. Wiedział, że ten zaraz powtórzy mu wszystko, co starał się przekazać wcześniej, ale nie miał zamiaru oddawać mu inicjatywy. Miał zresztą tylko jedno pytanie.

– Dlaczego wybudziliście mnie tak późno? – odezwał się.

Głos nadal brzmiał, jakby od miesiąca męczyła go chrypa.

– Cóż, było to podyktowane…

– Bez wykrętów, panie doktorze – wpadł mu w słowo. – Przez miesiąc leżałem tutaj, a cały kraj się walił.

Wiedział, że to nieprawda. Chronowski jakimś cudem utrzymał się przy władzy, a Seyda z pewnością pilnowała spraw państwowych. Zawaliło się coś innego. Jego kariera polityczna.

– Nie miałem zamiaru się wykręcać – odparł lekarz, wsuwając dłonie do kieszeni kitla. – I z chęcią będę mówił wprost.

– Proszę.

– Podjęliśmy taką decyzję, bo obrażenia były rozległe. Oprócz kawałka karoserii, która wbiła się panu w tors, doszło do mocnego uderzenia w głowę. Nastąpił niewielki obrzęk w mózgu i biorąc pod uwagę ryzyko zmian, musieliśmy zdecydować się na wprowadzenie pana w śpiączkę farmakologiczną.

Zaczął rozwodzić się nad zmianami metabolicznymi, które miały sprawić, że organizm zyska więcej sił na regenerację. Patryk przysłuchiwał się temu uważnie, starając się wryć każde zdanie w pamięć. Wiedział, że będzie je wspominał przez długi czas, obracając w głowie powody, dla których jego życie właściwie się skończyło.

– Ostatecznie nie to było oczywiście największym problemem – dodał doktor.

Hauer skinął lekko głową.

– W pewnym momencie obawialiśmy się nawet, że doszło do uszkodzenia płatów czołowych, ale na szczęście nie to okazało się przyczyną utraty czucia od pasa w dół.

Powiedział to, jakby oznajmiał mu, jaka przez ostatni miesiąc była pogoda.

Patryk spojrzał w dół i się wzdrygnął. Było coś upiornego w myśli, że jego nogi właściwie nie należą już do niego. Stanowią jedynie coś przymocowanego do ciała. Coś obcego.

– Panie pośle?

– Tak, tak, słucham.

– Potwierdziliśmy też, że nie doszło do zmiażdżenia rdzenia – powiedział z wyraźną ulgą lekarz.

W sali zaległa cisza.

– To naprawdę dobra wiadomość.

– Z pewnością.

– W takich okolicznościach najczęściej…

– Bardziej interesuje mnie, do czego doszło, niż nie doszło, panie doktorze.

– Oczywiście – odparł mężczyzna, a potem zbliżył się do niego.

Przez moment Hauer obawiał się, że lekarz przysiądzie na skraju łóżka, położy mu rękę na ramieniu i podejmie temat tonem dobrego wujka. Jego podejście zdawało się dokładnym przeciwieństwem tego, które okazywała Milena.

Patryk także starał się zachować spokój. Robił dobrą minę do złej gry, ale wewnątrz czuł rozedrganie. Wiedział, że dopóki doktor i żona będą w sali, dopóty uda mu się utrzymać pozory. Obawiał się jednak tego, co wydarzy się, kiedy zostanie sam.

– Doszło do cięcia ostrego – kontynuował lekarz. – Rdzeń kręgowy został przecięty w odcinku lędźwiowym, co niezwykle rzadko obserwujemy przy wypadkach komunikacyjnych. Najczęściej dochodzi do tego przy atakach nożem i…

– Chce pan powiedzieć, że miałem szczęście.

– Biorąc pod uwagę okoliczności, tak.

Hauer wypuścił powietrze nosem, jakby go to rozbawiło.

– Kawałek metalu wbił się we mnie jak w noż w masło, panie doktorze – odparł. – Jestem sparaliżowany od pasa w dół, całe moje życie się posypało, a pan…

– Rozsypane kawałki zawsze można pozbierać.

– I zlepić w co? W namiastkę tego, czym kiedyś było?

– Wszystko jest możliwe – odparł lekarz i nabrał tchu, by kontynuować.

Hauer jednak nie miał zamiaru na to pozwolić.

– Niech pan mi nie popycha komunałów – uciął. – I powie lepiej, czy mam jakieś szanse na powrót do zdrowia?

Cisza nie była pusta, wypełniały ją odpowiedzi. Patryk miał wrażenie, że dudnią mu w uszach głuchym podźwiękiem. A im dłużej lekarz milczał, tym bardziej ogłuszony stawał się Hauer.

– Jeśli chodzi o zrośnięcie się włókien nerwowych, ich regenerację… cóż, szanse zawsze istnieją – powiedział doktor.

– Jakie ja mam?

– Przy tak rozległych obrażeniach… rozważając to w kontekście powrotu do pełnej sprawności…

– Rozumiem – przerwał mu Patryk.

Pewnych rzeczy lepiej było nie słyszeć. Jakby na potwierdzenie tej myśli lekarz podniósł się, a potem znów schował ręce do kieszeni. Ściągnął ramiona i zgarbił się lekko.

– Jest kilka rzeczy, o których chciałbym z panem porozmawiać. – Popatrzył na Milenę. – Sam na sam, jeśli nie ma pani nic przeciwko.

– To konieczne? – zapytał Hauer.

– Nie, ale może okazać się pomocne.

– Nie chodzi mi o samą rozmowę, ale o to, że ma się odbyć bez mojej żony.

Spojrzał na Milenę, ta nie ruszyła się z miejsca. Nie było dla nich tematów tabu, właściwie nie istniały nawet kwestie, które traktowaliby jako krępujące czy wstydliwe. W ich relacjach panowała pełna swoboda i Patryk był przekonany, że jest tak dzięki brakowi napięcia seksualnego między nimi. Oboje byli atrakcyjnymi ludźmi, oboje czuli potrzebę zaspokajania erotycznych potrzeb – tyle że nie ze sobą. Dla siebie byli partnerami, sojusznikami na arenie walki politycznej. Tandemem, który miał zapisać się złotymi zgłoskami w historii współczesnej.

Miał. Czas przeszły.

– Cóż… – bąknął doktor.

– Chce pan rozmawiać o męskich sprawach – zabrała głos Milena. – To całkowicie zrozumiałe. Ale nie mamy z mężem przed sobą żadnych tajemnic.

– Rozumiem, tylko że…

– I nie ma między nami trudnych tematów – dodał Hauer.

Lekarz popatrzył kontrolnie na niego i na Milenę. Odczekał chwilę, jakby spodziewał się, że zmienią zdanie, a potem zaczął mówić. Patryk nie usłyszał nic, czego by się nie spodziewał. Zresztą nie było o czym rozmawiać, sprawa była oczywista. Paraliż nastąpił od pasa w dół, czynności fizjologiczne będą teraz następowały właściwie bez jego udziału. O seksualnych nie było nawet co myśleć.

– W takiej sytuacji chcielibyśmy, żeby porozmawiał pan z…

– Nie ma potrzeby – ucięła Milena. – Mój mąż zdaje sobie sprawę ze wszystkiego.

Lekarz wypuścił ze świstem powietrze, sygnalizując, że właśnie usłyszał jedno z największych niedopowiedzeń. Popatrzył na Hauera, szukając w jego oczach zrozumienia. Nie zobaczył go.

– Zapewniam, że nie zdaje pan sobie sprawy nawet z połowy rzeczy.

– Będę miał pomoc.

Mężczyzna w kitlu chrząknął.

– Nie wątpię. Ale chcemy zapewnić ją panu od specjalisty, który…

– Mam swojego specjalistę.

– Mogę zapytać, kogo ma pan na myśli?

– Znajomego. Dobrego znajomego.

Niewiele osób w polityce mógł określić w taki sposób, szczególnie spośród tych, którzy stali po drugiej stronie sceny politycznej. Olaf Gocki, przewodniczący WiL-u, stanowił wyjątek. Wprawdzie nie darzyli się wielką sympatią, ale cieszyli się wzajemnym szacunkiem. A w polityce było to równoznaczne z mocną przyjaźnią.

Gocki jeździł na wózku, dbał o prawa niepełnosprawnych i udowadniał, że mogą oni uczestniczyć w życiu publicznym tak samo jak inni obywatele. Szef Wolności i Liberalizmu był z pewnością wzorem do naśladowania, ale Hauer nie miał złudzeń, że on sam kiedykolwiek mógłby powtórzyć jego sukces.

Olaf zbudował swoją pozycję na byciu niepełnosprawnym. Zaistniał w świadomości społecznej jako działacz na rzecz praw osób takich jak on. Byt polityczny Patryka opierał się na zupełnie innych fundamentach. Fundamentach, z których nic nie zostało.

– Damy sobie radę – odezwała się Milena.

– Jak państwo sobie życzą.

– A teraz może zostawić nas pan samych?

– Oczywiście.

Lekarz nie był przesadnie zadowolony i najpewniej planował wrócić do sali, kiedy Hauer będzie sam. Patryk spodziewał się, że z podobną natarczywą pomocniczością będzie musiał zmagać się przez nadchodzące tygodnie.

Na razie jednak mógł odetchnąć. Zostali z Mil sami i znów pogrążyli się w ciszy. Tym razem jednak nie trwała ona długo.

Milena wyciągnęła telefon, ustawiła się tyłem do Patryka, a potem zrobiła zdjęcie.

– Co ty odstawiasz? – jęknął.

– Ludzie chcą wiedzieć, co się z tobą dzieje.

Poseł potrząsnął głową.

– Wrzucasz zdjęcie na HauerHuba? – spytał z niedowierzaniem. – Jaja sobie robisz?

Popatrzyła na niego z wyrzutem, jakby takie pytania były ostatnimi, które spodziewała się od niego usłyszeć.

– To nie kampania wyborcza, do kurwy nędzy.

– Nie? – odparła ze spokojem. – A mnie się wydaje, że ona cały czas trwa.

Potrząsnął głową i natychmiast tego pożałował. Obraz lekko mu się zamglił, a mięśnie karku sprawiały wrażenie, jakby nie używał ich nie przez kilka tygodni, ale miesięcy.

– Zwariowałaś?

– Nie masz pojęcia, co się dzieje na HauerHubie.

– Nie, nie mam. Bo byłem w śpiączce, a teraz, kiedy się wybudziłem, masz zamiar wysyłać pieprzone snapy śniadaniowe?

Nie odpowiedziała.

HauerHub w pewnym sensie był dla obydwojga odpowiednikiem dziecka, którego właściwie nigdy nie planowali mieć. Podczas kampanii stał się platformą spotkań z wyborcami – także tymi, którzy stronili od mediów społecznościowych. Wchodząc na stronę, mogli na bieżąco obserwować feed z Facebooka, Instagrama, Twittera i Snapchata.

Było to niewyczerpane źródło dla wszystkich tych, którzy pragnęli mieć wgląd w życie politycznych celebrytów. Hauer ani Milena nie mieli wątpliwości, że właśnie tak są postrzegani – i robili wszystko, by to wrażenie utrzymać.

– Odzew po wypadku był ogromny – dodała.

Patryk milczał.

– Na samym Facebooku rozbiłeś bank lajków.

– Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz?

Siedziała na łóżku, przesuwając palcem po smartfonie. Zdjęcie pojawiło się już w mediach społecznościowych z odpowiednim podpisem, Patryk nie miał co do tego wątpliwości. Podobnie jak do tego, że Milena miała wcześniej gotowy tekst posta.

– Ledwo to, kurwa, przeżyłem – podjął. – A ty…

– Nie.

Uniósł brwi, nie mając pojęcia, co żona ma na myśli.

– Nie jest jeszcze przesądzone, czy przeżyłeś – dodała, w końcu odkładając telefon. – A ja robię wszystko, żeby tak się stało. Żebyś przetrwał. Rozumiesz?

– Politycznie? Naprawdę to ci teraz w głowie?

– A tobie nie?

Prychnął i znów pokręcił głową.

– Muszę nauczyć się poruszać bez użycia nóg, srać, nie mając władzy nad własnym ciałem, rozpoznawać problemy, zanim…

– Nie, Patryk. Musisz nauczyć się wielu istotniejszych rzeczy – przerwała mu stanowczo. – I sam dobrze o tym wiesz, inaczej nie wspomniałbyś o Gockim. Chcesz go wykorzystać, chcesz dzięki niemu wejść do polityki na nowych warunkach. Chcesz wrócić jak Reagan po zamachu na jego życie. Chcesz stać się kimś więcej niż dotychczas.

Nie odpowiadał, starając się nie zastanawiać nad tym, czy żona w istocie nie ma racji. Dlaczego od razu zdecydował, że zwróci się do Olafa, zamiast skorzystać z pomocy osób, które były wyszkolone do jej świadczenia?

Być może Mil się nie myliła. Był zwierzęciem politycznym, nie miał innych ambicji poza tymi, które wiązały się z jego karierą. A ona sama była właściwie całym jego życiem – i dlatego to właśnie ją chciał ratować, kiedy wszystko wokół się waliło.

– Premierostwo uciekło ci sprzed nosa – odezwała się Milena.

Nie musiała mu o tym przypominać.

– Ale nie zamierzasz tak tego zostawić – dodała. – Przeciwnie. Zrobisz wszystko, żeby odzyskać to, co ci się należy. Wszystko, co będzie trzeba, żeby zdobyć władzę.

Dopiero po chwili uświadomił sobie, że kilkakrotnie kiwnął głową, słuchając żony.

– Rzadko używasz takich pompatycznych słów – zauważył.

Nie odpowiadała.

– A jeszcze rzadziej brzmisz jak narwana, może nawet nawiedzona osoba.

– W prawdziwiej polityce nie ma miejsca na inne brzmienie – odpowiedziała bez namysłu. – Bo to tylko wynik determinacji.

Przez moment przytrzymywała jego spojrzenie.

– I wiesz, na co dzięki niej możesz liczyć, Patryk?

– Nie.

– Na gotowy plan, dzięki któremu staniesz na czele rządu. Plan, który układałam przez ostatni miesiąc.

Oparła się na łóżku i pochyliła w jego stronę.

– Pójdziesz po trupach, złamiesz polityczny kręgosłup wielu osobom, zostawisz za sobą nie tylko spalone mosty, ale także wypaloną ziemię. I zrobisz to wszystko z uśmiechem na ustach. Uśmiechem, za który pokochają cię tłumy.

Milczał, choć Milena wyraźnie czekała na jakiś odzew.

– Co ty na to? – spytała w końcu.

Uznał, że nie musi odpowiadać.

Rozdział 3

Wysoki, wysportowany i dobrze ubrany mężczyzna stał przed Autonomią, rozglądając się za człowiekiem, z którym miał się spotkać. Ten wprawdzie polecił mu, by czekał na niego w środku, ale Marek Zwornicki nie zwykł robić niczego, co mu kazano.

Zawsze chodził swoimi ścieżkami – i to dzięki nim dotarł na tyle wysoko, że mógł jedynie spaść. Ostatecznie tak się stało. W latach świetności jego kariera aktorska zdawała się nie do zatrzymania. Podbił polską kinematografię, zagrał w kilku głośnych produkcjach europejskich i miał ruszyć na podbój Hollywood.

Potknął się jednak po drodze. Wbrew doradcom wizerunkowym wziął udział w jednej reklamie, potem w drugiej. Zanim się obejrzał, został ambasadorem pewnej niezbyt prestiżowej marki, a niewiele później zaproponowano mu udział w programie dla celebrytów.

Zachłysnął się. Chciał być wszędzie. Kiedy jego otoczenie mówiło mu, by zwolnił, zaczął brać najlepiej płatne, najgłośniejsze role w komediach, wystąpił nawet w znanym amerykańskim sitcomie. To zmieniło optykę, dzięki której był przez lata rozpoznawalny. I sprawiło, że przestał być kojarzony z aktorstwem, a zaczął – z celebryctwem. Stał się Nicholasem Cage’em polskiego kina, który brał każdą rolę, jaka mu się nawinęła.

Miał jednak większe ambicje. I niebawem planował dać im wyraz.

Początkowo chciał odłożyć polityczny start do kolejnych wyborów, ale biorąc pod uwagę chaos w kraju, uznał, że nie powinien dłużej czekać. Winston Churchill nie bez powodu mawiał: „Nigdy nie pozwól, by dobry kryzys się zmarnował”.

Zwornicki nie miał zamiaru przepuścić takiej okazji.

Szczególnie kiedy dostał tajemniczą, lakoniczną informację, opatrzoną pieczątką Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Nie było to pismo urzędowe. Nie miało nic wspólnego z oficjalnymi kanałami.

Pieczątka była li tylko potwierdzeniem, że informacja pochodzi od wiarygodnego źródła.

Treść była krótka. Nadawca napisał jedynie, że ma wiedzę, która może sprawić, że upadnie nie tylko ośrodek władzy premiera Chronowskiego, ale także prezydent Seydy. Skala zniszczenia miała być politycznym odpowiednikiem zdetonowania dwudziestomegatonowej bomby termojądrowej.

Marek nie był przekonany, na ile to prawda, ale podczas spotkania w Autonomii miał to sprawdzić. Rozmowy tutaj były zawsze off the record, nie istniała groźba jakichkolwiek przecieków. Gdyby kiedyś do nich doszło, winny naraziłby się na tak duży ostracyzm, że mógłby pożegnać się z dalszą karierą. W polityce, w dziennikarstwie, na dobrą sprawę gdziekolwiek.

Było już piętnaście minut po umówionej porze, tymczasem Zwornicki nadal nie doczekał się rozmówcy. Nie miał pojęcia, kim on jest. Był jednak przekonany, że gdy tylko ten go zobaczy, podejdzie do niego.

Kret w kancelarii prezydenta.

Nie do pomyślenia, szczególnie biorąc pod uwagę czystkę, jakiej Daria Seyda dokonała po zaprzysiężeniu. Miała do tego święte prawo, a właściwie wymagała tego nawet tradycja. Wszystkie współczesne systemy polityczne opierały się na podziale powyborczych łupów – klucz cywilizowanych zwyczajów polegał jednak na tym, by wymieniać kierownictwo, nie szeregowych pracowników.

Tak zrobiła Seyda. Zaczęła od szefa kancelarii, skończyła na zastępcach dyrektorów poszczególnych biur. Żaden z nich nie wydawał się na tyle nieroztropny, by już po miesiącu urzędowania zechciał zmienić front – a jednak Zwornicki czekał teraz na kogoś, kto miał zamiar to zrobić.

I zgłosił się z tym akurat do niego.

Faryzeusz, pomyślał Marek. Musiał wiedzieć, że Zwornicki przygotowuje się do ofensywy politycznej i że zamierza zrobić użytek z nieostrożności i głupoty Chronowskiego. Gdyby Marek był na miejscu premiera, dwie rzeczy załatwiłby zupełnie inaczej.

Po pierwsze, wziąłby znacznie większą łapówkę. Po drugie, przynajmniej jedną trzecią spożytkowałby na przekonanie kilku osób, by milczały. Finansowo wyszedłby nie gorzej niż Chronowski, a byłby kryty. Nie tylko dlatego, że pieniądze były najlepszym motywatorem. Trzymałby pozostałych w garści. Gdyby przyjęli choćby złotówkę, byliby zamieszani w proceder nie mniej od niego.

Zwornicki westchnął, nie chcąc nawet myśleć o tym, jak wiele mógłby osiągnąć, gdyby tylko znalazł się w odpowiednim miejscu. Ale wszystko przed nim. Nie miał zamiaru odpuszczać, nawet gdyby musiał cały swój majątek spożytkować na kupowanie głosów.

Aktorstwo było zabawą, niewinną grą, zaledwie przygotowaniem do właściwej wojny. A nią będzie dla niego polityka.

Marek poczekał jeszcze kilka minut, a potem wszedł do restauracji. Wolnych stolików o tej porze było całkiem sporo. Wybrał ten przy oknie, a potem zamówił „Polędwiczki w sosie z BOR-owików”. Właściciele tej knajpy mieli trochę inwencji, trzeba było im to przyznać. Kultową pozycją stał się już deser o nazwie „NATO na bogato”.

Razem z daniem kelner podał Zwornickiemu plastikową, niebieską teczkę, jaką najczęściej dostrzec można było w rękach studentów przed sesją, kiedy uzupełniali braki w kserówkach.

– Co to jest? – spytał Marek.

– Ktoś zostawił to dla pana.

– Ktoś?

– Jakiś mężczyzna, był tutaj pół godziny temu.

Zwornicki zerknął na teczkę.

– Coś powiedział?

– Tylko tyle, że się pan zjawi i będzie na to czekał. I że zamówi pan polędwiczki.

– Co takiego?

Pracownik Autonomii wzruszył ramionami, a potem oddalił się bez słowa. Nie miał zamiaru ingerować w jakiekolwiek relacje między klientami, szczególnie jeśli coś niejasnego rysowało się na horyzoncie. Tutejsza obsługa skrupulatnie podchodziła do dochowywania wszelkich, choćby błahych tajemnic.

Marek zerknął na swoje danie. Przed otwarciem karty sam nie wiedział, że akurat je wybierze. Niemożliwe wydawało się, by ktokolwiek to przewidział. W końcu Zwornicki uznał, że to tylko tania zagrywka. Kelner zapewne za kilka stów miał to powiedzieć. I tyle.

Otwierając teczkę, poczuł na sobie spojrzenia paru osób, co specjalnie go nie dziwiło. Nie było wiele miejsc w Warszawie, gdzie mógłby pójść i nie zostać rozpoznany. Nawet w najbiedniejszych rejonach Pragi Południe ludzie znali go z reklam proszku do prania.

Zainteresowała się nim też jedna z kelnerek. I podeszła do niego, mimo że złożył już zamówienie.

– Można autograf? – zapytała, wyciągając plik kartek i długopis.

– Autograf? W erze selfie? – odparł z uśmiechem Marek.

Wzruszyła niewinnie ramionami, a on spojrzał na jej piersi. Był przygotowany, że go na tym przyłapie, zresztą zdarzało się to dość często. Nigdy nie krył się z rzeczami, które jego zdaniem były naturalne – a właśnie tym było okazywanie, że dana kobieta go pociąga. Gdyby kelnerka się zorientowała, rozładowałby sytuację żartem, którego zawsze używał: piersi są jak słońce. Można zerknąć, ale niemądrze jest patrzeć zbyt długo.

– Chyba jestem tradycjonalistką – powiedziała, podając mu kartkę.

– Nie szkodzi – odparł. – Nie potrzeba obiektywu, żeby się przy tobie uśmiechać.

Puścił do niej oko, nagryzmolił niewyraźny podpis, a potem przytrzymał jej spojrzenie dłużej, niż było to konieczne. Dziewczyna zdawała się nieco zakłopotana i Zwornicki uznał, że jeśli wróci tutaj pod wieczór, być może nie będzie wychodził z Autonomii sam.

Teraz miał jednak ważniejsze rzeczy na głowie.

Wyciągnął kilka kartek z teczki, a potem pobieżnie je przejrzał.

Wyglądało na to, że faryzeusz nie przesadzał. Rzeczywiście miał materiały, które pozwolą dobić Chronowskiego. I przy okazji uderzyć także w Seydę.

Marek zagwizdał mimo woli pod nosem. Położył dokumenty na stole, a potem zabrał się do jedzenia, nie odrywając jednak od nich wzroku. Im bardziej zagłębiał się w temat, tym więcej rozumiał.

W pewnym momencie odłożył sztućce.

To było jak manna z nieba. Nie tylko zapewni mu poklask społeczny, ale także sprawi, że wysadzi w powietrze całą scenę polityczną. Cały establishment. Arsenał był potężny, wystarczyło tylko dobrze zaplanować, kiedy użyć jego poszczególnych elementów.

W ostatnim z dokumentów znalazły się także informacje o tym, co działo się w sprawie malborskiego szczytu. Wszystko wskazywało na to, że pojawiło się zagrożenie terrorystyczne, mimo to media milczały.

Wisienka na torcie, pomyślał Zwornicki. Łakomy kąsek, ale jedynie w formie deseru. To, co miało realne znaczenie, wiązało się z polityką krajową.

Był wniebowzięty. Nie mógł wyobrazić sobie lepszego scenariusza.

Zmiecie Chronowskiego, Seydę, być może cały Pedep. UR oberwie się nie mniej, a na placu boju zostanie plankton polityczny. I jeden człowiek, który pozbiera wszystkich ocalałych po eksplozji, jaką sam wywoła.

Rozdział 4

Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego zjawiło się kilkanaście osób. Ministrowie sprawiali wrażenie nieco skołowanych, najwyraźniej nie wszyscy wiedzieli, czego ma dotyczyć spotkanie. Oprócz nich obecny był premier, przewodniczący wszystkich większych partii politycznych, marszałkowie sejmu i senatu oraz szef BBN-u, który jednocześnie pełnił rolę sekretarza.

W przeszklonym hallu siedziby Biura Bezpieczeństwa Narodowego witał wszystkich Hubert, a potem prowadził ich do niewielkiej, podłużnej salki, w której czekała na nich Seyda.

Zajmowała miejsce gospodarza na końcu prostokątnego stołu. Normalnie zastawiony byłby jedzeniem i termosami z herbatą i kawą, ale o tak wczesnej porze wszyscy oczekiwali jedynie tego ostatniego.

Po lewej stronie Darii siedzieli przedstawiciele partii, po prawej członkowie rządu. Chronowski sprawiał wrażenie męża stanu, być może dlatego, że za plecami miał flagi zarówno Polski, Unii Europejskiej, jak i NATO. Tuż nad jego głową wisiało polskie godło.

Pozory, wszystko pozory, pomyślała Seyda.

Nie było drugiego tak perfidnego, tak zepsutego i bezwzględnego gracza w polskiej polityce. W dodatku Adam został pokonany, powinien zniknąć ze sceny na zawsze. Tymczasem wciąż znajdował się na samym szczycie hierarchii, jak drapieżnik, którego nie sposób ujarzmić.

Seyda spojrzała na zegarek. Czekali jeszcze na koordynatora służb specjalnych, który zbierał najświeższe informacje.

Daria nachyliła się do siedzącej obok przewodniczącej UR. Teresa Swoboda zerknęła na nią z zaciekawieniem, najwyraźniej nie spodziewając się, że przed rozpoczęciem spotkania prezydent zechce rozmawiać z nią o czymkolwiek. Ich kontakty dotychczas ograniczały się do niezbędnego minimum.

– Hauer się wybudził? – zapytała Seyda.

Teresa skinęła głową.

– Nie mógł wybrać sobie lepszego momentu – powiedziała.

– Jak się czuje?

– Jak polityk wybudzony po miesiącu ze śpiączki. Chce od razu wracać na Wiejską.

Daria uśmiechnęła się lekko. Hubertowi nie udało się dowiedzieć wiele na temat stanu Patryka, nie miał zresztą zamiaru drążyć, a Seyda naciskać. Lekarze udzielili jedynie oględnych, raczej wymijających informacji.

– Wróci do pełni zdrowia? – zapytała Daria.

Reakcja Swobody kazała prezydent sądzić, że prognozy nie mogą być dobre. Coś w oczach podstarzałej, dawnej opozycjonistki zgasło.

– Myślę, że najlepiej będzie, jeśli poczekamy na oświadczenie Patryka i Mileny – powiedziała Teresa.

– Widziałam zdjęcie.

Swoboda uniosła brwi. Linia siwych, niemal śnieżnobiałych włosów się cofnęła. Teresa wyglądała jak godnie starzejąca się gwiazda Hollywood – jedna z tych kobiet, które mimo upływu lat i osiągnięcia wszystkiego, co mogły, nadal budziły zazdrość swoim wyglądem i kolejnymi wyróżnieniami.

– Obserwuje pani prezydent HauerHub?

– Nie – odparła bez wahania Seyda. – Ale moi współpracownicy donoszą mi o wszystkim, co odbija się głośnym echem w mediach. A dziś uwaga całego kraju zdaje się skupiać na jednym zdjęciu.

Swoboda zerknęła w kierunku drzwi, jakby miała nadzieję, że Korodecki wprowadzi ostatniego uczestnika spotkania i będą mogły zakończyć tę rozmowę.

– No tak – powiedziała. – To podnoszące na duchu. Społeczeństwo lubi takie historie.

Zdjęcie oddawało właściwie wszystko, co powinno. Milena lekko się uśmiechała, Hauer także. Wyglądał na niezłomnego, a ona na przykładną żonę, która nie opuszczała męża ani na moment przez ostatnie tygodnie. Lapidarny podpis informował, że Patryk nie tylko nie zamierza się poddawać, ale że pozostaje sobą.

„Jeszcze tu jestem, czyli do tej pory udało mi się przetrwać każdy parszywy dzień w moim życiu. Z kilkoma kolejnymi też sobie poradzę”.

Emotikon na końcu puszczał oko do jego wyborców, ale zdawał się robić to samo także do polityków. Wszystko to bowiem stanowiło fasadę zaprojektowaną przez Milenę, Seyda nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

Daria przez moment przypatrywała się szefowej UR. Teresa była zamyślona i wyglądała, jakby prowadziła rozmowę mimochodem, skupiając się na czymś innym. Trudno było się jej dziwić. Hauera traktowała jak syna – mimo że różnili się w podejściu do wykorzystywania nowych technologii w polityce i być może w ogóle mieli inne pojmowanie jej uprawiania, zdawali się połączeni więzami niemal rodzinnymi.

– Słyszałam, że doszło do jakichś komplikacji – podjęła Daria.

– Najlepiej będzie, jeśli pani sama go zapyta – powtórzyła Swoboda.

– Tak zrobię. Zamierzam go odwiedzić.

Teresa zamrugała, a potem popatrzyła na nią niepewnie.

– Skąd to zainteresowanie?

– Skąd?

Seyda miała wrażenie, że tym krótkim pytaniem odpowie w pełni. Swoboda jednak czekała na więcej.

– Walczyła z nim pani na noże podczas kampanii – dodała przewodnicząca. – Ze świecą było szukać dwójki polityków, którzy bardziej skakaliby sobie do gardeł.

– Kampania dawno się skończyła – odparła Daria. – Zresztą nic tak nie zbliża, jak wspólna walka. Nawet jeśli prowadzi się ją przeciwko sobie.

Na twarzy Teresy pojawił się niewyraźny uśmiech. Chciała coś odpowiedzieć, ale Hubert wprowadził do pomieszczenia koordynatora służb i uwaga wszystkich skupiła się na obydwu mężczyznach.

Korodecki zamknął drzwi, po czym zajął miejsce obok prezydent. Seyda skinęła głową ministrowi odpowiedzialnemu za służby.

– Zaczynajmy – powiedziała. – Panie ministrze, co wiemy?

Koordynator poprawił starą, zdecydowanie zbyt dużą marynarkę. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że nie przykłada wielkiej wagi do swojego wizerunku. Daria uznawała, że całkiem słusznie. Tacy ludzie powinni znajdować się w cieniu, nie w blasku fleszy.

– Nieco więcej niż jeszcze godzinę temu – odezwał się minister. – Wygląda na to, że oprócz sfałszowanego prawa jazdy na miejscu znaleziono także polską walutę.

– Na ile to potwierdzone informacje? – spytał szef BBN-u, Wojciech Chmal.

– Potwierdzone?

Tarcia na linii Chmal–rząd były właściwie na porządku dziennym. Mimo tego, co twierdziła większość mediów i niemal wszyscy politycy opozycji, Seyda nie wymieniła całej administracji po Wimmerze. Na stanowisku pozostawiła między innymi Chmala. Mimo że nie cieszył się jej sympatią, wiedziała, że zna się na rzeczy i dobrze organizuje prace Biura.

– Wie pan, co mam na myśli – dodał Chmal.

– Nie, nie wiem.

– Czy mamy pewność, że te rzeczy faktycznie znaleziono? Czy może Rosjanie tylko tak twierdzą?

– Nie, sam fakt nie ulega wątpliwości.

– Więc ktoś widział ten dokument i gotówkę?

– Ktoś?

Szef BBN-u rozłożył bezradnie ręce.

– Niech pan skończy z tymi unikami i przedstawi, co wie.

– Nie robię żadnych uników.

Wojciech Chmal spojrzał wymownie na Seydę, jakby to ona była szefem rządu i przełożoną ministrów, a nie Chronowski. Może w pewnym sensie od kilku tygodni częściowo tak było.

Ministrowie zwracali się do niej z najważniejszymi sprawami, stopniowo odstawiając premiera na boczny tor. W takiej sytuacji prym z pewnością wiódłby wiceprezes Rady Ministrów, ale ponieważ Krystian Hajkowski z SORP również był zamieszany w aferę, nie wchodziło to w grę.

Seyda zaś była czysta. Nieskażona korupcyjnymi posunięciami Chronowskiego, niewplątana w żadne jego konszachty.

A przynajmniej tak pozwolili wszystkim wierzyć.

Prawda była taka, że Adam miał na nią haka. Wciąż nie miała pojęcia, do czego się sprowadza, ale nie wątpiła, że w okamgnieniu może zniszczyć jej życie. Jej, Krzyśka, ich córki. Każde z nich było zagrożone.

Daria wiedziała jedynie tyle, ile wyjawił jej sam Chronowski. Podali jej kwas gamma-hydroksymasłowy, GHB, główny składnik pigułek gwałtu. W połączeniu z ketaminą i winem sprawił, że nie pamiętała, co działo się z nią po pamiętnym meczu Detroit Red Wings z Philadelphia Flyers.

Nie mogło to być nic dobrego. Adam i Hajkowski byli zdolni do wszystkiego.

Zerknęła przelotnie na premiera, ale ten wyraźnie był myślami daleko. Zupełnie jakby pogodził się z tym, że nie ma już wiele do gadania. Jego polityczny byt był jedynie iluzją, choć po prawdzie dawno powinien przestać istnieć.

Jako polityk Adam był skończony. Jako obywatel miał jednak gwarancję ochrony. Wymusił na Seydzie deklarację, że ta zastosuje prawo łaski, kiedy przyjdzie co do czego. W przeciwnym wypadku miał ujawnić wszystko, co działo się z nią podczas tamtej nocy w motelu.

Nie mogła przez to spać. Nie mogła racjonalnie myśleć. Wisiało to nad nią jak złe widmo i sprawiało, że czuła się jak morderca, który zakopał ofiarę w przydomowym ogródku i nie ma pewności, czy ktoś przypadkiem jej nie znajdzie.

Jak w takim stanie miała zadbać o kraj? O bezpieczeństwo gości, którzy pojawią się w Malborku?

Chmal i koordynator służb przez moment odbijali między sobą piłeczkę. Rozmowa do niczego nie prowadziła, żaden z nich nie mógł dotrzeć do żadnych konstruktywnych wniosków. Nie, kiedy w grę wchodził rosyjski spryt i groźba ataku.

– Pieniądze i prawo jazdy to za mało – odezwał się w końcu Olaf Gocki.

Wszyscy skupili na nim wzrok. Od miesiąca WiL w sondażach piął się do góry, choć na całym zamieszaniu korzystała oczywiście najbardziej Unia Republikańska. Nie dość, że to jej poseł ujawnił skandal, to jeszcze stał się męczennikiem. Cała Polska śledziła doniesienia Mileny ze szpitala, czekając, aż stan Hauera się poprawi. A dziś połowa kraju zdawała się zwariować po jednym zdjęciu na Instagramie.

– To żaden dowód – dodał przewodniczący WiL-u.

– Jest coś jeszcze – odparł koordynator.

Seyda zmarszczyła czoło.

– Co konkretnie? – zapytała.

– Link do forum.

Czekała, aż doda coś więcej, ale minister się zawahał. Najwyraźniej nie był przekonany, czy powinien poruszać pewne kwestie w takim gremium. Spojrzał wymownie na Teresę i Gockiego.

– Szczegóły, panie ministrze – odezwała się Seyda. – Interesują nas wszystkich szczegóły.

Daria nie miała zamiaru tłumaczyć mu, że skład Rady Bezpieczeństwa Narodowego jest nieprzypadkowy. Miała tutaj dokładnie tych ludzi, których chciała. Może z wyjątkiem szefa rządu.

– Jest pani pewna, że…

– Jestem pewna, że powinien pan przedstawić wszystko, co wie.

– Rozumiem – odparł tonem, który sugerował raczej, że w istocie nie rozumie. – Problem polega na tym, że prowadzone są czynności operacyjne, które służby uważają za… wrażliwe.

– Z pewnością w niczym im pan nie zagrozi.

– Ja nie, ale być może powinniśmy jednak rozmawiać w mniejszym gronie.

Seyda zgromiła go wzrokiem. Jeszcze miesiąc temu może rozważyłaby jego propozycję. A już z całą pewnością zareagowałaby zupełnie inaczej. Teraz jednak nie miała zamiaru się patyczkować. Ani z nim, ani z kimkolwiek innym.

– Tak pan sądzi? – spytała.

Skinął niepewnie głową, czując już, że zbierają się nad nim ciemne chmury.

– A ja sądzę, że w takim razie powinnam zastanowić się nad powołaniem kogoś innego na pana miejsce.

– Z całym szacunkiem…

– Ilekroć ktoś w ten sposób zaczyna zdanie, zazwyczaj nie ma zamiaru go okazać – ucięła. – I jeśli ma pan wątpliwości, czy uda mi się przekonać premiera, że ktoś inny powinien zająć pana miejsce, rozwiejmy je od razu.

Patrzyła na Chronowskiego tak długo, aż ten ostatecznie skinął głową. Żyli w symbiozie. Stanowiła dla niej odpychający, wstydliwy mutualizm, ale nie mogła z niego zrezygnować. On również nie.

– Bo z tego, co widzę, zamierza pan podważać moją ocenę – dodała.

– Ależ…

– Uważa pan, że wezwałam tutaj losowo wybrane osoby? – spytała, tocząc wzrokiem po zgromadzonych. – Że ktoś znalazł się tu przez przypadek?

– Niczego takiego nie sugerowałem.

– A więc może starał się pan zainsynuować, że jest tu ktoś, komu nie ufam?

Zamilkł, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że będzie to najlepsza strategia. Nie mógł już się cofnąć – i tym bardziej nie mógł przeć naprzód.

– Zapewniam pana, że w tym pokoju są wyłącznie osoby, które moim zdaniem absolutnie musiały się tu znaleźć – ciągnęła. – A teraz wszyscy usłyszymy, co ma nam pan do powiedzenia. W przeciwnym wypadku Hubert pokieruje pana do wyjścia.

– Wiem, gdzie są drzwi.

– Wątpię – odparowała. – Bo pokazuje pan, że ma wyraźne tendencje do błądzenia.

Swoboda uśmiechnęła się pod nosem, Olaf Gocki trwał z kamienną twarzą, jakby uznał, że nie wypada czerpać satysfakcji z tej połajanki.

– Czekam na decyzję, panie ministrze – dorzuciła Seyda. – Albo pan wychodzi, albo bierze się w garść i przedstawia wszystko, co ma do powiedzenia.

Koordynator odchrząknął i pociągnął za rękawy zbyt dużej marynarki. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Był człowiekiem służb, brylował w szeregach UOP-u, a potem uczestniczył w przekształcaniu tej formacji. Od lat to on rozstawiał innych, rzadko kiedy ktoś mówił jemu, gdzie ma stanąć.

Tym razem jednak znał swoje miejsce.

– Cóż… – podjął. – Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, do czego propagandowo są zdolni Rosjanie w Czeczenii. – Powiódł wzrokiem po zebranych, na dłużej skupiając się na Seydzie, jakby to ona miała okazać się jedyną, która nie wie, o czym mowa.

– Tak, wszyscy jesteśmy tego świadomi – burknął Chmal.

– Więc wiedzą państwo, że w dziewięćdziesiątym dziewiątym FSB przygotowała serię zamachów na ludność cywilną, które stanowiły cassus belli. Pozwoliło to na zbrojną pacyfikację regionu, a właściwie na wybuch drugiej wojny czeczeńskiej. Pisał o tym Litwinienko i…

– To niepotwierdzone doniesienia – odezwał się Hajkowski.

Wszyscy skupili na nim spojrzenie, jakby okazał się lisem w kurniku. Uniósł ręce.

– Nie zamierzam być adwokatem diabła – zastrzegł. – Mówię tylko, że nie sposób tego zweryfikować.

– A przyłapanie oficerów FSB w Riazaniu, kiedy podkładali bomby pod budynki mieszkalne? – odezwała się Swoboda. – To dla pana niewystarczający dowód?

– Dla oskarżeń takiego kalibru? Tak, niewystarczający.

– I właśnie dlatego spadacie w sondażach na łeb na szyję – odparła. – Ludzie nie chcą kretynów w polityce.

– Chyba pani…

– Dosyć – ucięła Seyda, patrząc znacząco na koordynatora. – Mamy powtórkę z rozrywki? Prowokację?

Minister nabrał tchu i pokręcił głową.

– Nie wygląda na to – powiedział. – Za akcją służb nie idzie żadna ofensywa. Jeśli doszło do jakiejkolwiek machinacji, to tylko po to, by zagrozić organizacji szczytu. Przy czym nie jesteśmy przekonani, czy Rosjanie mieliby w tym realny interes.

Daria także nie była. Z ich punktu widzenia spotkanie było wprawdzie niewygodne, ale gdyby się nie odbyło, Trojanow nie odniósłby żadnego wielkiego sukcesu. Tak naprawdę znacznie więcej zyskałby, gdyby podczas szczytu rzeczywiście doszło do próby zamachu.

Miałby porządny argument, by zacisnąć pięść i uderzyć nią tam, gdzie uzna za słuszne. Udowodniłby, że sytuacja w regionie stała się tak niestabilna, że zagrożone są nawet państwa Unii. Wprowadziłby nowe siły do Czeczenii i przyległych regionów, zacząłby robić czystki, jak swojego czasu tureckie władze u siebie.

Potrzebował tego. Rosjanie po latach wreszcie zaczęli wychodzić na ulicę, aktywniej wspierać opozycję, dopominać się o swoje prawa. O słowiańskiej wiośnie nie było jeszcze mowy, ale o przedwiośniu jak najbardziej. Cała wschodnia Europa była w przededniu zmian.

A Trojanowa z pewnością stać było na wszystko, by temu zapobiec.

Seyda westchnęła, myśląc o tym, że kiedyś jej największym problemem było to, co zrobić na obiad i kto powinien odebrać córkę z przedszkola.

– Wystarczy gdybania, panie ministrze – odezwała się. – Jakie są konkrety?

– Czekamy na potwierdzenie ze strony Amerykanów.

– I kiedy możemy się tego spodziewać?

– Przypuszczam, że za kilka dni, o ile realne zagrożenie istnieje. Muszą uruchomić swoje kanały.

– Szczyt odbędzie się za tydzień.

– Zdaję sobie z tego sprawę.

– A ztego, że nie mogę odwołać go dzień czy dwa wcześniej, też?

– Też, pani prezydent.

Daria podniosła się, obeszła krzesło, a