Wiatr ze Wschodu. Za zasłoną chmur - Maria Paszyńska, Maria Paszyńska - ebook

Wiatr ze Wschodu. Za zasłoną chmur ebook

Maria Paszyńska

4,7

Opis

Wielki finał bestsellerowej serii o przyjaźni, miłości i nienawiści

Lata 30. XX wieku. Nad Związkiem Radzieckim wschodzi gwiazda czerwonego cara. Stalin skupia wokół siebie coraz większą władzę. By go wesprzeć, Borys Bogdanow postanawia przejąć majątek Birsztejnów. Porzucona przez męża Tatiana wydaje się łatwym łupem…

Cudem ocalała Anastazja budzi się w szpitalu. Nie może pojąć, dlaczego przeżyła, skoro tak bardzo pragnie śmierci. Życie bez ukochanego nie ma już dla niej wartości.

W oddalonej o setki kilometrów Warszawie Kazimierz usiłuje odnaleźć prawdę o sobie. Rzuca się w wir pracy na politechnice, gdzie zaprzyjaźnia się z inżynierem Stanisławem Wigurą i pilotem Franciszkiem Żwirką. Czy zdoła odciąć się od przeszłości? Czy ostatecznie porzuci żonę i syna? A przede wszystkim – czy będzie w stanie zapomnieć o Anastazji?

Za zasłoną chmur to przejmująca podróż z Petersburga i Warszawy na gnębioną wielkim głodem Ukrainę, gdzie człowieczeństwo zostaje wystawione na największą próbę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (132 oceny)
104
22
5
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
BogusiaJaworzno

Dobrze spędzony czas

Za duzo polityki. Za duzo pobocznych tematów które są zbędne.
00
KatarzynaPac81

Całkiem niezła

Wszystkie części bardzo mi się podobały, czytałam z wielkim zainteresoeaniem. Jednak zakończenie mnie rozczarowało, mogło być inne.
00
Olina77

Nie oderwiesz się od lektury

Seria ciekawa i fajna, jednak chwilami miałam wrażenie, że czytam podręcznik do historii. Miałam nadzieję na inne zakończenie.
00
Elisabeth76

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna wspaniala powiesc Pani Paszynskiej którà czyta sie jednym tchem. Polecam czytac 4 tomy po kolei . Koniec bardzo smutny, mialam nadzieje ze jednak..... Polecam goràco wszystkim lubiàcym ksiàzki na tle historycznym, Naprawde wspaniale 4 tomy
00
SabinaSikora

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, wzruszająca. Polecam
00

Popularność




Za­pra­sza­my na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt se­rii i okład­ki ANNA SLO­TORSZ / ART­NO­VO.PL
Fo­to­gra­fie na okład­ce Cre­dit Line © Mark Owen/Tre­vil­lion Ima­ges © Ja­g_cz/Shut­ter­stock © lkur­gan­skaya/Shut­ter­stock Na­ro­do­we Ar­chi­wum Cy­fro­we
Ko­or­dy­na­cja pro­jek­tuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaSZTAM­BO­OK – KA­RO­LI­NA BO­RO­WIEC-PIE­NIAK
Ko­rek­taUR­SZU­LA WŁO­DAR­SKA
SkładKRZYSZ­TOF CHO­DO­ROW­SKI
Po­lish edi­tion © Ma­ria Pa­szyń­ska, Pu­bli­cat S.A. MMXXI (wy­da­nie elek­tro­nicz­ne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgod­ne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­to­ra, w tym nie­le­gal­ne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nio­ne.
All ri­ghts re­se­rved
Mot­ta cy­to­wa­ne za: Anna Ach­ma­to­wa, Księ­życ w ze­ni­cie, tłum. Gina Gieysz­tor; Wy­rok, tłum. Eu­ge­nia Sie­masz­kie­wicz, w: tej­że, Po­ezje, wy­bór i po­sło­wie Ja­dwi­ga Szy­mak-Re­ife­ro­wa, Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 1981.
ISBN 978-83-271-6150-5
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bo­wa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fi­ce@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wa­le 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­zni­ca@pu­bli­cat.pl

Pio­tro­wi...

„Za­bić pa­mięć ostat­kiem roz­sąd­ku,

Moje ser­ce niech bę­dzie z ka­mie­nia,

Mu­szę uczyć się żyć od po­cząt­ku”

Anna Ach­ma­to­wa, Wy­rok

„Za­snąć stro­ska­ną,

Wstać za­ko­cha­ną,

Zo­ba­czyć czer­wień ma­ków.

Nie­zna­na siła

Dzi­siaj wstą­pi­ła

Do twej świą­ty­ni mro­ku.

W po­dwór­ku ma­gno­lie,

Wy­so­kie to­po­le

I dymy jak gorz­ki miód...

Sze­he­re­za­da

Wy­cho­dzi z sadu...

Oto jest wła­śnie Wschód!”

Anna Ach­ma­to­wa, Księ­życ w ze­ni­cie

Znów je­stem w po­dró­ży. Nic mnie tu już nie za­trzy­mu­je. Tam też nikt na mnie nie cze­ka, przy­naj­mniej nie tak, jak pra­gnie się być ocze­ki­wa­nym. Otwo­rzę drzwi i wsu­nę się po­mię­dzy ścia­ny, od któ­rych nie od­bi­je się echo ni­czy­ich kro­ków spie­szą­cych mi na po­wi­ta­nie. Na tę myśl znów ogar­nia mnie smu­tek. By go ode­gnać, pró­bu­ję sku­pić się na po­je­dyn­czych czyn­no­ściach, drob­nych, po­zor­nie nie­wie­le zna­czą­cych, a jed­nak po­zwa­la­ją­cych mi za­cho­wać łącz­ność z trwa­ją­cą wła­śnie chwi­lą, za­nim prze­szłość wci­śnie mnie w ob­ję­cia roz­pa­czy.

Ukła­dam wa­liz­kę na pół­ce, sta­ran­nie wie­szam płaszcz, roz­sia­dam się wca­le wy­god­nie. Po chwi­li jed­nak wsta­ję i zmie­niam miej­sce. Mogę po­zwo­lić so­bie na ten luk­sus, prze­dział jest pu­sty. Tyl­ko ja i sześć nie­za­ję­tych przez ni­ko­go sie­dzeń. Wszech­ota­cza­ją­ca sa­mot­ność.

Zer­kam na ze­ga­rek; do od­jaz­du po­zo­sta­ło za­le­d­wie kil­ka mi­nut. Na­gle opa­da mnie myśl, że być może wła­śnie na­de­szła chwi­la, gdy wy­ru­szam w po­dróż po raz ostat­ni. Przy­po­mi­nam so­bie jed­nak, że po­dob­ne my­śli to­wa­rzy­szy­ły mi za­wsze, ile­kroć los na­ka­zał mi do­kądś się udać czy skąd­kol­wiek wró­cić, nie­waż­ne, czy dro­ga mia­ła być da­le­ka, czy cał­kiem krót­ka, ani na któ­ry mo­ment ży­cia przy­pa­da­ła owa wy­pra­wa.

Pod pew­ny­mi wzglę­da­mi po­dróż przy­po­mi­na ży­cie. Mo­żesz po­świę­cić wie­le cza­su na przy­go­to­wa­nia, wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śleć, roz­waż­nie wy­brać tra­sę, skom­ple­to­wać od­po­wied­ni ekwi­pu­nek, sta­ran­nie się spa­ko­wać, nie za­po­mi­na­jąc o ni­czym, spo­rzą­dzić li­stę miejsc do od­wie­dze­nia i za­dań przy­pi­sa­nych każ­de­mu po­sto­jo­wi, spo­żyt­ko­wać czas na zgro­ma­dze­nie od­po­wied­nie­go za­pa­su je­dze­nia i na­pit­ków, na wy­pa­dek gdy­by po dro­dze zła­pał cię głód... Za­ku­pić ide­al­ny strój po­dróż­ny, wy­god­ny, nie­prze­sad­nie swo­bod­ny ani nie na­zbyt ele­ganc­ki, prze­wiew­ny, ła­twy do upra­nia. Mo­żesz zro­bić to i ty­sią­ce in­nych rze­czy, a jed­nak gdy nad­cho­dzi czas, by wy­ru­szyć, tak samo jak inni do­zna­jesz wra­że­nia, że coś po­mi­ną­łeś, nie­chyb­nie o czymś za­po­mnia­łeś. Pa­trzysz, jak sto­ją­ce wo­kół cie­bie ko­bie­ty prze­szu­ku­ją ner­wo­wo to­reb­ki, upew­nia­jąc się, czy za­bra­ły wszyst­ko. Męż­czyź­ni kle­pią się po kie­sze­niach ma­ry­na­rek i spodni, ko­lej­no wy­ma­cu­jąc port­fe­le, do­ku­men­ty po­dróż­ne, chust­ki, za­pal­nicz­ki, pa­pie­ro­śni­ce, drob­ne mo­ne­ty na na­piw­ki. Od­dy­cha­ją z ulgą, gdy wszyst­ko jest tam, gdzie być po­win­no, a ty wraz z nimi, ale uczu­cie dziw­ne­go nie­po­ko­ju nie od­pusz­cza. Trzy­ma za gar­dło, gdy przez two­ją gło­wę prze­bie­ga­ją ko­lej­ne dzie­siąt­ki nie­mal pa­nicz­nych my­śli.

Po­de­ner­wo­wa­ny stra­chem, na któ­ry nie mo­żesz nic po­ra­dzić, bo nie zdo­ła­łeś usta­lić jego przy­czy­ny, w ostat­niej chwi­li prze­ska­ku­jesz tę nie­przy­jem­ną szcze­li­nę, w któ­rej czer­ni się ot­chłań to­ro­wi­ska, dzie­lą­cą pe­ron od stop­ni po­cią­gu. Chwy­tasz się po­rę­czy i do­zna­jesz na­miast­ki ulgi, że znów ci się uda­ło. Gra­mo­lisz się mię­dzy pa­sa­że­ra­mi, ze znie­cier­pli­wie­niem wy­pa­tru­jesz miej­sca, któ­re mógł­byś za­jąć, by sta­ło się two­im azy­lem i przez ten krót­ki czas na­le­ża­ło tyl­ko do cie­bie.

Aż wresz­cie po­ciąg ru­sza, sta­tek od­bi­ja od przy­sta­ni, po­wóz po­ko­nu­je pierw­szy za­kręt, sa­mo­chód osią­ga wła­ści­wą pręd­kość. Po­tem jest już tyl­ko pęd. Nie czu­jesz jed­nak tej szyb­ko­ści; z miej­sca, na któ­rym sie­dzisz, nie spo­sób jej po­czuć. Za­uwa­żasz je­dy­nie sta­cje – co pięć, dzie­sięć, pięt­na­ście lat. Orien­tu­jesz się, że ko­lej­ny od­ci­nek dro­gi jest za tobą, gdy ktoś się uro­dzi, umrze, obro­ni dy­plom, weź­mie ślub. Za okna­mi zmie­nia­ją się pory roku, a ty tyl­ko się dzi­wisz, że to już, że znów jest wio­sna. Cza­sem tar­gnie tobą ostrzej­szy za­kręt, most czy wy­si­łek, z któ­rym po­ko­ny­wa­ne jest wznie­sie­nie, ale wiesz, że nie ma już od­wro­tu, mu­sisz je­chać da­lej aż do kre­su.

Nie po­tra­fię przy­po­mnieć so­bie, na ja­kim eta­pie ży­cia na­uczo­no mnie do­ce­niać po­ezję, ale pa­ra­dok­sal­nie to wła­śnie ona po­ma­ga mi te­raz prze­trwać. Nie­gdy­siej­szy wróg nie wie­dzieć kie­dy stał się przy­ja­cie­lem, ostat­nim, jaki mi po­zo­stał. Przy­znam szcze­rze, że z po­cząt­ku wy­da­wa­ło mi się to nie­moż­li­wym. Wy­myśl­ne stro­fy peł­ne nie­zro­zu­mia­łych ob­ra­zów nu­ży­ły mnie nie­mi­ło­sier­nie. Czy­ta­nie było jak sma­ko­wa­nie wy­kwint­nych dań, po­cząt­ko­wo bez uzna­nia war­to­ści – kosz­to­wa­nie z przy­mu­su, grzecz­no­ści lub ja­kiej­kol­wiek in­nej mo­ty­wa­cji, któ­ra za­zwy­czaj nie wy­cho­dzi czło­wie­ko­wi na zdro­wie – z cza­sem jed­nak od­kry­wa­ło się w nim ko­lej­ne za­ska­ku­ją­ce do­zna­nia, a ape­tyt rósł. Po­wo­li sło­wa od­sła­nia­ły przede mną swo­je ta­jem­ni­ce, po­ru­sza­ły stru­ny mo­je­go ser­ca, ukła­da­jąc się w co­raz to nowe kon­ste­la­cje, ni­czym gwiaz­dy na nie­bie. Wresz­cie jed­nak, tyle razy mam­ro­ta­ne nie­zbyt chęt­nie, sło­wa wry­ły się w moją du­szę, za­pi­su­jąc się trud­ny­mi do usu­nię­cia zgło­ska­mi. Wśród za­bie­ga­nia dnia i ci­szy bez­sen­nych nocy po­wra­ca­ły do mnie nie­odmien­nie aku­rat­ne, pa­su­ją­ce do na­stro­ju chwi­li.

Na­pi­sa­no gdzieś, że Ach­ma­to­wa była gło­sem ro­syj­skiej du­szy Srebr­ne­go Wie­ku. Nie po­tra­fię osta­tecz­nie osą­dzić, ile w tym praw­dy, a ile baj­du­rze­nia kry­ty­ków li­te­rac­kich, któ­rzy nie­rzad­ko do­szu­ku­ją się sen­su tam, gdzie go nie ma, i celu tam, gdzie od po­cząt­ku bra­kło za­ło­żeń.

Wiem tyl­ko, że pew­ne­go dnia moja sa­mot­ność sta­ła­by się nie­zno­śna bez jej sub­tel­nych fraz, w któ­rych ni­czym sal­wy ar­mat­nie roz­brzmie­wa­ła hu­kiem roz­pacz. Zda­wa­ło mi się, że tyl­ko ona ro­zu­mie to, co dzie­je się we mnie, choć prze­cież na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że w ogó­le ist­nie­ję.

Po­wia­da­no, że gdy Ach­ma­to­wa uzna­wa­ła utwór za skoń­czo­ny, uczy­ła się go na pa­mięć, a po­tem pa­li­ła je­dy­ny za­pis. Gi­nął fi­zycz­ny ślad, po­zo­sta­wa­ła pa­mięć. Tyl­ko jej po­et­ka go­to­wa była za­wie­rzyć swój naj­więk­szy skarb, tyl­ko na niej po­le­ga­ła, tyl­ko jej nikt nie zdo­łał­by ode­brać Ach­ma­to­wej ani wy­ko­rzy­stać prze­ciw­ko niej. To był wy­bór po­wo­do­wa­ny roz­pacz­li­wym pra­gnie­niem wol­no­ści. Za­ufa­ła pa­mię­ci, by oca­lić pa­mięć.

Od dnia po­grze­bu w mo­ich my­ślach ko­ła­cze się wciąż kil­ka tych sa­mych strof, jak­by inne ni­g­dy nie ist­nia­ły, nie mia­ły żad­ne­go zna­cze­nia.

„Wiatr szarp­nął, od­sło­nił – i sta­ło się samo, że wszy­scy po­ję­li: to koń­czy się dra­mat, to nie trze­cia je­sień, to śmierć”.

Cza­sem zmie­nia się tyl­ko ję­zyk szep­tu, ale sło­wa po­zo­sta­ją te same. Nie po­tra­fię przy­po­mnieć so­bie in­nych wier­szy, a prze­cież było ich tak wie­le. Wciąż od nowa roz­wa­żam, cze­mu moja pa­mięć upar­cie przy­wo­łu­je te same sło­wa; czy to aby nie znak? Ostrze­że­nie? Sto­jąc nie­mal na pro­gu wiecz­no­ści, czło­wiek na­resz­cie zy­sku­je pra­wo, by stać się prze­sąd­nym. A może nie ma to nic wspól­ne­go z za­bo­bo­nem, ze swej de­fi­ni­cji ozna­cza­ją­cym coś bez­za­sad­ne­go i od ko­rze­ni błęd­ne­go. Może taki jest wła­śnie od­wiecz­ny po­rzą­dek wszech­świa­ta.

Może i mnie sło­wa zdo­ła­ją oca­lić. Wy­rwać z ot­chła­ni nie­pa­mię­ci.

Dziw­ne, że do sta­re­go czło­wie­ka po­wra­ca­ją cza­sem wspo­mnie­nia chwil, któ­re po­zo­sta­wa­ły uśpio­ne przez kil­ka­dzie­siąt lat. W szy­bie pę­dzą­ce­go na tle ciem­nie­ją­cych łąk po­cią­gu od­bi­ła się moja twarz. Na­gle co­fam się my­ślą do dnia, w któ­rym ta twarz uka­za­ła mi się po raz pierw­szy w od­bi­ciu wy­po­le­ro­wa­ne­go do czy­sta lu­stra. Pa­mię­tam do­brze tam­to uczu­cie. Do­kądś bar­dzo mi się spie­szy­ło, ale na ten wi­dok pęd ży­cia wstrzy­mał swój bieg. Wszyst­ko za­sty­gło w bez­ru­chu. Ta twarz nie bu­dzi­ła mo­je­go lęku, ra­czej cie­ka­wość.

Nie wiem, kim je­steś – roz­brzmia­ło w mo­jej gło­wie.

Ogar­nę­ło mnie nie­ja­sne prze­czu­cie, że znam tego ko­goś, choć był mi nie­wąt­pli­wie obcy. Trud­no wła­ści­wie od­dać to, co wy­da­rzy­ło się w trak­cie tych kil­ku­na­stu se­kund, nim ży­cie po­gna­ło da­lej. Ten mo­ment, w któ­rym przy­glą­dasz się ko­muś, jesz­cze nie wie­dząc, że to ty, po­zo­stał jed­nak ze mną, to­wa­rzy­szył mi przez całe ży­cie, choć przez tyle lat po­zo­sta­wał za­po­mnia­ny. Dziś już wiem, że było to jed­no je­dy­ne spoj­rze­nie – wej­rze­nie w przy­szłość, od­bi­cie, za­rys cze­goś, co mia­ło się do­pie­ro wy­da­rzyć. Ten uła­mek wiecz­no­ści, gdy na­gle je­steś sobą, ale jesz­cze nie wiesz, co cię cze­ka i kim się sta­niesz, gdy prze­sta­niesz być wy­łącz­nie od­bi­ciem.

Lecz choć moje ży­cie do­bie­ga koń­ca, to prze­cież „nie trze­cia je­sień, to śmierć” bę­dzie moją na­stęp­ną sta­cją, wciąż nie wiem. Nie zdo­łam już ni­cze­go do­dać ani od­jąć z za­pi­sków mo­je­go losu, zo­sta­nie po­sta­wio­na ostat­nia krop­ka przed wiel­ką ci­szą i py­ta­nia na za­wsze po­zo­sta­ną bez od­po­wie­dzi.

Na­gle ogar­nia mnie znie­cier­pli­wie­nie, po­dob­ne do tego, któ­re­go do­świad­cza­ją dzie­ci, gdy na­gle zry­wa­ją się do bie­gu, choć mo­gły­by prze­cież iść spo­koj­nie. Czu­ję, że coś mnie przy­na­gla, coś, cze­go nie po­tra­fię na­zwać. Pod tym wzglę­dem star­cy i dzie­ci są do sie­bie bar­dzo po­dob­ni, bar­dzo im się spie­szy. Dzie­ciom, bo są spra­gnio­ne po­zna­nia, star­com, bo boją się, że zbrak­nie im cza­su na coś waż­ne­go.

Mu­szę do­koń­czyć. Mu­szę po­zwo­lić wy­brzmieć tym jesz­cze kil­ku po­zo­sta­łym sło­wom, po raz ostat­ni roz­wi­bro­wać się opo­wie­ści mi­nio­ne­go ży­cia, na­sze­go ży­cia. Ina­czej nie po­zbę­dę się jej z sie­bie, a nie opo­wie­dziaw­szy jej do koń­ca, nie zdo­łam odejść, choć prze­cież do­brze wiem, że już czas.

Wiatr wie­ją­cy od wscho­du ko­ły­sze drze­wa­mi ro­sną­cy­mi wzdłuż dro­gi. Wiatr ze wscho­du nie­sie wspo­mnie­nia, lecz po­mię­dzy nimi w po­wie­trzu wy­czu­wam już wy­raź­nie ła­god­ne mu­śnię­cia wiecz­no­ści, tak jak nie­gdyś wśród po­wie­wów je­sie­ni nie­omyl­nie wy­czu­wa­li­śmy nad­cho­dzą­cy śnieg. Gdy tyl­ko skoń­czę, na­dej­dzie kres. Taki jest po­rzą­dek rze­czy. Nie lę­kam się ni­cze­go poza tym, że nie zdą­żę. Nie­do­po­wie­dzia­ne hi­sto­rie zbyt szyb­ko bled­ną, ule­ga­ją wy­pa­cze­niu, skrę­ca­ją się ni­czym nad­pa­lo­na kart­ka i jak ona zmie­nia­ją się w po­piół. Nikt nie prze­cho­wu­je nie­do­koń­czo­nych opo­wie­ści.

Po­przez od­bi­cie wła­snej twa­rzy przy­glą­dam się świa­tu i wi­dzę, że znów się zmie­nia. Pod po­wierzch­nią co­dzien­no­ści coś nie­bez­piecz­nie bu­zu­je. Zna­ki są wy­raź­ne, nie­mal krzy­kli­we, ale lu­dzie ich nie do­strze­ga­ją, nie sły­szą ostrze­gaw­czych pod­szep­tów hi­sto­rii – a może zwy­czaj­nie nie chcą wi­dzieć ani sły­szeć. Chcą po pro­stu żyć. Błą­dzą? Czy może mają ra­cję, sku­pia­jąc się na tym, co trwa, na je­dy­nym, co mogą uchwy­cić? Po­tem, jak mnie, zo­sta­ną im tyl­ko wspo­mnie­nia, pyły prze­szło­ści i pro­chy naj­bliż­szych za­grze­ba­ne w ob­cej zie­mi. Wid­ma daw­nych ma­rzeń, cie­nie pra­gnień, ostat­nie echa słów, któ­rych prze­cież tak wie­le wy­peł­nia­ło na­szą co­dzien­ność. Jesz­cze wczo­raj były wszyst­kim, dziś są cich­sze od li­ści spa­da­ją­cych z mio­ta­nych wia­trem drzew, ju­tro umilk­ną zu­peł­nie. Je­śli mnie za­brak­nie, nie bę­dzie komu opo­wie­dzieć koń­ca.

Nie­zwy­kła jest myśl, że może nas nie być, prze­ra­ża­ją­ca i eks­cy­tu­ją­ca za­ra­zem, póki wciąż je­ste­śmy, póki jesz­cze o czym­kol­wiek mo­że­my za­de­cy­do­wać. Mnie za­brak­nie, a drze­wa­mi przy dro­dze znów za­ko­ły­sze wiatr ze wscho­du.

Nie mogę nic na to po­ra­dzić. Nikt nie może zmie­niać re­guł w trak­cie gry. Pod­czas par­tii masz tyl­ko te kar­ty, któ­re do­sta­łeś. Mu­sisz ro­ze­grać wszyst­ko tymi na ręku. Ni­cze­go nie do­bie­rzesz, ni­cze­go nie od­dasz. Masz, co zo­sta­ło ci dane. Od cie­bie jed­nak za­le­ży, jak bę­dziesz grał. To jest two­ja wol­ność, to jest two­ja siła. Two­ja od­po­wie­dzial­ność. Pora zdjąć brze­mię ze świa­ta, to two­ja gra i nikt nie ro­ze­gra żad­nej par­tii za cie­bie. Tego na­uczy­ło mnie ży­cie. Z po­zo­ru nie­wie­le, jak na tyle dzie­się­cio­le­ci.

Moja opo­wieść o ro­ze­gra­nym już ży­ciu do­ma­ga się uwa­gi. Od­ry­wam wzrok od świa­ta, za­my­kam oczy. Pod po­wie­ka­mi wi­dzę wciąż tę samą twarz.

Mi­łość to prze­dziw­na ma­te­ria, o tak wie­lu ob­li­czach, sma­kach, za­pa­chach, ko­lo­rach, od­cie­niach, że aż dziw, iż ktoś po­ku­sił się na okre­śle­nie tego wszyst­kie­go tyl­ko jed­nym sło­wem. Mi­łość jest prze­cież nie­opi­sa­na.

Kto­kol­wiek są­dzi, że zgłę­bił na­tu­rę mi­ło­ści, jest głup­cem. Choć tylu lu­dzi w hi­sto­rii świa­ta już ko­cha­ło, mi­łość wciąż po­zo­sta­je prze­strze­nią nie­zgłę­bio­ną, nie­de­fi­nio­wal­ną, rów­nie ta­jem­ni­czą jak to, co na­praw­dę dzie­je się z du­szą czło­wie­ka po śmier­ci.

Jest py­ta­niem, na któ­re nie ma pro­stej, jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. Każ­da mi­łość ma wła­sną opo­wieść.

1924

Roz­dział 1

Było póź­ne po­po­łu­dnie. Ta­tia­na Fi­li­pow­na Sta­wic­ka wsu­nę­ła klucz w dziur­kę bocz­nych drzwi wej­ścio­wych, któ­rych nie uży­wał nie­mal nikt. Były bo­wiem cał­ko­wi­cie nie­prak­tycz­ne, za­nad­to od­da­lo­ne od kuch­ni, by chcia­ła ko­rzy­stać z nich służ­ba, zbyt cia­sne i wą­skie, sło­wem: nie dość wy­god­ne, co gor­sza, nie dość re­pre­zen­ta­tyw­ne, by peł­nić funk­cję wej­ścia co­dzien­ne­go dla do­mow­ni­ków i go­ści. W do­dat­ku, aby zna­leźć się we­wnątrz domu, naj­pierw trze­ba było zejść dwa schod­ki na ze­wnątrz, a po­tem wspiąć się po trzech już we­wnątrz – i nikt nie mógł dojść przy­czy­ny za­sto­so­wa­nia po­dob­ne­go roz­wią­za­nia. Oj­ciec Ta­tia­ny, Fi­lip Birsz­tejn, nie­jed­no­krot­nie żar­to­wał, że kto­kol­wiek pro­jek­to­wał ten dom, z pew­no­ścią otrzy­mał za­pła­tę przed wy­ko­na­niem pra­cy.

– Upił się z ra­do­ści tak bar­dzo, że pew­ne szcze­gó­ły, ot, choć­by te nie­szczę­sne drzwi, do­ry­so­wy­wał za­pew­ne w pi­jac­kim wi­dzie.

– Albo wy­chy­la­jąc szklan­kę wody z ogór­ków ki­szo­nych dnia na­stęp­ne­go... – do­po­wie­dział pew­ne­go razu Bo­rys. – Po­czuł, że nie­na­wi­dzi lu­dzi tak bar­dzo, że do dość zgrab­nej ca­ło­ści do­ło­ży okrut­nie wą­skie i cał­ko­wi­cie zbęd­ne scho­dy. To mia­ła być za­pew­ne jego oso­bi­sta ze­msta na pe­ters­bur­ża­nach za nie­zno­śny ból gło­wy, su­chość w ustach i tra­wią­ce go mdło­ści.

Bog­da­now wy­wo­łał tym sal­wę śmie­chu. Naj­gło­śniej ze wszyst­kich śmiał się sta­ry Birsz­tejn. Ta­tia­na wzdry­gnę­ła się na to wspo­mnie­nie, nie­pew­na, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek usły­szy ten wspa­nia­ły śmiech. Czym prę­dzej od­su­nę­ła od sie­bie tę myśl. Oj­ciec, ow­szem, cho­ro­wał, ale wciąż żył, a póki żył, mógł jesz­cze od­zy­skać zdro­wie.

Po­krze­pio­na tą my­ślą spró­bo­wa­ła prze­krę­cić klucz w zam­ku, ale me­cha­nizm nie chciał ustą­pić. Nie­na­oli­wio­ne za­su­wy od­ma­wia­ły po­słu­szeń­stwa, a Ta­tia­na jęła za­sta­na­wiać się, co też przy­szło jej do gło­wy, żeby się z nimi mo­co­wać. Była jed­nak zbyt roz­draż­nio­na, żeby te­raz się pod­dać. Po­trze­bo­wa­ła ja­kie­go­kol­wiek zwy­cię­stwa, choć­by naj­mniej­sze­go, a to, choć nie­do­rzecz­ne, było rów­nie do­bre jak inne. Po­zwa­la­ło za­jąć ręce i od­cią­gnąć my­śli od wy­pad­ków tego dnia, sku­pić się na czymś in­nym niż wy­obra­ża­nie so­bie, jak Ana­sta­zja wpa­da na dwor­cu w ra­mio­na Ka­zi­mie­rza. Wi­dzia­ła pięk­ne mie­dzia­ne wło­sy mu­ska­ją­ce twarz jej męża. Wie­lo­ko­lo­ro­we oczy wpa­trzo­ne z mi­ło­ścią w tego, któ­ry prze­cież to jej obie­cy­wał do­cho­wać wier­no­ści, był oj­cem jej dziec­ka.

Szarp­nę­ła za klam­kę. Coś chrup­nę­ło, ale drzwi na­dal po­zo­sta­wa­ły za­mknię­te. Ta­tia­na mia­ła ocho­tę kop­nąć je z wście­kło­ści. I tym ra­zem zdo­ła­ła się jed­nak opa­no­wać.

W tym jed­nym je­stem na­praw­dę do­bra – po­my­śla­ła z go­ry­czą. – W by­ciu opa­no­wa­ną.

Pod­czas roz­mo­wy z Ana­sta­zją wła­śnie taka była: spo­koj­na i zrów­no­wa­żo­na, choć prze­cież w tej sa­mej chwi­li w jej wnę­trzu coś umie­ra­ło. Po­tem po­bie­gła do domu. Mu­sia­ła wy­cho­dzić złość, li­czy­ła, że wiatr roz­wie­je łzy, któ­re ci­snę­ły się jej do oczu. Chcia­ła raz na za­wsze za­trza­snąć za sobą te drzwi. Za­po­mnieć o wszyst­kim. O wia­ro­łom­nym mężu, o jego ko­chan­ce, o wła­snych pla­nach i ma­rze­niach. Za­to­pić się w te­raź­niej­szo­ści.

Coś jed­nak nie da­wa­ło jej spo­ko­ju. Nie mo­gąc za­pa­no­wać nad od­ru­cho­wym zer­ka­niem na zło­ty ze­ga­rek, kon­se­kwent­nie od­mie­rza­ją­cy mi­nu­ty do od­jaz­du po­cią­gu Ka­zi­mie­rza, w przy­pły­wie de­ter­mi­na­cji od­pię­ła go z nad­garst­ka i wsu­nę­ła w dłoń że­bra­ka pro­szą­ce­go o da­tek. Nie obej­rza­ła się, gdy ob­da­ro­wa­ny za­czął wo­łać za nią, dzię­ku­jąc wy­lew­nie za taką hoj­ność. Nie zwa­ża­ła na ni­ko­go i na nic. Nie czu­ła tę­sk­no­ty czy bólu, a przy­naj­mniej ro­bi­ła wszyst­ko, by nie do­pu­ścić ich do gło­su. Nie po­zo­sta­wio­no jej wy­bo­ru. Za­de­cy­do­wa­no za nią.

Po­stą­pi­ła tak, jak na­le­ża­ło. Wy­peł­ni­ła już za­da­ną jej rolę w opo­wie­ści o mi­ło­ści tych dwoj­ga, te­raz chcia­ła tyl­ko za­po­mnieć, wró­cić do domu i sku­pić się na tych, któ­rzy jej po­trze­bo­wa­li, cho­rym ojcu, za­gu­bio­nej mat­ce, uko­cha­nym syn­ku. Je­dy­ne, cze­go nie by­ła­by w sta­nie te­raz znieść, to roz­mo­wa z kim­kol­wiek. Ko­niecz­ność od­po­wie­dze­nia na ja­kie­kol­wiek, choć­by naj­prost­sze py­ta­nie wy­da­wa­ła się jej za­da­niem po­nad siły. Dla­te­go sta­ła, sza­mo­cząc się z tymi nie­szczę­sny­mi drzwia­mi. Naj­wi­docz­niej jed­nak i one po­sta­no­wi­ły sta­wić jej opór. Ta­tia­na po­czu­ła, że coś gnie­cie ją w środ­ku.

Lek­ki po­wiew wio­sen­ne­go wia­tru starł z jej po­licz­ka sa­mot­ną łzę, choć zda­wa­ło jej się, że tego ran­ka wy­pła­ka­ła już wszyst­kie.

– Chcę tyl­ko wejść do środ­ka – wy­szep­ta­ła przez za­ci­śnię­te zęby, jak­by rzu­ca­ła czar lub prze­kleń­stwo.

Po­nie­waż była to pora po­obied­niej drzem­ki Ka­ro­la, Ta­tia­na za­mie­rza­ła nie­zau­wa­żo­na przez ni­ko­go wśli­zgnąć się do domu, prze­mknąć wą­ską klat­ką scho­do­wą dla służ­by do po­ko­ju nie­przy­tom­ne­go ojca i spę­dzić ten czas, sie­dząc przy nim, w mil­cze­niu, któ­re­go tak bar­dzo po­trze­bo­wa­ła. Za­sta­no­wić się nad kro­ka­mi, któ­re bę­dzie mu­sia­ła pod­jąć po odej­ściu Ka­zi­mie­rza. Nie mia­ła żad­nych wąt­pli­wo­ści, że było ono osta­tecz­ne.

Na­ci­snę­ła klam­kę, opar­ła się ra­mie­niem o sta­re drew­no i pchnę­ła moc­no. Za­wia­sy jęk­nę­ły prze­cią­gle, ża­ło­śnie jak du­sze czyść­co­we, i drzwi ustą­pi­ły.

Ta­tia­na po­pra­wi­ła wło­sy, któ­re wy­su­nę­ły się jej z upię­cia, strzep­nę­ła nie­wi­dzial­ne pył­ki z ubra­nia i po­stą­pi­ła krok do przo­du, lecz na­raz za­trzy­ma­ła się z dło­nią opar­tą na klam­ce i nie mo­gła zde­cy­do­wać się, by wejść do środ­ka. Ogar­nął ją pa­lą­cy nie­po­kój, tak strasz­ny, że żad­ny­mi ra­cjo­nal­ny­mi ar­gu­men­ta­mi nie szło go uci­szyć. Mia­ła wra­że­nie, że coś prze­oczy­ła, gdzieś po­peł­ni­ła błąd, któ­ry wciąż jesz­cze mo­gła na­pra­wić. Za­drża­ła z emo­cji i cof­nę­ła się. Za­mknę­ła drzwi, nie zwa­ża­jąc na to, że wciąż trzy­ma­ny w dło­ni klucz prze­śli­zgnął się jej mię­dzy pal­ca­mi i z brzdę­kiem ude­rzył o ka­mien­ny scho­dek. Nie usły­sza­ła tego, po­nie­waż ze­rwa­ła się już do bie­gu. Wy­pa­dła za róg uli­cy i za­ma­cha­ła na prze­jeż­dża­ją­cy wła­śnie sa­mo­chód. Kie­row­ca, czło­wiek nie­mło­dy, ale i nie cał­kiem jesz­cze sta­ry, choć wo­kół jego oczu utwo­rzy­ła się już sia­tecz­ka zmarsz­czek, a gę­stą czu­pry­nę nie­gdyś ciem­nych wło­sów tu i ów­dzie przy­pró­szy­ła si­wi­zna, był wy­raź­nie zszo­ko­wa­ny. Jed­nak to wła­śnie to uczu­cie nie­chyb­nie zmu­si­ło go do za­trzy­ma­nia się obok nie­zwy­kle ele­ganc­kiej ko­bie­ty o kru­czo­czar­nych wło­sach i moc­no za­czer­wie­nio­nych po­licz­kach, któ­rej oczy lśni­ły nie­zdro­wym bla­skiem.

– Czy mógł­by pan mnie za­wieźć na Dwo­rzec War­szaw­ski? – spy­ta­ła, gdy po­spiesz­nie opu­ścił szy­bę. – To bar­dzo, bar­dzo waż­ne. Za­pła­cę. Każ­dą cenę. Mu­szę tyl­ko do­stać się na Dwo­rzec War­szaw­ski.

Męż­czy­zna, któ­re­mu od tych nie­co­dzien­nych wy­pad­ków aż za­schło w gar­dle, po­czuł na­gle zew emo­cji. Coś po­dob­ne­go nie zda­rzy­ło mu się ni­g­dy przed­tem, lecz żył do­sta­tecz­nie dłu­go, by zdą­żyć się już na­uczyć, że cza­sem nie­zwy­kłe zaj­ścia by­wa­ją przy­czyn­kiem tra­ge­dii lub prze­ciw­nie, wiel­kie­go szczę­ścia, a on nie chciał być od­po­wie­dzial­ny za tę pierw­szą oko­licz­ność ani za nie­do­pusz­cze­nie do za­ist­nie­nia dru­giej. W za­my­śle­niu po­tarł na­zbyt sze­ro­ką szczę­kę.

– Cho­dzi o mo­je­go męża – wy­zna­ła Ta­tia­na, nie­świa­do­mie ści­sza­jąc głos, nim męż­czy­zna zdą­żył się ode­zwać. Sło­wa wy­pły­wa­ły z jej ust rwą­cym po­to­kiem. – Po­win­nam była wal­czyć, spró­bo­wać... Na Boga, po­win­nam mu po­wie­dzieć... Mu­szę mu po­wie­dzieć... On musi wie­dzieć.

Kie­row­ca bez sło­wa ski­nął gło­wą. Ta­tia­na umil­kła w jed­nej chwi­li, jak­by za­sko­czo­na tym ge­stem.

– Pro­szę wsia­dać – rzu­cił, a do­strze­gł­szy wa­ha­nie ko­bie­ty, czym prę­dzej wy­siadł i otwo­rzył przed nią drzwi.

Ukrad­kiem prze­że­gnał się jesz­cze, wzy­wa­jąc wszyst­kich świę­tych, by par­tyj­ne spo­tka­nie, z któ­re­go miał wkrót­ce ode­brać wła­ści­cie­la sa­mo­cho­du, prze­dłu­ży­ło się przy­naj­mniej o dwa kwa­dran­se. Żona nie wy­ba­czy­ła­by mu, gdy­by stra­cił tę pra­cę.

– Pre­swia­ta­ja Troj­ce, po­mi­łuj nas – szep­nął bez­gło­śnie.

Za­trza­snął drzwicz­ki, siadł za kie­row­ni­cą i ru­szył w stro­nę dwor­ca. Raz po raz zer­kał w lu­ster­ku na sie­dzą­cą za nim ko­bie­tę. Pierw­sze wra­że­nie nie zmy­li­ło go, była to praw­dzi­wa pięk­ność i z pew­no­ścią wiel­ka dama. Za­sty­gła te­raz w peł­nej gra­cji po­zie, ide­al­nie wy­pro­sto­wa­na. Z gło­wą lek­ko po­chy­lo­ną w pra­wo spo­glą­da­ła przez okno nie­wi­dzą­cym wzro­kiem.

– Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek zdo­łam się panu od­wdzię­czyć – ode­zwa­ła się po raz pierw­szy, od­kąd ru­szy­li, gdy w od­da­li za­ma­ja­czy­ły kon­tu­ry dwor­ca. Ro­zej­rza­ła się wo­ko­ło, do­pie­ro te­raz orien­tu­jąc się, że nie ma przy so­bie to­reb­ki. Odło­ży­ła ją na scho­dek przy wej­ściu, gdy mo­co­wa­ła się z drzwia­mi. – Ale nie za­po­mnę. Ni­g­dy panu tego nie za­po­mnę.

Męż­czy­zna za­mru­czał coś nie­wy­raź­nie, na­gle onie­śmie­lo­ny jej peł­nym do­sto­jeń­stwa gło­sem i wy­po­wia­da­ny­mi przez nią sło­wa­mi, z któ­rych biła dziw­na siła.

– Na­zy­wam się Ta­tia­na Sta­wi... – za­wa­ha­ła się. – Gdy­by kie­dy­kol­wiek po­trze­bo­wał pan ja­kiej­kol­wiek po­mo­cy, pro­szę py­tać o cór­kę Fi­li­pa Birsz­tej­na.

Nie po­wie­dzia­ła nic wię­cej. Wy­sia­dła, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie de­li­kat­ną woń per­fum uno­szą­cych się w ka­bi­nie sa­mo­cho­du.

Kie­row­ca zdjął czap­kę i otarł pot z czo­ła. Chciał od­je­chać, lecz nie­opo­dal do­strzegł tęgą ko­bie­ci­nę sie­dzą­cą na ni­skim sto­łecz­ku, mimo cie­płe­go dnia opa­tu­lo­ną w ko­lo­ro­wą weł­nia­ną chu­s­tę. Obok niej sta­ła duża me­ta­lo­wa bań­ka, przed któ­rą ufor­mo­wa­ła się pręd­ko ko­lej­ka spra­gnio­nych orzeź­wie­nia po­dróż­nych. Męż­czy­zna prze­łknął śli­nę. Po­czuł pa­lą­ce pra­gnie­nie, któ­re – jak mu się w owej chwi­li zda­wa­ło – uga­sić mo­gła tyl­ko szklan­ka świe­że­go mle­ka. Przez chwi­lę po­ku­sa wal­czy­ła z po­czu­ciem obo­wiąz­ku za­pra­wio­nym stra­chem przed gnie­wem żony. Wresz­cie uznał, że i tak zmi­trę­żył już dość cza­su i na­giął obo­wią­zu­ją­ce go za­sa­dy. Je­śli ma po­nieść kon­se­kwen­cje, po­nie­sie je, wszyst­ko się wyda i z pew­no­ścią nie unik­nie kary. Kil­ka do­dat­ko­wych mi­nut nie zro­bi już więc żad­nej róż­ni­cy. Po­krze­pio­ny tą my­ślą, wy­siadł z sa­mo­cho­du i sta­nął na koń­cu ogon­ka.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki
.