Cień sułtana. Krwawe morze - Maria Paszyńska - ebook

Cień sułtana. Krwawe morze ebook

Maria Paszyńska

4,4

Opis

Imperium Osmańskie fascynuje, zadziwia i przeraża. W Krwawym morzu historia przeplata się z fikcją literacką, a w cieniu politycznych knowań i walki o władzę rozgrywają się ludzkie dramaty

Parne lato 1571 roku. Oblężenie weneckiej Famagusty przez wojska osmańskie trwa już prawie rok. Za murami szerzą się głód i epidemia, ludzie są na skraju szaleństwa. Dowódca twierdzy wydaje rozkaz kapitulacji. Tymczasem w Stambule wrze. Coraz trudniej ukryć nieudolność sułtana i jego świty. Wielki wezyr Mehmed Pasza Sokollu po raz pierwszy staje do walki z wrogiem, którego nie zna i nie rozumie. Rozpoczyna się nierówna rozgrywka, a stawką jest ocalenie Imperium Osmańskiego.

W pałacowym haremie piętnastoletnia Birgül zostaje wplątana w wielką politykę. Wkrótce będzie zmuszona wybierać pomiędzy miłością i lojalnością wobec żony sułtana a duchami przeszłości, które domagają się zemsty. Intrygi doprowadzą do jednej z największych i najkrwawszych bitew morskich. To właśnie bitwa pod Lepanto rozstrzygnie o losach świata.

Drugi tom fascynującej SERII SUŁTAŃSKIEJ Marii Paszyńskiej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (30 ocen)
16
11
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tuliaszn

Dobrze spędzony czas

Spory potencjał, szkoda że bardziej ucieka w przygodę a nie w "biały zamek".
00
MajaNowara

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała! Mega wciągająca powieść! Polecam!
00

Popularność




Za­pra­sza­my na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wychANNA SLO­TORSZ / ART­NO­VO.PL
Fo­to­gra­fie na okład­ce© Anna Po­gu­ly­aeva/Ado­be Stock Do­me­na pu­blicz­na
Ko­or­dy­na­cja pro­jek­tuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaSZTAM­BO­OK – KA­RO­LI­NA BO­RO­WIEC-PIE­NIAK
Ko­rek­taKA­MI­LA MAR­KOW­SKA / PAN­BO­OK.PL
Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nieSTA­NI­SŁAW TU­CHO­ŁKA / PAN­BO­OK.PL
Re­dak­cja tech­nicz­naKRZYSZ­TOF CHO­DO­ROW­SKI
Po­lish edi­tion © Ma­ria Pa­szy­ńska, Pu­bli­cat S.A. MMXXII (wy­da­nie elek­tro­nicz­ne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgod­ne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­to­ra, w tym nie­le­gal­ne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nio­ne.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6255-7
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bo­wa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fi­ce@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wa­le 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­zni­ca@pu­bli­cat.pl

Pio­tro­wi...

Nie­chaj ci ja­śnie­je twarzw obu świa­tach...

Ra­do­van Sa­mar­džić,Meh­med So­ko­lo­vić

Pro­log

ISKRA

27 wrze­śnia 1569 –Stam­buł –IMPE­RIUM OSMA­ŃSKIE

1

Mia­sto pło­nęło. Łuna bi­jąca od sto­jących w pło­mie­niach wiel­kich stam­bul­skich tar­go­wisk przy­sło­ni­ła ksi­ężyc i gwiaz­dy. Ła­two­pal­ne hale, w wi­ęk­szo­ści zbu­do­wa­ne z drew­na i su­szo­nej ce­gły, jed­na po dru­giej roz­pa­da­ły się z trza­skiem przy­po­mi­na­jącym dźwi­ęk ła­ma­nych ko­ści. Wąskie ulicz­ki Stam­bu­łu za­la­ła rze­ka la­men­tu­jących lu­dzi, po­ry­wa­jąca ze sobą wszyst­ko, co na­po­tka­ła na swej dro­dze.

Wiel­ki we­zyr Meh­med Pa­sza So­kol­lu pa­trzył na ścia­nę ognia, nie­zdol­ny wy­ko­nać żad­ne­go ru­chu. W miej­scu, w któ­rym stał, wci­ąż było bez­piecz­nie, choć i tu czuć już było żar bi­jący od ognia tra­wi­ące­go sto­li­cę. Wo­kół nie­go gwar­dia su­łta­ńska, prze­by­wa­jące w Stam­bu­le od­dzia­ły kon­ni­cy oraz słu­dzy wszyst­kich we­zy­rów bu­rzy­li ko­lej­ne bu­dyn­ki. Na­le­ża­ło jak naj­szyb­ciej usu­nąć z dro­gi roz­sza­la­łe­go ży­wio­łu wszyst­ko, czym­kol­wiek mó­głby się po­ży­wić. Drew­no, ka­mie­nie, sto­sy to­wa­rów i dóbr wy­wo­żo­nych z do­mów i kra­mów ła­do­wa­no na wozy i tacz­ki, a gdy i tych za­bra­kło, lu­dzie bra­li ci­ężkie ła­dun­ki na ple­cy. Sił do­da­wa­ła im na­dzie­ja, że w ten spo­sób zdo­ła­ją oca­lić przed po­żo­gą swo­je mie­nie, znaj­du­jące się w części mia­sta jesz­cze nie­ogar­ni­ętej ogniem.

Po­ża­ry, po­dob­nie jak trzęsie­nia zie­mi, często na­wie­dza­ły sto­li­cę Im­pe­rium. Miesz­ka­ńcy Stam­bu­łu żyli więc w sprzy­ja­jącym za­bo­bon­nej po­bo­żno­ści prze­ko­na­niu, że na tej zie­mi nic nie trwa wiecz­nie. Wi­ęk­szo­ść do­mostw była zor­ga­ni­zo­wa­na tak, by w ra­zie za­gro­że­nia do­by­tek mógł zo­stać czym prędzej spa­ko­wa­ny i wy­nie­sio­ny. In­te­re­sy pro­wa­dzo­no na pro­wi­zo­rycz­nych kra­mach, z góry prze­zna­czo­nych na wcze­śniej­sze czy pó­źniej­sze znisz­cze­nie. Wal­ka z ta­kim na­sta­wie­niem miesz­ka­ńców do ich mia­sta nie była spra­wą ła­twą. Mimo to w ostat­nim cza­sie uda­ło się prze­ko­nać pod­da­nych do ko­niecz­no­ści za­dba­nia o bez­pie­cze­ństwo sto­li­cy. Na­ka­za­no prze­bu­do­wę wiel­kich po­ła­ci mia­sta, tak by roz­su­nąć pcha­jące się na sie­bie bu­dyn­ki. Zbyt ści­sła za­bu­do­wa zwi­ęk­sza­ła bo­wiem stra­ty na­wet przy nie­wiel­kich za­pró­sze­niach ognia. Miesz­cza­nie zo­bo­wi­ąza­ni byli ta­kże przy ka­żdym domu, za­le­żnie od jego wiel­ko­ści i bu­dul­ca, sta­wiać dra­bi­ny i od kil­ku do kil­ku­dzie­si­ęciu be­czek z wodą, któ­rą na­le­ża­ło sta­le uzu­pe­łniać i udo­stęp­niać ka­żde­mu, gdy­by za­ist­nia­ła taka po­trze­ba.

Tym ra­zem jed­nak wszel­kie na­dzie­je po­kła­da­ne w środ­kach ostro­żno­ści oka­za­ły się płon­ne. Woda w becz­kach sko­ńczy­ła się nie­mal na­tych­miast, a rusz­to­wa­nia usta­wio­ne przy prze­bu­do­wy­wa­nych gma­chach sta­no­wi­ły łącze, po któ­rym ogień swo­bod­nie prze­pły­wał po­mi­ędzy jed­nym a dru­gim do­mem. Ni­g­dy do­tąd po­żar nie przy­brał tak za­trwa­ża­jących roz­mia­rów.

Nie­sie­nie po­mo­cy miesz­ka­ńcom dziel­nic, któ­re jako pierw­sze sta­nęły w ogniu, utrud­nia­ła ci­snąca się bez­ład­nie we wszyst­kich kie­run­kach ci­żba. Ogar­ni­ęci pa­ni­ką lu­dzie bie­ga­li tam i z po­wro­tem, wy­krzy­ki­wa­li imio­na naj­bli­ższych, za­no­si­li ku nie­bu bła­ga­nia lub prze­ciw­nie, po­msto­wa­li na los, któ­ry stał się ich udzia­łem. Sy­tu­ację kom­pli­ko­wa­ły ta­kże sto­sy przed­mio­tów le­żące wprost na uli­cach. Me­ble, po­dusz­ki, ma­te­ra­ce, dy­wa­ny, lam­py ta­ra­so­wa­ły prze­jścia, zmu­sza­ły do szu­ka­nia okrężnych, nie­rzad­ko dłu­ższych dróg. Wie­lu zło­rze­czy­ło ich wła­ści­cie­lom, ale So­kol­lu ro­zu­miał, że wy­rzu­ca­jąc przez okna wszyst­ko, co mia­ło ja­kąkol­wiek war­to­ść, lu­dzie ci po­dej­mo­wa­li de­spe­rac­ką pró­bę ura­to­wa­nia swo­je­go skrom­ne­go do­byt­ku. Z domu, któ­ry miał zo­stać znisz­czo­ny jako na­stęp­ny, wy­pro­wa­dza­no wła­śnie star­ca. Jego dłu­ga bia­ła bro­da zle­wa­ła się w jed­no z ide­al­nie bia­łą ko­szu­lą noc­ną, w któ­rą był przy­odzia­ny. Naj­wy­ra­źniej nie zdążył się ubrać. So­kol­lu już chciał pod­je­chać i zwró­cić uwa­gę iczo­gla­nów, by nie po­pędza­li star­ca i po­zwo­li­li mu wzi­ąć cho­ciaż ka­ftan, lecz w tej sa­mej chwi­li jego uwa­gę przy­ku­ły ręce sta­rusz­ka. Mężczy­zna tu­lił do pier­si kil­ka opa­słych ksi­ąg, sta­now­czo zbyt ci­ężkich dla jego chu­dych, zmęczo­nych ży­ciem ra­mion. W jed­nej z nich So­kol­lu zdo­łał roz­po­znać Ka­non me­dy­cy­ny Ibn Siny, zwa­ne­go przez ła­cin­ni­ków Awi­cen­ną. A za­tem ów sta­ry me­dyk dany mu czas prze­zna­czył na za­bra­nie tego, co było naj­dro­ższe. Nie dba­jąc o przy­odzie­wek, po­sta­no­wił oca­lić bez­cen­ne źró­dła wie­dzy le­kar­skiej. We­zyr przy­wo­łał jed­ne­go z sług i zdjąw­szy swój wy­szy­wa­ny zło­tą ni­cią płaszcz, ka­zał od­dać go me­dy­ko­wi.

– Pa­nie mój, ogień się zbli­ża! – wy­krzyk­nął je­den z si­pa­hi­sów. Jego twarz po­kry­ta była war­stwą sa­dzy, któ­rą zna­czy­ły bruz­da­mi spły­wa­jące kro­ple potu. – Mu­sisz stąd od­je­chać.

– Mam prze­ciw­ne za­mia­ry – od­pa­rł So­kol­lu, dziw­nie po­krze­pio­ny wi­do­kiem star­ca od­cho­dzące­go wraz ze swy­mi ksi­ęga­mi w bez­piecz­nym kie­run­ku.

– Pa­nie mój, tam lu­dzie umie­ra­ją na uli­cach, stra­to­wa­ni przez sąsia­dów! Giną w pło­mie­niach, któ­re wy­bu­cha­ją nie­spo­dzie­wa­nie w ró­żnych miej­scach. Pa­da­ją jak mu­chy, udu­sze­ni dy­mem. Nie mo­żesz tam pó­jść, nie ty, pa­nie! – nie ustępo­wał ka­wa­le­rzy­sta, choć ta­kim za­cho­wa­niem mógł na­ra­zić się na gniew wiel­kie­go we­zy­ra. – Tam jest pie­kło.

– „A kto będzie stro­nić od Nie­go, ten zo­sta­nie naj­gor­szym z lu­dzi. I pa­lić go będą na wiel­kim ogniu pie­kiel­nym. A w tym ogniu nie ma dlań ni śmier­ci, ni ży­wo­ta” – wy­re­cy­to­wał So­kol­lu, po czym do­dał spo­koj­nie: – Bło­go­sła­wie­ństwo i moc Al­la­ha osło­nią mnie, wier­ny słu­go.

Mło­dzie­niec zro­bił minę, jak­by chciał się roz­pła­kać z bez­sil­no­ści. Nie po­wie­dział już nic wi­ęcej. Za­ci­snął pi­ęści, skło­nił się we­zy­ro­wi i od­sze­dł ze zwie­szo­ną gło­wą.

Wkrót­ce gdzieś nie­da­le­ko roz­le­gł się ogłu­sza­jący huk. Za­raz po­tem w nie­bo wy­strze­lił żó­łta­wy słup ognia.

– Skła­dy ko­nop­ne pło­ną! – wy­krzyk­nął któ­ryś z żo­łnie­rzy.

So­kol­lu stał nie­po­ru­szo­ny, wpa­tru­jąc się w pło­mień gó­ru­jący nad mo­rzem ognia mie­ni­ącym się krwa­wym bla­skiem. Nie było już nocy, mro­ku dym­ne­go i ciem­no­ści, na­sta­ła ośle­pia­jąca ja­sno­ść. W uszach roz­brzmie­wa­ły mu frag­men­ty At-Taw­rat opo­wia­da­jące, jak Al­lah ob­ja­wił się pro­ro­ko­wi Mu­sie pod­czas wy­jścia Izra­eli­tów z nie­wo­li egip­skiej.

„A Pan sze­dł przed nimi w dzień jako słup obło­ku, by ich pro­wa­dzić dro­gą. W nocy zaś jak słup ognia, aby im świe­cić...” – wy­re­cy­to­wał w my­ślach wiel­ki we­zyr i choć nie był czło­wie­kiem zbyt wie­rzącym, po­czuł lęk przed Bo­żym gnie­wem, zsy­ła­jącym strasz­ną karę na sto­li­cę. Karę za py­chę, nie­spra­wie­dli­wo­ść i okru­cie­ństwo, któ­re po śmier­ci Su­lej­ma­na Pra­wo­daw­cy zda­wa­ły się opa­no­wy­wać Im­pe­rium Osma­ńskie. Su­łtan Se­lim był ni­czym ów fa­ra­on cie­mi­ężący lud Boży. Co­raz częściej za­po­mi­na­no o pra­wo­rząd­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści. „Po­kój tu­rec­ki” w ca­łym Im­pe­rium, któ­ry pod­czas roz­mów z za­chod­ni­mi po­sel­stwa­mi So­kol­lu z lu­bo­ścią po­rów­ny­wał do sta­ro­żyt­nej pax ro­ma­na, był za­gro­żo­ny. Za­chłan­no­ść mo­żnych i ucisk bie­do­ty, znu­dze­nie i zgnu­śnie­nie ar­mii, a po­nad tym wszyst­kim wład­ca, któ­ry miast – jak na­ka­zu­je Ko­ran – opie­ko­wać się swą trzo­dą, dba je­dy­nie o wła­sne przy­jem­no­ści.

Usły­szał roz­pacz­li­wy ko­bie­cy krzyk. Za­drżał, gdy zdo­łał od­ró­żnić sło­wa.

– Gniew Boży! – wo­ła­ła sta­rusz­ka, któ­ra z od­sło­ni­ętą twa­rzą i obłędem w wiel­kich oczach bie­gła w jego stro­nę, nio­sąc na rękach zwęglo­ne zwło­ki dziec­ka. – Gniew Boży!

Stra­żni­cy po­wstrzy­ma­li ją. Upa­dła na ko­la­na i za­wo­dzi­ła, ko­ły­sząc się w przód i w tył. So­kol­lu od­wró­cił wzrok, po czym spi­ął ko­nia i spró­bo­wał pod­je­chać bli­żej ognia, ale tym ra­zem in­stynkt zwy­ci­ężył nad po­słu­sze­ństwem wo­bec je­źdźca. Wierz­cho­wiec szarp­nął gło­wą, od­wró­cił się wo­kół wła­snej osi i za­rżał, co­fa­jąc gwa­łtow­nie, omal nie zrzu­ca­jąc we­zy­ra. So­kol­lu po­kle­pał zwie­rzę uspo­ka­ja­jąco po szyi.

– Od­pro­wa­dź go do staj­ni i każ mu wy­dać do­dat­ko­wą por­cję owsa – po­le­cił jed­ne­mu ze sług, zsia­da­jąc z ko­nia. – I do­wiedz się wresz­cie, gdzie są jan­cza­rzy. Dla­cze­go nikt nie gasi po­ża­ru? Gdzie jest Ca­fer Aga?

W od­po­wie­dzi słu­ga je­dy­nie po­kręcił gło­wą, da­jąc znać, że nie wie, co się sta­ło z do­wód­cą jan­cza­rów i jego od­dzia­ła­mi.

– Znaj­dźcie Ca­fe­ra Agę – po­wie­dział we­zyr i ru­szył sa­mot­nie pod prąd nad­ci­ąga­jącej ludz­kiej fali, gna­nej stra­chem.

2

Zwa­li­sty mężczy­zna w po­dar­tym odzie­niu wsze­dł na dzie­dzi­niec miej­skie­go ham­ma­mu. Ciem­no­ści pa­nu­jące wo­ko­ło roz­ja­śnia­ła je­dy­nie sre­brzy­sta po­świa­ta ksi­ęży­ca. Na­gły po­wiew wia­tru po­ru­szył li­śćmi mig­da­łow­ców ro­snących na środ­ku pla­cy­ku. Ptak skry­ty do­tąd wśród ga­łęzi z gło­śnym skrze­kiem wzbił się w po­wie­trze. Mężczy­zna od­czuł ulgę, gdy w pod­cie­niu jed­nej z ar­kad uj­rzał pło­mień po­chod­ni. Ru­szył w tam­tą stro­nę, lecz gdy był już bli­sko, łu­czy­wo zga­sło, skry­wa­jąc w ciem­no­ściach wy­so­ką, szczu­płą po­stać.

– Za­da­nie wy­ko­na­ne, pa­nie – po­wie­dział mężczy­zna, sta­ra­jąc się brzmieć pew­nie.

– Do­brze, bra­cie, do­brze – po­chwa­lił z czu­ło­ścią przy­ci­szo­ny głos z ciem­no­ści.

Był to głos przy­jem­nej bar­wy, zna­mio­nu­jący czło­wie­ka spo­koj­ne­go, o ła­god­nym uspo­so­bie­niu, nie­sko­re­go do unie­sień czy złych emo­cji. Mimo to mężczy­zna wzdry­gnął się, zdjęty gro­zą. Ten do­bro­tli­wy głos na­le­żał prze­cież do oso­by, przez któ­rą tej nocy w Stam­bu­le sza­la­ły śmie­rć i znisz­cze­nie. Po­dra­pał się po gło­wie i splu­nął, chcąc do­dać so­bie od­wa­gi. Za­bie­rze przy­obie­ca­ny mu trzos sre­bra i jesz­cze tej nocy opu­ści sto­li­cę, za­po­mi­na­jąc na za­wsze o tym wszyst­kim.

– Chcesz za­pew­ne za­py­tać o na­gro­dę, bra­cie? – ode­zwał się znów głos.

Mężczy­zna szarp­nął gło­wą. Wbił wzrok w ciem­no­ść, usi­łu­jąc doj­rzeć oso­bę skry­wa­jącą się w mro­ku. Nie wi­dać było jed­nak na­wet za­ry­sów po­sta­ci. Tyl­ko ów głos świad­czył o tym, że był tu ktoś jesz­cze. W gło­wie mężczy­zny za­częły po­ja­wiać się prze­ra­ża­jące my­śli. Wszyst­kie opo­wie­ści o złych du­chach krążących po zie­mi na zgu­bę dusz ludz­kich zda­wa­ły się oży­wać w ciem­no­ściach nocy, któ­ra w pod­ra­żnio­nej wy­obra­źni zda­wa­ła się gęst­nieć z ka­żdą chwi­lą. Ogar­nęły go wąt­pli­wo­ści, czy do­brze zro­bił, zga­dza­jąc się przy­jąć to zle­ce­nie. Obie­ca­no mu wpraw­dzie so­wi­tą za­pła­tę w krusz­cu, a i za­da­nie nie wy­gląda­ło na nie­bez­piecz­ne. Za­raz po za­pad­ni­ęciu zmro­ku miał ci­snąć po­chod­nię w je­den z ma­ga­zy­nów w dziel­ni­cy ży­dow­skiej, ści­śle okre­ślo­ny, wska­za­ny w li­ście, któ­ry otrzy­mał. Upew­niw­szy się, że bu­dy­nek za­pło­nął, miał od­da­lić się tak, by nikt go nie za­uwa­żył, i przy­być do tego – po­ło­żo­ne­go nie­co na ubo­czu – ham­ma­mu. Nie spo­dzie­wał się, że od jed­ne­go ma­ga­zy­nu w pło­mie­niach może sta­nąć pół mia­sta. Wy­rzu­ty su­mie­nia obu­dzi­ły ir­ra­cjo­nal­ny strach. Może dał się wplątać w ja­kieś in­try­gi ifry­tów? Wy­ma­cał pod ko­szu­lą za­wie­szo­ny na rze­mie­niu amu­let z imio­na­mi świ­ętych i za­ci­snąw­szy na nim pal­ce, za­czął po­spiesz­nie szep­tać sury chro­ni­ące przed złem. Choć stał na dwo­rze, po­czuł, że bra­ku­je mu po­wie­trza. Ser­ce za­ło­mo­ta­ło mu w pier­si, a na czo­ło wy­stąpi­ły kro­ple potu.

– Nie oba­wiaj się. – Głos zda­wał się przy­bli­żać. – Słusz­nie po­stąpi­łeś i cze­ka cię za­pła­ta god­na twych za­sług.

Cze­rń nocy po­zo­sta­ła nie­po­ru­szo­na. Mimo to mężczy­zna czuł na­ra­sta­jący lęk. Wie­dzio­ny in­stynk­tem, cof­nął się gwa­łtow­nie, jak­by gro­zi­ło mu ja­kieś nie­wi­dzial­ne nie­bez­pie­cze­ństwo. Jego sto­pa za­cze­pi­ła o ka­mien­ny po­dest. Za­chwiał się i upa­dł. W tym mo­men­cie z ciem­no­ści wy­ło­ni­ła się ręka dzie­rżąca szty­let. Mężczy­zna otwo­rzył usta, by krzyk­nąć, lecz ża­den dźwi­ęk nie zdążył wy­do­stać się z jego krta­ni. Z roz­pła­ta­ne­go gar­dła try­snęła krew. Wy­raz sze­ro­ko otwar­tych oczu mężczy­zny był jak nie­my krzyk prze­ra­że­nia. Nic nie zmąci­ło ci­szy pa­nu­jącej na dzie­dzi­ńcu ła­źni. Po­stać cof­nęła się w mrok.

– Już tyl­ko czte­rech. – Głos, któ­ry od­bił się echem od zdo­bio­nych ce­ra­mi­ką ścian, utra­cił całą do­bro­tli­wo­ść, był zim­ny jak stal. – Czte­rech.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki