Wariatki - Anna Kiesewetter - ebook
Opis

Powieść „Wariatki” składa się z trzech części: „Nefretete”, „Lady” i „Pirania”, są to trzy portrety zupełnie niepodobnych do siebie kobiet, do których w pewnym momencie dołącza czwarta. Mamy więc cztery postacie, komentowane i objaśniane przez mężczyzn.

Wariatki” obracają się zasadniczo w obrębie tak zwanej „inteligencji polskiej” sprzed i po drugiej wojnie światowej, przy czym ich czas nie jest do końca określony, tak że mogą istnieć zawsze i wszędzie.

Pierwsza część „Nefretete” opisuje dojrzałą bywalczynię salonów, o niezwykłej urodzie, która poślubiła „księcia z bajki”, sama pozostając baśniową „księżniczką”. Istnieje i nie istnieje zarazem. Jest i prawdą i fantasmagorią wykreowaną przez mężczyzn.

Druga z nich („Lady”) to konkretny typ dziewczyny, którą losy rzuciły do Wielkiej Brytanii. Podzieliła los wielu innych kobiet na emigracji, choć może jest to tylko jej wyobrażenie. Ale zerwany został stały kontakt z ojczyzną i wspomnienia nie do końca odpowiadają krajowi, który znamy.

Trzecia kobieta to produkt doby komunizmu, „księżniczka” z awansu, która w żaden sposób nie umie się znaleźć w zaistniałej rzeczywistości. I wreszcie czwarta, inteligentka z rodziny o tradycji wielu pokoleń, mogłaby być każdą z postaci, a może być samą sobą.

Postacie mężczyzn zrazu są zaledwie zarysowane. Ale i oni przeglądając się w oczach kolejnych bohaterek, kreują siebie i są przez nie kreowani. Jeżeli jeszcze dodamy, że owe trzy części powieści to zarazem trzy „opowieści z dreszczykiem”, myślę, że powstał obraz, który chyba warto odwiedzić.

Anna Kiesewtter urodziła się 4 września 1946 roku w Łodzi. Studiowała w Paryżu, Warszawie i Łodzi, gdzie ukończyła studia. Pracowała kolejno: jako konsultant literacki w Teatrze Nowym w Łodzi w latach 1974 – 1989, w tym podczas dyrekcji Kazimierza Dejmka; w latach 1989 – 2004 w Łódzkim Domu Kultury, gdzie samodzielnie prowadziła jednocześnie Bibliotekę Naukową i Klub Unesco; oraz w latach 2004 – 2008 była redaktorem naczelnym czasopisma „W kręgu literatury”.

Autorka ma na swoim koncie pracę dla takich kabaretów, jak STS, „U Bena” oraz „Kpiarz”. W różnych periodykach ukazało się około 100 felietonów. Anna Kiesewetter specjalizowała się też w piosence aktorskiej i literackiej. Ponadto zostały wystawione niektóre jej sztuki teatralne, a także przez jakiś czas współpracowała z Teatrem Polskiego Radia.

Anna Kiesewtter wydała do tej pory cztery powieści: „Ostatni wywiad z Tatą”, „Upalne lato wielkiego miasta czyli rzecz o Łodzi”, „Opowieści celtyckie” oraz ostatnio „Krajobraz romantyczny z księżycem w tle”. Ukazał się też tomik jej poezji, zebranej pod tytułem „Zaułek Upadłych Aniołów”, zawierający wiersze z lat 1968 – 1978.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Wariatki

Anna Kiesewetter

Łódź 1996

© Copyright by

Anna Kiesewetter & e-bookowo

Grafika na okładce: Marek Łukaszewicz

Projekt okładki:

Marek Łukaszewicz

ISBN 978-83-7859-397-3

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2014

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Część Pierwsza

Nefretete

Zaczynała się jesień i Łódź tonęła w różnobarwnych liściach. Skończyliśmy akurat sprawę powieszonej kobiety. Popełniła samobójstwo. Nie znaleźliśmy listu na miejscu tragedii. Przesłała go pocztą. Rozpaczliwy list, w którym dziękowała dyrektorowi swojej firmy, że ją zwolnił. Wynajęła apartament klasy lux w Grand Hotelu, wydała ostatnie pieniądze na kanapki z kawiorem i francuskiego szampana, a potem powiesiła się w łazience. Początkowo podejrzewaliśmy morderstwo, dyrektor hotelu dwoił się i troił, musieliśmy go uspakajać, taki był roztrzęsiony. Kiedy wreszcie pocztą nadszedł jej pożegnalny list do firmy produkującej kosmetyki, w której dotąd pracowała, a szef powiadomił nas o jego treści, sprawa stała się zupełnie jasna. Dyrektor hotelu rozpływał się w podziękowaniach. Zaprosił nas do kawiarni na darmowy poczęstunek. Mogliśmy wziąć wszystko, na co mieliśmy ochotę, na jego rachunek oczywiście, ale ograniczyliśmy się tylko do dużej kawy, która po nieprzespanej nocy była nam bardzo potrzebna. Ja i Henryk. Prowadziliśmy każdą sprawę razem i nasi przełożeni przyzwyczaili się, że tworzymy nierozerwalną parę. Zaczęło się to dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. Rodzice przyprowadzili kiedyś do domu małego, wystraszonego dzieciaka i powiedzieli mi:

– To mógłby być twój brat.

I nic więcej. Z początku staliśmy patrząc na siebie, dwóch dziesięciolatków postawionych w niezręcznej sytuacji. Ale wkrótce zaprzyjaźniliśmy się bardzo i ta przyjaźń dotrwała do dziś. Prawdopodobnie nie kochałbym tak własnego rodzonego brata. Henryk przebywał w domu opieki społecznej i był czymś w rodzaju podrzutka. Jego matka przyniosła go tam pewnego zimowego poranka i zostawiła tak, jak się zostawia szczeniaka w przytulisku. Nie widział jej nigdy. Moi rodzice chcieli go adoptować, ale matka nie zrzekła się praw rodzicielskich, udało się tylko wymodlić w kuratorium, żeby chłopak spędzał z nami niedziele i święta. Razem kończyliśmy szkołę średnią, razem poszliśmy do szkoły policyjnej, a po jej ukończeniu studiowaliśmy prawo. Mieliśmy propozycję wyjazdu do Warszawy, ale woleliśmy działać na własnym terenie, gdzie znaliśmy dosłownie każdy dom i podwórko. Zaczęliśmy pracę od razu w Komendzie Głównej i po jakimś czasie podrzucali nam wszystkich tragicznie zmarłych. Nie było truposza, z którym nie mielibyśmy do czynienia. A ponieważ raz czy dwa razy udało nam się rozwikłać sprawę pozornie nie do rozwikłania, nasi przełożeni poklepywali nas po plecach i przepowiadali świetlaną przyszłość. Tego dnia mieliśmy jeszcze jeden powód do melancholii. Henryk skończył trzydziestkę. Ja miałem osiągnąć trzydziestkę za tydzień.

Roześmiana kelnerka przyniosła nam dwa dzbanuszki parującej, gorącej kawy. Henryk sypał cukru do obrzydliwości, ja wolałem gorzką. Delektowaliśmy się jej smakiem. Nagle wzrok Henryka padł w głąb sali i znieruchomiał. Spojrzałem w tym samym kierunku.

W rogu siedziała kobieta o niespotykanej urodzie. Twarz, jakby wyrzeźbiona w marmurze, włosy ściągnięte w węzeł, zaś wielkie błękitne oczy zdawały się sięgać aż do załamania czarnych brwi. Ta twarz kogoś mi przypominała, nie mogłem sobie tylko przypomnieć, kogo.

– Nefretete – powiedział nagle Henryk.

Tak, Nefretete. Szyja długa, lekko poddana do przodu, szlachetny zarys profilu, małe piersi, spadziste ramiona.

– Kim ona jest? – spytał Henryk.

Nie wiedziałem. Ale przecież można było się dowiedzieć. Zawołałem kelnerkę.

– Kim ona jest? – spytałem pokazując dyskretnie na nieznajomą.

– Nie wiem – powiedziała, wzruszyła ramionami i odeszła.

Henryk zapalił papierosa.

– Znam wszystkie drogie dziwki w tym mieście, ale jej nie widziałem. Chyba że przyjechała z innego miasta. Ale z taką twarzą, z takim ciałem, z taką prezencją, powinna w tej chwili siedzieć w Bristolu w Warszawie i popijać koktajl w jakimś barze. Zaś mężczyźni ustawialiby się w kolejce. Poza tym dochodzi dziewiąta rano. Dziwka o dziewiątej rano to ewenement. O tej porze one wszystkie śpią po pracowitej nocy.

Wzruszyłem ramionami bawiąc się zapalniczką.

– Skąd wiesz, że to dziwka?

– Zaraz sprawdzimy.

Napisał kilka słów na serwetce i posłał nieznajomej przez obrażoną kelnerkę. Gdybyśmy nie byli glinami, mogła za coś takiego wylecieć. Ale na szczęście byliśmy glinami. Zaniosła liścik. Nieznajoma przeczytała go. Jej brwi zmarszczyły się nieznacznie, potem podarła karteczkę i wrzuciła do popielniczki.

– Nie dziwka – powiedziałem.

– Dziwka – upierał się Henryk.

Wstał od stolika i przeciągnął się dyskretnie. Był to kawał chłopa. Jego twarz o ostrych rysach przypominała jakiegoś egzotycznego ptaka. Nie znałem takiej kobiety, która by mu odmówiła swoich względów.

Podszedł do nieznajomej. Powoli podniosła głowę i spojrzała mu w twarz.

– Mogę się przysiąść? – spytał Henryk.

Nie odpowiedziała. Zawołała kelnerkę. Dziewczyny za przepierzeniem zanosiły się śmiechem. Podeszła Irka, moja dobra znajoma.

– Słucham panią – powiedziała do pięknej kobiety.

– Proszę wytłumaczyć temu panu, że przy moim stoliku wszystkie miejsca są zajęte.

Henryk odszedł jak niepyszny. Wrócił do mnie i przełknął spory łyk kawy.

– Nie dziwka – powoli zapalałem papierosa.

– Za dużo palisz – mruknął Henryk nie spuszczając wzroku z zadziwiającej kobiety. – Dziwka.

– Dlaczego wszystkie kobiety uważasz za dziwki? – zdenerwowałem się. – Co jest z tobą? Czy to się wiąże z twoim kompleksem niechcianego dziecka?

– Odczep się. Każda przyzwoita kobieta o tej porze siedzi w biurze, w sklepie albo robi dla męża zakupy. I ta twarz. Kobieta z taką twarzą nie może być urzędniczką w banku.

– A kto ci powiedział, że ona jest urzędniczką w banku? Może to aktorka na gościnnych występach?

– Aktorka? I nie pokazaliby takiej twarzy w telewizji? Gdyby chciała, wszyscy ci cholerni redaktorzy wielbiliby ją na klęczkach. Nie. Jeżeli kobieta z taką twarzą siedzi o dziewiątej rano w hotelowej kawiarni, to musi być dziwką.

– Już dobrze. Zapytamy w obyczajówce.

Szybko skończyliśmy kawę. Trzeba było wracać do pracy. Henryk niechętnie wstał od stolika i poszedł do szatni. Szatniarz już podawał nam nasze płaszcze.

– A może pan wie, kim ona jest? spytał Henryk szatniarza pokazując na piękną kobietę.

– Nie mam pojęcia, proszę pana. To już trzeci dzień.

– Jak to trzeci dzień? – zainteresował się Henryk.

– Przychodzi o dziewiątej, posiedzi godzinę, wypija kawę, poczyta jakąś książkę i wychodzi.

– A potem?

– A potem już jej nie ma.

– Książki czyta?

– Tak, proszę pana. Czyta.

– Nie wie pan, jakie książki?

– Ostatnia była taka... Nicz... Nietz... Nich...

– Nietzsche?

– Właśnie. Jeżeli to się tak wymawia.

– I nie wraca, mówi pan?

– Nie wraca.

Wyszliśmy. Siąpił drobny deszczyk. Henryk podniósł kołnierz od płaszcza.

– Zjem własne skarpetki, jeżeli się nie dowiem, kim jest ta dziewczyna.

– Może zniknąć równie szybko, jak się pokazała.

– Nie zniknie. Takie jak ona nie znikają od razu.

W pracy wręczono nam zdjęcie zaginionej dziewczynki. Rodzice, rozdygotani, siedzieli na korytarzu.

– Poproś ich – powiedział Henryk do młodego człowieka zajmującego biurko tuż przy drzwiach.

Podszedłem do okna. Rząd dziewiętnastowiecznych kamienic. Jakaś kobieta myła okna.

– Moja córka ma dopiero dwanaście lat. Wyszła tylko po chleb i paczkę masła do najbliższego sklepu. Czekaliśmy aż do północy. Potem poszliśmy do dzielnicowego. Przysłał nas tutaj.

– Co to za sklep?

– Taki zwyczajny, spożywczy. Na rogu. Zawsze w nim kupujemy.

Następna tragedia. Dziecko za gumę do żucia dało się zwabić do bramy. Albo coś w tym rodzaju.

– Tu jest zdjęcie – szlochała matka. – Dwanaście lat. A taka była ostrożna. Nigdy nie rozmawiała z obcymi.

Trzeba będzie dać zdjęcie do prasy. Przepytać sprzedawczynie w sklepie spożywczym. Ale co to da? Tyle dzieci ginie bez śladu każdego roku. Rodzice wyszli. Zadzwoniłem do naszego szefa.

– Zaginione dziecko. Dlaczego właśnie ja? Przecież to sprawa dzielnicowego.

– Nie. To już piąte zaginione dziecko w ciągu tygodnia.

– Nic mi o tym nie wiadomo.

– Przejmujecie te sprawę. Podam wam adresy pozostałych rodziców. Obaj z Henrykiem musicie złapać tego... maniaka seksualnego.

– A może złodzieja? W co były ubrane dzieci?

– Żadne ciuchy z Paryża. Same dziewczynki, dziesięcio, dwunastoletnie.

– A ślady?

– Żadnych. Wychodziły z domu do sklepu, do sąsiadki, do mieszkającej w pobliżu cioci.

Do diabła. To wyglądało poważnie.

– Pójdziemy tam zaraz, do tego sklepu. Może uda się coś ustalić.

– Żadnych śladów, żadnych świadków.

Młody człowiek rozłożył ręce.

– Pytałem wszędzie.

Henryk wzruszył ramionami.

– To niemożliwe. Musi się znaleźć jakiś świadek.

– Szukaliśmy wszędzie. Psy...

Wtrąciłem się do rozmowy.

– Co da pies w samym środku miasta?

Przerwał nam dyżurujący policjant, ściskający w ręku małą karteczkę.

– To właśnie przyniósł jakiś chłopak. Taki małolat. Kazał panu doręczyć.

Henryk rozwijał powoli papierową serwetkę z nadrukiem hotelowym.

– Czytaj na głos – powiedziałem.

– Posłuchaj – odparł. – Dziewczynki zabiera do samochodu wysoka kobieta. Wybiera same blondynki z niebieskimi oczami. Uśpione przemyca przez granicę do Turcji. A potem sprzedają je do haremów. Pytaj o starą żebraczkę pod filarami.

– To wszystko? – spytałem.

– Wszystko.

– Jedziemy. Trzeba będzie zawiadomić Warszawę.

– I Interpol.

Sklep, jak sklep, mieścił się w głębi przejścia otoczonego filarami. Pod jednym z nich siedziała niepozorna staruszka i sprzedawała kwiatki, powiązane sznureczkami w maleńkie bukieciki. Henryk podszedł do niej i zatrzymał się tuż obok.

– Kwiatki dla dziewczyny? – spytała stara podtykając Henrykowi małą wiązankę ociekającą wodą.

– Jesteśmy z policji.

– A gdzie mundur?

– Bez munduru.

– Nie robię nikomu krzywdy.

– Nikt nie ma pretensji o te kwiatki. Proszę mi powiedzieć, co pani wczoraj widziała.

– Wczoraj?

– Tak. Wczoraj o siedemnastej.

Zaczęła śpiewnie, jakby opowiadała bajkę.

– Szła sobie dziewczynka do sklepu, szła z domu do sklepu, podeszła do niej kobieta, bardzo wysoka kobieta i powiedziała: dziś angażujemy do filmu. Która dziewczynka nie chciałaby zagrać w filmie? Więc wsiadła z kobietą do samochodu...

– Co to był za samochód?

– Taki ciemny. Panie władzo, ja się nie znam na samochodach. Ale mam tu numer. Numer zapisałam, bo był szczęśliwy. Widzi pan, jak się doda wszystkie liczby, wychodzi dziesięć. Wzięłam od niej numery.

– A litery? – spytałem.

Kobieta kołysała się nad wiadrem pełnym pływających bukiecików.

– Jakie litery? Tam nic nie było napisane.

Henryk położył mi rękę na ramieniu.

– Zostaw ją. Niczego więcej się na razie nie dowiemy. Powiadomię Warszawę i przejścia graniczne, a potem pójdę do hotelu.

– Dlaczego do hotelu?

Spojrzałem na zegarek.

– Ta kartka – powiedział Henryk.

– Jeżeli kelnerka mówiła prawdę, o tej porze jej tam nie ma. Poza tym nie zostawię cię samego. Musisz mieć świadka.

Dojechaliśmy na miejsce. Henryk przez chwilę rozmawiał przez komórkę. Wysiadł z samochodu.

– W porządku. Możemy iść.

– Nie lepiej popytać obyczajówki?

Spojrzał mi w oczy, głęboko, spokojnie.

– Ja tego tak nie zostawię. Ta dziwka zakpiła z nas. Nie rozumiesz?

Westchnąłem głęboko.

– Nie wiemy, czy jest dziwką. W ogóle nic o niej nie wiemy.

– Zapytamy w hotelu.

– Jeżeli w nim nie mieszka, nikt nic nie będzie wiedział. Henryku, uspokój się. Jeszcze napytasz nam jakiejś biedy.

Weszliśmy do kawiarni hotelowej. Sala świeciła pustkami. Ani śladu pięknej nieznajomej. Henryk podszedł do kelnerki.

– Gdzie ona jest?

– Kto?

– Dziewczyna podobna do Nefretete.

– Ja takiej nie znam.

– Zna ją pani.

Starałem się uspokoić Henryka.

– Przyjdziemy tu jutro.

Strząsnął moją rękę ze swojego ramienia.

– Żebym miał zdjęcie.

– Ale go nie masz. Wracamy. Przyjdziemy tu jutro o dziewiątej rano. A tymczasem musimy się czegoś dowiedzieć z obyczajówki. Oni będą wiedzieć.

Henryk z ociąganiem dał się wyprowadzić z kawiarni hotelowej. Pojechaliśmy do komendy. Kiedy weszliśmy do naszego pokoju, rozpętało się piekło.

– Mieliście rację. Te dziewczynki wywożono za granicę. Ale dlaczego tak późno? Pięć dziesięciolatek! Czy wiecie, co teraz zrobią z nami ich rodzice? Dlaczego dopiero teraz?

Nasz przełożony miał purpurowy rumieniec na twarzy. Pomyślałem, że kiedyś umrze na wylew.

– Otrzymaliśmy notatkę od informatora. Przecież do tej pory szukaliśmy mężczyzny zboczeńca.

– Ależ to jest afera międzynarodowa!

– Nic na to nie poradzę – stwierdził Henryk siadając przy swoim biurku. – Co na to Warszawa?

– Tam wrze! Te dziewczynki znikały z całego kraju! I żadnych śladów. Kompletnie żadnych śladów. Dopiero wyście wyskoczyli z tą wysoką kobietą. I samochodem. Numery. Ale jakie województwo? Jaki kraj? Do diabła! Zaleję wam sadła za skórę!

Uśmiechnąłem się nieznacznie. Nie po raz pierwszy nasz przełożony wpadał w panikę.

– Powinni nam raczej podziękować, nie sądzi pan? Przecież przez cały czas szukali zboczeńca, przeczesywali zalesione tereny i czekali na następne porwanie. Teraz wszystko jest jasne.

– Jasne! – przełożony krzyknął, otarł czoło chustką, po czym padł na fotel. – Gdzie szukać tych dziewczynek? Myśli pan, że je w ogóle znajdą? Myśli pan, że kogokolwiek wpuszczą do jakiegoś haremu?

– Nie sądzę – powiedziałem. – Ale proszę pomyśleć o dziewczynkach, które dotychczas nie zostały porwane.

Nie mogłem usiąść gdzieś w kącie, nie mogłem się przez chwilę zastanowić w spokoju. Były momenty, kiedy mój przełożony grał mi na nerwach.

– A ten informator? Kim jest ten informator?

– Na razie nie wiemy.

– To co wy wiecie, do cholery? Zaraz tu będzie inspekcja z Warszawy. Postawią nas wszystkich pod mur. Będą zasypywali pytaniami. I co ja im odpowiem? Co ja wiem? Nic nie wiem.

– My też niewiele wiemy – uspakajał go Henryk zapalając papierosa. – Nawet nie wiemy, czy ta informacja okaże się prawdziwa.

– Jest prawdziwa! – krzyczał nasz przełożony. – Biedne dzieci. Kto teraz odzyska te dziewczynki? No, który z was mi powie, co?

Warszawa przysłała spokojnego, wysokiego blondyna, który z miejsca wziął się do roboty. Jeszcze raz przesłuchaliśmy staruszkę z bukiecikami, kilkakrotnie odczytywaliśmy serwetkę z kawiarni hotelowej. Nefretete znikła. Nikt jej nie widział, nikt o niej nie słyszał. Jak w upiornym śnie. Ale informacja okazała się prawdziwa. Co rusz wyławiano na granicy uśpione dziewczynki. Aresztowano piętnaście kobiet, Interpol interweniował, ambasada interweniowała, rząd interweniował. O nas na szczęście zapomniano. Ktoś inny zbierał śmietankę. Jak zwykle. Nasz przełożony uspokoił się z czasem. Poklepywał nas po ramieniu, mówił – dobra robota – i zamykał się w swoim gabinecie. Minął miesiąc, może dwa. Któregoś dnia poszliśmy z Henrykiem do kawiarni hotelowej. Mieliśmy za sobą nieprzespaną noc i mieliśmy ochotę napić się mocnej, gorącej kawy. Usiedliśmy pod oknem i rozmawialiśmy o naszych sprawach. Henryk zaprosił nas z żoną na swoje imieniny. Mieszkał samotnie w dużym, dwupokojowym mieszkaniu. Puste ściany, łóżko, biblioteczka pełna książek, stół, twarde krzesła. Nie było to miejsce, w którym ja na przykład chciałbym przebywać. Jego pokoje przypominały japońskie filmy. Zresztą Henryk przesiadywał u nas do późna w nocy, a moja żona i dziewczynki traktowały go jak prawdziwego wujka. Ale kiedy myślałem, że wraca do tak pustego mieszkania, zawsze ogarniał mnie smutek.

– Grzegorz...

– Co? – obudziłem się z zamyślenia.

– Popatrz.

W rogu, pod ścianą siedziała ona. Żółte światło z zawieszonego wprost nad jej głową kinkietu jeszcze bardziej upodabniało ją do rzeźby. Czytała. Książkę oparła o brzeg stolika i systematycznie odwracała kartki. Henryk patrzył na nią jak zaczarowany.

– Muszę tam podejść.

– Nie rób głupstw – powiedziałem.

Henryk stanął nad siedzącą przy stoliku kobietą. Spojrzała w jego stronę, wyraźnie rozbawiona.

– Czego pan sobie życzy? – spytała spokojnym, niskim głosem.

– Tym razem nie wyrzuci mnie pani przez kelnerkę.

– Nie. Może pan usiąść.

– Nie jestem sam.

– Proszę poprosić i kolegę.

Pomyślałem, że skoro nie wybuchła jeszcze awantura, mogę dołączyć do tego towarzystwa.

– Nazywam się Grzegorz Filipski – powiedziałem wyciągając rękę w stronę nieznajomej. – A pani?

Nie wyciągnęła swojej. Zastygłem w niezręcznej sytuacji.

– Proszę usiąść. Nie będziemy się sobie przedstawiać.

Henryk wyjął z pojemniczka serwetkę. Nadruk rysował się granatowym wzorem. Kobieta popatrzyła na skrawek papieru i westchnęła głęboko.

– My i tak się dowiemy, jak się pani nazywa – mruknął Henryk usadawiając się naprzeciwko okna.

– To nie żadna tajemnica. Mam przy sobie paszport. Pokazać panu?

Postanowiłem przejąć inicjatywę.

– Będzie się pani musiała z nami pofatygować na komendę.

– W jakim celu? Jako kto?

– Jako świadek. Przesłuchamy panią, a potem wezwiemy panią do sądu.

Roześmiała się bezgłośnie.

– Nie jestem żadnym świadkiem. Nic nie wiem, niczego nie widziałam. Skompromituje się pan.

– A ta karteczka?

– To ja ją napisałam. Prawda.

– Więc? Skąd miała pani takie wiadomości?

Henryk miał błyski w oczach, których bali się panicznie jego podwładni.

– Jakie wiadomości? – kobieta patrzyła na nas z pobłażliwym uśmiechem.

– Porwania...

– Piszą o tym w każdej gazecie.

– Żebraczka...

– Żebraczka? Ach, mówi pan o tej starej kobiecie? Sprzedającej kwiatki? Siedzi taka starowinka i piekielnie się nudzi. Od czasu do czasu ktoś kupi wiązankę, od czasu do czasu przejedzie jakiś samochód.

– Czyli?

– Czyli że ona jako jedyna powinna była coś zauważyć. To jest pański świadek, nie ja.

– A dalsze rewelacje?

– Do samochodu dziewczynka wsiadała z kobietą. A zatem zboczeniec odpada. Która kobieta będzie dostarczała zboczeńcowi dziesięcioletnich dziewczynek? Mogło się okazać, że była to dzika adopcja. Ale do takiej adopcji nie wybiera się dzieci, które coś pamiętają. Które mogą uciec. Zawiadomić ambasadę. A zatem pozostają tylko haremy.

– Dlaczego nie domy publiczne? – w głosie Henryka brzmiała ironia i zdenerwowanie.

– Alfons będzie czekał cztery, pięć lat i karmił smarkulę? Nie, ani nastawiają się na szybkie i bezwzględne zyski.

– Mogło chodzić o filmy pornograficzne.

– A ja mogłam się pomylić. Dlatego w żadnym wypadku nie nadaję się na świadka. I myślę, że w tym momencie wyczerpaliśmy temat.

Henryk wstał. Ja też wstałem.

– Pani zawsze o dziewiątej przychodzi do tej kawiarni?

– O ile nie wyjeżdżam.

– Spotkamy się jeszcze.

– To zależy tylko od panów. Na razie do widzenia.

Wyjęła z torby książkę i od niechcenia zaczęła przerzucać kartki. Zostaliśmy potraktowani jak para smarkaczy. Wiedziałem, że Henryk jej tego nie zapomni. Co do mnie, przyglądałem się nieznajomej z zainteresowaniem. Nie czułem urażonej dumy, od dawna nauczyłem się patrzeć na życie z dystansem. Ale Henryk! Henryk nie potrafił postępować z kobietami. Stawiał je na piedestale, a potem przeżywał rozczarowanie za rozczarowaniem. Życie nie nauczyło go, że takie sprzeczki należy traktować lekko i nie przejmować się czyimiś humorami. Na przykład moja Zośka. Ileż to razy ciosała mi kołki na głowie. A ja kochałem ją mimo wszystko. A może właśnie dlatego, że nie pozwalała sobą rządzić. Henryk miał nas za idealne małżeństwo. Nie był świadkiem ciskania talerzami, albo nagłych wybuchów płaczu. Moja matka też potrafiła zrobić ojcu piekielną awanturę za kropkę atramentu na dywanie. Wydawało się, że świat się kończy. A potem zamykali się w swoim pokoju i musiałem dopiero dorosnąć, żeby zrozumieć ich postępowanie. Bałem się o Henryka. On nie miał wzoru do naśladowania. Współżycie z kobietą jawiło mu się, jak nieustanny miesiąc miodowy. Jak coś nieustannie wspaniałego, co otwiera przed człowiekiem bramy raju. A rzeczywistość była zupełnie inna. Żyłeś pod jednym dachem z drugim człowiekiem, z wszystkimi jego wadami. I te wady stawały się z czasem równie pożądane jak zalety. Raj wymyślony przez Henryka był nudny. A nic tak szybko nie zabija miłości, jak nuda. Ileż to razy usiłowałem mu to wytłumaczyć. Ale na próżno. Henryk przekroczył trzydziestkę i dalej szukał swojego ideału.

Kiedy wróciliśmy do komendy, Henryk poszedł natychmiast do dziewczyny z obyczajówki. Poszedłem za nim. Chcąc nie chcąc nauczyłem się go chronić. Może robiłem niedobrze. Może trzeba było pozwolić mu dorosnąć.

– Jakieś problemy? – spytała Małgorzata przerzucając papiery na biurku.

– Chodzi nam o jedną taką z Grand Hotelu. Znasz je wszystkie.

– A znam. Choć Hotel broni się przed nimi jak może. Która? Belladonna, czy Wiśniówka? Zwykle obie rozrabiają.

Henryk usiadł naprzeciw Małgosi.

– Posłuchaj. Czy widziałaś kiedyś Nefretete?

Małgorzata spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Nefretete? Naturalnie. Była bardzo piękna, prawda?

– Wyobraź sobie kobietę o twarzy Nefretete i ciele jak rzeźba. Przychodzi o dziewiątej rano do hotelu, zamawia kawę, przez godzinę czyta, potem wychodzi. Czasem wyjeżdża i nie ma jej przez jakiś czas. Pojawia się nagle i nie wiadomo skąd.

– O której przychodzi, powiadasz?

– O dziewiątej rano.

– I uważasz, że to jedna z dziewcząt, nad którymi pracuję?

– A co robi samotna kobieta w kawiarni?

– Na przykład czyta książkę.

– Śmiejesz się ze mnie, Małgosiu.

– Bo ja się znam na dziewczętach z półświatka. Może to jakaś aktorka? Super modelka? Bo ja wiem, kto?

– Nie znasz jej?

– Jest piękna?

– Jest najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem w życiu.

– Więc to nie może być żadna z moich dziewcząt.

– A kto?

– Tajemnica.

– Żartujesz ze mnie.

– A co mam z tobą zrobić? Henryku! Tak piękna kobieta na pewno wie, co robić ze swoją urodą. I nie sprzedaje jej tanio. Nie poniża się do małych sum w hotelowym barze. O dziewiątej rano. O tej porze moje podopieczne śpią!

– Ale dowiesz się...

– Na litość boską, jak mam się dowiedzieć? Może jest żoną jakiegoś dyplomaty? Może szychą w świecie show–biznesu? Nie wiem! Wiem, że nie jest dziwką, jeżeli o to ci chodzi.

– Od kogo mógłbym się dowiedzieć?

– Ja ci ją wykopię choćby spod ziemi. W końcu takie piękności nie zdarzają się co dzień. Ale musisz dać mi trochę czasu. Powiedzmy dzień lub dwa. Zgoda?

– Chcę wiedzieć jak najszybciej.

– Domyślam się, Heniu. I nawet znam powód. Popytam tu i ówdzie. Czy masz jej zdjęcie?

Henryk wyglądał na zaskoczonego.

– Nie. Zdjęcia nie mam.

– Musi mi wystarczyć jej opis. No dobrze. Zrobię, co w mojej mocy.

Wyszliśmy. Przełożony szukał nas. Znaleziono martwego włóczęgę pod nasypem kolejowym. Rozjechał go pociąg, kiedy zasnął na torach.

*

Dzień zaczął się nieprzyjemnie. Zaciąłem się przy goleniu, Zosia też miała muchy w nosie, dzieci wydawały się nieznośne, na dodatek okazało się, że przywlokły skądzieś psa – włóczęgę. Trzeba było pomyśleć o szczepieniu, pchłach, wizycie u weterynarza i o tym wszystkim, co się wiąże z posiadaniem psa. O wyrzuceniu za drzwi kopniakiem zwierza nie było mowy. Patrzyłem na jego czarną mordkę, smutne oczy i pomyślałem sobie, że w jego psim życiu mało było dotychczas radości. Był grzeczny, posłuszny, cichy i spokojny. Za cichy i za spokojny, jak na normalnego psa.

Henryk wyraźnie miał chandrę. Przyszedł do pracy po nieprzespanej nocy i stukał coś powoli na komputerze pijąc czarną kawę o konsystencji galaretki. Niebo zasnuły chmury i można było się spodziewać „opadów ciągłych”, co przy naszej pracy w terenie oznaczało mokre, lepiące się do ciała ubranie i wilgotne buty. Czekał na nas samobójca i dwie potyczki w podrzędnych knajpach. Nic interesującego. Zanim zdołaliśmy się uporać z papierkową robotą, zameldowano o staruszce, co od tygodnia nie wychodziła z domu. Postanowiliśmy tam pojechać.

Zatrzymaliśmy się przed drzwiami bloku. Jak na zamówienie, zebrał się wokół nas tłumek ciekawskich. Henryk był wściekły. Popatrzył ponuro na zbitych w gromadkę sąsiadów.

– Gdyby tak można było zainteresować się życiem tej kobiety parę lat wcześniej, może nie doszłoby do tragedii – rzucił w stronę utlenionej blondyny w różowym szlafroku.

– Panie! Czy ja się interesuję sąsiadami?

Drzwi były mocne, masywne. Henryk odwrócił się do zebranego tłumu i zapytał:

– Czy znacie kogoś, kto ma klucze? Znajomych? Krewnych?

Starszy pan o lasce wysunął się do przodu.

– Panie władzo, nikt nie miał. Ona była bardzo podejrzliwa. A krewni? Kto ich tam wie? Nie, nikt nie miał kluczy do jej mieszkania.

Mundurowy przysunął się do Henryka.

– Wywalamy drzwi?

– Trzeba będzie. Sprowadźcie tu dozorcę. Musi przy tym być.

Przyszedł, niepewny, poruszony misją, jaką miał do spełnienia. Silne podważenie łomem i drzwi same wyskoczyły z zawiasów.

Uderzył nas zaduch. Tłumek cofnął się na schody. Weszliśmy tam we czwórkę, przekonani, że ciało znajduje się już w stanie rozkładu. Ale nie. Wyglądała, jakby umarła przed chwilą. Jej woskowa twarz miała zamknięte oczy. Ona musiała umrzeć dwa, najwyżej trzy dni temu. Przeszły mnie ciarki. A wiec leżała tutaj i oczekiwała na śmierć. Wiedziała, że nikt nie przyjdzie jej z pomocą, zbyt słaba, żeby zwlec się z łóżka i otworzyć drzwi.

Tuż obok siedział mały kudłaty piesek. Od czasu do czasu lizał jej dłoń. Przeżył, choć wyglądał jak szkielet. Patrzył wielkimi jak spodki oczami, to na mnie, to na Henryka.

– Wezwij pogotowie. Albo lekarza z policji. Szkoda, że nie kilka dni wcześniej. Może można ją było jeszcze uratować. – powiedziałem, choć sam nie wierzyłem w to, co mówię.

– Co zrobimy z psem? – spytał mundurowy.

Właśnie. Pies nie ruszał się z miejsca. Prawdopodobnie nie miał siły. Uśpić? Do schroniska?

– Ja go wezmę – powiedział nagle Henryk.

To było podobne do niego. Wziąć psa tylko dlatego, że w odpowiednim czasie nie zdechł z głodu.

– Chodź, piesku – powiedział Henryk.

Zwierzak nie ruszył się z miejsca. Nagle podniósł pysk do sufitu i zawył głośno, przeraźliwie.

– Trzeba go będzie uśpić – powiedziałem.

– Nie, wezmę go – odpowiedział mi Henryk.

Poszukał w przedpokoju smyczy i nałożył na szyjkę małą, czerwoną obrożę.

– Chodź, przyjacielu.

Podreptał za Henrykiem oglądając się co chwilę za siebie. Przyjechał lekarz, stwierdził wylew, wypisał odpowiednie papiery.

– Zmarła wczoraj – powiedział. – Wylew i sparaliżowanie. Przez dwa tygodnie leżała tak i nie mogła się ruszyć. Zmarła, prawdę powiedziawszy, z głodu.

– Chce pan powiedzieć, że zmarła z głodu?

– Tak – odezwał się mundurowy. – W kuchni nie ma nic. Ale leży suchy pokarm dla psa.

– Kto go karmił? – zapytałem.

– Nikt go nie karmił. Wysypała na podłogę cały worek karmy.

– Myślisz, że wiedziała, że zbliża się atak?

– Mogła wiedzieć. A mogły być dwa ataki.

– I umarła z głodu? Nie wezwała pomocy?

– Nie wezwała. Tylko wysypała psu całe jedzenie, jakie było w domu.

– To przerażające.

– Tak. To rzeczywiście przerażające.

Staruszkę wynieśli nasi ludzie. Zabezpieczyliśmy drzwi, zaleciłem szukanie krewnych. Sprawa właściwie została zakończona, lokatorzy rozchodzili się do mieszkań. Nagle wtargnął młody, pachnący wodą kolońską człowiek.

– Co tutaj się dzieje? – krzyczał. – Kto zniszczył drzwi? Kto splądrował mieszkanie?

– Kim pan jest? – spytałem starając się zachować spokój.

– To moja ciocia. Jestem tu zameldowany.

– Naprawdę? – zapytał mundurowy. – To teraz naciesz się tym całym swoim majątkiem.

– Ale przed sądem będziesz odpowiadał za nie udzielenie pomocy – dodałem. – Moja w tym głowa. To mieszkanie będzie cię bardzo drogo kosztowało.

Wyszliśmy. Henryk siedział już w samochodzie. Na jego kolanach zwinął się w kłębek kudłaty piesek.

– Podrzućcie mnie do domu. Zostawię go tam i zaraz wrócę.

– Henryku, ty nie możesz mieć psa.

Popatrzył na mnie spokojnie.

– Dlaczego?

– A kto się będzie nim opiekował?

– Ja.

– Trzeba go wyprowadzać, karmić, kąpać...

– Dam sobie radę.

– A jeżeli wyjedziesz?

– Zabiorę go ze sobą.

– I zameldujesz się w hotelu z psem?

– Zamelduję.

Postanowiłem odłożyć tę rozmowę na później. Odwieźliśmy Henryka i wróciliśmy do komendy. Napisałem szybki raport i przejrzałem zlecenia. Zadzwonił telefon. To zwierzchnik wzywał mnie do siebie.

– Doszło do mnie – zaczął powoli, cedząc słowa przez zęby – że zakłócaliście spokój pewnej damie.

– Złożyła skargę? – spytałem nie wiedząc o co chodzi.

– Ona nie. Ale ja mam swoje sposoby, żeby wszystko wiedzieć.

Przypomniała mi się staruszka umierająca z głodu, która pamiętała o tym, żeby nakarmić psa.

– Nie wiem, o jakiej damie pan mówi, ale nie mam zamiaru zwracać uwagi na to, z kim mówię i o czym. Te czasy już minęły, na całe szczęście.

– Żeby mi się to nie powtórzyło.

– Zapamiętam sobie pańskie słowa. Żadnych dam.

Wrócił Henryk. Usiadł przy sąsiednim biurku i porządkował papiery.

– Jak go nazwiesz?

– Kogo?

– Tego kudłatego pieska.

– Maks.

– Dlaczego Maks?

– Nie wiem. Ale reaguje na to imię.

Przez chwilę milczeliśmy. Wszedł młody człowiek.

– Co się stało?

– Następny trup.

Zawsze się zastanawiałem, jak to się działo, że w naszym mieście znajdowano tyle trupów. A przecież nie wzywano nas do zawałów ani wypadków drogowych.

– Co tym razem?

– Jegomość, którego zaszlachtowano w przejściu podziemnym. W biały dzień.

– Są świadkowie?

– Od metra. Ale kiedy podszedł do nich facet w mundurze, rozbiegli się jak stado kur.

– Złapaliście któregoś?

– Tylko jedną kobietę. Wygląda na przestraszoną. Wprowadzić ją?

– Wprowadzić.

Weszła. Miała na sobie szarą spódnicę i szary sweter. Cała była jakaś taka szara. Nerwowo mięła torbę na zakupy. Ściskała pod pachą zniszczoną torebkę.

– Proszę, niech pani usiądzie. To nie potrwa długo.

– Ja... widziałam tych dwóch... tylko przez chwilę. Takie małolaty. Na głowach mieli kaptury. Takie sweterki z kapturami. Potem zabrali temu panu teczkę i uciekli.

– Potem, to znaczy kiedy?

– Jak już upadł.

– Co mogło być w tej teczce?

– Nie wiem.

– Tam niedaleko jest oddział banku – mruknąłem. – Kto nosi pieniądze w teczce bez obstawy?

– Ja nic nie wiem – wyszeptała szara kobieta.

Zwolniliśmy ją do domu zapisawszy adres. Pojechaliśmy na miejsce zdarzenia. Mężczyzna był w naszym wieku. Uderzyli go nożem między żebra. Nie żył. Taki zwyczajny człowiek.

Henryk sięgnął do jego portfela.

– Nic. Dobrze. Jakieś zdjęcie. Dowód. Przespaceruj się do bank i zapytaj, czy brał stamtąd jakieś pieniądze.

Kasjerka spojrzała na zdjęcie w dowodzie.

– Zaraz sprawdzę. Tak. Pobierał. Włożył pieniądze do teczki. Miał kupić samochód. Kilka razy to powtarzał.

– Czy byli wtedy tutaj dwaj smarkacze w swetrach z kapturami?

– Nie wiem. Dziś jest taki tłok.

– A czy ktoś stał zaraz za nim?

– Mężczyzna w zielonym garniturze i pocerowanym swetrze. Płacił za mieszkanie. Nawet byłam zdziwiona, że u mnie, a nie na poczcie.

– Jak wyglądał?

– Nieciekawie. Jechało od niego tanim winem. Taki facio, wie pan...

– Ten człowiek został zamordowany.

– Ten z teczką.

– Tak.

– Zaraz zawołam ochronę. Zawsze któryś z nich stoi przy drzwiach.

– Poprosimy jeszcze o adres tego mieszkania, za jakie płacił.

Niefajna sprawa. Melina, tanie wino i dwóch smarkaczy z nożami. Pewnie recydywa. Trafią kolejny raz do poprawczaka. Nieletni. Ale najpierw trzeba było ich znaleźć.

Człowiek z ochrony opisał dokładnie faceta, który płacił za mieszkanie. Jego podobizna powinna być zarejestrowana przez kamery. Nie, nie widział małolatów. Musieli się spotkać poza bankiem. Ale widział, jak ten stary znikał w bramie. Która to była brama? Zaraz, kwit z opłaty za mieszkanie. A brama czwarta na prawo. Dziękuję.

Nie minęła godzina, jak umieściliśmy całą rodzinę pod kluczem. I teczkę, w której leżały pieniądze na samochód. Przełożony pogratulował nam szybkiej akcji. Na razie nic więcej się nie działo. Pojechaliśmy z Henrykiem do domów.

Maksio siedział i patrzył swoimi wielkimi jak spodki oczami. Henryk pogłaskał pieska.

– Przyzwyczai się – powiedziałem.

– Nie wiem – w głosie Henryka brzmiał smutek. – Dlaczego musimy mieć taką parszywą robotę?

– Bo ją sami wybraliśmy – odpowiedziałem.

*

Całą noc czekaliśmy pod czynszową kamienicą. Maksio spał zwinięty w kłębek na tylnym siedzeniu. Nad ranem poszukiwany listem gończym za napady i kradzieże oprych zjawił się w mieszkaniu swojej konkubiny. Mogliśmy go aresztować. Odesłaliśmy delikwenta do tymczasowego aresztu, a sami podjechaliśmy pod hotel. W kawiarni panował ruch. Kilku gości jadło śniadanie. Zamówiliśmy duże kawy. Henryk tarł powieki. Siedzieliśmy pod oknem. Przez szybę samochodu widać było, jak Maksio ziewa.

– Mój Boże – mruknął Henryk – czy ja się kiedykolwiek wyśpię?

Mieszałem mechanicznie cukier w filiżance. Za oknami słychać było, jak grupa studentów skandowała: „SLD – KGB”.

– Czytałeś jakieś gazety choćby sprzed tygodnia? – spytałem.

– Nie, ale musiał przyjechać ktoś ważny.

Leniwie patrzyliśmy na wątłą demonstrację. Na szczęście już nas to nie interesowało.

– Pokrzyczą, pokrzyczą i odejdą – Henryk stłumił ziewanie. – Gorsi są kibice sportowi. Demolują wszystko, co się pojawi na ich drodze. Ci są niegroźni. Jajka i pomidory.

– Pomidory są miękkie w tym roku – powiedziałem. – Dużo padało.

W tym momencie pac, pac, pac, trzy jajka rozbiły się o szybę kawiarni. Henryk kiwnął na kelnerkę.

– Kto przyjechał? – zapytał.

Kelnerka nachyliła się nad stolikiem.

– Minister Szkolnictwa. Wybrał już tak wczesną porę, jak mógł i się dało. Rzucają, rzucają, ale chyba nie trafili. Sławek! – krzyknęła w kierunku szatni. – Przetrzyj tę szybę.

Sławek mierzył chyba ze dwa metry. Popatrzył melancholijnie na spływające skorupki.

– Jeszcze nie warto. Będą następne.

Wrócił do siebie za kontuar.

Wstawał szary dzień w szarym mieście, gdzie mieszkali szarzy ludzie. Poczułem bezsens naszego życia. Pac, pac, pac, leciały śliwki.

– Boga w sercu nie mają – powiedziała kelnerka patrząc na demonstrantów. – Takie śliwki! Takie jajka! A jajka drogie jak cholera!

– Właśnie – ziewnął Henryk. – Wracamy.

Dopijaliśmy kawę, kiedy weszła. Sukienka przylegała do jej szczuplej sylwetki. Popatrzyła w naszym kierunku i usiadła nieopodal.

– A pani się nie boi? – kelnerka wzniosła oczy do sufitu. – Pani by nawet nie uciekała, gdyby...

– Przecież nie rzucają we mnie. Nie krzyczą na mnie. Zabawne pampersy.

– Jak? – zainteresował się Sławek, który obserwował demonstrację otaczającą teraz drzwi hotelu.

– Pampersy. Młodzi ludzie wychowani na zagranicznych odżywkach.

– Dobra nazwa – powiedział Sławek. – Musze ją powtórzyć mojej żonie.

– Z ekspresu? – zainteresowała się kelnerka.

– Jak zwykle.

– Oni chcą zaatakować portiera – zaniepokoiła się kelnerka.

– Nikogo nie zaatakują – powiedział ze znawstwem Sławek. – Minister już pojechał na Uniwersytet. Wyszedł tylnymi drzwiami. Ale oni o tym nie wiedzą. Będą tu tkwili do południa.

Demonstracja wyraźnie się przerzedziła. Nieznajoma rozsiadła się wygodnie w fotelu. Na jej palcu błysnął sporej wielkości diament. Nagle przyszło mi do głowy, że te perły mogą być prawdziwe. Że te proste aż do przesady sukienki kupowano w drogich sklepach. Że ta twarz co rano pokrywana jest kremem z firmy, o jakiej mojej żonie się nigdy nie śniło.

Demonstracja tymczasem skończyła się definitywnie. Ostatki pryszczatych młodzieńców i wychudzonych dziewczyn zwijały transparenty. Żeby się nie zniszczyły. Żeby można je było użyć przy następnej okazji.

– Sławku, myj okna. Odchodzą.

Sławek mrucząc pod nosem przekleństwa zjawił się z kubełkiem pełnym pieniących się mydlin. Gąbką opłukał szybę, wytarł do czysta szmatką i odniósł swoje akcesoria na zaplecze. Nieznajoma popatrzyła w ślad za nim uśmiechając się swoimi błękitnymi oczami.

– Wracacie do pracy? – spytała Henryka, który pośpiesznie dopijał kawę.

– Pani się musi tutaj wyjątkowo nudzić – powiedział ocierając usta serwetką. – Paryż, Wiedeń, Londyn, no w ostateczności Warszawa, to do pan pasuje. Ale to szare, głupie miasto? Nikomu nie potrzebne, sama pani przyzna.

– Tu się urodziłam. Tu zmarli moi rodzice.

– Co pani chce przez to powiedzieć?

– Nic. Podróż sentymentalna. A pana ciągle nurtuje, kim jestem.

– Tak, powiem pani szczerze. Z czego pani żyje? Kto za panią płaci? Czy kiedykolwiek skalała się pani pracą?

Odrzuciła swoją piękną głowę do tyłu.

– Praca, praca, praca. Wszystko zależy, jak się na to patrzy. Moja praca. Co pan wie o mojej pracy? Co ja wiem o pańskiej pracy? Nic nie wiemy. Ani pan, ani ja. Na całe szczęście.

– Kim pani jest?

– A, to pana gryzie. Chce mnie pan wylegitymować? Proszę bardzo.

Sięgnęła do torebki po paszport i nie wyciągając trzymała go w palcach.

– Nie, nie chcę pani legitymować. Nie przekroczyła pani prawa. Nie złamała pani przepisów. To, że żyje pani jak milionerka, jak rozwielitka, jak ameba, jest pani osobistym kłopotem.

– Nazywam się Joanna Witten. A panowie?

Wyciągnęła do nas wąską, wypielęgnowaną rękę o jasnych, pomalowanych na perłowo paznokciach.

– Grzegorz Filipski – uniosłem się z miejsca. Policja.

Skóra jej dłoni była chłodna i pachniała drzewem sandałowym.

– Henryk Starowiejski – Henryk nie dotknął jej ręki, jak by bał się oparzyć.

– No to życzę miłego dnia. I do następnego spotkania. Mam czasem wrażenie, że w tym mieście trudno się nie spotkać.

Wyszliśmy. Maksik powitał nas krótkim szczeknięciem. Podrapałem do za uchem. Ruszył dwa razy ogonem, ale nie zamerdał. Ciągle jeszcze trwała jego psia żałoba.

– Grzegorz, chodź tutaj.

Głos Henryka dobiegał z ulicy. Z westchnieniem zbliżyłem się do niego.

Staliśmy przed witryną księgarni. W równym rzędzie leżały identyczne książki: „Joanna Witten, Giganci”. Litery powtarzały się w niezrozumiałym rytmie. Pchnąłem drzwi do księgarni.

– Poproszę o wszystkie książki Joanny Witten.

Sprzedawczyni uśmiechnęła się do mnie.

– Jest tylko ostatnia. Pozostałe wydania są wyczerpane. Może jeszcze w antykwariacie...

Rzuciłem książkę Henrykowi. Złapał ją w locie.

– Zdaje się, że wyszliśmy na durniów. Nie pracuje. Prowadzi życie próżniacze. Podróż sentymentalna. Jestem pewien, że już wiem, po co tu przyjechała.

Pojechaliśmy. Przed powrotem do komendy Henryk zatrzymał się przed biblioteką. Wyszedł stamtąd dźwigając spory stosik.

– Chyba mam wszystkie. Nie odmówię sobie przyjemności, żeby je przeczytać.

Weszliśmy do naszego pokoju. Wpadł nasz przełożony.

– Co tu robi ten pies?

Henryk podszedł do Maksia i podrapał go za uchem.

– Chyba panu nie przeszkadza. Nie mogę go ciągle trzymać w samochodzie.

– Twoje szczęście, że lubię psy. Ale nie afiszuj się z nim zbytnio. Czekam na was od przeszło godziny. Na wysypisku śmieci znaleziono na wpół zwęglone ciało. Lekarz twierdzi, że należało do kobiety. Jedźcie tam zaraz. Jak się wabi?

– Maksio. Już jedziemy. Chodź, staruchu. W tym mieście trupy nie mogą się wprost doczekać naszej wizyty.

Ciało znaleźli pracownicy MPO i stali teraz, zbici w kupkę, przy swoich opasłych samochodach.

– Kiedy przyjechaliśmy tutaj, jeszcze się tliła.

Patrzyłem beznamiętnie na sczerniałe szczątki.

– Zrobiliście już zdjęcia? – spytałem Zbyszka z ekipy dochodzeniowej.

– Tak.

– No to trzeba zabrać to do laboratorium.

Spisałem dane pracowników MPO i wróciliśmy do komendy.

– Grzegorzu, początkowo myślałem, że będą mi się śnili po nocach. A wyobraź sobie, że w nocy widziałem Maksia goniącego jakieś bardzo rasowe kozy syberyjskie na międzynarodowej wystawie. Doszło do tego, że się jedynie wzruszam, kiedy widzę pogrzeb nieboszczyka zmarłego w szpitalu na niewydolność krążenia. To niesprawiedliwe. To bezsensowne. To idiotyczne.

– Spokój, Henryku. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Popołudnie mieliśmy wolne. Henryk zabrał psa i zamknął w swoim mieszkaniu. Proponowałem mu wspólny obiad z moją żoną i dziewczynkami. Ale odmówił.

– Muszę wiedzieć, jak dalece zrobiłem z siebie durnia.

Następnego dnia spotkaliśmy się w komendzie. Pod biurkiem Henryka siedział Maksio i obgryzał sobie pazury tylnej nogi.

– Byłem z nim u weterynarza. Ma pół roku. To zupełny szczeniak.

– Może tylko dlatego cię zaakceptował.

– Możliwe. Przyszły badania tej spalonej kobiety. Lat dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć. Ubrana w zielony sweter i błękitne dżinsy.

– Rabunek?

– Nie wiem. Nie znam jej danych. Na nogach lakierki na wysokim obcasie. To mi wygląda na podopieczną obyczajówki. Zadzwoń do Małgorzaty.

Za kilka minut Małgosia przyszła do naszego pokoju.

– Żadna nie zginęła? Nikt nikogo nie szukał?

Małgorzata usiadła na wolnym krześle o zamyśliła się głęboko.

– Dżinsy i czarne lakierki. Nic ci to nie mówi?

– Nie. Moje dziewczyny ubierają się na wieczorowo. Może to była jakaś nowa, z prowincji. Ale dlaczego myślisz, że powinnam ją znać? Może to zupełnie zwyczajna dziewczyna?

– Te lakierki nie dają mi spokoju.

– Wiele dziewcząt tak się teraz ubiera. to jeszcze nic nie znaczy.

Zapadła cisza.

Henryk wstał. Maksio podniósł głowę. Henryk podszedł do okna. Maksio wrócił do obgryzania pazurka. Henryk podszedł do telefonu.

– Daj mi listę wszystkich zaginionych dziewczyn.

Małgorzata poruszyła się niespokojnie.

– Została zgwałcona? – głos Henryka brzmiał głucho i twardo.

– Nie jesteśmy cudotwórcami. Ciało spaliło się do kości.

Do pokoju weszła śliczna, młodziutka dziewczyna. Przyniosła wykaz wszystkich zaginionych kobiet. Henryk przerzucał plastikowe karty ze zdjęciami.

– Być może zawiadomienie jeszcze nie dotarło – zwróciłem uwagę Henrykowi. – Czy zauważyłeś?

– Ta dziewoja miała na stopach lakierki. Do dżinsów.

Maksio drapał się pod biurkiem.

– On ma pchły. W końcu szef obu nas wyrzuci.

– Nie zostawię malucha. Popatrz, Aneta Rybicka.

– Dawno zaginęła?

– Przed miesiącem.

– Odpada.

Wszedł dyżurny policjant.

– Macias chce się z panem widzieć.

– Ten włamywacz? to chyba pierwszy wypadek, kiedy on do nas przychodzi, a nie my do niego. Wpuść go.

Wszedł starszy jegomość o powierzchowności przedwojennego właściciela banku. Usiadł powoli i zdejmował rękawiczki.

– Co jest, Macias? – spytałem. – Jakaś robota się nie udała?

– Byłem akurat na klatce schodowej...

– Chciałeś powiedzieć, pod drzwiami. No i co?

– Dotknąłem klamki...

– Włożyłeś wytrych do dziurki...

– I wtedy dostałem zapaści.

– Zgłoś się na pogotowie.

– Obudziłem się dwa kilometry za miastem. Na łące. Musiałem wrócić na piechotę. Dwa kilometry do najbliższego autobusu.

– Rzeczywiście zdumiewające.

– Panie władzo. Coś mnie przeniosło z klatki schodowej na łąkę.

– Dużo piłeś?

– Przy pracy nie piję.

– Wiec jednak włamanie.

– Przeniosło mnie. Zdematerializowałem się pod drzwiami, a potem znalazłem się na łące.

– Macias. Mam do ciebie ogromną prośbę. Nie zawracaj nam głowy.

– Tam mieszka taka bogata gościówa, co przyjechała z zagranicy. To czarownica. Jak Boga kocham, czarownica.

– Mam dla ciebie propozycję, Macias. Po prostu omijaj to mieszkanie.

– Nie omieszkam. Ale chciałem zameldować. Czarownica. Z tego będzie jeszcze nieszczęście.

– To wszystko, Macias?

– Wszystko, panie władzo.

– Więc znikaj.

Podniósł się z godnością, założył rękawiczki i wyszedł.

– Dziwna figura – powiedziała Małgorzata.

– Sejfu rodzinnego bym mu nie powierzył – odpowiedziałem.

– Więc w dalszym ciągu nie wiemy, kim była ta dziewczyna na wysypisku śmieci.

– Żaden opis do niej nie pasuje. – odparł Henryk zamykając kartotekę.

– Stoimy w miejscu.

Małgorzata podeszła do telefonu.

– Zadzwonię do takiej jednej. Ona wie wszystko. Która godzina?

– Dochodzi południe.

– Będzie jeszcze w domu.

Wykręciła numer. Zastygliśmy w bezruchu.

– Tu Małgorzata. Obudziłam? Posłuchaj, zaginęła nam dziewczyna w zielonym swetrze, niebieskich dżinsach i lakierkach na wysokich obcasach. Nie znałaś jakiejś, która by się tak ubierała? Tak? Już zapisuję. Chłopcy, papier!

Henryk podsunął jej kartkę i długopis.

– Jesteś pewna? Dziękuję. – szybko zapisała.

– A jednak – powiedział Henryk.

– A jednak – powtórzyłem.

– Przyjechała taka jedna z prowincji – relacjonowała Małgorzata. – Ćpunka. Miała tylko torbę z płótna i jakąś reklamówkę. Całą noc siedziała na dworcu. Znikała to z jednym, to z drugim facetem. Potem kupiła działkę i władowała sobie w żyłę. Ostatnio, kiedy ją widziano, spała na ławce.

– Nie zwinęli jej?

– Nie wiem. Ale to narkotyki. Niedobrze.

– Na ogół takie dziewczyny umierają z przedawkowania. Nikt ich nie pali na śmietnisku – powiedział Henryk drapiąc się w głowę.

– Jestem wam jeszcze potrzebna?

– Nie. Dziękujemy bardzo. Tak nam pomogłaś.

– Aha. Pytałeś o tę piękność z hotelu. To pani Joanna Grommwitzenberg von Witten, wdowa po konsulu austriackim. Podobno urodziła się tutaj i pisze książki, albo coś w tym rodzaju. Markiza, czy jakoś tam.

– Markiza! – jęknął Henryk.

– Wdowa po konsulu – mruknąłem.– Jeszcze nam brakuje wdów po konsulach i markiz w dodatku.

– Nic na to nie poradzę – odparła Małgorzata. – Chciałeś wiedzieć, to się dowiedziałam.

Wyszła. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie.

– Pal diabli markizę – powiedziałem. – To już jej zmartwienie. Ale co zrobimy z tą młodą ćpunką?

– Trzeba się skontaktować z wydziałem narkotyków.

– Znów przyślą kogoś z Warszawy i zabiorą nam śledztwo.

– Nie sądzę – odpowiedział Henryk. – To nasza lokalna sprawa.

Poszliśmy do kolegów od narkotyków. Michał miał akurat dyżur. Wypłoszyliśmy długowłosego młodzieńca o chudej, pryszczatej twarzy.

– Co u was? – spytał Michał. – Jakieś interesujące trupy?

Wysłuchał naszej relacji. Od czasu do czasu kiwał głową.

– To się zdarzało już wcześniej. Przyjeżdżały ćpunki, a potem znikały bez śladu. Ale nigdy ich nie znaleziono.

– Dlaczego