Polityka na wesoło - Anna Kiesewetter - ebook
Opis

Mówi Autorka: "Od lat specjalizuję się w mini felietonie politycznym. Był on dla mnie wybawieniem, szczególnie wtedy, kiedy trafiłam na Czarną Listę Cenzury. Zachęcana przez przyjaciół pisałam niewielkie teksty, często trafiały do publikacji opatrzone zaledwie inicjałem. Każdy felieton działał, jak kij wsadzony w mrowisko. Inicjował dyskusję, a kiedy wszystkich ogarniała temperatura wrzenia, nikt już nie pamiętał, że zawsze rozpoczynał ją mini felieton opatrzony zaledwie jedną literką. I w ten sposób udawało się wygrać z każdą cenzurą".

Anna Kiesewtter urodziła się 4 września 1946 roku w Łodzi. Studiowała w Paryżu, Warszawie i Łodzi, gdzie ukończyła studia. Pracowała kolejno: jako konsultant literacki w Teatrze Nowym w Łodzi w latach 1974 – 1989, w tym podczas dyrekcji Kazimierza Dejmka; w latach 1989 – 2004 w Łódzkim Domu Kultury, gdzie samodzielnie prowadziła jednocześnie Bibliotekę Naukową i Klub Unesco; oraz w latach 2004 – 2008 była redaktorem naczelnym czasopisma „W kręgu literatury”.

Autorka ma na swoim koncie pracę dla takich kabaretów, jak STS, „U Bena” oraz „Kpiarz”. W różnych periodykach ukazało się około 100 felietonów. Anna Kiesewetter specjalizowała się też w piosence aktorskiej i literackiej. Ponadto zostały wystawione niektóre jej sztuki teatralne, a także przez jakiś czas współpracowała z Teatrem Polskiego Radia.

Anna Kiesewtter wydała do tej pory cztery powieści: „Ostatni wywiad z Tatą”, „Upalne lato wielkiego miasta czyli rzecz o Łodzi”, „Opowieści celtyckie” oraz ostatnio „Krajobraz romantyczny z księżycem w tle”. Ukazał się też tomik jej poezji, zebranej pod tytułem „Zaułek Upadłych Aniołów”, zawierający wiersze z lat 1968 – 1978.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Polityka na wesoło

Anna Kiesewetter

© Copyright by

Anna Kiesewetter & e-bookowo

Grafika na okładce: Marek Łukaszewicz

Projekt okładki:

Marek Łukaszewicz

 

ISBN 978-83-7859-446-8

 

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

ANKIETA

Rozesłano po Polakach ankietę, której główne pytanie brzmiało: „Czy jesteś gotów poświęcić swoje życie dla Ojczyzny”. Większość odpowiedziała, że nie. I wcale się temu nie dziwię. Bo tak się właśnie dziwnie składa w życiu, że dopiero okoliczności składają na reakcję człowieka i takie pytanie jest co najmniej wątpliwe, jeżeli chodzi o kontekst.

W 1939 roku otworzono wszystkie więzienia. Każdy z tego powodu oczekiwał wzrostu przestępczości i kłopotów, jakich jeszcze nasze społeczeństwo nie znało. A okazało się, ze właśnie ci doliniarze z Powiśla i oprychy z Pragi okazali się największymi patriotami.

Tuż przed wojną przeprowadzoną analogiczną ankietę. I co się potem okazało? Że większość deklarujących taki nieprzejednany patriotyzm najszybciej potem uciekała.

Natomiast złodzieje i kieszonkowcy tak się ujęli honorem, że niejeden Niemiec wysiadając z tramwaju stwierdzał ze zdumieniem, że ma pustą kaburę. A szczytowym osiągnięciem tego dziwnego towarzystwa było wyniesienie maszyny do pisania z siedziby SS, bo komuś akurat była potrzebna.

Okoliczności dopiero sprawiają, że ktoś ma w sobie ducha walki, a inny nie. I jeżeli ktoś zadaje głupie pytanie, może się wyłącznie spodziewać równie głupiej odpowiedzi. Zaś pytanie w ankiecie brzmiące: „Czy byłbyś za wojną z Rosją”, czy coś w tym duchu, tylko zaowocowało tym, że nikt nie miał ochoty znowu oglądać radzieckich czołgów na naszych ulicach, co kiedyś już miało miejsce. I tylko jak zwykle PIS się strasznie przejął tą ankietą i wygłosił okolicznościowe przemówienie.

Ale tylko oni zawsze wyciągają pochopne wnioski z niedorzecznie zadawanych pytań. A kto jak by się zachował w sytuacji realnego zagrożenia, tego nie wie nikt, nawet ci najbardziej zainteresowani.

ARMAGEDON

Zawsze nas zaskakuje. Nie znam takiego roku, aby nas nie zaskoczyła. Mowa oczywiście o zimie. Patrzę na panią wicepremier Bieńkowską, jak się wścieka, jak się tłumaczy i tylko jeszcze jednego nie rozumiem.

W Szwecji, Danii, Norwegii czy Finlandii też jest zima i to zupełnie nikogo nie dziwi. Mało tego. Pociągi tam jeżdżą i to punktualnie.

U nas politycy biją na alarm! Odwołać ze stanowiska panią wicepremier! Niech się tłumaczy. Piana rośnie. Napięcie wzrasta. Co to jest za bezczelność powiedzieć oficjalnie w telewizji publicznej, że znowu przyszła zima! Przecież trzeba odwołać ten rząd, powołać następną komisję śledczą! Takie sprawy nie powinny się wydarzyć! Jak pani wicepremier śmiała oświadczyć publicznie, że nadeszła zima!

Patrzę. Za oknem biało. Patrzę w kalendarz, połowa stycznia. W Szwecji, Danii, Norwegii i Finlandii pociągi jeżdżą. A u nas? Dopadła nas klęska żywiołowa! Temperatura zupełnie niespodziewanie spadła do minus dwóch stopni! Ależ to armagedon!!!

I pomyśleć, że kiedyś wystarczył jeden koń i sanie. Bo faktycznie, w takich warunkach nie sposób poruszać się inaczej.

BEZUŻYTECZNE MINISTERSTWO

Przed chwilą wysłuchałam dyskusji na temat reklam w miastach i aż dech mi zaparło. Bo wszyscy mówili o wszystkim, tylko nikt nie poruszył jednej kwestii. Że na całym świecie reklama musi podlegać osądowi pod względem artystycznym, zaś najcenniejsze reklamy oznaczone literą A oznaczają dzieło sztuki.

U nas pozornie jest wszystko. Ale nie ma Ministerstwa Kultury i, jak się mówi obecnie, Dziadostwa Narodowego. Pan minister tak się zajął kandydowaniem do Europarlamentu, że zapomniał, że w ogóle czymś się powinien zajmować.

Też bym chciała przecinać wstęgi czegoś, co kto inny zaprojektował i zrealizował i jeszcze za to dostawać pieniądze. Artyści głodują, sztuka pada, reklamami nie ma się kto zająć, polityka kulturalna w ogóle nie istnieje, a pan Zdrojewski wyłącznie przecina kolejne wstęgi.

Od 2011 roku Ministerstwo to przyznało 1 (słownie: jedno) stypendium. Teatry służą do wszystkiego, tylko nie do wystawiania sztuk. Upadł Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych we Wrocławiu, bo nie ma polskiej dramaturgii współczesnej. Minister dalej przecina wstęgi.

Nie ma polityki wydawniczej. Nie ma regulacji prawnych osłaniających dorobek. Nie ma stypendiów twórczych. Nie ma kontroli i opieki nad Związkami Twórczymi. Nie ma polityki w stosunku do roli Domów Kultury, których istnienie w wielu krajach cywilizowanych ograniczyło do minimum patologię i przestępczość wśród młodocianych. Na czele teatrów operowych może stanąć każdy, choć na całym świecie prowadzą to najlepsi dyrygenci. Nie ma zachęt dla debiutów. Nie ma, nie ma, nie ma. Przede wszystkim zaś nie ma Ministerstwa Kultury i Sztuki. W ogóle przestało istnieć. Gdzieś tam pojawia się w przestrzeni kosmicznej i znika, niczym duch zwiewny. A pan Zdrojewski jak przecinał wstęgi, tak przecina.

BITWA O ŚWINIE

Białoruś podrzuciła nam dwa zarażone dziki. Tak twierdzą zwolennicy teorii spiskowych. Ludzie zwykli twierdzą, że te dziki nie zauważyły w ogóle, że przekroczyły bez paszportu granicę z Unią Europejską.

Wrzask podniósł lekarz weterynarii. Potem paru ministrów zapomniało, że mają telefony komórkowe. Potem tuczniki zaczęły przerastać i rolnicy wyszli na szosę.

Jeżeli wierzyć dalszym rozważaniom polityków, Rosja postanowiła nie kupować całej polskiej wieprzowiny, na co odpowiedziała Austria, że jej świnie są od polskich lepszych. A świnie jak świnie, rosły.

Ale to jeszcze nie wszystko. Zostaliśmy z tymi świniami, pozbyć ich być nie było można. A świnie jak rosły tak rosły. Poleciał jeden minister. A świnie dalej rosły.

I nagle odezwały się Chiny, że są gotowe kupić dowolną ilość polskich świń. W tym momencie wszyscy powinni zostać uspokojeni i powinno zapanować pełne zadowolenie. Bo w końcu producentom wieprzowiny powinno być wszystko jedno, gdzie pojadą polskie świnie. Okazało się, że nie.

Wśród polityków jednak zawrzało. Rosja stała się głównym tematem kłótni polityków. Świnie jadą sobie do Chin, zamiast do Rosji, a politycy jak się kłócili tak kłócą. Tylko wszyscy już zapomnieli, że chodziło o świnie, a cała opozycja wzięła na języki Rosję. I także wszyscy zapomnieli, że nie tylko Austria podłożyła nam świnię, ale i Chiny podłożyły świnie Rosji. I tylko chciałabym tutaj dodać, że osobnikiem, który zmieniał wszystko w złoto był Midas, nie Mindas.

Co nie znaczy, że Rosja nie będzie starała się uprzykrzyć nam życia, jak będzie mogła. I tylko chodzi o to, żeby wszyscy nasi adwersarze zostali przekonani, że połknąć nas można, ale każdy kto to zrobi, może się wyłącznie udławić.kulturalna w ogóle nie istnieje, a pan Zdrojewski wyłącznie przecina kolejne wstęgi.

Od 2011 roku Ministerstwo to przyznało 1 (słownie: jedno) stypendium. Teatry służą do wszystkiego, tylko nie do wystawiania sztuk. Upadł Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych we Wrocławiu, bo nie ma polskiej dramaturgii współczesnej. Minister dalej przecina wstęgi.

Nie ma polityki wydawniczej. Nie ma regulacji prawnych osłaniających dorobek. Nie ma stypendiów twórczych. Nie ma kontroli i opieki nad Związkami Twórczymi. Nie ma polityki w stosunku do roli Domów Kultury, których istnienie w wielu krajach cywilizowanych ograniczyło do minimum patologię i przestępczość wśród młodocianych. Na czele teatrów operowych może stanąć każdy, choć na całym świecie prowadzą to najlepsi dyrygenci. Nie ma zachęt dla debiutów. Nie ma, nie ma, nie ma. Przede wszystkim zaś nie ma Ministerstwa Kultury i Sztuki. W ogóle przestało istnieć. Gdzieś tam pojawia się w przestrzeni kosmicznej i znika, niczym duch zwiewny. A pan Zdrojewski jak przecinał wstęgi, tak przecina.

ZEGARKI

Ostatnio szalenie modne stały się dysertacje na temat różnych zegarków. Takie zegarki, inne zegarki, wpisane zegarki, nie wpisane zegarki. Zegarki ostatnio zajmują pierwsze strony gazet. No to może trochę opowiem o mojej kolekcji.

Pierwszy zegarek otrzymałam w wieku lat siedmiu. Po dwóch latach używania, w trakcie nakręcania rozpadł się na poszczególne części. Myślałam, że rodzice mnie objadą, ale nie. Z całym spokojem wzięli to, co z zegarka zostało i wyrzucili do śmieci.

Następny zegarek służył mi długie lata. Ale w pewnym momencie się zepsuł. Zaniosłam go do zegarmistrza i słyszałam, żebym sobie kupiła nowy, to mnie to wyniesie taniej. Potem miałam jeszcze dwa zegarki, o których mój ojciec zwykł mawiać, że posiadają dwa kamienie. Na jednym taki zegarek się kładzie, a drugim rozwala.

Ale prawdziwym eksponatem okazał się egzemplarz, który nagle zaczął bez uprzedzenia chodzić do tyłu. Kompletne zdurnienie na twarzy zegarmistrza, który to zjawisko oglądał, warte było każdych pieniędzy.

Obecnie też posiadam zegarek typu zegarek firmy zegarek, który na razie chodzi. A póki chodzi to chodzi. Jak przestanie, pewnie znowu usłyszę, żebym sobie kupiła nowy, to mnie to wyniesie taniej. Ale, proszę sobie wyobrazić, bez względu na to, jaki aktualnie noszę czasomierz, jakoś czas jakoś ani nie przyspiesza, ani nie zwalnia. Jest constans.

CORDON BLEU

Cordon Bleu to nazwa najnowszego hamburgera, jaki nam oferują niektóre skądinąd znane bary szybkiej obsługi specjalizujące się w tzw. „Daniach śmieciowych”.

A zatem może kilka słów na temat samej nazwy owego niezbyt wykwintnego dania. Pod koniec swojego życia Ludwik XIV miał dość słaby wzrok. Na tyle słaby, że już nie rozróżniał twarzy. I nie bardzo wiedział, kogo aktualnie ochrzania za przypalony sos, czy inne kompletnie niejadalne danie.

Pewnego dnia, kiedy szef kuchni wyjątkowo sknocił jakieś mięsiwo, wściekły Lucek zerwał ze ściany sznurek do zasuwania zasłon i przepasał nim delikwenta. A że był to akurat sznurek koloru niebieskiego, po tym kolorze od tej pory rozpoznawał nieszczęsnego szefa kuchni.

Tyle historia. A teraźniejszość? Otóż utarło się, że niebieskim sznurkiem przepasuje się najlepszych mistrzów kulinarnych i potem noszą go z godnością, jak inni na przykład ordery. Ale jest pewne „ale”. Otóż Ludwik XIV może miał słaby wzrok, może w tym czasie nie wynaleziono jeszcze okularów, lecz jedno jest pewne. Ów francuski król z całą pewnością hamburgerów nie jadał.

CUD NAD WISŁĄ

Rozpowszechniło się przekonanie, że zwycięstwo nad Rosją w 1920 roku zawdzięczamy wyłącznie cudownemu ocaleniu. I że brały w tym udział wszystkie siły Niebieskie, bo sami nie dalibyśmy sobie rady. No to popatrzmy na fakty.

W Wojnie Bolszewickiej Piłsudski wykorzystał dwa elementy, zupełnie do tej pory nie znane. A mianowicie czołgi i lotnictwo wojskowe. Czego potrafią dokonać myśliwce, sami się przekonaliśmy na własnej skórze. Ale wtedy po raz pierwszy użyto ich, jako oręża w walce. I na to Rosjanie zupełnie nie byli przygotowani.

Można Piłsudskiemu odmawiać talentu, jeżeli chodzi o rozwiązania dyplomatyczne. Tu rzeczywiście narobił masę błędów, za które musimy płacić do dziś. Ale jednego talentu nie można mu odmówić. Był genialnym strategiem, jeżeli chodzi o dowodzenie armią.

W czasie pierwszej wojny światowej wykorzystywano co prawda samoloty, ale raczej do misji wywiadowczych. Śledziły ruchy wojsk nieprzyjaciela i przekazywały te dane do dowództwa.

W 1920 roku zostały po raz pierwszy w historii świata użyte jako broń strategiczna i działały niezwykle skutecznie, choć często całym ich wyposażeniem był karabin maszynowy. Dlatego jeżeli mówimy o „Cudzie nad Wisłą”, może dodamy jeszcze do tego niezwykłą wprost skuteczność samolotów bojowych.

DLACZEGO NIEOPŁACALNE

Uważa się obecnie, że era atomu zakończyła się wraz z odejściem w przeszłość XX wieku. Nowe elektrownie atomowe nie powstają, wiele z nich jest w miarę upływu czasu likwidowanych.

Rzeczywiście prąd płynący z elektrowni atomowych jest o wiele tańszy i pozornie mniej szkodliwy od innych. Ale mimo to nagle stwierdzono, że elektrownie atomowe są po prostu nieopłacalne.

Powstaje pytanie, dlaczego. Problem tkwi nie w samych elektrowniach, ale w produkcie finalnym, jakim są odpady radioaktywne. O ile dobrze zrozumiałam, trzeba by je było przechowywać przez trzydzieści tysięcy lat, żeby się całkowicie zneutralizowały. I to nie same elektrownie atomowe są nieopłacalne, ileż to właśnie składowanie odpadów.

Dlatego na całym świecie uważa się, że era elektrowni atomowych definitywnie się skończyła, trwają bardzo intensywne prace nad znalezieniem nowego, całkowicie już bezpiecznego dla ekologii źródła energii.

Pracują nad tym wszystkie laboratoria świata. I coś tam już zaczyna się rysować. Zjonizowane jądra helu, ciekły azot, czy nawet paliwo rakiet kosmicznych, te i inne technologie są oglądane ze wszystkich stron.

Ale w tej chwili, jak zdążyłam się zorientować, dopóki wynalazki związane z nową era wejdą w życie, grzecznie wracamy do klasycznych technologii. Dlatego myślę, że dzięki odpowiedzialności naukowców, żadna elektrownia atomowa w Polsce nie powstanie. Po co sięgać po przestarzałe aparatury.

DWUDZIESTOLECIE

A nasłuchaliśmy się o tym dwudziestoleciu międzywojennym, a nasłuchali. Żeśmy zaprzepaścili wszystko, że byliśmy i jesteśmy bękartem Europy, za nawet czytać nie umiemy i różne takie tam. A wszystko właściwie szło zgodnie z planem.

No bo jak bezkolizyjnie zlepić trzy różne zabory z powrotem i uczynić z nich mniej więcej sprawnie działające państwo, kiedy każdy zdążył się już przyzwyczaić do innego prawa i innych działających zewnętrznych czynników? Do dziś Kraków nie może się dogadać z Warszawą, a już tyle lat minęło!

Ale w końcu jakoś się dało sklecić tę Drugą Rzeczypospolitą. I wszyscy ze wszystkimi natychmiast zaczęli się kłócić.Ale niestety, takie jest ogólne i niezależne od nikogo prawo psychologii form wielkich, że przechodząc od systemu totalitarnego do demokracji na samym początku ma się tak zwaną sieczkę.

Nie dotyczy to jedynie Polski. Każdy kraj musi przez to przebrnąć, jak przez chorobę dziecięcą. Potem powinna się scena polityczna zacząć stabilizować, ale dziwnie tak w naszym wypadku się nie stało. Dlaczego? Z jednej prostej przyczyny. Nie było dalszego ciągu.

Ta naprędce sklecona Rzeczypospolita tym się między innymi charakteryzowała, że chociaż kłócili się wszyscy ze wszystkimi, każdy każdemu pomagał w miarę swoich możliwości. Cuda się teraz mówi o tak zwanej „Warszawce”, czy „Salonach”, ale prawda była taka, że większość Polaków wyszła z tej zawieruchy nieco goła i całe się tworzyły „Koterie” pomagające na gwałt tym najbiedniejszym. A że nie było dalszego ciągu, to już myśmy w tym najmniej zawinili i najmniejszy w tym mieli udział. Chyba że dość wątpliwym naszym udziałem była pięcioletnia okupacja hitlerowska, a potem prawie sześćdziesiąt lat komunizmu.

KONSTYTUCJA

Prześledziłam wszystkie nagrane ostatnio cichcem taśmy. I mogę tylko powiedzieć, że tam nie ma żadnej afery. W ogóle. Po pierwsze uczestnicy stwierdzają, że Rostowski zaczyna popełniać błędy i że trzeba go zastąpić innym fachowcem, ze świeżym spojrzeniem i dystansem do rzeczywistości, kimś, kto by miał dojścia do Banku Światowego i Europejskiego. I że jeżeli PIS przekroczy czterdzieści procent poparcia, uciekną inwestorzy, co też nie jest żadną rewelacją, bo jak tylko PISowi coś wychodzi, cała giełda świeci na czerwono.

Taśmy odsłaniają nie kompromitację Rządu, ale samych dziennikarzy. Bo dlaczego redakcja tygodnika Wprost zdołała udowodnić, że w życiu nie przeczytała Konstytucji swojego własnego kraju? Tylko tyle. I aż tyle.

Mamy demokrację parlamentarną. I tylko taka do nas pasuje. Oznacza to, że najpierw są wybory do parlamentu, potem partie muszą się policzyć (z koalicjantami), a ta, która ma większość w Parlamencie z rąk Prezydenta otrzymuje misję utworzenia rządu. Rzeczywiście szalenie to skomplikowane, prawda? A ja tu słyszę, że to afera, kolesiostwo i zamach na demokrację.

Ponadto taśmy ujawniają, że Rostowski zaczyna popełniać błędy, więc trzeba go zastąpić innym fachowcem. Strasznie skomplikowane, prawda? I żeby była jasność, kto jest w tym temacie lepiej zorientowany, jak nie Belka?

Przecież to się załamać można! Pobożne życzenia opozycji obnażają wyłącznie jedną aferę. A mianowicie, że dziennikarze, mający tak ważną funkcję społeczną i będący tak zwaną czwartą władzą, w ogóle nawet nie znają konstytucji i ustroju własnego kraju! I nie dość, że wszystkich wprowadzają w błąd, to jeszcze kompromitują. Wyłącznie samych siebie.

KTO JEST KIM

Na południu Madziarzy, na północy Holendrzy, a w środku już w ogóle nie wiadomo kto. Madziarzy przywędrowali na południe Polski przez osadnictwo czeskie i w tym wypadku są jak najbardziej na miejscu. Zajmijmy się zatem północą.

Najżyźniejsze ziemie północnej Polski były to swojego czasu mokradła i grzęzawiska. Kto się tam zapuścił, bagno go wciągało i znikał. Ale Henryk Brodaty postanowił poszerzyć swoje włości i owe bagna osuszyć.

Sprowadził w tym celu specjalistów z Holandii, co się szybko wzięli do roboty, po czym osiedlili się w tym miejscu, które sami osuszyli, początkując powstanie Kaszub. Ale na tym nie koniec. Kiedy Holandia ogłosiła, że oficjalnie przechodzi na protestantyzm, nastąpiła druga migracja Holendrów na ziemie polskie.

Byli to katolicy, którym w ojczyźnie groziło prześladowanie, albo i co gorszego. I tak jedni Holendrzy dołączyli do drugich, tworząc swoistego rodzaju enklawę sięgającą aż do Torunia.

O ile pierwsza emigracja holenderska to byli przeważnie chłopi, o tyle druga w 80% składała się z tak zwanych Vanów, czyli arystokracji holenderskiej. Do której grupy należy Pan Premier Tusk nie wiem i trudno by mi było w tej chwili określić. Ale że jest z pochodzenia Holendrem, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.

Może i Niemcy zawlekli siłą tuskowego dziadka do Wermachtu, ale jeszcze nie wiadomo, co tam robił. Może coś odwrotnego do tego, czego by się po nim spodziewał Wermacht. Bo z tymi Holendrami nigdy nie wiadomo. Też spiskowali. Jak my.

CO ICH MOŻE CZEKAĆ?

Zakładamy hipotetycznie, że Ukraina wchodzi do Europy. Co ją może czekać? Na pewno nie głód, bo wtedy niejako automatycznie rusza pomoc humanitarna. Ale też i nie bogactwo. Choć to dotychczas proponowane było tylko zapychaniem nieustająco powiększającej się dziury budżetowej.

Z początku będzie to ciężka i wyczerpująca praca, jak zawsze, kiedy coś się buduje od nowa. Mogą co najwyżej powstawać małe, a nawet bardzo małe przedsiębiorstwa. Często wyłącznie rodzinne. Ale trzeba zbudować sobie jakąś drogę, wyznaczyć jakiś cel, do którego wszyscy muszą dążyć.

Aby skonstruować taką mapę drogową, muszą się dokładnie rozejrzeć wokół siebie i ocenić z jak największą precyzją, czym tak naprawdę dysponują, a czym nie będą dysponowali nigdy. I według tych informacji ułożyć sobie plan na przyszłość.

Nie od razu przyniesie to oczekiwane rezultaty. Czasem taki plan trzeba wielokrotnie zmieniać, , modernizować, ulepszać. Ale jest perspektywa wyjścia z kryzysu. Choćby się zaczynało od zera.

W tej chwili Ukraina jest bankrutem. To nie zachęca. Wprost przeciwnie. Aż nadto łaknie się szybkich i łatwych pieniędzy. Ale są one wyłącznie zasadzką. Tylko to jest nasze, co sami wytworzymy i na co sami zapracujemy. Co więc pozostaje? Perspektywa. Nic innego Europa dać nie może.

LIST DO PARLAMENTU WIELKIEJ BRYTANII

Coraz to nowe rewelacje dochodzą do nas z Wielkiej Brytanii. Teraz kazano nam (?) zwrócić wszystkie majątki żydowskie. Świetnie. Ale uważam za brak antysemityzmu taką postawę, kiedy wszystkich obywateli traktuje się równo, bez względu na kolor skóry czy wyznanie.

Jeżeli w wyniku drugiej wojny światowej, a potem lat komunizmu majątki stracili nawet tak dla Polski zasłużeni rodacy, jak w Warszawie Wedel, czy w Poznaniu Cegielski, dlaczego tylko Żydom należy się w takim razie odszkodowanie? I to od Polski, która w tym tyglu najmniej zawiniła?

Majątki potracili wszyscy. Dosłownie. Tak że nie ma co teraz płakać nad rozlanym mlekiem. Nie myśmy wywołali drugą wojnę światową, nie myśmy wprowadzali komunizm. Czyli że co? Jakoś ani Wedel ani Cegielski nie zgłaszają pretensji, chociaż dzięki nim (między innymi) ta Polska w ogóle istnieje, a mają pretensje bliżej nie zidentyfikowani Żydzi, będący według mnie po prostu politycznym narzędziem w rękach już dostatecznie skompromitowanego Camerona?

Ci Żydzi, którzy siedzą w Polsce, a jest ich jeszcze sporo, dołączają do innych i jakoś wspólnymi siłami usiłujemy ten nasz kraj wyciągać za uszy z chaosu. bo jeszcze tylko tego brakuje, żeby wystąpili z roszczeniami Niemcy, co by im zwrócić koszta tak dobrze przeprowadzonej operacji w latach 1939 – 1945.

Więc mam do zaproponowania pewien kompromis. Niech się z Żydami rozliczą wszystkie po kolei banki Szwajcarii, wtedy będzie się nad czym zastanawiać. Bo na przykład na moim osobistym podwórku ktoś wybudował więzienie. O zwrot czego mam się w tej chwili starać?

NASZE WADY

Obejrzałam sobie przed chwilą „Śniadanie mistrzów” i znów usłyszałam coś, z czym powinno się wreszcie zacząć walczyć. A mianowicie wybieramy, a raczej zbieramy wszystkie wady z całego świata i przypisujemy je sobie. Zaiste, dziwna mania kolekcjonerska.

Owo „Polskie Piekło” występuje we wszystkich krajach post komunistycznych, a jest charakterystyczne dla równania w dół, tak powszechnie stosowanego przez ideologię tego ustroju. Ten sam problem występuje we wszystkich tak zwanych demoludach, a najsilniej w samej Rosji. Polskie piekło? Akurat!

Ja wiem, że najtrudniej zmienić ludzką mentalność. Że to trwa najdłużej. Ale na litość boską, nie zbierajmy wszystkich wad, jakie uda nam się gdziekolwiek znaleźć i nie przypisujmy ich sobie!

Naszą główną i zasadniczą wadą jest coś, co mogę nazwać Polską Partią Masochistów. My kochamy nasze klęski, naszą martyrologię, bezsensowne cierpienie i uwielbiamy płakać. A kiedy ktoś nam usiłuje wyjaśnić, że czegoś dokonaliśmy z czystego racjonalizmu i zdrowego rozsądku, ponosi się chór sprzeciwu. My? Ależ to niemożliwe!

Ja bym proponowała pewien racjonalizatorski pomysł do wdrożenia natychmiast. Wynajmujmy się na rozmaite uroczystości w charakterze zawodowych płaczek. Bo to rzeczywiście zawsze nam idealnie wychodzi. Tu szaleją chirliderki, machają pomponami, a my siedzimy rzędem i zanosimy się płaczem „Oj, nie wyjdzie, nie wyjdzie”. Osiągamy w tej dziedzinie prawdziwe mistrzostwo świata. I gdyby ktoś choćby jutro rzucił hasło „Tworzymy właśnie Polską Partię Masochistów”, zapisałoby się do niej natychmiast trzydzieści osiem milionów Polaków. I wreszcie zapanowała by pełna zgoda narodowa!

TRUPY POPRAWNE I NIEPOPRAWNE

A ja myślałam, że zmarłych ten problem nie dotyczy. Już w starożytności mszczenie się na umarłych uważano za akt barbarzyństwa. Z chwilą śmierci ustawały wszystkie spory, zemsty i zawiści. Nie rozgrzebywano grobów na oczach publiczności.

U nas widocznie nawet tak stare zwyczaje przestały obowiązywać. Nic się nie kończy wraz ze śmiercią człowieka, zaś wzajemne animozje w dalszym ciągu trwają. Przecież na Wojskowych Powązkach leżą już pogrzebani żołnierze Armii Generała Berlinga. I ich też w tej chwili powinno się wykopać?

Może ten tekst wydać się komuś zbyt brutalny. Ale prawda jest taka, że i brutalna stała się otaczająca nas rzeczywistość. Zdawać by się mogło, że mieszkamy w kraju katolickim, chrześcijańskim, gdzie zwykło się mówić, że po śmierci człowiek staje już przed innym niż ten ludzki sądem. Nieprawda. U nas ludzi postanowiono sądzić nawet po śmierci.

Mnie nie dziwi postawa PIS-u. Oni zawsze byli nieobliczalni w swoich sądach. Ale kto się dostał do IPN-u? Następny Maciarewicz? Czy teraz IPN zacznie lustrować kolejne cmentarze i wyznaczać nieboszczyków do wyrzucania z miejsc spoczynku, bo nagle okazali się niepoprawni politycznie? Jak w takiej sytuacji mają się czuć ci, którzy jeszcze żyją?Czy będą poddawani nieustannej ocenie, zależnej od aktualnie rządzącej władzy?

Wiem, że to, co tutaj piszę, ściągnie na moją głowę niejedno nieszczęście. Ale nieraz mi grożono i z lewej i z prawej strony. Na szczęście nie pochodzę ze strachliwej rodziny, jako że jakiś czas temu musieliśmy uciekać przed prześladowaniami z Irlandii.

Dlatego jestem w stanie wytrzymać każdy atak, już choćby z czystego przyzwyczajeniaA swoich poglądów i tak nie zmienię. Bo skoro je mam, to je mam i koniec. Bo uważam, że po śmierci nie wolno ludzi dzielić na tych poprawnych i niepoprawnych politycznie i urządzać sobie igrzysk na cudzych grobach.

PO CO IMMUNITET

Przysłuchiwałam się akurat dyskusjom rodzimych posłów. Kiedy stwierdziłam z przerażeniem, że oni w swojej prostoduszności w ogóle nie wiedzą, po co i w jakim celu otrzymali immunitet. A zatem kilka słów wyjaśnienia.

Immunitet broni posłów przed zewnętrzną ingerencją. Obejmuje: osobę polityka oraz wszystkie zajmowane przez niego pomieszczenia. O osobie polityka nie muszę chyba wspominać, pod warunkiem wszakże że posłowie jednak wiedzą o co chodzi. No to przejdźmy w tym opracowaniu o pomieszczeniach.

Otóż u czynnych polityków w mieszkaniach, biurach i innych dostępnych miejscach mają prawo się znajdować dokumenty państwowe, o różnym stopniu znaczenia i ograniczeniach jawności. Wobec czego raczej bym wolała dla naszego wspólnego bezpieczeństwa, żeby nikt nie wchodził do Polskiego Sejmu jak do stodoły.

Rozumiem, że politycy sami mogą nie wiedzieć, po co im immunitet, ale już skłonna bym była sądzić, że takie rzeczy, kto jak kto, powinien wiedzieć ktoś taki jak Szef Prokuratury. Chyba że on też jest z awansu.

Już kiedyś wspomniałam, że dobrze byłoby przeszkolić Posłów z pewnej wiedzy prawnej. Ale że to samo trzeba zrobić z Prokuratorem Generalnym, tego w swoich najśmielszych przewidywaniach nie przewidziałam. Bo tak się składa, że ten pan akurat powinien znać prawo. A może go jednak nie zna?

NASZE ROZBIORY

W okresie porozbiorowym w Polsce co rusz wybuchały jakieś powstania. Pozornie zupełnie nieprzemyślane, nieprzygotowane i nie służące niczemu. Ale czy tak było naprawdę?

Już Juliusz Cezar powiedział, że kiedy prowadzi się wojnę, w jednej ręce trzeba trzymać miecz, a w drugiej pióro. I nie inaczej było w naszym wypadku. Jakoś dziwnie każde nasze powstanie wybuchało w momencie, kiedy komuś coś zagrażało w Europie, a potem ci z tej strasznej magnaterii (patrz Dzienniki Potockiego, tego od „Pamiętnika znalezionego w Saragossie”) gdzieś jechali i coś podpisywali.

W rezultacie mimo pozornej bezużyteczności wszystkich kolejnych powstań, zebrany został cały plik dokumentów (O cześć Wam, panowie magnaci), który po zakończeniu pierwszej wojny światowej wylądował dziwnym trafem w Wersalu i stał się prawną (tak, prawną) podstawą do urzędowego odzyskania przez Polskę niepodległości w świetle stosunków międzynarodowych.

Zachował się ten dokument, wśród innych dokumentów podpisywanych w 1918 roku w Wersalu, gdzie nagle okazało się, że te wszystkie nasze powstania narodowe na podstawie podpisywanych umów między różnymi narodami, jakoś się przyczyniły do odzyskania przez nas własnej ojczyzny.

Ale ponieważ naszą główną wadą narodową jest Polska Partia Masochistów, dalej nam towarzyszą rozdzierane szaty i łkania wykonywane chórem. Trochę dystansu, panowie! Do jasnej cholery, bo zaczną nas wynajmować w charakterze płaczek na różne okolicznościowe pogrzeby!

NOWE POMYSŁY TOWARZYSZA KURDUPLA

Nowe pomysły Towarzysza Kurdupla wcale nie są takie nowe. Bo czymże jest sięgnięcie do oszczędności przedsiębiorców, jak nie domiarem? Czymże jest powołanie Rady Programowej, jak nie ciała o podobnej nawet nazwie, służącej kiedyś Komitetowi Centralnemu? Czymże jest nacisk na różne organa sprawiedliwości, jak nie dawnym dobrym obyczajem, kiedy o wszystkim decydowała Jedynie Słuszna Partia? Czymże jest nowa funkcja Prezesa jako Premiera, jak nie kompetencjami Pierwszego Sekretarza KC PZPR? No to po cośmy robili te rewolucje? Po jaką cholerę zjadaliśmy tę żabę?

Żal mi tylko niektórych ekonomistów. Bo sama na własnej skórze się przekonałam, że nie sposób się nauczyć Ekonomii Politycznej Socjalizmu, jeżeli wcześniej człowiek zdał egzamin z Ekonomii Realnej. A jeżeli to działa i w drugą stronę? Bo jakże zabawnie swojego czasu wyglądała dyskusja Balcerowicza z panem Vincent Rostowskim, który też kończył ekonomię, ale w Wielkiej Brytanii? Jakby obaj panowie przybyli z dwóch zupełnie innych planet i każdy miał za sobą inne studia. A przecież i jeden i drugi to ekonomista.

Więc zanim będziemy mieć powtórkę z rozrywki i znów będzie w Warszawie siedziała Jedynie Słuszna Zjednoczona Partia Robotniczo-chłopska (PSL jest etatowym koalicjantem), może już teraz zacznijmy przygotowywać wielkie czerwone płaszczyzny, które tak ukochała nasza ukochana Polska Ludowa?

NASZA KONSTYTUCJA

Doszliśmy już do tego momentu, kiedy wypadałoby się zająć Konstytucją Trzeciego Maja. Jak to się stało, że w ogóle powstała, czym jest i czym nie jest i po co właściwie była nam potrzebna.

Musimy sobie uprzytomnić w tym momencie, że jest to druga konstytucja na świecie i nikt wcześniej nawet nie wpadł na pomysł, żeby coś takiego wyprodukować. Jako pierwszą wymienia się Konstytucję Stanów Zjednoczonych. I słusznie.

Miałam w ręku Konstytucję Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nie oryginał, bo do tego nikt by nie dopuścił. ale jej replikę czy reprint, jak kto woli. Otóż przypominała ona nasze postulaty Solidarności, została spisana na jakimś skrawku papieru, trochę niestarannie i chyba w wielkim pośpiechu. Oczywiście forma, w jakiej powstała, nie wpływa w żaden sposób na wartość tej Konstytucji jako dokumentu.

Ale wzięłam do ręki inny reprint, a mianowicie naszej Konstytucji Trzeciego Maja. I miałam przed sobą akt prawny, sporządzony z niezwykła starannością i z zachowaniem wszystkich procedur, jakie do dziś obowiązują. I nie sądzę, aby miała na to wpływ Konstytucja Stanów Zjednoczonych, bo twórcy zarówno jednej jak i drugiej prawdopodobnie w ogóle o sobie nawzajem nie wiedzieli, bo żyli w czasach, kiedy informacje raczej nie były przekazywane z szybkością błyskawicy.

I tylko jedno mnie martwi. Żeśmy sobie dali wmówić chyba najgorszy z kompleksów, jakie może dotyczyć danej społeczności. Że jesteśmy od wszystkich gorsi. Ale chodzi mi tylko, żebyśmy zrozumieli, że nie jesteśmy ani lepsi, ani gorsi od innych, tylko mniej więcej tacy sami, nawet ze wszystkimi naszymi wadami. Bo któż ich nie ma, ja się pytam?

NIEJEDNOZNACZNY CZŁOWIEK

Nie po raz pierwszy PIS staje się jednocześnie policjantem, prokuratorem, sędzią i katem w jednej osobie. Nikt przecież nie neguje, że Jaruzelski był postacią w polskiej historii co najmniej kontrowersyjną. Ale jednocześnie zbyt mało wiemy na jego temat, aby ferować tak jednoznaczne wyroki.