Księga zadumanego filozofa - Anna Kiesewetter - ebook
lub
Opis

Każdy z wierszy w tym zbiorze powstawał jako rodzaj osobistego pamiętnika autorki. W wierszach zostały zakodowane nie tylko przeżycia, ale i aluzje do wielu bardzo znaczących w literaturze polskiej pozycji. I tam należy szukać odpowiedzi na pytanie, jak i z czym dany symbol powiązać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 37


Księga zadumanego filozofa

Anna Kiesewetter

© Copyright by

Anna Kiesewetter & e-bookowo

Grafika na okładce: Marek Łukaszewicz

Projekt okładki:

Marek Łukaszewicz

ISBN 978-83-7859-582-3

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

CZĘŚĆ I

COGITO

Myślę, więc jestem.

I o każdej porze

w moich komórkach

dojrzewa jestestwo.

Czuję, więc jestem.

Jakiż żal mnie ściga,

gdy widzę cienie,

a cienie omijam.

Kocham więc jestem.

I od tej miłości

drżą mi na wietrze

rozedrgane struny.

Jak harfa wspomnień,

gra mi w głowie strumień

impulsów życia,

ich zliczyć nie umiem,

bo mózg mój skrywa

swoje tajemnice.

I myślę? I jestem?

Zamknięta szlabanem

granica.

PODRÓŻE NOCĄ

Gdy księżyc się wyłania,

jak tarcza rycerza,

z chmur postrzępionych wiatrem,

z umysłu, co drzemie,

wtedy rozpoczynamy

swe nocne podróże

do krain niewiadomych,

do ludzi nieznanych.

Cicho szepcze nam miasto

do ucha swe dzieje,

mkną przez puste przestrzenie

kamikadze chwili,

a my się utulamy

w smutku zwyciężonym,

a my się przytulamy

do sennych flotylli.

Bądź pozdrowiony, książę

nocnych chwil krainy,

oświeć nam swoją lampą

zagubione drogi.

Gdy księżyc się wyłania

z baśni nieskończonej,

jesteśmy rycerzami

w lśniącej marzeń zbroi.

PEWIEN POETA

Był taki poeta,

co nie pisał wierszy.

Codziennie pochylony

nad kieliszkiem samogonu,

topił bladą twarz księżyca

w smutkach natchnienia.

Nawet sięgał po kartkę papieru,

gotów zapełnić ją strofami,

ale jakoś tak się zdarzało,

że nim postawił pierwszą kreskę,

zasypiał zmęczony pijanymi

zwidami tańczącymi

za zielonym oknem.

Był taki poeta, co nie umiał,

czy nie chciał opisywać świata,

bo ziemia pełna była zła

i ludzi gardzących bohemą.

Samogon godził go ze światem

i sytym mieszczańskim zadowoleniem,

ale wciąż nie powstawały wiersze.

Był poeta, który nie pisał,

ale żył tak jak inni poeci.

Zmarł po ostatnim kieliszku

siwuchy

i odleciał.

PTAKI

Płyną ponad dachami miasta

ptaki miłości.

Gubią pióra na ulice i place

synogarlice.

Wiatr nimi kołysze pomiędzy

chmurami,

słońce je ogarnia dłońmi,

jak serce.

Białe ptaki zwiastują pokój,

ptaki przestworzy,

goście w domach przyjaznych

i ponad domami,

płyną nad dachami miasta

pierzaste pocałunki,

patrzą na nas oczami

spełnionej miłości.

I ja razem z nimi,

wyzwolona strzała,

skrzydła rozkładam do lotu,

ja, córka Ikara,

w niebo się wzbijam, ale moje

skrzydła

są silne.

Nie roztopi ich żaden

ból.

POECI

Siedzą poeci za drewnianym stołem.

I piją. Szybko. Żeby się omamić.

Każdy z nich czyta tylko swoje wiersze.

Każdy z nich wiersze powtarza jak mantrę.

Że świat jest podły, ze kocha dziewczynę,

że cisza może uderzać jak młotem.

Kieliszki brzęczą, rzeczywistość drzemie,

alkohol spływa do schrypniętych gardeł.

Siedzą poeci za drewnianym stołem,

pić już przestali, butelki się toczą.

Obłok na niebie jak fatamorgana

czasem jest czarny, a czasem się bieli.

Ja też obłędem objęta jak ręką,

piszę swe wiersze, po co one komu.

Nie piję, ale rozumiem poetów.

Wiersz sam się składa na swoje nieszczęście.

WIGILIA

Usiądźmy przy suto

zastawionym stole,

gdzie zaszeleści siano

pod białym obrusem,

gdzie zapach lasu niesie

świerk ubrany w barwy

śmiesznych zabawek, kolęd

i w łańcuchy tęczy.

Sami i w pustym gnieździe

w cieple przy kominku,

patrzymy sobie w oczy

jeszcze ciągle młodzi

uczuciem, co się nigdy

nie zamieni w pustkę.

Bądź mi snów drogowskazem

w te noce grudniowe,

kiedy rok się wypala

i liczby swe zmienia.

A kot skulony w kłębek

pomrukując cicho

złoży nam w noc jedyną

serdeczne życzenia.

Ten czas nigdy nie mija,

choć minęło życie.

Zawieszę na twej szyi

prezent szczerozłoty:

dni przewiązane wstążką –

korale na nitce,

słowa szeptane cicho

za zasłoną nocy.

BEZDOMNI

Zgłodniałe paszcze

nienawidzą nocy.

Jeszcze idą ciemnymi

ścieżkami,

ale coraz wolniej

i wolniej.

Opuchnięte łapy przenika

zimno śniegu.

Drżą na wietrze

ze skowytem

rozwartych pysków.

Psy bezdomne.

Cierpienie zwierzęce.

Ludzie bezdomni,

jak psy.

Jeszcze mają w nozdrzach

zapach gotowanego obiadu.

Ale wkrótce zapomną.

Zwiną się w kłębek,

zamarzną.

Psy bezdomne,

smutne i bezradne.

Ludzie bezdomni

jak psy.

ZOSTAW MI

Zostaw mi po sobie

chociaż odrobinę,

myśl jakaś

niedokończoną,

spojrzenie w przelocie...

Bicie zegara na wieży

w samo południe...

Fragment ulicy

z twoimi krokami.

Niech się odwrócę na widok

nieznajomej twarzy,

która coś przypomina

w zmarszczeniu czoła,

w uśmiechu...

Niech na wystawie

antykwariatu

znajdę książkę,

którą czytaliśmy razem...

Zostaw mi po sobie

wiersz,

chociaż nigdy nie pisałeś

wierszy...

Zostaw mi wieczność,

która się otworzy.

ARMIA

Tam, gdzie biegną

płonące żyrafy,

gdzie godziny

skapują z zegarów,

ciało ludzkie

otwiera szuflady,

a sny mają

kły ludojadów.

Gdzie na darmo

by szukać przy drodze

stóp człowieka

odbitych na piasku,

pustka wszędzie.

Horyzont daleko.

Rzuca ogniem

wulkaniczna gardziel.

To piekło,

czy sen to na jawie?

Podświadomość,

czy nowe wcielenie?

Idą cicho

malarze jak armia

uzbrojona zaledwie

w marzenia.

W MOJEJ STAJNI

Oprzyj swój pysk wilgotny,

Pegazie,

na moim ramieniu.

Twoje oczy wiernego konia

kocham,

kiedy patrzą na mnie.