Wampir na Halloween - Aleksandra Pilch - ebook + książka

Wampir na Halloween ebook

Aleksandra Pilch

3,3
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Powinna trzymać się z dala od wampirów, ale czy odległość biurka wystarczy?

Daramila Sorento całe życie uciekała przed wampirami, do czasu jak los postawił na jej drodze Angela Apollo Lucero – charyzmatycznego szefa, któremu nie sposób się oprzeć. Zbliża się Halloween – czas najważniejszy dla Ujawnionych. To wtedy Dara i Lucero wyruszają na serię „testowych randek”, które wcale nie wyglądają na udawane. Kawiarnie, nocne seanse, restauracje i spacery nabierają nowego znaczenia, a między nimi zaczyna iskrzyć coś, czego żadne z nich nie planowało.

W tle czają się jednak pogróżki, ataki i mroczne tajemnice, które wystawią ich relację na próbę, ponieważ nie każdy chce ich szczęścia. Dara staje przed wyborem: zaufać sercu czy dać się sparaliżować strachowi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 318

Oceny
3,3 (18 ocen)
4
4
5
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Demonygoyi33

Z braku laku…

Najboleśniejsze rozczarowanie tego roku. Troche akcji ale czasami mialam wrazenie ze autorka zaczyna watek ledwo go rozwija nie konczy i przechodzi do kolejnego. Jeżeli szukacie klimatycznej i ciekawej ksiazki z pikantnymi scenami ta taka nie jest.
21
AgataMajk

Z braku laku…

Wampiry trochę już nudzą.
10
jestemtutaj

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka do czytania
11
polomo

Całkiem niezła

Ciekawy pomysł, ciekawi bohaterowie, ale czegoś mi zabrakło. Może świat za mało wykreowany, wszystko potraktowane po macoszemu. Dużo wątków/bohaterów wspominanych, ale nie jest to pociągnięte dalej, a szkoda.
00
Marta92k

Całkiem niezła

Zawiodłam się. Miałam wrażenie, że książka się poszatkowana i brakuje w niej jakichś ważnych elementów, nie czułam chemii między bohaterami i szczerze mówiąc moim zdaniem byli nijacy.
00

Popularność




Nota autorska

Będzie tu tro­chę miło­ści, odro­bina magicz­nych stwo­rzeń i cał­kiem lekka opo­wieść o tym, że każda nad­przy­ro­dzona istota zasłu­guje na sporą dawkę romansu.

A przede wszyst­kim – szczę­śli­wego zakoń­cze­nia.

Tak jak i wy.

Wiele miejsc wymie­nio­nych w książce nie ist­nieje naprawdę lub ich oto­cze­nie zostało spe­cjal­nie dosto­so­wane do akcji.

Prolog

Pro­log

Wiele dobrych pomy­słów zaczy­nało się od tego, że na początku wyda­wały się kom­plet­nie bez­na­dziej­nie. Prze­cież zna­la­złaby pracę gdzie­kol­wiek. Nie była wybredna, mogła apli­ko­wać wszę­dzie tam, gdzie aku­rat szu­kano pra­cow­ni­ków. Mogła iść na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną w tłocz­nej fabryce, by zyskać namiastkę ochrony… Nie miała jed­nak żad­nej pew­no­ści.

Wybrała więc jego. Zde­cy­do­wała się na naj­bar­dziej ryzy­kowny i sza­lony krok, ale chyba coś ich łączyło. Cokol­wiek by nie powie­działa o swoim przy­szłym sze­fie – nie wahał się robić tego, do czego inni nie chcieli podejść. Cho­lera, nie dość, że był dia­bel­nie przy­stojny, to wpa­dał na potwor­nie dobre pomy­sły.

Wam­piry ze sto osiem­dzie­się­cio­let­nim sta­żem chyba tak już tak miały.

Cho­dziła po swo­jej mikro­ka­wa­lerce w kółko przez bite pół godziny, nim przy­sia­dła do lap­topa. W szko­łach nie uczono jesz­cze o Ujaw­nio­nych, choć w rzą­dzie trwały na ten temat roz­mowy. Para­nor­malny lud, sta­no­wiący nie­gdyś tylko część legend, pozo­sta­wał zagwozdką, i choć uka­zał się światu, pod­cho­dził selek­tyw­nie do dzie­le­nia się infor­ma­cjami na swój temat.

Od lat sta­rała się zbie­rać skrawki wia­do­mo­ści, ale cza­sem miała już dość tra­fia­nia na mur. Tak jak i teraz. Rażąca dez­in­for­ma­cja, nawar­stwia­jące się plotki i jesz­cze wię­cej myl­nych tro­pów. Jak można badać nie­znane, skoro na wycią­gnię­cie ręki były popłu­czyny zamiast fak­tów? Wyda­wało jej się, że wie­działa wiele o tych isto­tach, ale zawsze mogła kryć się gdzieś jakaś ważna infor­ma­cja.

Od lat musiała na nie uwa­żać, ni­gdy nie opusz­czała gardy. Ba, sta­rała się nie zna­leźć ni­gdy z żad­nym w jed­nym pomiesz­cze­niu, które nie byłoby mniej­sze niż prze­strzeń kościoła. Tak na wszelki wypa­dek.

Wie­działa, że za bar­dzo je kusiła.

Piękno wam­pi­rów oka­zy­wało się ponad­cza­sowe – zresztą potra­fiły się dosto­so­wy­wać do wieku, w któ­rym przy­szło im żyć. Lwiej czę­ści tych dra­pież­ni­ków nie dało się roz­róż­nić mię­dzy atrak­cyj­nymi ludźmi. Przy, oby przy­szłym, sze­fie ni­gdy nie będzie mogła zapo­mnieć o tym, kim był.

Nie nakrę­cała się, że uda jej się dostać na roz­mowę, a co dopiero samą pracę… Mimo to odpo­wie­dział na wysłaną wia­do­mość po dwóch minu­tach, a dwa dni póź­niej zapro­sił ją do gabi­netu.

– Dara – przed­sta­wiła się nie­for­mal­nie, z pre­me­dy­ta­cją wycią­ga­jąc ku niemu dłoń.

Dobry Boże, jak on się wtedy uśmiech­nął. Gabi­net roz­bły­snął gwiaz­dami, które raczyły na nią spoj­rzeć przez jego oczy.

– Dara – oznaj­miła to w taki spo­sób, że od razu poża­ło­wała poda­nia mu swo­jego imie­nia. Wie­działa, że nie miał na myśli niczego zdroż­nego, a jed­no­cze­śnie brzmiał, jakby coś sma­ko­wał. Jej krew. – Prze­piękne imię, ozna­cza gwiazdę w języku taj­skim.

Kąciki ust kobiety drgnęły, ale uścisk dłoni miała tak pewny jak męż­czy­zna. Nie przy­tła­czał, nie testo­wał ani tym bar­dziej nie narzu­cał domi­na­cji. Pomimo zbyt cza­ru­ją­cego zda­nia i wysu­bli­mo­wa­nego tonu wam­pir nie wywie­rał na razie złego wra­że­nia.

– Bli­sko – odparła, nie­znacz­nie mru­żąc powieki. – Dara­mila. Twoja wer­sja podoba mi się o wiele bar­dziej.

Puściw­szy ją, wska­zał na biurko. Zauwa­żyła mały uśmie­szek, który ponow­nie wykrzy­wił jego usta. Aż za bar­dzo cie­szyła go ta uwaga. Patrzyła na barki męż­czy­zny kie­ru­ją­cego się ku dru­giej stro­nie blatu. Roz­sie­dli się nie­mal rów­no­cze­śnie, prze­dziw­nie zsyn­chro­ni­zo­wani.

Angel Apollo Lucero, prze­pro­wa­dza­jący roz­mowę na sta­no­wi­sko swo­jej asy­stentki, prze­su­nął ku Darze kartkę papieru i dłu­go­pis, a do wyso­kiej, lśnią­cej szklanki nalał wody. Wie­działa, że dosko­nale zapa­mięta ten moment. To, jak dłu­gie palce męż­czy­zny obej­mo­wały rączkę dzbanka, jak żadna kro­pla nie ucie­kła po wykroju lejka. Tam­ten moment był pre­cy­zyjny, wszystko chciało być mu pod­le­głe.

Dara miała z tym pro­blem, ale też czuła cho­lerną ulgę.

Jak ktoś tak opa­no­wany, tak wysu­bli­mo­wany i skon­cen­tro­wany na naj­mniej­szym geście mógłby stra­cić kon­trolę? Wie­rzyła w to z całej siły. Poło­wicz­nie była to naiw­ność, ale nie chciała prze­cież popa­dać w para­noję.

Myślała, że zapyta ją, co wie­działa o Gol­den Wishes – o ich świad­cze­niu usług dla Ujaw­nio­nych, o pła­ce­niu przez nich za rese­arch na temat ludz­kich realiów, czy cho­ciażby pośred­ni­cze­niu w kup­nie i sprze­daży dóbr, gdy sami Ujaw­nieni nie wie­dzieli, jak radzić sobie w ludz­kim świe­cie… A nawet o tym, jakie widzia­łaby zagro­że­nia czy poten­cjały roz­woju.

Jak widzia­łaby sie­bie w tej fir­mie.

On jed­nak posta­no­wił zasko­czyć Dara­milę. Co, jak się spo­dzie­wała, pew­nie wej­dzie mu w nawyk.

– Pytaj o wszystko, co chcesz wie­dzieć w związku z wam­pi­rami. Widzę, że nie jesteś uprze­dzona. Ludzie wciąż tak mało o nas wie­dzą i prze­kła­mują rze­czy­wi­stość. Nie żeby­śmy uła­twiali im dostęp do infor­ma­cji.

– Chcesz mieć to za sobą? Jak randkę w ciemno?

Wygiął ciemną brew, a kły, któ­rych nie był w sta­nie scho­wać, bły­snęły pomię­dzy pulch­nymi war­gami.

– Obie­cuję, god­nie się zapre­zen­tuję, żebyś mnie wybrała.

Dara chrząk­nęła, kie­ru­jąc wzrok w stronę kry­sta­licz­nej wody. Dobry był. Musiała się uspo­koić, prze­cież wam­piry wyczu­wały naj­drob­niej­sze zmiany w ciele czło­wieka.

– Jak bar­dzo kusi cię moja krew? – zapy­tała.

Brwi Lucero poszy­bo­wały do góry, two­rząc dostojne zmarszczki na czole. Nie­spra­wie­dliwe, jak atrak­cyjna oka­zy­wała się każda część jego nie­ludz­kiego ciała. Błę­kitne cętki w ciem­nych oczach męż­czy­zny wołały do niej, kusiły, by zatrzy­mać na nich wzrok tro­chę dłu­żej.

Fae, bo nazy­wano je wróż­kami tylko wtedy, kiedy chciało się je obra­zić, posia­dały moc natury. Z kolei ci Ujaw­nieni, któ­rzy w prze­ci­wień­stwie do fae czy wiedź­ma­rów musieli zostać stwo­rzeni – jak wil­ko­łaki i wam­piry – mieli swoje… oso­bliwe zdol­no­ści. Prze­różne, skom­pli­ko­wane i takie, o któ­rych nie mówi się wprost ludziom. Dara wie­działa tylko tyle, ile sama zdą­żyła zaob­ser­wo­wać, i w ten sam spo­sób dzia­łali także wiedź­ma­rzy. Ludzie szybko nauczyli się, że nie byli po pro­stu cza­row­ni­cami i cza­row­ni­kami, a moc zaklęć oraz elik­si­rów kosz­to­wała kro­cie. To, co potra­fili, było nie­ludz­kie i potężne.

Wil­ko­łaki czy wam­piry, o któ­rych stwo­rze­niu krą­żyły legendy, a nikt ni­gdy nie poznał o nich prawdy, nie miały przy­wi­leju czy­stej mocy. Ta, choć buzo­wała w ich żyłach i mogła wią­zać się z nad­na­tu­ral­nymi zdol­no­ściami, nie zawsze była czy­sta. Cza­sem to echo mocy, odbi­jało się na nich fizycz­nie lub psy­chicz­nie.

I taki wła­śnie był Lucero – choć wyglą­dał nie­by­wale przy­stoj­nie, nie mógł scho­wać kłów.

– Kocham ten wiek za plot­kar­skie strony www – odparł wam­pir z lek­kim powar­ki­wa­niem. – Nie masz się czego oba­wiać. Nie jestem w sta­nie wcią­gnąć kłów, ale kon­trolą szczycę się zna­mie­nitą.

Dara z pełną szcze­ro­ścią uśmiech­nęła się do męż­czy­zny, co tro­chę go zdzi­wiło.

– W dyplo­ma­tyczny spo­sób nie odpo­wie­dzia­łeś na moje pyta­nie, ale to chyba dobrze o tobie świad­czy: z tak gład­kim języ­kiem nie będę musiała zaj­mo­wać się wsz­czę­tymi przez cie­bie bur­dami, sam się z nich wyplą­czesz.

Pierw­szą rze­czą, jaką wam­piry zro­biły po ujaw­nie­niu się magicz­nego ludu, była próba poło­że­nia kresu miana dzieci nocy. Dru­gie imię Lucero nie bez powodu brzmiało Apollo. Wyglą­dał wła­śnie tak: jak słońce, jak blask, który roz­lewa się po każ­dym mrocz­nym kącie. Kiedy odrzu­cił do tyłu głowę, żeby się roze­śmiać, Dara odnio­sła wra­że­nie, że do pokoju wpa­dła gwiazda. Widoczne bli­zny po uką­sze­niach na jego gar­dle roz­świe­tliły się na złoto, a jego skóra nabrała bla­sku.

„Bożki Słońca”, tak ich nazy­wano. Wszystko po to, by prze­ko­nać do sie­bie kolejny posi­łek, stać się mak­sy­mal­nie atrak­cyj­nymi dla żywi­ciela.

Pod­czas rese­ar­chu Dara poczy­tała sobie o poten­cjal­nym pra­co­dawcy, ale infor­ma­cje były szcząt­kowe i nie ufała im za grosz. Nikt jed­nak nie ukry­wał, że Lucero miał łatkę krwio­pijcy z mokrych snów – mogła jed­nak nie czy­tać tego arty­kułu TMZ…

– Twoja krew, panno Sorento, jest aro­ma­tyczna, ale póki nie zabur­czy mi w brzu­chu, nie musisz wycią­gać sara­ceń­skiego kołka. – Lucero pochy­lił się do przodu, wciąż lekko uśmiech­nięty.

Drgnęła, jakby to ona otrzy­mała cios.

– Kołka? – powtó­rzyła, bled­nąc. – Nie rozu­miem, dla­czego mi o tym mówisz.

Osi­nowe, wierz­bowe, a nawet dębowe: takie kołki można kupić na każ­dym rogu, by uzbroić się prze­ciwko Ujaw­nio­nym. Ni­gdy jed­nak nie sły­szała o kołku sara­ceń­skim. W całym White Bell nie natknęła się na żaden sklep, który posia­dałby coś takiego.

Powaga w jego spoj­rze­niu była prze­ra­ża­jąca. Dwie jasne cętki, które zna­czyły czę­ściowo źre­nicę, dodały mu nie­na­tu­ral­nego wyrazu. Dara­mila ścią­gnęła łopatki, nogi miała napięte.

Nie wie­działa, czy chciała uciec, czy podejść do niego i nad­sta­wić nad­gar­stek.

– Jeśli nie będę mieć przy boku asy­stentki, któ­rej zaufam nawet bar­dziej niż w pełni, to ani mój biz­nes, ani moje życie nie będzie mieć sensu – odparł.

Chciała pracę i ubez­pie­cze­nie na życie, bo Lucero ofe­ro­wał naprawdę dobre pie­nią­dze, a poza tym – i co naj­waż­niej­sze – zna­la­złaby się pod pro­tek­cją tego wam­pira.

Krew Divina San­gre robiła sza­lone rze­czy z Boż­kami Słońca. Dara­mila była czło­wie­kiem, ale dotknęła ją wła­śnie ta „przy­jem­ność”. Nie­wiele tak naprawdę o tym wie­działa, ni­gdzie nie mogła otrzy­mać infor­ma­cji dla­czego. Dla­czego taka była, jak sobie z tym radzić – wie­działa za to, że przed naj­gor­szym mógł uchro­nić ją tylko ktoś taki jak Lucero.

Tej samej godziny pod­pi­sali wstępną umowę, a potem zapro­wa­dził ją do pozo­sta­łych pra­cow­ni­ków Gol­den Wishes, zmie­nia­jąc jej życie raz na zawsze. Dara wywal­czyła sobie bene­fity, składki, diety i wiele innych rze­czy, tak że szef chyba nie wie­dział już, czy oboje sobie żar­to­wali, czy serio za to wszystko zapłaci.

Lucero był jed­nak dobrym wam­pi­rem i biz­nes­me­nem. Na pewno będzie miał z niej uży­tek.

Rozdział 1

1

W Gol­den Wishes naprawdę można się było poczuć jak w lam­pie dżina. Szkoda tylko, że to Dara musiała wyska­ki­wać znie­nacka, żeby pora­dzić sobie ze wszyst­kimi prze­dziw­nymi żąda­niami Lucero. Nawet jeśli pod­ko­chi­wała się w nim odro­binę na początku, to po prze­szło ośmiu mie­sią­cach w pracy miała ochotę co naj­wy­żej kop­nąć go w rów spi­cza­stymi czó­łen­kami. Hero­icz­nie poświę­ci­łaby buta i zosta­wi­łaby mu go w środku.

Prze­nigdy jed­nak nie narze­kała, nawet gdy późną nocą musiała dowieźć gru­pie fae ser­pen­tyny z jarzę­biny, wil­ko­ła­kom dupli­ko­wała klu­cze do kla­tek, a wraz z Daisy zała­twiała dla sel­kie nego­cja­tora poli­cyj­nego, bo ich zwy­czaje sezonu paro­wa­nia nie były zbyt popu­larne wśród ludzi. Ot, taka praca.

Gol­den Wishes nie zaj­mo­wało się tylko speł­nia­niem zachcia­nek Ujaw­nio­nych – Dara mogła uty­ski­wać i żar­to­wać, ale po pierw­szym tygo­dniu dostrze­gła wagę ich pracy. Lucero oka­zał się ide­al­nym przy­kła­dem tego, ile cier­pli­wo­ści musiały w sobie mieć inne istoty, jeśli chciały asy­mi­lo­wać się z ludźmi.

Oczy­wi­ście, mieli wyj­ście: uciec w lasy i góry, odciąć się od tej nie­szczę­snej cywi­li­za­cji, ale niby dla­czego? To od zawsze był ich świat, to ludzie sta­no­wili muta­cję i zaczęli domi­no­wać, aż ujaw­niony lud stał się legendą. Powró­cili do rze­czy­wi­sto­ści dopiero sto lat temu.

Lucero wie­dział, że potrzeba zro­zu­mie­nia i odna­le­zie­nia swo­jego kawałka miej­sca w tym prze­past­nym świe­cie była ważna. Tak, wyświad­czali drobne przy­sługi innym isto­tom, ale przede wszyst­kim szu­kali miejsc, które będą dla nich przy­ja­zne. Gdy zatrud­niał Darę na sta­no­wi­sko asy­stentki, wyja­śnił, że chciał testo­wać takie miej­sca. Zwłasz­cza że poja­wiało się coraz wię­cej mie­sza­nych par. W końcu szło za tym wzra­sta­jące zapo­trze­bo­wa­nie odkry­wa­nia spo­koj­nych restau­ra­cji, sal ban­kie­to­wych czy innych even­tów.

To, że ktoś napi­sze „wszy­scy mile widziani”, nie ozna­czało jesz­cze, że tak będzie naprawdę. Dara nauczyła się tego szyb­ciej niż roz­po­zna­wa­nia, kto cho­ler­nie dobrze uda­wał uprzej­mość. Cho­ciaż dziew­czyna została zatrud­niona jako oso­bi­sta asy­stentka Lucero, poma­gała każ­demu dzia­łowi, kiedy zacho­dziła taka potrzeba. Poza nią wam­pir zebrał sió­demkę uta­len­to­wa­nych osób, które szcze­rze polu­biła.

Pew­nie gdyby nie patrzyła zbyt czę­sto na szefa zako­cha­łaby się na amen w Daisym. Jego szorstki urok i rękaw pełen sto­kro­tek, to swo­bodne podej­ście, prze­lotny dotyk… Dara powa­chlo­wała się trzy­maną teczką.

– Podzi­wiasz widoki? – Daisy uśmiech­nął się do niej cwa­niacko i mru­gnął suge­styw­nie.

– Spa­daj, Day. – Mach­nęła dło­nią w kie­runku pokoju tere­no­wego.

– Co tam sobie mru­czysz, puszku? – Przy­ło­żył dłoń do ucha, jakby sły­szał tylko echo.

Usta Dara­mily mimo­wol­nie drgnęły, ale udała, że pio­ru­nuje męż­czy­znę spoj­rze­niem.

Cho­lera, uwiel­biała tego faceta. Chciała wie­dzieć, gdzie tak czę­sto odpły­wał myślami. Sama nie była lep­sza – wystar­czyło jedno zer­k­nię­cie na Lucero i w pierw­szym odru­chu się roz­pra­szała. Dopiero po kilku uspo­ka­ja­ją­cych odde­chach wra­cała do pra­wi­dło­wego rytmu.

Tak, gdyby mogła sobie pozwo­lić na romans z Dayem, zro­bi­łaby to bez zawa­ha­nia…

Lucero wkrótce wyszedł z gabi­netu, żeby do nich dołą­czyć. Męż­czyźni sta­nęli przy biurku w lobby, oboje wsparci łok­ciami o ladę. Z roz­dzie­ra­ją­cym duszę wes­tchnie­niem wstała, by popra­wić wizy­tówki, które Day lekko prze­krzy­wił łok­ciem. Wie­działa, że zro­bił to spe­cjal­nie.

Zanim mogła na niego fuk­nąć, roz­legł się dzwo­nek. Męż­czyźni zer­k­nęli ponad ramie­niem kobiety na drzwi wej­ściowe, przez które wto­czył się kurier. Daisy ujął ją w talii i okrę­cił ich w miej­scu. Poło­żyła mu rękę na barku i ści­snęła w nie­mym sygnale, że wszystko w porządku.

Dokład­nie, Daisy zwa­lał z nóg swoją opie­kuń­czo­ścią tak czę­sto, że nabie­rała ochoty na zabra­nie mu kaj­da­nek, by skuć go w któ­rymś z czte­rech dostęp­nych dla pra­cow­ni­ków pomiesz­czeń. Był nie tylko rewe­la­cyj­nym ochro­nia­rzem Lucero i całego Gol­den Wishes, lecz także aż zbyt tro­skli­wym przy­ja­cie­lem. Dara­mila nie igno­ro­wała zagro­że­nia, jakie sta­no­wili prze­ciw­nicy Ujaw­nio­nych, ale nie chciała, żeby Day wario­wał z nie­po­koju nad jej dobrem.

Cza­sem żar­to­wała z dziew­czy­nami, że musiał być jakimś taj­nym agen­tem sił spe­cjal­nych, a nie tylko mię­śniami na usłu­gach wam­pira.

– Dzień dobry, Gar­re­cie! – przy­wi­tała się rado­śnie, patrząc zna­cząco na Daya. Ten kurier wpa­dał do nich śred­nio co drugi dzień, nie było żad­nych powo­dów do osła­nia­nia jej przed nim.

Daisy z nie­prze­pra­sza­ją­cym wyra­zem twa­rzy wzru­szył ramio­nami i wycią­gnął rękę po pod­kładkę, żeby pokwi­to­wać odbiór. Gar­ret prak­tycz­nie od wej­ścia zaczął paplać o pogo­dzie oraz kor­kach. Dobry był z niego chło­pak, cho­ciaż ich prze­syłki zde­cy­do­wa­nie za czę­sto lądo­wały na ziemi.

O i kolejna paczka padła na posadzkę.

Dara wes­tchnęła zbo­lała, gdy ochro­niarz oraz wam­pir mruk­nęli ostrze­gaw­czo. Rozu­miała ich nie­po­kój – White Bell było spo­kojną aglo­me­ra­cją, ale echo zamie­szek w Nowym Jorku odbiło się na ich uli­cach.

– To tylko paczka i tylko Gar­ret – zapew­niła łagod­nie. – Zero bom­bo­wych prze­sy­łek.

W tym tygo­dniu Daisy i Lucero, który wyda­wał się bodaj naj­spo­koj­niej­szym wam­pi­rem świata, sta­wali się nie do znie­sie­nia.

Kurier, poło­żyw­szy wszyst­kie osiem prze­sy­łek na ladzie, zakło­po­tał się moc­niej.

– Ja naprawdę… – zająk­nął się, po czym ścią­gnął swoją cza­peczkę, by potar­gać ster­czące włosy. – Nic do was nie mam, serio. Mój brat uma­wia się z fae i wolał­bym ją mieć za rodzeń­stwo niż tego tłu­moka.

Dara ruszyła, by wziąć Gar­reta pod ramię. Uśmiech­nął się do niej nie­śmiało, nacią­ga­jąc cza­peczkę głę­boko na głowę.

– Wiemy, Gar­rie – przy­tak­nęła, odpro­wa­dza­jąc go do drzwi. – Myślisz, że mógł­byś nam cza­sem szep­nąć o tym, co dzieje się na mie­ście? Co się mówi o innych isto­tach? Taka pomoc byłaby nie­oce­niona.

– Jasne! – Roz­pro­mie­nił się cały. – Mówi­łem tłu­mo­kowi, żeby zabrał Tin­kel do tej her­ba­ciarni… Tra­nqu­ility?

Tym razem Dara się uśmiech­nęła, gdy przy­sta­nęli w progu.

– Uwiel­biam ten lokal! To było pierw­sze miej­sce, do któ­rego zabrał mnie Lucero. – Poczuła zakło­po­ta­nie, bo spoj­rzał na jej szefa. – W ramach pierw­szego mie­siąca pracy w tere­nie. Miło tam było.

– Mhm.

– Zaraz prze­sta­niesz być naszym ulu­bio­nym kurie­rem. Wybie­rzemy Ricka – zagro­ziła.

Roze­śmiał się pod nosem i życzył jej miłego dnia. Obró­ciła się nie­chęt­nie w stronę biurka recep­cji, od razu napo­ty­ka­jąc spoj­rze­nie ochro­nia­rza. Lucero uda­wał zaab­sor­bo­wa­nego pocztą, ale widziała, jak jego ucho z małym, zło­tym śla­dem bli­zny nad­sta­wiało się ku niej.

– Ani słowa, Day – wymam­ro­tała do ochro­nia­rza. Olśnił ją uśmie­chem i napiął zało­żone na piersi ręce.

Wciąż mie­rzyli się wzro­kiem, kiedy przy­sta­nęła i wsparła łokieć o blat wyso­kiego biurka. Daisy sta­nął bar­dzo bli­sko niej i oparł dłoń za jej ple­cami. I tak zna­la­zła się pomię­dzy zer­ka­ją­cymi na sie­bie męż­czy­znami. Szef sku­piał się na otwie­ra­niu paczki, uda­jąc, że niczego nie zauwa­żył.

– Czy to olejki do testów? – zapy­tała zacie­ka­wiona, wyściu­bia­jąc nos nad ramię wam­pira. Sta­rała się prze­gnać spe­sze­nie, gdy zesztyw­niał lekko. – Obie­cuję, że nie przy­tasz­czę tutaj żad­nej wanny!

– Nie? A szkoda… – Day chrząk­nął, kiedy ude­rzyła go łok­ciem w brzuch. – W porządku, byłoby to zde­cy­do­wa­nie prze­ciw zasa­dom bez­pie­czeń­stwa i Mar­cel­lus nie wyra­ziłby na to zgody.

– Mar­cel­lus nie chce sły­szeć niczego o obna­ża­niu się w miej­scu pracy, nie chce zaj­mo­wać się kolej­nym pozwem, wystar­czą mu pogróżki nasto­let­nich ano­ni­mów – odparł gładko Lucero. Kąciki jego ust zadrżały, a kły lekko naparły na pełne wargi. – To olejki na rany wil­ko­ła­ków.

– Och, to cudow­nie. – Dara wes­tchnęła, zabie­ra­jąc z rąk szefa fiolki. Wczy­tała się szybko w ety­kiety. – Na podraż­nie­nia od łań­cu­chów i uspo­ka­ja­jące. Oby były naprawdę sku­teczne, nie mam serca patrzeć na watahę Ophe­lio w złym sta­nie.

– Zoba­czysz, przed Nowym Rokiem znaj­dziemy choć jed­nemu z nich towa­rzyszkę, która zła­go­dzi ich cier­pie­nie i pomoże sile wszyst­kich – zapew­nił Daisy. Kiedy Dara i Lucero spoj­rzeli na niego krzywo, uśmiech­nął się aż nazbyt pogod­nie.

– Nie jeste­śmy biu­rem matry­mo­nial­nym – przy­po­mniał szef, bodaj po raz setny w tym tygo­dniu, a była dopiero środa. – Cho­ciaż wyjąt­kowo mógł­bym przy­stać na swaty. Rów­nież z przy­czyn bez­pie­czeń­stwa. Ophe­lio od początku są naszymi waż­nymi klien­tami, a jeśli nie uspo­ko­imy choć jed­nego z żyją­cych w nich wil­ków, może w końcu zro­bić się groź­nie.

Dara napięła się, prze­ska­ku­jąc mię­dzy nimi wzro­kiem.

– Oni nie są aż tak nie­bez­pieczni! – zaprze­czyła.

Czę­sto poma­gała trzem alfom, któ­rzy skła­dali się na tę mini­wa­tahę. Z tego, co opo­wia­dał jej Lucero, ich grupa była rzad­ko­ścią, ale w świe­cie Ujaw­nio­nych bar­dzo pożą­daną. Połą­cze­nie aż tylu alf sta­wiało Ophe­lio w ryzy­kow­nej pozy­cji – ich wilki oka­zy­wały się sil­niej­sze, ale podatne na nega­tywne echa mocy… W tym odczu­walny brak towa­rzyszki, która przy­nio­słaby rów­no­wagę obu ich obli­czom. Ale lubiła tych face­tów. Nie­ważne, jak bar­dzo wykań­czały ich wymu­szone przez naturę prze­miany pod­czas księ­ży­co­wej kwa­dry, zawsze trak­to­wali ją z sza­cun­kiem wywo­łu­ją­cym łzy.

– Nie, ale cier­pią – zgo­dził się Day, obcho­dząc biurko. Wkle­pał coś w sys­tem, a jego twarz stała się o wiele bar­dziej ponura. – Co mie­siąc moc­niej.

– Dla­tego mówisz o końcu roku? Uwa­żasz, że coś złego sta­nie się z nimi za trzy mie­siące?

– Wolimy o tym na razie nie myśleć i nie robić za nich żad­nych czar­nych sce­na­riu­szy – powie­dział cicho Lucero; wymie­nił spoj­rze­nie z ochro­nia­rzem, nim obaj skie­ro­wali wzrok ku kobie­cie. – Ale na ich życze­nie jeste­śmy przy­go­to­wani, żeby ni­gdy nie wypu­ścić ich z zamknię­cia, gdyby nie byli w sta­nie wró­cić z wil­czej postaci.

– Kurwa – sap­nęła, ude­rza­jąc dłońmi o blat. – W takim razie biuro matry­mo­nialne!

Lucero uśmiech­nął się kwa­śno, zwłasz­cza że z pokoju wspar­cia tere­no­wego wyczła­pała Mariana z naj­bar­dziej obsce­nicz­nym, peł­nym poko­na­nia jękiem.

– Dopiero skoń­czy­li­śmy sezon towa­rzy­ski sel­kie! – Potrzą­snęła głową, a jej sre­brzy­sto­blond włosy musnęły ramiona. – Żad­nego paro­wa­nia!

Dara prych­nęła nie­kon­tro­lo­wa­nie. Szef spoj­rzał na nią z bły­skiem w oku.

– Było zabaw­nie – wytknął. – Za rok jed­nak musimy być uważ­niejsi. Jesz­cze prze­pad­niesz nam w głę­bi­nach.

Wzru­szyła ramio­nami z zakło­po­ta­niem; to był mały wypa­dek przy pracy. Poza tym nie skoń­czyła z przy­pad­ko­wym mężem, w krwi miała pro­fe­sjo­na­lizm asy­stentki zasłu­gu­ją­cej na słuszną pod­wyżkę.

Dara zosta­wiła smę­cą­cych coś pod nosem męż­czyzn i ruszyła z kole­żanką na kawę. Miały w końcu przejść się do pobli­skiego stu­dia tatu­ażu. Różne plotki krą­żyły wokół niego – miało być to miej­sce bar­dzo przy­ja­zne kobie­tom, selek­tyw­nie pod­cho­dzące do klien­tów.

– I tak wie­dzą, kim jeste­śmy. – Mariana wzru­szyła ramio­nami. – Chcę ten tatuaż, a przy oka­zji spraw­dzimy, czy fak­tycz­nie możemy o nich napi­sać na naszej stro­nie.

– Jeste­śmy umó­wione, Marie. – Uśmiech­nęła się, się­ga­jąc po jesz­cze jedno ciastko. – O któ­rej idzie­cie do Blaze?

– Idę – popra­wiła kole­żanka, zakrę­ca­jąc kubek podróżny. – Edan utknął przy pla­nie wesela dla Kiplin­gów.

Dara zamarła ze swoją kawą w pół drogi do ust.

– Marie, to żywio­łaki, nie powin­naś tam iść sama.

Kobieta nie wyglą­dała na prze­jętą. Ekipa wspar­cia tere­no­wego naj­czę­ściej ruszała do zadań poza Gol­den Wishes wspól­nie – głów­nie ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, ale też przy Ujaw­nio­nych lepiej pra­co­wało się w gru­pie.

Dara­mila w gło­wie stwo­rzyła od razu dzie­sięć sce­na­riu­szy, co mogło pójść nie tak.

– Prze­cież byli­śmy tam już w zeszłym tygo­dniu z Eda­nem. – Mariana zbyła nie­po­kój kole­żanki mach­nię­ciem ręki. – Są zachwy­ceni sys­te­mem zra­sza­nia, który dla nich zna­leź­li­śmy. Działa na ich ogień z ogromną sku­tecz­no­ścią.

– Marie…

– Pa, mamuśko!

Dara prze­wró­ciła oczami i wyszła za ucie­ka­jącą kole­żanką. Lucero dalej tkwił przy recep­cji, głos Daya docho­dził do nich z jego gabi­netu. Wam­pir patrzył na nią uważ­nie, gdy sta­wiała swój kubek przy kla­wia­tu­rze.

– Ifryty? Uparta jak one – wymam­ro­tał pod nosem, krę­cąc głową.

Pra­wie żaden z ich klien­tów nie był nie­bez­pieczny, ponie­waż poszu­ki­wali wła­śnie spo­koju i har­mo­nii. Jed­nak „pra­wie” było sło­wem nie­zby­wal­nym – nie dało się prze­sko­czyć pew­nych kwe­stii, zwłasz­cza zwią­za­nych z naturą Ujaw­nio­nych. Dara­mila nie musiała posia­dać mocy wam­pi­rów, żeby wyczuć nad­cho­dzące tara­paty.

Poje­dyn­cze wypady do klien­tów koń­czyły się źle raz na sto przy­pad­ków – prze­waż­nie pecha miała Dara­mila, ale Lucero ni­gdy nie dawał jej cze­kać dłu­żej niż dzie­sięć, mak­sy­mal­nie trzy­dzie­ści sekund. Nie­ważne, czy przy­pad­kiem zaczęła tań­czyć z fae, wpa­dała do jeziora sel­kie, pra­wie zwią­zu­jąc się z nim na całe życie, czy o mili­me­try uni­kała dziab­nię­cia przez wil­ko­łaka.

Szef dbał o swo­ich pra­cow­ni­ków. Nawet tych kło­po­tli­wych.

Marie była kre­atywna w roz­wią­zy­wa­niu wszel­kich pro­ble­mów, ale nawet jej cza­sem coś się nie uda­wało.

Dara koń­czyła odpi­sy­wać na ostat­nią par­tię e-maili, kiedy zadzwo­nił tele­fon.

– Jest pro­blem. – Uśmie­szek spełzł z jej ust, gdy usły­szała nie­na­tu­ral­nie poważny głos Marie.

Dara­mila wypro­sto­wała się na sie­dze­niu, a Daisy, jakby dostro­jony do jej emo­cji, sta­nął w progu gabi­netu, który współ­dzie­lił z Mar­cel­lu­sem. Prze­szy­wał ją tak inten­syw­nym spoj­rze­niem, że musiała prze­nieść go na ekran kom­pu­tera. Wysłała wia­do­mość, potwier­dza­jąc spo­tka­nie dla Lucero, uśpiła sprzęt i wstała ze sło­wami:

– Zała­twię to.

– Zostań w sie­dzi­bie, ja pojadę z Darą – ode­zwał się ponury szef, gdy Day otwie­rał usta. Ochro­niarz spoj­rzał na niego z zasko­cze­niem. – I tak muszę poroz­ma­wiać z Sera­fi­nem.

– Jak uwa­żasz – mruk­nął. – Dzwoń­cie, gdyby cokol­wiek się działo.

Lucero cze­kał na Darę, trzy­ma­jąc przed nią otwarte drzwi. Z dozą nie­pew­no­ści, któ­rej nie potra­fiła się pozbyć, podała mu dłoń.

Od razu poczuła jego głód, jego potrzebę.

Nie wie­działa, jak ina­czej to nazwać ani czy to cza­sem nie była jej wyobraź­nia, ale zawsze, gdy jej doty­kał, miała poczu­cie… Nie, rodziła się w niej głę­boka potrzeba nakar­mie­nia Lucero. Wie­działa, że nie wpły­wał na nią w ten spo­sób spe­cjal­nie i nie chciała go peszyć. Zacho­wy­wała to dla sie­bie, choć za każ­dym razem, kiedy ich dło­nie się spla­tały, odczu­cie oka­zy­wało się moc­niej­sze.

Prze­no­sze­nie się z Lucero stało się zno­śne – tylko za pierw­szym razem przy­pra­wiło ją to o mdło­ści. Tak naprawdę lubiła to ich ska­ka­nie po prze­strzeni, bo było cho­ler­nie wygodne. Co prawda, wam­piry mogły się tele­por­to­wać tylko w ciągu dnia, prze­by­wa­jąc na zewnątrz, ale poza tym nic ich nie ogra­ni­czało. Mogły prze­no­sić się zarówno do miejsc im zna­nych, jak i zupeł­nie nowych, dotąd nie­odwie­dza­nych.

Raz została zabrana przez szefa do Lon­dynu, choć sekundę wcze­śniej stali na chod­niku przed Gol­den Wishes. Nie­praw­do­po­dobna sprawa.

– Ni­gdy mi się to nie znu­dzi – wymru­czał nisko.

Zamru­gała, odsu­wa­jąc się od niego. Stali już za murem osie­dla żywio­ła­ków.

– Co?

– Twój zachwyt.

– Pró­buję nie ubru­dzić ci butów, mam deli­katny żołą­dek – rzu­ciła przez ramię, odcho­dząc od niego jak naj­szyb­ciej. Sta­rała się utrzy­my­wać neu­tralną minę, by szef jej nie roz­gryzł. Nie korzy­stał też z echa mocy, bo by to wyczuła.

Lucero roze­śmiał się za nią. Dodał coś jesz­cze, ale zro­bił to zbyt cicho, żeby prze­biło się przez szum krwi w jej uszach.

Przed bramą osie­dla stał Sera­fin, przy­wódca ifry­tów na dole zostało mało, może da się to ina­czej ograć skła­dowo? Bell.

– Witaj, puszku, nie spo­dzie­wa­łem się, że pies cię puści. – Wycią­gnął ku niej dłoń.

Spoj­rzała na niego krzywo.

– Nie mów tego tak gło­śno, bo Daisy cię usły­szy – wes­tchnęła, zer­ka­jąc ponad ramie­niem męż­czy­zny.

Ogień jego uści­sku obmy­wał jej ciało w miły, nie­in­wa­zyjny spo­sób. Zawsze cie­szyła się z tej cechy żywio­ła­ków: jeśli mieli złe zamiary albo po pro­stu byli zde­ner­wo­wani, dało się to wyczuć. Dara nie wie­działa, czy to przy­pad­kiem nie wina jej spe­cy­ficz­nej krwi, że tak dobrze potra­fiła zorien­to­wać się w uży­wa­niu mocy przez wam­piry i we wpły­wach innych istot.

Lucero prak­tycz­nie dep­tał jej po pię­tach, nie­mal czuła widmo jego kłów nad nad­garst­kiem ifryta. Szturch­nęła łok­ciem szefa tak non­sza­lancko, jak tylko mogła. Sera­fin był jed­nak w pełni sku­piony na niej.

– Dzi­wię się, że nie przy­szedł z tobą. Day nie prze­pada za nami po ostat­nim… – rzu­cił raczej w gawę­dziar­ski spo­sób, ale widziała po jego oczach, że go to drę­czyło.

– Nikt nie wściek­nie się na ifryty za ich ogień – powie­dział uspo­ka­ja­jąco Lucero. Nie musiała na niego patrzeć, by wie­dzieć, że cokol­wiek go napa­dło, przy­po­mniał sobie o pro­fe­sjo­na­li­zmie. – Nikt też nie zgi­nął, to jest naj­waż­niej­sze.

Sera­fin się skrzy­wił.

– Teraz też to się nie sta­nie – zapew­nił i nagle zmę­czo­nym gestem prze­su­nął dło­nią po twa­rzy. – Chodź­cie ze mną. Szcze­rze mówiąc, to nic wiel­kiego, ale potrzeba dwójki bli­skich osób do roz­wią­za­nia pie­częci.

– Ifrycka pie­częć? – jęk­nęła Dara. – Mał­żeń­ska? Potwier­dza­jąca obiet­nicę? Albo wiesz co, nie chcę wie­dzieć która, powiedz nam jakim cudem?

Sera­fin uśmiech­nął się pod nosem, zer­ka­jąc na nich ponad ramie­niem.

– W sumie to cał­kiem zabawne, cho­ciaż wąt­pię, że Mariana tak to widzi…

Lucero ledwo mógł utrzy­mać łagodny, opa­no­wany wyraz twa­rzy, Dara­mila miała w sobie wię­cej powścią­gli­wo­ści. Marie poja­wiła się przed nimi oszo­ło­miona i lekko okop­cona, a jej włosy stały na sztorc z ner­wów. Chyba już ni­gdy nie pojawi się na tere­nie ifry­tów.

– Muszę to ode­spać – wymam­ro­tała, okle­pu­jąc dla pew­no­ści ramiona. Na blu­zie miała wyraź­nie odci­ski dłoni. – Wrócę do biura jutro, dobrze?

– Oczy­wi­ście – zapew­nił Lucero, patrząc na nią ze zdzi­wie­niem. – W życiu teraz bym cię tam nie zacią­gnął, Mariano. Weź jutro dzień wol­nego, naprawdę.

W oczach kobiety bły­snęła wdzięcz­ność. Poże­gnaw­szy się z Sera­fi­nem, odpro­wa­dzani zde­cy­do­wa­nie ogni­stymi spoj­rze­niami, prze­nie­śli się pod budy­nek Marie. Lucero pocze­kał, aż wej­dzie do środka, i poło­żył dłoń na krzyżu Dary. Spoj­rzała na niego zasko­czona – na jego zmarsz­czone brwi oraz język, który wysu­nął się lekko, by obli­zać wargi.

– Jesteś głodna?

– W sumie tak, to był długi dzień, ale…

– Biuro się nie zapad­nie, jeśli żadne z nas nie wróci. No chodź.

Nie dał jej wyboru, po pro­stu prze­niósł ich w miej­sce, które miał na myśli. Otwo­rzył przed nią drzwi i wpro­wa­dził do środka, przy czym nawet na sekundę nie zdej­mo­wał dłoni z jej ple­ców. Dara­mila wciąż czuła się bar­dzo roz­grzana po wizy­cie u ifry­tów. Ogień, który rezo­no­wał z ciał tych Ujaw­nio­nych, zwłasz­cza przy zawie­ra­niu umów czy wię­zów mał­żeń­skich, mocno oddzia­ły­wał na ciało czło­wieka. Jeśli za długo było się nara­żo­nym na jego dzia­ła­nie, mogła wystą­pić gorączka. Zwy­kły sku­tek uboczny ich mocy cza­sem wywo­ły­wał pod­nie­ce­nie, cza­sem zwy­kłą ospa­łość. I choć wrze­sień na razie nie był chłodny, po wizy­cie u ifry­tów i prze­ła­my­wa­niu pra­wie mał­żeń­skich wię­zów Darze zde­cy­do­wa­nie nie gro­ziło zmar­z­nię­cie.

Lucero pil­nie podą­żał za każ­dym jej ruchem – pomógł gdy chciała ścią­gnąć mary­narkę, odsu­nął krze­sło, żeby usia­dła, i podał otwartą kartę, kiedy po nią się­gała.

Przyj­rzała się mu, mru­żąc powieki.

– Lucero – zaczęła ostrze­gaw­czo.

Kącik ust mu drgnął, ale spoj­rze­niem leni­wie prze­su­wał po menu. Zacie­ka­wiona zer­k­nęła mię­dzy strony, bo naprawdę w nie­wielu miej­scach poda­wano krwawe sor­bety i tru­flowe leu­die – podobne do pra­li­nek sło­dy­cze na bazie, cóż, krwi.

Ledwo powstrzy­mała się od gwizd­nię­cia na widok karty dań. Łączyła w sobie kom­po­zy­cje dla co naj­mniej trzech ras: ludz­kiej, wam­pi­rzej i wod­nego ludu. Potrawy sel­kie były podwój­nie ryzy­kowne, dla­tego zain­te­re­so­wa­nie kobiety wzro­sło. Rozej­rzała się wokół z zacie­ka­wie­niem. Wystrój oka­zał się wręcz skan­da­licz­nie zwy­kły, w żaden spo­sób nie wywo­ły­wał sko­ja­rzeń z jaką­kol­wiek istotą. Obsłu­gu­jący ich kel­ner był czło­wie­kiem, ale za barem widziała wil­ko­łaka. Aurę mieli nie do pomy­le­nia z żadną inną.

– Zer­knę na jedze­nie ludzi i jeśli się okaże tak dobre, na jakie wygląda, to nasi klienci będą zado­wo­leni – szep­nęła.

Po tym, jak zło­żyli swoje zamó­wie­nie, pochy­liła się ku Lucero. Ten z uśmie­chem odwza­jem­nił postawę kobiety.

– Nie jeste­śmy teraz w pracy. – Wzru­szył ramio­nami na jej zdzi­wie­nie. – Cza­sem mogę chcieć zro­bić coś miłego dla moich pra­cow­ni­ków.

– Zawsze jesteś dla wszyst­kich miły. – Wes­tchnęła, wzno­sząc oczy ku górze.

– A nie powi­nie­nem być, Dara­milo? – zapy­tał ochry­płym, słod­kim gło­sem. Chrząk­nęła zakło­po­tana, bo kel­ner poja­wił się z drin­kami. Naj­chęt­niej wypi­łaby swój na raz.

Chry­ste, jak długo utrzy­muje się ogień ifry­tów? Nie potrze­bo­wała być teraz tak roz­grzana…

– Ta roz­mowa idzie w zbyt pikant­nym kie­runku – wymam­ro­tała pod nosem, po czym upiła łyk mali­no­wej mar­ga­rity.

– Jakim? – Prze­kor­nie prze­krzy­wił głowę, oczy mu błysz­czały.

„Za dużo ifryc­kiego ognia – powta­rzała sobie. – To tylko ich ogień”.

– Nija­kim – chrząk­nęła, popra­wia­jąc się na krze­śle. – O spójrz, nasze jedze­nie.

Lucero miał czel­ność roze­śmiać się w głos. Nie patrzył na sta­wiane przed nimi tale­rze, ale na nią. Na jej roz­grzane policzki, na skrę­cone, spu­szone włosy i mokre od alko­holu wargi.

Przed oczami miał ramiona Daya, jego dło­nie tak bli­sko niej.

Patrzył na nią, nie chcąc widzieć Daisy’ego tuż przy jej ciele. Nie chciał, żeby ich zapa­chy łączyły się, spra­wia­jąc, że pra­gnął obna­żać kły w zły spo­sób. Patrzył na nią i chciał spi­jać…

– Cof­ną­łeś się o dwa wieki?

Drgnął zasko­czony.

– Co?

Unio­sła oczy ku górze; nie­na­wi­dził, gdy to robiła. Zawsze, za każ­dym razem troszkę uno­siła brodę.

Poka­zy­wała mu gar­dło.

A jego kły, które ni­gdy nie mogły się scho­wać, pra­gnęły roze­rwać skórę, aż poczują tę cudowną Divina San­gre.

– Cza­sem to robisz – powie­działa, spro­wa­dza­jąc go na zie­mię. – Tak głę­boko pogrą­żasz się w swo­ich myślach, że nie ma cię w tym wieku.

„Wów­czas jestem w tobie, w moich wyobra­że­niach. Każ­dego dnia” – pomy­ślał.

Uśmiech­nął się tajem­ni­czo, tak enig­ma­tycz­nie, jak tylko wam­piry potra­fiły. Dara­mila była wybitną asy­stentką – cho­ciaż drżała jej warga z pode­ner­wo­wa­nia, nie ucie­kała, tylko zaczęła roz­ma­wiać o cze­ka­ją­cym na nich jedze­niu.

Kule z krwi i cze­ko­lady sma­ko­wały na jego języku jak sen o niej.

Rozdział 2

2

Prze­nigdy nie zgo­dzi­łaby się na kola­cję z Lucero, gdyby wie­działa, że przez dwa kolejne tygo­dnie tak czę­sto będzie ją wspo­mi­nać. Z jakie­goś iry­tu­ją­cego powodu cią­gle wra­cała do tam­tych chwil. Do dłoni męż­czy­zny, które nagle były tak bli­sko niej, do jego niskiego głosu… a prze­cież zawsze brzmiał tak hip­no­ty­zu­jąco. On nie mógł tego po pro­stu wyłą­czyć.

Myślała też o świe­tle w restau­ra­cji. O spo­so­bie, w jaki ukła­dało się na jego twa­rzy, ustach.

Na jego kłach.

Dara­mila sta­rała się nie myśleć o wam­pi­rzych przy­mio­tach. A od tej kola­cji myślała tylko o nich. Zje­dli dobry posi­łek, umó­wili się na wspólny seans naj­now­szego filmu o łow­czyni wam­pi­rów – iro­niczne, ale mieli bawić się świet­nie.

Szlag niech trafi tam­ten wie­czór.

I tak namó­wiła Lucero, żeby napi­sał recen­zję dla tej restau­ra­cji. Otrzy­mali przez nią sporo podzię­ko­wań od czy­tel­ni­ków por­talu Gol­den Wishes. Dodat­kowo wpa­dły im cztery zle­ce­nia od róż­nych Ujaw­nio­nych na spraw­dze­nie około dzie­wię­ciu miej­scó­wek.

Tamta recen­zja wyda­wała się inna, a przy­naj­mniej Dara ina­czej ją odbie­rała.

Był wła­śnie ostatni dzień wrze­śnia, biuro buzo­wało od ocze­ki­wa­nia na roz­po­czę­cie ofi­cjal­nego sezonu Hal­lo­ween. White Bell prze­peł­niała duma z tego, jak w trak­cie święta wyglą­dało całe mia­sto. Dara bar­dzo lubiła tę atmos­ferę – to gorącz­kowe ustra­ja­nie każ­dego budynku i ulic, jakby z minuty na minutę prze­no­sili się do innej cza­so­prze­strzeni.

Nora­bel wycią­gnęła z pie­czary Natha­ira, wyko­rzy­stu­jąc jego wyso­kie ciało w ramach dra­biny. Daisy patrzył na nich zanie­po­ko­jony, gotowy zła­pać któ­re­kol­wiek pad­nie pierw­sze. Nora uparła się, że roz­wie­szą gir­landy lam­pek w kształ­cie dyń. Zdo­mi­no­wały powierzch­nię sufitu, się­ga­jąc do pod­łogi, na któ­rej znaj­do­wały się dyniowe figurki wyrzeź­bione przez samego Mar­cel­lusa. Jak na naj­bar­dziej powścią­gliwą, zamkniętą osobę w Gol­den Wishes ich praw­nik był także pierw­szym, który robił coś dla całego biura. Nora­bel prak­tycz­nie udu­siła go w uści­sku, kiedy Nathair pomógł mu prze­nieść wszyst­kie osiem­na­ście, pięk­nie wyrzeź­bio­nych dyń z samo­chodu.

Dara naprawdę uwiel­biała tych ludzi.

Lucero przy­sta­nął tuż przy jej fotelu.

– Prze­pięk­nie to wygląda – przy­znał. Omia­tał spoj­rze­niem lobby, swo­ich pra­cow­ni­ków, a na końcu Darę. – Czy nie będzie ci prze­szka­dzało, jeśli na paź­dzier­nik przy­dy­mimy wszyst­kie okna, by te lam­piony cię oświe­tlały?

„Mnie?” – pomy­ślała Dara, a na głos odparła:

– Ach, masz na myśli biurko? Nie ma pro­blemu. Gdyby coś się działo, mam lampkę! – odparła z sze­ro­kim uśmie­chem. Poło­żyła mu dłoń na ramie­niu i ści­snęła lekko. – Nora­bel będzie zachwy­cona tym pomy­słem!

– Tak, na pewno – powie­dział, zer­ka­jąc na jej dłoń.

Usły­szała stłu­miony śmiech Daya, a na szczęce Lucero drgnął mię­sień.

– Chodźmy do mnie – ode­zwał się spiesz­nie. – Zwe­ry­fi­ku­jemy paź­dzier­nik i jeden pomysł.

– Jaki? – Aż zapa­liła się na te słowa. Wam­pir miał inte­re­su­jące, nieco prze­wrotne pomy­sły i nawet jeśli koń­czyło się na tym, że mieli wię­cej pracy, to i tak się nimi eks­cy­to­wała.

Cho­ciaż Daisy pew­nie nie chciał wspo­mi­nać o ostat­nim razie, gdy spraw­dzali potworne kasyno. Nie­le­galne, trzeba dodać, czego wtedy nie wie­dzieli. Mar­cel­lus pra­wie się zapła­kał przez kło­poty, które wywo­łali. Ale pre­mie za to były nie­ziem­skie.

Lucero uśmie­chał się łagod­nie, gdy zamy­kał za nimi drzwi. Obej­rzała się na niego i popra­wiła spód­niczkę, która chyba pod­je­chała jej za wysoko na udach, bo tam zer­k­nął. Chrząk­nął, roz­pi­na­jąc mary­narkę, ruchy miał dziw­nie spięte. Prze­szedł tuż obok, pach­nąc zbyt dobrze, żeby nie poru­szyła nosem.

Prędko usa­do­wiła się na fotelu przed biur­kiem i otwo­rzyła swój uko­chany notes. Jakiś czas temu, gdy Lucero zoba­czył, że bar­dzo oszczę­dzała pre­zent od mamy, kupił jej całe pudło tego samego modelu. Nie wie­działa jakim cudem, bo sama pró­bo­wała i były nie­do­stępne… Prze­su­nęła dło­nią po stro­nie z wyszcze­gól­nio­nym naj­waż­niej­szym pla­nem na paź­dzier­nik. Na table­cie nato­miast otwo­rzyła ter­mi­narz. Szef zer­kał na tekst, który śle­dziła pal­cami.

– Nasze pierw­sze Hal­lo­ween razem. – Uśmiech­nęła się, czu­jąc eks­cy­ta­cję i ocze­ki­wa­nie.

– Dla­tego zro­bimy coś, żeby je zapa­mię­tać – odparł, na co prze­krzy­wiła głowę z zacie­ka­wie­niem. – Żeby wszy­scy zapa­mię­tali. Ame­ry­ka­nie kochają to święto. Dzięki temu mogą nas lepiej poznać.

Dara­mila wygła­dziła stronę notesu, ucie­ka­jąc na bok spoj­rze­niem.

– Jakoś nie pomy­śla­łam o tym wyob­co­wa­niu, które czują Ujaw­nieni, prze­pra­szam – mruk­nęła cicho, spe­szona.

– Nie chcia­łem cię stra­pić.

I wła­śnie tak wyglą­dał; jakby przej­mo­wał się tym, że mógł ją ura­zić.

– Daj spo­kój, po pro­stu uczę się, jak wygląda sytu­acja Ujaw­nio­nych z ich per­spek­tywy – przy­znała, patrząc na jego usta. – Uczę się cie­bie. – Odchrząk­nęła zakło­po­tana. – To zna­czy, wam­pi­rów. Ale tak poza tym, czy masz jesz­cze jakiś spe­cjalny plan na ten czas? Mamy tro­chę zabu­ko­wa­nych ter­mi­nów na nad­cho­dzące tygo­dnie. Założę się, że wpad­nie jesz­cze kilka zle­ceń, pew­nie nie­jedno miej­sce będzie chciało się teraz przy­po­do­bać isto­tom, ale mogę jesz­cze zro­bić posze­rzony rese­arch, gdyby zaszła taka potrzeba.

Lucero przy­glą­dał się jej uważ­nie, nie była jed­nak pewna, o co mu cho­dzi. Gdy mówiła, coś roz­bły­sło w jego oczach. Jak na złość od razu przy­po­mniała sobie o tym, jak wyglą­dał w przy­dy­mio­nym świe­tle restau­ra­cji.

Jak jego język owi­jał się wokół słod­kich kulek, które…

– Dara­milo, wszystko w porządku? – Głos Lucero wyrwał ją z zamy­śle­nia. Męż­czy­zna pochy­lił się nad biur­kiem, dło­nią się­gnął ku jej twa­rzy. Zim­nym pal­cem musnął poli­czek kobiety. Zdzi­wiła się, że go nie roz­to­piła.

– Gorączka ifrycka – wymam­ro­tała, a wam­pir roze­śmiał się, opa­da­jąc na fotel.

– Roz­bra­jasz mnie. – Mach­nęła na niego jak na natrętną muchę i zachę­ciła, by powtó­rzył. – Spójrzmy na hal­lo­we­enowe świę­to­wa­nie dwo­jako. Jakby to były randki par oraz grup, a także imprezy oko­licz­no­ściowe.

Z takimi kon­kre­tami mogła pra­co­wać. Prze­su­nęła dło­nią po dekol­cie swo­jej bluzki, czu­jąc gwał­towny łomot serca. „Randki w pracy, dzień jak co dzień prze­cież. Nic spe­cjal­nego cho­dzić na randki z sze­fem, żeby biz­nes się krę­cił.

Pączek z posypką, czy­sta przy­jem­ność.

Mhm”.

– Wszyst­kie w tema­cie Hal­lo­ween? – upew­niła się, wier­cąc się w miej­scu. – Czy może też jakieś uni­wer­salne?

– Nie ma co się ogra­ni­czać, cho­ciaż dobrze będzie się trzy­mać kli­matu – potwier­dził, prze­krzy­wia­jąc głowę.

– Jeste­śmy umó­wieni! – zawo­łała, notu­jąc. W końcu pozwo­liła sobie na szybki wdech na uspo­ko­je­nie i wró­ciło jej zwy­cza­jowe pod­eks­cy­to­wa­nie nowymi pro­jek­tami. – Zro­bimy sobie rand­kowe nie­spo­dzianki, żeby poczuć kli­mat i zoba­czyć, co się spraw­dza. A resztę obga­damy wspól­nie.

– Rand­kowe nie­spo­dzianki – wymru­czał nisko, a dłu­go­pis pole­ciał jej po stro­nie, robiąc nie­złą kre­chę. – Podoba mi się, jak to brzmi.

A Dara­mila zakło­po­tała się tym, jak brzmiał on. Zamknęła notes z odro­binę za dużą werwą. Chrząk­nąw­szy, prze­su­nęła po kalen­da­rzu, wybie­ra­jąc dzi­siej­szą datę.

– Możemy zacząć nawet teraz – powie­działa, a on jakby czy­ta­jąc w jej myślach, ruszył do sto­lika, w któ­rym trzy­mał świeżą wodę i napoje dla roz­mów­ców. Nalał dla niej pełną szklankę i patrzył uważ­nie, jak piła. – Prze­pra­szam, to z emo­cji – wyja­śniła.

– Jasne.

– W każ­dym razie dziś mamy roz­mowę z parą fae, która ma cere­mo­nię zaślu­bin z kobietą w listo­pa­dzie.

– Nie doga­da­li­śmy już tego?

– Tak, tak – przy­tak­nęła, prze­ska­ku­jąc do e-maila. – Chyba po pro­stu łapie ich przed­ślubny stres i jesz­cze raz potrze­bują wszystko prze­ga­dać.

– A nie powinni, ta kobieta szcze­rze ich kocha. – W oczach Lucero bły­snęło zro­zu­mie­nie. – Ach, ci fae, zawsze prze­dziw­nie nie­pewni.

– Nie kpij z nich – mruk­nęła kwa­śno, zer­ka­jąc na niego zna­cząco.

– To rodzaj sym­pa­tii – odparł, mru­ga­jąc nie­win­nie. – Za bar­dzo kochamy kobiety, żeby się nie przej­mo­wać ich zda­niem na nasz temat.

– Dobra, dobra – wymam­ro­tała. Czuła, że zaczyna się rumie­nić. – Oprócz tego mie­li­śmy spo­tka­nie z bur­mi­strzem, ale odwo­łał je godzinę temu.

– Ponow­nie – wyce­dził powoli Lucero. Zre­flek­to­wał się i pochy­lił głowę. – Dara­milo, świet­nie wyko­nu­jesz swoją pracę, bur­mistrz po pro­stu nie posiada żad­nego nega­tyw­nego czy pozy­tyw­nego sta­no­wi­ska wzglę­dem Ujaw­nio­nych i w oba­wie o swój elek­to­rat pró­buje uda­wać, że lepiej nie mieć z nami nic wspól­nego.

– Wyświad­czyłby sobie przy­sługę, gdyby z nami współ­pra­co­wał – powie­działa roz­go­ry­czona. – Wiem, że nie powin­nam odbie­rać tego aż tak oso­bi­ście, ale nawet gdy mnie iry­tu­jesz, to po pro­stu nie wyobra­żam sobie, że można cię lek­ce­wa­żyć.

Na kilka chwil ich spoj­rze­nia się spo­tkały, a jasne cętki w jego oczach roz­bły­sły moc­niej. Noz­drza Lucero roz­dęły się, jed­no­cze­śnie napiął ciało i szy­ko­wał się do dzia­ła­nia. Tak jak ocze­ki­wała, sekundę póź­niej zastu­kano do drzwi. Ich klienci mieli skan­da­licz­nie ide­alne poczu­cie czasu.

– Fae do was – oznaj­mił Daisy zbyt gromko i rado­śnie.

– Dzięki, asy­stentko – rzu­ciła, zezu­jąc na ochro­nia­rza, który sta­nął w progu. – Gdzie twój sek­sowny strój?

– Zabra­łaś mi dziś rano, puszku. – Mru­gnął do niej z wil­czo wyszcze­rzo­nymi zębami. Zer­k­nęła na Lucero, który ponie­kąd wark­nął.

– A tobie co? Głodny jesteś? – Zmarsz­czyła zanie­po­ko­jona brwi. – Cho­lera, twoje ulu­bione leu­die tof­fee jesz­cze nie dotarły!

– Wystar­czy, że się…

– Daisy, wpro­wadź naszych gości – burk­nął Lucero, prze­ry­wa­jąc męż­czyź­nie w pół zda­nia.

– Ach! – Dara­mila pode­rwała się prędko na równe nogi. Pod pachą miała notes, w dłoni tablet, a drugą ręką zagar­nęła swoją szklankę. – Zaraz po tym mamy spo­tka­nie w kwia­ciarni, z którą pano­wie tak wspa­nia­ło­myśl­nie skon­tak­to­wali nas ostat­nim razem!

Lucero posłał jej domyślny uśmiech.

– Naj­lep­sza asy­stentka – szep­nął, kiedy fae wcho­dzili.

Wcale nie pokra­śniała na tę pochwałę. Cza­sem troszkę lubiła swo­jego szefa.

Rozdział 3

3

Zapew­nili ich co naj­mniej pięt­na­ście razy, że upew­nili się o moż­li­wo­ści potrój­nej cere­mo­nii. Ludzie i fae nie­czę­sto brali śluby, ale nie było to zaka­zane czy nie­wy­ko­nalne. Żaden z panów mło­dych jesz­cze w to nie wie­rzył. Obaj uro­czo i bez­sprzecz­nie kochali swoją przy­szłą żonę… tylko tro­chę doda­jąc pracy całemu Gol­den Wishes.

Dara­mila, zoba­czyw­szy powtórną prośbę o spo­tka­nie, sko­rzy­stała z otrzy­ma­nego od nich numeru i zadzwo­niła do kwia­ciarni Rudy Pąk.

Tak jak prze­czu­wała, obaj fae po pro­stu chcieli jesz­cze raz przejść przez wszyst­kie uzgod­nie­nia. Tak, obsługa przy­ję­cia była mie­szana, oczy­wi­ście, że cate­ring two­rzyli Ujaw­nieni i nikt nie zosta­nie otruty. DJ to pro­fe­sjo­na­li­sta, a sama sala posia­dała dłu­go­let­nią tra­dy­cję pełną wspar­cia oraz akcep­ta­cji.

Dara przy każ­dym powtó­rze­niu usta­leń i każ­dej uspo­ka­ja­ją­cej wypo­wie­dzi Lucero wpro­wa­dzała tro­chę zamie­sza­nia. A to wstała, żeby roz­pro­sto­wać nogi, to wes­tchnęła, że za dwa­dzie­ścia minut roz­po­czyna się spo­tka­nie w Pąku i z prze­ję­ciem zapro­po­no­wała, że może przejdą się tam razem.

Pod kwia­ciar­nią Lucero krę­cił głową w zadu­mie.

– Ni­gdy bym nie zna­lazł nikogo takiego jak ty, Daro, nawet jeśli szu­kał­bym stu­le­ciami. Spa­dłaś mi z nieba.

– Nie wywi­niesz się z tej randki, zaczniemy hal­lo­we­enową misję wcze­śniej. – Posłała mu olśnie­wa­jący uśmiech i kciu­kiem wska­zała na wnę­trze Rudego Pąka, do któ­rego weszli. Pro­wa­dząca zaję­cia zachi­cho­tała i poka­zała im wolne miej­sca do wyboru. – Co prawda rezer­wu­jąc miej­sce w warsz­ta­tach, jesz­cze o tym nie wie­dzia­łam, ale kocham zrzą­dze­nia losu.

– Spry­ciara – wyszep­tał na wyde­chu Lucero, gdy zostali zago­nieni do kąta.

– To było uzgod­nione, ale pasuje nam do paź­dzier­ni­ko­wej agendy. – Nie­win­nie wzru­szyła ramio­nami. W ich obsza­rze pracy kon­takty z cate­rin­gami i kwia­ciar­niami były istotne, ni­gdy nie odma­wiali pozna­nia nowego źró­dła współ­pracy. Teraz po pro­stu wygod­nie się zło­żyło.

Usie­dli przy wyso­kim sto­liku na dość twar­dych krze­słach. Tyłek Dary aż jęk­nął, kiedy wdra­pała się na sie­dzi­sko. Lucero z nie­po­ko­jem patrzył na tę akro­ba­cję. Ręka wam­pira zawi­sła nie­bez­piecz­nie bli­sko jej uda.

– Spo­koj­nie, spód­nica mi nie pęk­nie, jest ela­styczna.

– Ale ja nie – wymam­ro­tał.

Par­sk­nęła śmie­chem i zasło­niła dło­nią usta z prze­pra­sza­ją­cym zer­k­nię­ciem na orga­ni­za­torkę.

– Przy­się­gam, czy wszyst­kie wam­piry z wie­kiem muszą nabie­rać humoru?

Powie­dział coś brzmią­cego dziw­nie „jak­bym żar­to­wał”. Roz­pro­szyło ją jed­nak inten­sywne śmia­nie się jed­nego z uczest­ni­ków warsz­ta­tów dla par. Dźwięk ten przy­po­mi­nał dusze­nie się, aż oboje z sze­fem upew­nili się, że nikt nie umie­rał.

Dara­mila sko­rzy­stała z oka­zji i rozej­rzała się po wnę­trzu kwia­ciarni. Stoły, przy któ­rych wszy­scy sie­dzieli, na co dzień słu­żyły do pre­zen­ta­cji kom­po­zy­cji oraz kwia­tów na sprze­daż. Kobieta zauwa­żyła mecha­ni­zmy pod­no­szące i opusz­cza­jące a stołki, na któ­rych część par sie­działa, wyglą­dały jak nie­do­pa­so­wana zbie­ra­nina.

– To nie jest naj­bo­gat­sze miej­sce – szep­nął do niej na ucho Lucero. Widziała, że robił w myślach notatki. – Praw­do­po­dob­nie cza­sem zma­gają się z finan­sami, ale spójrz na pra­cow­nicę i orga­ni­za­torkę.

– Są zgrane – zgo­dziła się, kątem oka pod­glą­da­jąc przej­ście na tył kwia­ciarni. Kobiety uśmie­chały się do sie­bie, po przy­ja­ciel­sku się posztur­chi­wały i w ich ruchach nie było widać żad­nej sztucz­no­ści. – Pew­nie pró­bują wszyst­kiego, żeby inte­res się krę­cił. Wcze­śniej pró­bo­wa­łam się umó­wić na zwy­kłą roz­mowę o kwia­ciarni i przej­rze­nie kosz­tów, ale zapro­po­no­wała to. – Wska­zała dys­kret­nie dło­nią na zebra­nych ludzi i Ujaw­nio­nych.

Brew wam­pira drgnęła.

– Mia­łaś ochotę na roman­tyczną ike­banę?

– Ha, może do tego romans z tobą? – mruk­nęła pół­gęb­kiem. – Nie brzmi to źle! Zaczę­ła­bym krzy­czeć, jeśli zoba­czy­ła­bym jesz­cze raz jakieś suche liczby zamiast dzia­ła­nia. Ostat­nio rzadko wycho­dzimy razem w teren, zaszy­li­śmy się w biu­rze.

Gorą­cym wes­tchnie­niem roz­wiał włosy opa­da­jące na jej ramię. Kątem oka zoba­czyła jego udrę­czoną minę.

– Dla­tego chcę to zmie­nić.

– Chcemy – popra­wiła prędko. – Oboje potrze­bu­jemy tej zmiany. – Mruk­nął coś roz­ko­ja­rzony i ponow­nie rozej­rzał się po sali.

– Skoro o akcji mowa, razem z nami zebrały osiem par. – Lucero obrzu­cił wszyst­kich pręd­kich, czuj­nym spoj­rze­niem. – Mię­dzy­ga­tun­kowe, wszyst­kie. Jak na taką małą kwia­ciar­nię to naprawdę dobry wynik.

– I nie wszy­scy chcą roz­ma­wiać o inte­re­sach – wtrą­ciła, pochy­la­jąc się bli­żej niego. – W sumie wąt­pię, żeby wie­działy, która z kobiet na sali dzwo­niła, więc będziemy trak­to­wani równo.

– Cho­ciaż, czy można tu mówić o spe­cjal­nym trak­to­wa­niu, jeśli wia­dra z kwia­tami są ogól­no­do­stępne?

– Chyba że dosta­li­by­śmy wstążki z muślinu… ale skoro wej­ście było za przy­stępną cenę, wąt­pię, że cho­dziło wyłącz­nie o zaro­bie­nie na tym even­cie. Plus zapro­sze­nie na spo­tka­nie, jakie zna­la­złam na ich socia­lach, wyglą­dało dość neu­tral­nie, co może suge­ro­wać auten­tyczną dostęp­ność dla Ujaw­nio­nych – szep­nęła.

Wam­pir mruk­nął w zgo­dzie i oboje spoj­rzeli na duszą­cego się ze śmie­chu męż­czy­znę, zwró­co­nego twa­rzą ku swo­jej part­nerce.

Pogrą­żyli się w ana­li­zie oto­cze­nia, oce­nie poten­cjal­nych klien­tów oraz ogól­nym ran­kingu war­to­ści dla innych istot tak bar­dzo, że nie zauwa­żali zbli­ża­ją­cej się do nich wła­ści­cielki. Głowy mieli tak bli­sko sie­bie, uda tak mocno oparte o sie­bie nawza­jem, że jesz­cze sekunda, a Dara po pro­stu usia­dłaby wam­pi­rowi na kola­nach, żeby nie zdra­dzić się z ich praw­dziwą roz­mową.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki