W raju kwitną jabłonie - Miśkiewicz Ewelina - ebook
NOWOŚĆ

W raju kwitną jabłonie ebook

Miśkiewicz Ewelina

0,0

Opis

Wszyscy mamy jakiś raj, który utraciliśmy i za którym tęsknimy.

Czasy współczesne. Rozalia, u kresu życia, otrzymuje diagnozę, z której wynika, że cierpi na ciężką chorobę. Jedyną szansą jest podjęcie szybkiego leczenia, które jednocześnie nie gwarantuje powrotu do zdrowia. Tylko z sobie wiadomych przyczyn staruszka odmawia leczenia. Co kryje się za tą decyzją? Odpowiedź być może tkwi w wydarzeniach z długiego życia kobiety, które odcisnęły piętno nie tylko na niej, lecz także na losie całej jej rodziny.

Rok 1945. Po dramatycznych wojennych doświadczeniach ludzie z wioski Machów próbują układać sobie życie w nowych realiach. Wśród nich są przybysze z Wołynia — Bogdan i Weronika, którzy mają nadzieję, że uda się im zapomnieć o tragedii, jaka ich dotknęła, i bez obaw spojrzą znowu w przyszłość. Ale wciąż towarzyszy im niepokój oraz brak poczucia bezpieczeństwa. To się zmienia z chwilą, gdy na świat przychodzi ich córeczka. Narodziny dziecka to dla małżeństwa znak, że mogą na nowo poczuć się rodziną. Decydują się w Machowie zbudować dom. Gdy udaje się im wreszcie odnaleźć spokój i stabilizację, odkrycie złóż siarki pod Tarnobrzegiem ponownie wywraca ich życie do góry nogami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 284

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Agnieszka Luberadzka

Projekt okładki

Maksym Leki

Fotografie na okładce

© AlexanderDubrovsky / shutterstock.com

OpenAI / ChatGPT Image

Redakcja techniczna, skład i przygotowanie wersji elektronicznej

Maksym Leki

Korekta

Katarzyna Nowakowska

Marketing

Magda Caboń

[email protected]

Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. 600 472 609, 664 330 229

[email protected]

www.videograf.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2026

tekst © Ewelina Miśkiewicz

ISBN 978-83-8293-386-4

Żeby nowy dom mógł się narodzić, trzeba było nieodwracalnie zabić stary.

Wit Szostak, Rumowiska

Powieść tę dedykuję wszystkim tym, którzy w sercu wciąż noszą swój prywatny raj. Dla każdego może on znaczyć coś innego, ale jego wspomnienie zawsze łączy się z nostalgią i poczuciem straty. Niemniej jednak dopóki żyje w naszej pamięci i potrafimy o nim opowiedzieć kolejnym pokoleniom, to nie został utracony na zawsze.

Prolog

Tarnobrzeg, czasy współczesne

Blady róż na roletach sprawiał wrażenie wyblakłego w sposób naturalny. Wschodzące co dzień słońce promieniami wysysało barwę od lat, aż wreszcie stała się ona mdła jak woda bez żadnych dodatków. Potem słońce przechodziło w zenit, nie bacząc na poczynione szkody, kąpało w swoim blasku południową stronę przychodni.

Nic nie może oprzeć się upływowi czasu — pomyślała Rozalia. Wpatrywała się w wyblakłą roletę, dochodząc do wniosku, że nawet dobroczynne słońce czyni czasami spustoszenie. Zbyt długie wystawianie się na jego promienie jest zabójcze, nawet dla z zasady martwych przedmiotów.

A jednak po raz wtóry można zabić coś, co i tak jest martwe.

Czyż to nie dziwne? Nie dla Rozalii, bo jej długie życie już nieraz pokazało, że i to jest możliwe. Ileż to razy umierała i wydawało się jej, że już więcej nie zniesie. Ktoś tam na górze, albo zwyczajnie perfidny los, zawsze dostrzegał w niej jeszcze jakąś iskrę życia i fundował kolejne umieranie. Po każdej takiej śmierci rodziła się na nowo, silniejsza i pełna nadziei na to, że tym razem będzie dobrze.

Gdyby było jej teraz do śmiechu, przyrównałaby swoją egzystencję do siedmiu kocich żyć, bo tak samo jak tym zwierzętom udawało się jej niejednokrotnie spadać na cztery łapy. Ale nawet najsprytniejszemu kocurowi prędzej czy późnej powinie się łapa. Rozalia czuła, że i jej kres nadchodzi. Kończą się pokłady siły i nadziei, więc trzeba wreszcie odejść.

Patrzyła na roletę, skupiała się na jej falowaniu powodowanym przez lekki podmuch wiatru wpadający przez uchylone okno. Roleta stukała o framugę. Kobieta próbowała również wsłuchać się w ten stuk, byleby tylko nie słyszeć szelestu kartek w rękach lekarza.

— Hmm — westchnął doktor, ale nie poszły za tym żadne słowa. Mężczyzna przerzucił kolejną stronę i zmarszczył brwi, co mogło oznaczać skupienie, jak i zmartwienie.

— Jest aż tak źle? — Rozalia nie wytrzymała. Straciła cierpliwość, miała dość zarówno odgłosu rolety odbijającej się od framugi okna, jak i milczenia lekarza. — Powiedz to wreszcie.

Doktor odłożył plik kartek na bok, zdjął okulary i zacisnął palce przy nasadzie nosa. Był zmęczony, a przede wszystkim stary, wykańczała go już ta praca polegająca na przesiadywaniu w szpitalu, a po dyżurze przyjeżdżanie do przychodni onkologicznej, gdzie często stykał się z trudnymi przypadkami oraz tragediami ludzkimi. W dodatku były to nie tylko dramaty indywidualne, dotykające pojedynczej jednostki. Bo gdy pacjent onkologiczny zapadał na zdrowiu, w matnię choroby pogrążała się też cała jego rodzina, zwłaszcza w ostatnich stadiach, kiedy czekało się już tylko na śmierć. Pacjent odchodził, zostawiając nierzadko rodzinę w rozsypce psychicznej i emocjonalnej.

Przypadek Rozalii był dla niego trudny podwójnie, nie tylko dlatego, że była pacjentką, której będzie musiał powiedzieć przykrą prawdę prosto w oczy, ale również z tego powodu, że się znali.

— Czekam — ponagliła go kobieta, a on mimowolnie się uśmiechnął. — Jest tak źle, że aż śmiesznie?

Doktor przybrał poważny wyraz twarzy.

— Powiedziałaś to tak stanowczo, jak wtedy, gdy zamierzałem odpuścić naukę, zostać w Tarnobrzegu i zatrudnić się w kombinacie. Który to był rok?

Tym razem i kąciki ust Rozalii nieznacznie drgnęły, jak zawsze, kiedy wracała myślą do przeszłości.

— Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty piąty. Skończyłam wtedy trzydzieści lat — odpowiedziała szybko, jak miała w zwyczaju w takich sytuacjach. Jeśli chodziło bowiem o wspomnienia, Rozalia wciąż posiadała świetną pamięć, bez trudu umiejscawiała wydarzenia w czasie i lubiła do tego wspomnieć, ile wówczas sama miała lat. — Byłeś wtedy dla mnie gówniarzem, który nie do końca wie, czego chce i jak ma się zachować w obliczu trudnej dla niego sytuacji. Niewiele brakowało, a popełniłbyś największy błąd w swoim życiu.

Dzieliło ich tylko dziesięć lat różnicy, teraz praktycznie niedostrzegalnej, ale w dzieciństwie i w młodości sprawiała wrażenie kolosalnej, można powiedzieć, że Rozalia nie tyle wcielała się w rolę jego starszej siostry, lecz nawet matki. Matkowała mu, gdy zaczął chodzić do szkoły, a ona sama była licealistką. Pomagała przy odrabianiu lekcji. Matkowała także, kiedy zwierzał się jej z pierwszych rozczarowań miłosnych. Czuła się więc w obowiązku dać mu matczyną reprymendę, kiedy wymyślił sobie, że nie pójdzie na studia. Był jednym z najzdolniejszych uczniów w szkole. Jak mógł tak zmarnować swój potencjał?

Pewnie ta przyjaźń nie miałaby szans nigdy się narodzić, gdyby oboje nie pochodzili z Machowa, a ich rodzinne domy nie sąsiadowałyby ze sobą.

— Tak, wiele ci zawdzięczam — dodał doktor po namyśle. — Gówniarzem to byłem dla ciebie przez cały czas. W końcu nie chciałaś zostać moją żoną.

Tym razem Rozalia rozchyliła usta, ukazując dobrze zrobioną protezę.

— Chciałeś zostać moim mężem, kiedy miałeś dziesięć lat. Potem wszystko się trochę rozmyło, prawda?

Lekarz nie zaprzeczył. Jako dzieciak był zauroczony Rozalią, przypominało to trochę pierwsze chłopięce uczucie do atrakcyjnej nauczycielki widzianej codziennie na lekcji, a potem dorósł, zauroczenie minęło i pojawiły się równie atrakcyjne rówieśniczki.

Rozalia z kolei nigdy nie wyszła ze swojej roli, nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłoby być coś więcej między nią a chłopakiem od sąsiadów. Rósł, dojrzewał, stawał się coraz przystojniejszy, ale to w końcu sąsiad, którego znała od pieluchy. Przychodziła się z nim pobawić, zabierała do jabłoniowego sadu, który rozpościerał się za jej domem, a gdy chłopak podrósł na tyle, że mógł się poruszać o własnych nogach, wypuszczali się aż do Zimnej Wody, miejsca w pobliskim lesie, gdzie podobno zjawiały się duchy.

Dziś nie tylko dawne opowieści starszych ludzi wydawały się bajką, ale również jej życie w Machowie miało bajkowy posmak. Z jednej strony dlatego, że z biegiem lat umityczniła ten okres jako cudowny czas dzieciństwa, a z drugiej — tamto życie było już nierealną bajką, bo Machów przestał istnieć.

— Rozmyło się… — westchnął doktor, któremu również żal było dawnych czasów, mimo że urodził się u schyłku machowskiego raju i wiele rzeczy znał właśnie z opowieści Rozalii. To ona opowiadała mu o matce, która w machowskich czasach była aktorką, a on z tej roli pamiętał ją tylko ze zdjęć. Jednego był pewien, kiedy planował ożenić się z Rozalią, chciał, aby na ich ślubie zagrał Paweł Kalinka na fujarce, a suknię jego przyszłej żony ozdobiła Maria Kozłowa. Ale z dawnych chłopięcych marzeń udało mu się jedynie zrealizować pomysł wzięcia ślubu w kościele w Miechocinie, bo ten wciąż stał i wszystko wskazywało na to, że będzie stał jeszcze przez kolejne wieki albo i dłużej.

Doktor po raz pierwszy ożenił się po studiach i osiadł na stałe w Tarnobrzegu. Patrząc na swoją wieloletnią przyjaciółkę, nie mógł uwierzyć, że ten czas tak szybko i bezpowrotnie przeminął.

— A co u Paulinki? — Rozalia przerwała przedłużającą się ciszę. Chwilowy powrót do wspomnień sprawił, że przestało się jej spieszyć do tego, co i tak nieuniknione.

Lekarz ponownie założył okulary. O swojej jedynej córce mógłby opowiadać godzinami.

— Wszystko u niej układa się wspaniale. Kończy ostatni rok studiów. Niedługo będzie lekarzem. Czy to nie cudowne?

Rozalia nie odpowiedziała, bo uznała, że to pytanie retoryczne. Wiedziała, że doktor będzie mówił o swojej jedynaczce wyłącznie w superlatywach, w końcu to nie tylko jedyne dziecko, ale też długo wyczekiwane. Dziewczynka przyszła na świat, kiedy jej ojciec przekroczył czterdziestkę i był już w drugim małżeństwie. Późne tacierzyństwo uszczęśliwiło go. A z biegiem lat radość była jeszcze większa, bo Paulina zdecydowała się pójść w ślady ojca.

— Zamierza wrócić do Tarnobrzega? — spytała po dłuższej pauzie, przywołując w głowie myśli zarówno o własnej córce, która wyjechała, jak i o swoich wnukach, które również opuściły rodzinny dom. Znowu starała się nie patrzeć na doktora, roleta przestała ją absorbować, więc po prostu utkwiła wzrok w białej ścianie, czystej i sterylnej, jak cały gabinet, w którym się znajdowała.

— Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym, ale to będzie jej decyzja. W dużym mieście zawsze są większe możliwości — odparł lekarz, a Rozalia wyczuła, że to temat, który jednak wywołuje w mężczyźnie smutek.

Duże miasto, duże możliwości. Ale tu jest rodzina, tu są korzenie. Dlaczego młodzi nigdy nie myślą w ten sposób? Wyjeżdżają, rozjeżdżają się po świecie, a przecież nikt ich nie wypędza, nie zmusza do wyjazdu. Gonią za wielkimi możliwościami, jakby rodzinne strony nie oferowały tego samego. A może nawet miały w zanadrzu o wiele więcej. Boże, ileż ona by dała za to, by móc spędzić całe życie w swoim pięknym, pachnącym wiosennym kwieciem Machowie. Trzymała się go do ostatka i wciąż trzyma, nawet jeśli w ostatnich latach jej bezpieczna przystań to dom w Miechocinie. Wysiedlono ich, ale na całe szczęście nie wyjechali daleko, a przecież niektóre rodziny całkowicie opuściły tę okolicę.

Rozalia poczuła dobrze znane drżenie ciała i pieczenie w oczach. To przychodziło zawsze, bez względu na to, ile lat już minęło. Myśl o dawnym Machowie powodowała dreszcze i wzbieranie łez. Przymknęła powieki, próbując w ten sposób powstrzymać płacz, ale było za późno, dwie krople spłynęły po policzkach, zostawiając mokry ślad.

Doktor poczuł się zakłopotany, ale nie z powodu zmartwienia Rozalii, niewiele brakowało, a i on nie powstrzymałby zawilgoconych oczu. Mechanicznie sięgnął po plik kartek, który wcześniej odłożył. Nie ma co już bardziej tego przedłużać, zwłaszcza że w poczekalni byli kolejni pacjenci.

— Bardzo mi przykro, Rozalio, ale wyniki… — zaczął i wciągnął do płuc powietrze, jakby to miało mu dodać odwagi, po czym dokończył na szybkim wydechu: — Nie są dobre.

— Ile? — Głos kobiety osłabł, mimo że próbowała być silną.

— Trzeba jak najszybciej rozpocząć leczenie.

— Ile?! — powtórzyła Rozalia i tym razem jej głos zabrzmiał głośno oraz stanowczo.

— Jestem lekarzem, a tym samym jestem zobowiązany udzielić ci pomocy na tyle, ile jest to możliwe. Są procedury lekarskie, cała ścieżka onkologiczna. Obiecuję ci, że będziesz w dobrych rękach. W najlepszych — poprawił się.

— A czy możesz mi obiecać, że z tego wyjdę?

Doktor zamilkł.

— No właśnie.

— Rozalio, każdy kolejny dzień, który uda się wyrwać, będzie cenny. Pamiętasz, kiedy Machów umierał, a ty wciąż miałaś nadzieję? Byłaś jedną z ostatnich, która go opuściła. W tej kwestii miałaś tyle samozaparcia co sama Kozłowa. — Lekarz postanowił nie odpuścić i przywołał ponownie wspomnienia. Rozalia, którą znał, walczyła do końca.

— Widzisz, a on i tak umarł. W życiu także trzeba nauczyć się odpuszczać. — Kobieta wstała z lekkim ociąganiem wynikłym ze starości i osłabienia, ale dość energicznie wyrwała z rąk doktora plik kartek. Niepotrzebnie zgodziła się na te wszystkie badania, przecież i tak czuła, że jej dni są już policzone. Zabrała tylko czas, który dla kogoś mógł okazać się cenny. Kolejki do specjalistów z roku na rok się wydłużają, nawet do onkologa nie jest tak łatwo się dostać, mimo że właśnie ci pacjenci potrzebują szybkiej diagnozy i natychmiastowego leczenia. Przyjaciel przyjął ją po znajomości, właściwie sam nalegał, aby Rozalia dała się przebadać, bo w ostatnim czasie podupadła na zdrowiu. Zgodziła się chyba po prostu dla świętego spokoju.

— Proszę, odpuść — wyszeptała błagalnie. — Pragnę jedynie spokoju.

Doktor przełknął ślinę. Postawa Rozalii była dla niego porażką, bo i on starał się w życiu nie odpuszczać, walczył zawsze do końca, zwłaszcza gdy chodziło o pacjentów. Wyglądało na to, że tym razem musi się poddać, granica, jaką wyznaczyła jego przyjaciółka, była nie do przekroczenia, również ze względu na to, że każdy pacjent ma prawo jasno określić, czego oczekuje, a co w ogóle nie wchodzi w grę. Lekarz musi to uszanować.

Była jeszcze jedna kwestia. Rozalia o tym nie wspomniała, ale w kontekście tego, co się właśnie wydarzyło w gabinecie, dla doktora oczywistością był fakt, że o jej decyzji nie może dowiedzieć się nikt z rodziny. To chyba będzie jeszcze trudniejsze niż przystanie na sprzeciw wobec leczenia.

Doktor splótł dłonie jakby do modlitwy i oparł na nich brodę, po czym rzekł:

— Rozalio, czy ty naprawdę chcesz już umrzeć?

Kobieta się uśmiechnęła.

— Czasem trzeba umrzeć, żeby narodziło się coś nowego. Trzeba odejść, żeby coś mogło żyć — powiedziała i ruszyła w stronę drzwi.

Gdy się zatrzasnęły, doktor jeszcze przez dłuższy moment wpatrywał się w klamkę. Zanim poprosił kolejnego pacjenta, pomyślał, że w ciągu ostatnich kilkunastu minut w jego gabinecie wydarzyło się coś przełomowego. Wraz z wyjściem Rozalii rozsypce uległa także jakaś część jego życia. Niektóre zdarzenia już na zawsze pozostaną tylko wspomnieniem.

Rozdział 1

Machów, rok 1945

— Ona musi się urodzić. Słyszysz? Ona musi żyć! — Weronika wbiła paznokcie w przedramię męża, który tylko skrzywił usta, ale nie wydał z siebie okrzyku bólu.

On miałby krzyczeć, podczas gdy to jego żona przeżywa prawdziwe katusze? Nie tylko fizyczne, ale również psychiczne. Stracili już jedno dziecko, a gdy myśleli, że już nigdy nie zostaną obdarzeni kolejnym, Weronika zaczęła mieć poranne mdłości, zmienne nastroje i wreszcie oświadczyła, że jest w ciąży. Była wzruszona, ocierała łzy i chyba sama do końca nie wierzyła, że ponownie zostanie matką. Ale brzuch z miesiąca na miesiąc się powiększał, więc wszystko wskazywało na to, że ich dziecko niebawem przyjdzie na świat.

— Oczywiście, że się urodzi — obiecał Bogdan i delikatnie wyswobodził się z uścisku żony, by jej dłoń połączyć ze swoją.

— Nawet jeśli ja umrę, ona musi się urodzić.

— Nie umrzesz. — Pogładził Weronikę po głowie, ale nie wytrzymał jej zdesperowanego spojrzenia. Przecież już tyle razy zapewniał ją, że wszystko będzie dobrze, a los i tak swoje. Ale na początku naprawdę wierzył, że wojna nie przyjdzie. Zresztą nie tylko on, wiele osób łudziło się, że nie dojdzie do agresji Niemiec na Polskę, a gdyby nawet, to wojna nie potrwa długo, polskie wojsko z pomocą sprzymierzeńców odeprze atak wroga. Jego wiara osłabła, gdy tak się nie stało, Sowieci także zaatakowali Polskę, a ich rodzinna miejscowość znalazła się pod okupacją. Potem wiara Bogdana jeszcze raz została zachwiana. Gdy myślał, że już nie może przyjść nic gorszego, rozbuchał się nacjonalizm ukraiński, który zbałamucił głowy nawet ich bliskich sąsiadów. Oczywiście nie wszystkich, dzięki niektórym on i Weronika w ogóle żyją.

— Nie jestem tego taka pewna, mam niepokojące przeczucia — powiedziała żona i złapała się za podbrzusze. — Przecież jeszcze nie czas…

Bogdan zauważył, że Weronika wyraziła się podobnie, kiedy zamordowano ich trzyletniego syna. „Jeszcze nie czas, to nie czas, żeby takie małe dziecko miało odchodzić” — do dziś dźwięczą mu w uszach te słowa żony. A także już na zawsze zostanie mu w pamięci jej otępiały wyraz twarzy, kiedy szarpał ją za ramię i zmuszał do ucieczki. Ocaleli, bo ostrzegł ich stary Ukrainiec. Wracali z pola do domu, który już płonął, a w nim rodzice Weroniki i ich trzyletni syn. Nawet nie mieli pojęcia o tym, co zrobiono przed śmiercią chłopcu i dziadkom, ale być może tak było lepiej. Nie widzieli mordowania, a wielu rodzicom nie oszczędzono nawet tej udręki.

Zostawili Chorochoryń za sobą, ale nie tragiczne wspomnienia. Zaczęło się w kwietniu tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku od zamordowania w młynie miejscowego nauczyciela. Dramat polegał na tym, że zbrodni dokonali jego byli uczniowie, którzy wstąpili do UPA.

Jak więc po takich przeżyciach Bogdan mógł z całą mocą zapewniać żonę, że wszystko będzie dobrze? Nie miał jednak innego wyjścia, Weronika potrzebowała wsparcia, nawet jeśli to, co mówił, miałoby być jedynie zaklinaniem rzeczywistości. By dodać sobie wiary, a tym samym stać się również w oczach żony wiarygodniejszym, przypomniał sobie jeszcze Torczyn, ich parafię, do której uczęszczali na mszę co niedzielę. Tam też się pobrali. To były dobre i szczęśliwe czasy. Na ich wspomnienie oczy Bogdana zabłysły.

— Nie opowiadaj bzdur. Jesteś silna, urodzisz pięknego dzieciaka i sama będziesz mu zmieniać pieluchy — powiedział z mocą.

Weronika wydała z siebie przerażający krzyk.

— To już! Jestem pewna, że to już!

Bogdan dotąd jakoś się trzymał, ale teraz spanikował.

— Trzeba do szpitala do Tarnobrzega! — zawyrokował.

— Zwariowałeś?! Ja zaraz tu urodzę. Co to będzie za dzieciak, skoro tak przedwcześnie się na ten świat pcha?

— Więc co mam robić?

— Jak to co? Musisz odebrać poród! Nikogo nie ma. Teraz wszyscy w polu. Bierz się do roboty! Dzieciaka wiedziałeś, jak zrobić, to go teraz musisz na świat sprowadzić.

Role wyraźnie się zmieniły. W tym momencie to Weronika zdawała się mieć głowę na karku, podczas gdy Bogdan ją tracił. Już nie mówiła o śmierci, lecz była w niej taka wola życia, że mąż sam zaczął wierzyć, że jednak będzie dobrze. O ile nie zemdleje i uda mu się odebrać poród.

— Aaaa! Pospiesz się! Gorącej wody nagotuj. Dobrze, że jeszcze zdążyłam w piecu napalić i wyrobić ciasto na chleb.

Bogdan już prawie dostosowywał się do polecenia żony, gdy do chaty wpadła jego kuzynka i widząc, co się dzieje, przytomnie przejęła garnek z rąk Bogdana i kazała mu się wynosić na zewnątrz, dodając, że w takich sytuacjach to z chłopem jest więcej kłopotu niż pożytku. Mężczyźnie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wybiegł aż za płot i zatrzymał się przed jabłoniowym sadem, który przed wojną zasadził jeszcze jego wujek. Sad przetrzymał działania wojenne, wujek z wojny nie wrócił, ciotka — siostra jego ojca, zmarła chyba z żalu i tęsknoty, bo pewnego dnia się po prostu nie obudziła. W chacie zostali ich córka z mężem i trójką dzieci. To właśnie tutaj przybyli Bogdan i Weronika, uciekając przed rzezią wołyńską w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku. Pragnęli uciec jak najdalej, mimo że wielu uchodźców z Wołynia, przekroczywszy Bug, zostawało w Hrubieszowie lub okolicznych wioskach. Może łudzili się, że jeszcze wrócą na swoje ziemie? Albo że w tych okolicach nie dojdzie do mordów, jakich doświadczyli na Wołyniu? Mylili się. Partyzantki polska i ukraińska zaciekle ze sobą walczyły, a skutki tych walk odczuwali przede wszystkim cywile polscy i ukraińscy.

Bogdan odwrócił twarz w stronę domu, we włosach poczuł powiew ciepłego wiatru. Nigdy nie żałował, że właśnie tutaj się zatrzymali. Tu mieli rodzinę ojca, ale przede wszystkim Machów, mimo wciąż trwającej wówczas wojny, był bezpieczniejszy niż tereny nadbużańskie. I przypominał wieś, którą opuścili. Poza tym gdzie indziej miałaby się zatrzymać rodzina Machów, jak nie w Machowie właśnie? To było przeznaczenie. Wojna się skończyła, widocznie ich szczęście rozkwitnie tutaj, jak kwiaty złotych renet na wiosnę w sadzie.

— Dzień dobry, panie Mach. — Drogą przechodził właśnie stary Leśniak. Przed wojną był wziętym szewcem, teraz też zdarzało mu się jakieś buty zrobić, ale tylko wtedy, gdy zdrowie mu nie szwankowało. Na starość lubił przede wszystkim chodzić po wsi i zagadać tu i tam.

Bogdan odpowiedział na przywitanie, a na pytanie o to, co słychać, odparł:

— Dziecko mi się właśnie rodzi. Kuzynka poród odbiera.

— O, to będzie już nowe pokolenie Machowiaków. Ludzie, Machowiak albo Machowianka na świat przychodzi! — Stary Leśniak podniósł rękę i przywołał grupę kobiet i mężczyzn wracających z prac polowych.

Pewnie po całym dniu w polu głodni byli, ale przecież nie mogli przegapić takiego wydarzenia. No i świeżo upieczonemu ojcu trzeba było pogratulować. Choć Bogdan nie do końca ich, bo przecież ze wschodu przybył, ale dał się już poznać jako dobry kompan i pomocnik. Miał złote ręce, robił metalowe wanienki dla dzieci, a jeśli ktoś nie miał czym zapłacić, mówił, że jak dziecko dorośnie, to samo mu odpłaci.

Bogdan popatrzył w niebo, słońce już jakiś szmat drogi po błękicie przeszło, odkąd kuzynka go przepędziła z chaty. Czy to nie trwa za długo? Czy Weronika nie męczy się za bardzo? Ich syn szybko przyszedł na świat. W głowie zaczęły mu dźwięczeć ostatnie słowa żony i przeszył go lęk. Nie wyobrażał sobie, żeby w jego życiu mogło zabraknąć Weroniki. Ledwo oboje jako tako otrząsnęli się po śmierci syna oraz teściów i Bogdan nie był gotowy na kolejną tragedię. Był przekonany, że nie potrafiłby się należycie zająć dzieckiem sam, bez żony u boku. Jego świat by się zawalił, a ponownie nie zdołałby go odbudować. Więc jak już, to niech i to dziecko odejdzie wraz z Weroniką — pomyślał, ale w gruncie rzeczy pragnął, by żona i dziecko przeżyli.

Czarne myśli szalały w jego głowie, a przed domem zbierało się coraz więcej ludzi. Nie wiedział, czy to dobrze. Jeśli ziści się najgorszy scenariusz, nie chciałby, żeby tyle ludzi zobaczyło jego nieszczęście i płacz. Był w końcu mężczyzną.

Nagle drzwi do chaty się uchyliły. Kuzynka wyciągnęła dłoń i zawołała Bogdana. Ludzie ucichli, kolejny niedobry znak. Bogdan wszedł do izby ze spuszczoną głową, nie śmiał spojrzeć na żonę. Ale ona żyła, tylko z jej ust płynęły jakieś niezrozumiałe słowa. Gdy podszedł bliżej, usłyszał:

— Nie płacze. Dlaczego ona nie płacze?

Popatrzył na kuzynkę, trzymała zawiniątko i delikatnie nim poruszała. Po chwili wnętrze chaty wypełnił upragniony krzyk.

— Boże drogi! Ale ten dzieciak mnie przestraszył! — Weronika rozpromieniła się, choć po jej twarzy wciąż spływały łzy i widać było ślady udręki, jakie odcisnęły na niej ostatnie godziny. — Żyje! Mówiłam ci, ona musi przeżyć. — Odebrała od kuzynki męża zawiniątko i po raz pierwszy spojrzała w błękitne oczy córki. — Jest taka śliczna.

Bogdan był innego zdania. Dziecko było pomarszczone, zwyczajny mały potworek, wyglądało jak każdy inny człowiek, który ledwo zdążył przyjść na świat. Ale głupstwem było przyznać się do tego żonie, przytaknął, wiedząc, że za jakiś czas ta poczwarka rzeczywiście przeobrazi się w ładne i dorodne niemowlę. Niemniej jednak i on był szczęśliwy, żona żyła, na świecie pojawiło się ich dziecko.

— Przed chatą zrobiło się takie zbiegowisko, jakby na świat przychodziła jakaś księżniczka — powiedział i pogładził Weronikę po wilgotnych włosach.

— Będzie naszą małą księżniczką. Mam już dla niej imię. Co powiesz na Rozalię?

— Brzmi pięknie. Podoba mi się.

— To po mojej babci. Babcia Rozalia przeżyła całe życie w Chorochoryniu. Nigdy nie musiała się tułać i była bardzo szczęśliwa. W dodatku żyła długo. Nasze dziecko nie mogłoby otrzymać lepszego imienia. Jestem pewna, że czeka ją podobne życie, jakie miała babcia. W końcu jest już po wojnie. Nic złego nie może się przytrafić.

— Machów to piękne miejsce, w którym można przeżyć całe życie. Niech więc i tak będzie — dodał Bogdan.

— Co z ludźmi na zewnątrz? Pewnie czekają, więc trzeba im coś powiedzieć — zauważyła Weronika.

Bogdan odsunął się od żony i skierował się w stronę wyjścia, ale żona go zatrzymała:

— Podejdź. Weź ją najpierw na ręce. Niech i ojca poczuje, w końcu oboje ją będziemy prowadzić przez życie, zanim dorośnie.

Mężczyzna przejął rozedrgane zawiniątko ze wzruszeniem. Jeszcze przed chwilą jej nie było, teraz dziewczynka drobnymi paluszkami chwyta powietrze. Zaczyna swoją drogę na tym świecie i oby była długa oraz szczęśliwa, bez zawiłych zakrętów, ślepych uliczek. Już oni o to zadbają. Oddając ją żonie, nie mógł się nadziwić cudowi narodzin.

— Teraz powiedz o niej ludziom. Niech już dłużej nie czekają — dodała Weronika i oparła się o poduszkę.

Bogdan posłuchał żony i wyszedł przed chatę.

Nie potrafił ukryć radości, więc zebrani od razu również wpadli w wesołość. Najpierw rozległy się gromkie brawa, po czym zaintonowano „Sto lat”. Dla tych ludzi nowe życie też było zwiastunem pomyślności. Kończą się mroczne czasy i nastają lepsze lata. Naprawdę chcieli w to wierzyć. A nic tak nie budzi nadziei jak nowe pokolenie.

— Dziewczynka! Mam córkę. Będzie miała na imię Rozalia — ogłosił z dumą Bogdan, kiedy ucichły śpiewy i oklaski. Poniesiony entuzjazmem dodał: — Jak tylko ustalimy z miechocińskim księdzem datę chrzcin, zapraszam wszystkich. Będziemy świętować!

Mężczyźnie przez głowę przeszła myśl, że termin trzeba ustalić jak najszybciej. Dziecko wyglądało na zdrowe, ale różnie w dzisiejszych czasach bywa. Lepiej pospieszyć się z chrztem, żeby na wszelki wypadek… Kolejne myśli przegonił z głowy, zanim zdążyły się w niej rozgościć na dobre. Fakt jednak był niezaprzeczalny, dzieci teraz rodzi się dużo, ale też sporo powiększa grono aniołków, nawet nim zdążą wymówić choć jedno słowo.

Ludzie jeszcze przez chwilę wiwatowali i zaczęli się rozchodzić. Bogdan wrócił do chaty. Przy żonie znów była kuzynka i ocierała jej pot z czoła.

— Musi odpocząć. To nie był łatwy poród — powiedziała do Bogdana, a ten przytaknął.

— Poczekaj jeszcze trochę — odezwała się Weronika. — Muszę ci coś powiedzieć.

— Odpocznij. Obie jesteście zmęczone. — Wskazał na półprzymknięte powieki córeczki. — To może zaczekać.

— Nie może. Teraz chcę ci to powiedzieć. Potem odpoczniemy. Obiecuję.

Mężczyzna przysiadł na skraju łóżka i wsłuchał się w słowa żony:

— To chyba już czas. Nie możemy dłużej zwlekać. Drugi rok mieszkamy kątem u twojej rodziny. Do Chorochorynia też nie możemy wrócić. Tam już nie Polska. Możemy wreszcie pomyśleć o własnym lokum. Ustaliliśmy, że tu zostaniemy, Machów stanie się naszym nowym Chorochoryniem, ale jeśli tak ma się stać, musimy zbudować swój dom.

W serce Bogdana po raz drugi tego dnia wlała się fala nadziei. Jakiś czas temu nieśmiało przebąkiwał o tym, że można w końcu pomyśleć o budowie, wojna się przecież skończyła. Ale Weronika ciągle żyła w niepewności i w pewnym zawieszeniu pomiędzy przeszłym życiem a teraźniejszością. Wciąż obawiała się, że zło wróci i znowu trzeba będzie się tułać. Zwłaszcza że wyzwalanie przez Armię Czerwoną ziem polskich nierzadko przypominało barbarzyńskie akty, więc rządy polskie, ale pod wpływem rosyjskich, wydawały się niczego dobrego nie wróżyć. Ciągle powtarzała, że trzeba jeszcze zaczekać. Mężczyzna ucieszył się, że i żona wreszcie dostrzegła jakieś perspektywy na przyszłość.

— Pora odkopać oszczędności w sadzie i kupić kawałek ziemi — zadecydowała.

W tym całym wołyńskim szaleństwie i nieszczęściu Machom udało się uratować nie tylko życie. Stary Ukrainiec ich ostrzegł, a młode ukraińskie małżeństwo, które oparło się złu, dużo wcześniej zgodziło się przechować oszczędności Weroniki i Bogdana. Oddali je, gdy Machowie uciekali. Potem Bogdan zakopał je w sadzie kuzynki tak, jak to robiło większość Machowiaków, chcąc coś przed okupantami uratować.

— Stara Królikowska mogłaby nam część ziemi odsprzedać. Chodziłem, podpytywałem. Nie daje rady z gospodarką, mimo że czasami ktoś jej pomoże. W większości za pomoc musi zapłacić. Pewnie też długo już nie pożyje…

— Ładnie tam. I sad też ma.

— Pałac wam tam wybuduję!

— Skoro los podarował nam Rozalię, to znaczy, że będzie już dla nas łaskawy. Dziecko zawsze wszystko zmienia. Mamy dla kogo żyć, Bogdan. To dobry moment, żeby zbudować dom i wreszcie uwierzyć, że tułaczka się skończyła — powiedziała Weronika i zamknęła oczy.

Rozalię też najwidoczniej pierwsze chwile na świecie zmęczyły, bo również usnęła.

— Dobry moment, dobry czas… — potwierdził mężczyzna i zaczął planować kolejne dni, które miały zadecydować o przyszłości.

Spis treści

Okładka

Strona Tytułowa

Strona redakcyjna

Motto/Dedykacja

Prolog

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie