Vengeful. Mściwi - V.E. Schwab - ebook

Vengeful. Mściwi ebook

V.E. Schwab

4,3

Opis

Przed wami przesycona supermocami konfrontacja niezwykłych umysłów opanowanych niepohamowaną żądzą zemsty. Bestsellerowa autorka i zwyciężczyni Goodreads Choice Awards, V.E. Schwab, powraca z ekscytującą kontynuacją Nikczemnych.

Marcella Riggins nie potrzebuje nikogo. Po szybkim otrząśnięciu się ze spotkania ze śmiercią nareszcie zyskuje władzę, o której zawsze marzyła. Wykorzystuje swoją nowo nabytą moc, aby rzucić miasto Merit na kolana! Zbierając sprzymierzeńców, nie przepuści okazji, by zniszczyć dwóch najbardziej niesławnych PonadPrzeciętnych – Victora Vale’a i Elia Evera. Wszystko to, by stać się najpotężniejszą kobietą chodzącą po Ziemi. Scena Merit znowu zostanie ustawiona i przygotowana na finałowe, ostateczne i brutalne starcie. Kto przetrwa tę rozgrywkę i dopełni zemsty?

Magneto i profesor X. Superman i Lex Luthor. Victor Vale i Eli Ever. Sydney i Serena Clarke. Te postacie dowodzą, że najsilniejsze więzi mogą być początkiem najgorszych konfliktów

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 563

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (199 ocen)
98
62
33
5
1
Sortuj według:
Abeloya

Nie oderwiesz się od lektury

Lepiej bawiłam się przy pierwszym tomie, ale jest to kwestia bardzo subiektywna. Książka genialna, świat wykreowany bardzo dobrze tak samo jak rozbudowanie charakterów. Faktycznie nie da się od niej oderwać. Zdecydowanie polecam te pozycję!
00
91amelia1991

Nie oderwiesz się od lektury

Nieco gorsza niż pierwsza część, ale nadal zasługuje na 5 gwiazdek
00

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Vengeful

 

Copyright © 2018 by Victoria Schwab

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Maciej Studencki, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Will Staehle

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Daria Górecka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

ISBN 978-83-66431-69-0

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Mamy, Holly i Miriam,

najsilniejszych kobiet, jakie znam

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy szukasz zemsty,

wykop dwa groby.

Jeden z nich – dla siebie

 

– Douglas Horton

 

 

 

 

 

 

 

 

Genesis

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SZEŚĆ TYGODNI WCZEŚNIEJ

PRZEDMIEŚCIA MERIT

 

 

 

 

W wieczór swojej śmierci Marcella przygotowała mężowi jego ulubione danie.

Nie z jakiejś specjalnej okazji, ale właśnie dlatego, że jej nie było. Niektórzy twierdzili, że w miłości spontaniczność to podstawa. Marcella nie była pewna, czy to prawda, ale postanowiła spróbować czegoś nowego i przyrządzić domowy posiłek. Nic specjalnie wyrafinowanego – solidny stek, obsmażany w czarnym pieprzu, pieczone bataty, a do tego butelka merlota.

Tymczasem zegar wybił szóstą. Mijały kolejne kwadranse, a Marcus nie wracał.

Marcella odstawiła kolację do piekarnika, by nie wystygła, a potem stanęła przed lustrem w hallu i sprawdziła makijaż. Rozpuściła długie czarne włosy, poprzednio spięte w kok, i ułożyła je znów tak jak poprzednio, zostawiając parę luźnych kosmyków, po czym wygładziła elegancki strój. Ludzie często nazywali ją „naturalną pięknością”, ale w rzeczywistości natura dała jej tylko solidne podstawy. Tak naprawdę Marcella spędzała dwie godziny dziennie na siłowni przez sześć dni w tygodniu, ćwicząc, napinając i rozciągając każdy mięsień swojego smukłego ciała, i nigdy nie opuszczała sypialni bez starannego makijażu. Nie było to łatwe, podobnie jak związek z Marcusem Andoverem Rigginsem, lepiej znanym jako Rekin Riggins, prawą ręką Tony’ego Hutcha.

Nie było to łatwe, ale warte zachodu.

Jej matka lubiła powtarzać, że Marcella wybrała się na połów i udało jej się wyciągnąć grubą rybę, prawdziwego żarłacza. Matka nie wiedziała, że Marcella zarzuciła wędkę z myślą o tej właśnie zdobyczy – i złapała dokładnie takiego faceta, jakiego chciała.

Obcasy jej wiśniowych szpilek zastukały po parkiecie, a po chwili ich dźwięk stłumił jedwabny dywan. Skończyła układać zastawę na stole i zapaliła wszystkie dwadzieścia cztery świeczki w dwóch żelaznych kandelabrach, stojących po obu stronach drzwi.

Marcusowi się nie podobały, ale to akurat Marcelli kompletnie nie obchodziło. Uwielbiała długie trzony i rozgałęziające się ramiona kandelabrów – wyglądały podobnie do świeczników z francuskich zamków. Stanowiły widoczną oznakę luksusu i sprawiały, że nowobogaccy mogli poczuć się częścią starej elity.

Zerknęła na zegarek – dochodziła siódma – lecz oparła się pokusie, by zadzwonić do męża. Najlepszym sposobem, by zgasić płomień gniewu, było zduszenie go w zarodku. Poza tym Marcus zawsze traktował interesy priorytetowo.

Marcella nalała wina do swojego kieliszka i stanęła przy kontuarze, wyobrażając sobie, jak silne dłonie męża zaciskają się na czyimś gardle, Marcus wpycha komuś głowę pod wodę lub łamie mu szczękę. Pewnego razu wrócił do domu z krwią na rękach. Pieprzyli się dokładnie tu, na marmurowej wyspie w kuchni. Pistolet wciąż miał w kaburze. Stalowa kolba obijała jej się o żebra.

Ludzie sądzili, że Marcella kocha męża pomimo jego pracy. Tymczasem kochała go właśnie ze względu na nią.

Z siódmej zrobiła się jednak ósma, a potem wskazówka zbliżyła się do dziewiątej. Podniecenie Marcelli powoli opadło, ustępując irytacji, a gdy frontowe drzwi w końcu się otworzyły, wybuchła prawdziwą wściekłością.

– Przepraszam, kochanie.

Głos zawsze mu się zmieniał, gdy wypił; zaczynał wówczas leniwie przeciągać głoski. Tylko po tym można się było domyślić, że nadużył alkoholu. Nigdy się nie zataczał ani nie potykał, nie trzęsły mu się ręce. Nie, Marcus Riggins był twardszy niż inni – co nie oznaczało, że jest pozbawiony wad.

– W porządku – odpowiedziała Marcella. W jej głosie zabrzmiał gniew, więc zganiła się w myślach za brak opanowania. Odwróciła się do kuchenki, ale mąż złapał ją za rękę i pociągnął mocno, aż straciła równowagę. Złapał ją w porę i przycisnął do siebie, tak że musiała spojrzeć mu prosto w twarz.

Jasne, trochę przytył, podczas gdy Marcella nieco zeszczuplała. Nadal miał muskularne ciało pływaka, choć z każdym rokiem przybierał w talii, lecz jego ciemnoblond włosy wciąż były gęste, a oczy granatowe niczym głębia jeziora. Marcus zawsze wyglądał świetnie, ale jego żona nie była pewna, ile z tego zawdzięczał doskonale skrojonym garniturom. Możliwe, że wynikało to ze sposobu, w jaki szedł przez świat, jakby oczekiwał, że wszyscy usuną mu się z drogi. Zwykle tak właśnie się działo.

– Jesteś cudowna – wyszeptał, a Marcella poczuła, jak przyciska ciało do jej biodra, okazując jej pożądanie. Nie była jednak w nastroju.

Przesunęła paznokciami po świeżym zaroście na jego policzkach.

– Jesteś głodny, słońce?

– Zawsze – wymruczał przy jej szyi.

– Świetnie – odparła, cofając się o krok i wygładzając sukienkę. – Kolacja gotowa.

 

 

Paciorek czerwonego merlota spłynął niczym kropla potu po szkle uniesionego kieliszka, zmierzając ku śnieżnobiałemu obrusowi. Marcella nalała sobie za dużo wina, a do tego ręce jej się trzęsły z wściekłości. Marcus wydawał się nie zauważać plamy. Ani w ogóle niczego.

– Za moją przepiękną żonę!

Nigdy się nie modlił przed posiłkami, ale zawsze wznosił taki toast. Robił to od dnia, w którym się poznali. Nie miało znaczenia, czy siedzieli przy stole sami, czy też w towarzystwie dwudziestu innych osób. Z początku uważała to za urocze, ale teraz ten gest wydał jej się pusty i wyuczony. Wykonywany, by oczarować widza, ale w rzeczywistości daleki od czarującego. Mimo to Marcus zawsze wypowiadał te słowa. Być może okazywał jej w ten sposób miłość – a może robił to tylko z przyzwyczajenia.

Marcella także uniosła kieliszek.

– Za mojego eleganckiego męża! – odpowiedziała automatycznie.

Już miała upić pierwszy łyk, kiedy zauważyła plamę na mankiecie koszuli Marcusa. W pierwszej chwili pomyślała, że to tylko krew, ale smuga miała zbyt jasną, zbyt różową barwę.

Szminka.

Jej umysł zalały wspomnienia wszystkich rozmów z zamężnymi przyjaciółkami.

„Ogląda się już za młodszymi?”

„Często mu robisz dobrze?”

„Wszyscy faceci to świnie!”

Marcus pracowicie odcinał kawałki steku i rozwlekle opowiadał o ubezpieczeniach, ale Marcella już go nie słuchała. Widziała oczami wyobraźni, jak jej mąż wodzi kciukiem po uszminkowanych ustach innej kobiety, rozchylając jej wargi.

Zacisnęła palce na nóżce kieliszka. Poczuła, że rumieni się z wściekłości, podczas gdy żołądek ściskały jej stalowe kleszcze.

– Co za pierdolona sztampa! – wypaliła.

Jej mąż nadal przeżuwał stek.

– Słucham?

– Twój mankiet.

Jego wzrok powoli powędrował w dół, w kierunku różowej plamy. Nie miał nawet tyle przyzwoitości, by udawać zaskoczonego.

– Musi być twoja – skomentował, tak jakby kiedykolwiek używała szminki w podobnym odcieniu! Jakby kiedykolwiek miała w kosmetyczce coś tak tandetnego! Coś, co wybrałaby może nastoletnia zdzira…

– Kim jest ta kobieta?

– No naprawdę, Marce…

– Mów, kto to! – zażądała i z wściekłości zgrzytnęła idealnie białymi zębami.

Marcus w końcu odłożył sztućce i odchylił się w fotelu, mierząc ją wzrokiem.

– Nikt.

– Czyli pieprzysz się z duchem?

Przewrócił oczami, najwyraźniej znudzony tematem, co zakrawało na ironię, jeżeli wzięło się pod uwagę, jak zajmowały go zwykle wszystkie sprawy dotyczące jego osoby.

– Marcella, nie do twarzy ci z zazdrością.

– Dwanaście lat razem, Marcus. Dwanaście. I nagle nie potrafisz utrzymać fiuta w spodniach?

Przez jego twarz przemknął grymas zaskoczenia, a Marcella raptem wszystko zrozumiała. Prawda walnęła ją jak obuchem: oczywiście, że nie zdradził jej po raz pierwszy. Tylko po raz pierwszy dał się przyłapać.

– Od dawna? – zapytała lodowatym tonem.

– Zostaw to, Marce.

Zostaw to. Tak jakby zdrada była tematem jak każdy inny, który można podjąć w trakcie niedbałej konwersacji i z łatwością porzucić.

Nie chodziło tylko o zdradę – Marcella potrafiła wiele wybaczyć, żeby żyć dalej na takim samym poziomie – ale również o wyraz oczu innych kobiet, który zawsze brała za objaw zazdrości, o cyniczne ostrzeżenia byłych żon, o drgający w uśmiechu kącik ust tej czy tamtej… Właśnie zdała sobie sprawę, że wszystkie one wiedziały, i to od Bóg wie jak dawna, a ona nie.

„Zostaw to”?

Marcella odstawiła kieliszek i podniosła nóż do steków. Na ten widok jej mąż miał czelność parsknąć szyderczym chichotem. Zachował się tak, jakby nie wiedziała, jak posłużyć się takim ostrzem; jakby nie słuchała tych jego historii, nie błagała o szczegóły; jakby po pijaku nie opowiadał wyczerpująco o swojej pracy; jakby nie ćwiczyła z poduszką. I torbą mąki. I stekami.

Marcus uniósł brew.

– I cóż teraz zrobisz? – zadał pytanie, a jego głos ociekał wyższością. Jak głupio musiała wyglądać w jego oczach teraz, kiedy jej palce o nienagannie umalowanych paznokciach zaciskały się na oznaczonej monogramem rękojeści noża! – Coś ty, laleczko? – rzucił zalotnie, a określenie to sprawiło, że Marcella zakipiała gniewem.

„Laleczka”. „Mała”. „Kochanie”. Czy po dwunastu latach małżeństwa naprawdę myślał o niej w ten sposób? Czy postrzegał ją jako słabą, kruchą, bezradną dziewczynkę, którą trzymał dla ozdoby? Porcelanową figurkę, której zadaniem było lśnić, błyszczeć i wyglądać ładnie na półce?

Kiedy stało się jasne, że Marcella nie odpuści, twarz jej męża sposępniała.

– Nie celuj we mnie tym nożem, chyba że rzeczywiście chcesz go użyć…

Być może naprawdę była laleczką z porcelany.

Ale kruchą tylko do chwili, kiedy się stłucze.

Bo wtedy naokoło jest już pełno ostrych odłamków.

– Marcella…

Rzuciła się naprzód, z przyjemnością dostrzegając niedowierzanie w oczach męża. Jego bourbon rozlał się szeroką strugą, gdy odepchnął się od stołu w uniku. Ostrze Marcelli ledwie musnęło jego krawat, ale pięść Marcusa trafiła ją prosto w usta. Poczuła krew na języku, a do oczu napłynęły jej łzy. Przetoczyła się po dębowym blacie, miażdżąc talerze i półmiski.

Wciąż miała w dłoni nóż, lecz Marcus zdążył złapać ją za nadgarstek i przycisnąć go do stołu tak mocno, że usłyszała chrzęst kości.

Stosował już wobec niej przemoc, ale zawsze działo się to w porywie chwili, za milczącą obopólną zgodą, a ona pierwsza dawała sygnał do startu.

Tym razem było inaczej.

Marcus był stukilowym, brutalnym facetem, który zarabiał na życie, niszcząc rzeczy i ludzi. Cmoknął teraz sceptycznie, tak jakby wystawiła się właśnie na pośmiewisko. Jakby przesadziła. Jakby to ona doprowadziła go do tego, że pieprzył się z inną kobietą – i zniszczył to wszystko, nad czym tak ciężko pracowała jego żona.

– Ach, Marce, jak ty doskonale wiesz, co mnie wkurza.

– Puść mnie! – syknęła.

Pochylił się ku niej, pogładził ją po włosach i delikatnie objął dłonią jej twarz.

– Tylko jeśli obiecasz zachowywać się grzecznie.

Uśmiechał się teraz. Uśmiechał! Tak jakby to była kolejna gierka.

Marcella napluła mu w twarz śliną zmieszaną z krwią.

Jej mąż westchnął głęboko, tak jakby zachowywał cierpliwość resztką sił. A potem walnął ją tak, że uderzyła skronią o dębowy blat.

Świat wokół Marcelli zniknął nagle w białym błysku. Nie pamiętała upadku ze stołu, ale kiedy odzyskała wzrok, leżała z potwornie bolącą głową na jedwabnym dywanie obok krzesła. Próbowała wstać, lecz pokój zakołysał się niebezpiecznie. Poczuła w gardle żółć, przetoczyła się na bok i zwymiotowała.

– Powinnaś była odpuścić – stwierdził Marcus.

Krew zalała jej oko, sprawiając, że cała jadalnia nagle poczerwieniała. Jej mąż złapał tymczasem najbliższy kandelabr.

– Nigdy mi się nie podobały – oznajmił, wywracając świecznik.

Jedwabne zasłony zajęły się ogniem, jeszcze zanim kandelabr uderzył o podłogę.

Marcella podniosła się z wysiłkiem na czworakach. Czuła, jakby otaczała ją głęboka toń, w której mogła poruszać się tylko wolno, bardzo wolno.

Marcus stał w drzwiach i patrzył na nią. Nic więcej.

Nóż do steków lśnił na parkiecie. Zmusiła się, żeby po niego sięgnąć przez powietrze ciężkie od dymu. Niemal jej się to udało, kiedy coś rąbnęło ją gwałtownie od tyłu. To Marcus przewrócił drugi kandelabr, który upadł, przyszpilając ją żelaznymi ramionami do podłogi.

Ogień rozprzestrzeniał się niepokojąco szybko, przeskakując z zasłon na kałużę rozlanego bourbona, a potem na obrus i dywan. Płomienie trzaskały już w całym pokoju.

Przez ogień i dym usłyszała głos męża:

– A tak nam dobrze szło, Marce.

Pierdolony kutas. Tak jakby cokolwiek w ich życiu było jego pomysłem, działo się za jego sprawą!

– Beze mnie jesteś niczym – powiedziała bełkotliwie. – To ja cię stworzyłam – dodała i natężyła mięśnie, by uwolnić się spod kandelabru. Nie poruszył się. – I to ja cię zniszczę!

– Ludzie przed śmiercią mówią mnóstwo rzeczy, kochanie. Słyszałem już wszystko.

Gorąco wypełniło pokój, docierając do jej płuc i głowy. Rozkaszlała się, nie mogąc złapać oddechu.

– Zniszczę cię.

Nie było odpowiedzi.

– Słyszysz mnie, Marcus?

Nic. Milczenie.

– Zniszczę cię!

Skrzeczała te słowa w kółko, mimo podrażnionego gardła, aż dym przesłonił jej widok i zdławił głos. Mimo to nadal odbijały się echem w jej głowie, towarzysząc w drodze na dół, coraz niżej, niżej i niżej, ku ciemności.

„Zniszczę cię!”

„Zniszczę!”

„Znisz…”

„Zni…”

 

 

Funkcjonariusz Perry Carson przez ostatnią godzinę bezskutecznie próbował przejść dwudziesty siódmy poziom gry Radical Raid. Wysiłki przerwał mu dźwięk zapuszczanego silnika. Podniósł wzrok i dostrzegł eleganckiego czarnego sedana Marcusa Rigginsa, wyjeżdżającego z wyłożonego płytami podjazdu przed posesją. Samochód ruszył z rykiem silnika, dobre trzydzieści na godzinę ponad obowiązujący na przedmieściach limit prędkości, lecz Perry nie pracował w drogówce. Gdyby nawet tak było, to nie spędził ostatnich trzech tygodni na tym zadupiu, żywiąc się tłustym śmieciowym jedzeniem, tylko po to, by przymknąć Marcusa za tak błahe wykroczenie.

O nie, Wydział Policji Merit potrzebował poważniejszych dowodów, które dałoby się obronić przed sądem – i obciążających nie tylko Rekina Rigginsa. Chcieli zarzucić sieć również na inne grube ryby, pływające w mętnej wodzie przestępczego oceanu tego miasta.

Perry zapadł z powrotem w zniszczony skórzany fotel i wrócił do gry. Udało mu się w końcu przejść dwudziesty siódmy poziom… a zaraz potem poczuł dym.

Pewnie jakiś dupek palił bez pozwolenia ognisko nad basenem. Carson wytężył wzrok, spoglądając przez okno. Zrobiło się już późno, było wpół do dziesiątej. Tak daleko od centrum Merit niebo wydawało się smoliście czarne, a w ciemności trudno było dostrzec kłęby dymu.

Ale ogień było widać znakomicie.

W chwili, gdy płomienie rozświetliły frontowe okna posiadłości Rigginsów, policjant zdążył już wyskoczyć z samochodu i biegł przez ulicę, wzywając posiłki. Frontowe drzwi nie były, dzięki Bogu, zamknięte na klucz, więc otworzył je szeroko, układając w myślach usprawiedliwienie do raportu. Napisze, że były już otwarte i usłyszał przez nie wołanie o pomoc, chociaż tak naprawdę dobiegał go tylko trzask płonącego drewna i szum płomieni buchających z korytarza.

– Policja! – krzyknął prosto w kłęby dymu. – Jest tam kto?!

Zauważył wcześniej, że Marcella Riggins przyjechała do domu, ale nie widział, żeby z niego wyjeżdżała. Sedan Marcusa przejechał koło niego szybko, ale nie aż tak, żeby nie dostrzegł pustego miejsca pasażera.

Rozkaszlał się i zasłonił usta rękawem. Z oddali dobiegł go dźwięk syren. Wiedział, że powinien zostać na zewnątrz i zaczekać tam, gdzie powietrze było czyste i chłodne, gdzie nic mu nie zagrażało.

Ale wtedy skręcił za róg i zobaczył ciało uwięzione pod żelaznym świecznikiem rozmiaru wieszaka na ubrania. Świeczki dawno się już stopiły, lecz Perry rozpoznał w tym kształcie kandelabr. Kto, u licha, ma w domu kandelabry tej wielkości?!

Perry sięgnął do kutego trzonu i gwałtownie cofnął dłoń – prawie się poparzył. Zaklął pod nosem. Rozgrzane żelazne ramiona przepaliły już sukienkę Marcelli tam, gdzie jej dotykały. W tych miejscach widać było czerwoną, spaloną skórę, ale kobieta nie płakała ani nie krzyczała.

Leżała tylko nieruchomo, z zamkniętymi oczami, a po skroni spływała jej krew, sklejając czarne włosy.

Poszukał tętna i znalazł je – słabe i zanikające. Tymczasem płomienie stawały się coraz gorętsze, a dym – coraz gęstszy.

– Cholera, cholera, cholera – mamrotał Perry, rozglądając się po pokoju, podczas gdy syreny wyły już całkiem blisko domu. Wylał wodę z dzbanka na serwetkę, owinął ją wokół dłoni i złapał trzon kandelabru. Mokry materiał syczał i parował, a gorący metal zaczął parzyć jego dłonie przez płótno, gdy ze wszystkich sił próbował unieść świecznik. W końcu zdołał tego dokonać, a potem odtoczył spod niego ciało Marcelli. Hall wypełnił się głosami tych, którzy wpadli właśnie do domu. – Tutaj! – wyrzęził, dusząc się dymem.

Dwóch strażaków przedarło się przez ciemne kłęby, gdy coś w suficie jęknęło i żyrandol runął, by rozbić się na stole, który pękł i się rozpadł. Strzeliły iskry i płomienie. W następnej chwili jeden ze strażaków ciągnął półprzytomnego Perry’ego przez hall płonącej posiadłości.

Drugi strażak podążał za nimi z bezwładnym ciałem Marcelli na ramieniu.

Przed dom zdążyły już zajechać ciężkie wozy strażackie, demolując starannie wypielęgnowany trawnik, a podjazd rozświetlały pulsujące niebieskie światła karetek.

Tymczasem cały budynek stał już w płomieniach. Przypieczona ręka swędziała Perry’ego, płuca go paliły, ale nie zwracał na to uwagi. Obchodziło go tylko jedno: ocalić życie Marcelli Riggins. Tej samej, która zawsze uśmiechała się nieśmiało i dyskretnie machała do obserwujących ją policjantów. Marcelli, która nigdy, przenigdy nie doniosłaby na swojego męża gangstera.

Rana na jej skroni, płomienie ogarniające dom i pospieszna ucieczka jej męża wydawały się jednak sugerować, że mogłaby zmienić zdanie w kwestii zeznań. A Perry nie miał zamiaru zmarnować takiej okazji.

Węże posyłały strumienie wody prosto w ogień, Perry zdjął maskę tlenową, a teraz kaszlał i pluł, patrząc, jak dwóch ratowników układa Marcellę na noszach.

– Nie oddycha – stwierdził jeden, rozcinając jej suknię.

Policjant potruchtał za nimi.

– Brak tętna – powiedział drugi i rozpoczął reanimację.

– To je przywróćcie! – krzyknął Perry, wsiadając do ambulansu. Potrzebował żywego świadka; trup nie mógł przecież zeznawać przed sądem.

– Saturacja spada – ostrzegł pierwszy, zakładając na twarz Marcelli maskę tlenową. Cała była rozpalona, więc drugi ratownik wyciągnął zimne żelowe okłady z podręcznej lodówki i zaczął rozkładać je na jej skroniach, szyi i nadgarstkach. Wręczył ostatni pakunek Perry’emu, który niechętnie go przyjął.

Na ekranie przenośnego elektrokardiografu było widać wykres pracy serca Marcelli – płaską, prostą, nieruchomą linię.

Karetka ruszyła na sygnale. Płomienie szybko znikały za oknem tylnych drzwi. Perry spędził przed tym domem trzy tygodnie, od trzech lat próbował przygwoździć gang Tony’ego Hutcha. Los zesłał mu teraz idealnego świadka, toteż Perry nie miał zamiaru oddać go bez walki.

Trzeci ratownik próbował opatrzyć poparzoną rękę policjanta, lecz ten wyrwał mu ją niecierpliwie.

– Skupcie się na niej – rozkazał.

Dźwięk syren rozcinał noc. Trzej mężczyźni starali się ze wszystkich sił zmusić płuca Marcelli, by zaczęły oddychać, a serce – by wznowiło pracę. Próbowali wzniecić na nowo płomień życia.

Jednak ich zabiegi nie dawały rezultatu.

Marcella leżała na noszach, bezwładna i nieżywa, a w sercu Perry’ego powoli gasła ostatnia iskra nadziei.

Aż nagle, pomiędzy jednym uciśnięciem klatki a drugim, straszna nieruchoma linia na ekranie drgnęła, skoczyła i zaczęła wznosić się i opadać w normalnym rytmie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zmartwychwstanie

 

 

 

 

 

I

 

 

 

CZTERY TYGODNIE WCZEŚNIEJ

HALLOWAY

 

 

 

 

– Nie poproszę po raz drugi – ostrzegł Victor Vale. Mechanik cofał się w popłochu w głąb warsztatu – tak jakby kilka metrów robiło jakąkolwiek różnicę. Victor, podążając za nim wolno i nieustępliwie, obserwował, jak jego rozmówca cofa się w róg pomieszczenia.

Jack Linden miał czterdzieści trzy lata, na twarzy kilkudniowy zarost, smar pod paznokciami. Victora sprowadził tu jego nadnaturalny talent naprawiania różnych rzeczy.

– Już ci mówiłem – tłumaczył Linden, podskakując nerwowo, gdy jego plecy dotknęły na wpół złożonego silnika. – Nie potrafię tego zrobić…

– Nie kłam! – ostrzegł go Victor.

Zacisnął palce na kolbie pistoletu. Powietrze wokół niego zaczęło wibrować energią.

Linden zadygotał, zagryzając wargi.

– Naprawdę nie umiem! – wykrzyknął. – Naprawiam tylko samochody! Składam do kupy silniki, nie ludzi. Samochody są proste: śruby, nakrętki i przewody paliwowe. To maszyny, włącza się je i wyłącza. Ludzie to coś więcej, o wiele więcej!

Victor nie wierzył w ani jedno słowo mechanika. Ludzie byli być może bardziej zróżnicowani i skomplikowani, ale w gruncie rzeczy ich organizmy niczym nie różniły się od maszyn. Każdy z nich działał lub nie, psuł się i nadawał do remontu. Prawie każdego można było naprawić.

Zamknął oczy, oceniając napięcie prądu wewnątrz ciała. Elektryczność krążyła już w jego mięśniach, przenikała jego kości i kipiała w klatce piersiowej. Uczucie było nieprzyjemne, ale nawet nie w połowie tak okropne jak to, co się działo, kiedy napięcie osiągało szczyt.

– Przysięgam – zaklinał się Linden. – Pomógłbym ci, gdybym tylko potrafił! – dodał, ale Victor usłyszał, jak mechanik się przesuwa i grzebie na ślepo w narzędziach rozrzuconych po warsztacie. – Musisz mi uwierzyć… – wymamrotał, a jego dłoń chwyciła coś metalowego.

– Wierzę – powiedział Victor, otwierając raptownie oczy, gdy Linden rzucił się w jego kierunku z wielkim kluczem nasadowym w dłoni… jednak w połowie dystansu ciało mechanika zwiotczało i stanęło, tak jakby powstrzymało je szarpnięcie niewidzialnej liny. Victor uniósł pistolet i strzelił Lindenowi w głowę.

Huk wystrzału odbił się echem od ścian warsztatu, od betonu i stali. Mechanik upadł na podłogę.

„Co za rozczarowanie”, pomyślał Victor. Krew zaczęła rozlewać się coraz większą kałużą na betonowej posadzce.

Schował broń i odwrócił się w kierunku wyjścia, ale zdążył przejść zaledwie trzy kroki, kiedy ostry ból uderzył w niego pierwszą, nagłą falą. Zatoczył się tak mocno, że musiał chwycić się karoserii jednego z samochodów, czując, jak cierpienie rozrywa mu pierś.

Pięć lat temu wystarczyłoby przekręcić wewnętrzny wyłącznik, pozbawiający nerwy prądu, żeby uciec od nieznośnych męczarni.

Teraz jednak nie było ucieczki.

Nerwy Victora zatrzeszczały, a ból zaczął wspinać się w górę skali, powoli i nieubłaganie. Powietrze wibrowało energią, światła nad głową zaczęły nieregularnie migotać, gdy mężczyzna siłą woli wlókł się coraz dalej od zwłok i coraz bliżej stalowej bramy garażu. Próbował skupić się na objawach, sprowadzić je do faktów, statystyki, mierzalnych wartości i…

Prąd – ta mordercza moc – poraził go gwałtownie tak, że Victor się zatrząsł. Wyszarpnął z kieszeni czarny ochraniacz na zęby i zdążył wcisnąć go do ust, zanim kolana załamały się pod nim i ciało nie wytrzymało tortury.

Walczył – jak zawsze – ale kilka sekund później leżał już na plecach. Mięśnie kurczyły mu się boleśnie w coraz szybszych interwałach, a serce starało się nadążyć, ominęło uderzenie, straciło rytm…

A potem umarł.

 

 

 

 

 

II

 

 

 

PIĘĆ LAT WCZEŚNIEJ

CMENTARZ MERIT

 

 

 

 

Victor otworzył oczy. Poczuł podmuch chłodnego powietrza i zobaczył ziemię osypującą się ze ścian grobu oraz blond włosy Sydney, przez które przeświecał księżyc.

Pierwsza śmierć, wiele lat temu, była wyjątkowo bolesna. Cały świat w ostatnich sekundach sprowadzał się do zimnego metalowego stołu, a jego życie wisiało na cienkiej nici, nadwyrężanej przez prąd o coraz wyższym i wyższym napięciu. Wypalało po kolei nerwy Victora, aż ostatecznie załamał się, rozleciał na kawałki i spadł w ciężką, płynną nicość. Umieranie trwało całe wieki, lecz sama śmierć – króciutko, tyle co jeden oddech. Uszło z niego całe powietrze i energia, lecz po chwili wynurzył się znów z ciemnej toni, a każda komórka jego ciała wrzeszczała z bólu.

Druga śmierć Victora przebiegła inaczej. Nie było przewodów pod napięciem ani straszliwej męki – odciął takie doznania na długo przed końcem. Tylko rosnąca kałuża krwi wokół jego kolan, ściskające się serce i nóż, którym dźgnął go Eli, a potem ciemność, przesłaniająca cały świat, podczas gdy powoli tracił świadomość, ześlizgując się w objęcia śmierci tak łagodnie, jakby zasypiał.

A na samym końcu – pustka. Czas ściągnięty w jedną, nieprzerwaną sekundę. Akord idealnej ciszy, trwający w nieskończoność, aż wreszcie przerwany. Zakłócony, podobnie jak kamyk wrzucony do stawu zakłóca spokój nieruchomej tafli wody.

I nagle znów był. Oddychał. Żył.

Victor usiadł, a Sydney zarzuciła mu ręce na szyję. Trwali tak przez dłuższą chwilę – ożywiony trup i dziewczynka klęcząca na trumnie.

– Zadziałało? – zapytała szeptem, a on wiedział, że nie ma na myśli samego wskrzeszenia. Sydney nigdy jeszcze nie udało się wskrzesić osoby PonadPrzeciętnej bez problemów. Wracali do świata żywych, ale inni, a ich moc zwykle nie działała równie skutecznie jak przedtem. Tak jakby śmierć ją popsuła. Victor ostrożnie sprawdził swój umysł, szukając uszkodzonych linii, przerw w dostawie prądu, lecz nie wyczuł niczego. Nic się nie zmieniło. Funkcjonował tak jak przedtem, bez zakłóceń. Powrócił cało.

To było doprawdy niebywałe uczucie.

– Tak – potwierdził. – Zadziałało.

Nad krawędzią wykopu pojawił się Mitch, z gładko ogoloną głową lśniącą od potu i wytatuowanymi przedramionami zabrudzonymi podczas kopania.

– Cześć! – rzucił, wbił łopatę w trawę i pomógł wyjść z wykopu najpierw Sydney, a potem Victorowi.

Dol w niemym powitaniu otarł się o nogę Victora i wepchnął mu wielki, czarny łeb w dłoń.

Ostatni członek ich bandy oparł się ciężko o pobliski nagrobek. Dominik wyglądał jak ćpun w kiepskiej formie. Źrenice miał rozszerzone od leków, którymi usiłował złagodzić swój chroniczny ból. Victor wyczuwał jego nerwy, wrażliwe i sypiące iskrami jak ze zwarcia.

Zawarli sojusz – pomoc eksżołnierza w zamian za złagodzenie jego cierpień. Pod nieobecność Victora Dominik najwyraźniej nie był w stanie dotrzymać swojej części umowy. Teraz jednak wskrzeszony PonadPrzeciętny w ułamku sekundy sprawił, że były żołnierz przestał cierpieć. Dominik zatoczył się do tyłu, a napięcie zniknęło z jego twarzy niczym starty chusteczką pot.

Victor podniósł łopatę i wyciągnął ją w kierunku młodszego mężczyzny.

– Wstawaj.

Dominik posłuchał, kręcąc głową na wszystkie strony, by rozluźnić kark. Zerwał się na równe nogi i wszyscy czworo zaczęli zasypywać pusty grób.

 

 

Dwa dni.

Victor był martwy przez dwa dni.

Niepokojąco długo. Dość długo, by ciało zaczęło się powoli rozkładać. Inni przez ten czas gnieździli się w mieszkaniu Dominika: dwóch mężczyzn, dziewczynka i pies, czekając, aż Victor zostanie pochowany.

– Mieszkam raczej skromnie – uprzedził Victora gospodarz, otwierając frontowe drzwi. Znajdowały się za nimi zagracony pokoik ze zniszczoną sofą, betonowy balkon i kuchnia pełna brudnych naczyń. Było to tymczasowe rozwiązanie większego problemu, a Victor nie był jeszcze w stanie stawić czoła przyszłości. Na butach wciąż miał cmentarną ziemię, a w ustach – smak niedawnej śmierci.

Potrzebował prysznica.

Dominik poprowadził go przez pokój – wąski i ciemny, z pojedynczą półką, na której leżały książki, medale i fotografie. Na parapecie stało dużo pustych butelek. Zbyt dużo.

Żołnierz wygrzebał skądś czystą czarną bluzę z logo jakiegoś zespołu rockowego. Victor uniósł brwi.

– Z czarnych mam tylko taką – usprawiedliwił się Dominik.

Włączył światło w łazience i wycofał się, pozostawiając Victora samego.

Ten rozebrał się, z obrzydzeniem zdejmując z siebie ubranie, w którym został pochowany – a którego nie rozpoznawał i na pewno sam nie kupił – i stanął przed lustrem, badawczo oglądając nagą pierś i ramiona.

Znajdowało się na nich wiele blizn – o, jak wiele! – lecz żadna z nich nie pochodziła ze starcia w Falcon Price. Pamięć podsunęła mu wspomnienie strzałów, odbijających się od betonowych, niewykończonych ścian, i podłogi lepkiej od krwi… częściowo należącej do niego, lecz w większości – do Elia. Zapamiętał każdą ranę zadaną tej nocy – płytkie cięcia na brzuchu i ślady pozostawione na nadgarstkach ostrą jak brzytwa metalową linką, a w końcu nóż Elia, wślizgujący się między żebra Victora – ale żadna z nich nie zostawiła śladu na jego ciele.

Moc Sydney była naprawdę wyjątkowa.

Odkręcił kurek prysznica i wszedł pod strumień ukropu, by zmyć ślady śmierci ze skóry. Jeszcze raz sprawdził swoją moc, koncentrując się na wnętrzu, tak jak wiele lat temu, kiedy trafił do więzienia. Wtedy – w izolatce – Victor, nie będąc w stanie sprawdzić swoich umiejętności na nikim innym, użył własnego ciała jako poligonu, poznał granice bólu i dotarł do najdalszych zakątków misternej sieci układu nerwowego. Teraz wziął się w garść i próbował przestawić w myślach suwak wirtualnego regulatora: najpierw w dół, aż nie czuł niczego, a potem w górę, aż do momentu, kiedy dotyk każdej kropli wody na nagiej skórze kłuł go niczym ostry nóż. Zacisnął zęby, by wytrzymać, i przestawił suwak z powrotem na wyjściową pozycję.

Zamknął oczy i oparł czoło o kafelki. Uśmiechnął się do swoich myśli, przywołując z pamięci głos Elia.

„Nie możesz wygrać”.

A jednak!

 

 

W mieszkaniu panowała cisza. Dominik stał na wąskim balkonie, paląc papierosa. Sydney skuliła się na sofie, składając się niczym kartka w origami, podpierając dłonią brodę, a Dol położył się na podłodze koło niej. Mitch siedział przy stole, tasując w kółko talię kart.

Victor objął ich wszystkich spojrzeniem.

„Mam słabość do przybłędów”.

– Co teraz? – zapytał Mitch.

Dwa krótkie słowa.

Nigdy przedtem kilka sylab nie miało tak wielkiej wagi. Przez ostatnie dziesięć lat Victor koncentrował się na zemście. Nigdy nie sięgał wzrokiem poza nią, ale teraz osiągnął cel: Eli gnił w więzieniu, a Victor wciąż tu był. Żywy i w jednym kawałku. Zemsta pochłonęła go bez reszty, lecz kiedy jej dokonał, poczuł się dziwnie. Satysfakcja zniknęła, została pustka.

„Co teraz?”

Mógł ich zostawić. Zniknąć. Tak byłoby najrozsądniej – grupa, zwłaszcza tak dziwna jak oni, przyciągała uwagę, natomiast pojedynczy człowiek mógł przemknąć bez śladu. W dodatku talent Victora pozwalał mu manipulować uwagą ludzi naokoło, wpływać na ich nerwy tak, by wywołać awersję wobec swojej osoby, subtelnie, ale skutecznie. A w dodatku śledczy Stell był przekonany, że Victor Vale nie żyje i został pochowany.

Sześć lat temu Victor poznał Mitcha.

Sześć dni temu poznał Sydney.

Sześć godzin temu – Dominika.

Każde z nich było Victorowi kulą u nogi. Chętnie pozbyłby się obciążenia i porzucił ich.

„Więc odejdź”, pomyślał, ale jego stopy nie zrobiły ani kroku ku drzwiom.

Dominik był najmniejszym problemem. Dopiero co się poznali, a ich sojusz zawiązał się z potrzeby chwili.

Sydney to co innego. Był za nią odpowiedzialny. Wziął na siebie to brzemię, kiedy zabił Serenę. Nie chodziło o sentymenty. To było tak jak w całkowaniu przez podstawienie: nowa zmienna musi zastąpić starą.

A Mitch? Mitcha prześladowała klątwa, sam to przyznawał. Bez przyjaciół zwalisty mężczyzna prędzej czy później skończy z powrotem w więzieniu, prawdopodobnie takim jak to, z którego uciekli z Victorem – i zapewne z powodu Victora. Mimo że znali się z Sydney krócej niż tydzień, Victor był pewien, że Mitch nie będzie chciał porzucić dziewczynki, która również wydawała się do niego przywiązana.

Pozostawała też oczywiście kwestia Elia.

Eli siedział w areszcie. Wciąż żył. W tej sprawie Victor był bezsilny ze względu na zdolność regeneracji przeciwnika. Gdyby jednak tamten kiedykolwiek wyszedł…

– Victor? – powtórzył Mitch, tak jakby dostrzegał, w jakim kierunku zmierzają myśli przyjaciela.

– Wyjeżdżamy.

Mitch skinął głową, bezskutecznie próbując ukryć ulgę. Jego emocje zawsze były czytelne, tak jakby był otwartą księgą. Sydney na sofie rozprostowała nogi i odwróciła się w kierunku Victora, który nawet w ciemności dostrzegł spojrzenie jej jasnych błękitnych oczu. Najwyraźniej nie spała.

– Dokąd jedziemy? – zapytała.

– Nie wiem – przyznał Victor. – Ale nie możemy tu zostać.

Dominik wślizgnął się z powrotem do mieszkania, wpuszczając powiew zimnego powietrza i nieco papierosowego dymu.

– Wyjeżdżasz? – zapytał, a na jego twarzy odbił się paniczny strach. – A co z naszą umową?

– Odległość nie jest problemem – uspokoił go Victor. To nie była do końca prawda: gdyby Dominik znalazł się poza jego zasięgiem, nie byłby w stanie zmienić jego progu bólu, lecz poza tym raz wprowadzona zmiana powinna się utrzymać. – Nasza umowa pozostaje w mocy tak długo, jak dla mnie pracujesz – dodał.

Dominik szybko skinął głową.

– Jasne, w każdej chwili, czegokolwiek potrzebujesz.

Victor zwrócił się teraz do Mitcha.

– Znajdź nam nowy samochód – polecił. – O świcie chcę być już poza Merit.

I tak też się stało.

Dwie godziny później, o pierwszym brzasku, Mitch zajechał pod mieszkanie czarnym sedanem. Dominik stał w drzwiach z ramionami skrzyżowanymi na piersi, patrząc, jak Sydney ładuje się na tylną kanapę, a za nią Dol. Victor zajął miejsce pasażera.

– Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? – upewnił się Mitch.

Victor spojrzał na swoje dłonie, rozprostował palce i poczuł pod skórą ukłucia energii. Jeżeli to możliwe, czuł się silniejszy niż przedtem. Jego moc wydawała się świeża i czysta.

– W życiu nie czułem się lepiej! – odparł.

 

 

 

 

 

III

 

 

 

CZTERY TYGODNIE WCZEŚNIEJ

HALLOWAY

 

 

 

 

Victor zadygotał, budząc się do życia na zimnej, betonowej podłodze.

Przez kilka bolesnych sekund jego umysł był pusty. Myśli się rozpierzchły. Czuł się tak, jakby zaliczył zjazd po silnym narkotyku. Usiłował poskładać to, co przekazywały mu rozregulowane zmysły, w logiczną całość, w jakiś porządek: smak miedzi, zapach benzyny, przyćmione światło ulicznych latarni za popękanymi oknami. Aż wreszcie przypomniał sobie, gdzie jest.

Warsztat samochodowy.

Ciało Jacka Lindena, ciemna masa wśród porozrzucanych narzędzi.

Victor wyciągnął ochraniacz z ust i usiadł. Bezwładną dłonią wygrzebał z kieszeni komórkę. Mitch wyposażył ją w zaimprowizowany bezpiecznik przeciw przepięciom. Urządzenie zadziałało: bezpiecznik był przepalony, ale telefon cały. Włączył go z powrotem.

Na ekranie pojawił się tylko jeden esemes od Dominika.

„3 minuty, 49 sekund”.

Tyle czasu był martwy.

Victor zaklął pod nosem.

Za długo. Zdecydowanie za długo.

Śmierć była niebezpieczna. Każda sekunda, w której krew nie dostarczała ciału tlenu, wiązała się z kolejnymi zniszczeniami. Większość narządów mogła przetrwać kilka godzin, ale mózg był wrażliwy. Zależnie od jednostkowej wytrzymałości i natury urazu lekarze uznawali, że śmierć mózgu następuje po czterech minutach, chociaż inni twierdzili, że po pięciu, a zdecydowana mniejszość dawała mu nawet sześć. Victor nie miał ochoty sprawdzać, jaka faktycznie jest górna granica tolerancji.

Nie dało się jednak zignorować faktu, że umierał coraz częściej, a śmierć za każdym razem trwała coraz dłużej. Co do uszkodzeń zaś… Opuścił wzrok i zobaczył na betonie czarne ślady po wyładowaniach elektrycznych oraz szkło żarówek, które eksplodowały w lampach pod sufitem.

Wstał, przytrzymując się najbliższego samochodu, i zaczekał, aż pokój przestanie wirować. Póki co nie czuł elektrycznej wibracji. Zastąpiła ją błogosławiona cisza, którą jednak niemal natychmiast przerwał ostry, urywany dźwięk dzwonka telefonu.

Mitch.

Victor przełknął ślinę, czując na języku smak krwi.

– Zaraz ruszam.

– Znalazłeś Lindena?

– Tak – odparł, zerkając na zwłoki. – Ale mi się nie udało. Zacznij szukać następnego tropu.

 

 

 

 

 

IV

 

 

 

PIĘĆ LAT WCZEŚNIEJ

PERSHING

 

 

 

 

Dwa tygodnie po wskrzeszeniu Victor zaczął słyszeć brzęczenie.

Z początku było nieznaczne: lekki pomruk w uszach, dzwonienie lub pisk tak delikatny, że Victor w pierwszej chwili brał go za odgłos uszkodzonej lampy, odległy dźwięk silnika samochodowego czy też stłumiony głos z telewizora kilka pokojów dalej. Dźwięk wydawał się jednak taki sam, niezależnie od miejsca i okoliczności.

Niemal miesiąc później Victor stanął bez ruchu w hotelowym lobby, starając się ustalić źródło irytującego brzęczenia.

– Co się dzieje? – zapytała Sydney.

– Też to słyszysz?

Sydney zmarszczyła czoło, zaskoczona.

– Co miałabym słyszeć?

Victor zdał sobie sprawę, że nie pytała o dźwięk, tylko o powód jego znieruchomienia. Pokręcił głową.

– Nic, nic – odparł, odwracając się ku kontuarowi.

– Panie Stockbridge – zwróciła się do niego recepcjonistka. – Ma pan rezerwację na trzy najbliższe noce. Witamy w hotelu Plaza!

Nigdy nie zostawali zbyt długo w jednym miejscu. Podróżowali między miastami, czasem zatrzymując się w hotelach, a kiedy indziej – w apartamentach do wynajęcia. Starali się przemieszczać nieregularną trasą, często zmieniając lokalizacje i nie trzymając się żadnego określonego porządku.

– Jaką formę płatności pan wybiera?

Victor wydobył z kieszeni plik banknotów.

– Gotówka.

Pieniądze nie stanowiły problemu. Według Mitcha były tylko ciągiem zer i jedynek, cyfrową walutą w wirtualnych bankach. Jego ulubionym hobby było obecnie podkradanie minimalnych sum pieniędzy, centów od każdego dolara, a potem kierowanie tak zdobytego zysku na setki kont. Zamiast zacierać za sobą ślady, Mitch zostawiał ich tyle, by nikt nie potrafił za nimi nadążyć. W efekcie stać ich było na wynajmowanie ogromnych apartamentów z miękkimi łożami; przez cały pobyt w więzieniu Victor marzył o tak przestronnych pomieszczeniach.

Dźwięk zabrzmiał wyższym tonem.

– Wszystko w porządku? – zapytała Sydney, patrząc badawczo na Victora. Obserwowała go od cmentarza, przyglądając się każdemu gestowi i każdemu ruchowi, tak jakby się bała, że nagle rozleci się na kawałki albo rozsypie w pył.

– Tak, czuję się świetnie – zełgał Victor.

Jednak dźwięk dalej rozlegał się w jego uszach, przez całą drogę do wind i potem do eleganckiego apartamentu z dwiema sypialniami oraz sofą. Nie opuszczał w łóżku, a rano uparcie brzmiał dalej, z subtelną zmianą: zaczęły mu towarzyszyć bodźce dotykowe. Lekkie ukłucia w kończynach. Nie ból, lecz uczucie jeszcze bardziej nieprzyjemne i uporczywe. Nie odstępowało go ani na krok, dźwięk stawał się coraz głośniejszy, a kłucie coraz mocniejsze, aż Victor w przystępie irytacji całkowicie wyłączył sobie możliwość odczuwania bólu. Ukłucia zniknęły, ale brzęczenie nie – ścichło tylko do słabych, dalekich zakłóceń. Prawie udało mu się je zignorować.

Prawie.

Usiadł na brzegu łóżka, rozgorączkowany i rozdrażniony. Kiedy ostatnio na coś chorował? Nie potrafił sobie przypomnieć. Z każdą minutą czuł się coraz gorzej, aż wreszcie wstał, założył płaszcz i skierował się ku drzwiom.

– Dokąd idziesz? – zapytała Sydney, skulona na sofie z książką.

– Odetchnąć świeżym powietrzem – rzucił w przelocie, wyślizgując się z apartamentu.

W pół drogi do wind coś walnęło go niczym taran.

Potworny ból.

Zjawił się znikąd, ostry jak nóż, wbijający się w serce. Zachłysnął się i zatoczył pod ścianę, walcząc o utrzymanie pionu, ale wówczas uderzyła w niego kolejna fala tortury, nagła, potężna i nieznośna. Jego osobisty regulator wciąż stał na zerze, bodźce nerwowe były całkowicie wyciszone, ale to najwyraźniej nie miało najmniejszego znaczenia. Jakaś obca moc lekceważyła jego ustawienia, jego zdolności, jego wolę.

Światła zabłysły, odpływając w dal, kiedy świat zaczął mu się rozmazywać przed oczami. Korytarz zawirował. Victor zmusił się, by przejść obok windy i skręcić na klatkę schodową. Ledwie minął drzwi, a ból znów rozbłysnął mu przed oczami. Nogi się pod nim ugięły i upadł ciężko na beton. Spróbował z powrotem wstać, ale złapały go drgawki, serce skoczyło mu w piersi i wylądował na półpiętrze.

Zacisnął w męce szczęki. Od lat nie czuł czegoś takiego. Od dziesięciu lat. Laboratorium, gumowa rolka między zębami, chłód metalowego stołu, straszliwy ból, kiedy prąd wypalał jego nerwy, szarpał mięśniami i w końcu zatrzymał serce.

Teraz musiał się poruszyć.

Nie mógł jednak wstać. Ani mówić, ani oddychać. Niewidzialna dłoń przestawiała suwak coraz wyżej, wyżej i wyżej, aż w końcu ogarnęła go miłosierna ciemność.

 

 

Victor odzyskał przytomność na półpiętrze klatki schodowej.

W pierwszej chwili poczuł ulgę, że piekielne brzęczenie zniknęło. Świat wydawał się teraz dużo piękniejszym miejscem. Zaraz potem poczuł coś jeszcze: dłoń Mitcha, potrząsającą jego ramieniem. Przetoczył się na bok i wyrzygał żółć, krew oraz złe wspomnienia.

Było ciemno, żarówka nad głową się przepaliła, toteż ledwie mógł dostrzec ulgę na twarzy przyjaciela.

– Jezu – powiedział Mitch, opierając się o ścianę. – Nie oddychałeś. Nie wyczuwałem tętna. Myślałem, że nie żyjesz!

– Chyba tak właśnie było – odparł Victor, wycierając usta.

– Co masz na myśli? – zapytał Mitch. – Co tu się właściwie stało?

Victor powoli pokręcił głową.

– Nie wiem – przyznał. Niewiedza sprawiała, że czuł się nieswojo, a przyznanie się do niej na pewno nie przyszło mu łatwo. Dźwignął się z podłogi i oparł o ścianę klatki schodowej. Nie powinien był wyłączać sobie bólu, zamiast tego raczej uważnie obserwować narastanie objawów i zmierzyć ich intensywność. Wówczas zapewne dowiedziałby się tego, co wyczuwała Sydney: że jego moc została uszkodzona, a może nawet na dobre zepsuta.

– Victor… – zaczął Mitch.

– Jak mnie znalazłeś?

Przyjaciel uniósł komórkę.

– Dzięki Dominikowi. Zadzwonił do mnie, spanikowany, powiedział, że znów czuje ból i że było dokładnie tak jak wcześniej, kiedy umarłeś. Próbowałem wobec tego zadzwonić do ciebie, ale nie odbierałeś. Poszedłem do windy, ale po drodze zauważyłem przepaloną żarówkę na schodach – wyjaśnił i pokręcił głową. – Miałem złe przeczucie…

Telefon Mitcha znowu zaczął dzwonić. Victor wziął go do ręki i odebrał połączenie.

– Dominik?

– Nie możesz mi tego robić! – wrzasnął eksżołnierz. – Mieliśmy umowę, tak czy nie?!

– To nie było zamierzone… – zaczął powoli Victor, ale rozmówca nie dał mu dojść do głosu.

– W jednej chwili wszystko jest w porządku, a w następnej słaniam się na czworakach, próbując nie zemdleć. I to bez ostrzeżenia, więc nie jestem w stanie wziąć nic przeciwbólowego! Nie wiesz nawet, jak to jest…

– Zapewniam cię, że wiem – odpowiedział Victor, opierając głowę o beton. – Czy teraz już wszystko w porządku?

Przez chwilę było słychać tylko dyszenie.

– Tak, jestem znowu w formie.

– Jak długo to trwało?

– Co?! Nie wiem. Nie byłem w stanie zmierzyć.

Victor westchnął, zamykając oczy.

– Następnym razem postaraj się to zrobić.

– Następnym razem?!

Victor się rozłączył. Otworzył oczy i zobaczył, że Mitch się w niego wpatruje.

– Czy zdarzało ci się to wcześniej? – zapytał.

„Wcześniej”. Victor wiedział, co ma na myśli. Wieczór w laboratorium podzielił jego życie na dwa okresy: przed – człowiek, po – PonadPrzeciętny. Teraz nastąpił kolejny podział: przed – PonadPrzeciętny, po – to. Co oznaczało, że była to sprawka Sydney. Jej moc miała pewną wadę – dziewczynka potrafiła ożywiać PonadPrzeciętnych, ale ich umiejętności ulegały uszkodzeniu. Victor tego nie uniknął, choć próbował ignorować.

Mitch zaklął, chwytając się za głowę.

– Musimy jej powiedzieć.

– Nie.

– I tak się dowie.

– Nie – powtórzył Victor. – Jeszcze nie teraz.

– A kiedy?

Kiedy Victor zrozumie, co się dzieje i jak to naprawić. Kiedy stworzy plan, w którym znajdzie się zarówno diagnoza problemu, jak i jego rozwiązanie.

– Kiedy będzie to miało znaczenie – odpowiedział.

Mitch zgarbił się, pokonany przez tę logikę.

– Może to się już więcej nie zdarzy – zasugerował Victor.

– Może… – odparł Mitch.

Żaden z nich w to nie wierzył.

 

 

 

 

 

V

 

 

 

CZTERY I PÓŁ ROKU WCZEŚNIEJ

FULTON

 

 

 

 

A jednak zdarzyło się po raz kolejny.

I jeszcze raz.

Trzy przypadki w ciągu niecałych sześciu miesięcy, w coraz krótszych odstępach. Za każdym razem śmierć trwała coraz dłużej. Mitch nalegał, by Victor odwiedził specjalistę – i nawet znalazł mu jednego. Doktor Adam Porter, niski mężczyzna o orlim nosie, cieszył się reputacją jednego z najlepszych neurologów w kraju.

Victor nigdy nie przepadał za lekarzami.

Nawet w czasach, kiedy sam chciał zostać jednym z nich, nie interesowało go ratowanie życia pacjentów. Medycyna przyciągała go ze względu na wiedzę, władzę i kontrolę. Chciał być dłonią trzymającą skalpel, nie rozcinanym przez niego ciałem.

Teraz zaś brzęczenie zaczynało przesączać się z jego czaszki do kończyn. Victor siedział w gabinecie Portera, który zgodził się go przyjąć po oficjalnych godzinach pracy. Wiedział doskonale, z jakim ryzykiem wiąże się oczekiwanie, aż nastąpi kolejny atak, ale trafna diagnoza wymagała prezentacji symptomów.

Przejrzał kwestionariusz pacjenta. Mógł w nim opisać objawy, ale podanie zbyt wielu szczegółów byłoby niebezpieczne. Przesunął kartkę z powrotem ku lekarzowi, nawet nie podnosząc długopisu.

Doktor westchnął.

– Panie Martin, słono pan zapłacił za wizytę. Sugeruję, żeby wykorzystał pan wszystkie dostępne możliwości.

– Zapłaciłem tak dużo przede wszystkim za dyskrecję.

Porter pokręcił sceptycznie głową.

– W porządku – odparł, splatając palce. – Jakiż problem pana do mnie sprowadza?

– Nie jestem pewien – przyznał pacjent. – Od pewnego czasu miewam coś w rodzaju… napadów.

– Jakich napadów?

– Neurologicznych – wyjaśnił Victor, zacierając granicę między niedopowiedzeniem a kłamstwem. – Zaczyna się to od dźwięku, brzęczenia w mojej głowie. Staje się coraz głośniejsze, aż czuję wibrację w całym ciele, aż do kości, tak jakbym był transformatorem.

– A potem?

„Potem umieram”, pomyślał Victor.

– W końcu tracę przytomność – powiedział.

Doktor zmarszczył brwi.

– Od jak dawna się to panu przydarza?

– Od pięciu miesięcy.

– Czy przeszedł pan przedtem jakąś traumę?

„Tak”.

– Nie kojarzę nic podobnego.

– Zmienił pan styl życia?

– Nie.

– Czuje pan osłabienie w kończynach?

– Nie.

– Cierpi pan na alergię?

– Nie.

– Czy zauważył pan, żeby te ataki powodowały jakiekolwiek bodźce? Migrenę powoduje czasem kofeina, ataki epileptyczne – błyski światła, a brak…

– Nie obchodzi mnie, jaki jest powód – przerwał mu Victor, tracąc cierpliwość. – Chcę tylko wiedzieć, co się dzieje i jak to naprawić.

Doktor wyprostował się na fotelu.

– W takim razie zróbmy kilka badań.

 

 

Victor patrzył na linie biegnące przez ekran, skaczące gwałtownymi zygzakami, niczym wykres sejsmografu podczas trzęsienia ziemi. Porter przyczepił mu do głowy kilkanaście elektrod i przyglądał się teraz bacznie wykresowi EEG, a na jego czole formowały się coraz głębsze zmarszczki.

– O co chodzi? – zapytał Victor.

Doktor pokręcił głową.

– Ten poziom aktywności rzeczywiście odbiega od normy, ale wzór nie sugeruje epilepsji. Widzi pan, jak blisko siebie przebiegają te linie? – powiedział, stukając w ekran. – Układ nerwowy jest pobudzony do takiego stopnia, że wydaje się, jakby przewodził zbyt mocne impulsy…

Victor przyglądał się wykresowi. Być może było to złudzenie, ale wydawało mu się, że linie na ekranie wznoszą się i opadają zgodnie z dźwiękiem w jego czaszce, a zygzaki pasują do rytmu wibracji pod jego skórą.

Porter wyłączył program monitorujący.

– Potrzebuję więcej szczegółów – oświadczył, zdejmując elektrody z głowy Victora. – Wsadzimy pana teraz do skanera i zbadamy rezonansem magnetycznym.

W pomieszczeniu stał tylko skaner z ruchomym łóżkiem, wsuwającym się do tunelu aparatu. Victor położył się na nim powoli, a jego głowa spoczęła w płytkiej obejmie. Porter nasunął mu na głowę cewkę i zatrzasnął ją, unieruchamiając pacjenta do badania. Tętno Victora przyspieszyło, kiedy łóżko poruszyło się z metalicznym brzęczeniem. Powoli wjechał do tunelu, tracąc z oczu pokój.

Usłyszał, jak lekarz wychodzi, zamykając za sobą drzwi. Po chwili głos Portera odezwał się znowu, zniekształcony przez interkom:

– Proszę teraz leżeć kompletnie nieruchomo.

Przez całą minutę nic się nie działo, a potem przez aparaturę przebiegł głęboki dźwięk, przypominający uderzenie, niski i basowy. Na chwilę zagłuszył wibracje w jego głowie, jak również wszystkie inne odgłosy.

Aparatura łomotała i brzęczała. Victor próbował liczyć sekundy, żeby zorientować się, ile trwa badanie, ale szybko stracił rachubę. Mijały kolejne minuty, a on czuł, że traci kontrolę. Brzęczenie wibrowało teraz w jego kościach, a pod skórą pojawiły się pierwsze ukłucia bólu, którego nie był w stanie stłumić.

– Zakończ badanie – powiedział, lecz jego słowa utonęły w hałasie maszynerii.

Przez interkom dobiegł głos Portera:

– Już prawie skończyłem.

Victor starał się opanować oddech, ale bezskutecznie. Serce waliło mu jak młotem, zaczął widzieć podwójnie, a potworny elektryczny pomruk stawał się coraz głośniejszy.

– Zakończ bada…

Prąd przeszył Victora jasnym, oślepiającym impulsem. Spazmatycznie chwycił boki łóżka. Jego mięśnie wrzasnęły z bólu, kiedy przetoczyła się przez nie pierwsza fala. Pamięć podsunęła mu obraz Angie, stojącej obok aparatury.

„Chcę, żebyś wiedział jedno” – powiedziała, zaczynając mocować czujniki do jego piersi. – „Nigdy, przenigdy ci tego nie wybaczę”.

Zawyła syrena alarmu.

Skaner wydał z siebie przenikliwy wizg, zatrząsł się i zatrzymał.

Porter znalazł się nagle po drugiej stronie maszynerii, mówiąc coś nagląco. Łóżko zaczęło wyjeżdżać z tunelu. Victor wpił się w obejmę unieruchamiającą jego głowę i po sekundzie poczuł, że ustępuje. Musiał natychmiast wstać. Musiał…

Impuls elektryczny znów w niego uderzył, tak mocno, że cały pokój rozleciał się na kawałki: krew na języku, szaleńczo bijące, tracące rytm serce, Porter, lekarska latarka, świat rozświetlony białym błyskiem, zduszony krzyk – a potem ból wymazał mu wszystko z umysłu.

 

 

Victor obudził się na przesuwnym łożu skanera.

Aparatura stała nieruchoma, ze zgaszonymi światłami. U wylotu tunelu widać było ciemne, osmalone ślady, jak po wyładowaniach elektrycznych. Usiadł i poczuł zawroty głowy. Powoli wracała mu ostrość widzenia. Porter leżał parę metrów dalej, jego ciało było nienaturalnie wygięte, niczym w gwałtownym skurczu. Victor nie musiał badać tętna ani sprawdzać aktywności jego nerwów swoim zmysłem, żeby upewnić się, że doktor nie żyje.

Wspomnienie podsunęło mu obraz z innego czasu i innego miejsca. Ciało Angie, wyprężone w ten sam nienaturalny sposób.

Cholera!

Zerwał się, ogarniając wzrokiem pomieszczenie. Zwłoki. Zniszczenia.

Teraz, kiedy znów był przytomny i spokojny, mógł myśleć jasno. To było jak cisza po burzy, okres spokoju, kiedy napięcie znów mogło zacząć rosnąć, a na horyzoncie zbierały się nowe ciemne chmury. Kolejny atak pozostawał tylko kwestią czasu, co oznaczało, że każda sekunda była na wagę złota.

Na podłodze tuż obok dłoni Portera leżała strzykawka, wciąż zabezpieczona osłonką na igle. Victor podniósł ją i schował do kieszeni, a następnie wrócił do poczekalni, gdzie zostawił płaszcz. Wyciągnął komórkę i odczytał esemesa od Dominika.

„1 minuta, 32 sekundy”

Odetchnął głęboko, żeby się uspokoić, po czym rozejrzał się po pustym korytarzu.

Wrócił do gabinetu, skąd zabrał wszystkie wyniki badań i wydruki. Wyczyścił również komputer Portera – usunął zapis o wizycie w wersji cyfrowej, a poza tym wydarł z notesu kartkę z zapiskami, i jeszcze następną, bezpośrednio pod spodem. Krok po kroku, systematycznie zacierał ślady swojej obecności w gabinecie.

Z grubsza mu się to udało, lecz pozostały jeszcze zwłoki.

Nic nie mógł z nimi zrobić, poza może podpaleniem budynku. Rozważał taką możliwość, lecz po chwili ją odrzucił. Ogień był nieprzewidywalnym żywiołem, pełnym temperamentu. Lepiej zostawić to tak, żeby wyglądało na zawał lub wypadek z aparaturą.

Założył płaszcz i wyszedł.

W hotelowym apartamencie Sydney i Mitch leżeli rozciągnięci na sofie z Dolem w nogach, oglądając stary film. Mitch popatrzył Victorowi prosto w oczy i uniósł brwi w niemym pytaniu. Tamten w odpowiedzi nieznacznie pokręcił głową.

Sydney przetoczyła się na bok i usiadła.

– Gdzie byłeś?

– Rozprostować nogi – powiedział Victor.

Dziewczynka się naburmuszyła. Przez kilka poprzednich tygodni jej zmartwiona mina ustąpiła miejsca sceptycyzmowi.

– Wyszedłeś parę godzin temu!

– Pamiętaj, że jeszcze niedawno odsiadywałem wieloletni wyrok – skontrował, nalewając sobie drinka. – Człowiek robi się od tego nerwowy.

– Ja też jestem nerwowa – oświadczyła Sydney. – Dlatego Mitch wymyślił nową grę w karty. – Odwróciła się do zwalistego mężczyzny. – Dlaczego Victor nie musi grać?

Victor uniósł brew i upił łyczek ze szklanki.

– Na czym to polega?

Sydney wzięła talię kart ze stołu.

– Jeżeli wyciągniesz blotkę, zostajesz tutaj i musisz nauczyć się czegoś nowego; jeśli dostaniesz figurę, możesz wyjść. Do parku albo do kina, ale to i tak lepsze niż siedzenie tutaj, jak w puszce.

Victor wymienił spojrzenia z Mitchem, który wzruszył tylko ramionami, po czym wstał i poszedł do łazienki.

– Spróbuj! – zaproponowała dziewczynka, wyciągając przed siebie talię. Victor pomyślał chwilę, po czym uniósł dłoń, ale zamiast wyciągnąć kartę, wytrącił je wszystkie z dłoni Sydney, rozsypując na podłodze. – Hej! – zaoponowała, kiedy ukląkł, rozważając możliwości. – Oszukujesz!

– Nie powiedziałaś, że muszę grać fair – odparł, po czym podniósł z podłogi króla pik. – Proszę – powiedział, podając go jej. – Trzymaj go w rękawie.

Sydney przez dłuższą chwilę przyglądała się królowi, a potem ukryła go w dłoni. Kiedy Mitch wrócił do pokoju, spojrzał z obawą na Victora, a potem na Sydney.

– Co tu się dzieje?

– Nic – odparła błyskawicznie dziewczynka. – Victor się ze mną drażni.

Kłamstwo przychodziło jej niepokojąco łatwo.

Wróciła na kanapę, Dol wspiął się tam za nią, a Victor wyszedł na balkon.

Kilka minut później drzwi za jego plecami znów się otworzyły i Mitch dołączył do niego na świeżym powietrzu.

– No i? – zapytał. – Co powiedział Porter?

– Nie znalazł żadnych odpowiedzi – rzucił Victor.

– To znajdziemy kogoś innego – uznał Mitch.

Victor przytaknął i dodał:

– Powiedz Syd, że rano wyjeżdżamy.

Potężny mężczyzna wślizgnął się z powrotem do apartamentu, a Victor postawił szklankę na balustradzie. Wyciągnął z kieszeni strzykawkę i przeczytał etykietkę. Lorazepam. Silny lek uspokajający. Miał nadzieję, że uzyska od Portera diagnozę i dowie się, jak wyleczyć swoją przypadłość, ale na razie musiał ograniczyć się do leczenia objawów.

 

 

– Normalnie nie przyjmuję pacjentów poza oficjalnymi godzinami pracy.

Victor siedział naprzeciwko młodej lekarki. Szczupła, ciemnoskóra kobieta w okularach patrzyła na niego z zainteresowaniem. Ciekawość czy ewentualne podejrzenia nie miały jednak nic do rzeczy; prowadziła praktykę lekarską w Capstone, mieście ściśle związanym z administracją i rządem, gdzie dyskrecja była podstawą, a zachowanie tajemnicy zawodowej – obowiązkiem. Długi język zakończył tu niejedną karierę, a nawet życie.

Victor przesunął ku lekarce gotówkę.

– Dziękuję, że zrobiła pani dla mnie wyjątek.

Przyjęła pieniądze i spojrzała na kilka zdań, które nakreślił w formularzu.

– Co mogę dla pana zrobić, panie… Lassiter?

Mimo coraz głośniejszego szumu w głowie Victor próbował się skupić, kiedy zadawała kolejne pytania, te same co wszyscy, a on podawał jej odpowiedzi, te same co zawsze. Opowiedział o objawach – brzęczeniu, bólu, konwulsjach i omdleniach – pomijając, co się dało, i kłamiąc, kiedy musiał. Lekarka wysłuchała go, pilnie notując, a potem zaczęła się zastanawiać na głos:

– Mogłaby to być epilepsja, miastenia rzekomoporaźna, może dystonia… czasem choroby neurologiczne są trudne do zdiagnozowania, zwłaszcza kiedy ich objawy się nakładają. Przeprowadzimy kilka badań…

– Nie – uciął Victor.

Podniosła wzrok znad notatek.

– Nie wiedząc, co dokładnie jest…

– Badano mnie już – stwierdził. – Testy dały… niejednoznaczne wyniki. Przyszedłem tutaj, ponieważ chcę wiedzieć, co by mi pani przepisała.

Doktor Clayton wyprostowała się na fotelu.

– Nie przepisuję lekarstw bez diagnozy, a tej nie postawię bez przekonujących dowodów. Bez urazy, panie Lassiter, ale pańskie słowo mi nie wystarczy.

Victor odetchnął głęboko, po czym pochylił się ku niej, sięgając zarazem do jej głowy swoim PonadPrzeciętnym zmysłem, wywierając nacisk tuż poniżej progu bólu. Lekki dyskomfort, taki sam jak ten, który sprawiał, że nieznajomi odsuwali się i patrzyli w inną stronę, pozwalając Victorowi niezauważenie przemykać przez tłum. Clayton nie mogła jednak tak łatwo uciec przed tym uczuciem, więc jej umysł uznał je za zagrożenie, którym w gruncie rzeczy było. Bodziec wywołujący reakcję „walka lub ucieczka”, prostą i zwierzęcą tak jak drapieżnik i ofiara.

– W tym mieście jest pełno lewych lekarzy – powiedział. – Ale ich gorliwość w wypisywaniu recept jest często odwrotnie proporcjonalna do profesjonalnych umiejętności. Dlatego właśnie przyszedłem tutaj, do pani.

Clayton z wysiłkiem przełknęła ślinę.

– Zła diagnoza – odezwała się pewnym głosem – a lek narobi więcej szkód niż dobrego.

– Tak, istnieje takie ryzyko – zgodził się Victor. – Jestem gotów je podjąć.

Lekarka odetchnęła z drżeniem. Pokręciła głową, jakby próbując oczyścić umysł.

– Zapiszę panu lekarstwa przeciwpadaczkowe i beta-blokery – oznajmiła w końcu, szybko pisząc na kartce. – Jeżeli będzie pan chciał cokolwiek mocniejszego – dodała, wydzierając kartkę z notatnika i podając mu ją – musi się pan zgłosić na obserwację.

Victor przyjął kartkę i wstał.

– Dziękuję, pani doktor.

Dwie godziny później wysypał pigułki na dłoń i połknął je bez popijania.

Wkrótce potem poczuł, że serce bije mu spokojniej, a brzęczenie cichnie, i pomyślał, że może znalazł odpowiedź. Przez dwa tygodnie czuł się dużo lepiej.

A potem znów umarł.

 

 

 

 

 

VI

 

 

 

CZTERY TYGODNIE WCZEŚNIEJ

HALLOWAY

 

 

 

 

Victor doskonale się orientował, że był spóźniony.

Rozprawa z Lindenem zajęła mu więcej czasu, niż się spodziewał, do tego musiał się upewnić, że warsztat opustoszał i zostali tylko we dwóch. A potem oczywiście zaczekał samotnie na zbliżającą się śmierć. Nie chciał, by zgon przydarzył mu się w domu, gdzie mieszkali przez ostatnie dziewięć dni, wynajętym miejscu, jednym z wielu, które można było zarezerwować na dzień, tydzień lub miesiąc.

Wybrała go Sydney, twierdząc, że wygląda jak prawdziwy, rodzinny dom.

Gdy Victor wszedł, powitał go aromat stopionego sera i odgłosy wybuchów z wielkiego telewizora. Sydney przycupnęła skulona na oparciu kanapy, rzucając Dolowi popcorn, podczas gdy Mitch stał przy kuchennym blacie, ustawiając świeczki na torcie czekoladowym.

Scena wyglądała na ponadprzeciętnie… normalną.

Pies zauważył go pierwszy i zaczął zamiatać ogonem podłogę.

Mitch popatrzył na niego i zmarszczył czoło w niemym pytaniu, lecz Victor zbył go gestem dłoni.

Dziewczynka obejrzała się przez ramię.

– Hej!

Po pięciu latach Sydney Clarke pod wieloma względami wyglądała tak samo. Wciąż niska i szczupła, buzię miała równie okrągłą, a oczy tak wielkie, jak tego dnia, gdy spotkali się na poboczu drogi pod Merit. Większość różnic wydawała się powierzchowna – zmieniła niebieskie legginsy na czarne w białe gwiazdki, a blond włosy ukrywała zwykle pod jedną z wielu peruk ze swojej kolekcji, zmieniając je stosownie do nastroju. Tego wieczoru nosiła jasnobłękitną, takiego samego koloru jak jej oczy.

Pod innymi względami Sydney zmieniła się tak jak każdy. Ton głosu, nieugięte spojrzenie, sposób, w jaki przewracała oczami – wszystko to stanowiło elementy pozy, którą najwyraźniej przyjęła, by podkreślić swój wiek, ponieważ jej wygląd o nim nie świadczył. Wciąż jeszcze miała ciało dziecka, lecz w tym ciele tkwił umysł nastolatki.

Teraz rzuciła okiem na puste ręce Victora i popatrzyła na niego pytająco: czy przypadkiem nie zapomniał?

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Sydney – powiedział.

Urodziny dziewczynki przypadały na ten sam dzień, co rocznica jej pojawienia się w życiu Victora. Co roku świętowali obie te okazje – licząc również lata spędzone przez nią z Victorem, a właściwie z nimi oboma.

– Gotowi? Mogę zapalić świeczki? – zapytał Mitch.

Victor pokręcił głową.

– Dajcie mi parę minut na przebranie – powiedział, przemykając korytarzem.

Zamknął za sobą drzwi i przy zgaszonym świetle przeszedł na drugi koniec sypialni. Wystrój wnętrza mu nie odpowiadał – białe i błękitne poduszki, sielankowe obrazy na ścianach i książki na półkach wybrane tylko dla ozdoby, nie dla treści. Dla książek znalazł jednak zastosowanie: jedna z nich, opasły, reprezentacyjny tom o tematyce historycznej, leżała otwarta, a na środku, między kartkami, spoczywał gruby, czarny flamaster. Strona po lewej była całkowicie zaczerniona, a ta z prawej – niemal cała, z wyjątkiem ostatniego wersu, tak jakby Victor szukał w tekście odpowiedniego słowa i jeszcze go nie znalazł.

Strząsnął z ramion płaszcz i wszedł do łazienki, podwijając rękawy. Odkręcił kran przy umywalce i ochlapał twarz, pozwalając, by szum wody zagłuszył delikatne brzęczenie, które znów zaczynało narastać mu pod czaszką. Teraz mógł mierzyć okresy spokoju w minutach, nie w dniach.

Przeczesał dłonią krótkie blond włosy i spojrzał na swoje odbicie. Z lustra patrzyły na niego błękitne oczy, tkwiące w wychudzonej twarzy.

Ostatnio znacznie schudł.

Zawsze był szczupły, ale teraz, kiedy uniósł głowę, światło odbiło się od jego czoła i policzków, a pod brodą pojawił się głęboki cień.

Na umywalce stał rząd buteleczek z pigułkami. Sięgnął po najbliższą i wydobył z niej tabletkę valium.

Narkotyki nigdy go nie pociągały.

Perspektywa ucieczki mogła wydawać się atrakcyjna, ale nigdy nie był w stanie rozwiązać problemu z utratą kontroli. Kiedy kupił narkotyki za pierwszym razem, jeszcze w Lockland, nie próbował nawet wywołać odlotu. Chciał tylko skończyć ze sobą, a potem powrócić pomiędzy żywych jako ktoś lepszy.

„Co za ironia”, pomyślał Victor, przełykając pastylkę bez popijania.

 

 

 

 

 

VII

 

 

 

CZTERY LATA WCZEŚNIEJ

DRESDEN

 

 

 

 

Victor nigdy nie bywał w klubach ze striptizem.

Po prostu nie rozumiał, na czym polega ich atrakcyjność. Nie podniecały go półnagie, wijące się, naoliwione ciała, ale nie przyszedł do Glass Tower na rozbierany pokaz.

Szukał tu pewnej konkretnej osoby.

Gdy tak rozglądał się w półmroku po klubie, próbując nie oddychać zbyt głęboko mieszaniną perfum, dymu i potu, jego ramię musnęła starannie wypielęgnowana dłoń.

– Cześć, cukiereczku – zagruchał słodki głos. Victor obejrzał się przez ramię i zobaczył ciemne oczy i jasnoczerwone usta. – Założę się, że potrafimy przywołać uśmiech na tę twarz.

Victor szczerze w to wątpił. Pożądał w życiu wielu rzeczy – władzy, kontroli, zemsty – ale seks nigdy do nich nie należał. Nawet z Angie… oczywiście, że jej pragnął, pragnął jej uwagi, jej oddania, nawet jej miłości. Troszczyłby się o nią, znalazłby tysiąc sposobów, by uprzyjemnić jej życie, i zapewne sam by się przy tym dobrze bawił – ale nigdy nie chodziło mu o seks.

Tancerka zmierzyła go wzrokiem, biorąc jego brak zainteresowania za zahamowanie, a może zakładając, że wolałby raczej przebywać w męskim towarzystwie.

Delikatnie zdjął z ramienia jej dłoń.

– Szukam Malcolma Jonesa – wyjaśnił. Jones, samozwańczy „przedsiębiorca”, specjalizował się w czarnorynkowych transakcjach. Broń. Seks. Narkotyki.

Dziewczyna westchnęła i wskazała mu czerwone drzwi w głębi klubu.

– Po schodach na dół.

Ruszył ku drzwiom i był już bardzo blisko, kiedy wpadła na niego drobna blondynka. Przytrzymał ją, żeby nie upadła, a ona zaczęła go przepraszać wysokim, słodkim, melodyjnym głosem. Popatrzyli na siebie i przez jej twarz przemknął ulotny wyraz zainteresowania – jakby go sobie przypomniała, ale był pewien, że nigdy wcześniej się nie spotkali. Po sekundzie każde z nich poszło w swoją stronę – ona wtopiła się w tłum, on dotarł do czerwonych drzwi.

Zamknęły się za nim, odcinając od reszty klubu. Rozprostował palce i zszedł po betonowych stopniach ku trzewiom budynku. Na końcu schodów znajdował się wąski korytarz, którego ściany pomalowano na czarno. W powietrzu unosił się stęchły odór dymu z cygar. Z pokoju na końcu korytarza dobiegł go głośny śmiech. Drogę zagrodził mu tęgi ochroniarz w dopasowanej czarnej koszuli.

– Wybierasz się gdzieś?

– Tak – przyznał Victor.

Mężczyzna mu się przyjrzał.

– Wyglądasz jak ćpun.

– Już to kiedyś słyszałem – odparł Victor, rozkładając ramiona, by tamten mógł go obszukać.

Ochroniarz skrupulatnie go obmacał, a potem przepuścił.

Malcolm Jones w drogim garniturze siedział za ogromnym biurkiem. Obok jego łokcia leżał stos banknotów, przyciśniętych lśniącym srebrnym pistoletem. W pokoju było jeszcze trzech innych mężczyzn: jeden wpatrywał się w wiszący na ścianie płaski telewizor, drugi grał w coś na telefonie, a trzeci zezował w kierunku koki, którą Jones właśnie dzielił na kreski na blacie biurka.

Żaden nie wydawał się szczególnie przejęty wejściem Victora.

Tylko Jones zadał sobie trochę trudu i uniósł wzrok. Nie był młody, ale wyglądał niczym głodny drapieżnik, tak jak większość ludzi jego pokroju w drodze na szczyt.

– A ty kto?

– Nowy klient – wyjaśnił zwięźle Victor.

– Skąd o mnie wiesz?

– Wieści się rozchodzą.

Jones dumnie wyprężył pierś. Najwyraźniej pochlebiało mu, że zyskał pewną sławę w branży. Wskazał na puste krzesło naprzeciwko biurka.

– Czego szukasz?

Victor powoli usiadł.

– Prochów.

Jones zerknął na niego.

– Popatrz, a wziąłem cię za kogoś od broni. O czym rozmawiamy? Hera? Koka?

Vale pokręcił głową.

– Coś na receptę.

– Ach, o to chodzi… – Jones machnął dłonią. Jeden z jego ludzi wstał i otworzył szafkę, w której w równych rządkach stały buteleczki z lekarstwami. – Mamy oksykodon, fentanyl, benzodiazepiny, adderall… – wyrecytował Jones, podczas gdy jego człowiek ustawiał buteleczki na biurku.

Victor zastanawiał się, od czego zacząć.

Ataki zdarzały mu się coraz częściej i