Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
38 osób interesuje się tą książką
Ona ma wiele do stracenia.
On ma wiele do ukrycia.
Gorące uczucie, które nie ma szans na spełnienie.
Kiedy Marfil Cortés, córka wpływowego biznesmena, budzi się w szpitalu po brutalnym porwaniu, ojciec przydziela jej tajemniczego bodyguarda, Sebastiana. Między tą dwójką rodzi się intensywna i niebezpieczna więź, a Marfil wkrótce zdaje sobie sprawę, że prawdziwe ryzyko to nie zewnętrzne zagrożenia, lecz uczucie, którego nie powinna żywić do swojego ochroniarza.
Uzależniająca i nasycona napięciem historia o miłości i przetrwaniu, pokusie i kontroli, a także o cenie odkrywania tego, co inni woleliby zachować w ukryciu.
Kolejna powieść autorki bestsellerowej Trylogii Winnych.
Film dostępny na Prime Video.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 449
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginalny: IVORY (Marfil)
© 2019, by Mercedes Ron
No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).
Copyright for the Polish Edition © TIME SA 2026 Copyright for the Polish Translation © Paulina Broma
Wydawczyni: Natalia Gowin Redaktor prowadząca: Aleksandra Pawlińska Redakcja: Maja Strzeżek Korekta: Patrycja Szura, Dominika Ładycka / e-DYTOR Adaptacja okładki: Ewa Popławska Grafika na okładce: © AbdulAlim / Adobe Stock
Wydawca: Time SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze ISBN: 978-83-8343-832-0
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Powieść ta porusza tematy, które dla niektórych czytelników mogą być drażliwe i niepokojące, w tym porwanie, przemoc, również seksualną, i nadużywanie władzy, dysproporcję sił. Zaleca się zachowanie ostrożności.
Prolog
Sebastian
Gdyby ktoś zapytał mnie, co ja, do cholery, robię w tym miejscu, mógłbym udzielić miliona różnych odpowiedzi, a i tak żadna z nich nie byłaby do końca prawdziwa.
Ta praca wymagała ode mnie zdecydowanie zbyt wiele. Czasem wręcz zadawałem sobie pytanie, dlaczego wciąż ją wykonuję. Dlaczego po prostu nie zrezygnuję i nie opuszczę tego środowiska raz na zawsze? Lecz gdy tylko zaczynałem zastanawiać się, co by to właściwie oznaczało, ot tak, porzucić wszystko, po prostu uciszałem sumienie i zajmowałem się tym dalej.
Obecni tu mężczyźni zabiliby mnie bez wahania, gdyby tylko zwietrzyli, że mam jakiekolwiek wątpliwości. Na szczęście przez lata mój umysł stał się twierdzą.
Wiedziałem, jak kontrolować myśli, żeby nikt nie był w stanie zauważyć momentów zawahania, które czasami mnie nachodziły.
W moim świecie wątpliwości zazwyczaj oznaczają śmierć.
Sprawdziłem, czy mam cel na muszce. Dzieliła mnie od niego spora odległość. Nikt mnie nie osłaniał. Byłem zdany tylko na siebie… a otaczało mnie ponad piętnastu mężczyzn.
Gdy tylko padły pierwsze strzały, wiedziałem już, że wszystko stracone. A ten jeden jedyny strzał miał zmienić absolutnie wszystko.
Rozdział 1
Marfil
DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ
Patrzyłam na kolumbijską monetę peso, którą trzymałam w dłoni. Czekałam na Liama, a po mojej głowie krążyła tylko jedna myśl: dwie strony monety tworzą całość, ale jedna nigdy nie zobaczy drugiej. Może to głupie, w końcu to tylko moneta, lecz nie mogłam przestać się do niej porównywać. Czy ja też miałam dwie całkowicie różne twarze, które nigdy nie będą jedną spójną całością? Czasami niemal zupełnie nie rozumiałam samej siebie. Gdybym mogła spojrzeć na swoje życie z boku, to jestem pewna, że w większości przypadków jedyną rzeczą, o której pomyślałabym, byłoby… Marfil, co ty, do cholery, wyprawiasz?
Moja siostra, Gabriella, twierdzi, że spędzenie całego dzieciństwa oraz okresu dojrzewania w szkole z internatem, tysiące kilometrów od domu, na zawsze zostawiło w nas blizny. Ja na szczęście zamknęłam już ten rozdział mojego życia. Gabriella natomiast wciąż miała przed sobą dwa długie lata pełne surowych zasad i pochmurnego nieba. Za kilka miesięcy miała skończyć szesnaście lat, a jej największym zmartwieniem jest to, że nigdy nie całowała się z chłopakiem. Narzekała, że jeśli ciągle będzie mieszkać wyłącznie z dziewczynami, to w końcu zacznie się umawiać z jedną z nich. Już widzę minę naszego ojca. Samo wyobrażenie wywołało uśmiech na mojej twarzy.
Blizny… Temat, o którym mogłabym mówić godzinami. Najgłębsza z nich wciąż sprawia, że budzę się w środku nocy z walącym sercem i łzami spływającymi po policzkach. Jakbym miała cztery lata, a nie dwadzieścia. Niesamowite, jak jedne wspomnienia na zawsze potrafią wryć się w nasz umysł, a inne znikają bez śladu. Według studia Pixar – tak, tego od filmów animowanych, które zrobiło W głowie się nie mieści – nasz mózg usuwa wspomnienia, które nie są nam już potrzebne, i zachowuje te, które uważa za ważne. Powinnam więc zadać sobie pytanie: co jest dobrego w tym, że pamiętam, jak moja matka została zamordowana na moich oczach? Najwyraźniej bez względu na to, co sugeruje Pixar, mózg robi, co chce.
Gdy moje myśli błąkały się tak bez celu, zdałam sobie sprawę, że gapi się na mnie grupa facetów. Stali po prawej stronie przy barze.
Bez wahania podniosłam głowę i spojrzałam na nich. Nie miałam zamiaru odwracać wzroku. Chciałam ich speszyć lub przynajmniej sprawić, by przestali się tak bezwstydnie patrzeć. Jednak dwóch z nich zaczęło się śmiać, a trzeci, wysoki, o jasnobrązowych włosach, utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy.
Nie lubię być tą, która pierwsza odwraca wzrok. Bez względu na to, z kim mam do czynienia. Tylko jedna osoba na tej planecie umiała sprawić, że spuszczałam na zawołanie głowę: mój ojciec. Ale on był daleko stąd i nie musiałam o nim myśleć. A teraz właśnie trwała najbardziej epicka walka na spojrzenia w całej historii ludzkości. Cóż, może sytuacja nie była aż tak dramatyczna, ale miewam skłonności do przesady. Tak czy inaczej, wyczuwałam duże napięcie. Im dłużej on na mnie patrzył, tym większą wzbudzał we mnie ciekawość, a im dłużej ja patrzyłam na niego, tym bardziej mogłam sobie wyobrazić, co mu chodzi po głowie.
Mogłabym się trochę zabawić z tym facetem.
– Cześć, Marfil – rozległ się za mną głęboki głos, ale dopiero dotyk dłoni na moich plecach sprawił, że podskoczyłam i odruchowo odwróciłam wzrok.
Cholera! Właśnie przegrałam.
Moja frustracja wyparowała, gdy odwróciłam się i zobaczyłam mojego najlepszego przyjaciela. Liam Michaelson miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, włosy czarne jak noc i jasnoniebieskie oczy. Słynął z uśmiechu, który potrafi łamać serca, i najgorsze było to, że Liam doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jego rzęsy, długie i ciemne, budziły zazdrość u każdej kobiety, a godziny spędzone na siłowni tworzyły niemal ideał mężczyzny.
Kobiety traciły dla niego głowę. Był prawdziwym łamaczem serc. Nie – nie był gejem, i tak – naprawdę był moim najlepszym przyjacielem. Przydarzyły mi się już dziwniejsze rzeczy.
– Czy kazałem ci długo czekać? – zapytał, spoglądając ponad moją głową na chłopaków siedzących na końcu baru.
– Wystarczająco długo, żebyś musiał postawić mi drinka.
Zgodnie z prawem nie mogłam pić alkoholu, a tym bardziej go kupować, ale fałszywe dowody tożsamości były tak łatwo dostępne, że ten zakaz wydawał się absurdalny.
Liam uśmiechnął się słodko i zawołał kelnerkę. Zamówił to, co zwykle pijemy, i kilka minut później drinki stały już przed nami.
– A czemu zawdzięczam to półgodzinne spóźnienie? – zapytałam, kręcąc oliwkami w moim martini.
Liam podniósł piwo do ust i przewrócił oczami.
– Nie chcesz wiedzieć.
– Virginia? Och, nie, czekaj… Rose?
– Tessi – odparł.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu.
– Tessi? Nazywasz ją tak z jakiegoś konkretnego powodu?
– Ona chce, żebym ją tak nazywał. Cholera, jest nie do zniesienia.
Liam był facetem, który, no cóż… po prostu był facetem. Kropka. Faceci z reguły chcą się dobrze bawić. Ogólnie mówiąc, my, kobiety, też tego chcemy, ale oprócz tego pragniemy jeszcze o wiele więcej. Chociaż ja akurat nie zaliczam się do tej grupy. Ale rozumiałam, dlaczego Virginia, Rose i… Tessi chciały czegoś więcej od mojego najlepszego przyjaciela. Byłby świetną partią, gdyby tylko przestał podrywać wszystko, co się rusza. Oczywiście.
Liam i ja poznaliśmy się, gdy byłam na pierwszym roku studiów. Właśnie przeprowadziłam się do Nowego Jorku. Poprzednie osiem lat spędziłam w szkole z internatem, z dala od rodziny, w otoczeniu samych dziewcząt i zakonnic. Tylko kilka miesięcy w roku byłam w domu, w Luizjanie. Liam i ja studiowaliśmy ekonomię na Uniwersytecie Columbia. Jest o trzy lata starszy ode mnie, co oznacza, że rozpoczynał wtedy ostatni rok studiów. Sporo wysiłku kosztowało mnie przekonanie ojca, żeby pozwolił mi przeprowadzić się do Nowego Jorku i rozpocząć samodzielne życie. W końcu dwa lata temu dopięłam swego. Powiedzmy, że na początku trochę przesadzałam z szaleństwami, bo po raz pierwszy znalazłam się w sytuacji, w której miałam nagle dużo swobody. Restrykcyjne wychowanie w okresie nastoletnim było bardzo niezdrowe i dlatego potem trochę mnie poniosło. Teraz lubiłam myśleć, że okres dekadencji mam już za sobą.
To z Liamem całowałam się po raz pierwszy. Właśnie skończyłam osiemnaście lat i odkrywałam, do czego jestem zdolna, jeśli chodzi o uwodzenie mężczyzn. Ojciec zawsze trzymał mnie pod kloszem, jakbym była nietykalna. Ale Liam dotykał mnie… wszędzie.
Nie spaliśmy ze sobą, za to robiliśmy wiele innych rzeczy. W końcu zrozumieliśmy, że lepiej będzie, jeśli zostaniemy przyjaciółmi. Pomimo że byliśmy wręcz dla siebie stworzeni.
Po Liamie byłam w krótkim, poważniejszym związku z chłopakiem o imieniu Regan. Ale potem dowiedziałam się, że on i jego kumple założyli się o dziesięć tysięcy dolarów o to, który z nich pierwszy się ze mną prześpi. Tak właśnie, o dziesięć tysięcy dolarów. Jakie to żałosne. Co więcej, fakt, że mój ojciec miał rację, mówiąc mi, żebym nigdy nie ufała mężczyznom, dolał tylko oliwy do ognia. Zdarzenie to całkowicie mnie odmieniło. Stałam się nie do poznania. Postanowiłam, że w relacjach z mężczyznami będę zaspokajać tylko swoje potrzeby i nie dam im nic w zamian, zero sentymentów i kropka.
– Ten facet z końca baru idzie w naszą stronę – powiedział Liam pół godziny i trzy martini później. – Mam udawać twojego chłopaka?
– To mogłoby być zabawne, ale nie – odparłam, ciekawa, co ten facet ma mi do powiedzenia.
Wyczułam za sobą czyjąś obecność, ale zachowałam spokój. Liam natomiast odwrócił się i spojrzał na niego.
– W czym mogę pomóc, stary?
– Właściwie to chciałem zamienić parę słów z twoją koleżanką.
Odwróciłam się z uśmiechem. Był bardzo przystojny, o wiele przystojniejszy niż mi się wcześniej wydawało. Wysoki, miał ciemne blond włosy i emanował tą samą pewnością siebie, jaką cechowali się niemal wszyscy mężczyźni, których znałam. Pewnością siebie wynikającą najzwyczajniej z tego, że urodzili się w uprzywilejowanym świecie.
Mrugnął kilka razy.
– Kurwa… z bliska jesteś jeszcze bardziej seksowna.
Nie musiałam patrzeć na Liama, żeby widzieć, jak przewraca oczami.
– Tak? – zapytałam spokojnie. Komplementy nic dla mnie nie znaczyły.
Facet zaczął się jąkać, po czym z kieszeni koszuli wyjął wizytówkę i podał mi ją.
– Bardzo chętnie zaprosiłbym cię kiedyś na kolację – powiedział, a jego głos brzmiał teraz nieco pewniej.
Spojrzałam na kartonik. Miał na imię Harry i był architektem. Prawdopodobnie nie miał pojęcia, że mam zaledwie dwadzieścia lat. O to mi właśnie chodziło w chodzeniu do barów na Wall Street.
– Zastanowię się nad tym – odpowiedziałam.
Harry uśmiechnął się, a ja dostrzegłam dołeczek w jego lewym policzku. Odwzajemniłam uśmiech, a on pomachał mi na pożegnanie. Nawet nie zapytał, jak mam na imię. Włożyłam wizytówkę do torebki i odwróciłam się do przyjaciela, który patrzył na mnie z mieszaniną rozbawienia i irytacji.
– Czasami przeraża mnie, jak bardzo jesteś do mnie podobna.
Potrząsnęłam głową.
– Nie jesteśmy do siebie wcale podobni i dobrze o tym wiesz.
Liam westchnął.
– Facet, który w końcu się z tobą prześpi, będzie prawdziwym szczęściarzem.
Spojrzałam na niego gniewnie.
– Cicho, nie zdradzaj mojej wielkiej, mrocznej tajemnicy.
– Nie ma się czego wstydzić. Przeszkadza ci, że faceci kłamią na temat tego, że uprawiali z tobą seks?
Tak, to mnie denerwowało.
– Jeśli muszą kłamać, żeby poczuć się bardziej męscy, niech kłamią. Jeśli ktoś chce znać prawdę, może mnie zapytać wprost.
– Jesteś jak modliszka. Wiesz o tym, prawda?
– Nikogo nie pożeram, po prostu biorę to, czego chcę, a resztę odrzucam.
Liam roześmiał się.
– Jesteś taka naiwna. Pewnego dnia jakiś facet sprawi, że stracisz rozum i będziesz musiała pożegnać te wszystkie swoje feministyczne poglądy.
– To nie ma nic wspólnego z feminizmem. Mężczyźni wykorzystują kobiety od zarania dziejów, biorą to, czego chcą, i idą dalej. Co w tym złego, że robię to samo? Nie pozwolę na to, by ktoś inny czerpał przyjemność z mojego ciała. Ja chcę zaspokajać swoje potrzeby.
Liam spojrzał na mnie, jakbym spadła z księżyca.
– Każdy mężczyzna na świecie czerpie przyjemność już z samego patrzenia na ciebie, Marfil. Dotknięcie twojego ciała byłoby dla niego jak wygrana na loterii, uwierz mi.
To nie tak, że nikt nigdy nie doprowadził mnie do ekstazy. Ale Liam nie musiał tego wiedzieć. Nikt nie musiał.
Zamilkłam na kilka minut, po czym w końcu powiedziałam:
– Jesteś jedyną osobą, z którą byłabym skłonna pójść dalej. Bo jesteśmy przyjaciółmi.
Liam zakrztusił się piwem.
– I właśnie to mi mówi, że jesteś pijana. No dalej, chodźmy, odwiozę cię do domu.
Nie kłamałam, mówiąc, że Liam jest jedynym mężczyzną, któremu mogłabym się całkowicie oddać. Spośród wszystkich facetów na świecie tylko jemu ufałam. Myślałam o tym wiele razy, bo choć miałam spore doświadczenie w niemal wszystkim, co poprzedzało seks, to bałam się pójść na całość. Od najmłodszych lat ojciec wpajał mi przekonanie, że cnota jest najważniejszą rzeczą, jaką posiada kobieta. A zakonnice w szkole z internatem nie szczędziły szczegółów na temat wszystkich okropnych rzeczy, które mogą nas spotkać, jeśli ulegniemy grzechowi pożądania. Z jakiegoś powodu była to jedyna rzecz z tego okresu, którą wzięłam sobie do serca. Wszyscy wokół mnie wydawali się obsesyjnie skupieni na dziewictwie i jego utracie, i chociaż desperacko pragnęłam się zbuntować i w pewnym sensie nawet to robiłam, wciąż nie byłam w stanie zrobić tego decydującego kroku.
Liam odwiózł mnie do domu swoim szarym Audi. Niedawno je kupił, więc siedzenia wciąż pachniały nowością. W przeciwieństwie do większości studentów nie mieszkałam na terenie kampusu. Ojciec pozwolił mi przeprowadzić się do Nowego Jorku pod warunkiem, że to on zdecyduje, gdzie będę mieszkać. Moje mieszkanie znajdowało się w Upper East Side, jednej z najdroższych dzielnic miasta. Dzieliła je od kampusu zaledwie krótka przejażdżka metrem. Pewnie zabrzmię jak rozpieszczona panienka, ale naprawdę zupełnie nie dbałam o to, że mieszkałam w jednym z najbardziej ekskluzywnych budynków na Manhattanie. Przez całe życie otaczał mnie luksus i wiele osób uważało mnie za wariatkę, bo w ogóle poszłam na studia. Przecież było jasne, że odziedziczę fortunę. Ale ja od zawsze wiedziałam, że muszę iść własną ścieżką.
Byłam świetna z matematyki, więc ekonomia wydała się logicznym wyborem. Jednak przez niemal cały okres nastoletni błagałam ojca, żeby pozwolił mi dołączyć do zespołu New York City Ballet. Był nieubłagany i nigdy nie wyraził na to zgody, a kiedy próbowałam mu się przeciwstawić, zawsze szybko tego żałowałam. Zostałam więc zmuszona do porzucenia swoich marzeń o karierze tancerki. Jeśli więc posiadanie tego wielkiego mieszkania miało jakąś zaletę, to była nią możliwość tańczenia w domu, gdy tylko miałam na to ochotę.
Pocałowałam Liama w policzek i obiecaliśmy sobie, że spotkamy się jeszcze przed weekendem. Pomachałam do portiera, Normana, gdy przechodziłam przez hol budynku do windy. Samotne mieszkanie w Nowym Jorku może wydawać się odważnym posunięciem dla młodej kobiety, ale ta okolica była bardzo bezpieczna. Mieszkali tu głównie bankierzy, którzy zarobili niebotyczne sumy na Wall Street. Mój ojciec był jednym z nich.
Mieszkanie było urządzone w stylu minimalistycznym. Nie było w nim prawie żadnych bibelotów, z wyjątkiem kilku jasnoróżowych, ozdobnych poduszek. Moje motto brzmiało: „Im mniej posiadasz, tym mniej masz do sprzątania”, i ściśle się go trzymałam. Miałam szczęście, że dysponowałam tak dużą przestrzenią, przynajmniej jak na nowojorskie standardy: dwie sypialnie (nie licząc pokoju dla personelu), dwie łazienki oraz otwartą przestrzeń łączącą salon, jadalnię i kuchnię. Ponieważ mieszkałam sama, w drugiej sypialni urządziłam studio taneczne i tam zwykle spędzałam większość czasu. Zainstalowałam nawet drążek baletowy i duże lustra, w których widziałam swoje odbicie, gdy relaksowałam się w rytm muzyki.
Na jednej ze ścian salonu moja najlepsza przyjaciółka, Tamara, zaczęła malować mural. Mogłam patrzeć na niego bez końca. Była to mieszanka cytatów z naszych ulubionych książek, naszych zdjęć, tekstów piosenek, kwiatów, a przede wszystkim różnej wielkości oczu wyrażających mnóstwo emocji… Tami fascynowała się ludzkimi spojrzeniami, a ja byłam zdumiona, jak niemal idealnie potrafi przenieść je na każdą płaską powierzchnię, o ile tylko miała pod ręką coś do malowania. Kiedyś narysowała dla mnie Minionka na serwetce ze Starbucksa, używając jedynie patyczka do mieszania kawy i pianki z mojego frappuccino.
Położyłam torebkę na wyspie kuchennej i od razu podeszłam do lodówki, choć nie do końca wiem, po co. Jeśli chodzi o gotowanie, byłam kompletnym beztalenciem. Kiedyś próbowałam przygotować zapiekankę z mięsem według przepisu mojej byłej macochy, ale zapomniałam, że włożyłam ją do piekarnika, i omal nie spaliłam całego mieszkania. Bezpieczniej było zamawiać jedzenie na wynos.
Zbliżał się egzamin z mikroekonomii, postanowiłam więc trochę się pouczyć. Włączyłam muzykę klasyczną i zanim się zorientowałam, odpłynęłam na kilka godzin. Kiedy otworzyłam oczy, zdałam sobie sprawę, że zasnęłam w bardzo niewygodnej pozycji. Usiadłam, marząc, żeby ktoś zaniósł mnie do łóżka jak małą dziewczynkę.
Nie miałam tyle szczęścia.
Położyłam podręcznik na stoliku do kawy i zawlokłam się do sypialni. Zwinęłam się w kłębek pod białą puchową kołdrą i ogarnęło mnie poczucie samotności. Nie chodziło o to, że było mi smutno, po prostu zawsze wokół mnie było dużo ludzi. W domu rodzinnym Lupita, nasza gosposia, była dla mnie jak matka. Był też kierowca Peter, ogrodnik Frank, a nawet Logan, ochroniarz mojego ojca, jeśli ten był akurat w domu. W szkole z internatem dzieliłam pokój z czterema innymi dziewczynami, w tym z Tami, więc prawie nigdy nie byłyśmy same. Samotność w tym wielkim mieszkaniu czasami wywoływała we mnie irracjonalne lęki, najmniejszy dźwięk potrafił sprawić, że w mojej głowie rozgrywał się horror. Nienawidziłam takich dni.
Zamknęłam oczy, schowałam się pod kołdrą i zaczęłam liczyć w myślach: jeden, dwa, trzy… osiemnaście… czterdzieści cztery, czterdzieści pięć… dwieście sześć. Gdzieś w okolicach liczby pięćset czterdzieści trzy w końcu zasnęłam.
Zanim się zorientowałam, nadszedł piątek. Zostałam zaproszona do klubu na walentynkową imprezę dla singli, ale nie skorzystałam z tej propozycji. Nie dlatego, że nie lubię wychodzić – wręcz przeciwnie, uwielbiam to – ale zdecydowałam, że wolę zostać w domu i potańczyć sobie albo obejrzeć film. W samotności.
Po ponad dwóch i pół godzinie spędzonych przy drążku baletowym na ćwiczeniu plié założyłam na trykot obszerną białą koszulę i odnalazłam wizytówkę Harry’ego.
Mogłabym zadzwonić i zapytać, czy nie miałby ochoty pójść na kolację. To oszczędziłoby mi konieczności zamawiania kolejnej pizzy w lokalu za rogiem. Ale wtedy przypomniałam sobie, że przecież nawet nie zapytał mnie o imię. Co miałam zrobić, napisać SMS o treści: „Hej, to ja, ta przypadkowa dziewczyna z baru. Chcesz pójść na kolację w walentynki?”. Nie ma, kurwa, mowy.
Na dworze było jeszcze jasno, więc włożyłam legginsy, narzuciłam sweter, założyłam rękawiczki i moje ulubione trampki i wyszłam pobiegać. Zwykle biegałam codziennie przez ponad godzinę, ale nigdy rano, bo nie znosiłam wstawać wcześniej, niż to było absolutnie konieczne. Poza tym uwielbiałam oglądać zachód słońca nad jeziorem w Central Parku.
Pomachałam Normanowi z uśmiechem i wyszłam na ulicę. Był wczesny wieczór. Central Park zawsze tętnił życiem – rodziny z dziećmi na placu zabaw, ludzie wyprowadzający psy, karmiący kaczki lub spędzający czas w cieniu drzew w cieplejsze dni. Kiedy słońce zaczęło opadać nisko nad horyzontem, park opustoszał i zostali jedynie biegacze. Rozpoznałam kilku innych stałych bywalców. Mijając się, skinęliśmy do siebie głowami. Raz popełniłam błąd i umówiłam się z jednym z nich. Przysięgłam sobie, że nigdy więcej tego nie zrobię. Potem wkurzałam się, bo musiałam zmieniać trasę biegu, żeby nie wpaść przypadkiem na ten dawny „romans”.
Po intensywnym, dłuższym niż zwykle treningu zwolniłam do tempa spacerowego, żeby zacząć się ochładzać. Dzień ustąpił miejsca przepięknej, bezchmurnej nocy, a światła drapaczy chmur migotały w wodzie. Kochałam to miasto. Wiele osób narzekało, że jest tu zbyt tłoczno, że ludzie są w ciągłym ruchu i tak dalej i tak dalej. Całe życie spędziłam na wsi i przebywanie tu, w tym wielkim mieście, sprawiało, że czułam się częścią czegoś bardzo ekscytującego.
Pochyliłam się nad strumieniem chłodnej wody z fontanny, odsuwając długi kucyk, żeby nie zmoczyć włosów, kiedy nagle…
Nie zdążyłam nawet krzyknąć.
Czyjaś ręka chwyciła mnie w talii i pociągnęła do tyłu, a druga ręka zakryła mi usta wilgotną szmatką, która obrzydliwie śmierdziała. Próbowałam się opierać najbardziej jak mogłam, panika ogarnęła moje ciało i umysł. Walczyłam z całych sił, żeby się uwolnić, ale osoba trzymająca szmatkę na mojej twarzy działała sprawnie i szybko. Powieki zaczęły mi ciążyć, traciłam czucie w kończynach. Poczułam, że lecę do tyłu i opadam na kogoś wysokiego i umięśnionego.
„Wsadźcie ją do furgonetki”. To były ostatnie słowa, jakie usłyszałam, zanim całkowicie straciłam przytomność.
Rozdział 2
Marfil
Otworzyłam oczy. Leżałam w szpitalnej sali. Wokół nie było żywej duszy, towarzyszył mi jedynie dźwięk urządzeń. Spojrzałam na swoje ciało i zobaczyłam, że mam na sobie zieloną szpitalną koszulę. Z lewej ręki wystawała mi rurka do kroplówki, a na prawej miałam bandaż. Serce zaczęło mi bić jak szalone, ale ponieważ nie byłam podłączona do monitora, najwyraźniej słyszałam to dudnienie w swojej głowie.
Co się stało?
Drzwi się otworzyły i do mojego łóżka podeszła pielęgniarka.
– Panno Cortés? Jak się pani czuje?
Mrugnęłam kilka razy, oszołomiona.
– Gdzie ja jestem? Co się stało?
Próbowałam usiąść. Nie wiem, dokąd zamierzałam uciec, ale instynkt podpowiadał mi, żebym wstała i uciekała, żeby się schronić… Tylko przed kim?
– Wszystko w porządku, nic pani nie jest – zapewniła mnie.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, a w głowie kłębiły mi się ostatnie obrazy, jakie udało mi się przywołać z pamięci. Bieganie w parku, postój na łyk wody, ktoś zakrywający mi usta, ciemność, a potem…
Zanim zdążyłam zapytać, co się stało, drzwi znów się otworzyły i ku mojej wielkiej uldze do pokoju wszedł mój ojciec.
– Marfil… – powiedział, podszedł do mnie i mnie objął. Przytuliłam twarz do jego piersi i wdychałam perfumy Eau Sauvage Diora zmieszane z zapachem tytoniu, który prawdopodobnie palił bez przerwy. – Dzięki Bogu, że się obudziłaś – powiedział, gładząc moje włosy.
Nie byłam jakoś blisko związana z ojcem, i to nie tylko dlatego, że większość życia spędziłam za granicą. Natomiast nigdy nie czułam się szczęśliwsza niż teraz, gdy trzymał mnie w ramionach.
Kiedy się uspokoiłam, wyjaśnił mi, co się stało.
– Zostałaś porwana, Marfil – powiedział ponuro mój ojciec, zaciskając usta w cienką linię.
Znaleziono mnie nieprzytomną przed szpitalem w Nowym Orleanie, półtorej godziny drogi od mojego rodzinnego domu w Baton Rouge. Na szczęście miałam przy sobie portfel, dzięki czemu lekarze mogli mnie zidentyfikować i skontaktować się z moim ojcem.
– Nie zostawili nic, żadnego listu, nie zażądali też okupu. Zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak, kiedy dzwoniłem do ciebie w niedzielę i pięć razy włączała się poczta głosowa.
Niedziela! Boże! To znaczy, że musiałam być nieprzytomna przez co najmniej trzy dni.
– Kiedy usłyszałem, że nie ma cię w mieszkaniu i że nikt nie widział, jak wróciłaś z biegania w piątek wieczorem, wiedziałem już, że stało się coś strasznego.
Potrząsnęłam głową, nie mogąc tego ogarnąć umysłem.
– Policja chciałaby z tobą porozmawiać. Na zewnątrz są dwaj funkcjonariusze. Czekali, aż się obudzisz.
Ojciec wyszedł z pokoju i wrócił z dwoma policjantami. Usiadłam, byłam zdenerwowana, gdy zaczęli zadawać mi pytania. Ojciec przez cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku. Nigdy w życiu nie widziałam go tak zmartwionego.
– Nic nie pamiętam – powiedziałam, czując, jak zasycha mi w ustach, a dłonie zaczynają się pocić. – Pamiętam tylko moment, w którym na mnie napadli…
– Ani razu nie odzyskała pani przytomności? – zapytał jeden z funkcjonariuszy.
Potrząsnęłam głową, gorączkowo myśląc, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
– Wszelkie informacje, które mogłaby nam pani przekazać, byłyby dla nas niezwykle pomocne, panno Cortés.
Nerwowo spojrzałam na ojca, a potem na pielęgniarkę.
– Przepraszam… – powiedziałam drżącym głosem.
Ojciec zrobił krok w moją stronę, patrząc mi prosto w oczy.
– Czy istnieje jakakolwiek możliwość, że oni… Czy oni ci coś zrobili?
Zaczęły mi drżeć usta, więc przygryzłam wargi, próbując opanować przerażenie, które mnie ogarniało. Nie chciałam nawet myśleć o takiej możliwości. Przerażała mnie świadomość, że straciłam całkowicie orientację w tym, co się wokół mnie działo, że mogłam znaleźć się w rękach morderców lub gwałcicieli… Przecież mogło się wydarzyć dosłownie wszystko.
– Odpowiedz.
Podniosłam wzrok i spojrzałam na ojca, przerażona.
– Nic nie pamiętam… – powtórzyłam, sparaliżowana faktem, że nie mam pojęcia, co się ze mną działo.
– Chcę, żebyście ją natychmiast poddali pełnemu badaniu. Cokolwiek zrobiliście wcześniej, to nie ma znaczenia, chcę, żebyście powtórzyli dokładnie wszystkie badania.
Policjanci spojrzeli na mojego ojca, a potem na mnie. Wydawali się skrępowani, jakby sama myśl, że ktoś mógł mnie wykorzystać seksualnie, przerażała ich tak samo jak mnie.
– Zostawię pani swoją wizytówkę. Jeśli cokolwiek sobie pani przypomni, nawet jeśli wydaje się to nieistotne, proszę się nie wahać i zadzwonić lub powiadomić nas na posterunku – poprosił jeden z funkcjonariuszy.
Skinęłam głową bez słowa, obawiając się, że głos mi się załamie, jeśli spróbuję coś powiedzieć.
Gdy funkcjonariusze wyszli, pielęgniarka zapytała mnie, czy jestem w stanie chodzić, najwyraźniej potraktowała polecenie mojego ojca poważnie. Wstałam, nie odczuwając żadnego bólu. Poczułam pewną ulgę. Gdybym padła ofiarą napaści seksualnej, z pewnością coś bym poczuła, choćby minimalny dyskomfort, ale nic takiego nie miało miejsca. Poszłam z pielęgniarką do gabinetu. Poprosiła mnie, abym położyła się na fotelu ginekologicznym i włożyła stopy w strzemiona. Starałam się nie rozpłakać i pragnęłam jedynie, żeby ten koszmar się skończył.
– Musimy sprawdzić, czy nie ma śladów… jakichkolwiek płynów ustrojowych. Nie stwierdziliśmy żadnych zewnętrznych oznak wskazujących na napaść seksualną, ale zanim przejdziemy dalej, musimy upewnić się, że nie masz nic przeciwko temu. Nawet jeśli twój ojciec nalega, jesteś pełnoletnia, więc to ty musisz wyrazić zgodę… – wyjaśniła uprzejmie lekarka, zaczynając badanie.
Rozumiałam, że ojciec chciał wszystko dokładnie sprawdzić. Dla mnie również było ważne, aby wykluczyć rzeczy, które mogły mi się przydarzyć.
– Badanie nie wykazało żadnych widocznych obrażeń fizycznych ani obcego DNA – zapewniła mnie. – Otrzymaliśmy wyniki twoich badań krwi i testu na obecność wirusa HIV.
– AIDS? – Otworzyłam szeroko oczy ze strachu, ale lekarka uśmiechnęła się uspokajająco.
– Nie AIDS, tylko HIV. Nie martw się, musieliśmy to po prostu sprawdzić. To standardowa procedura. Wiem, że masz za sobą przerażające, okropne doświadczenie, ale na szczęście nic ci się nie stało. Mimo wszystko spróbuj się teraz zrelaksować.
Skinęłam głową, a po chwili pielęgniarka przyniosła moje ubrania, żebym mogła przebrać się ze szpitalnej koszuli. Chciałam tylko wrócić do domu i zapomnieć, że coś takiego w ogóle się zdarzyło.
Wypisano mnie ze szpitala. Peter Vertes, kierowca mojego ojca, czekał przed wejściem, aby zawieźć nas do domu. Ojciec siedział z przodu na fotelu pasażera, przez całą drogę rozmawiając przez telefon, podczas gdy ja próbowałam ogarnąć fakt, że zaledwie trzy dni temu moim największym zmartwieniem był egzamin z mikroekonomii.
Nie mogłam powstrzymać się od nerwowego rozglądania się, gdy wysiadłam z samochodu i wchodziłam po schodach do ogromnej, białej rezydencji, w której dorastałam. Lupita, która praktycznie wychowała mnie od niemowlęcia, wyszła mi na powitanie ze łzami w oczach. Uściskała mnie mocno, a ja odwzajemniłam jej uścisk, powstrzymując płacz.
– Marfil! – powiedziała, ocierając twarz fartuchem. – Nie masz pojęcia, jak bardzo wszyscy się o ciebie martwiliśmy.
– Nic mi nie jest, Lupito, na szczęście jestem już w domu – powiedziałam, próbując ją uspokoić, a jednocześnie byłam taka szczęśliwa, że znalazłam się w bezpiecznym miejscu.
– Przygotuję ci coś ciepłego na kolację, dobrze? Weź prysznic, kochanie.
Ojciec zniknął w korytarzu z telefonem przyklejonym do ucha i miną sugerującą, że nie należy mu przeszkadzać. Byłam wdzięczna, że z całych sił starał się dowiedzieć, dlaczego, do diabła, ktoś mnie porwał, a przy tym nie zadawał mi żadnych pytań.
Gdy stałam pod prysznicem, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to jeszcze nie koniec. Coś mi podpowiadało, że porwanie było jedynie ostrzeżeniem dla mojego ojca. Ale przed czym? Nie było tajemnicą, że ojciec ma mnóstwo pieniędzy. I dlatego nie miał sensu fakt, że nikt nie zażądał okupu. Z jakiego innego powodu ktoś miałby porwać córkę Alejandro Cortésa?
Po prysznicu Lupita przyniosła mi filiżankę parującej zupy i talerz pieczonej wołowiny z ziemniakami. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jestem głodna, dopóki zapach nie ogarnął wszystkich moich zmysłów. Zjadłam kolację w łóżku, z telewizorem grającym w tle, a przez głowę przemykały mi miliony myśli. Liam wysłał mi tysiąc wiadomości, więc zadzwoniłam do niego, żeby przestał się martwić.
– Kiedy zadzwonił do mnie twój ojciec, omal, kurwa, nie dostałem zawału! – wykrzyknął. – Przesłuchiwał mnie, jakbym miał coś wspólnego z twoim zniknięciem. Boże, Marfil, tak się martwiłem!
– Nie przejmuj się nim. Poza Tami jesteś jednym z niewielu przyjaciół, o których mu wspomniałam, a on nie wiedział, z kim ma jeszcze się skontaktować.
Liam chciał wszystko wiedzieć i prosił mnie, żebym dokładnie opisała, co się wydarzyło, co pamiętam, a czego nie, ale to była ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę. Musiałam odpocząć. Czułam, że powieki mi ciążą i mimo że byłam bezpieczna w domu, strach w żadnym stopniu się nie zmniejszył.
– Porozmawiamy, kiedy wrócisz do Nowego Jorku – powiedział Liam.
Dlaczego, do diabła, ktoś przewiózł mnie z Nowego Jorku do Nowego Orleanu, i co więcej, jak to zrobił?
Te myśli krążyły nieustannie w mojej głowie, podczas gdy oczy same mi się zamykały i zapadłam w głęboki, niespokojny sen.
Obudziłam się w burzowy dzień. Jakby pogoda chciała odzwierciedlić mój nastrój. Spojrzałam przez okno na rozległy zielony trawnik otaczający rezydencję. Zawsze lubiłam tu być. Świadomość, że to moja matka zmieniła tę wielką i imponującą posiadłość w przytulny dom, sprawiała, że czułam przyjemne ciepło w sercu. Drewniane podłogi w całym domu, meble, wyposażenie. Jednak spośród wszystkich pomieszczeń moim ulubionym miejscem była ogromna kuchnia, gdzie jako małe dziewczynki spędzałyśmy z siostrą większość czasu, piekąc z Lupe ciasteczka i podkradając kostki cukru, by potem dać je koniom. Kuchnię również zaprojektowała moja matka, która wierzyła, że jest ona sercem domu. Teraz, gdy nie chodziłyśmy już razem z Gabi do szkoły, naszym ulubionym miejscem spotkań podczas wakacji stał się salon z dużym kominkiem, gdzie siadywałyśmy przy ogniu, piekąc pianki marshmallow i nadrabiając zaległości w opowieściach z naszego życia.
Szybko założyłam legginsy i bluzę i zeszłam na śniadanie, szukając w telefonie najbliższego lotu do Nowego Jorku. Opuściłam już kilka zajęć i będę musiała porozmawiać z wykładowcą mikroekonomii, modląc się, żeby mi pozwolił ponownie przystąpić do egzaminu, na który nie dotarłam. Powinnam była bardziej martwić się tym, co się stało, ale wciąż nie byłam w stanie sobie niczego przypomnieć. Bałam się, ale skoro nie potrafiłam przywołać z pamięci żadnego obrazu, mój strach wydawał się irracjonalny.
Weszłam do kuchni i zastałam Lupitę obierającą ziemniaki. Zapach kawy wypełniał pomieszczenie, co oznaczało, że ojciec musiał wciąż być w domu. Nigdy nie spotkałam nikogo tak uzależnionego od kofeiny jak on. Ja natomiast nie odziedziczyłam jego zamiłowania do tego gorzkiego napoju. Na śniadanie wolałam szklankę ciepłego mleka z miodem.
Lupita uśmiechnęła się, gdy mnie zobaczyła, i zanim zdążyłam policzyć do dziesięciu, postawiła przede mną śniadanie.
– Twój tata chce, żebyś przyszła do jego gabinetu, gdy tylko skończysz jeść, kochanie.
Skinęłam głową. Wkładałam do ust jedną łyżkę płatków za drugą. Szybko skończyłam śniadanie i podziękowałam Lupicie. Przeszłam przez salon. Były w nim ciemnobrązowe skórzane sofy, gruby perski dywan, sześćdziesięciocalowy telewizor oraz długi stół, przy którym jadaliśmy podczas wyjątkowych okazji: Bożego Narodzenia, Święta Dziękczynienia, moich urodzin lub urodzin Gabrielli, jeśli nie była wtedy u swojej matki.
Przeszłam długim korytarzem prowadzącym do gabinetu ojca. Nienawidziłam tego miejsca, ponieważ na ścianach wisiały wypchane głowy martwych zwierząt. Ojciec był myśliwym polującym na grubą zwierzynę. Wydawał fortunę na podróże do najodleglejszych zakątków świata w poszukiwaniu wyjątkowych trofeów, które potem wieszał na ścianie. Wciąż pamiętam, jak kiedyś nalegał, bym z nim pojechała. Nie tylko zmusił mnie do zabicia jelenia, ale potem „ochrzcił” mnie, oblewając jego krwią od stóp do głów. On i jego przyjaciele dobrze się bawili, gdy ja stałam tam, szlochając. Do dziś dręczą mnie z tego powodu koszmary. Zarówno moja siostra, jak i ja od zawsze byłyśmy zagorzałymi obrończyniami zwierząt i oburzał nas fakt, że ojciec spędza wolny czas na zabijaniu ich dla własnej przyjemności.
Zanim weszłam, zapukałam do drzwi. Ojciec siedział przy swoim ogromnym biurku, a przed nim stał Logan Price. Odkąd pamiętam, Logan kierował zespołem ochrony mojego ojca. Gdziekolwiek ojciec się udawał, Logan mu towarzyszył. Było to dla mnie tak normalne, że nigdy nie zastanawiałam się, w zasadzie przed czym go chroni. Ojciec, z urodzenia Kolumbijczyk, wyemigrował z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych w wieku zaledwie dwudziestu lat. Był geniuszem, który zbudował wielomilionową fortunę od zera. Kupił ziemię w Kolumbii, gdy ceny były tak niskie, że praktycznie rozdawano ją za darmo, i założył winnice, które obecnie zaopatrują całe południe w wyśmienite wina. Miał też bardzo bliskie relacje z prezydentem Kolumbii. Prowadzili długie rozmowy przy cygarach.
Tak, Alejandro Cortés był człowiekiem sukcesu, ale wobec nas był bardzo powściągliwy. Prawie nigdy nie rozmawiał z moją siostrą i ze mną o swojej pracy ani o nieustannych podróżach. Moją matkę poznał w Rosji, a miesiąc później wzięli ślub. Półtora roku później urodziłam się ja. Nad kominkiem, właśnie w jego gabinecie, wisiało oprawione w ramkę jej zdjęcie. Paulina Kozlova olśniewała urodą. Była wspaniałą kobietą o wydatnych kościach policzkowych, pełnych, uwodzicielskich ustach, złocistych blond lokach i wielkich szmaragdowozielonych oczach. Byłam do niej podobna, choć odziedziczyłam po ojcu ciemne włosy. Serce ściskało mi się w piersi za każdym razem, gdy patrzyłam na to zdjęcie. Nienawidziłam faktu, że miałam tylko jedno wspomnienie o mojej matce: jej martwe oczy skierowane prosto na mnie, podczas gdy wokół niej na podłodze powiększa się kałuża krwi.
Logan odwrócił się, gdy zamknęłam za sobą drzwi, witając mnie oszczędnym „Dzień dobry, panno Cortés”, i odsunął mi krzesło.
Ojciec oparł łokcie na biurku i spojrzał na mnie.
– Rozmawialiśmy o tym, co się stało, Marfil, i jedynym wnioskiem, do jakiego doszliśmy, jest to, że porwano cię i przywieziono tutaj, nie żądając niczego w zamian, po prostu po to, by wysłać mi wiadomość. By pokazać mi, jak łatwo jest do ciebie dotrzeć, oraz dać mi do zrozumienia, że mogą to powtórzyć, kiedy tylko zechcą.
Żadnego „Jak się czujesz, kochanie?”. Ojciec, jak to miał w zwyczaju, przeszedł od razu do sedna.
Zacisnęłam pięści, starając się nie okazać, jak bardzo przeraża mnie myśl, że coś takiego mogłoby zdarzyć się ponownie.
– Ale dlaczego? Z jakiego powodu?
Ojciec odchylił się do tyłu, wzruszając ramionami.
– Wiele osób ma mi za złe mój sukces, a nawet mnie za to nienawidzi, Marfil. Myślę, że próbowali dotrzeć do mnie, posługując się tobą.
Logan, który wpatrywał się wcześniej w okno, teraz odwrócił się do nas z poważną miną.
– Dopóki nie ustalimy, kto za tym stoi i co chciał osiągnąć, porywając cię, będziesz potrzebowała ochrony, żeby mieć pewność, że to się nie powtórzy.
O nie…
Ojciec wiedział, co powiem, zanim jeszcze otworzyłam usta.
– Błagałaś mnie, żebym nie zatrudniał dla ciebie ochrony, Marfil, a ja byłem głupcem, że się na to zgodziłem. Nie posłuchałem ostrzeżeń moich ochroniarzy, a teraz spójrz, co się stało. To się naprawdę wydarzyło. Mogłaś zostać zgwałcona… albo zabita!
Przełknęłam ślinę, czując, jak krew pulsuje w moim ciele.
– Ale…
Ojciec wstał i podszedł do barku koło biurka.
– Żadnych „ale”, Mar – powiedział, otwierając butelkę szkockiej i nalewając trochę do szklanki. – Nie zamierzam dłużej ryzykować. Od początku nie powinienem był ci ustępować.
Spojrzałam na Logana, a potem na ojca. Obaj wydawali się bardzo poważni i zdecydowani.
– Nie mogę prowadzić normalnego, codziennego życia, jeśli cały czas będzie towarzyszył mi ochroniarz, tato.
– Wolałabyś, żeby to się powtórzyło?
Nie miałam żadnego dobrego argumentu i byłam wściekła, że musiałam po prostu siedzieć tam w milczeniu.
– Dopóki nie wyjaśnimy, co się stało, musisz być pod ochroną przez całą dobę. Ja również wzmacniam swoją ochronę. Gabriella też będzie miała ochroniarza, kiedy wróci do domu. Na razie jest bezpieczna w szkole, ale nie zamierzam pozwolić na to, żeby ktokolwiek kiedykolwiek jeszcze raz porwał którąś z moich córek.
– Więc uważasz, że ktoś powinien mnie pilnować dzień i noc?!
Logan zrobił krok naprzód i odpowiedział w imieniu ojca.
– Tylko dopóki nie wyjaśnimy, co się stało, panno Cortés – oznajmił. – Mamy już najlepszych prywatnych detektywów, którzy sprawdzają, kto panią porwał.
– Prywatni detektywi? Czy nie byłoby lepiej zostawić to w rękach policji?
– Policja działa powoli, kochanie, są przepracowani i niedofinansowani. Wolę zapłacić profesjonalistom, zamiast siedzieć i patrzeć z założonymi rękami na niekompetencję policjantów – odparł ojciec.
Zamknęłam usta. Oczywiście nie chciałam, żeby coś takiego się powtórzyło. Mimo to czułam się pokonana. Tak bardzo walczyłam, by przekonać ojca, że nie potrzebuję ochrony, a teraz wszystko poszło na marne.
– Mamy dla ciebie najlepszego ochroniarza, jakiego udało nam się znaleźć. Służył w armii amerykańskiej i został odznaczony za odwagę. Mieliśmy szczęście, że zgodził się przyjąć tę pracę.
Westchnęłam, wiedząc, że walka jest przegrana.
– Nie chcę, żeby ktokolwiek w szkole wiedział, że mam ochroniarza, tato.
– Już o tym pomyśleliśmy. Będzie działał pod przykrywką. Nikt nie będzie wiedział, dlaczego tam jest, chyba że sama komuś powiesz. Poinformowaliśmy też uczelnię, więc będzie mógł uchodzić za studenta i wszędzie ci towarzyszyć. Nie musisz się o nic martwić, będzie tak, jakby go w ogóle nie było. Obiecuję.
Było to pewnego rodzaju pocieszeniem, choć wątpiłam, żeby żołnierz mógł pozostać niezauważony w tłumie złożonym głównie ze studentów.
– Twoje mieszkanie ma dwie sypialnie i oddzielny pokój dla personelu. Wysłałem już kogoś, żeby przygotował miejsce dla pana Moore’a.
Cholera, moje studio tańca. Nie mogłam powstrzymać frustracji i złości. Nie chodziło o to, że nie doceniałam tego, co robił dla mnie ojciec, ale denerwowało mnie, że ktoś cały czas będzie mi się kręcił po domu. Tak, wciąż się bałam, ale nie chciałam żyć w strachu. Nie chciałam ciągłego przypominania sobie, że ktoś może mnie znowu skrzywdzić albo przynajmniej spróbować to zrobić. Wiedziałam jednak, że w tych okolicznościach nie miałam nic do powiedzenia.
– Jak myślisz, ile czasu zajmie ustalenie, kto za tym stoi?
Ojciec usiadł.
– Nie wiem, ale zapewniam cię, że jest to mój priorytet.
Skinęłam głową, gotowa do wyjścia.
– Mogę już iść?
Ojciec zgodził się i znów spojrzał na komputer. Nawet jeszcze nie spotkałam tego pana Moore’a, kimkolwiek był, a już go nie lubiłam.
Rozdział 3
Marfil
Ojciec zorganizował wszystko tak, żeby Logan poleciał ze mną następnego dnia do Nowego Jorku, gdzie pan Moore miał na nas czekać na lotnisku. Nie mogliśmy skorzystać z prywatnego samolotu, ponieważ ojciec bardzo wcześnie rano wylatywał do Puerto Rico. Zresztą i tak mi na tym nie zależało.
Czułam się niezwykle bezpiecznie z Loganem siedzącym obok mnie w pierwszej klasie. Nie byłam wielką fanką latania, więc zawsze wolałam podróżować z kimś. Jednak poza strachem przed lataniem wciąż byłam wstrząśnięta tym, co się wydarzyło, i to właśnie głównie zajmowało moje myśli. Chciałam tylko, żeby wszystko wróciło do normy. Lecz zostałam porwana tak blisko domu, że miasto, które tak bardzo kochałam, wydawało mi się teraz wrogie.
Kiedy wysiadłam z samolotu i wyłączyłam tryb samolotowy w iPhonie, dostałam wiadomość od Liama, w której napisał, że przyniesie mi kolację i żebym się o nic nie martwiła, bo zaopiekuje się mną tak, jakbym była jego dziewczyną. To wywołało uśmiech na mojej twarzy. Czasami zastanawiałam się, dlaczego nie jesteśmy parą, ale potem przypominałam sobie o naszej przyjaźni i wszelkie pomysły, by pójść o krok dalej, wyparowywały mi z głowy.
Wcale nie cieszyła mnie perspektywa dzielenia mieszkania z nieznajomym. Skoro ten Moore miał w nim zamieszkać razem ze mną, to z pewnością będę spokojniejsza, jeśli Liam też tam będzie – przynajmniej dopóki nie przyzwyczaję się do swojego bodyguarda. Ochroniarze mnie denerwowali. Nieustannie przypominali mi, że może wydarzyć się coś złego.
Kiedy zginęła moja matka, ojciec zaostrzył środki bezpieczeństwa do granic możliwości.
Nigdy nigdzie nie wychodził bez Logana, nawet jeśli zatrzymywał się tylko po to, by kupić butelkę wody. Gabriella i ja nigdy nie miałyśmy własnych ochroniarzy, ale tylko dlatego, że byłyśmy zamknięte w szkole z internatem, a tam nie było takiej potrzeby. Poza tym, w przeciwieństwie do naszego ojca, który był znaną postacią, nasza prywatność była zawsze ściśle chroniona.
Sytuacja zmieniła się, kiedy przeprowadziłam się do Nowego Jorku. Tu nie było tak jak w Anglii, co do której ojciec był bardziej wyrozumiały, niż się spodziewałam. A teraz, kiedy zostałam porwana, nie było na świecie osoby, która przekonałaby go, żeby nie przydzielił mi ochrony. Drażniło mnie to, a jednocześnie przynosiło ulgę. Nie będę kłamać – cała ta sytuacja mnie przerażała, ale jeszcze bardziej przerażała świadomość, że powody mojego porwania wciąż pozostawały tajemnicą. I ciągle nie mogłam pozbyć się dręczącego mnie przeczucia, że najgorsze dopiero nadejdzie.
Próbowałam odsunąć te myśli na bok, idąc z Loganem długim korytarzem lotniska. Tak wiele wydarzyło się w tak krótkim czasie. Jedyne, czego teraz pragnęłam, to wziąć gorącą kąpiel i położyć się do łóżka, a potem obudzić się rano i odkryć, że wszystko było tylko złym snem.
– Panno Cortés, nie odwiozę pani do mieszkania. Mój samolot odlatuje za dwie godziny. Od tej pory zajmie się panią pan Moore, dobrze?
Zajmie się mną? Nagle poczułam się, jakbym była trzyletnim dzieckiem.
Skinęłam głową i milczałam, aż dotarliśmy do automatycznych drzwi prowadzących do hali przylotów pełnej podróżnych oraz mężczyzn w garniturach trzymających tabliczki z nazwiskami.
Kiedy szłam w kierunku bardzo przystojnego mężczyzny trzymającego tabliczkę z moim imieniem, który miał teraz być moim ochroniarzem, serce zaczęło mi mocno bić. Logan podszedł do niego i poklepał go po plecach, jakby już się znali. Ja natomiast stałam tam, nie mogąc oddychać, jakby całe powietrze zostało nagle wyssane z moich płuc. Nigdy wcześniej wygląd żadnego mężczyzny nie sprawił, żeby moje ciało zareagowało w tak gwałtowny sposób. Pierwszy raz w życiu czułam coś takiego. Mogłabym spróbować to opisać, ale słowa raczej nie oddadzą tego w pełni.
– Panno Cortés – powiedział, wyciągając rękę – nazywam się Sebastian Moore. Od tej chwili będę odpowiadał za pani bezpieczeństwo.
Sebastian… Kurwa. Czy jego imię też musi być tak niesamowicie seksowne?
Potrzebowałam kilku sekund, żeby otrząsnąć się z oszołomienia, i wyciągnęłam rękę, by uścisnąć jego dłoń. Kiedy nasze dłonie się zetknęły, poczułam motyle w brzuchu. Czy to było właśnie to, o czym opowiadał mi Liam?
Poczułam się jak mała, bezradna dziewczynka… To uczucie było mi zupełnie obce. Sebastian natomiast patrzył na mnie bez wyrazu, z całkowitą obojętnością, jak na jakąś cholerną ławkę w parku.
Pospiesznie założyłam okulary przeciwsłoneczne. Musiałam uporządkować myśli, żeby nie pokazać po sobie, jak bardzo spotkanie z tym mężczyzną na mnie wpłynęło.
– Zostawiam panią w dobrych rękach, proszę się nie martwić – powiedział do mnie Logan, po czym uścisnął dłoń Sebastianowi.
Patrzyłam, jak Logan mówi do niego coś, czego nie usłyszałam i co mnie w zasadzie nie obchodziło. Chłonęłam wzrokiem Sebastiana Moore’a. Był wysoki, o kilka centymetrów wyższy od Liama, a żeby pocałować Liama, musiałam stawać na palcach. Wyglądał na silnego na tyle, by podnieść mnie jedną ręką… dokładnie tak, jak lubiłam. Miał jasnobrązowe włosy, delikatny zarost na brodzie, który, jak sobie od razu wyobraziłam, musiał być kłujący w dotyku, kwadratową linię szczęki i atletyczną sylwetkę, z dużymi bicepsami odznaczającymi się pod rękawami jego eleganckiej marynarki. Szczerze mówiąc, mógłby uchodzić za jednego z nowojorskich milionerów mieszkających w mojej okolicy, choć wydawał się niesamowicie młody.
Ile miał lat? Dwadzieścia pięć? Dwadzieścia sześć? Nagle bardzo chciałam dowiedzieć się o nim wszystkiego… Co się ze mną działo?
O dziwo, byłam na tyle przytomna, żeby w ogóle pożegnać się z Loganem. Jednak gdy tylko ten się oddalił, dotarła do mnie świadomość, że zostałam sam na sam z moim nowym ochroniarzem. Zaczęłam się nerwowo bawić włosami, nie wiedząc, co zrobić ani co powiedzieć. Na szczęście nie musiałam się zbyt długo stresować.
– Nie zaparkowałem daleko. Chodź, wezmę twoje torby.
Kiedy byłam z ojcem, zawsze woził nas kierowca, ale w Nowym Jorku świetnie radziłam sobie sama, jeździłam taksówką, Uberem, a nawet metrem. Jednak Sebastian przyjechał czarnym Audi, które stało na parkingu lotniska. Podszedł od strony kierowcy, a ja czekałam, aż otworzy drzwi pasażera.
– Usiądź z tyłu – rzucił do mnie.
Mrugnęłam kilka razy. Brzmiało to jak rozkaz, co było nieco dziwne, bo ewidentnie nie zamierzał otworzyć mi drzwi. Nie chodziło o to, że miałam się za jakąś księżniczkę, wręcz przeciwnie, ale byłam tak przyzwyczajona do surowych zasad, jakie ojciec narzucał swoim pracownikom w mojej obecności, że zachowanie tego faceta mnie zaskoczyło. Lupe była jedyną osobą, która od czasu do czasu pozwalała sobie na brak formalności, i to też tylko wtedy, gdy byłyśmy same.
Jechałam na tylnym siedzeniu, nieustannie spoglądając na jego odbicie w lusterku wstecznym. Nie miał żadnych problemów z orientacją w terenie i już po trzech minutach kierowaliśmy się w stronę Manhattanu. Musieliśmy jeszcze przejechać przez całe Queens, co oznaczało kolejne pół godziny jazdy. Czy on w ogóle zamierzał ze mną porozmawiać?
– Chciałabym wiedzieć, jakie dokładnie rozkazy wydał ci mój ojciec… – powiedziałam po piętnastu minutach grobowej ciszy.
Sebastian na ułamek sekundy oderwał wzrok od drogi i spojrzał w moje okulary przeciwsłoneczne.
– Rozkazy? – zapytał.
Nagle to słowo zabrzmiało bardzo niegrzecznie.
– No, instrukcje, wskazówki, wytyczne, jakkolwiek chcesz to nazwać.
– Moim zadaniem jest cię chronić i informować twojego ojca o wszystkim, co się może nagle wydarzyć, kiedy jesteś ze mną.
Kiedy jestem z nim. Oczywiście, a nie na odwrót.
Nie chciałam już dłużej rozmawiać. Ten chłodny, obojętny ton zaczynał mnie irytować, a jednocześnie jego głęboki, niski głos przyprawiał mnie o gęsią skórkę.
Dotarliśmy na moją ulicę w rekordowym czasie. Było jasne, że prędkość nie należała do zagrożeń, przed którymi starał się mnie chronić. Zaparkowaliśmy samochód w garażu, a kiedy wszedł za mną do windy, przypomniałam sobie, że będę musiała dzielić z nim mieszkanie.
Kurwa.
Cisza panująca w niewielkiej przestrzeni windy była ogłuszająca. Nigdy w życiu nie milczałam tak długo w towarzystwie innej osoby. Liam byłby ze mnie dumny.
W końcu po czasie, który wydał mi się wiecznością, dzwonek w windzie zasygnalizował, że dotarliśmy na moje piętro. Sebastian poszedł przodem, zatrzymał się przed moim mieszkaniem i wyjął z kieszeni klucze. Otworzył drzwi i skinął głową, żebym weszła pierwsza.
A więc rycerskość nie umarła, ale… Miał klucze do mojego mieszkania?! Chwileczkę. Czyli on już tu był?
– Nie teraz – powiedział, jakby czytał w moich myślach. – Wejdź do środka.
Zrobiłam, co powiedział, i rozejrzałam się po mieszkaniu. Wyglądało niby tak, jak zawsze, ale ja nie czułam się już tak samo i nie byłam pewna, czy kiedykolwiek to uczucie powróci. Kiedy ostatnio wychodziłam z domu, martwiłam się tylko tym, czy powinnam zadzwonić do tego faceta z baru, którego imienia już nie pamiętam.
Położyłam torbę na wyspie kuchennej, czując się nieswojo i niekomfortowo. Odwróciłam się, by spojrzeć na swojego nowego współlokatora.
– To bardzo niezręczne – powiedziałam.
Sebastian zdjął marynarkę i powiesił ją na wieszaku przy drzwiach. Wtedy zauważyłam, że ma broń w kaburze, jak policjanci.
– Po prostu zachowuj się, jakby mnie tu nie było.
Jasne! Bułka z masłem! Tylko że on praktycznie zajmował całą przestrzeń.
– Słuchaj, nic o tobie nie wiem, więc jeśli masz tu mieszkać i być ze mną praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, to są pewne rzeczy, które muszę wiedzieć.
– Możesz mnie zapytać o wszystko, co dotyczy ciebie i twojego bezpieczeństwa.
– Ile masz lat? – rzuciłam, a w duchu pomyślałam „Serio, Marfil?”.
Sebastian zmarszczył brwi, wyglądał na zdezorientowanego.
– To nie ma nic wspólnego z twoim bezpieczeństwem.
– Nie zamierzasz odpowiedzieć?
– Nie.
Zacisnęłam usta, zirytowana.
– Nie lubię mieć ochroniarzy. Wiedz, że trudno mi będzie się do ciebie przyzwyczaić.
– Przyzwyczaisz się.
Zdjęłam okulary przeciwsłoneczne, bo zdałam sobie sprawę, że wciąż je mam na nosie. Spojrzałam w jego brązowe oczy otoczone gęstymi, czarnymi rzęsami. Chciałam odwrócić wzrok, byłam onieśmielona, ale nie poddałam się.
– Więc mam po prostu udawać, że cię tu nie ma?
– Dokładnie. Po prostu daj mi znać, jeśli zamierzasz gdzieś wyjść.
Świetnie.
– Nie wiem, czy widziałeś pokój gościnny, czy…. – mówiłam dalej.
– Nie martw się, nie ruszyłem twojego studia tanecznego.
– Spędzam w nim dużo czasu. Wiem, że druga sypialnia jest znacznie mniejsza, ale chciałabym nadal trenować, tak jak dotychczas.
– To twój pokój. Nie obchodzi mnie, jak go wykorzystujesz.
Poczułam ulgę. Bałam się, że ojciec zlikwidował moje studio taneczne, żeby Sebastian mógł sobie tam urządzić sypialnię. Zdawałam sobie sprawę, że idzie mi na rękę. Ten drugi pokój był znacznie mniejszy i mniej wygodny, ale nie chciałam rezygnować z mojej ulubionej części domu. W końcu to było moje mieszkanie.
– W takim razie… idę do swojego pokoju – powiedziałam, po czym odwróciłam się i poszłam sobie, nie czekając na jego odpowiedź. Zbytnio mnie irytował.
W mojej sypialni panował bałagan, dokładnie taki sam, jaki zostawiłam. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu postanowiłam nagle posprzątać, wręcz wpadłam w szał porządkowania. Nie wiem, czy robiłam to, żeby zagłuszyć niepokój, czy dlatego, że nie mogłam po prostu pójść do salonu i położyć się na kanapie, jak to miałam w zwyczaju. Wydawało mi się, że tracę rozum, ale sprzątałam tak długo, aż pokój był nieskazitelnie czysty.
Zadowolona z tego, co zrobiłam, w końcu rzuciłam okiem na telefon. Dostałam wiadomość od Liama, w której dał mi znać, że będzie u mnie za godzinę. Przynajmniej będę miała pretekst, żeby odzyskać salon.
Wzięłam prysznic i ubrałam się w moje ulubione niebieskie dżinsy i wygodną, białą koszulkę, a potem stanęłam przed lustrem, uważnie się sobie przyglądając. Co widział Sebastian, kiedy na mnie patrzył?
Odkąd sięgam pamięcią, wszyscy wokół mnie zawsze zwracali uwagę na mój wygląd. Dziewczyny w szkole albo mnie nienawidziły, albo mi zazdrościły. Bardzo dużo czasu zajęło mi zdobycie akceptacji koleżanek z klasy, a także zakonnic, które na początku były okrutne i ciągle powtarzały mi, że jestem chodzącym grzechem. Nie do końca rozumiałam, co miały na myśli, dopóki nie poznałam Liama. On w końcu wszystko mi wyjaśnił.
– Czy ty masz w ogóle pojęcie, jaką jesteś laską? – zapytał mnie kiedyś, leżąc w moim łóżku. Miałam na sobie tylko bluzkę z długim rękawem i bieliznę, a on spodnie dresowe. To była noc, kiedy po raz pierwszy posunęliśmy się dalej niż pocałunki.
– Cokolwiek widzisz, nie ma to nic wspólnego z tym, kim naprawdę jestem – odpowiedziałam; nie czułam się dowartościowana.
Jasne, byłam ładna, ale jeśli bycie ładną oznaczało to, że ludzie nigdy nie dostrzegali niczego więcej poza wyglądem, uroda mogła stać się najgorszym wrogiem. Zwłaszcza w połączeniu z tak buntowniczą osobowością jak moja. Dopiero później odkryłam władzę, jaką miałam nad innymi, i nauczyłam się, jak ją wykorzystywać. Jeśli mężczyźni traktowali mnie jak przedmiot, a nie jak świadomą, myślącą istotę, ja traktowałam ich dokładnie tak samo.
Wyszłam z sypialni, czując się jak intruz we własnym domu. I tak siedziałam w niej dłużej, niż mogła to znieść moja niespokojna natura.
Salon był pusty, ale kiedy spojrzałam na korytarz, zauważyłam słabe światło pod drzwiami pokoju Sebastiana. Pewnie będzie spędzał w nim większość czasu, pomyślałam.
Westchnęłam i skierowałam się w stronę lodówki. Powinnam była pójść na zakupy już kilka dni temu. W mieszkaniu nie było absolutnie nic. Skończył się nawet papier toaletowy.
Zakładając trampki, zaczęłam w myślach sporządzać listę wszystkiego, czego potrzebowałam ze sklepu. Nie było aż tak zimno, żeby zakładać grubą kurtkę, więc zostawiłam ją na wieszaku i wzięłam torbę. Gdy dotarłam do drzwi, zatrzymałam się. Czy musiałam powiedzieć Sebastianowi, że wychodzę ? Przecież sklep znajdował się tylko o jedną przecznicę stąd…
Instynkt podpowiadał mi jednak, że powinnam to zrobić. Przeszłam przez korytarz i nieśmiało zapukałam do jego drzwi. Czułam się z tym naprawdę dziwnie. Otworzył kilka sekund później. Swobodnie opierał się jedną ręką o ścianę, a drugą lekko przytrzymywał drzwi, jakby celowo nie pozwalał mi zajrzeć do środka. Nie mogłam się powstrzymać i przyjrzałam mu się od stóp do głów. Miał na sobie białą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami, dzięki czemu mogłam zobaczyć, że całe prawe ramię ma pokryte tatuażami. Nosił też okulary w czarnych oprawkach, które nadawały mu intelektualny wygląd, co na chwilę odebrało mi zdolność myślenia.
Czułam bolesną świadomość, że wpatrując się w niego w taki sposób, stawałam się osobą, która sprowadza innych do roli przedmiotu, a przecież tak bardzo tym pogardzałam. Jednakże on całkowicie mnie zahipnotyzował. Poza tym nie wiedziałam o nim zbyt wiele.
Uspokoiłam umysł i zmusiłam się do skupienia.
– Muszę pójść do sklepu po kilka rzeczy.
Sebastian skinął głową.
– Daj mi chwilę, proszę.
Odwrócił się, a ja skorzystałam z okazji, by zerknąć do pokoju. Nie przypominał już magazynu, jakim był jeszcze tydzień temu. Co prawda z progu widziałam tylko czarne skórzane krzesło i ładny biały dywanik, ale i tak zmiana była duża. Patrzyłam, jak Sebastian siada przed otwartym laptopem, szybko coś wpisuje, a potem go zamyka, marszcząc brwi.
Czy przerwałam mu coś ważnego?
– Idziemy – powiedział, wyrywając mnie z zadumy.
Na ulicy czułam się bardzo dziwnie, mając go tak blisko siebie.
Ochroniarze mojego ojca zawsze albo szli za nim, albo przed nim. Ale Sebastian szedł tuż obok mnie, jakby był moim znajomym.
– Czy zawsze tak będzie? – zapytałam, gdy weszliśmy do małego supermarketu.
– Jak będzie, Marfil?
Sposób, w jaki wymówił moje imię, sprawił, że ogarnęły mnie emocje, które z trudem opanowałam. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, by ciągnąć tę rozmowę tak, jakby facet stojący obok mnie w alejce z szamponami, kosmetykami i tamponami był po prostu jakimś zwykłym gościem. Tampony… cholera, też ich potrzebowałam.
Czy i tampony będę musiała kupować na jego oczach?
– No wiesz… że zawsze jesteś ze mną, nawet jeśli tylko muszę wyskoczyć do sklepu za rogiem.
– Tak – odparł lakonicznie.
Spojrzałam na niego, zirytowana jego odpowiedzią. Wzięłam szampon i papier toaletowy, ale tampony zostawiłam na półce. Potem popchnęłam wózek w stronę działu z winami. Wybrałam butelkę białego wina i włożyłam ją do wózka. Sebastian nie powiedział ani słowa, więc kontynuowałam zakupy. Wzięłam zgrzewkę Heinekena, a potem zatrzymałam się przy dziale z owocami. Kiedy wybierałam truskawki i jabłka, dotarło do mnie, że Sebastian też będzie musiał coś zjeść.
Już miałam go zawołać, lecz zauważyłam, że bacznie wpatruje się w wejście do sklepu. Również spojrzałam w tamtą stronę. Właśnie weszło dwóch facetów, mniej więcej w jego wieku.
– Potrzebujesz czegoś? – zapytałam go.
– Czego? – odpowiedział, rozkojarzony.
– Czegoś do jedzenia? W domu nic nie ma, chyba że zamówisz coś na wynos.
Sebastian potrząsnął głową.
– Nie martw się o mnie. Sam się zajmę posiłkami.
Wzruszyłam ramionami i zaczęłam wrzucać do wózka kolejne produkty: chipsy, oliwki, mleko, cukier i ciasto. Kiedy czekałam w kolejce do kasy, zauważyłam, że Sebastian ani na sekundę nie przestawał się rozglądać po sklepie. Jego wzrok ani na chwilę nie zatrzymywał się w jednym miejscu. Trudno było znaleźć wśród ochroniarzy mojego ojca kogoś, kto samą swoją obecnością budziłby większy respekt. Gdy kasjerka spojrzała na niego podejrzliwie, dotarło do mnie, że swoim wyglądem greckiego boga prawdopodobnie sprawiał, że większość ludzi podchodziła do niego z rezerwą.
Spojrzałam na jego czarne spodnie od garnituru i białą koszulę. Jak, do cholery, miałam zabrać go na uczelnię?
Kiedy zapłaciłam za zakupy kartą Centurion mojego ojca – a dokładnie moją kartą powiązaną z jego kontem – Sebastian podniósł torby i wziął je wszystkie w prawą rękę, lewą pozostawiając wolną. Nie kupiłam aż tak dużo, ale były w nich szklane butelki i inne ciężkie przedmioty. Zaproponowałam, że mu pomogę, ale odmówił bez słowa, jedynie pokręcił głową.
W drodze powrotnej tysiące myśli pędziły w mojej głowie. Było tyle rzeczy, które chciałam o nim wiedzieć. Dlatego właśnie nigdy nie lubiłam ochroniarzy, nie potrafiłam przebywać w towarzystwie innej osoby bez rozmawiania z nią. Kiedy byłam małą dziewczynką, zanim jeszcze wysłano mnie za granicę, moje nianie musiały zmieniać się co godzinę, taka byłam męcząca. Przynajmniej tak mi powiedział ojciec, uzasadniając wysłanie mnie do szkoły z internatem.
– Czasami, Marfil, nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo potrafisz być irytująca. Jesteś tylko dziewczynką, jasne, ale w mojej obecności po prostu nic nie mów – powtarzał mi wielokrotnie.
W końcu nauczyłam się milczeć od czasu do czasu, ale na krótko.
– Jesteś leworęczny? – zapytałam Sebastiana, idąc obok niego.
Spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
– Cały ciężar trzymasz w prawej ręce. Nie dlatego, że jesteś praworęczny, ale dlatego, że chcesz mieć lewą rękę wolną, żeby w razie potrzeby sięgnąć po broń, prawda?
Lekko przechylił głowę, a ja zauważyłam delikatne drgnięcie jego ust, które niemal wyglądało jak uśmiech.
– Jestem oburęczny, ale tak, trochę lepiej posługuję się lewą ręką.
Oburęczny… Spojrzałam na jego dłonie. Lewa zwisała luźno wzdłuż ciała, a druga niosła torby, jakby wypełnione były powietrzem, a nie ciężkimi butelkami.
Niespodziewanie wyobraziłam sobie, jak te dłonie mocno mnie obejmują, przesuwają się w dół po moich plecach, w górę po nogach…
Założyłam okulary przeciwsłoneczne i przez resztę drogi do domu nie zwracałam na niego uwagi.
Na całe szczęście dla mojego zdrowia psychicznego po powrocie Sebastian poszedł prosto do swojego pokoju, a ja zostałam w kuchni i rozpakowywałam zakupy. Zaproponował mi pomoc, ale chciałam pobyć sama. Zapewniłam go więc, że dam sobie radę, a on nie nalegał.
Dzwonek do drzwi odezwał się akurat w momencie, gdy kończyłam wkładać wszystko do lodówki. Wiedziałam, że to Liam, więc ochoczo ruszyłam do drzwi, podekscytowana spotkaniem z moim najlepszym przyjacielem. Ale w korytarzu z impetem wpadłam prosto na ludzką postać. Duże dłonie złapały mnie za przedramiona, powstrzymując mój pośpiech.
– Czekasz na kogoś?
Jego dotyk sprawił, że poczułam dreszcze w całym ciele. Sebastian jednak szybko cofnął ręce, tak jakby moja skóra go parzyła.
– Tak, na przyjaciela – powiedziałam, robiąc krok do przodu.
Położył dłoń na drzwiach, tuż nad moją głową, uniemożliwiając mi ich otwarcie.
Odwróciłam się w jego stronę, marszcząc brwi.
– Kto to? Nawet nie użył domofonu. Ma klucze – stwierdził Sebastian, potrząsając głową i zaciskając usta. – Rozdajesz klucze komu popadnie?
– Dałam klucze mojemu najlepszemu przyjacielowi.
– Hej, Mar! Otwórz, kurwa, oszaleję, jeśli cię za chwilę nie zobaczę.
Położyłam ręce na biodrach.
– Jak ma na imię?
– Liam. – Przewróciłam oczami z irytacją.
– Twój ojciec jasno mi powiedział, że w mieszkaniu ma nie być żadnych mężczyzn.
Roześmiałam się.
– Tak, jasne! A ja jestem Blue.
Sebastian wyglądał na zdezorientowanego.
– No, Blue, z kreskówki dla dzieci – wyjaśniłam, ale dalej milczał. Prawdopodobnie nie miał młodszego rodzeństwa.
Pokręciłam głową i otworzyłam drzwi, ignorując obecność Sebastiana za moimi plecami. Nie zdążyłam nawet spojrzeć na Liama, gdy jego ramiona natychmiast uniosły mnie do góry i przycisnęły mocno do siebie. Wdychałam jego zapach. Liam pachniał jak dom.
– Kurwa… przestraszyłaś mnie na śmierć.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Do tej pory tłumiłam emocje. Odkąd wróciłam, miałam wrażenie, jakby moje życie nie należało już do mnie, a mój dom przestał być moim domem. Teraz, gdy Liam tu był, wszystko wydawało się wracać na swoje miejsce i wreszcie poczułam się zrelaksowana, swobodna.
– Nadal nie mogę uwierzyć w to, co się stało… – szepnęłam, przytulając się do jego szyi. Nie chciałam się od niego oderwać.
Liam wtulił twarz w moje włosy, a kilka sekund później nagle zesztywniał. Jednym ruchem postawił mnie na ziemi i utkwił wzrok w Sebastianie.
– Kto to jest?
Westchnęłam z irytacją, bo ciągle chciałam być jego w ramionach.
– Mój ochroniarz.
Sebastian zmierzył Liama od stóp do głów. Zamknęłam drzwi, a temperatura w mieszkaniu jakby spadła o kilka stopni.
– Muszę zobaczyć twój dowód tożsamości – zażądał Sebastian.
Liam spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Czy to nie wystarczy, że Marfil mnie zna?
Sebastian nawet nie mrugnął.
– Dowód tożsamości poproszę.
Liam poszperał w kieszeni i wyciągnął czarny skórzany portfel. Wyjął prawo jazdy i podał je Sebastianowi.
Mój ochroniarz patrzył na nie przez kilka sekund, po czym je oddał.
– Będę musiał poprosić cię o zwrot kluczy do tego mieszkania. Ze względów bezpieczeństwa nie możemy pozwolić, by krążyły po mieście. Istnieje ryzyko, że ktoś mógłby je ci ukraść i spróbować się tu dostać.
Co? Nie! Dlaczego ktoś miałby próbować się tu dostać? Przecież porwanie nie wydarzyło się w domu.
Liam wyglądał na zaszokowanego i urażonego.
– Nigdy bym jej nie naraził na niebezpieczeństwo. Mam klucz na wypadek, gdyby zdarzyła się jakaś sytuacja awaryjna i gdyby Marfil mnie potrzebowała.
– Jeśli pojawi się jakiś problem lub Marfil będzie potrzebowała pomocy, to ja tu jestem.
Wpatrywali się w siebie przez kilka nieskończenie długich sekund.
– Liam, po prostu oddaj mu te klucze. Za tym wszystkim stoi mój ojciec. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, to danie mu powodu do podjęcia naprawdę skrajnych decyzji, jak na przykład zmuszenie mnie do powrotu do domu.
Liam wypuścił powietrze, które do tej pory wstrzymywał, i odwrócił się w moją stronę z przerażonym wyrazem twarzy. Potem zrobił to, o co poprosił Sebastian. Ten, gdy tylko dostał klucze, przeprosił i poszedł do swojego pokoju, przypominając mi, żebym dała mu znać, jeśli będziemy gdzieś wychodzić.
– Chcesz piwo? – zapytałam, skupiając się znowu na moim przyjacielu.
Liam skinął głową. Usiadł na kanapie, spoglądając w stronę korytarza.
– Nie mogę uwierzyć w to, co się stało, Mar – powiedział. Oparł łokcie na kolanach i przejechał dłońmi po włosach.
Usiadłam obok niego, podałam mu zimne piwo, a potem wzięłam łyk swojego.
– Ja też nie… To było przerażające. A jednocześnie wydaje mi się, że to był tylko zły sen. Że to nie wydarzyło się naprawdę. Przez cały czas byłam pod wpływem narkotyków, więc chyba dlatego czuję, jakby cała ta sytuacja przydarzyła się komuś innemu.
– Ale dlaczego? Kurwa. Dlaczego ktoś chciałby cię porwać?!
Było oczywiste, że pochodzę z zamożnej rodziny. Jednak rzadko kiedy o tym mówiłam. Liam wiedział, że czuję się z tym niekomfortowo, więc nigdy o nic nie pytał. Jego matka była nauczycielką w szkole podstawowej, a ojciec prowadził sklep zoologiczny. Wszystko, co miał, zawdzięczał swojemu błyskotliwemu umysłowi. Dostał się na Uniwersytet Columbia dzięki stypendium, a żeby opłacić rachunki, pracował nocami w modnych klubach w mieście, bo stypendium nie pokrywało wszystkich kosztów. Podziwiałam Liama, ponieważ w przeciwieństwie do niego w moim wypadku nie miało znaczenia, ile osiągnęłam w życiu – wszyscy zawsze postrzegali mnie jako małą bogatą dziewczynkę, w czepku urodzoną, która nigdy nie musiała kiwnąć palcem.
Mój ojciec miał tak wiele firm, że nawet nie potrafiłam ich wszystkich wymienić. Był właścicielem Banco Cortés, jednego z najważniejszych banków w Ameryce Łacińskiej. Hodował konie bardzo pożądanej na rynku rasy Appaloosa. To wszystko, wraz z wieloma innymi inwestycjami, uczyniło z niego swego rodzaju osobę publiczną i trudno się dziwić, że ludzie zazdrościli mu fortuny. Dlatego właśnie ojciec zawsze trzymał Gabriellę i mnie z dala od blasku reflektorów. Nigdy nie pozwalał nam uczestniczyć w swoich przyjęciach i nie znałyśmy żadnego z jego partnerów biznesowych. Ojciec rzadko mówił o swojej pracy, z nami rozmawiał wyłącznie o koniach, które od najmłodszych lat nauczył nas kochać i szanować.
– Nie wiem… nikt nie wie. Mój ojciec uważa, że ktoś po prostu wykorzystał mnie, by pogrozić mu palcem. Fakt, że nie zażądali niczego w zamian i nie wysłali żadnej wiadomości, jest o wiele bardziej zagadkowy niż samo porwanie.
– A teraz ten facet będzie cały czas przy tobie?
Skinęłam głową, zaciskając usta. Liam położył dłoń na moim policzku i odstawił piwo na stół.
– Twój ojciec postąpił słusznie. Zostałaś porwana tutaj, w Central Parku, Mar. Mogą to zrobić ponownie, gdy tylko zechcą, zwłaszcza jeśli dowiedzą się o innych częściach miasta, w których często bywasz – powiedział z niezadowoleniem wypisanym na twarzy.
Liam i ja kłóciliśmy się o tę kwestię niezliczoną ilość razy. Zdałam sobie sprawę, że będę musiała poinformować o tym również Sebastiana i błagać go, by nic nie mówił mojemu ojcu.
– Nie dam się znowu porwać. Będę ostrożna. Jedyne, co mnie martwi, to ojciec… i moja siostra…
– Gabriella jest w Londynie. Tam powinna być bezpieczna.
– Gdybym ci opowiedziała, co ona wyprawia w szkole… Kurwa, muszę ją ostrzec, że ma się stamtąd nie ruszać!
Czułam się tak, jakbym miała zaraz dostać zawału serca, kiedy pędziłam do sypialni i szukałam komórki. U nas było wpół do dziesiątej, u niej druga trzydzieści nad ranem. Na pewno już spała, więc wysłałam jej SMS:
Nawet nie myśl o wychodzeniu ze szkoły. Coś się wydarzyło. Zadzwoń do mnie, gdy tylko to przeczytasz. To pilne.
Ojciec nie powiedział Gabi o porwaniu, bo nie chciał jej martwić, ale nie miał pojęcia, że nauczyłam ją wszystkich genialnych sposobów na wymknięcie się ze szkoły. Bez niczyjej wiedzy mogła przejść przez las i dotrzeć do miasta. Gdyby coś jej się stało, byłaby to moja wina!
Wyszłam z pokoju z telefonem komórkowym w dłoni i zobaczyłam, jak otwierają się drzwi do pokoju Sebastiana. Wyszedł na korytarz, jakby czytał w moich myślach i wiedział, że coś jest nie tak.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
