Uwikłani: Marfil - Mercedes Ron - ebook

Uwikłani: Marfil ebook

Mercedes Ron

5,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Ona ma wiele do stracenia.

On ma wiele do ukrycia.

Gorące uczucie, które nie ma szans na spełnienie.

Kiedy Marfil Cortés, córka wpływowego biznesmena, budzi się w szpitalu po brutalnym porwaniu, ojciec przydziela jej tajemniczego bodyguarda, Sebastiana. Między tą dwójką rodzi się intensywna i niebezpieczna więź, a Marfil wkrótce zdaje sobie sprawę, że prawdziwe ryzyko to nie zewnętrzne zagrożenia, lecz uczucie, którego nie powinna żywić do swojego ochroniarza.

Uzależniająca i nasycona napięciem historia o miłości i przetrwaniu, pokusie i kontroli, a także o cenie odkrywania tego, co inni woleliby zachować w ukryciu.

Kolejna powieść autorki bestsellerowej Trylogii Winnych.

Film dostępny na Prime Video.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 449

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
do_przeczyt_Ania

Nie oderwiesz się od lektury

Nie pamiętam, kiedy ostatnio, zaznaczyłam tyle cytatów.. 🥹🫠 Ale stało się! Przepadłam! Słuchajcie, pokochałam Uwikłanych, tak bardzo, że od dwóch dni od przeczytania książki, nie mogę myśleć o niczym innym. Zamykam oczy i wracam do scen, dialogów, bohaterów.. OSZALAŁAM! PRZYSIĘGAM 🙏🏼❤️‍🔥 Mercedes Ron, coś ty zrobiła z moim sercem? 🖤 Zachwyt nad tą historią, wypełnia mnie po brzegi. I nie mogę znieść myśli o tym, że muszę czekać na kontynuację. Mam złamane serce i nie wiem jak sobie poradzić z oczekiwaniem na ciąg dalszy losów Słonia i jej ochroniarzya piiiisk!! 🤩🤩 Te emocje! Pożądanie! Uczucia! Walka! Flirt!… chyba brakuje mi słów, by opisać to, jak bardzo jestem przesiąknęłam w strony tej książki. Czytając uwikłanych, czułam się tak, jakbym miała już WSZYSTKO! KOCHAM! POLECAM I PROSZĘ, BY NIKT Z WAS NIE OMINĄŁ #uwikłanimarfil bo jest obowiązkowo #doprzeczytania
00



Tytuł ory­gi­nalny: IVORY (Mar­fil)

© 2019, by Mer­ce­des Ron

No part of this book may be used or repro­du­ced in any man­ner for the pur­pose of tra­ining arti­fi­cial intel­li­gence tech­no­lo­gies or sys­tems. This work is rese­rved from text and data mining (Article 4(3) Direc­tive (EU) 2019/790).

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © TIME SA 2026 Copy­ri­ght for the Polish Trans­la­tion © Pau­lina Broma

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­tor pro­wa­dząca: Alek­san­dra Paw­liń­ska Redak­cja: Maja Strze­żek Korekta: Patry­cja Szura, Domi­nika Ładycka / e-DYTOR Adap­ta­cja okładki: Ewa Popław­ska Gra­fika na okładce: © Abdu­lA­lim / Adobe Stock

Wydawca: Time SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN: 978-83-8343-832-0

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Ostrzeżenie dotyczące treści

Powieść ta poru­sza tematy, które dla nie­któ­rych czy­tel­ni­ków mogą być draż­liwe i nie­po­ko­jące, w tym porwa­nie, prze­moc, rów­nież sek­su­alną, i nad­uży­wa­nie wła­dzy, dys­pro­por­cję sił. Zaleca się zacho­wa­nie ostroż­no­ści.

Prolog. Sebastian

Pro­log

Seba­stian

Gdyby ktoś zapy­tał mnie, co ja, do cho­lery, robię w tym miej­scu, mógł­bym udzie­lić miliona róż­nych odpo­wie­dzi, a i tak żadna z nich nie byłaby do końca praw­dziwa.

Ta praca wyma­gała ode mnie zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele. Cza­sem wręcz zada­wa­łem sobie pyta­nie, dla­czego wciąż ją wyko­nuję. Dla­czego po pro­stu nie zre­zy­gnuję i nie opusz­czę tego śro­do­wi­ska raz na zawsze? Lecz gdy tylko zaczy­na­łem zasta­na­wiać się, co by to wła­ści­wie ozna­czało, ot tak, porzu­cić wszystko, po pro­stu uci­sza­łem sumie­nie i zaj­mo­wa­łem się tym dalej.

Obecni tu męż­czyźni zabi­liby mnie bez waha­nia, gdyby tylko zwie­trzyli, że mam jakie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści. Na szczę­ście przez lata mój umysł stał się twier­dzą.

Wie­dzia­łem, jak kon­tro­lo­wać myśli, żeby nikt nie był w sta­nie zauwa­żyć momen­tów zawa­ha­nia, które cza­sami mnie nacho­dziły.

W moim świe­cie wąt­pli­wo­ści zazwy­czaj ozna­czają śmierć.

Spraw­dzi­łem, czy mam cel na muszce. Dzie­liła mnie od niego spora odle­głość. Nikt mnie nie osła­niał. Byłem zdany tylko na sie­bie… a ota­czało mnie ponad pięt­na­stu męż­czyzn.

Gdy tylko padły pierw­sze strzały, wie­dzia­łem już, że wszystko stra­cone. A ten jeden jedyny strzał miał zmie­nić abso­lut­nie wszystko.

Rozdział 1. Marfil

Roz­dział 1

Mar­fil

DWA TYGO­DNIE PÓŹ­NIEJ

Patrzy­łam na kolum­bij­ską monetę peso, którą trzy­ma­łam w dłoni. Cze­ka­łam na Liama, a po mojej gło­wie krą­żyła tylko jedna myśl: dwie strony monety two­rzą całość, ale jedna ni­gdy nie zoba­czy dru­giej. Może to głu­pie, w końcu to tylko moneta, lecz nie mogłam prze­stać się do niej porów­ny­wać. Czy ja też mia­łam dwie cał­ko­wi­cie różne twa­rze, które ni­gdy nie będą jedną spójną cało­ścią? Cza­sami nie­mal zupeł­nie nie rozumia­łam samej sie­bie. Gdy­bym mogła spoj­rzeć na swoje życie z boku, to jestem pewna, że w więk­szo­ści przy­pad­ków jedyną rze­czą, o któ­rej pomy­śla­ła­bym, byłoby… Mar­fil, co ty, do cho­lery, wypra­wiasz?

Moja sio­stra, Gabriella, twier­dzi, że spę­dze­nie całego dzie­ciń­stwa oraz okresu doj­rze­wa­nia w szkole z inter­na­tem, tysiące kilo­me­trów od domu, na zawsze zosta­wiło w nas bli­zny. Ja na szczę­ście zamknę­łam już ten roz­dział mojego życia. Gabriella nato­miast wciąż miała przed sobą dwa dłu­gie lata pełne suro­wych zasad i pochmur­nego nieba. Za kilka mie­sięcy miała skoń­czyć szes­na­ście lat, a jej naj­więk­szym zmar­twie­niem jest to, że ni­gdy nie cało­wała się z chło­pa­kiem. Narze­kała, że jeśli cią­gle będzie miesz­kać wyłącz­nie z dziew­czy­nami, to w końcu zacznie się uma­wiać z jedną z nich. Już widzę minę naszego ojca. Samo wyobra­że­nie wywo­łało uśmiech na mojej twa­rzy.

Bli­zny… Temat, o któ­rym mogła­bym mówić godzi­nami. Naj­głęb­sza z nich wciąż spra­wia, że budzę się w środku nocy z walą­cym ser­cem i łzami spły­wa­ją­cymi po policz­kach. Jak­bym miała cztery lata, a nie dwa­dzie­ścia. Nie­sa­mo­wite, jak jedne wspo­mnie­nia na zawsze potra­fią wryć się w nasz umysł, a inne zni­kają bez śladu. Według stu­dia Pixar – tak, tego od fil­mów ani­mo­wa­nych, które zro­biło W gło­wie się nie mie­ści – nasz mózg usuwa wspo­mnie­nia, które nie są nam już potrzebne, i zacho­wuje te, które uważa za ważne. Powin­nam więc zadać sobie pyta­nie: co jest dobrego w tym, że pamię­tam, jak moja matka została zamor­do­wana na moich oczach? Naj­wy­raź­niej bez względu na to, co suge­ruje Pixar, mózg robi, co chce.

Gdy moje myśli błą­kały się tak bez celu, zda­łam sobie sprawę, że gapi się na mnie grupa face­tów. Stali po pra­wej stro­nie przy barze.

Bez waha­nia pod­nio­słam głowę i spoj­rza­łam na nich. Nie mia­łam zamiaru odwra­cać wzroku. Chcia­łam ich spe­szyć lub przy­naj­mniej spra­wić, by prze­stali się tak bez­wstyd­nie patrzeć. Jed­nak dwóch z nich zaczęło się śmiać, a trzeci, wysoki, o jasno­brą­zo­wych wło­sach, utrzy­my­wał ze mną kon­takt wzro­kowy.

Nie lubię być tą, która pierw­sza odwraca wzrok. Bez względu na to, z kim mam do czy­nie­nia. Tylko jedna osoba na tej pla­ne­cie umiała spra­wić, że spusz­cza­łam na zawo­ła­nie głowę: mój ojciec. Ale on był daleko stąd i nie musia­łam o nim myśleć. A teraz wła­śnie trwała naj­bar­dziej epicka walka na spoj­rze­nia w całej histo­rii ludz­ko­ści. Cóż, może sytu­acja nie była aż tak dra­ma­tyczna, ale mie­wam skłon­no­ści do prze­sady. Tak czy ina­czej, wyczu­wa­łam duże napię­cie. Im dłu­żej on na mnie patrzył, tym więk­szą wzbu­dzał we mnie cie­ka­wość, a im dłu­żej ja patrzy­łam na niego, tym bar­dziej mogłam sobie wyobra­zić, co mu cho­dzi po gło­wie.

Mogła­bym się tro­chę zaba­wić z tym face­tem.

– Cześć, Mar­fil – roz­legł się za mną głę­boki głos, ale dopiero dotyk dłoni na moich ple­cach spra­wił, że pod­sko­czy­łam i odru­chowo odwró­ci­łam wzrok.

Cho­lera! Wła­śnie prze­gra­łam.

Moja fru­stra­cja wypa­ro­wała, gdy odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela. Liam Micha­el­son miał pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, włosy czarne jak noc i jasno­nie­bie­skie oczy. Sły­nął z uśmie­chu, który potrafi łamać serca, i naj­gor­sze było to, że Liam dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę. Jego rzęsy, dłu­gie i ciemne, budziły zazdrość u każ­dej kobiety, a godziny spę­dzone na siłowni two­rzyły nie­mal ideał męż­czy­zny.

Kobiety tra­ciły dla niego głowę. Był praw­dzi­wym łama­czem serc. Nie – nie był gejem, i tak – naprawdę był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Przy­da­rzyły mi się już dziw­niej­sze rze­czy.

– Czy kaza­łem ci długo cze­kać? – zapy­tał, spo­glą­da­jąc ponad moją głową na chło­pa­ków sie­dzą­cych na końcu baru.

– Wystar­cza­jąco długo, żebyś musiał posta­wić mi drinka.

Zgod­nie z pra­wem nie mogłam pić alko­holu, a tym bar­dziej go kupo­wać, ale fał­szywe dowody toż­sa­mo­ści były tak łatwo dostępne, że ten zakaz wyda­wał się absur­dalny.

Liam uśmiech­nął się słodko i zawo­łał kel­nerkę. Zamó­wił to, co zwy­kle pijemy, i kilka minut póź­niej drinki stały już przed nami.

– A czemu zawdzię­czam to pół­go­dzinne spóź­nie­nie? – zapy­ta­łam, krę­cąc oliw­kami w moim mar­tini.

Liam pod­niósł piwo do ust i prze­wró­cił oczami.

– Nie chcesz wie­dzieć.

– Vir­gi­nia? Och, nie, cze­kaj… Rose?

– Tessi – odparł.

Nie mogłam powstrzy­mać śmie­chu.

– Tessi? Nazy­wasz ją tak z jakie­goś kon­kret­nego powodu?

– Ona chce, żebym ją tak nazy­wał. Cho­lera, jest nie do znie­sie­nia.

Liam był face­tem, który, no cóż… po pro­stu był face­tem. Kropka. Faceci z reguły chcą się dobrze bawić. Ogól­nie mówiąc, my, kobiety, też tego chcemy, ale oprócz tego pra­gniemy jesz­cze o wiele wię­cej. Cho­ciaż ja aku­rat nie zali­czam się do tej grupy. Ale rozu­mia­łam, dla­czego Vir­gi­nia, Rose i… Tessi chciały cze­goś wię­cej od mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela. Byłby świetną par­tią, gdyby tylko prze­stał pod­ry­wać wszystko, co się rusza. Oczy­wi­ście.

Liam i ja pozna­li­śmy się, gdy byłam na pierw­szym roku stu­diów. Wła­śnie prze­pro­wa­dzi­łam się do Nowego Jorku. Poprzed­nie osiem lat spę­dzi­łam w szkole z inter­na­tem, z dala od rodziny, w oto­cze­niu samych dziew­cząt i zakon­nic. Tylko kilka mie­sięcy w roku byłam w domu, w Luizja­nie. Liam i ja stu­dio­wa­li­śmy eko­no­mię na Uni­wer­sy­te­cie Colum­bia. Jest o trzy lata star­szy ode mnie, co ozna­cza, że roz­po­czy­nał wtedy ostatni rok stu­diów. Sporo wysiłku kosz­to­wało mnie prze­ko­na­nie ojca, żeby pozwo­lił mi prze­pro­wa­dzić się do Nowego Jorku i roz­po­cząć samo­dzielne życie. W końcu dwa lata temu dopię­łam swego. Powiedzmy, że na początku tro­chę prze­sa­dza­łam z sza­leń­stwami, bo po raz pierw­szy zna­la­złam się w sytu­acji, w któ­rej mia­łam nagle dużo swo­body. Restryk­cyjne wycho­wa­nie w okre­sie nasto­let­nim było bar­dzo nie­zdrowe i dla­tego potem tro­chę mnie ponio­sło. Teraz lubi­łam myśleć, że okres deka­den­cji mam już za sobą.

To z Lia­mem cało­wa­łam się po raz pierw­szy. Wła­śnie skoń­czy­łam osiem­na­ście lat i odkry­wa­łam, do czego jestem zdolna, jeśli cho­dzi o uwo­dze­nie męż­czyzn. Ojciec zawsze trzy­mał mnie pod klo­szem, jak­bym była nie­ty­kalna. Ale Liam doty­kał mnie… wszę­dzie.

Nie spa­li­śmy ze sobą, za to robi­li­śmy wiele innych rze­czy. W końcu zro­zu­mie­li­śmy, że lepiej będzie, jeśli zosta­niemy przy­ja­ciółmi. Pomimo że byli­śmy wręcz dla sie­bie stwo­rzeni.

Po Lia­mie byłam w krót­kim, poważ­niej­szym związku z chło­pa­kiem o imie­niu Regan. Ale potem dowie­dzia­łam się, że on i jego kum­ple zało­żyli się o dzie­sięć tysięcy dola­rów o to, który z nich pierw­szy się ze mną prze­śpi. Tak wła­śnie, o dzie­sięć tysięcy dola­rów. Jakie to żało­sne. Co wię­cej, fakt, że mój ojciec miał rację, mówiąc mi, żebym ni­gdy nie ufała męż­czy­znom, dolał tylko oliwy do ognia. Zda­rze­nie to cał­ko­wi­cie mnie odmie­niło. Sta­łam się nie do pozna­nia. Posta­no­wi­łam, że w rela­cjach z męż­czy­znami będę zaspo­ka­jać tylko swoje potrzeby i nie dam im nic w zamian, zero sen­ty­men­tów i kropka.

– Ten facet z końca baru idzie w naszą stronę – powie­dział Liam pół godziny i trzy mar­tini póź­niej. – Mam uda­wać two­jego chło­paka?

– To mogłoby być zabawne, ale nie – odpar­łam, cie­kawa, co ten facet ma mi do powie­dze­nia.

Wyczu­łam za sobą czy­jąś obec­ność, ale zacho­wa­łam spo­kój. Liam nato­miast odwró­cił się i spoj­rzał na niego.

– W czym mogę pomóc, stary?

– Wła­ści­wie to chcia­łem zamie­nić parę słów z twoją kole­żanką.

Odwró­ci­łam się z uśmie­chem. Był bar­dzo przy­stojny, o wiele przy­stoj­niej­szy niż mi się wcze­śniej wyda­wało. Wysoki, miał ciemne blond włosy i ema­no­wał tą samą pew­no­ścią sie­bie, jaką cecho­wali się nie­mal wszy­scy męż­czyźni, któ­rych zna­łam. Pew­no­ścią sie­bie wyni­ka­jącą naj­zwy­czaj­niej z tego, że uro­dzili się w uprzy­wi­le­jo­wa­nym świe­cie.

Mru­gnął kilka razy.

– Kurwa… z bli­ska jesteś jesz­cze bar­dziej sek­sowna.

Nie musia­łam patrzeć na Liama, żeby widzieć, jak prze­wraca oczami.

– Tak? – zapy­ta­łam spo­koj­nie. Kom­ple­menty nic dla mnie nie zna­czyły.

Facet zaczął się jąkać, po czym z kie­szeni koszuli wyjął wizy­tówkę i podał mi ją.

– Bar­dzo chęt­nie zapro­sił­bym cię kie­dyś na kola­cję – powie­dział, a jego głos brzmiał teraz nieco pew­niej.

Spoj­rza­łam na kar­to­nik. Miał na imię Harry i był archi­tek­tem. Praw­do­po­dob­nie nie miał poję­cia, że mam zale­d­wie dwa­dzie­ścia lat. O to mi wła­śnie cho­dziło w cho­dze­niu do barów na Wall Street.

– Zasta­no­wię się nad tym – odpo­wie­dzia­łam.

Harry uśmiech­nął się, a ja dostrze­głam dołe­czek w jego lewym policzku. Odwza­jem­ni­łam uśmiech, a on poma­chał mi na poże­gna­nie. Nawet nie zapy­tał, jak mam na imię. Wło­ży­łam wizy­tówkę do torebki i odwró­ci­łam się do przy­ja­ciela, który patrzył na mnie z mie­sza­niną roz­ba­wie­nia i iry­ta­cji.

– Cza­sami prze­raża mnie, jak bar­dzo jesteś do mnie podobna.

Potrzą­snę­łam głową.

– Nie jeste­śmy do sie­bie wcale podobni i dobrze o tym wiesz.

Liam wes­tchnął.

– Facet, który w końcu się z tobą prze­śpi, będzie praw­dzi­wym szczę­ścia­rzem.

Spoj­rza­łam na niego gniew­nie.

– Cicho, nie zdra­dzaj mojej wiel­kiej, mrocz­nej tajem­nicy.

– Nie ma się czego wsty­dzić. Prze­szka­dza ci, że faceci kła­mią na temat tego, że upra­wiali z tobą seks?

Tak, to mnie dener­wo­wało.

– Jeśli muszą kła­mać, żeby poczuć się bar­dziej męscy, niech kła­mią. Jeśli ktoś chce znać prawdę, może mnie zapy­tać wprost.

– Jesteś jak modliszka. Wiesz o tym, prawda?

– Nikogo nie poże­ram, po pro­stu biorę to, czego chcę, a resztę odrzu­cam.

Liam roze­śmiał się.

– Jesteś taka naiwna. Pew­nego dnia jakiś facet sprawi, że stra­cisz rozum i będziesz musiała poże­gnać te wszyst­kie swoje femi­ni­styczne poglądy.

– To nie ma nic wspól­nego z femi­ni­zmem. Męż­czyźni wyko­rzy­stują kobiety od zara­nia dzie­jów, biorą to, czego chcą, i idą dalej. Co w tym złego, że robię to samo? Nie pozwolę na to, by ktoś inny czer­pał przy­jem­ność z mojego ciała. Ja chcę zaspo­ka­jać swoje potrzeby.

Liam spoj­rzał na mnie, jak­bym spa­dła z księ­życa.

– Każdy męż­czy­zna na świe­cie czer­pie przy­jem­ność już z samego patrze­nia na cie­bie, Mar­fil. Dotknię­cie two­jego ciała byłoby dla niego jak wygrana na lote­rii, uwierz mi.

To nie tak, że nikt ni­gdy nie dopro­wa­dził mnie do eks­tazy. Ale Liam nie musiał tego wie­dzieć. Nikt nie musiał.

Zamil­kłam na kilka minut, po czym w końcu powie­dzia­łam:

– Jesteś jedyną osobą, z którą była­bym skłonna pójść dalej. Bo jeste­śmy przy­ja­ciółmi.

Liam zakrztu­sił się piwem.

– I wła­śnie to mi mówi, że jesteś pijana. No dalej, chodźmy, odwiozę cię do domu.

Nie kła­ma­łam, mówiąc, że Liam jest jedy­nym męż­czy­zną, któ­remu mogła­bym się cał­ko­wi­cie oddać. Spo­śród wszyst­kich face­tów na świe­cie tylko jemu ufa­łam. Myśla­łam o tym wiele razy, bo choć mia­łam spore doświad­cze­nie w nie­mal wszyst­kim, co poprze­dzało seks, to bałam się pójść na całość. Od naj­młod­szych lat ojciec wpa­jał mi prze­ko­na­nie, że cnota jest naj­waż­niej­szą rze­czą, jaką posiada kobieta. A zakon­nice w szkole z inter­na­tem nie szczę­dziły szcze­gó­łów na temat wszyst­kich okrop­nych rze­czy, które mogą nas spo­tkać, jeśli ule­gniemy grze­chowi pożą­da­nia. Z jakie­goś powodu była to jedyna rzecz z tego okresu, którą wzię­łam sobie do serca. Wszy­scy wokół mnie wyda­wali się obse­syj­nie sku­pieni na dzie­wic­twie i jego utra­cie, i cho­ciaż despe­racko pra­gnę­łam się zbun­to­wać i w pew­nym sen­sie nawet to robi­łam, wciąż nie byłam w sta­nie zro­bić tego decy­du­ją­cego kroku.

Liam odwiózł mnie do domu swoim sza­rym Audi. Nie­dawno je kupił, więc sie­dze­nia wciąż pach­niały nowo­ścią. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści stu­den­tów nie miesz­ka­łam na tere­nie kam­pusu. Ojciec pozwo­lił mi prze­pro­wa­dzić się do Nowego Jorku pod warun­kiem, że to on zde­cy­duje, gdzie będę miesz­kać. Moje miesz­ka­nie znaj­do­wało się w Upper East Side, jed­nej z naj­droż­szych dziel­nic mia­sta. Dzie­liła je od kam­pusu zale­d­wie krótka prze­jażdżka metrem. Pew­nie zabrzmię jak roz­piesz­czona panienka, ale naprawdę zupeł­nie nie dba­łam o to, że miesz­ka­łam w jed­nym z naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych budyn­ków na Man­hat­ta­nie. Przez całe życie ota­czał mnie luk­sus i wiele osób uwa­żało mnie za wariatkę, bo w ogóle poszłam na stu­dia. Prze­cież było jasne, że odzie­dzi­czę for­tunę. Ale ja od zawsze wie­dzia­łam, że muszę iść wła­sną ścieżką.

Byłam świetna z mate­ma­tyki, więc eko­no­mia wydała się logicz­nym wybo­rem. Jed­nak przez nie­mal cały okres nasto­letni bła­ga­łam ojca, żeby pozwo­lił mi dołą­czyć do zespołu New York City Bal­let. Był nie­ubła­gany i ni­gdy nie wyra­ził na to zgody, a kiedy pró­bo­wa­łam mu się prze­ciw­sta­wić, zawsze szybko tego żało­wa­łam. Zosta­łam więc zmu­szona do porzu­ce­nia swo­ich marzeń o karie­rze tan­cerki. Jeśli więc posia­da­nie tego wiel­kiego miesz­ka­nia miało jakąś zaletę, to była nią moż­li­wość tań­cze­nia w domu, gdy tylko mia­łam na to ochotę.

Poca­ło­wa­łam Liama w poli­czek i obie­ca­li­śmy sobie, że spo­tkamy się jesz­cze przed week­en­dem. Poma­cha­łam do por­tiera, Nor­mana, gdy prze­cho­dzi­łam przez hol budynku do windy. Samotne miesz­ka­nie w Nowym Jorku może wyda­wać się odważ­nym posu­nię­ciem dla mło­dej kobiety, ale ta oko­lica była bar­dzo bez­pieczna. Miesz­kali tu głów­nie ban­kie­rzy, któ­rzy zaro­bili nie­bo­tyczne sumy na Wall Street. Mój ojciec był jed­nym z nich.

Miesz­ka­nie było urzą­dzone w stylu mini­ma­li­stycz­nym. Nie było w nim pra­wie żad­nych bibe­lo­tów, z wyjąt­kiem kilku jasno­ró­żo­wych, ozdob­nych podu­szek. Moje motto brzmiało: „Im mniej posia­dasz, tym mniej masz do sprzą­ta­nia”, i ści­śle się go trzy­ma­łam. Mia­łam szczę­ście, że dys­po­no­wa­łam tak dużą prze­strze­nią, przy­naj­mniej jak na nowo­jor­skie stan­dardy: dwie sypial­nie (nie licząc pokoju dla per­so­nelu), dwie łazienki oraz otwartą prze­strzeń łączącą salon, jadal­nię i kuch­nię. Ponie­waż miesz­ka­łam sama, w dru­giej sypialni urzą­dzi­łam stu­dio taneczne i tam zwy­kle spę­dza­łam więk­szość czasu. Zain­sta­lo­wa­łam nawet drą­żek bale­towy i duże lustra, w któ­rych widzia­łam swoje odbi­cie, gdy relak­so­wa­łam się w rytm muzyki.

Na jed­nej ze ścian salonu moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Tamara, zaczęła malo­wać mural. Mogłam patrzeć na niego bez końca. Była to mie­szanka cyta­tów z naszych ulu­bio­nych ksią­żek, naszych zdjęć, tek­stów pio­se­nek, kwia­tów, a przede wszyst­kim róż­nej wiel­ko­ści oczu wyra­ża­ją­cych mnó­stwo emo­cji… Tami fascy­no­wała się ludz­kimi spoj­rze­niami, a ja byłam zdu­miona, jak nie­mal ide­al­nie potrafi prze­nieść je na każdą pła­ską powierzch­nię, o ile tylko miała pod ręką coś do malo­wa­nia. Kie­dyś nary­so­wała dla mnie Minionka na ser­wetce ze Star­bucksa, uży­wa­jąc jedy­nie patyczka do mie­sza­nia kawy i pianki z mojego frap­puc­cino.

Poło­ży­łam torebkę na wyspie kuchen­nej i od razu pode­szłam do lodówki, choć nie do końca wiem, po co. Jeśli cho­dzi o goto­wa­nie, byłam kom­plet­nym bez­ta­len­ciem. Kie­dyś pró­bo­wa­łam przy­go­to­wać zapie­kankę z mię­sem według prze­pisu mojej byłej maco­chy, ale zapo­mnia­łam, że wło­ży­łam ją do pie­kar­nika, i omal nie spa­li­łam całego miesz­ka­nia. Bez­piecz­niej było zama­wiać jedze­nie na wynos.

Zbli­żał się egza­min z mikro­eko­no­mii, posta­no­wi­łam więc tro­chę się pouczyć. Włą­czy­łam muzykę kla­syczną i zanim się zorien­to­wa­łam, odpły­nę­łam na kilka godzin. Kiedy otwo­rzy­łam oczy, zda­łam sobie sprawę, że zasnę­łam w bar­dzo nie­wy­god­nej pozy­cji. Usia­dłam, marząc, żeby ktoś zaniósł mnie do łóżka jak małą dziew­czynkę.

Nie mia­łam tyle szczę­ścia.

Poło­ży­łam pod­ręcz­nik na sto­liku do kawy i zawlo­kłam się do sypialni. Zwi­nę­łam się w kłę­bek pod białą puchową koł­drą i ogar­nęło mnie poczu­cie samot­no­ści. Nie cho­dziło o to, że było mi smutno, po pro­stu zawsze wokół mnie było dużo ludzi. W domu rodzin­nym Lupita, nasza gospo­sia, była dla mnie jak matka. Był też kie­rowca Peter, ogrod­nik Frank, a nawet Logan, ochro­niarz mojego ojca, jeśli ten był aku­rat w domu. W szkole z inter­na­tem dzie­li­łam pokój z czte­rema innymi dziew­czy­nami, w tym z Tami, więc pra­wie ni­gdy nie były­śmy same. Samot­ność w tym wiel­kim miesz­ka­niu cza­sami wywo­ły­wała we mnie irra­cjo­nalne lęki, naj­mniej­szy dźwięk potra­fił spra­wić, że w mojej gło­wie roz­gry­wał się hor­ror. Nie­na­wi­dzi­łam takich dni.

Zamknę­łam oczy, scho­wa­łam się pod koł­drą i zaczę­łam liczyć w myślach: jeden, dwa, trzy… osiem­na­ście… czter­dzie­ści cztery, czter­dzie­ści pięć… dwie­ście sześć. Gdzieś w oko­li­cach liczby pięć­set czter­dzie­ści trzy w końcu zasnę­łam.

Zanim się zorien­to­wa­łam, nad­szedł pią­tek. Zosta­łam zapro­szona do klubu na walen­tyn­kową imprezę dla sin­gli, ale nie sko­rzy­sta­łam z tej pro­po­zy­cji. Nie dla­tego, że nie lubię wycho­dzić – wręcz prze­ciw­nie, uwiel­biam to – ale zde­cy­do­wa­łam, że wolę zostać w domu i potań­czyć sobie albo obej­rzeć film. W samot­no­ści.

Po ponad dwóch i pół godzi­nie spę­dzo­nych przy drążku bale­to­wym na ćwi­cze­niu plié zało­ży­łam na try­kot obszerną białą koszulę i odna­la­złam wizy­tówkę Harry’ego.

Mogła­bym zadzwo­nić i zapy­tać, czy nie miałby ochoty pójść na kola­cję. To oszczę­dzi­łoby mi koniecz­no­ści zama­wia­nia kolej­nej pizzy w lokalu za rogiem. Ale wtedy przy­po­mnia­łam sobie, że prze­cież nawet nie zapy­tał mnie o imię. Co mia­łam zro­bić, napi­sać SMS o tre­ści: „Hej, to ja, ta przy­pad­kowa dziew­czyna z baru. Chcesz pójść na kola­cję w walen­tynki?”. Nie ma, kurwa, mowy.

Na dwo­rze było jesz­cze jasno, więc wło­ży­łam leg­ginsy, narzu­ci­łam swe­ter, zało­ży­łam ręka­wiczki i moje ulu­bione trampki i wyszłam pobie­gać. Zwy­kle bie­ga­łam codzien­nie przez ponad godzinę, ale ni­gdy rano, bo nie zno­si­łam wsta­wać wcze­śniej, niż to było abso­lut­nie konieczne. Poza tym uwiel­bia­łam oglą­dać zachód słońca nad jezio­rem w Cen­tral Parku.

Poma­cha­łam Nor­ma­nowi z uśmie­chem i wyszłam na ulicę. Był wcze­sny wie­czór. Cen­tral Park zawsze tęt­nił życiem – rodziny z dziećmi na placu zabaw, ludzie wypro­wa­dza­jący psy, kar­miący kaczki lub spę­dza­jący czas w cie­niu drzew w cie­plej­sze dni. Kiedy słońce zaczęło opa­dać nisko nad hory­zon­tem, park opu­sto­szał i zostali jedy­nie bie­ga­cze. Roz­po­zna­łam kilku innych sta­łych bywal­ców. Mija­jąc się, ski­nę­li­śmy do sie­bie gło­wami. Raz popeł­ni­łam błąd i umó­wi­łam się z jed­nym z nich. Przy­się­głam sobie, że ni­gdy wię­cej tego nie zro­bię. Potem wku­rza­łam się, bo musia­łam zmie­niać trasę biegu, żeby nie wpaść przy­pad­kiem na ten dawny „romans”.

Po inten­syw­nym, dłuż­szym niż zwy­kle tre­ningu zwol­ni­łam do tempa spa­ce­ro­wego, żeby zacząć się ochła­dzać. Dzień ustą­pił miej­sca prze­pięk­nej, bez­chmur­nej nocy, a świa­tła dra­pa­czy chmur migo­tały w wodzie. Kocha­łam to mia­sto. Wiele osób narze­kało, że jest tu zbyt tłoczno, że ludzie są w cią­głym ruchu i tak dalej i tak dalej. Całe życie spę­dzi­łam na wsi i prze­by­wa­nie tu, w tym wiel­kim mie­ście, spra­wiało, że czu­łam się czę­ścią cze­goś bar­dzo eks­cy­tu­ją­cego.

Pochy­li­łam się nad stru­mie­niem chłod­nej wody z fon­tanny, odsu­wa­jąc długi kucyk, żeby nie zmo­czyć wło­sów, kiedy nagle…

Nie zdą­ży­łam nawet krzyk­nąć.

Czy­jaś ręka chwy­ciła mnie w talii i pocią­gnęła do tyłu, a druga ręka zakryła mi usta wil­gotną szmatką, która obrzy­dli­wie śmier­działa. Pró­bo­wa­łam się opie­rać naj­bar­dziej jak mogłam, panika ogar­nęła moje ciało i umysł. Wal­czy­łam z całych sił, żeby się uwol­nić, ale osoba trzy­ma­jąca szmatkę na mojej twa­rzy dzia­łała spraw­nie i szybko. Powieki zaczęły mi cią­żyć, tra­ci­łam czu­cie w koń­czy­nach. Poczu­łam, że lecę do tyłu i opa­dam na kogoś wyso­kiego i umię­śnio­nego.

„Wsadź­cie ją do fur­go­netki”. To były ostat­nie słowa, jakie usły­sza­łam, zanim cał­ko­wi­cie stra­ci­łam przy­tom­ność.

Rozdział 2. Marfil

Roz­dział 2

Mar­fil

Otwo­rzy­łam oczy. Leża­łam w szpi­tal­nej sali. Wokół nie było żywej duszy, towa­rzy­szył mi jedy­nie dźwięk urzą­dzeń. Spoj­rza­łam na swoje ciało i zoba­czy­łam, że mam na sobie zie­loną szpi­talną koszulę. Z lewej ręki wysta­wała mi rurka do kro­plówki, a na pra­wej mia­łam ban­daż. Serce zaczęło mi bić jak sza­lone, ale ponie­waż nie byłam pod­łą­czona do moni­tora, naj­wy­raź­niej sły­sza­łam to dud­nie­nie w swo­jej gło­wie.

Co się stało?

Drzwi się otwo­rzyły i do mojego łóżka pode­szła pie­lę­gniarka.

– Panno Cortés? Jak się pani czuje?

Mru­gnę­łam kilka razy, oszo­ło­miona.

– Gdzie ja jestem? Co się stało?

Pró­bo­wa­łam usiąść. Nie wiem, dokąd zamie­rza­łam uciec, ale instynkt pod­po­wia­dał mi, żebym wstała i ucie­kała, żeby się schro­nić… Tylko przed kim?

– Wszystko w porządku, nic pani nie jest – zapew­niła mnie.

Poczu­łam, jak łzy napły­wają mi do oczu, a w gło­wie kłę­biły mi się ostat­nie obrazy, jakie udało mi się przy­wo­łać z pamięci. Bie­ga­nie w parku, postój na łyk wody, ktoś zakry­wa­jący mi usta, ciem­ność, a potem…

Zanim zdą­ży­łam zapy­tać, co się stało, drzwi znów się otwo­rzyły i ku mojej wiel­kiej uldze do pokoju wszedł mój ojciec.

– Mar­fil… – powie­dział, pod­szedł do mnie i mnie objął. Przy­tu­li­łam twarz do jego piersi i wdy­cha­łam per­fumy Eau Sau­vage Diora zmie­szane z zapa­chem tyto­niu, który praw­do­po­dob­nie palił bez prze­rwy. – Dzięki Bogu, że się obu­dzi­łaś – powie­dział, gła­dząc moje włosy.

Nie byłam jakoś bli­sko zwią­zana z ojcem, i to nie tylko dla­tego, że więk­szość życia spę­dzi­łam za gra­nicą. Nato­miast ni­gdy nie czu­łam się szczę­śliw­sza niż teraz, gdy trzy­mał mnie w ramio­nach.

Kiedy się uspo­ko­iłam, wyja­śnił mi, co się stało.

– Zosta­łaś porwana, Mar­fil – powie­dział ponuro mój ojciec, zaci­ska­jąc usta w cienką linię.

Zna­le­ziono mnie nie­przy­tomną przed szpi­ta­lem w Nowym Orle­anie, pół­to­rej godziny drogi od mojego rodzin­nego domu w Baton Rouge. Na szczę­ście mia­łam przy sobie port­fel, dzięki czemu leka­rze mogli mnie ziden­ty­fi­ko­wać i skon­tak­to­wać się z moim ojcem.

– Nie zosta­wili nic, żad­nego listu, nie zażą­dali też okupu. Zda­łem sobie sprawę, że coś jest nie tak, kiedy dzwo­ni­łem do cie­bie w nie­dzielę i pięć razy włą­czała się poczta gło­sowa.

Nie­dziela! Boże! To zna­czy, że musia­łam być nie­przy­tomna przez co naj­mniej trzy dni.

– Kiedy usły­sza­łem, że nie ma cię w miesz­ka­niu i że nikt nie widział, jak wró­ci­łaś z bie­ga­nia w pią­tek wie­czo­rem, wie­dzia­łem już, że stało się coś strasz­nego.

Potrzą­snę­łam głową, nie mogąc tego ogar­nąć umy­słem.

– Poli­cja chcia­łaby z tobą poroz­ma­wiać. Na zewnątrz są dwaj funk­cjo­na­riu­sze. Cze­kali, aż się obu­dzisz.

Ojciec wyszedł z pokoju i wró­cił z dwoma poli­cjan­tami. Usia­dłam, byłam zde­ner­wo­wana, gdy zaczęli zada­wać mi pyta­nia. Ojciec przez cały czas nie spusz­czał ze mnie wzroku. Ni­gdy w życiu nie widzia­łam go tak zmar­twio­nego.

– Nic nie pamię­tam – powie­dzia­łam, czu­jąc, jak zasy­cha mi w ustach, a dło­nie zaczy­nają się pocić. – Pamię­tam tylko moment, w któ­rym na mnie napa­dli…

– Ani razu nie odzy­skała pani przy­tom­no­ści? – zapy­tał jeden z funk­cjo­na­riu­szy.

Potrzą­snę­łam głową, gorącz­kowo myśląc, ale nic nie przy­cho­dziło mi do głowy.

– Wszel­kie infor­ma­cje, które mogłaby nam pani prze­ka­zać, byłyby dla nas nie­zwy­kle pomocne, panno Cortés.

Ner­wowo spoj­rza­łam na ojca, a potem na pie­lę­gniarkę.

– Prze­pra­szam… – powie­dzia­łam drżą­cym gło­sem.

Ojciec zro­bił krok w moją stronę, patrząc mi pro­sto w oczy.

– Czy ist­nieje jaka­kol­wiek moż­li­wość, że oni… Czy oni ci coś zro­bili?

Zaczęły mi drżeć usta, więc przy­gry­złam wargi, pró­bu­jąc opa­no­wać prze­ra­że­nie, które mnie ogar­niało. Nie chcia­łam nawet myśleć o takiej moż­li­wo­ści. Prze­ra­żała mnie świa­do­mość, że stra­ci­łam cał­ko­wi­cie orien­ta­cję w tym, co się wokół mnie działo, że mogłam zna­leźć się w rękach mor­der­ców lub gwał­ci­cieli… Prze­cież mogło się wyda­rzyć dosłow­nie wszystko.

– Odpo­wiedz.

Pod­nio­słam wzrok i spoj­rza­łam na ojca, prze­ra­żona.

– Nic nie pamię­tam… – powtó­rzy­łam, spa­ra­li­żo­wana fak­tem, że nie mam poję­cia, co się ze mną działo.

– Chcę, żeby­ście ją natych­miast pod­dali peł­nemu bada­niu. Cokol­wiek zro­bi­li­ście wcze­śniej, to nie ma zna­cze­nia, chcę, żeby­ście powtó­rzyli dokład­nie wszyst­kie bada­nia.

Poli­cjanci spoj­rzeli na mojego ojca, a potem na mnie. Wyda­wali się skrę­po­wani, jakby sama myśl, że ktoś mógł mnie wyko­rzy­stać sek­su­al­nie, prze­ra­żała ich tak samo jak mnie.

– Zosta­wię pani swoją wizy­tówkę. Jeśli cokol­wiek sobie pani przy­po­mni, nawet jeśli wydaje się to nie­istotne, pro­szę się nie wahać i zadzwo­nić lub powia­do­mić nas na poste­runku – popro­sił jeden z funk­cjo­na­riu­szy.

Ski­nę­łam głową bez słowa, oba­wia­jąc się, że głos mi się zała­mie, jeśli spró­buję coś powie­dzieć.

Gdy funk­cjo­na­riu­sze wyszli, pie­lę­gniarka zapy­tała mnie, czy jestem w sta­nie cho­dzić, naj­wy­raź­niej potrak­to­wała pole­ce­nie mojego ojca poważ­nie. Wsta­łam, nie odczu­wa­jąc żad­nego bólu. Poczu­łam pewną ulgę. Gdy­bym padła ofiarą napa­ści sek­su­al­nej, z pew­no­ścią coś bym poczuła, choćby mini­malny dys­kom­fort, ale nic takiego nie miało miej­sca. Poszłam z pie­lę­gniarką do gabi­netu. Popro­siła mnie, abym poło­żyła się na fotelu gine­ko­lo­gicz­nym i wło­żyła stopy w strze­miona. Sta­ra­łam się nie roz­pła­kać i pra­gnę­łam jedy­nie, żeby ten kosz­mar się skoń­czył.

– Musimy spraw­dzić, czy nie ma śla­dów… jakich­kol­wiek pły­nów ustro­jo­wych. Nie stwier­dzi­li­śmy żad­nych zewnętrz­nych oznak wska­zu­ją­cych na napaść sek­su­alną, ale zanim przej­dziemy dalej, musimy upew­nić się, że nie masz nic prze­ciwko temu. Nawet jeśli twój ojciec nalega, jesteś peł­no­let­nia, więc to ty musisz wyra­zić zgodę… – wyja­śniła uprzej­mie lekarka, zaczy­na­jąc bada­nie.

Rozu­mia­łam, że ojciec chciał wszystko dokład­nie spraw­dzić. Dla mnie rów­nież było ważne, aby wyklu­czyć rze­czy, które mogły mi się przy­da­rzyć.

– Bada­nie nie wyka­zało żad­nych widocz­nych obra­żeń fizycz­nych ani obcego DNA – zapew­niła mnie. – Otrzy­ma­li­śmy wyniki two­ich badań krwi i testu na obec­ność wirusa HIV.

– AIDS? – Otwo­rzy­łam sze­roko oczy ze stra­chu, ale lekarka uśmiech­nęła się uspo­ka­ja­jąco.

– Nie AIDS, tylko HIV. Nie martw się, musie­li­śmy to po pro­stu spraw­dzić. To stan­dar­dowa pro­ce­dura. Wiem, że masz za sobą prze­ra­ża­jące, okropne doświad­cze­nie, ale na szczę­ście nic ci się nie stało. Mimo wszystko spró­buj się teraz zre­lak­so­wać.

Ski­nę­łam głową, a po chwili pie­lę­gniarka przy­nio­sła moje ubra­nia, żebym mogła prze­brać się ze szpi­tal­nej koszuli. Chcia­łam tylko wró­cić do domu i zapo­mnieć, że coś takiego w ogóle się zda­rzyło.

Wypi­sano mnie ze szpi­tala. Peter Ver­tes, kie­rowca mojego ojca, cze­kał przed wej­ściem, aby zawieźć nas do domu. Ojciec sie­dział z przodu na fotelu pasa­żera, przez całą drogę roz­ma­wia­jąc przez tele­fon, pod­czas gdy ja pró­bo­wa­łam ogar­nąć fakt, że zale­d­wie trzy dni temu moim naj­więk­szym zmar­twie­niem był egza­min z mikro­eko­no­mii.

Nie mogłam powstrzy­mać się od ner­wo­wego roz­glą­da­nia się, gdy wysia­dłam z samo­chodu i wcho­dzi­łam po scho­dach do ogrom­nej, bia­łej rezy­den­cji, w któ­rej dora­sta­łam. Lupita, która prak­tycz­nie wycho­wała mnie od nie­mow­lę­cia, wyszła mi na powi­ta­nie ze łzami w oczach. Uści­skała mnie mocno, a ja odwza­jem­ni­łam jej uścisk, powstrzy­mu­jąc płacz.

– Mar­fil! – powie­działa, ocie­ra­jąc twarz far­tu­chem. – Nie masz poję­cia, jak bar­dzo wszy­scy się o cie­bie mar­twi­li­śmy.

– Nic mi nie jest, Lupito, na szczę­ście jestem już w domu – powie­dzia­łam, pró­bu­jąc ją uspo­koić, a jed­no­cze­śnie byłam taka szczę­śliwa, że zna­la­złam się w bez­piecz­nym miej­scu.

– Przy­go­tuję ci coś cie­płego na kola­cję, dobrze? Weź prysz­nic, kocha­nie.

Ojciec znik­nął w kory­ta­rzu z tele­fo­nem przy­kle­jo­nym do ucha i miną suge­ru­jącą, że nie należy mu prze­szka­dzać. Byłam wdzięczna, że z całych sił sta­rał się dowie­dzieć, dla­czego, do dia­bła, ktoś mnie porwał, a przy tym nie zada­wał mi żad­nych pytań.

Gdy sta­łam pod prysz­ni­cem, nie mogłam pozbyć się wra­że­nia, że to jesz­cze nie koniec. Coś mi pod­po­wia­dało, że porwa­nie było jedy­nie ostrze­że­niem dla mojego ojca. Ale przed czym? Nie było tajem­nicą, że ojciec ma mnó­stwo pie­nię­dzy. I dla­tego nie miał sensu fakt, że nikt nie zażą­dał okupu. Z jakiego innego powodu ktoś miałby porwać córkę Ale­jan­dro Cortésa?

Po prysz­nicu Lupita przy­nio­sła mi fili­żankę paru­ją­cej zupy i talerz pie­czo­nej woło­winy z ziem­nia­kami. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, jak bar­dzo jestem głodna, dopóki zapach nie ogar­nął wszyst­kich moich zmy­słów. Zja­dłam kola­cję w łóżku, z tele­wi­zo­rem gra­ją­cym w tle, a przez głowę prze­my­kały mi miliony myśli. Liam wysłał mi tysiąc wia­do­mo­ści, więc zadzwo­ni­łam do niego, żeby prze­stał się mar­twić.

– Kiedy zadzwo­nił do mnie twój ojciec, omal, kurwa, nie dosta­łem zawału! – wykrzyk­nął. – Prze­słu­chi­wał mnie, jak­bym miał coś wspól­nego z twoim znik­nię­ciem. Boże, Mar­fil, tak się mar­twi­łem!

– Nie przej­muj się nim. Poza Tami jesteś jed­nym z nie­wielu przy­ja­ciół, o któ­rych mu wspo­mnia­łam, a on nie wie­dział, z kim ma jesz­cze się skon­tak­to­wać.

Liam chciał wszystko wie­dzieć i pro­sił mnie, żebym dokład­nie opi­sała, co się wyda­rzyło, co pamię­tam, a czego nie, ale to była ostat­nia rzecz, na jaką mia­łam ochotę. Musia­łam odpo­cząć. Czu­łam, że powieki mi ciążą i mimo że byłam bez­pieczna w domu, strach w żad­nym stop­niu się nie zmniej­szył.

– Poroz­ma­wiamy, kiedy wró­cisz do Nowego Jorku – powie­dział Liam.

Dla­czego, do dia­bła, ktoś prze­wiózł mnie z Nowego Jorku do Nowego Orle­anu, i co wię­cej, jak to zro­bił?

Te myśli krą­żyły nie­ustan­nie w mojej gło­wie, pod­czas gdy oczy same mi się zamy­kały i zapa­dłam w głę­boki, nie­spo­kojny sen.

Obu­dzi­łam się w burzowy dzień. Jakby pogoda chciała odzwier­cie­dlić mój nastrój. Spoj­rza­łam przez okno na roz­le­gły zie­lony traw­nik ota­cza­jący rezy­den­cję. Zawsze lubi­łam tu być. Świa­do­mość, że to moja matka zmie­niła tę wielką i impo­nu­jącą posia­dłość w przy­tulny dom, spra­wiała, że czu­łam przy­jemne cie­pło w sercu. Drew­niane pod­łogi w całym domu, meble, wypo­sa­że­nie. Jed­nak spo­śród wszyst­kich pomiesz­czeń moim ulu­bio­nym miej­scem była ogromna kuch­nia, gdzie jako małe dziew­czynki spę­dza­ły­śmy z sio­strą więk­szość czasu, pie­kąc z Lupe cia­steczka i pod­kra­da­jąc kostki cukru, by potem dać je koniom. Kuch­nię rów­nież zapro­jek­to­wała moja matka, która wie­rzyła, że jest ona ser­cem domu. Teraz, gdy nie cho­dzi­ły­śmy już razem z Gabi do szkoły, naszym ulu­bio­nym miej­scem spo­tkań pod­czas waka­cji stał się salon z dużym komin­kiem, gdzie sia­dy­wa­ły­śmy przy ogniu, pie­kąc pianki mar­sh­mal­low i nad­ra­bia­jąc zale­gło­ści w opo­wie­ściach z naszego życia.

Szybko zało­ży­łam leg­ginsy i bluzę i zeszłam na śnia­da­nie, szu­ka­jąc w tele­fo­nie naj­bliż­szego lotu do Nowego Jorku. Opu­ści­łam już kilka zajęć i będę musiała poroz­ma­wiać z wykła­dowcą mikro­eko­no­mii, modląc się, żeby mi pozwo­lił ponow­nie przy­stą­pić do egza­minu, na który nie dotar­łam. Powin­nam była bar­dziej mar­twić się tym, co się stało, ale wciąż nie byłam w sta­nie sobie niczego przy­po­mnieć. Bałam się, ale skoro nie potra­fi­łam przy­wo­łać z pamięci żad­nego obrazu, mój strach wyda­wał się irra­cjo­nalny.

Weszłam do kuchni i zasta­łam Lupitę obie­ra­jącą ziem­niaki. Zapach kawy wypeł­niał pomiesz­cze­nie, co ozna­czało, że ojciec musiał wciąż być w domu. Ni­gdy nie spo­tka­łam nikogo tak uza­leż­nio­nego od kofe­iny jak on. Ja nato­miast nie odzie­dzi­czy­łam jego zami­ło­wa­nia do tego gorz­kiego napoju. Na śnia­da­nie wola­łam szklankę cie­płego mleka z mio­dem.

Lupita uśmiech­nęła się, gdy mnie zoba­czyła, i zanim zdą­ży­łam poli­czyć do dzie­się­ciu, posta­wiła przede mną śnia­da­nie.

– Twój tata chce, żebyś przy­szła do jego gabi­netu, gdy tylko skoń­czysz jeść, kocha­nie.

Ski­nę­łam głową. Wkła­da­łam do ust jedną łyżkę płat­ków za drugą. Szybko skoń­czy­łam śnia­da­nie i podzię­ko­wa­łam Lupi­cie. Prze­szłam przez salon. Były w nim ciem­no­brą­zowe skó­rzane sofy, gruby per­ski dywan, sześć­dzie­się­cio­ca­lowy tele­wi­zor oraz długi stół, przy któ­rym jada­li­śmy pod­czas wyjąt­ko­wych oka­zji: Bożego Naro­dze­nia, Święta Dzięk­czy­nie­nia, moich uro­dzin lub uro­dzin Gabrielli, jeśli nie była wtedy u swo­jej matki.

Prze­szłam dłu­gim kory­ta­rzem pro­wa­dzą­cym do gabi­netu ojca. Nie­na­wi­dzi­łam tego miej­sca, ponie­waż na ścia­nach wisiały wypchane głowy mar­twych zwie­rząt. Ojciec był myśli­wym polu­ją­cym na grubą zwie­rzynę. Wyda­wał for­tunę na podróże do naj­od­le­glej­szych zakąt­ków świata w poszu­ki­wa­niu wyjąt­ko­wych tro­feów, które potem wie­szał na ścia­nie. Wciąż pamię­tam, jak kie­dyś nale­gał, bym z nim poje­chała. Nie tylko zmu­sił mnie do zabi­cia jele­nia, ale potem „ochrzcił” mnie, oble­wa­jąc jego krwią od stóp do głów. On i jego przy­ja­ciele dobrze się bawili, gdy ja sta­łam tam, szlo­cha­jąc. Do dziś drę­czą mnie z tego powodu kosz­mary. Zarówno moja sio­stra, jak i ja od zawsze były­śmy zago­rza­łymi obroń­czy­niami zwie­rząt i obu­rzał nas fakt, że ojciec spę­dza wolny czas na zabi­ja­niu ich dla wła­snej przy­jem­no­ści.

Zanim weszłam, zapu­ka­łam do drzwi. Ojciec sie­dział przy swoim ogrom­nym biurku, a przed nim stał Logan Price. Odkąd pamię­tam, Logan kie­ro­wał zespo­łem ochrony mojego ojca. Gdzie­kol­wiek ojciec się uda­wał, Logan mu towa­rzy­szył. Było to dla mnie tak nor­malne, że ni­gdy nie zasta­na­wia­łam się, w zasa­dzie przed czym go chroni. Ojciec, z uro­dze­nia Kolum­bij­czyk, wyemi­gro­wał z Kolum­bii do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w wieku zale­d­wie dwu­dzie­stu lat. Był geniu­szem, który zbu­do­wał wie­lo­mi­lio­nową for­tunę od zera. Kupił zie­mię w Kolum­bii, gdy ceny były tak niskie, że prak­tycz­nie roz­da­wano ją za darmo, i zało­żył win­nice, które obec­nie zaopa­trują całe połu­dnie w wyśmie­nite wina. Miał też bar­dzo bli­skie rela­cje z pre­zy­den­tem Kolum­bii. Pro­wa­dzili dłu­gie roz­mowy przy cyga­rach.

Tak, Ale­jan­dro Cortés był czło­wie­kiem suk­cesu, ale wobec nas był bar­dzo powścią­gliwy. Pra­wie ni­gdy nie roz­ma­wiał z moją sio­strą i ze mną o swo­jej pracy ani o nie­ustan­nych podró­żach. Moją matkę poznał w Rosji, a mie­siąc póź­niej wzięli ślub. Pół­tora roku póź­niej uro­dzi­łam się ja. Nad komin­kiem, wła­śnie w jego gabi­ne­cie, wisiało opra­wione w ramkę jej zdję­cie. Pau­lina Kozlova olśnie­wała urodą. Była wspa­niałą kobietą o wydat­nych kościach policz­ko­wych, peł­nych, uwo­dzi­ciel­skich ustach, zło­ci­stych blond lokach i wiel­kich szma­rag­do­wo­zie­lo­nych oczach. Byłam do niej podobna, choć odzie­dzi­czy­łam po ojcu ciemne włosy. Serce ści­skało mi się w piersi za każ­dym razem, gdy patrzy­łam na to zdję­cie. Nie­na­wi­dzi­łam faktu, że mia­łam tylko jedno wspo­mnie­nie o mojej matce: jej mar­twe oczy skie­ro­wane pro­sto na mnie, pod­czas gdy wokół niej na pod­ło­dze powięk­sza się kałuża krwi.

Logan odwró­cił się, gdy zamknę­łam za sobą drzwi, wita­jąc mnie oszczęd­nym „Dzień dobry, panno Cortés”, i odsu­nął mi krze­sło.

Ojciec oparł łok­cie na biurku i spoj­rzał na mnie.

– Roz­ma­wia­li­śmy o tym, co się stało, Mar­fil, i jedy­nym wnio­skiem, do jakiego doszli­śmy, jest to, że porwano cię i przy­wie­ziono tutaj, nie żąda­jąc niczego w zamian, po pro­stu po to, by wysłać mi wia­do­mość. By poka­zać mi, jak łatwo jest do cie­bie dotrzeć, oraz dać mi do zro­zu­mie­nia, że mogą to powtó­rzyć, kiedy tylko zechcą.

Żad­nego „Jak się czu­jesz, kocha­nie?”. Ojciec, jak to miał w zwy­czaju, prze­szedł od razu do sedna.

Zaci­snę­łam pię­ści, sta­ra­jąc się nie oka­zać, jak bar­dzo prze­raża mnie myśl, że coś takiego mogłoby zda­rzyć się ponow­nie.

– Ale dla­czego? Z jakiego powodu?

Ojciec odchy­lił się do tyłu, wzru­sza­jąc ramio­nami.

– Wiele osób ma mi za złe mój suk­ces, a nawet mnie za to nie­na­wi­dzi, Mar­fil. Myślę, że pró­bo­wali dotrzeć do mnie, posłu­gu­jąc się tobą.

Logan, który wpa­try­wał się wcze­śniej w okno, teraz odwró­cił się do nas z poważną miną.

– Dopóki nie usta­limy, kto za tym stoi i co chciał osią­gnąć, pory­wa­jąc cię, będziesz potrze­bo­wała ochrony, żeby mieć pew­ność, że to się nie powtó­rzy.

O nie…

Ojciec wie­dział, co powiem, zanim jesz­cze otwo­rzy­łam usta.

– Bła­ga­łaś mnie, żebym nie zatrud­niał dla cie­bie ochrony, Mar­fil, a ja byłem głup­cem, że się na to zgo­dzi­łem. Nie posłu­cha­łem ostrze­żeń moich ochro­nia­rzy, a teraz spójrz, co się stało. To się naprawdę wyda­rzyło. Mogłaś zostać zgwał­cona… albo zabita!

Prze­łknę­łam ślinę, czu­jąc, jak krew pul­suje w moim ciele.

– Ale…

Ojciec wstał i pod­szedł do barku koło biurka.

– Żad­nych „ale”, Mar – powie­dział, otwie­ra­jąc butelkę szkoc­kiej i nale­wa­jąc tro­chę do szklanki. – Nie zamie­rzam dłu­żej ryzy­ko­wać. Od początku nie powi­nie­nem był ci ustę­po­wać.

Spoj­rza­łam na Logana, a potem na ojca. Obaj wyda­wali się bar­dzo poważni i zde­cy­do­wani.

– Nie mogę pro­wa­dzić nor­mal­nego, codzien­nego życia, jeśli cały czas będzie towa­rzy­szył mi ochro­niarz, tato.

– Wola­ła­byś, żeby to się powtó­rzyło?

Nie mia­łam żad­nego dobrego argu­mentu i byłam wście­kła, że musia­łam po pro­stu sie­dzieć tam w mil­cze­niu.

– Dopóki nie wyja­śnimy, co się stało, musisz być pod ochroną przez całą dobę. Ja rów­nież wzmac­niam swoją ochronę. Gabriella też będzie miała ochro­nia­rza, kiedy wróci do domu. Na razie jest bez­pieczna w szkole, ale nie zamie­rzam pozwo­lić na to, żeby kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek jesz­cze raz porwał któ­rąś z moich córek.

– Więc uwa­żasz, że ktoś powi­nien mnie pil­no­wać dzień i noc?!

Logan zro­bił krok naprzód i odpo­wie­dział w imie­niu ojca.

– Tylko dopóki nie wyja­śnimy, co się stało, panno Cortés – oznaj­mił. – Mamy już naj­lep­szych pry­wat­nych detek­ty­wów, któ­rzy spraw­dzają, kto panią porwał.

– Pry­watni detek­tywi? Czy nie byłoby lepiej zosta­wić to w rękach poli­cji?

– Poli­cja działa powoli, kocha­nie, są prze­pra­co­wani i nie­do­fi­nan­so­wani. Wolę zapła­cić pro­fe­sjo­na­li­stom, zamiast sie­dzieć i patrzeć z zało­żo­nymi rękami na nie­kom­pe­ten­cję poli­cjan­tów – odparł ojciec.

Zamknę­łam usta. Oczy­wi­ście nie chcia­łam, żeby coś takiego się powtó­rzyło. Mimo to czu­łam się poko­nana. Tak bar­dzo wal­czy­łam, by prze­ko­nać ojca, że nie potrze­buję ochrony, a teraz wszystko poszło na marne.

– Mamy dla cie­bie naj­lep­szego ochro­nia­rza, jakiego udało nam się zna­leźć. Słu­żył w armii ame­ry­kań­skiej i został odzna­czony za odwagę. Mie­li­śmy szczę­ście, że zgo­dził się przy­jąć tę pracę.

Wes­tchnę­łam, wie­dząc, że walka jest prze­grana.

– Nie chcę, żeby kto­kol­wiek w szkole wie­dział, że mam ochro­nia­rza, tato.

– Już o tym pomy­śle­li­śmy. Będzie dzia­łał pod przy­krywką. Nikt nie będzie wie­dział, dla­czego tam jest, chyba że sama komuś powiesz. Poin­for­mo­wa­li­śmy też uczel­nię, więc będzie mógł ucho­dzić za stu­denta i wszę­dzie ci towa­rzy­szyć. Nie musisz się o nic mar­twić, będzie tak, jakby go w ogóle nie było. Obie­cuję.

Było to pew­nego rodzaju pocie­sze­niem, choć wąt­pi­łam, żeby żoł­nierz mógł pozo­stać nie­zau­wa­żony w tłu­mie zło­żo­nym głów­nie ze stu­den­tów.

– Twoje miesz­ka­nie ma dwie sypial­nie i oddzielny pokój dla per­so­nelu. Wysła­łem już kogoś, żeby przy­go­to­wał miej­sce dla pana Moore’a.

Cho­lera, moje stu­dio tańca. Nie mogłam powstrzy­mać fru­stra­cji i zło­ści. Nie cho­dziło o to, że nie doce­nia­łam tego, co robił dla mnie ojciec, ale dener­wo­wało mnie, że ktoś cały czas będzie mi się krę­cił po domu. Tak, wciąż się bałam, ale nie chcia­łam żyć w stra­chu. Nie chcia­łam cią­głego przy­po­mi­na­nia sobie, że ktoś może mnie znowu skrzyw­dzić albo przy­naj­mniej spró­bo­wać to zro­bić. Wie­dzia­łam jed­nak, że w tych oko­licz­no­ściach nie mia­łam nic do powie­dze­nia.

– Jak myślisz, ile czasu zaj­mie usta­le­nie, kto za tym stoi?

Ojciec usiadł.

– Nie wiem, ale zapew­niam cię, że jest to mój prio­ry­tet.

Ski­nę­łam głową, gotowa do wyj­ścia.

– Mogę już iść?

Ojciec zgo­dził się i znów spoj­rzał na kom­pu­ter. Nawet jesz­cze nie spo­tka­łam tego pana Moore’a, kim­kol­wiek był, a już go nie lubi­łam.

Rozdział 3. Marfil

Roz­dział 3

Mar­fil

Ojciec zor­ga­ni­zo­wał wszystko tak, żeby Logan pole­ciał ze mną następ­nego dnia do Nowego Jorku, gdzie pan Moore miał na nas cze­kać na lot­ni­sku. Nie mogli­śmy sko­rzy­stać z pry­wat­nego samo­lotu, ponie­waż ojciec bar­dzo wcze­śnie rano wyla­ty­wał do Puerto Rico. Zresztą i tak mi na tym nie zale­żało.

Czu­łam się nie­zwy­kle bez­piecz­nie z Loga­nem sie­dzą­cym obok mnie w pierw­szej kla­sie. Nie byłam wielką fanką lata­nia, więc zawsze wola­łam podró­żo­wać z kimś. Jed­nak poza stra­chem przed lata­niem wciąż byłam wstrzą­śnięta tym, co się wyda­rzyło, i to wła­śnie głów­nie zaj­mo­wało moje myśli. Chcia­łam tylko, żeby wszystko wró­ciło do normy. Lecz zosta­łam porwana tak bli­sko domu, że mia­sto, które tak bar­dzo kocha­łam, wyda­wało mi się teraz wro­gie.

Kiedy wysia­dłam z samo­lotu i wyłą­czy­łam tryb samo­lo­towy w iPho­nie, dosta­łam wia­do­mość od Liama, w któ­rej napi­sał, że przy­nie­sie mi kola­cję i żebym się o nic nie mar­twiła, bo zaopie­kuje się mną tak, jak­bym była jego dziew­czyną. To wywo­łało uśmiech na mojej twa­rzy. Cza­sami zasta­na­wia­łam się, dla­czego nie jeste­śmy parą, ale potem przy­po­mi­na­łam sobie o naszej przy­jaźni i wszel­kie pomy­sły, by pójść o krok dalej, wypa­ro­wy­wały mi z głowy.

Wcale nie cie­szyła mnie per­spek­tywa dzie­le­nia miesz­ka­nia z nie­zna­jo­mym. Skoro ten Moore miał w nim zamiesz­kać razem ze mną, to z pew­no­ścią będę spo­koj­niej­sza, jeśli Liam też tam będzie – przy­naj­mniej dopóki nie przy­zwy­czaję się do swo­jego body­gu­arda. Ochro­nia­rze mnie dener­wo­wali. Nie­ustan­nie przy­po­mi­nali mi, że może wyda­rzyć się coś złego.

Kiedy zgi­nęła moja matka, ojciec zaostrzył środki bez­pie­czeń­stwa do gra­nic moż­li­wo­ści.

Ni­gdy ni­gdzie nie wycho­dził bez Logana, nawet jeśli zatrzy­my­wał się tylko po to, by kupić butelkę wody. Gabriella i ja ni­gdy nie mia­ły­śmy wła­snych ochro­nia­rzy, ale tylko dla­tego, że były­śmy zamknięte w szkole z inter­na­tem, a tam nie było takiej potrzeby. Poza tym, w prze­ci­wień­stwie do naszego ojca, który był znaną posta­cią, nasza pry­wat­ność była zawsze ści­śle chro­niona.

Sytu­acja zmie­niła się, kiedy prze­pro­wa­dzi­łam się do Nowego Jorku. Tu nie było tak jak w Anglii, co do któ­rej ojciec był bar­dziej wyro­zu­miały, niż się spo­dzie­wa­łam. A teraz, kiedy zosta­łam porwana, nie było na świe­cie osoby, która prze­ko­na­łaby go, żeby nie przy­dzie­lił mi ochrony. Draż­niło mnie to, a jed­no­cze­śnie przy­no­siło ulgę. Nie będę kła­mać – cała ta sytu­acja mnie prze­ra­żała, ale jesz­cze bar­dziej prze­ra­żała świa­do­mość, że powody mojego porwa­nia wciąż pozo­sta­wały tajem­nicą. I cią­gle nie mogłam pozbyć się drę­czą­cego mnie prze­czu­cia, że naj­gor­sze dopiero nadej­dzie.

Pró­bo­wa­łam odsu­nąć te myśli na bok, idąc z Loga­nem dłu­gim kory­ta­rzem lot­ni­ska. Tak wiele wyda­rzyło się w tak krót­kim cza­sie. Jedyne, czego teraz pra­gnę­łam, to wziąć gorącą kąpiel i poło­żyć się do łóżka, a potem obu­dzić się rano i odkryć, że wszystko było tylko złym snem.

– Panno Cortés, nie odwiozę pani do miesz­ka­nia. Mój samo­lot odla­tuje za dwie godziny. Od tej pory zaj­mie się panią pan Moore, dobrze?

Zaj­mie się mną? Nagle poczu­łam się, jak­bym była trzy­let­nim dziec­kiem.

Ski­nę­łam głową i mil­cza­łam, aż dotar­li­śmy do auto­ma­tycz­nych drzwi pro­wa­dzą­cych do hali przy­lo­tów peł­nej podróż­nych oraz męż­czyzn w gar­ni­tu­rach trzy­ma­ją­cych tabliczki z nazwi­skami.

Kiedy szłam w kie­runku bar­dzo przy­stoj­nego męż­czy­zny trzy­ma­ją­cego tabliczkę z moim imie­niem, który miał teraz być moim ochro­nia­rzem, serce zaczęło mi mocno bić. Logan pod­szedł do niego i pokle­pał go po ple­cach, jakby już się znali. Ja nato­miast sta­łam tam, nie mogąc oddy­chać, jakby całe powie­trze zostało nagle wyssane z moich płuc. Ni­gdy wcze­śniej wygląd żad­nego męż­czy­zny nie spra­wił, żeby moje ciało zare­ago­wało w tak gwał­towny spo­sób. Pierw­szy raz w życiu czu­łam coś takiego. Mogła­bym spró­bo­wać to opi­sać, ale słowa raczej nie odda­dzą tego w pełni.

– Panno Cortés – powie­dział, wycią­ga­jąc rękę – nazy­wam się Seba­stian Moore. Od tej chwili będę odpo­wia­dał za pani bez­pie­czeń­stwo.

Seba­stian… Kurwa. Czy jego imię też musi być tak nie­sa­mo­wi­cie sek­sowne?

Potrze­bo­wa­łam kilku sekund, żeby otrzą­snąć się z oszo­ło­mie­nia, i wycią­gnę­łam rękę, by uści­snąć jego dłoń. Kiedy nasze dło­nie się zetknęły, poczu­łam motyle w brzu­chu. Czy to było wła­śnie to, o czym opo­wia­dał mi Liam?

Poczu­łam się jak mała, bez­radna dziew­czynka… To uczu­cie było mi zupeł­nie obce. Seba­stian nato­miast patrzył na mnie bez wyrazu, z cał­ko­witą obo­jęt­no­ścią, jak na jakąś cho­lerną ławkę w parku.

Pospiesz­nie zało­ży­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Musia­łam upo­rząd­ko­wać myśli, żeby nie poka­zać po sobie, jak bar­dzo spo­tka­nie z tym męż­czy­zną na mnie wpły­nęło.

– Zosta­wiam panią w dobrych rękach, pro­szę się nie mar­twić – powie­dział do mnie Logan, po czym uści­snął dłoń Seba­stia­nowi.

Patrzy­łam, jak Logan mówi do niego coś, czego nie usły­sza­łam i co mnie w zasa­dzie nie obcho­dziło. Chło­nę­łam wzro­kiem Seba­stiana Moore’a. Był wysoki, o kilka cen­ty­me­trów wyż­szy od Liama, a żeby poca­ło­wać Liama, musia­łam sta­wać na pal­cach. Wyglą­dał na sil­nego na tyle, by pod­nieść mnie jedną ręką… dokład­nie tak, jak lubi­łam. Miał jasno­brą­zowe włosy, deli­katny zarost na bro­dzie, który, jak sobie od razu wyobra­zi­łam, musiał być kłu­jący w dotyku, kwa­dra­tową linię szczęki i atle­tyczną syl­wetkę, z dużymi bicep­sami odzna­cza­ją­cymi się pod ręka­wami jego ele­ganc­kiej mary­narki. Szcze­rze mówiąc, mógłby ucho­dzić za jed­nego z nowo­jor­skich milio­ne­rów miesz­ka­ją­cych w mojej oko­licy, choć wyda­wał się nie­sa­mo­wi­cie młody.

Ile miał lat? Dwa­dzie­ścia pięć? Dwa­dzie­ścia sześć? Nagle bar­dzo chcia­łam dowie­dzieć się o nim wszyst­kiego… Co się ze mną działo?

O dziwo, byłam na tyle przy­tomna, żeby w ogóle poże­gnać się z Loga­nem. Jed­nak gdy tylko ten się odda­lił, dotarła do mnie świa­do­mość, że zosta­łam sam na sam z moim nowym ochro­nia­rzem. Zaczę­łam się ner­wowo bawić wło­sami, nie wie­dząc, co zro­bić ani co powie­dzieć. Na szczę­ście nie musia­łam się zbyt długo stre­so­wać.

– Nie zapar­ko­wa­łem daleko. Chodź, wezmę twoje torby.

Kiedy byłam z ojcem, zawsze woził nas kie­rowca, ale w Nowym Jorku świet­nie radzi­łam sobie sama, jeź­dzi­łam tak­sówką, Ube­rem, a nawet metrem. Jed­nak Seba­stian przy­je­chał czar­nym Audi, które stało na par­kingu lot­ni­ska. Pod­szedł od strony kie­rowcy, a ja cze­ka­łam, aż otwo­rzy drzwi pasa­żera.

– Usiądź z tyłu – rzu­cił do mnie.

Mru­gnę­łam kilka razy. Brzmiało to jak roz­kaz, co było nieco dziwne, bo ewi­dent­nie nie zamie­rzał otwo­rzyć mi drzwi. Nie cho­dziło o to, że mia­łam się za jakąś księż­niczkę, wręcz prze­ciw­nie, ale byłam tak przy­zwy­cza­jona do suro­wych zasad, jakie ojciec narzu­cał swoim pra­cow­ni­kom w mojej obec­no­ści, że zacho­wa­nie tego faceta mnie zasko­czyło. Lupe była jedyną osobą, która od czasu do czasu pozwa­lała sobie na brak for­mal­no­ści, i to też tylko wtedy, gdy były­śmy same.

Jecha­łam na tyl­nym sie­dze­niu, nie­ustan­nie spo­glą­da­jąc na jego odbi­cie w lusterku wstecz­nym. Nie miał żad­nych pro­ble­mów z orien­ta­cją w tere­nie i już po trzech minu­tach kie­ro­wa­li­śmy się w stronę Man­hat­tanu. Musie­li­śmy jesz­cze prze­je­chać przez całe Queens, co ozna­czało kolejne pół godziny jazdy. Czy on w ogóle zamie­rzał ze mną poroz­ma­wiać?

– Chcia­ła­bym wie­dzieć, jakie dokład­nie roz­kazy wydał ci mój ojciec… – powie­dzia­łam po pięt­na­stu minu­tach gro­bo­wej ciszy.

Seba­stian na uła­mek sekundy ode­rwał wzrok od drogi i spoj­rzał w moje oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

– Roz­kazy? – zapy­tał.

Nagle to słowo zabrzmiało bar­dzo nie­grzecz­nie.

– No, instruk­cje, wska­zówki, wytyczne, jak­kol­wiek chcesz to nazwać.

– Moim zada­niem jest cię chro­nić i infor­mo­wać two­jego ojca o wszyst­kim, co się może nagle wyda­rzyć, kiedy jesteś ze mną.

Kiedy jestem z nim. Oczy­wi­ście, a nie na odwrót.

Nie chcia­łam już dłu­żej roz­ma­wiać. Ten chłodny, obo­jętny ton zaczy­nał mnie iry­to­wać, a jed­no­cze­śnie jego głę­boki, niski głos przy­pra­wiał mnie o gęsią skórkę.

Dotar­li­śmy na moją ulicę w rekor­do­wym cza­sie. Było jasne, że pręd­kość nie nale­żała do zagro­żeń, przed któ­rymi sta­rał się mnie chro­nić. Zapar­ko­wa­li­śmy samo­chód w garażu, a kiedy wszedł za mną do windy, przy­po­mnia­łam sobie, że będę musiała dzie­lić z nim miesz­ka­nie.

Kurwa.

Cisza panu­jąca w nie­wiel­kiej prze­strzeni windy była ogłu­sza­jąca. Ni­gdy w życiu nie mil­cza­łam tak długo w towa­rzy­stwie innej osoby. Liam byłby ze mnie dumny.

W końcu po cza­sie, który wydał mi się wiecz­no­ścią, dzwo­nek w win­dzie zasy­gna­li­zo­wał, że dotar­li­śmy na moje pię­tro. Seba­stian poszedł przo­dem, zatrzy­mał się przed moim miesz­ka­niem i wyjął z kie­szeni klu­cze. Otwo­rzył drzwi i ski­nął głową, żebym weszła pierw­sza.

A więc rycer­skość nie umarła, ale… Miał klu­cze do mojego miesz­ka­nia?! Chwi­leczkę. Czyli on już tu był?

– Nie teraz – powie­dział, jakby czy­tał w moich myślach. – Wejdź do środka.

Zro­bi­łam, co powie­dział, i rozej­rza­łam się po miesz­ka­niu. Wyglą­dało niby tak, jak zawsze, ale ja nie czu­łam się już tak samo i nie byłam pewna, czy kie­dy­kol­wiek to uczu­cie powróci. Kiedy ostat­nio wycho­dzi­łam z domu, mar­twi­łam się tylko tym, czy powin­nam zadzwo­nić do tego faceta z baru, któ­rego imie­nia już nie pamię­tam.

Poło­ży­łam torbę na wyspie kuchen­nej, czu­jąc się nie­swojo i nie­kom­for­towo. Odwró­ci­łam się, by spoj­rzeć na swo­jego nowego współ­lo­ka­tora.

– To bar­dzo nie­zręczne – powie­dzia­łam.

Seba­stian zdjął mary­narkę i powie­sił ją na wie­szaku przy drzwiach. Wtedy zauwa­ży­łam, że ma broń w kabu­rze, jak poli­cjanci.

– Po pro­stu zacho­wuj się, jakby mnie tu nie było.

Jasne! Bułka z masłem! Tylko że on prak­tycz­nie zaj­mo­wał całą prze­strzeń.

– Słu­chaj, nic o tobie nie wiem, więc jeśli masz tu miesz­kać i być ze mną prak­tycz­nie dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, to są pewne rze­czy, które muszę wie­dzieć.

– Możesz mnie zapy­tać o wszystko, co doty­czy cie­bie i two­jego bez­pie­czeń­stwa.

– Ile masz lat? – rzu­ci­łam, a w duchu pomy­śla­łam „Serio, Mar­fil?”.

Seba­stian zmarsz­czył brwi, wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego.

– To nie ma nic wspól­nego z twoim bez­pie­czeń­stwem.

– Nie zamie­rzasz odpo­wie­dzieć?

– Nie.

Zaci­snę­łam usta, ziry­to­wana.

– Nie lubię mieć ochro­nia­rzy. Wiedz, że trudno mi będzie się do cie­bie przy­zwy­czaić.

– Przy­zwy­cza­isz się.

Zdję­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne, bo zda­łam sobie sprawę, że wciąż je mam na nosie. Spoj­rza­łam w jego brą­zowe oczy oto­czone gęstymi, czar­nymi rzę­sami. Chcia­łam odwró­cić wzrok, byłam onie­śmie­lona, ale nie pod­da­łam się.

– Więc mam po pro­stu uda­wać, że cię tu nie ma?

– Dokład­nie. Po pro­stu daj mi znać, jeśli zamie­rzasz gdzieś wyjść.

Świet­nie.

– Nie wiem, czy widzia­łeś pokój gościnny, czy…. – mówi­łam dalej.

– Nie martw się, nie ruszy­łem two­jego stu­dia tanecz­nego.

– Spę­dzam w nim dużo czasu. Wiem, że druga sypial­nia jest znacz­nie mniej­sza, ale chcia­ła­bym na­dal tre­no­wać, tak jak dotych­czas.

– To twój pokój. Nie obcho­dzi mnie, jak go wyko­rzy­stu­jesz.

Poczu­łam ulgę. Bałam się, że ojciec zli­kwi­do­wał moje stu­dio taneczne, żeby Seba­stian mógł sobie tam urzą­dzić sypial­nię. Zda­wa­łam sobie sprawę, że idzie mi na rękę. Ten drugi pokój był znacz­nie mniej­szy i mniej wygodny, ale nie chcia­łam rezy­gno­wać z mojej ulu­bio­nej czę­ści domu. W końcu to było moje miesz­ka­nie.

– W takim razie… idę do swo­jego pokoju – powie­dzia­łam, po czym odwró­ci­łam się i poszłam sobie, nie cze­ka­jąc na jego odpo­wiedź. Zbyt­nio mnie iry­to­wał.

W mojej sypialni pano­wał bała­gan, dokład­nie taki sam, jaki zosta­wi­łam. Z jakie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­nego powodu posta­no­wi­łam nagle posprzą­tać, wręcz wpa­dłam w szał porząd­ko­wa­nia. Nie wiem, czy robi­łam to, żeby zagłu­szyć nie­po­kój, czy dla­tego, że nie mogłam po pro­stu pójść do salonu i poło­żyć się na kana­pie, jak to mia­łam w zwy­czaju. Wyda­wało mi się, że tracę rozum, ale sprzą­ta­łam tak długo, aż pokój był nie­ska­zi­tel­nie czy­sty.

Zado­wo­lona z tego, co zro­bi­łam, w końcu rzu­ci­łam okiem na tele­fon. Dosta­łam wia­do­mość od Liama, w któ­rej dał mi znać, że będzie u mnie za godzinę. Przy­naj­mniej będę miała pre­tekst, żeby odzy­skać salon.

Wzię­łam prysz­nic i ubra­łam się w moje ulu­bione nie­bie­skie dżinsy i wygodną, białą koszulkę, a potem sta­nę­łam przed lustrem, uważ­nie się sobie przy­glą­da­jąc. Co widział Seba­stian, kiedy na mnie patrzył?

Odkąd się­gam pamię­cią, wszy­scy wokół mnie zawsze zwra­cali uwagę na mój wygląd. Dziew­czyny w szkole albo mnie nie­na­wi­dziły, albo mi zazdro­ściły. Bar­dzo dużo czasu zajęło mi zdo­by­cie akcep­ta­cji kole­ża­nek z klasy, a także zakon­nic, które na początku były okrutne i cią­gle powta­rzały mi, że jestem cho­dzą­cym grze­chem. Nie do końca rozu­mia­łam, co miały na myśli, dopóki nie pozna­łam Liama. On w końcu wszystko mi wyja­śnił.

– Czy ty masz w ogóle poję­cie, jaką jesteś laską? – zapy­tał mnie kie­dyś, leżąc w moim łóżku. Mia­łam na sobie tylko bluzkę z dłu­gim ręka­wem i bie­li­znę, a on spodnie dre­sowe. To była noc, kiedy po raz pierw­szy posu­nę­li­śmy się dalej niż poca­łunki.

– Cokol­wiek widzisz, nie ma to nic wspól­nego z tym, kim naprawdę jestem – odpo­wie­dzia­łam; nie czu­łam się dowar­to­ścio­wana.

Jasne, byłam ładna, ale jeśli bycie ładną ozna­czało to, że ludzie ni­gdy nie dostrze­gali niczego wię­cej poza wyglą­dem, uroda mogła stać się naj­gor­szym wro­giem. Zwłasz­cza w połą­cze­niu z tak bun­tow­ni­czą oso­bo­wo­ścią jak moja. Dopiero póź­niej odkry­łam wła­dzę, jaką mia­łam nad innymi, i nauczy­łam się, jak ją wyko­rzy­sty­wać. Jeśli męż­czyźni trak­to­wali mnie jak przed­miot, a nie jak świa­domą, myślącą istotę, ja trak­to­wa­łam ich dokład­nie tak samo.

Wyszłam z sypialni, czu­jąc się jak intruz we wła­snym domu. I tak sie­dzia­łam w niej dłu­żej, niż mogła to znieść moja nie­spo­kojna natura.

Salon był pusty, ale kiedy spoj­rza­łam na kory­tarz, zauwa­ży­łam słabe świa­tło pod drzwiami pokoju Seba­stiana. Pew­nie będzie spę­dzał w nim więk­szość czasu, pomy­śla­łam.

Wes­tchnę­łam i skie­ro­wa­łam się w stronę lodówki. Powin­nam była pójść na zakupy już kilka dni temu. W miesz­ka­niu nie było abso­lut­nie nic. Skoń­czył się nawet papier toa­le­towy.

Zakła­da­jąc trampki, zaczę­łam w myślach spo­rzą­dzać listę wszyst­kiego, czego potrze­bo­wa­łam ze sklepu. Nie było aż tak zimno, żeby zakła­dać grubą kurtkę, więc zosta­wi­łam ją na wie­szaku i wzię­łam torbę. Gdy dotar­łam do drzwi, zatrzy­ma­łam się. Czy musia­łam powie­dzieć Seba­stia­nowi, że wycho­dzę ? Prze­cież sklep znaj­do­wał się tylko o jedną prze­cznicę stąd…

Instynkt pod­po­wia­dał mi jed­nak, że powin­nam to zro­bić. Prze­szłam przez kory­tarz i nie­śmiało zapu­ka­łam do jego drzwi. Czu­łam się z tym naprawdę dziw­nie. Otwo­rzył kilka sekund póź­niej. Swo­bod­nie opie­rał się jedną ręką o ścianę, a drugą lekko przy­trzy­my­wał drzwi, jakby celowo nie pozwa­lał mi zaj­rzeć do środka. Nie mogłam się powstrzy­mać i przyj­rza­łam mu się od stóp do głów. Miał na sobie białą koszulę z pod­wi­nię­tymi do łokci ręka­wami, dzięki czemu mogłam zoba­czyć, że całe prawe ramię ma pokryte tatu­ażami. Nosił też oku­lary w czar­nych opraw­kach, które nada­wały mu inte­lek­tu­alny wygląd, co na chwilę ode­brało mi zdol­ność myśle­nia.

Czu­łam bole­sną świa­do­mość, że wpa­tru­jąc się w niego w taki spo­sób, sta­wa­łam się osobą, która spro­wa­dza innych do roli przed­miotu, a prze­cież tak bar­dzo tym pogar­dza­łam. Jed­nakże on cał­ko­wi­cie mnie zahip­no­ty­zo­wał. Poza tym nie wie­dzia­łam o nim zbyt wiele.

Uspo­ko­iłam umysł i zmu­si­łam się do sku­pie­nia.

– Muszę pójść do sklepu po kilka rze­czy.

Seba­stian ski­nął głową.

– Daj mi chwilę, pro­szę.

Odwró­cił się, a ja sko­rzy­sta­łam z oka­zji, by zer­k­nąć do pokoju. Nie przy­po­mi­nał już maga­zynu, jakim był jesz­cze tydzień temu. Co prawda z progu widzia­łam tylko czarne skó­rzane krze­sło i ładny biały dywa­nik, ale i tak zmiana była duża. Patrzy­łam, jak Seba­stian siada przed otwar­tym lap­to­pem, szybko coś wpi­suje, a potem go zamyka, marsz­cząc brwi.

Czy prze­rwa­łam mu coś waż­nego?

– Idziemy – powie­dział, wyry­wa­jąc mnie z zadumy.

Na ulicy czu­łam się bar­dzo dziw­nie, mając go tak bli­sko sie­bie.

Ochro­nia­rze mojego ojca zawsze albo szli za nim, albo przed nim. Ale Seba­stian szedł tuż obok mnie, jakby był moim zna­jo­mym.

– Czy zawsze tak będzie? – zapy­ta­łam, gdy weszli­śmy do małego super­mar­ketu.

– Jak będzie, Mar­fil?

Spo­sób, w jaki wymó­wił moje imię, spra­wił, że ogar­nęły mnie emo­cje, które z tru­dem opa­no­wa­łam. Robi­łam wszystko, co w mojej mocy, by cią­gnąć tę roz­mowę tak, jakby facet sto­jący obok mnie w alejce z szam­po­nami, kosme­ty­kami i tam­po­nami był po pro­stu jakimś zwy­kłym gościem. Tam­pony… cho­lera, też ich potrze­bo­wa­łam.

Czy i tam­pony będę musiała kupo­wać na jego oczach?

– No wiesz… że zawsze jesteś ze mną, nawet jeśli tylko muszę wysko­czyć do sklepu za rogiem.

– Tak – odparł lako­nicz­nie.

Spoj­rza­łam na niego, ziry­to­wana jego odpo­wie­dzią. Wzię­łam szam­pon i papier toa­le­towy, ale tam­pony zosta­wi­łam na półce. Potem popchnę­łam wózek w stronę działu z winami. Wybra­łam butelkę bia­łego wina i wło­ży­łam ją do wózka. Seba­stian nie powie­dział ani słowa, więc kon­ty­nu­owa­łam zakupy. Wzię­łam zgrzewkę Heine­kena, a potem zatrzy­ma­łam się przy dziale z owo­cami. Kiedy wybie­ra­łam tru­skawki i jabłka, dotarło do mnie, że Seba­stian też będzie musiał coś zjeść.

Już mia­łam go zawo­łać, lecz zauwa­ży­łam, że bacz­nie wpa­truje się w wej­ście do sklepu. Rów­nież spoj­rza­łam w tamtą stronę. Wła­śnie weszło dwóch face­tów, mniej wię­cej w jego wieku.

– Potrze­bu­jesz cze­goś? – zapy­ta­łam go.

– Czego? – odpo­wie­dział, roz­ko­ja­rzony.

– Cze­goś do jedze­nia? W domu nic nie ma, chyba że zamó­wisz coś na wynos.

Seba­stian potrzą­snął głową.

– Nie martw się o mnie. Sam się zajmę posił­kami.

Wzru­szy­łam ramio­nami i zaczę­łam wrzu­cać do wózka kolejne pro­dukty: chipsy, oliwki, mleko, cukier i cia­sto. Kiedy cze­ka­łam w kolejce do kasy, zauwa­ży­łam, że Seba­stian ani na sekundę nie prze­sta­wał się roz­glą­dać po skle­pie. Jego wzrok ani na chwilę nie zatrzy­my­wał się w jed­nym miej­scu. Trudno było zna­leźć wśród ochro­nia­rzy mojego ojca kogoś, kto samą swoją obec­no­ścią budziłby więk­szy respekt. Gdy kasjerka spoj­rzała na niego podejrz­li­wie, dotarło do mnie, że swoim wyglą­dem grec­kiego boga praw­do­po­dob­nie spra­wiał, że więk­szość ludzi pod­cho­dziła do niego z rezerwą.

Spoj­rza­łam na jego czarne spodnie od gar­ni­turu i białą koszulę. Jak, do cho­lery, mia­łam zabrać go na uczel­nię?

Kiedy zapła­ci­łam za zakupy kartą Cen­tu­rion mojego ojca – a dokład­nie moją kartą powią­zaną z jego kon­tem – Seba­stian pod­niósł torby i wziął je wszyst­kie w prawą rękę, lewą pozo­sta­wia­jąc wolną. Nie kupi­łam aż tak dużo, ale były w nich szklane butelki i inne cięż­kie przed­mioty. Zapro­po­no­wa­łam, że mu pomogę, ale odmó­wił bez słowa, jedy­nie pokrę­cił głową.

W dro­dze powrot­nej tysiące myśli pędziły w mojej gło­wie. Było tyle rze­czy, które chcia­łam o nim wie­dzieć. Dla­tego wła­śnie ni­gdy nie lubi­łam ochro­nia­rzy, nie potra­fi­łam prze­by­wać w towa­rzy­stwie innej osoby bez roz­ma­wia­nia z nią. Kiedy byłam małą dziew­czynką, zanim jesz­cze wysłano mnie za gra­nicę, moje nia­nie musiały zmie­niać się co godzinę, taka byłam męcząca. Przy­naj­mniej tak mi powie­dział ojciec, uza­sad­nia­jąc wysła­nie mnie do szkoły z inter­na­tem.

– Cza­sami, Mar­fil, nie zda­jesz sobie sprawy, jak bar­dzo potra­fisz być iry­tu­jąca. Jesteś tylko dziew­czynką, jasne, ale w mojej obec­no­ści po pro­stu nic nie mów – powta­rzał mi wie­lo­krot­nie.

W końcu nauczy­łam się mil­czeć od czasu do czasu, ale na krótko.

– Jesteś lewo­ręczny? – zapy­ta­łam Seba­stiana, idąc obok niego.

Spoj­rzał na mnie, marsz­cząc brwi.

– Cały cię­żar trzy­masz w pra­wej ręce. Nie dla­tego, że jesteś pra­wo­ręczny, ale dla­tego, że chcesz mieć lewą rękę wolną, żeby w razie potrzeby się­gnąć po broń, prawda?

Lekko prze­chy­lił głowę, a ja zauwa­ży­łam deli­katne drgnię­cie jego ust, które nie­mal wyglą­dało jak uśmiech.

– Jestem obu­ręczny, ale tak, tro­chę lepiej posłu­guję się lewą ręką.

Obu­ręczny… Spoj­rza­łam na jego dło­nie. Lewa zwi­sała luźno wzdłuż ciała, a druga nio­sła torby, jakby wypeł­nione były powie­trzem, a nie cięż­kimi butel­kami.

Nie­spo­dzie­wa­nie wyobra­zi­łam sobie, jak te dło­nie mocno mnie obej­mują, prze­su­wają się w dół po moich ple­cach, w górę po nogach…

Zało­ży­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne i przez resztę drogi do domu nie zwra­ca­łam na niego uwagi.

Na całe szczę­ście dla mojego zdro­wia psy­chicz­nego po powro­cie Seba­stian poszedł pro­sto do swo­jego pokoju, a ja zosta­łam w kuchni i roz­pa­ko­wy­wa­łam zakupy. Zapro­po­no­wał mi pomoc, ale chcia­łam pobyć sama. Zapew­ni­łam go więc, że dam sobie radę, a on nie nale­gał.

Dzwo­nek do drzwi ode­zwał się aku­rat w momen­cie, gdy koń­czy­łam wkła­dać wszystko do lodówki. Wie­dzia­łam, że to Liam, więc ocho­czo ruszy­łam do drzwi, pod­eks­cy­to­wana spo­tka­niem z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Ale w kory­ta­rzu z impe­tem wpa­dłam pro­sto na ludzką postać. Duże dło­nie zła­pały mnie za przed­ra­miona, powstrzy­mu­jąc mój pośpiech.

– Cze­kasz na kogoś?

Jego dotyk spra­wił, że poczu­łam dresz­cze w całym ciele. Seba­stian jed­nak szybko cof­nął ręce, tak jakby moja skóra go parzyła.

– Tak, na przy­ja­ciela – powie­dzia­łam, robiąc krok do przodu.

Poło­żył dłoń na drzwiach, tuż nad moją głową, unie­moż­li­wia­jąc mi ich otwar­cie.

Odwró­ci­łam się w jego stronę, marsz­cząc brwi.

– Kto to? Nawet nie użył domo­fonu. Ma klu­cze – stwier­dził Seba­stian, potrzą­sa­jąc głową i zaci­ska­jąc usta. – Roz­da­jesz klu­cze komu popad­nie?

– Dałam klu­cze mojemu naj­lep­szemu przy­ja­cie­lowi.

– Hej, Mar! Otwórz, kurwa, osza­leję, jeśli cię za chwilę nie zoba­czę.

Poło­ży­łam ręce na bio­drach.

– Jak ma na imię?

– Liam. – Prze­wró­ci­łam oczami z iry­ta­cją.

– Twój ojciec jasno mi powie­dział, że w miesz­ka­niu ma nie być żad­nych męż­czyzn.

Roze­śmia­łam się.

– Tak, jasne! A ja jestem Blue.

Seba­stian wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego.

– No, Blue, z kre­skówki dla dzieci – wyja­śni­łam, ale dalej mil­czał. Praw­do­po­dob­nie nie miał młod­szego rodzeń­stwa.

Pokrę­ci­łam głową i otwo­rzy­łam drzwi, igno­ru­jąc obec­ność Seba­stiana za moimi ple­cami. Nie zdą­ży­łam nawet spoj­rzeć na Liama, gdy jego ramiona natych­miast unio­sły mnie do góry i przy­ci­snęły mocno do sie­bie. Wdy­cha­łam jego zapach. Liam pach­niał jak dom.

– Kurwa… prze­stra­szy­łaś mnie na śmierć.

Poczu­łam, jak łzy napły­wają mi do oczu. Do tej pory tłu­mi­łam emo­cje. Odkąd wró­ci­łam, mia­łam wra­że­nie, jakby moje życie nie nale­żało już do mnie, a mój dom prze­stał być moim domem. Teraz, gdy Liam tu był, wszystko wyda­wało się wra­cać na swoje miej­sce i wresz­cie poczu­łam się zre­lak­so­wana, swo­bodna.

– Na­dal nie mogę uwie­rzyć w to, co się stało… – szep­nę­łam, przy­tu­la­jąc się do jego szyi. Nie chcia­łam się od niego ode­rwać.

Liam wtu­lił twarz w moje włosy, a kilka sekund póź­niej nagle zesztyw­niał. Jed­nym ruchem posta­wił mnie na ziemi i utkwił wzrok w Seba­stia­nie.

– Kto to jest?

Wes­tchnę­łam z iry­ta­cją, bo cią­gle chcia­łam być jego w ramio­nach.

– Mój ochro­niarz.

Seba­stian zmie­rzył Liama od stóp do głów. Zamknę­łam drzwi, a tem­pe­ra­tura w miesz­ka­niu jakby spa­dła o kilka stopni.

– Muszę zoba­czyć twój dowód toż­sa­mo­ści – zażą­dał Seba­stian.

Liam spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– Czy to nie wystar­czy, że Mar­fil mnie zna?

Seba­stian nawet nie mru­gnął.

– Dowód toż­sa­mo­ści popro­szę.

Liam poszpe­rał w kie­szeni i wycią­gnął czarny skó­rzany port­fel. Wyjął prawo jazdy i podał je Seba­stia­nowi.

Mój ochro­niarz patrzył na nie przez kilka sekund, po czym je oddał.

– Będę musiał popro­sić cię o zwrot klu­czy do tego miesz­ka­nia. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa nie możemy pozwo­lić, by krą­żyły po mie­ście. Ist­nieje ryzyko, że ktoś mógłby je ci ukraść i spró­bo­wać się tu dostać.

Co? Nie! Dla­czego ktoś miałby pró­bo­wać się tu dostać? Prze­cież porwa­nie nie wyda­rzyło się w domu.

Liam wyglą­dał na zaszo­ko­wa­nego i ura­żo­nego.

– Ni­gdy bym jej nie nara­ził na nie­bez­pie­czeń­stwo. Mam klucz na wypa­dek, gdyby zda­rzyła się jakaś sytu­acja awa­ryjna i gdyby Mar­fil mnie potrze­bo­wała.

– Jeśli pojawi się jakiś pro­blem lub Mar­fil będzie potrze­bo­wała pomocy, to ja tu jestem.

Wpa­try­wali się w sie­bie przez kilka nie­skoń­cze­nie dłu­gich sekund.

– Liam, po pro­stu oddaj mu te klu­cze. Za tym wszyst­kim stoi mój ojciec. Ostat­nią rze­czą, jakiej bym chciała, to danie mu powodu do pod­ję­cia naprawdę skraj­nych decy­zji, jak na przy­kład zmu­sze­nie mnie do powrotu do domu.

Liam wypu­ścił powie­trze, które do tej pory wstrzy­my­wał, i odwró­cił się w moją stronę z prze­ra­żo­nym wyra­zem twa­rzy. Potem zro­bił to, o co popro­sił Seba­stian. Ten, gdy tylko dostał klu­cze, prze­pro­sił i poszedł do swo­jego pokoju, przy­po­mi­na­jąc mi, żebym dała mu znać, jeśli będziemy gdzieś wycho­dzić.

– Chcesz piwo? – zapy­ta­łam, sku­pia­jąc się znowu na moim przy­ja­cielu.

Liam ski­nął głową. Usiadł na kana­pie, spo­glą­da­jąc w stronę kory­ta­rza.

– Nie mogę uwie­rzyć w to, co się stało, Mar – powie­dział. Oparł łok­cie na kola­nach i prze­je­chał dłońmi po wło­sach.

Usia­dłam obok niego, poda­łam mu zimne piwo, a potem wzię­łam łyk swo­jego.

– Ja też nie… To było prze­ra­ża­jące. A jed­no­cze­śnie wydaje mi się, że to był tylko zły sen. Że to nie wyda­rzyło się naprawdę. Przez cały czas byłam pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, więc chyba dla­tego czuję, jakby cała ta sytu­acja przy­da­rzyła się komuś innemu.

– Ale dla­czego? Kurwa. Dla­czego ktoś chciałby cię porwać?!

Było oczy­wi­ste, że pocho­dzę z zamoż­nej rodziny. Jed­nak rzadko kiedy o tym mówi­łam. Liam wie­dział, że czuję się z tym nie­kom­for­towo, więc ni­gdy o nic nie pytał. Jego matka była nauczy­cielką w szkole pod­sta­wo­wej, a ojciec pro­wa­dził sklep zoo­lo­giczny. Wszystko, co miał, zawdzię­czał swo­jemu bły­sko­tli­wemu umy­słowi. Dostał się na Uni­wer­sy­tet Colum­bia dzięki sty­pen­dium, a żeby opła­cić rachunki, pra­co­wał nocami w mod­nych klu­bach w mie­ście, bo sty­pen­dium nie pokry­wało wszyst­kich kosz­tów. Podzi­wia­łam Liama, ponie­waż w prze­ci­wień­stwie do niego w moim wypadku nie miało zna­cze­nia, ile osią­gnę­łam w życiu – wszy­scy zawsze postrze­gali mnie jako małą bogatą dziew­czynkę, w czepku uro­dzoną, która ni­gdy nie musiała kiw­nąć pal­cem.

Mój ojciec miał tak wiele firm, że nawet nie potra­fi­łam ich wszyst­kich wymie­nić. Był wła­ści­cie­lem Banco Cortés, jed­nego z naj­waż­niej­szych ban­ków w Ame­ryce Łaciń­skiej. Hodo­wał konie bar­dzo pożą­da­nej na rynku rasy Appa­lo­osa. To wszystko, wraz z wie­loma innymi inwe­sty­cjami, uczy­niło z niego swego rodzaju osobę publiczną i trudno się dzi­wić, że ludzie zazdro­ścili mu for­tuny. Dla­tego wła­śnie ojciec zawsze trzy­mał Gabriellę i mnie z dala od bla­sku reflek­to­rów. Ni­gdy nie pozwa­lał nam uczest­ni­czyć w swo­ich przy­ję­ciach i nie zna­ły­śmy żad­nego z jego part­ne­rów biz­ne­so­wych. Ojciec rzadko mówił o swo­jej pracy, z nami roz­ma­wiał wyłącz­nie o koniach, które od naj­młod­szych lat nauczył nas kochać i sza­no­wać.

– Nie wiem… nikt nie wie. Mój ojciec uważa, że ktoś po pro­stu wyko­rzy­stał mnie, by pogro­zić mu pal­cem. Fakt, że nie zażą­dali niczego w zamian i nie wysłali żad­nej wia­do­mo­ści, jest o wiele bar­dziej zagad­kowy niż samo porwa­nie.

– A teraz ten facet będzie cały czas przy tobie?

Ski­nę­łam głową, zaci­ska­jąc usta. Liam poło­żył dłoń na moim policzku i odsta­wił piwo na stół.

– Twój ojciec postą­pił słusz­nie. Zosta­łaś porwana tutaj, w Cen­tral Parku, Mar. Mogą to zro­bić ponow­nie, gdy tylko zechcą, zwłasz­cza jeśli dowie­dzą się o innych czę­ściach mia­sta, w któ­rych czę­sto bywasz – powie­dział z nie­za­do­wo­le­niem wypi­sa­nym na twa­rzy.

Liam i ja kłó­ci­li­śmy się o tę kwe­stię nie­zli­czoną ilość razy. Zda­łam sobie sprawę, że będę musiała poin­for­mo­wać o tym rów­nież Seba­stiana i bła­gać go, by nic nie mówił mojemu ojcu.

– Nie dam się znowu porwać. Będę ostrożna. Jedyne, co mnie mar­twi, to ojciec… i moja sio­stra…

– Gabriella jest w Lon­dy­nie. Tam powinna być bez­pieczna.

– Gdy­bym ci opo­wie­działa, co ona wypra­wia w szkole… Kurwa, muszę ją ostrzec, że ma się stam­tąd nie ruszać!

Czu­łam się tak, jak­bym miała zaraz dostać zawału serca, kiedy pędzi­łam do sypialni i szu­ka­łam komórki. U nas było wpół do dzie­sią­tej, u niej druga trzy­dzie­ści nad ranem. Na pewno już spała, więc wysła­łam jej SMS:

Nawet nie myśl o wycho­dze­niu ze szkoły. Coś się wyda­rzyło. Zadzwoń do mnie, gdy tylko to prze­czy­tasz. To pilne.

Ojciec nie powie­dział Gabi o porwa­niu, bo nie chciał jej mar­twić, ale nie miał poję­cia, że nauczy­łam ją wszyst­kich genial­nych spo­so­bów na wymknię­cie się ze szkoły. Bez niczy­jej wie­dzy mogła przejść przez las i dotrzeć do mia­sta. Gdyby coś jej się stało, byłaby to moja wina!

Wyszłam z pokoju z tele­fo­nem komór­ko­wym w dłoni i zoba­czy­łam, jak otwie­rają się drzwi do pokoju Seba­stiana. Wyszedł na kory­tarz, jakby czy­tał w moich myślach i wie­dział, że coś jest nie tak.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki