Tell me in secret - Mercedes Ron - ebook + książka

Tell me in secret ebook

Mercedes Ron

4,6
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Dziewczyna. Dwaj bracia. Gra z ogniem

Kamila Hamilton znów ma u boku swoich dwóch najbliższych przyjaciół. Tyle że Taylor i Thiago Di Bianco nie są już tylko jej przyjaciółmi. Łączy ich coś bardziej skomplikowanego… i jeszcze bardziej niebezpiecznego.

Zielonooki Thiago wciąż odbiera jej dech. Niebieskooki Taylor pozostaje jej oparciem. Ale bracia się zmienili. Uczucia Kamili również.

Życie dziewczyny rozpada się w momencie, w którym jej rodzice się rozwodzą a przyjaciółki odwracają się plecami. Kamila będzie potrzebowała braci Di Bianco bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Obu.

Czy zdoła ochronić Taylora przed tym, co do niego czuje? Jak poradzi sobie z widokiem Thiago całującego kogoś innego? I jak długo jeszcze zdoła ukrywać przeszłość, która może zniszczyć wszystko?

Drugi tom trylogii TELL ME– jeszcze więcej napięcia, sekretów i elektryzującego pożądania.

Oto dalsze losy bohaterów filmu „Powiedz mi po cichu” dostępnego na Amazon Prime Video.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 281

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (69 ocen)
52
11
4
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
anast1807

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna!
10
Lucyna78

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka,pokecm
10
Agnieszka_55

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna
10
Floriana2

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam
10
Sylwia654

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle autorka nie zawiodła.
00

Popularność




Dedykacja

Dla tych wszyst­kich,

któ­rzy kie­dy­kol­wiek uwie­rzyli, że nie są wystar­cza­jący.

Jeste­ście!

Prolog. Kami

Pro­log

Kami

Znów pako­wa­li­śmy się w kło­poty. Tym razem za sprawą naj­star­szego i niby naj­roz­sąd­niej­szego z nas trojga.

To, że ścią­gnął nas tu w środku nocy, a na miej­scu od razu wyjął z ple­caka kawa­łek metalu, zapal­niczkę i apteczkę, nie wró­żyło niczego dobrego. Tyle że to był Thiago Di Bianco, a Thiaga zawsze się słu­chało. Cie­szył się tym przy­wi­le­jem, bo był od nas star­szy o trzy lata. Najstar­szy dowo­dzi – pro­ste.

Cza­sem trudno mi było prze­strze­gać tej nie­pi­sa­nej zasady, bo ozna­czała wyko­ny­wa­nie pole­ceń kogoś, kto przy każ­dej oka­zji cią­gnął mnie za war­ko­cze i na wszel­kie spo­soby dopro­wa­dzał do pła­czu. Mimo to musia­łam przy­znać, że przy Thiagu czu­łam się bez­piecz­nie nawet w cza­sie naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych przy­gód. Był dla mnie i dla Tay­lora kimś w rodzaju prze­wod­nika, dawał nam poczu­cie sensu, nawet gdy robi­li­śmy coś zupeł­nie idio­tycz­nego.

A jed­nak od tam­tej nocy, kiedy wła­ma­li­śmy się po sło­dy­cze do domu sąsiada, a ja prze­ży­łam z Thia­giem swój pierw­szy poca­łu­nek, coś się zmie­niło w spo­so­bie, w jaki się do mnie odno­sił. Prze­stał mnie szar­pać za włosy, za to zaczął jesz­cze bar­dziej się rzą­dzić i coraz czę­ściej doma­gał się mojej uwagi.

– Co chcesz z tym zro­bić? – zapy­ta­łam, wpa­trzona w zapal­niczkę.

Pomy­sły Thiaga sta­wały się coraz bar­dziej sza­lone i wyma­gały od nas coraz więk­szej odwagi. Lubi­łam przy­gody, ale mia­łam też tro­chę roz­sądku. A może po pro­stu wiek mnie powstrzy­my­wał.

– Nic strasz­nego, dasz radę – powie­dział i odwró­cił się do okienka, pod któ­rym stał jego ple­cak.

Spoj­rza­łam na Tay­lora – zer­kał ner­wowo na swo­jego star­szego brata.

Sie­dzie­li­śmy w domku na drze­wie czy raczej w drew­nia­nej budce, którą Thiago jakimś cudem zdo­łał zbu­do­wać wśród gałęzi.

Dla Tay­lora to była pierw­sza wizyta na górze i domek zro­bił na nim spore wra­że­nie.

– Nie bój się, Kami – powie­dział teraz i wziął mnie za rękę. – Jestem tu z tobą.

Uśmiech­nę­łam się, ale wtedy coś ude­rzyło w nasze sple­cione dło­nie.

Thiago.

– Nawet jesz­cze nie wie­cie, o co cho­dzi – powie­dział. Usiadł mię­dzy nami z zapal­niczką i poka­zał nam meta­lowy trój­kąt, który już wcze­śniej zdą­żył nam mignąć. – Wie­cie, co to jest?

Żadne z nas nie odpo­wie­działo.

– Próba przy­jaźni.

– Ten kawa­łek metalu to ma być próba przy­jaźni? Niby jak? – zapy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem. Patrzy­łam to na zapal­niczkę, to na metal i zasta­na­wia­łam się, o co może cho­dzić.

Thiago zwró­cił się w moją stronę.

– Nie ma niczego trwal­szego na świe­cie niż tatuaż, prawda? – zapy­tał, po czym zapa­lił zapal­niczkę.

Drobny pło­mień oświe­tlił nasze twa­rze.

– I nie ma lep­szego sym­bolu naszej przy­jaźni niż coś, czego ni­gdy nie da się usu­nąć…

– Co ty zamie­rzasz, Thiago? – zapy­tał Tay­lor i popa­trzył na niego z nie­po­ko­jem.

Thiago nie odpo­wie­dział.

Trzy­mał ten mały meta­lowy kształt nad ogniem, aż roz­grzał go do czer­wo­no­ści. A potem spoj­rzał na mnie, żeby się upew­nić, że to widzę, i przy­ło­żył sobie roz­pa­lony trój­ką­cik do lewego nad­garstka.

Mocno zaci­snął usta i zamknął oczy, kiedy metal palił mu skórę.

– Thiago, prze­stań! – krzyk­nę­łam, ale mnie zigno­ro­wał.

Wytrzy­mał kilka sekund i dopiero wtedy ode­rwał metal od ręki.

Tay­lor i ja pochy­li­li­śmy się, żeby obej­rzeć ślad.

Był czer­wony. Bar­dzo czer­wony. I pomarsz­czony. Thiago spe­cjal­nie się popa­rzył!

– Odbiło ci? – zapy­ta­łam. Nie mogłam w to uwie­rzyć.

– Bolało? – spy­tał oszo­ło­miony Tay ze wzro­kiem wbi­tym w brata.

– Wcale nie było tak źle… – stwier­dził Thiago i wycią­gnął nad­gar­stek w naszą stronę, żeby­śmy mogli dokład­niej się przyj­rzeć. Na czer­wo­nej skó­rze wyraź­nie było widać mały trój­ką­cik. – Kto następny?

Popa­trzy­li­śmy na sie­bie z Tay­lo­rem sze­roko otwar­tymi oczami, prze­stra­szeni.

– Nie zamie­rzam przy­pa­lać sobie ręki!

– To nie ręka, tylko nad­gar­stek – uści­ślił Thiago. Ale nawet nie spoj­rzał na brata. Patrzył tylko na mnie. – To co, księż­niczko? Chcesz tatuaż na całe życie, czy wolisz być tchó­rzem jak ten tutaj? – rzu­cił. Naj­wy­raź­niej nie trosz­czył się w tej chwili o uczu­cia brata.

– Nie jestem żadną księż­niczką! – Byłam wście­kła. Zebra­łam się na odwagę, uklę­kłam i pod­cią­gnę­łam rękaw swe­tra. – Dawaj – doda­łam bez mru­gnię­cia okiem.

Do dziś pamię­tam, jaki Thiago wyda­wał się wtedy ze mnie dumny.

I do dziś pamię­tam ból, który przy­szło mi znieść przez ten jego kre­tyń­ski pomysł.

1. Kami

1

Kami

W ciągu ostat­nich dwóch tygo­dni chłód na dobre zago­ścił w Car­sville. Ostat­nie dni lata i cie­płe pro­mie­nie słońca ode­szły w zapo­mnie­nie, a ich miej­sce zajęły ulewne desz­cze i groźba tor­nada. Trudno było nawet wyjść z domu, żeby choć tro­chę się roze­rwać. Choć i tak nie było mnie stać na roz­rywki. Wiele bym dała, żeby poje­chać do mia­steczka, wstą­pić do kawiarni Mill’s i zamó­wić sobie tru­skaw­kowy kok­tajl albo kawę z cze­ko­la­do­wym muf­fi­nem. Tyle że przez ban­kruc­two taty zosta­łam bez samo­chodu, któ­rym mogła­bym tam doje­chać.

Na szczę­ście wciąż mogłam poga­pić się w okno. A może powin­nam raczej powie­dzieć: na nieszczę­ście… Od pół godziny śle­dzi­łam wzro­kiem ruchy dziew­czyny, która poda­wała Thia­gowi narzę­dzia, pre­zen­tu­jąc przy tym swoje dłu­gie nogi w spód­niczce ledwo zakry­wa­ją­cej pupę.

Na zewnątrz było osiem stopni! Serio nie było jej zimno?

Skąd w ogóle Thiago ją wytrza­snął? Gdzie ją poznał?

Wku­rzało mnie, że była naprawdę prze­śliczna. Miała dłu­gie ciemne włosy, a oczy pra­wie na pewno błę­kitne. Stała dość daleko, ale w pew­nym momen­cie odwró­ciła się w stronę mojego domu, a świa­tło, które cza­sem prze­dzie­rało się przez chmury, roz­ja­śniło jej twarz. Cho­lera, ta dziew­czyna była naprawdę prze­piękna. Wysoka, smu­kła, ide­alna…

Nie udało mi się powstrzy­mać od porów­nań. Moje metr sześć­dzie­siąt pięć, włosy do ramion, już pociem­niałe, odkąd lato prze­szło do histo­rii… O rany, w zesta­wie­niu z nią czu­łam się jak kijanka.

Dło­nie, które teraz obej­mo­wały tę dziew­czynę, dwa tygo­dnie wcze­śniej, w samo­cho­dzie, gła­skały mnie wśród sza­le­ją­cej burzy. Gdy zamy­ka­łam oczy i wra­ca­łam myślami do tam­tej chwili, serce momen­tal­nie mi przy­spie­szało. Czu­łam, jak robi mi się gorąco, uda mimo­wol­nie się napi­nają, a myśli ucie­kają do tam­tego momentu, gdy Thiago i ja zachłan­nie się cało­wa­li­śmy. Odtwa­rza­łam to w pamięci i wyobra­ża­łam sobie, jak by to było posu­nąć się wtedy jesz­cze dalej, poczuć jego dło­nie na skó­rze, na pier­siach, poczuć, jak jego palce dają mi przy­jem­ność, jego wzrok wpija się we mnie, a nasze ciała się ze sobą łączą…

Ktoś zapu­kał do drzwi i wyrwał mnie z tych fan­ta­zji.

– Kamilo, tata i ja musimy z tobą poroz­ma­wiać. – Mama zaj­rzała do pokoju. – Przyjdź do nas do salonu.

Nie zdra­dziła nic wię­cej. Zamknęła drzwi, a po chwili na scho­dach roz­le­gły się jej kroki.

Spoj­rza­łam jesz­cze raz przez okno i zoba­czy­łam… jak Thiago całuje się z tamtą.

Zabo­lało… Nawet nie wiem, gdzie dokład­nie. Nie wie­rzę, że zła­mane serce naprawdę może krwa­wić, a jed­nak czu­łam ból. Roz­dzie­ra­jący.

Zacią­gnę­łam zasłony.

Czego mogli nagle ode mnie chcieć rodzice?

Ostat­nie tygo­dnie spę­dzi­łam zamknięta w pokoju, z muzyką na cały regu­la­tor, żeby nie sły­szeć ich kłótni. Pró­bo­wa­łam ucie­kać myślami jak naj­da­lej.

Tylko od czasu do czasu Tay­lo­rowi uda­wało się mnie stam­tąd wycią­gnąć. Wsia­da­li­śmy wtedy do jego samo­chodu i jecha­li­śmy do Stony Creek.

Szli­śmy do kina albo prze­sia­dy­wa­li­śmy w Star­buck­sie, gdzie godzi­nami pili­śmy kawę i roz­ma­wia­li­śmy. Nasza rela­cja roz­wi­jała się w zawrot­nym tem­pie, a ja z każ­dym dniem sta­wa­łam się coraz bar­dziej uza­leż­niona od jego towa­rzy­stwa, czu­ło­ści, poca­łun­ków i od spo­sobu, w jaki potra­fił mnie roz­śmie­szyć.

Nie wiem, jak on to robił, ale kiedy byłam z nim, wszyst­kie pro­blemy po pro­stu zni­kały. Potra­fi­łam nawet zapo­mnieć o Thiagu. Kiedy byli­śmy sami, znowu sta­wa­li­śmy się Tay­lo­rem i Kami – naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Tylko że teraz wszystko było bar­dziej inten­sywne.

Jed­nak kiedy nie było go obok, czu­łam się roz­darta. Moje serce kochało jed­nego chło­paka, a pra­gnęło innego… Mia­łam wra­że­nie, że jestem naj­gor­szą osobą na świe­cie.

Zeszłam po scho­dach do salonu. Mama sie­działa na bia­łej sofie, zwró­cona twa­rzą w stronę kominka, w któ­rym zaczę­li­śmy już palić ze względu na chłody. Aż trudno było uwie­rzyć, że w ciągu dwóch tygo­dni piękne lato prze­szło w późną jesień.

Mój brat Came­ron roz­ło­żył się na dru­giej sofie, z Nin­tendo Switch w dło­niach, a dźwięki Mario Bros wypeł­niały cały pokój. Ostat­nio Cam był wyjąt­kowo mar­kotny. Nie dawał się przy­tu­lić, nie chciał się bawić w ogro­dzie. Pra­wie całe dnie spę­dzał przed tele­wi­zo­rem – grał w coś albo oglą­dał kre­skówki. Ledwo roz­po­zna­wa­łam w nim tego sze­ścio­latka, któ­rego wybu­chy śmie­chu potra­fiły roz­ja­śnić mi nawet naj­bar­dziej ponury dzień. Usia­dłam obok niego i zwró­ci­łam się do rodzi­ców:

– O co cho­dzi?

Tata, który wła­śnie popra­wiał drewno w kominku, wypro­sto­wał się, odło­żył meta­lowe szczypce i popa­trzył na mamę.

– Dzieci… Wasz tata i ja się roz­wo­dzimy.

Na moment wszystko we mnie zamarło. Kon­sola brata prze­stała wyda­wać dźwięki.

– Co? – wydu­si­łam wresz­cie, gdy po pierw­szym szoku odzy­ska­łam mowę.

Rodzice się kłó­cili – tak. Mama bywała nie­zno­śna – jasne. Ale prze­cież się kochali, prawda? Cho­lera, w końcu prze­trwali nawet zdradę! Mama przy­pra­wiła tacie rogi, a mimo to on jej wyba­czył.

– Roz­ma­wia­li­śmy o tym i doszli­śmy do wnio­sku, że to nie jest dla was dobre, byście żyli w atmos­fe­rze cią­głych kłótni… – zaczął tata.

– Ty się nie kłó­cisz, tylko ona – wtrą­ci­łam i wyce­lo­wa­łam pal­cem w mamę.

Strach, wście­kłość i bez­sil­ność buzo­wały we mnie jak woda w garnku pod ciśnie­niem.

– Kamilo! – obu­rzyła się mama. – To nie są żarty, a twoja opi­nia nie ma tu zna­cze­nia. Cza­sem miłość po pro­stu się koń­czy i…

– Och, pro­szę cię! – Prych­nę­łam i zerwa­łam się na równe nogi. – Nie wci­skaj mi kitu o miło­ści. To nie miłość się skoń­czyła, tylko pie­nią­dze!

Spoj­rza­łam na tatę, ale uciekł wzro­kiem na pod­łogę.

Boże… On wcale nie chciał się roz­wo­dzić.

– Jak śmiesz…?! – zare­ago­wała mama.

– Jak śmiem? – wyrzu­ci­łam z wście­kło­ścią. – Ledwo zaczęły się pro­blemy, a ty natych­miast odwró­ci­łaś się do taty ple­cami! Gdy tylko zro­biło się trud­niej, kiedy tylko stra­ci­łaś swoje week­endy w SPA, wypa­sione samo­chody i codzienne wyprawy na zakupy, od razu zażą­da­łaś pie­przo­nego roz­wodu!

– Kamila, dosyć. – Tata prze­rwał mój wybuch.

– Nie będę tole­ro­wać takich odzy­wek, roz­pusz­czona smar­kulo… – spró­bo­wała uciąć mama.

– Ja jestem roz­pusz­czona?! – zapy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem.

Otwo­rzyła usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale tata huk­nął dło­nią w stół.

– Dość tego! – krzyk­nął i zamil­kły­śmy. – Koniec dys­ku­sji. Kamila, wiem, że ci się to nie podoba, ale już posta­no­wione. Roz­wo­dzimy się. A teraz trzeba usta­lić, jak to wszystko będzie wyglą­dać i…

– Zostaję z tobą – prze­rwa­łam mu bez chwili namy­słu. – Nie zamie­rzam z nią miesz­kać. Nie zosta­wię cię samego, tato…

– Zosta­nie­cie z mamą – uciął. Popa­trzył na mnie i na Cama.

Dopiero wtedy przy­po­mnia­łam sobie o bra­cie.

Sie­dział cicho i wpa­try­wał się w nas bez słowa.

– Chcemy, żeby to prze­bie­gło moż­li­wie spo­koj­nie. Zosta­nie­cie tutaj, w domu. Ja prze­pro­wa­dzę się praw­do­po­dob­nie do Stony Creek, wynajmę tam miesz­ka­nie.

– Co? – zapy­ta­łam ze łzami w oczach. – Tato… ja nie chcę, żebyś się wypro­wa­dzał.

Poczu­łam się jak mała dziew­czynka. Nie mogłam nic zro­bić, żeby powstrzy­mać przy­gnia­ta­jące poczu­cie bez­rad­no­ści.

– Będziemy się widy­wać w week­endy… – zaczął tata.

– To ustali sąd, Roger. Nie obie­cuj dziecku cze­goś, czego sam jesz­cze nie wiesz – prze­rwała mu mama.

Spoj­rza­łam na nią z nie­na­wi­ścią.

– Nie nazy­waj mnie dziec­kiem. I daruj sobie tek­sty o sądach. Jeśli będę chciała się widy­wać z tatą, to będę się z nim widy­wać, jasne?

– Prze­cież nikt nie mówi, że macie się nie widy­wać – odparła mama i zaci­snęła usta. – Ale dopóki jesteś nie­peł­no­let­nia, będziesz miesz­kać tam, gdzie ja zde­cy­duję, i robić, co ci każę.

Par­sk­nę­łam śmie­chem, w któ­rym nie było ani grama weso­ło­ści.

– W stycz­niu koń­czę osiem­na­ście lat – przy­po­mnia­łam jej z satys­fak­cją. – Masz jesz­cze dwa i pół mie­siąca na decy­do­wa­nie za mnie.

– Kamila… – upo­mniał mnie ojciec.

– Nie! – rzu­ci­łam ostro i popa­trzy­łam mu pro­sto w oczy. – Gdy tylko będę peł­no­let­nia, prze­pro­wa­dzam się do cie­bie. I możesz mówić, co chcesz.

Ener­gicz­nie omi­nę­łam stół i ruszy­łam po scho­dach do swo­jego pokoju.

Nie mogłam w to uwie­rzyć. Po pro­stu nie mogłam.

A już myśla­łam, że matka nie zdoła upaść niżej…

Pła­ka­łam, wtu­lona w poduszkę. Bałam się tego, co będzie dalej. Jak ona mogła zosta­wić mojego tatę? Prze­cież to ona była nie­wierna. To ona nas wszyst­kich oszu­ki­wała. To ona roz­biła dwie rodziny. To z jej winy sio­stra Tay­lora i Thiaga umarła, a Katia Di Bianco stra­ciła to, co kochała naj­bar­dziej… To mama powinna się wynieść, prze­cież dom nale­żał do taty – w końcu sama ni­gdy w życiu nie prze­pra­co­wała ani jed­nego dnia. Była cho­lerną utrzy­manką, córką boga­czy, która od dziecka chciała tylko jed­nego: nie pra­co­wać, bawić się w dom, jeź­dzić na odosob­nie­nia duchowe i kupo­wać prze­ce­nione torebki Cha­nel.

Była żało­sna.

Pła­ka­łam, dopóki nie zasnę­łam ze zmę­cze­nia. Po kilku godzi­nach otwo­rzy­łam oczy. Na dwo­rze zapa­dła już noc, a wiatr z hukiem ude­rzał w moje okno.

Wspar­łam się o poduszki i wtedy ktoś zapu­kał do pokoju.

Nie odpo­wie­dzia­łam, ale drzwi się uchy­liły i do środka weszła osoba, którą kocha­łam naj­bar­dziej na świe­cie.

– Kami… – powie­dział Came­ron i pod­szedł do mojego łóżka. – Co to jest roz­wód?

Zamknę­łam oczy i przy­tu­li­łam brata do sie­bie.

Następ­nego dnia tata zawiózł nas do szkoły. Wysa­dził mnie pod liceum, a potem skrę­cił w stronę pod­sta­wówki, żeby zosta­wić Came­rona. Oba budynki łączył długi kory­tarz, w któ­rym ucznio­wie wysta­wiali swoje prace. Odkąd nie mia­łam samo­chodu, do szkoły zwy­kle zabie­ra­łam się z Tay­lo­rem lub jecha­łam rowe­rem. Albo przy­wo­zili nas rodzice – wtedy naj­bar­dziej pokrzyw­dzony był Cam, bo zaczy­nał lek­cje o dzie­wią­tej, nie o ósmej, jak ja. Ale w sumie chyba nic sobie z tego nie robił. Wcze­śniej – kiedy to ja go odwo­zi­łam – zawsze sia­dał na szkol­nym patio i grał na kon­soli.

Prze­cię­łam par­king i weszłam pro­sto do szkoły, na zatło­czony kory­tarz. Nie mia­łam ochoty sie­dzieć na zewnątrz, gdzie zna­jomi palili, gadali, śmiali się i uda­wali, że są naj­faj­niejsi na świe­cie. Poza tym Kate i ja wciąż się do sie­bie nie odzy­wa­ły­śmy, a reszta dziew­czyn naj­wy­raź­niej posta­no­wiła trzy­mać się jej.

Pode­szłam do swo­jej szafki i zaczę­łam wyj­mo­wać książki na następną lek­cję. Zbli­żał się listo­pad, a to ozna­czało, że egza­miny były tuż-tuż. Musie­li­śmy dokoń­czyć pro­jekty, zapre­zen­to­wać je, a potem zło­żyć na piśmie. Do tego docho­dziły jesz­cze zaję­cia dodat­kowe, któ­rych więk­szość z nas potrze­bo­wała, żeby zdać na dobrą uczel­nię.

Świa­do­mość, że muszę nie tylko dostać się na Yale, ale też zdo­być sty­pen­dium, wywró­ciła moje plany do góry nogami. Nie mogłam sobie pozwo­lić na luz. Gra­łam o wła­sną przy­szłość, o nie­za­leż­ność… o wszystko.

– Cześć, piękna – wyszep­tał mi ktoś do ucha.

Uśmiech­nę­łam się, odwró­ci­łam i opar­łam ple­cami o szafkę.

– Cześć – odpo­wie­dzia­łam. Naresz­cie poczu­łam to cie­pło, któ­rego dziś potrze­bo­wa­łam bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

– Myśla­łem, że to ja mia­łem cię dziś zabrać do szkoły – powie­dział Tay­lor i odgar­nął mi włosy za ucho.

– Tata się uparł – wyja­śni­łam. – Zapo­mnia­łam ci powie­dzieć, prze­pra­szam. – Dopiero teraz dotarło do mnie, że powin­nam była go uprze­dzić.

– Nic się nie stało – odpo­wie­dział. Jego błę­kitne oczy wędro­wały po mojej twa­rzy. Dotknął pal­cami moich policz­ków. – Pła­ka­łaś? – zapy­tał.

– Nie – rzu­ci­łam odru­chowo.

– Kami…

Odwró­ci­łam się do szafki, zatrza­snę­łam ją i ode­szłam kilka kro­ków.

– Widzimy się na bio­lo­gii – powie­dzia­łam i ruszy­łam w swoją stronę. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, dla­czego tak trudno mi było powie­dzieć Tay­lo­rowi o roz­wo­dzie rodzi­ców.

Chyba po pro­stu nie chcia­łam, żeby kto­kol­wiek się nade mną uża­lał. Nie potrze­bo­wa­łam lito­ści ani współ­czu­ją­cych spoj­rzeń, dla­tego wola­łam jak naj­dłu­żej trzy­mać w tajem­nicy to, co działo się w domu.

– Hej, Kami! Pocze­kaj! – usły­sza­łam woła­nie Ellie z końca kory­ta­rza. Zatrzy­ma­łam się, żeby mnie dogo­niła. – Jak week­end? – zapy­tała, ale widzia­łam, że czuje się nie­swojo.

Nic dziw­nego. Przez ostat­nie dwa tygo­dnie trzy­ma­łam się z dala od wszyst­kich poza Tay­lo­rem.

– Bywało lepiej – odpo­wie­dzia­łam wymi­ja­jąco i skie­ro­wa­łam się do sali pro­fe­sora Tri­ve­qu­iego.

– Sły­sza­łaś o impre­zie w sobotę? – zapy­tała, nie­zra­żona moim ponu­rym tonem. – Hal­lo­ween wypada w środku tygo­dnia, więc impreza ma być w sobotę u Arona.

O matko, impreza u Arona Mar­tina…

Na samą myśl bolała mnie głowa, cho­ciaż uwiel­bia­łam Hal­lo­ween. Zawsze kocha­łam się prze­bie­rać, deko­ro­wać dom, opy­chać się sło­dy­czami. Ale w tym roku zamie­rza­łam sobie to wszystko odpu­ścić. Pla­no­wa­łam tylko iść z bra­tem po cukierki, a moje prze­bra­nie miało się ogra­ni­czyć do prze­ście­ra­dła z dwoma otwo­rami na oczy. Już widzia­łam Tay­lora, jak będzie się tarzał ze śmie­chu.

– Idziesz, prawda? – zapy­tała pod­eks­cy­to­wana Ellie.

– No nie wiem, Ellie… – odpar­łam i przy­gry­złam wargę. Weszłam do klasy. Usia­dłam w pierw­szej ławce, a Ellie zajęła miej­sce obok mnie.

– No weź – wes­tchnęła roz­cza­ro­wana. – Od tygo­dni snu­jesz się po kory­ta­rzach jak zom­biak, pra­wie z nikim nie roz­ma­wiasz i cią­gle masz smutną minę. Co się z tobą dzieje? Powiedz mi! Prze­cież jeste­śmy naj­bliż­szymi przy­ja­ciół­kami…

Rze­czy­wi­ście były­śmy. Spo­śród wszyst­kich zna­jo­mych naj­bar­dziej ufa­łam wła­śnie Ellie. Naj­bar­dziej ją lubi­łam i mia­łam z nią naj­sil­niej­szą więź. Cho­ciaż ostat­nio przy wszyst­kich czu­łam się jak ryba wyjęta z wody.

– Kate chce, żebyś przy­szła – powie­działa, jakby miało mi to robić róż­nicę. – Mówiła, że faj­nie byłoby, gdy­by­śmy wszyst­kie prze­brały się w tym samym stylu. Tak jak robi­ły­ście w pod­sta­wówce…

Ellie dołą­czyła do naszej klasy póź­niej. Jako jedyna pocho­dziła z dużego mia­sta – i to z Nowego Jorku – więc miała znacz­nie szer­sze hory­zonty i zero głu­pich uprze­dzeń. Dla­tego tak dobrze się doga­dy­wa­ły­śmy.

– Jeśli pójdę, to prze­biorę się tak, jak sama zechcę, a nie tak, jak wymy­śli sobie Kate.

Twarz Ellie momen­tal­nie się roz­pro­mie­niła.

– Czyli jed­nak idziesz?

Spoj­rza­łam w te jej brą­zowe oczy i nie byłam w sta­nie odmó­wić.

– Skoro nie mam wyboru…

Rzu­ciła mi się na szyję, a w tej samej chwili do klasy wszedł nauczy­ciel.

– No dobrze, wyj­mij­cie kartki i dłu­go­pisy. Kart­kó­weczka z macie­rzy…

Spoj­rza­ły­śmy na sie­bie w popło­chu.

Karmo, dla­czego aż tak mnie nie­na­wi­dzisz?

Spraw­dzian poszedł mi tak sobie. W ostat­nich tygo­dniach niby się uczy­łam, ale pra­wie nic nie przy­swa­ja­łam. Mia­łam w gło­wie tyle roz­pra­sza­czy, że trudno było mi się sku­pić. Mój wzrok sunął po zda­niach, ale myśli ucie­kały do wszyst­kich aktu­al­nych pro­ble­mów: do kłótni rodzi­ców, do „przy­ja­ció­łek” i ich nagłej nie­chęci, do Tay­lora i Thiaga…

Mia­łam nadzieję, że to wszystko nie prze­łoży się na wynik kart­kówki i że dostanę cho­ciaż czwórkę. Na zwy­kłą tróję nie mogłam sobie pozwo­lić.

Led­wie wyszłam z klasy, poczu­łam w tyl­nej kie­szeni dżin­sów wibra­cję tele­fonu. Wiem, wiem – to głu­pota go tam nosić, ale kto tego nie robi? Na ekra­nie zoba­czy­łam, że dzwoni matka.

Odrzu­ci­łam połą­cze­nie.

Nie zamie­rza­łam z nią roz­ma­wiać. Ani dziś, ani do końca roku szkol­nego.

Tele­fon znowu zadzwo­nił.

Znowu roz­łą­czy­łam.

– Kto to? – zapy­tała Ellie. Szły­śmy razem w stronę pra­cowni che­micz­nej.

– Moja matka.

Ellie zro­biła wiel­kie oczy i obie par­sk­nę­ły­śmy śmie­chem.

W tej samej chwili z radio­wę­zła roz­legł się głos dyrek­tora:

– Kamila Hamil­ton, tu dyrek­tor, pro­szę jak naj­szyb­ciej sta­wić się w moim gabi­ne­cie.

Wszy­scy na kory­ta­rzu zwró­cili się w moją stronę.

– Co ty znowu odwa­li­łaś? – szep­nęła Ellie.

– Nic!

Poczu­łam ukłu­cie stra­chu. Pomy­śla­łam, że zigno­ro­wa­nie tele­fonu od matki i nagłe wezwa­nie przez dyrek­tora mogą być ze sobą powią­zane. Może coś się stało rodzi­com? Albo dziad­kom?

– Zła­piemy się póź­niej – zawo­ła­łam do Ellie i pobie­głam w drugą stronę.

Dzie­sięć minut póź­niej sta­łam przed biur­kiem sekre­tarki dyrek­tora Har­ri­sona. Cze­kał na mnie.

– Dzień dobry, panno Hamil­ton – powie­dział i gestem zapro­sił mnie, żebym weszła i usia­dła.

– Co tym razem zro­bi­łam? – zapy­ta­łam ner­wowo.

Dyrek­tor usiadł naprze­ciwko mnie i wes­tchnął.

– Pani nic… dla odmiany – odparł spo­koj­nie. Cze­ka­łam na dal­szy ciąg. – Za to pani brat, Came­ron… – zaczął, ale w tym momen­cie ktoś zapu­kał do gabi­netu. – Pro­szę – zawo­łał dyrek­tor.

Odwró­ci­łam się, żeby zoba­czyć kto to.

Drzwi się otwo­rzyły i sta­nął w nich boha­ter wszyst­kich moich noc­nych fan­ta­zji. Poczu­łam szarp­nię­cie w żołądku, kiedy nasze spoj­rze­nia się spo­tkały… choć tylko na sekundę, bo odwró­cił wzrok tak szybko, że nie zdą­ży­łam zato­nąć w jego ciem­no­zie­lo­nych oczach.

– Ach, pan Di Bianco – ode­zwał się dyrek­tor Har­ri­son. – Wła­śnie mia­łem wyja­śnić pan­nie Hamil­ton, dla­czego ją wezwa­łem.

– Dzień dobry, panie dyrek­to­rze. Przy­sze­dłem, bo chciał­bym uczest­ni­czyć w pana roz­mo­wie z Kamilą – powie­dział.

Dźwięk mojego imie­nia w jego ustach wywo­łał u mnie roz­koszny dreszcz. Thiago był taki przy­stojny… Włosy w kolo­rze ciem­nego blondu nie­dbale zacze­sane do tyłu, lekki zarost, impo­nu­jący wzrost, cała jego syl­wetka… Jak on to robił? Jak mógł być tak bez­czel­nie atrak­cyjny?

– Co się dzieje z Came­ro­nem? Nic mu nie jest? – zapy­ta­łam, kiedy wresz­cie przy­po­mniało mi się, o czym była mowa, zanim zja­wił się Thiago.

– Znowu wdał się w bójkę – poważ­nym tonem wyja­śnił dyrek­tor.

Thiago pod­szedł do biurka i sta­nął tak, by widzieć nas oboje.

– Tak naprawdę, panie dyrek­to­rze, nie sądzę, żeby to Came­ron zaczął tę awan­turę. Obser­wuję go już od jakie­goś czasu i widzę, że trzyma się na ubo­czu. Nie bawi się z innymi dziećmi, tylko sie­dzi sam na szkol­nym dzie­dzińcu i gra na kon­soli. Nie chcia­łem zgła­szać sprawy, dopóki nie zyskam pew­no­ści, ale podej­rze­wam, że Came­ron doświad­cza prze­mocy ze strony kole­gów.

Na te słowa coś we mnie pękło.

– Co takiego…? – zapy­ta­łam drżą­cym gło­sem.

– Jest pan tego pewien, panie Di Bianco? Nasza szkoła ma zerową tole­ran­cję dla wszel­kich aktów prze­mocy. Jeśli podej­rzewa pan kogoś…

– Cho­dzi o Geo­r­diego Wal­kera, panie dyrek­to­rze – odparł Thiago i spoj­rzał na mnie. – Z tego, co widzia­łem, jest lide­rem klasy. Reszta dzieci robi, co on każe.

– Brat Daniego? – spy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem.

– Ma pan dowody na popar­cie swo­ich słów, panie Di Bianco? To bar­dzo poważne zarzuty.

– Mój brat od kilku tygo­dni wraca do domu z twa­rzą w opła­ka­nym sta­nie – powie­dzia­łam, a w gło­wie zaczęły mi się ukła­dać wszyst­kie ele­menty tej ukła­danki.

– Panie dyrek­to­rze, pro­wa­dzę z nimi zaję­cia wycho­wa­nia fizycz­nego dopiero od kilku tygo­dni, ale już po paru dniach widzia­łem, że coś jest nie tak.

Rze­czy­wi­ście: dwa tygo­dnie wcze­śniej wuefi­sta naj­młod­szych klas odszedł z pracy z powo­dów oso­bi­stych. Od tam­tej pory jego miej­sce zaj­mo­wał Thiago. Przez ostat­nie dwa tygo­dnie słu­cha­łam opo­wie­ści brata na temat nowego nauczy­ciela – naszego sąsiada. Mały nie prze­sta­wał paplać o tym, czego się nauczył na wuefie i jak świet­nie się bawi na tych lek­cjach. Od dwóch tygo­dni słu­cha­łam, że jego marze­niem są piłka i obręcz do koszy­kówki. Nagle ogar­nęła go obse­sja na punk­cie tego sportu, bo chciał iść w ślady swo­jego nowego idola – Thiaga.

– Co oni mu zro­bili? – zapy­ta­łam wście­kła.

– W ostat­nich tygo­dniach widzia­łem, jak śmieją się z Came­rona, wyzy­wają go, popy­chają… Inter­we­nio­wa­li­śmy już kilka razy, ale Came­ron zawsze twier­dzi, że to tylko zabawa.

Nie mogłam w to uwie­rzyć… Mój bra­ci­szek, mój mały, słodki bra­ci­szek, który nie skrzyw­dziłby nawet muchy…

– Więc skąd pew­ność, że to nie zabawa? – zapy­tał dyrek­tor.

Spoj­rza­łam na niego z obu­rze­niem. Nie wie­rzy­łam wła­snym uszom!

– Stąd, że zamknię­cie dziecka w szkol­nej toa­le­cie na całą poranną zmianę raczej trudno nazwać zabawą, panie dyrek­to­rze – chłodno odparł Thiago.

Dyrek­tor odchrząk­nął, po czym zaczął porząd­ko­wać papiery na biurku. W końcu ski­nął głową.

Wie­dzia­łam, o co cho­dzi. Geo­r­die Wal­ker – tak samo jak Dani Wal­ker – miał w tej szkole spe­cjalne względy, bo był synem jed­nego z naj­waż­niej­szych dar­czyń­ców. Wszy­scy o tym wie­dzieli. Ogromna suma, którą rodzice Daniego wpła­cili na konto szkoły w zamian za to, by pozwo­lono mu wró­cić do dru­żyny, była absur­dem. I aktem nie­spra­wie­dli­wo­ści, który wciąż spra­wiał, że goto­wała mi się krew.

– Mag­gie, wycho­waw­czyni Came­rona i Geo­r­diego, skon­tak­to­wała się z twoją matką i chciała się z nią spo­tkać, żeby poin­for­mo­wać o całej spra­wie. Ale matka kazała jej roz­ma­wiać z tobą.

– Dzwo­niła do mnie wcze­śniej… – Nie zamie­rza­łam doda­wać, że odrzu­ci­łam połą­cze­nie.

– Panie dyrek­to­rze, mogę zapro­wa­dzić pannę Hamil­ton do skrzy­dła dla naj­młod­szych. Poroz­ma­wiamy z nauczy­cie­lami i spró­bu­jemy zna­leźć jakieś roz­wią­za­nie.

Dyrek­tor przyj­rzał mi się przez chwilę, a potem ski­nął głową.

– Tak, spró­buj­cie to roz­wią­zać. Te dzieci mają po sześć lat, na miłość boską. W takich malu­chach nie ma za grosz zło­śli­wo­ści.

Na jakim świe­cie on żył? Dzieci potra­fią być naprawdę okrutne. Zdą­ży­łam już sobie przy­siąc, że nie spo­cznę, dopóki mój brat znowu nie poczuje się w szkole bez­piecz­nie.

Wyszłam od dyrek­tora, a Thiago poszedł za mną.

– Chodź, zapro­wa­dzę cię do Mag­gie. Mówiła, że musi poroz­ma­wiać z kimś z rodziny, a że nikt poza tobą się nie zja­wił…

– Gdzie jest teraz mój brat? – zapy­ta­łam. Czu­łam ogromną potrzebę, żeby go przy­tu­lić.

– W pokoju nauczy­ciel­skim. Powie­dzia­łem mu, że może tam zostać, dopóki nie wrócę.

Ruszy­łam za Thia­giem pustymi kory­ta­rzami. Wszy­scy byli na lek­cjach. Minę­li­śmy schody i skrę­ci­li­śmy w lewo, aż dotar­li­śmy do kory­ta­rza wysta­wo­wego, który pro­wa­dził do skrzy­dła dla naj­młod­szych.

– Wła­ści­wie to parę razy tu przy­sta­ną­łem, żeby obej­rzeć te obrazy. Myśla­łem, że znajdę wśród nich jakieś twoje dzieła… – zagad­nął mnie Thiago. Chyba chciał tro­chę roz­luź­nić atmos­ferę.

Wiele razy patrzy­łam na te ściany i marzy­łam, żeby wysta­wić tu swoje prace. Ale ni­gdy nie mia­łam odwagi.

– Nie znaj­dziesz tu nic mojego. – Wzru­szy­łam ramio­nami.

Thiago przez chwilę mi się przy­glą­dał, ale w końcu ruszył dalej.

Wresz­cie prze­szli­śmy przez drzwi pro­wa­dzące do dru­giej czę­ści szkoły. Od razu czuło się tu inną atmos­ferę. Ściany poma­lo­wane były na żywe kolory – zupełne prze­ci­wień­stwo sza­ro­ści i bieli panu­ją­cych w liceum. W gablot­kach wisiały dzie­cięce rysunki, w kątach stały wie­szaki ugi­na­jące się od kur­tek i ple­cacz­ków.

Mój brat dopiero w tym roku zaczął szkołę. Kiedy Thiago zapro­wa­dził mnie do pokoju nauczy­ciel­skiego i otwo­rzył drzwi, zoba­czy­łam Came­rona sku­lo­nego na kana­pie i pogrą­żo­nego we śnie. Poczu­łam, jak do oczu napły­wają mi łzy.

Ile on musiał wycier­pieć, pod­czas gdy my wszy­scy tylko go kar­ci­li­śmy i robi­li­śmy mu wymówki za to, że od tygo­dni dziw­nie się zacho­wy­wał…

Nie powin­nam była słu­chać matki. Prze­cież wie­dzia­łam, że Cam ni­gdy nie wdałby się w bójkę, chyba że ktoś naprawdę by go spro­wo­ko­wał.

– Kamila? Cie­szę się, że przy­szłaś – ode­zwał się za mną jakiś łagodny głos.

Odwró­ci­łam się… i wtedy ją zoba­czy­łam.

To była ona – ta pięk­ność, która poprzed­niego popo­łu­dnia cało­wała się z Thia­giem przed jego domem. Ta sama, która w mikro­sko­pij­nej mini­spód­niczce kokie­to­wała go, poda­jąc mu narzę­dzia jak wzo­rowa pomoc­nica.

– Mag­gie Brown – przed­sta­wiła się ze słod­kim uśmie­chem, w któ­rym bły­snęły ide­al­nie białe zęby. – Jestem wycho­waw­czy­nią two­jego brata. Musimy poroz­ma­wiać.

Spoj­rza­łam na nią i skrę­ciło mnie w żołądku.

Tak – miała błę­kitne oczy.

Tak – była piękna.

I tak – teraz pra­co­wała ramię w ramię z Thia­giem.

2. Kami

2

Kami

Lepiej poroz­ma­wiajmy gdzie indziej – zde­cy­do­wała Mag­gie.

Poszli­śmy za nią dłu­gim kory­ta­rzem, aż dotar­li­śmy do drzwi z tabliczką „Oran­gu­tany”.

Weszli­śmy we troje do sali i od razu zauwa­ży­łam, że to typowa klasa dla malu­chów – wszę­dzie pełno kolo­rów, rysun­ków, na jed­nej ścia­nie wypi­sana tabliczka mno­że­nia, na dru­giej znaj­do­wał się alfa­bet.

– Czy mogła­byś opo­wie­dzieć mi tro­chę o waszej sytu­acji w domu? – wypa­liła Mag­gie i wsparła się o swoje biurko.

Sie­dzia­łam za jed­nym z dzie­cię­cych sto­li­ków. Thiago usta­wił się obok Mag­gie i nie umknęło mojej uwa­dze, że pra­wie się doty­kali.

– Po co ci to? – Nie zamie­rza­łam zwra­cać się do niej per pani. Mogła być ode mnie star­sza naj­wy­żej o pięć lat.

– Od początku roku szkol­nego twój brat coraz bar­dziej izo­luje się od reszty… Przez to nie­które dzieci zaczęły go postrze­gać jako słab­szego i mu doku­czać. Dzieci potra­fią być…

– To dla­czego przez tyle czasu nic z tym nie zro­bi­łaś? – prze­rwa­łam jej ostro. Nara­stała we mnie złość. – Jak zauwa­żył dyrek­tor Har­ri­son, oni mają po sześć lat i jakiś metr wzro­stu.

– W tej szkole sta­wiamy na to, żeby ucznio­wie roz­wi­jali się w spo­sób nie­za­leżny, odnaj­do­wali wła­sną toż­sa­mość w ramach…

– Co to za far­ma­zony? Mój brat jest nękany, a wy się tylko przy­glą­da­cie!

– Kamila… – wtrą­cił cicho Thiago i spró­bo­wał uci­szyć mnie wzro­kiem.

– Prze­stań z tym „Kamila”! – rzu­ci­łam ostro. – Od dwóch tygo­dni widzisz, co się dzieje. Dla­czego nic mi nie powie­dzia­łeś?! Jeste­śmy sąsia­dami!

Nie wiem, po co to powie­dzia­łam. Może po to, żeby ta cała Mag­gie następ­nym razem tro­chę się zasta­no­wiła, zanim znów wpad­nie do swo­jego nowego chłop­ta­sia pra­wie roze­brana. Mój brat nie powi­nien jej tak oglą­dać.

– Prze­cież już ci wyja­śni­łem, dla­czego mil­cza­łem. Chcia­łem się upew­nić, co tak naprawdę się dzieje, zanim…

– Tu chyba nie trzeba być geniu­szem, co? – prze­rwa­łam mu z wście­kło­ścią. – Od kiedy to nor­malne, że sze­ścio­la­tek cho­dzi cały posi­nia­czony?

Kiedy to powie­dzia­łam, dotarło do mnie, jaka ja sama byłam głu­pia, że wcze­śniej tego nie zauwa­ży­łam. Jak mogłam łyk­nąć te wszyst­kie wymówki? Że niby kolce z krza­ków, że niby się prze­wró­cił w cza­sie gry w piłkę…

To była moja wina… Tak bar­dzo sku­pia­łam się na swoim życiu, na wła­snych pro­ble­mach, na kło­po­tach rodzi­ców, że zupeł­nie prze­ga­pi­łam oczy­wi­ste sygnały. I mój brat na tym ucier­piał.

– Dla­tego zamie­rzamy pod­jąć odpo­wied­nie kroki – spo­koj­nie powie­działa Mag­gie. – Ale muszę wie­dzieć, czy w domu dzieje się coś nie­do­brego.

Spoj­rza­łam na Thiaga, który stał teraz bez słowa, choć w jego oczach tlił się nie­po­kój. Potem prze­nio­słam wzrok na nią.

– Nasi rodzice się roz­wo­dzą – ustą­pi­łam. Upar­cie uni­ka­łam wzroku Thiaga. Nie chcia­łam widzieć, jak napawa się moim nie­szczę­ściem. Prze­cież wie­lo­krot­nie dał mi do zro­zu­mie­nia, że chciałby, aby moja rodzina skoń­czyła tak samo jak jego.

Mag­gie posłała mi współ­czu­jące spoj­rze­nie.

„Daruj sobie te miny!” – mia­łam ochotę jej wykrzy­czeć, ale zamiast tego mówi­łam dalej.

– No więc tak… można powie­dzieć, że atmos­fera, w jakiej teraz żyje mój brat, nie należy do naj­zdrow­szych.

– Tak wła­śnie pomy­śla­łam, kiedy zoba­czy­łam jego rysu­nek sprzed paru dni. – Obe­szła biurko i otwo­rzyła szu­fladę.

Podała mi kartkę, a ja poczu­łam, jak ści­ska mi się serce.

Na rysunku było kilka ludzi­ków paty­cza­ków. Po lewej stro­nie kartki znaj­do­wała się – jak zga­dłam – nasza mama. Cam nary­so­wał ją więk­szą niż resztę postaci i bar­dzo odda­loną od pozo­sta­łych. Miała dwa zie­lone kółka zamiast oczu – od razu pomy­śla­łam o ste­reo­ty­po­wych pla­ster­kach ogórka na oczach klien­tek SPA. W dru­gim końcu kartki stał tata, któ­rego roz­po­zna­łam po wydat­nym brzu­chu. Przy­ci­skał do ucha tele­fon i był odwró­cony bokiem do pozo­sta­łych. Sie­bie Cam nary­so­wał pośrodku, z igu­aną obok. Ale naj­bar­dziej zasko­czył mnie mój paty­czak. Był maleńki, z krót­kimi blond wło­sami i z bar­dzo smutną miną. Z oczu spły­wały mu łzy.

Czy tak widział mnie mój brat?

Czy tak widział nas wszyst­kich?

Trudno mi było ode­rwać wzrok od tego rysunku.

Thiago patrzył na mnie z nie­po­ko­jem. Wyda­wało mi się, że jego dłoń unio­sła się na kilka cen­ty­me­trów, ale zaraz zaci­snęła się w pięść i opa­dła.

– Takie malu­chy bar­dzo mocno prze­ży­wają roz­sta­nie rodzi­ców. Czę­sto zamy­kają się w sobie. Być może wła­śnie dla­tego nie powie­dział w domu, co się dzieje.

– W takim razie co można z tym zro­bić? – zapy­ta­łam gło­sem cich­szym niż zwy­kle.

– Chcia­ła­bym poroz­ma­wiać z two­imi rodzi­cami, ale oboje jasno dali mi do zro­zu­mie­nia, że w tej chwili nie mogą przyjść na spo­tka­nie. Sły­sza­łam, jak nie­które dzieci mówiły Camowi, że jego ojciec jest zło­dzie­jem. Dla­tego potrze­bo­wa­łam, żebyś mi opo­wie­działa, co się u was dzieje. Żebym miała choć ogólne poję­cie, w jakim kie­runku z tym wszyst­kim pra­co­wać. Nie chcia­ła­bym znowu wyrzu­cać dzieci z klasy – to tylko nakręca mię­dzy nimi jesz­cze więk­szą wro­gość i…

– Zło­dzie­jem? – prze­rwa­łam jej. Dopiero teraz zła­pa­łam sens jej słów. – Kto tak powie­dział?

Mag­gie zer­k­nęła na Thiaga. Wyglą­dała na skrę­po­waną.

– Geo­r­die opo­wiada, że twój ojciec ukradł jego ojcu dużo pie­nię­dzy…

– To nie­prawda!

– Mówię ci tylko to, co sły­sza­łam od dzieci.

Pod­nio­słam się z miej­sca.

Za tym wszyst­kim mogła stać tylko jedna osoba.

– Powie­dzia­łam ci już wszystko, co potrze­bu­jesz wie­dzieć. – Chcia­łam się stam­tąd jak naj­szyb­ciej zabrać.

– Dobrze by było, gdy­byś cza­sem wpa­dła na prze­rwie zoba­czyć się z Came­ro­nem. Bywa, że już sama obec­ność kogoś z rodziny potrafi prze­stra­szyć inne dzieci i zakoń­czyć nęka­nie.

Spoj­rza­łam na nią jak na wariatkę.

– Oczy­wi­ście, że będę go odwie­dzać na prze­rwach, możesz być tego pewna – powie­dzia­łam z prze­ko­na­niem – i przy­walę każ­demu, kto odważy się choćby tknąć mojego brata.

Nie cze­ka­łam na odpo­wiedź, tylko wyszłam z klasy i ruszy­łam kory­ta­rzem.

– Kamila! – Usły­sza­łam głos Thiaga, gdy byłam już w poło­wie drogi.

Zatrzy­ma­łam się i wzię­łam głę­boki oddech, po czym odwró­ci­łam się w jego stronę.

– Czego chcesz?

Skró­cił dzie­lący nas dystans w trzech dużych kro­kach.

– Nie możesz mówić nauczy­cielce, że będziesz tłu­kła dzie­ciaki. Ty jesteś nor­malna?!

– Skoro nikt ich nie chce powstrzy­mać, sama to zro­bię. – Spio­ru­no­wa­łam go wzro­kiem.

– Tak się tego nie zała­twia.

– Ach tak? A niby jak się to zała­twia według cie­bie?

Thiago rozej­rzał się po kory­ta­rzu, po czym chwy­cił mnie za ramię i odcią­gnął na bok, za filar, naprze­ciwko skła­dziku na środki czy­sto­ści.

– Uspo­kój się, dobrze? – Jego zie­lone oczy błysz­czały jak ni­gdy. – Dopil­nuję, żeby nikt go nawet nie tknął.

Przed chwilą chcia­łam go posłać do dia­bła, ale dotarło do mnie, co powie­dział.

– Naprawdę to zro­bisz? – spy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem.

Thiago ski­nął głową. Wędro­wał wzro­kiem po mojej twa­rzy jak lekarz zanie­po­ko­jony sta­nem zdro­wia pacjenta.

– Wszystko w porządku? – zapy­tał. Nie odry­wał ode mnie oczu.

Poczu­łam w dło­niach zna­jome mro­wie­nie – mia­łam ochotę wycią­gnąć ręce, opleść nimi jego kark i przy­cią­gnąć go do sie­bie, żeby znów poczuć smak jego ust.

– Lepiej niż kie­dy­kol­wiek – odpar­łam chłodno.

– Przy­kro mi z powodu two­ich rodzi­ców… – zaczął, ale z mojej piersi wyrwał się gorzki, pusty śmiech.

– Nie obra­żaj mojej inte­li­gen­cji. – Zro­bi­łam krok w tył. – Prze­cież wiem, że tego wła­śnie chcia­łeś. Czyż­byś już zapo­mniał, jak bar­dzo nie­na­wi­dzisz mojej rodziny?

Thiago zamru­gał, a w jego oczach zapa­liły się iskry gniewu.

– Ni­gdy nie zapo­mnę, że ego­izm two­jej matki zabił moją sio­strę. Ni­gdy. Ale to nie zna­czy, że źle życzę tobie i two­jemu bratu.

Zamar­łam. Wpa­try­wa­łam się w niego, bo nie mogłam uwie­rzyć, że to powie­dział. Poczu­łam nie­mal despe­racką potrzebę, żeby mnie dotknął. Żeby mnie objął. Żeby mnie poca­ło­wał.

Nie myśla­łam.

Moja dłoń powę­dro­wała na jego kark. Wspię­łam się na palce.

Ale Thiago mnie powstrzy­mał.

Poło­żył mi dło­nie w talii i odsu­nął mnie od sie­bie.

– Nie – powie­dział poważ­nie. Oddy­chał ciężko. – Nie możemy tego zro­bić. Z tysiąca róż­nych powo­dów, ale przede wszyst­kim dla­tego, że jesteś z moim bra­tem, niech to szlag.

Gwał­tow­nie cof­nę­łam dło­nie z jego karku, jak­bym dotknęła roz­ża­rzo­nego metalu.

Do oczu natych­miast napły­nęły mi łzy.

Byłam okropną osobą.

Thiago się we mnie wpa­try­wał. Przez uła­mek sekundy wyglą­dał, jakby żało­wał, ale zaraz potem rysy mu stward­niały.

– Jeśli będziesz chciała wie­dzieć cokol­wiek o Came­ro­nie, możesz na mnie liczyć. Ale poza tym… pro­szę, trzy­maj się ode mnie z daleka.

Odwró­cił się i odszedł.

Poszłam po brata, żeby spę­dzić z nim tro­chę czasu i poroz­ma­wiać. Powie­dzia­łam mu, że wiem, co się dzieje, i że nie rozu­miem, dla­czego nie powie­dział mi o tym wcze­śniej.

– Nie chcia­łem być kapu­siem…

Mag­gie pozwo­liła mi zabrać Cama na boisko dla star­szych uczniów, więc kupi­łam mu w szkol­nej sto­łówce lody i teraz sie­dzie­li­śmy razem na tra­wie. W oddali pierw­szo­kla­si­ści grali w piłkę.

– Cam, nie jesteś żad­nym kapu­siem, jasne? Nikt nie ma prawa robić ci krzywdy. Nikt. Sły­szysz mnie?

Nawet nie chciał spoj­rzeć mi w oczy. Patrzył gdzieś w stronę chło­pa­ków gra­ją­cych w piłkę, choć jego mina mówiła mi, że wcale ich nie widzi.

– Cam… – zaczę­łam, ale musia­łam wziąć głę­boki oddech. – To, że mama i tata się roz­stają, jest bar­dzo smutne. Możesz o tym ze mną poroz­ma­wiać, wiesz? Ja też jestem smutna.

Wtedy pod­niósł wzrok.

– Naprawdę?

– Jasne – potwier­dzi­łam. Nie mogłam patrzeć na to, w jakim jest sta­nie. – Ale cza­sem lepiej, żeby rodzice się roz­stali. Chyba nie lubisz słu­chać, jak cały czas się kłócą?

Cam małą piąstką wyry­wał trawę i odrzu­cał ją daleko.

– Nie chcę, żeby tata był sam – powie­dział po chwili ze łzami w oczach.

Poczu­łam, że ści­ska mi się serce.

Obję­łam brata od tyłu i przy­ci­snę­łam do sie­bie.

– Tata nie będzie sam – powie­dzia­łam i poczu­łam, jak jego ciało drży od szlo­chu. – Będziemy go odwie­dzać w każdy week­end. I wiesz co? Będziemy mogli oglą­dać Gwiezdne wojny do pół­nocy, bo nie będzie tam mamy, więc nie każe nam iść spać!

Cam zwró­cił do mnie twarz i uśmiech­nął się przez łzy.

– Możemy obej­rzeć wszyst­kie? Zro­bimy mora­ton?

Par­sk­nę­łam śmie­chem.

– Tak, możemy zro­bić mara­ton, jasne.

Wyraź­nie powe­se­lał i oży­wił się na myśl o tym, że tro­chę posza­le­jemy z dala od mamy.

Po tej krót­kiej roz­mo­wie odpro­wa­dzi­łam go do jego sali, a sama wró­ci­łam aku­rat w samą porę, żeby zabrać książki i zdą­żyć na lek­cję lite­ra­tury.

– Wszystko w porządku? – zapy­tał Tay­lor, gdy tylko zoba­czył mnie wcho­dzącą do klasy.

Za każ­dym razem, kiedy mie­li­śmy wspólne zaję­cia, sia­da­li­śmy obok sie­bie. Sama nie wiem, czy to był dobry pomysł, bo już i tak trudno mi było się sku­pić, a on wcale mi tego nie uła­twiał. Jego ręka zawsze wędro­wała w oko­lice moich ud, choć za każ­dym razem ją powstrzy­my­wa­łam; naprawdę nie mogłam sobie pozwo­lić na kolejną naganę od dyrek­tora.

Jed­no­cze­śnie nie prze­sta­wało mnie zaska­ki­wać, jaki Tay­lor jest bystry. Pew­nego dnia pisa­li­śmy do sie­bie w zeszy­cie – nie pamię­tam już o czym – i w któ­rymś momen­cie wyrwał mi się chi­chot. To oczy­wi­ście zwró­ciło uwagę nauczy­ciela, który od razu zadał nam jakieś kosz­mar­nie trudne pyta­nie o Lenina, na które Tay­lor bez chwili waha­nia odpo­wie­dział. Nauczy­ciel tylko zaci­snął usta i wró­cił do pro­wa­dze­nia lek­cji.

– Co chcesz stu­dio­wać na uni­wer­sy­te­cie? – zapy­ta­łam kie­dyś, gdy sie­dzie­li­śmy w jego samo­cho­dzie zapar­ko­wa­nym w stru­gach desz­czu.

Zasko­czył mnie tek­stem, że chce zostać astro­nautą.

Spoj­rza­łam wtedy na niego sze­roko otwar­tymi oczami, a on wybuch­nął śmie­chem.

– Widzę, że w ogóle we mnie nie wie­rzysz. Ale nie, tak serio to chcę zostać pro­gra­mi­stą.

Tego też się nie spo­dzie­wa­łam.

– Dla­czego aku­rat to?

– Żeby zha­ko­wać wszyst­kie strony porno na świe­cie i ni­gdy już nie musieć pła­cić za sub­skryp­cję.

Prze­wró­ci­łam oczami, a on znowu się roze­śmiał.

Z Tay­lo­rem zawsze tak było – czło­wiek ni­gdy się przy nim nie nudził – i wła­śnie to w nim uwiel­bia­łam. Zwłasz­cza że we mnie już dawno zga­sła ta dzie­cięca iskra. Wszyst­kie te zasady, pozory i ocze­ki­wa­nia powoli zamie­niły mnie w kogoś prze­wi­dy­wal­nego, prze­sad­nie popraw­nego; w kogoś, kto ni­gdy nie łamał reguł i zawsze potul­nie kiwał głową, kiedy nale­żało.

Tay­lor poma­gał mi być lep­szym czło­wie­kiem. Uczył, że życie jest po to, żeby je prze­ży­wać bez hamul­ców. Że dzień bez gło­śnego śmie­chu to dzień stra­cony. I że zawsze możemy zro­bić coś, dzięki czemu znowu poczu­jemy się dobrze we wła­snej skó­rze.

Gdzie się podzie­wa­łaś? – napi­sał mi teraz w zeszy­cie.

Spoj­rza­łam na niego i poża­ło­wa­łam, że od początku nie zwró­ci­łam się do niego po wspar­cie. Że nie opo­wie­dzia­łam mu o rodzi­cach, nie wtu­li­łam się w jego pierś i nie pozwo­li­łam, żeby mnie po pro­stu przy­tu­lił i pocie­szył…

Było mi tak strasz­nie smutno.

Wzię­łam głę­boki oddech, żeby powstrzy­mać łzy, a wtedy on zro­bił coś, czego zupeł­nie się nie spo­dzie­wa­łam.

– Pro­szę pana, coś mnie ugry­zło w stopę! – wrza­snął jak sza­lony i wszy­scy natych­miast się odwró­cili.

Pew­nie bym się wystra­szyła, gdyby nie to, że ukrad­kiem puścił do mnie oko.

– Co takiego? – zapy­tał nauczy­ciel, wyraź­nie zanie­po­ko­jony.

– Coś mnie ugry­zło! Boże, jak boli!

– Chcesz iść do pie­lę­gniarki? To była osa?

– Nie wiem, ale boli jak cho­lera! – Tay­lor wstał i ani przez chwilę nie dotknął pod­łogi prawą stopą. Naprawdę wczuł się w rolę. – Pomóż mi, Kami, pro­szę!

Natych­miast zerwa­łam się z miej­sca i pode­szłam, żeby mógł się na mnie wes­przeć.

– A jeśli jestem uczu­lony?! – zawo­łał i teatral­nym gestem chwy­cił się za gar­dło.

Nauczy­ciel spoj­rzał na niego z prze­ra­że­niem.

– Natych­miast do pie­lę­gniarki, Di Bianco! Już! Dasz radę go odpro­wa­dzić, Hamil­ton?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki