Urszula - Izabela M. Krasińska - ebook
NOWOŚĆ

Urszula ebook

Izabela M. Krasińska

4,5

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Kontynuacja pełnej emocji sagi „Matki i córki”

Urszula często wraca myślami do czasów, gdy dom naznaczony chorobą ojca wcale nie był bezpiecznym schronieniem. Wtedy największym wsparciem była dla niej Agnieszka. Dziś po siostrzanej miłości nie został już nawet ślad. Skrywane lęki i zawikłana rodzinna historia sprawiają, że Ula coraz chętniej ucieka w samotność. Gdy pewnego dnia poznaje w pracy uroczego Szymona, dostrzega w nim ciepło, za którym od dawna tęskni. Wierzy, że związek pełen czułości i szacunku ukoi niepokój.

Czy rodzące się między nimi uczucie pomoże jej zapomnieć o przeszłości i zaufać na nowo? Czy, dźwigając na barkach błędy rodziców, można stworzyć szczęśliwy dom? I czy istnieje jeszcze szansa, aby odbudować to, co od dawna wydaje się stracone?

Powracające wspomnienia, nowe nadzieje i wsparcie, które pozwala odzyskać radość małych chwil. „Urszula” to poruszająca opowieść o poszukiwaniu własnej drogi do szczęścia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Izabela M. Krasińska, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadząca: Agata Ługowska

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Korekta:

Katarzyna Smardzewska | panbook.pl

Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce:

© Galya Ivanova | Trevillion Images

© Kotkoa | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66736-12-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Mojemu mężowi, który udowodnił mi,

że na tym świecie są jeszcze przyzwoici mężczyźni

Wszystkim DDA,

którzy swój syndrom traktują

jak wyzwanie, a nie powód do wstydu

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze było coś nie tak.

W niełasce, w ciągłym nieszczęściu los bił na oślep.

Szybko przestałam być dzieckiem. Czy choć przez chwilę byłam nim?

I naprawdę nic, co ludzkie, mi obce nie jest.

Zabawne, jakie rzeczy potrafią czasem do głowy przyjść…

A ja za dużo widzę, zbyt mocno czuję.

Edyta Bartosiewicz, Jenny

(sł. E. Bartosiewicz)

Postacie, sytuacje i wydarzenia

występujące w powieści są fikcyjne,

a ewentualna zbieżność nazwisk

jest przypadkowa.

ROZDZIAŁ 1

Gdy stajemy się dorośli, często próbujemy wrócić pamięcią do najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Niektórzy pamiętają coś z czasów, kiedy mieli pięć lat, są jednak i tacy, którzy przypominają sobie fakty z okresu, gdy byli dwu-, trzyletnimi brzdącami. Czasem są to zaledwie migawki, niekiedy dłuższe sceny wypełnione pozytywnymi bądź negatywnymi emocjami, na tyle silnymi, by przetrwać przez lata w naszej świadomości.

Wydarzeniem, które trwale zachowało się w pamięci Urszuli Figurskiej, był powrót jej taty Szczepana z pracy. Ula miała wówczas trzy latka. Już wtedy bała się swojego tatusia, który rzadko się z nią bawił czy kupował jej zabawki. Pracował jako taksówkarz i prawie nigdy nie było go w domu. Kiedy do niego wracał, trzeba było zachowywać się cicho i uważać, by nie rozgniewać ojca. Szybko wpadał w złość i podnosił głos, co powodowało, że mała Ula dygotała ze strachu.

Tamtego pamiętnego dnia dziewczynka bawiła się klockami ze swoją starszą siostrą Agnieszką. Dzieci starały się ułożyć wieżę, co nie było łatwym przedsięwzięciem. Ilekroć budowla uzyskała odpowiednią wysokość, tylekroć przewracała się po chwili na nierównej podłodze. Same klocki, zrobione z taniego plastiku, również były mocno sfatygowane, co znacznie utrudniało Uli i Agusi wykonanie zadania. Nie poddawały się jednak i wytrwale próbowały od nowa. W pewnym momencie usłyszały kroki na klatce schodowej. Instynktownie spojrzały w kierunku kuchni, gdzie ich mama przyrządzała obiad. Nie widząc żadnej nerwowej reakcji z jej strony, uspokoiły się i wróciły do przerwanej zabawy. Nagle drzwi mieszkania się otworzyły i stanął w nich tata dziewczynek. Wystraszone dzieci zerwały się z miejsca. Ich ojciec uśmiechnął się, rozbawiony przerażeniem, jakie wywołał u córek, po czym zaczął je uspokajać. Do pokoju weszła mama, która stanęła czujnie obok Uli i Agusi. Urszula była wówczas zbyt mała, by wiedzieć, że dziwny zapach, który nieustannie wydzielał Szczepan, to odór alkoholu, lepiej bądź gorzej strawionego. I samogonu, i koniaku z wyższej półki. Tego dnia śmierdział wyjątkowo ohydnie. Mimo to podszedł do spłoszonych dzieci i wyciągnął z kieszeni pogniecioną bombonierkę. Zaczął bełkotać, że to prezent dla nich. Ula jak każde dziecko uwielbiała wszelkie słodkości. Tak rzadko je widywała… W połowie lat osiemdziesiątych słodycze, kawa czy dobry alkohol były praktycznie nieosiągalne. W dodatku tata nie krzyczał jak zwykle, ale chciał im podarować taki smakołyk! Czekoladki były w większości zmiażdżone, ale parę sztuk ocalało. Wyglądały tak smakowicie… Mimo że mama zakazała jej przyjęcia bombonierki od ojca, Ula ruszyła ufnie w jego stronę i wyciągnęła rączki po ozdobne pudełko. W tym samym momencie usłyszała kaszlnięcie, charchot, a potem poczuła na sobie coś mokrego, ciepłego i śmierdzącego. Tata na nią zwymiotował. Dziewczynka była przerażona. Zaczęła krzyczeć i płakać. Matka złapała ją za rękę i zaprowadziła do łazienki. Ściągnęła z niej zabrudzone ubranie, wsadziła ją do wanny i odkręciła kran. Po plecach Uli spłynął lodowaty strumień. Dziecko zaczęło krzyczeć na nowo, ale matka nie zważała na jego łkania. Dopiero po chwili odkręciła kurek z ciepłą wodą. Namydliła ciało i włosy córki, klnąc pod nosem. Ula nie wiedziała, czy mama jest zła na nią, czy na tatę. Czuła strach, zimno i obrzydzenie. Nigdy więcej w swoim życiu nie zjadła żadnej czekoladki. Tamto wydarzenie skutecznie odebrało jej ochotę na słodkości, a odór wymiocin ojca na stałe wkomponował się we wspomnienia o nim.

ROZDZIAŁ 2

Dźwięk budzika w telefonie wdarł się w jej sen niczym samochód, który niespodziewanie wjeżdża w sklepową witrynę. Nagle, bez ostrzeżenia, powodując szybsze bicie serca i mnóstwo hałasu. Specjalnie ustawiała najbardziej irytujący i głośny dzwonek, by nie zaspać. Zaliczała się do tej grupy osób, które wstają od razu, bez niepotrzebnego ociągania się. Nie ufała drzemkom, poza tym czas na poranne szykowanie się do pracy miała wyliczony co do minuty. Toaleta, prysznic, kawa, śniadanie i kanapki do pracy, ubieranie, delikatny makijaż, szybkie ułożenie fryzury, szczegółowa kontrola, czy wszystko wyłączyła, zamknęła i pogasiła, wyjście na autobus. Nie rozumiała ludzi, którzy ustawiają kilka drzemek, przesiadują bezmyślnie w toalecie, snują się po domu, zerkają na telewizję śniadaniową i portale społecznościowe, a potem biegają po mieszkaniu źli, że znowu się spóźnią. Od dziecka narzucała sobie pewną dyscyplinę i twardo się jej trzymała. Dzięki temu była świetnie zorganizowana i punktualna.

Na odstępstwa od swoich żelaznych zasad pozwalała sobie tylko wtedy, gdy w pracy wypadała jej druga zmiana. Wstawała później, w spokoju wypijała kawę, wypalała papierosa i przygotowywała śniadanie. Czasami zdążyła przeczytać kilka rozdziałów książki. Zazwyczaj czytała przed snem, ale niemal codziennie była tak zmęczona, że z trudem udawało jej się przebrnąć przez kilka kartek. Bywało i tak, że kilka wieczorów czytała tę samą stronę. Uwielbiała czytać, to była pasja, która towarzyszyła jej od dziecka. Mogła żyć bez telewizora, Internetu, nawet papierosów, ale nie bez ukochanych powieści. Kiedy wchodziła do biblioteki i zatrzymywała się przed regałami wypełnionymi książkami, miała pewność, że jest w raju. Zamiłowanie do czytania przejęła po matce, niedoszłej pisarce. Wanda nigdy nie ziściła swoich marzeń o pisaniu, ale kiedy tylko mogła, zaczytywała się w przyniesionych z biblioteki książkach. Nie były to częste momenty, lecz i tak zapadły Urszuli w pamięć. Matka zabierała ją czasem ze sobą do jedynej w Pogorzynie biblioteki i pozwalała małej Uli wybrać jakąś bajkę dla siebie i sióstr. Urszula nigdy nie potrafiła szybko się zdecydować, którą książkę wybrać, co zwykle złościło mamę. Zniecierpliwiona Wanda chwytała z półki pierwszą lepszą powiastkę dla dzieci, a wieczorem czytała ją córkom na dobranoc. Urszula do dziś pamiętała, ile ona i jej siostry musiały się naprosić, by mama w ogóle zechciała im poczytać. Wanda zgadzała się na to rzadko i z niechęcią, ale kiedy zaczynała czytać, ton jej głosu łagodniał, podobnie jak subtelniały rysy twarzy. Dziewczynki słuchały w skupieniu książkowej opowieści, spoglądając na mamę, która wydawała im się odmieniona, a przy tym taka ładna, dobra i troskliwa. Czar pryskał po niecałym kwadransie, kiedy to Wanda odkładała niespodziewanie książkę i kazała córkom kłaść się spać. Urszula za każdym razem czuła się jak uciekający z balu baśniowy Kopciuszek, który z pięknej księżniczki z powrotem zamieniał się w kocmołucha.

Ula pracowała jako kasjerka w znanym niemieckim dyskoncie. Nie było to zajęcie łatwe i lekkie, ale dobrze płatne, i co najważniejsze na umowę o pracę. Świetnie dogadywała się z innymi pracownikami. Uczciwa, rzetelna, pracowita, dyspozycyjna, cieszyła się zaufaniem kierowników i koleżanek oraz sympatią klientów. Zawsze uśmiechnięta, pełna energii i empatii, szybko zjednywała sobie ludzi. Nie znosiła jedynie drugich zmian. Zaliczała się do tak zwanych „rannych ptaszków”, mogła wstawać choćby i o czwartej rano, byleby tylko nie siedzieć w pracy do późnego wieczoru. Czasem, gdy kończyła drugą zmianę, kupowała sobie dwa piwa, po czym wracała do pustego i cichego mieszkania, przebierała się, zjadała szybką i skromną kolację, brała prysznic, wypalała jednego czy dwa papierosy, po czym otwierała pierwsze piwo i siadała na kanapie. Znikał gdzieś nagle uśmiech, który towarzyszył jej od rana, opuszczały ją dobry humor i energia, rysy się wyostrzały, a dłonie zaczynały niebezpiecznie drżeć. Wracały wspomnienia. W tym momencie nikt nie rozpoznałby w niej tej pogodnej i radosnej dziewczyny, jaką była na co dzień. Za maską normalności, którą zakładała co rano, skrywały się lęki z dzieciństwa, bolesne słowa, upiorne obrazy oraz poczucie rezygnacji. Po drugim piwie przychodziła obojętność, która wydawała jej się najbezpieczniejszym i najmniej wymagającym uczuciem.

ROZDZIAŁ 3

Trudno byłoby jej wskazać moment, dzień czy rok, w którym zorientowała się, że w jej domu dzieje się coś złego. Jako kilkuletnie dziecko wierzyła ślepo swojej starszej o trzy lata siostrze. Świat widziany oczami Agnieszki był jej światem. Śmiała się wtedy, gdy robiła to Agusia, płakała razem z nią i słuchała jej we wszystkim. Wiedziała, że ma mamę i tatę, ale najważniejsza była Agnieszka, bo to ona poświęcała jej najwięcej czasu. Były jak papużki nierozłączki, jak bliźniaczki. Kiedy jedna wyciągała rękę, druga bez wahania po nią sięgała.

Uli zawsze wydawało się normalne to, że tata dużo pracuje, rzadko się nimi zajmuje i niemal wcale z nimi nie rozmawia. Przywykła do dziwnego, nieprzyjemnego zapachu, który stale mu towarzyszył, i bez problemu odróżniała go od równie odpychającego odoru dymu papierosowego. Zresztą ojciec niemal wcale się do nich nie zbliżał, traktował córki jak nieznajome. Agnieszka i Urszula odnosiły się do niego z podobną rezerwą. Tata zarabiał na dom i tylko to się liczyło. A przynajmniej tak powtarzała im mama. Mama… Dopóki nie poszła do pracy, opiekowała się nimi i nawet czasami towarzyszyła im w zabawach. Najbardziej lubiły, gdy układała dla nich krótkie, rymowane wierszyki, a potem im je odczytywała. Na co dzień zajmowała się domem, robiła pranie i zakupy, sprzątała, gotowała. Dziewczynki próbowały jej pomagać, ale mama nie miała niestety zbyt dużo cierpliwości do ich nieporadnych starań. Jeśli któraś z nich źle lub niedokładnie wykonywała swoją pracę, mama marszczyła gniewnie brwi, wzdychała demonstracyjnie i kazała im iść się bawić do pokoju. Nie była nadmiernie uczuciowa wobec córek. Kiedy się do niej nieśmiało przytulały, sztywniała i trwożnie spoglądała na drzwi wejściowe. Traktowała dzieci z pewnym dystansem, który zwiększał się zwłaszcza po tym, gdy ojciec dziewczynek wracał do domu pijany. Potem było jak zwykle. Krzyki, kłótnie, wyzwiska, rękoczyny. Gdy zamieszkali w większym mieszkaniu, tata zabierał mamę do pokoju i zamykał drzwi. Mała Ula nie wiedziała, co rodzice tam robią ani dlaczego im, dzieciom, nie wolno tam wchodzić. Pytała o to Agnieszkę, ale starsza siostra zaciskała tylko dłonie w pięści i kazała jej znaleźć sobie jakieś zajęcie.

Wszystko się zmieniło, gdy Ula podrosła i poszła do szkoły. Mydlana bańka, w której tkwiła od dziecka, a która dawała jej złudne poczucie bezpieczeństwa i miłości, rozprysła się i zniknęła na zawsze. Czy to właśnie wtedy zaczęła patrzeć na świat własnymi oczami? Czy to w tamtym momencie pojęła, że dotychczas żyła w kłamstwie i iluzji? Czy to wówczas stała się dorosłą kobietą zamkniętą w ciele dziecka?

ROZDZIAŁ 4

– Ula, kiedy ty sobie wreszcie znajdziesz jakiegoś chłopa?

– Właśnie, lata lecą, a ty ciągle sama. Na co ty czekasz? Aż cię czterdziestka zastanie? Bo widzę, że trzydziestka nie zrobiła na tobie większego wrażenia.

Urszula spojrzała lekko nieprzytomnym wzrokiem na swoje koleżanki, po czym przeniosła wzrok na niemal pustą butelkę wina. Już czwartą.

– Na trzeźwo nie odpowiem – wybełkotała.

Wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem. Było im wesoło i błogo. Zawsze bawiły się świetnie w swoim towarzystwie. Z Jowitą znała się od dziecka, z Klaudią zaprzyjaźniła się na studiach. Mimo że losy każdej z nich potoczyły się inaczej, nadal utrzymywały ze sobą kontakt. Spotykały się przynajmniej raz w miesiącu u Uli i opowiadały, co się wydarzyło od ostatniego spotkania. Ich sabatom, jak same żartobliwie nazywały te babskie zgromadzenia, towarzyszyło zawsze kilka butelek wina oraz tyle samo paczek chipsów. Zazwyczaj zamawiały też pizzę, po której za każdym razem obiecywały sobie, że będzie ostatnią w ich życiu.

– A tak serio, nie chciałabyś mieć swojego misiaczka, do którego przytulałabyś się w chłodne noce? – Klaudia rozlała resztkę wina do kieliszków.

Ula wzruszyła ramionami.

– Chyba nie. Przyzwyczaiłam się do bycia samej i nawet mi to odpowiada. Zamierzam pozostać starą panną i żyć sobie szczęśliwie, otoczona gromadką kociaków. – Urszula uniosła swój kieliszek. – Za zdrowie starych panien i ich kotów!

Przyjaciółki wzniosły toast, po którym zaczęły się zabawnie krzywić.

– Która z was była taka mądra i zostawiła wytrawne na koniec? – Jowita nie przestawała się wzdrygać. – Wszystkie wina w twoim markecie są takie dobre jak to?

Ula parsknęła śmiechem.

– Pytałam, czy wziąć kadarkę… Jak już się sponiewierać, to przynajmniej czymś z górnej półki.

Wszystkie trzy ryknęły śmiechem.

– No dobrze, drogie panie, to teraz powiedzcie samotnej singielce, jak to fantastycznie żyje wam się z facetami? – Ula skrzyżowała ręce na piersiach i popatrzyła na przyjaciółki z wyczekiwaniem.

Jowita i Klaudia spojrzały na siebie równocześnie i nagle miny im zrzedły.

– Szczerze? – zaczęła ta pierwsza. – Bez fajerwerków.

Ula uniosła ze zdziwienia brwi. Jowita dwa lata temu wyszła za mąż za brata koleżanki z pracy, Karola. Wydawał się sympatycznym facetem. Niezbyt przystojny, za to zaradny i pracowity, świata nie widział poza swoją ukochaną. Cały problem tkwił w jego… nazwisku. Jowita za nic nie chciała go przyjąć.

– No jak wy to sobie wyobrażacie? – Niemal płakała, zwierzając się przyjaciółkom. – Jowita Pastuch?

Urszula i Klaudia chciały okazać jej swoje wsparcie i zrozumienie, ale nagły atak śmiechu, który je dopadł, sprawił, że przez dobry kwadrans nie były w stanie wydobyć z siebie choćby jednego słowa. W końcu i sama Jowita się roześmiała. Przyjaciółki pocieszały ją, że gorzej by to wyglądało, gdyby jej nazwisko rodowe brzmiało Owca albo Pastuszka. Ostatecznie Jowita namówiła Karola, by to on przyjął jej nazwisko. Przyszły małżonek chętnie na to przystał, tym bardziej że miał już serdecznie dość ciągłych drwin z tego, jak się nazywa.

– Jak to? Przecież jesteś jeszcze w sumie świeżą mężatką, powinnaś ćwierkać ze szczęścia niczym skowronek – stwierdziła Ula.

Jowita uśmiechnęła się, jednak w tym grymasie nie było zbyt wiele radości.

– Karol to świetny facet, pomimo swojego nazwiska… yyy, panieńskiego? Kawalerskiego? – Przewróciła zabawnie oczami. – Odkąd zamieszkaliśmy razem po ślubie, jest… nudno. Przewidywalnie, rutynowo, nużąco, usypiająco… Mam wyliczać dalej?

Przyjaciółki pokręciły jednocześnie głowami.

– Każdy dzień jest łudząco podobny do poprzedniego, noce zresztą też… – westchnęła. – Wiem, nie powinnam narzekać. Mój mąż ciężko pracuje, nie pali, pije okazjonalnie, kocha mnie, jest czuły, troskliwy, ale…

– Ale mało zmysłowy? – dopowiedziała Klaudia.

Jowita pokiwała głową z zakłopotaniem.

– Nie powinnam tego mówić nawet wam, ale… Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam prawdziwy orgazm.

– Udajesz? – Ula spojrzała na nią z zaskoczeniem.

– Niby nie, ale… – Jowita lekko się zarumieniła. – Są takie odloty, że nie pamiętam, jak się nazywam. Ostatni taki miałam przed ślubem, kiedy upiłam Karola. Wstąpił wtedy w niego taki zwierz, że obawiałam się o łóżko. – Zachichotała.

– Kochana, no to masz gotową receptę. – Klaudia przechyliła butelkę w nadziei, że została tam choć jedna kropla. – Kup wino, seksowną bieliznę i wnet znowu wyjdzie z niego jaskiniowiec.

Przyjaciółki się roześmiały.

– No dobra, Klaudia, a ty? – Ula spojrzała z zaciekawieniem na koleżankę. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że dziewczyny rzadko opowiadają o swoich partnerach. Dotychczas nie zwracała na to uwagi, a nawet było jej to na rękę, ale teraz dotarło do niej, że ich milczenie nie było przypadkowe.

– Co ja? – Klaudia z rezygnacją odstawiła butelkę na stolik. – U mnie problem polega na czymś zupełnie innym. – Dziewczyna nagle posmutniała.

Ula zerknęła czujnie na Jowitę.

– Jeśli nie chcesz… – zaczęła Figurska, ale Klaudia machnęła lekceważąco ręką.

– No właśnie o to się u nas rozchodzi. Mój misiaczek nie chce ze mną, bo twierdzi, że jestem za gruba i go nie pociągam – wyznała jednym tchem, po czym wpakowała sobie do ust garść chipsów.

Przyjaciółki wpatrywały się w nią ze zdumieniem.

– Że co? – wydukała Jowita.

Klaudia wzruszyła ramionami, przeżuwając chipsy.

– No tak. Sam ma bojler zamiast kaloryfera, ale to nie przeszkadza mu w tym, by mnie obrażać i nazywać grubaską, paróweczką, spaślaczkiem czy po prostu grubą świnią.

Ula poczuła, że krew się w niej gotuje.

– I ty dalej jesteś z tym chamem? – Nie wytrzymała.

Klaudia spojrzała na nią z pobłażliwością.

– Jak już będziesz miała faceta, to zobaczysz, że czasami łatwiej się z kimś związać niż rozstać.

– To prawda – zgodziła się nieoczekiwanie Jowita. – Tyle o tym piszą, radzą, że lepiej odejść, niż się męczyć, że zasługujesz na kogoś lepszego, tylko że to jest cholernie trudne. Nagle się okazuje, że z tą osobą łączy cię milion rzeczy.

– Albo zwyczajnie bez niej nie przeżyjesz. Dosłownie i w przenośni… – dopowiedziała cicho Klaudia.

Zaległa krępująca cisza. Ula poczuła, że po tym wszystkim, co właśnie usłyszała, musi koniecznie zapalić. Papierosy stanowiły jej największą słabość i choć wiele razy obiecywała sobie, że skończy z nałogiem, nijak jej się to nie udawało, wręcz przeciwnie, paliła coraz więcej.

– Idę zajarać, kto idzie ze mną? – zapytała, kierując się nieco chwiejnym krokiem w stronę balkonu.

Kiedy przyjaciółki wyszły godzinę później, Ula nadal odtwarzała w głowie wszystko, co powiedziały. Niewinne żarty ujawniły mroczne tajemnice i prawdę o ich związkach. Jowita tylko pozornie wyglądała na radosną i szczęśliwą. Mąż wyraźnie ją nudził, a małżeństwo rozczarowało. I to już dwa lata po ślubie! Klaudia od dekady była zaręczona z Arturem, który okazał się, jak widać, chamem i świnią. Mimo że miał śliczną i inteligentną narzeczoną (pytanie, czy kiedykolwiek zamierzał się z nią ożenić?), wyzywał ją od grubasów i uważał za nieatrakcyjną. Ula żałowała przyjaciółki, ale zarazem była na nią zła. Artur świetnie zarabiał, dlatego Klaudia uważała, że nie musi pracować. Dla Uli było to wprost niewyobrażalne. Jak można być zależnym od faceta, zwłaszcza finansowo? W dodatku od takiej łajzy, jaką okazał się Arturek? Znając życie, zdradzał ją na lewo i prawo, a Klaudii wyrzucał, że jest darmozjadem. Dziewczyna słuchała tego, zajadając smutki, i codziennie powtarzała sobie, że go zostawi i pójdzie do pracy. Potem się godzili i wszystko wracało do normy. Do następnego razu. Ula zwykle starała się usprawiedliwiać ludzkie zachowania. Tłumaczyła sobie, że ktoś zachował się niegrzecznie, bo miał gorszy dzień albo coś go bolało, potrafiła wymyślić najbardziej absurdalny powód, który zdołałby ją przekonać, że ludzie nie są z natury źli, tylko stają się takimi w konkretnych okolicznościach. Potrafiła zrozumieć (i wytłumaczyć) Karola, ale dla Artura nie znajdowała usprawiedliwienia. Był zwykłym prostakiem i gburem.

Ula nie zamierzała wikłać się w takie bagno jak jej przyjaciółki. Ich wyznania sprawiły, że jeszcze bardziej utwierdziła się w przekonaniu, że faceci to zło, perfidni manipulanci, którym chodzi tylko o jedno, ewentualnie nieporadne pierdoły jak nieszczęsny Karolek. Bezpieczniej było pozostać samą. Nocami, gdy było jej zimno, przytulała się do poduszki. Nie musiała z nikim dzielić się kołdrą i znosić męskiego chrapania. Nie uważała też, by bycie singielką stanowiło jakąś ujmę na honorze. Przynajmniej nikt jej nie wyzywał ani nie zanudzał. Własne towarzystwo w zupełności jej wystarczało, a jeśli szukała rozrywki, spotykała się z przyjaciółkami lub po prostu szła do kina albo teatru.

ROZDZIAŁ 5

Ula usłyszała kiedyś, że rodziny sobie nie wybieramy, ale przyjaciół na szczęście tak. Jak bardzo te słowa okazały się prawdziwe, przekonała się już w szkole podstawowej. Jowita pojawiła się w życiu Urszuli, kiedy ta miała siedem lat i poszła do pierwszej klasy. Gdy zobaczyła na rozpoczęciu roku szkolnego tłumy dzieci wraz z rodzicami, omal nie wpadła w panikę. Przed wybuchem płaczu powstrzymywała ją jedynie myśl, że obok niej stoją mama i Agnieszka, która rozpoczynała naukę w czwartej klasie. Ula rozchmurzyła się nieco, widząc, że wnętrze jej klasy jest kolorowe, a pani uśmiechnięta i sympatyczna. Z onieśmieleniem wpatrywała się za to w swoje nowe koleżanki i nowych kolegów. Mama zachęcała ją, by podeszła do którejś z dziewczynek i się z nią zapoznała, jednak Urszula zdecydowanie pokręciła głową. Nigdy nie chodziła do przedszkola, a odkąd Agnieszka poszła do szkoły, bawiła się w samotności albo, co zdarzało się niezwykle rzadko, z mamą. Gdy miała cztery latka, urodziła się jej młodsza siostrzyczka Natalka. Ula była zachwycona bobasem. Od początku przy nim pomagała, a potem dopytywała, kiedy Natalia będzie już duża i będzie się z nią bawiła. Łaknęła towarzystwa innych dzieci, jednak miała z nimi znacznie ograniczony kontakt. Jej mama była stale zajęta i nigdy nie mogła znaleźć czasu, by wyjść z córkami na plac zabaw czy do parku. Jednocześnie nie pozwalała, żeby dzieci same biegały po podwórku. W konsekwencji dziewczynki bawiły się tylko ze sobą, a kiedy mama nie widziała, wyglądały przez okno i patrzyły z zazdrością, jak dzieciaki z osiedla wygłupiają się na trzepaku i placu zabaw. Pragnęły kontaktu z nimi, beztroskiej zabawy, śmiechu, jednak mama pozostawała głucha na ich prośby. Uważała, że nie wypada, by dzieci, których matka nie pracuje, szwendały się po ulicach jak bezpańskie psy i spędzały całe dnie poza domem. Owszem, dbała o to, by były najedzone i czyste (bardzo denerwowała się, gdy któraś z córek ubrudziła bądź porwała ubranie), ale powtarzała, że czuje się lepiej, kiedy ma je na oku. W konsekwencji dziewczynkom dopiero w szkole udało się nawiązać relacje z rówieśnikami.

Jowita stanowiła zupełne zaprzeczenie Urszuli. Wesoła, rezolutna i śmiała, szybko zjednywała sobie ludzi. Pochodziła z zamożnej rodziny (jej ojciec był dyrektorem w fabryce, mama zajmowała się domem), miała trzy lata starszego brata, kotka, pieska i dwie papużki, ponadto zielone oczy oraz burzę loków na głowie, a do tego była wysoka i szczupła. Mimo że dorastała w bogactwie, była sympatyczna i zupełnie niezepsuta. Jej mama bardzo dbała o wychowanie dzieci i rozsądnie dawkowała im wszelkie dobra oraz przyjemności. Uczyła je, że trzeba być empatycznym, pomagać innym i nie chełpić się swoją zamożnością, zwłaszcza przed biedniejszymi dziećmi.

Ich pierwsze spotkanie miało miejsce przed salą lekcyjną. Uli rozwiązała się sznurówka u buta. Dziewczynka usiadła na ławce i z trudem powstrzymując się od łez, próbowała zawiązać ją na kokardkę. Niestety, mimo że starsza siostra i mama pokazywały jej to setki razy, nadal nie przyswoiła tej banalnej i prostej, wydawałoby się, czynności. Siedziała więc przed klasą i raz po raz usiłowała uporać się ze swoim problemem. W końcu zrezygnowana zakryła twarz dłońmi i zaczęła szlochać. Agnieszka miała zajęcia na piętrze budynku i rzadko schodziła na parter, a dzieciom z nauczania wczesnoszkolnego nie wolno było z kolei wchodzić na piętro. Urszula wstydziła się poprosić kogokolwiek o pomoc. Bała się, że pani się zdenerwuje albo, co gorsza, wyśmieje ją, że jest taka duża, a nie umie zawiązać sobie buta.

Ula płakała z bezradności, gdy wtem zatrzymała się przed nią jakaś dziewczynka.

– Pomóc ci? – Wskazała na nieszczęsną sznurówkę.

Urszula nieśmiało pokiwała głową. Rozpoznała w nieznajomej jedną ze swoich koleżanek z klasy. Był to pierwszy dzień nauki, więc nie pamiętała jeszcze jej imienia.

– O, i już, zrobione. – Koleżanka uśmiechnęła się do Uli i wyciągnęła rękę na przywitanie. – Jestem Jowita. Jowita Kamińska. A ty jak masz na imię?

– Ula. Ula Figurska.

– Chcesz być moją koleżanką? – Jowita odgarnęła z czoła niesforny kosmyk. Ula pomyślała, że dziewczynka wygląda jak aniołek. Wrażenie anielskości dopełniała niebieska sukieneczka, brakowało tylko śnieżnobiałych skrzydełek i aureoli. I jeszcze to niespotykane imię, Jowita… Ula wpatrywała się w nową koleżankę z zachwytem. Wydała jej się przepiękna, nieskazitelna, jak z obrazka.

– Chcę – odparła więc bez wahania. Spojrzała przy tym na swoje ubranie i zrobiło jej się przykro. Spódnica po Agnieszce i bladoróżowa koszulka, też zresztą odziedziczona po starszej siostrze, sprawiały, że czuła się brzydka i nijaka.

Od tamtej pory dziewczynki były nierozłączne. To właśnie Jowita nauczyła Ulę zawiązywania sznurówek, chętnie też dzieliła się z nią swoimi kolorowymi długopisami i słodyczami. Była lubiana przez wszystkie dzieci, ale to Ula stała się jej najlepszą koleżanką i to z nią siedziała zawsze w ławce.

– Co robi twój tatuś? – zapytała pewnego dnia, gdy jak zwykle siedziały razem przed salą i jadły drugie śniadanie.

Ula zerknęła łakomie na apetyczną i kolorową kanapkę koleżanki, po czym przeniosła wzrok na trzymany w dłoniach chleb razowy z margaryną i ogórkiem. Nienawidziła ciemnego pieczywa, ale mama twierdziła, że takie jest zdrowsze od białego.

– Wozi ludzi taksówką – odpowiedziała i z niechęcią odgryzła mały kawałek razowca.

Jowita spojrzała na nią z zainteresowaniem.

– Fajnie, zawsze chciałam przejechać się taxi. Jeździsz z nim gdzieś czasami?

Ula pokręciła głową.

– Tata rzadko jest w domu. Ma dużo pracy i wraca późno… – Chciała dopowiedzieć, że pijany, ale w porę ugryzła się w język. Wiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno jej mówić o tym, co dzieje się u niej w domu. Nie dostała nawet takiego zakazu od mamy, po prostu intuicja podpowiadała jej, że mówienie o tym jest… niewłaściwe.

– To tak jak mój. – Jowita dojadła kanapkę i zmięła papier śniadaniowy. Sięgnęła po jabłko i już miała się w nie wgryźć, ale nagle wstała i bez słowa pobiegła do kantorka woźnej. Po chwili wróciła i podała koleżance połowę przekrojonego owocu.

– Nie, ja nie… – Ula zawstydziła się, jak zawsze, gdy ktoś ją czymś częstował.

– No bierz, nie ma w nim robaków, sprawdzałam. – Jowita zachichotała i ugryzła swoją połówkę jabłka. – Mój tatuś – powróciła do przerwanego wątku – jest dyrektorem w fabryce mebli. Też długo pracuje i czasami zasypiam, zanim wróci. Przychodzi do mnie do pokoju i daje mi całusa na dobranoc. Zawsze mnie tym budzi, ale mnie to nie przeszkadza, bo i tak zaraz śpię dalej. Nie lubię tylko, kiedy idą z mamą na imprezę, bo on pije tam alkohol i potem nim śmierdzi.

Ula zamarła z jabłkiem w dłoni.

– Co się stało? – Jowita zauważyła jej reakcję.

– Nie, nic. – Urszula dojadła szybko jabłko i wstała z ławki. W tym samym momencie rozległ się dzwonek na lekcję. Dziewczynki ruszyły do klasy, dzięki czemu Jowita nie dostrzegła gęsiej skórki na rękach swojej koleżanki.

ROZDZIAŁ 6

– Do zapłaty czterdzieści osiem złotych, szesnaście groszy – wyrecytowała Ula, uśmiechając się profesjonalnie do klienta. Wyprostowała się dyskretnie. Miała wrażenie, że kręgosłup zwinął jej się w ósemkę. Siedziała na kasie od dwóch godzin bez choćby jednej malutkiej przerwy, a kolejka wcale się nie zmniejszała. Zbliżały się święta wielkanocne, ludzie dostali szału zakupowego i teraz oblegali sklepy, kupując masę niepotrzebnych rzeczy oraz jedzenia, które za kilka dni wyrzucą do kosza.

– Coś za dużo wyszło. – Klient spojrzał na nią bez cienia uśmiechu. – Chyba mi pani coś dwa razy policzyła.

O nie, zaczyna się, pomyślała z rezygnacją. Jej pęcherz po raz kolejny przypomniał jej, że mogłaby go wreszcie opróżnić, w dodatku miała drugi, najgorszy dzień okresu. Była pewna, że jeśli się podniesie, zobaczy na krześle plamę krwi. A teraz jeszcze trafił jej się jakiś upierdliwy goguś w gajerku, który zaraz zarzuci jej zapewne, że go oszukała.

– Sprawdźmy zatem, czy paragon zgadza się z produktami. – Ula nadal się uśmiechała.

Ludzie stojący za facetem zaczęli jęczeć i wzdychać. Część z nich spoglądała pochmurnie na niego, ale niektórzy syczeli, że to pewnie kasjerka coś pomyliła. Wiadomo przecież, że kradną na kasach.

Ula była przyzwyczajona do takich sytuacji. Pracowała w markecie od czterech lat i przez ten czas zdążyła zobaczyć i przeżyć już niemal wszystko. Złodziei, którzy wynosili produkty naiwnie ukryte za pazuchą, gówniarzy, którzy myśleli, że są cwańsi niż wyżsi, matki z dziecięcymi wózkami, pod którymi szmuglowały, co się dało, nastolatki, które zakładały się z koleżankami, że wyniosą ze sklepu piwo, babcie, którym brakowało zawsze „pinć grosików”, ale które wrzucały banknoty do puszek nachalnie podsuwanych przez wysłanników pewnego księdza z Torunia, ryczące czterdziestki, które „nie będą tyle stały w tej kolejce, proszę zawołać koleżankę”, pijaczków, których przepuszczano częściej niż ciężarne kobiety, słowem, przez jej kasę przewinęły się setki ludzkich osobowości i osobliwości. Kwintesencja polskości i Polaka cech najgorszych. Raz nawet słyszała, jak jakaś babunia modliła się w kolejce „Matko Bosko Marketowsko, na co te ludzie tyle jedzynio kupujum…”. Staruszka mimowolnie skojarzyła jej się z babcią Anielą, która słynęła z równie pragmatycznego podejścia do życia.

– Wszystko się zgadza, proszę pana – powiedziała, gdy porównała już paragon z produktami.

Mężczyzna spojrzał na nią z pogardą, po czym rzucił – nie podał: rzucił! – jej pięćdziesięciozłotowy banknot, w dodatku pognieciony. Pomyślała, że z pewnością należy do tych samców, którzy zawsze muszą mieć rację i ostatnie słowo, ewentualnie jest skończonym chamem. Najpewniej i jedno, i drugie.

– Proszę, reszta dla pana. Do widzenia. Życzę miłego dnia! – Nadal uśmiechała się do niego profesjonalnie. Facet wziął pieniądze i odszedł z zakupami, nawet na nią nie spoglądając. Usłyszała jedynie, że nazwał ją pod nosem „kretyńską babą”. Najchętniej również obdarzyłaby go jakimś ciepłym komplementem, ale była przecież w pracy i musiała zachować spokój.

Ula przywitała się z kolejnym klientem i zaczęła przekładać jego zakupy. Mimowolnie pomyślała o nieuprzejmym facecie, którego przed chwilą obsługiwała. Był taki od urodzenia? A może ktoś go zdenerwował? Może jego żona jest ciężko chora albo wczoraj miał stłuczkę? Powodów mogły być tysiące. Ula usłyszała kiedyś, że jest mistrzynią w usprawiedliwianiu innych ludzi. Zawsze umiała ich wytłumaczyć. Jowita śmiała się z niej, że gdyby była sędziną, uniewinniłaby nawet seryjnego mordercę. Urszula dla świętego spokoju przyznawała jej rację, jednak wystarczyła sytuacja taka jak ta, a ona znowu zaczynała analizować i doszukiwać się powodów, dlaczego ktoś okazał się taki, a nie inny. Jowita i Klaudia zapewne stwierdziłyby, że ten facet to zwykły głupi ćwok z małym przyrodzeniem i życzyłyby mu, aby za takie zachowanie ten śmieszny korniszonek mu usechł.

Z trudem się powstrzymała, by nie parsknąć śmiechem.

– Ma pani bardzo ładny uśmiech – usłyszała nagle. Podniosła wzrok i spojrzała na młodego mężczyznę, którego właśnie obsługiwała. Kilka lat w zawodzie sprawiło, że ludzie w kolejce stali się dla niej jedynie kolejną osobą do odhaczenia. Nie przyglądała się im, czasami nawet nie pamiętała, czy przed chwilą obsługiwała kobietę, czy mężczyznę. No chyba że trafił się taki element jak poprzedni klient. Tacy zapadali w pamięć na długo.

Facet, który stał przed nią, mógł mieć na oko jakieś trzydzieści lat. Raczej z tych misiowatych, czyli sympatycznych, ale nieśmiałych i niepozornych. Średniego wzrostu, z lekko zaokrąglonym brzuszkiem, brązowymi oczami i ciepłym, szczerym uśmiechem. Nie za brzydki, nie za przystojny, można powiedzieć, neutralny. Tacy faceci byli najlepszymi mężami i ojcami pod słońcem, ale kobiety wolały się z nimi przyjaźnić niż za nich wychodzić. Bardziej pociągali je wysocy, przystojni, wysportowani, opaleni i bogaci brutale, którzy owszem, zapewniali niezapomniane wrażenia w łóżku, ale poza nim prędzej czy później okazywali się zwykłymi dupkami.

– Dziękuję. – Ula nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Mężczyzna wydawał się życzliwy, ale równie dobrze mógł zaliczać się do uprzejmo-psychicznych, co to zapraszają do swojego domu, a potem zarzynają i kroją w kawałeczki, wciąż uśmiechając się przy tym serdecznie. „No naprawdę śliczny ma ten uśmiech”, myślą sobie, wpatrując się w zakrwawiony kawałek twarzy, który do kolekcji wycięli sobie z ofiary myśliwskim nożem.

Czytam zdecydowanie za dużo kryminałów, pomyślała i podliczyła go szybko. Kompletnie nie był w jej typie. Jeśli miałaby wskazać swój ideał faceta, byłby to wysoki brunet o niebieskich oczach. Nie zaszkodziłoby, gdyby miał szerokie ramiona, był pracowity, zaradny i nie okazał się pijacką szują. Nie marzyła o rycerzu na białym koniu, właściwie to w ogóle nie rozmyślała o facetach, chyba że czysto hipotetycznie, jak teraz.

– Trzydzieści dwa, osiemdziesiąt cztery. – Wbrew sobie i swoim myślom nie mogła się powstrzymać, by nie zerknąć na niego jeszcze raz. Że nie ma obrączki, już zarejestrowała, ale to przecież o niczym nie świadczyło. Wyglądał na normalnego, ale o większości psychopatów można by tak powiedzieć. Mimo to wydawał jej się… dobry. Taki autentycznie dobry i serdeczny jak profesor Dumbledore. W dodatku miał czyste i równo przycięte paznokcie.

– Reszta dla pana, życzę miłego dnia – powiedziała i złapała się na tym, że życzy mu miłego dnia od siebie, a nie dlatego, że tak mówiono jej na szkoleniu.

– Ja pani również takiego życzę, dziękuję. – Uśmiechnął się do Uli, a jej nagle zrobiło się jakoś cieplej, wręcz gorąco. Cholera, ale ma piękne, długie rzęsy, przemknęło jej przez głowę.

Ulka, ogarnij się, zbeształa się w myślach. Cholera, ale tyłek to ma zgrabny…, pomyślała jeszcze, po czym odchrząknęła i skierowała nieobecny wzrok na kolejnego klienta.

– Dzień dobry – zaszczebiotała do ponurej staruszki, która odburknęła coś niechętnie.

ROZDZIAŁ 7

Ściany pokoju miały barwę pastelowego różu. W szerokim oknie powiewały firanki w nieco ciemniejszym odcieniu tego koloru, a na parapetach leżały poduszki i misie. W centralnej części pomieszczenia stało łóżko ze zdobionymi wezgłowiami oraz baldachimem. Całości dopełniały biało-różowe mebelki, na których poustawiano kolorowe dodatki i ramki ze zdjęciami. Na ścianach wisiały obrazki i podobizny ulubionych bajkowych postaci. Na półce w równym rządku prezentowały się grzbiety baśni i książek dla dzieci. Nieco niżej siedziały pięknie ubrane i uczesane lalki. Na suficie, w promieniach słońca, połyskiwał kryształowy żyrandol. Cały pokój wyglądał, jakby zamieszkiwała go księżniczka albo córka jakiegoś bogacza. Ula nie mogła uwierzyć, że w rzeczywistości należał do niej. Kiedy znalazła się w środku, stanęła zachwycona, chłonąc wzrokiem jego wspaniałe wnętrze. Nie śmiała dotknąć czegokolwiek w obawie, że coś popsuje albo zrzuci. Wszystko było takie piękne, kolorowe i przytulne. Mogłaby tu spędzić resztę życia. W końcu zdobyła się na odwagę i podeszła do łóżka z baldachimem. Usiadła ostrożnie na futrzanej narzucie i przesunęła po niej dłonią. Była taka przyjemna w dotyku… Dziewczynka wstała i podeszła do regału. Przesunęła wzrokiem po tytułach książek, po czym wyciągnęła rękę po jedną z nich. Kopciuszek.

Ula usiadła na łóżku i już miała zatopić się w lekturze, gdy nagle usłyszała jakiś hałas. Poczuła gwałtowne szarpnięcie. Ktoś ciągnął ją za ramię i wymawiał jej imię.

– Ulka, obudź się!

Urszula usiadła na łóżku, próbując zorientować się, co się z nią dzieje. Zerknęła na pościel, ale zamiast futrzanej narzuty zobaczyła znaną jej od lat, spraną, pasiastą poszewkę na kołdrę. Znajdowała się w swoim mieszkaniu i leżała w łóżku, które od maleńkości dzieliła z Agnieszką. To właśnie starsza siostra siedziała teraz obok niej i usiłowała ją obudzić.

– Co się stało? – wybełkotała Ula, która wciąż miała przed oczami przepiękny, różowy pokój.

– Nie słyszysz?

Ula wytężyła słuch i nagle znieruchomiała. Ojciec znowu wrócił pijany i kłócił się z mamą. Teraz słyszała już wyraźnie jego pijacki, chrapliwy głos, wyzwiska, jakimi obrzucał ich matkę. Mimowolnie skuliła się, czekając na najgorsze. Na moment, w którym dojdzie do rękoczynów. Prędzej czy później każda awantura kończyła się w ten sposób. Zamiast tego do jej uszu dotarł dźwięk zamykanych na klucz drzwi.

Agnieszka wstała gwałtownie z łóżka i zaczęła przechadzać się nerwowo po pokoju. Starała się przy tym stąpać tak cicho, by rodzice jej nie usłyszeli.

Ula obserwowała ją w milczeniu. Zrobiło jej się zimno, choć był środek lata. Miała dziesięć lat, Agnieszka o trzy więcej. W kącie pokoju spała sześcioletnia Natalka. Urszuli było żal młodszej siostrzyczki. Nie zasługiwała na to, by dorastać w takich warunkach. Była taka niewinna, taka śliczna i łagodna… Powinna mieć dobrych rodziców i szczęśliwy dom z pieskiem i kotkiem. Jej piękne, duże, niebieskie oczy rozszerzały się ze strachu, ilekroć słyszała dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Widok ojca, zwłaszcza pijanego, powodował, że dziecko natychmiast uciekało i chowało się pod stołem.

– Kiedyś go zabiję – wyszeptała nieoczekiwanie Agnieszka, nadal krążąc po pokoju.

Ula zerknęła czujnie na Natalkę, na szczęście ta spała spokojnie w swoim łóżeczku.

– Agusia, uspokój się…

– Ty nic nie rozumiesz. – Agnieszka była bliska płaczu. Zatrzymała się gwałtownie i wyciągnęła rękę w stronę drzwi. – Wiesz, co on jej tam robi? Ja wiem. Podejrzałam ich raz, kiedy zapomnieli się zamknąć… – Usiadła na łóżku i rozpłakała się z bezsilności. – Ohyda. Nienawidzę ich obojga.

Ula chciała uspokoić starszą siostrę, ale nie miała pojęcia, jakich użyć słów. Nie odważyła się jej zapytać, co rodzice robią za zamkniętymi drzwiami. Szczerze mówiąc, wolała tego nie wiedzieć.

– Mam nadzieję, że pewnego dnia się zapije i wreszcie się od niego uwolnimy. – Agnieszka usiadła na łóżku i uśmiechnęła się szyderczo. – Nawet bym nie poszła na jego pogrzeb, mama wołami by mnie tam nie zaciągnęła.

Ula słuchała jej z narastającym przerażeniem. Już miała otworzyć usta, by upomnieć starszą siostrę, gdy nagle oczami wyobraźni to zobaczyła. Świat bez ojca, bez kłótni, bijatyk i odoru alkoholu. Ujrzała uśmiechniętą mamę, która budzi je co rano na śniadanie. Zjadałyby je wspólnie i rozmawiałyby przy tym wesoło, śmiejąc się i żartując. Nie musiałyby już nasłuchiwać, czy ojciec wrócił ani w jakim jest stanie. Spałyby spokojnie w nocy, niczym nienękane, mogłyby jeździć na wakacje i spędzać razem więcej czasu. Tak właśnie by było, gdyby ojciec…

Ula otrząsnęła się ze swoich rozmyślań i poczuła wstyd. Jak mogła snuć takie wizje? Przecież to był jej tata! Tymczasem zarówno Agnieszka, jak i ona życzyły mu śmierci!

Drgnęły zaskoczone, słysząc zgrzyt zamka w drzwiach. Szybko wskoczyły pod kołdrę i zamknęły oczy, udając, że śpią. Mama zajrzała do ich pokoju, postała przez moment, po czym wycofała się cicho. Dziewczynki nadal leżały nieruchomo, nasłuchując. Do ich uszu dobiegły strzępy rozmowy pomiędzy rodzicami, aż w końcu w całym mieszkaniu zapadła cisza.

Nagle Ula i Agnieszka usłyszały tupot dziecięcych stópek. Zanim się zorientowały, Natalka wdrapała się na łóżko i ułożyła między siostrami.

– Boję się sama spać – wyszeptała.

Starsze dziewczynki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Takie sytuacje jak ta powtarzały się coraz częściej. Natalia miewała nocne koszmary, a jeszcze rok temu moczyła się do łóżka. Mama reagowała na to złością, co tylko potęgowało lęk u dziecka. W końcu Ula i Agnieszka zaczęły na zmianę czytać młodszej siostrze bajki na dobranoc, często też pozwalały jej spać z nimi w jednym łóżku. Wanda z niemal widoczną ulgą przystała na to, by starsze córki wyręczały ją w czytaniu przed snem. Nigdy za tym nie przepadała, nie miała również tyle cierpliwości, co dawniej. Jej życie kręciło się wokół Szczepana i jego pijackich wybryków, dla dzieci nie miała zbytwiele czasu.

Po kilku miesiącach Agnieszce i Urszuli udało się sprawić, że Natalka przestała moczyć pościel, ale zwyczaj wieczornego czytania pozostał. Podobnie jak to, że dziewczynka przybiegała do nich w środku nocy i wciskała się między starsze siostry, by już po chwili smacznie spać.

– Dlaczego mama nigdy nie daje nam buziaka na dobranoc i nie czyta bajek tak jak wy mnie? – zapytała nieoczekiwanie Natalia. – Mamy moich koleżanek tak robią.

Ula usłyszała, że Agnieszka wzdycha ciężko.

– Bo nasza mama nie ma czasu. Śpij już – odpowiedziała najstarsza siostra.

– Ale z tatą się całuje. – W głosie Natalki słychać było wyrzut. – Widziałam ich kiedyś w łazience. I tata wsadzał mamie rękę w…

– Dość! – warknęła Agnieszka. – Albo się zamkniesz, albo wracasz do swojego łóżka.

Natalia zaczęła szlochać, wystraszona ostrym tonem siostry.

Ula przytuliła ją do siebie.

– Już nie płacz, śpij. Jutro się pobawimy lalkami, dobrze?

Dziewczynka wytarła niezdarnie łzy i spojrzała w ciemności na siostrę.

– Obiecujesz?

Ula się uśmiechnęła.

– Obiecuję.

Wiedziała, że musi dotrzymać słowa. Ich rodzice nigdy tego nie robili. Obiecywali im wiele rzeczy, a potem albo się tego wypierali, albo szukali wymówek, często też zwyczajnie zapominali o złożonej obietnicy. Ulę zawsze bardzo to bolało, dlatego sama starała się być słowna