Najlepsza przyjaciółka - Izabela M. Krasińska - ebook
Opis

Asia i Kuba są szczęśliwą parą i planują razem wspólną przyszłość. On jest towarzyski i przebojowy, ona – raczej introwertyczna i skryta. Dlatego gdy dziewczyna na lekcjach francuskiego poznaje Elwirę, Jakub uznaje to za dobry znak.

 

Kobiety szybko przypadają sobie do gustu i nawiązują głęboką relację pełną zaufania. Asia zaczyna spędzać z przyjaciółką coraz więcej czasu. Jednocześnie zauważa, że jej relacje z Jakubem stają się coraz bardziej napięte. Na szczęście kobieta ma przy sobie Elwirę, bratnią duszę, która zawsze ją pocieszy i pomoże znaleźć wyjście z każdej trudnej sytuacji.

 

Bo przyjaciele zawsze chcą dla nas jak najlepiej.

 

Prawda?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Izabela Krasińska, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Korekta: Karolina Borowiec

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce: © djile, © GhostArt | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-7976-146-3

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Joannie „Johannowi” Wrześniak

(…) z dwóch przyjaciół zawsze jeden

jest niewolnikiem drugiego,

choć często żaden z nich się

do tego sam sobie nie przyzna.

Michał Lermontow,

Bohater naszych czasów

Najczęściej nasi najlepsi przyjaciele

są sprawcami naszego upadku.

Victor Hugo, Katedra

Marii Panny w Paryżu

Spotkanie kogoś, kogo pokocha się

z wzajemnością, jest wspaniałym uczuciem.

Ale spotkanie bratniej duszy

jest uczuciem chyba jeszcze wspanialszym.

Bratnia dusza to ktoś, kto rozumie cię

lepiej niż ktokolwiek inny,

kocha cię bardziej niż ktokolwiek inny,

będzie przy tobie zawsze,

bez względu na wszystko.

Cecelia Ahern,

PS Kocham Cię

Wszystkie postacie, sytuacje i wydarzenia

występujące w powieści są fikcyjne,

a ewentualna zbieżność nazwisk

jest przypadkowa.

Prolog

Jakub nie pamiętał, jak dotarł do szpitala. Ostatnie, co zarejestrowała jego świadomość, to telefon od matki Asi. Zaraz po nim wezwał taksówkę. Słowa kobiety przeraziły go, z trudem nad sobą panował. Jadąc do szpitala, co chwilę wycierał mokre od łez policzki. Dłonie trzęsły mu się tak bardzo, że w końcu musiał wsunąć je pod uda. Udawał, że nie widzi zaciekawionego spojrzenia taksówkarza, który co chwilę zerkał we wsteczne lusterko.

Kiedy podjechali pod szpital, potrzebował kilku minut, by się uspokoić. Serce waliło mu jak oszalałe, ale nie zwracał na to uwagi. Zapłacił za przejazd i odetchnął głęboko, wysiadając z samochodu. Ruszył szybkim krokiem w stronę wejścia do szpitala. Wbiegł do środka i zatrzymał się, rozglądając bezradnie dookoła. W końcu zaczepił przechodzącego korytarzem lekarza. Ten burknął coś gniewnie do niego i oddalił się szybkim krokiem. Jakub poczuł, że ogarnia go jeszcze większa rozpacz. Upływały kolejne minuty, a on wciąż nie wiedział, co z Asią. W końcu podszedł do rejestracji i zapytał siedzącą za szybą kobietę, gdzie znajduje się blok operacyjny. Ta zmierzyła go ponurym wzrokiem, po czym łaskawie udzieliła mu odpowiedzi. Jakub podziękował i ruszył we wskazanym kierunku.

Rodzice Joanny siedzieli przed salą operacyjną. Kobieta jedną ręką przyciskała do siebie torebkę, a w drugiej trzymała wymiętą chusteczkę higieniczną, którą przykładała co chwilę do oczu. Jej mąż wpatrywał się uparcie w jeden punkt na podłodze. Jego zacięty wyraz twarzy uświadomił Jakubowi, że mężczyzna z trudem powstrzymuje się przed płaczem.

Jakub wziął głęboki oddech i ruszył w ich stronę. Unieśli głowy na jego widok, ale żadne z nich się nie odezwało. Nie wiedział, co powiedzieć. Kiwnął więc w milczeniu głową na powitanie i usiadł na krześle po drugiej stronie drzwi prowadzących na blok operacyjny. Czuł się potwornie zmęczony, jakby przebiegł maraton albo wspiął się na Mount Everest. Marzył o kawie, ale wiedział, że nie zdołałby przełknąć nawet łyka. Oparł głowę o ścianę i zamknął oczy, próbując wyregulować oddech. Jego serce nadal biło jak oszalałe, ale przez ostatnie miesiące zdążył już do tego przywyknąć. Gdyby ktoś zapytał go, co stało się z jego życiem, nie potrafiłby odpowiedzieć. Kiedy stracił nad nim kontrolę? Jak mógł na to pozwolić? Czy był winny tragedii, która spotkała Joannę?

Drgnął zaskoczony, usłyszawszy kroki. Rodzice Asi również wpatrywali się wyczekująco w drzwi do sali operacyjnej. Kiedy te się uchyliły, zerwali się równocześnie ze swoich miejsc i podbiegli do chirurga.

Jakub chciał się podnieść, ale poczuł, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Tak bardzo bał się usłyszeć, co ma im do powiedzenia lekarz. Jego mina nie wyrażała niczego dobrego, podobnie jak poplamiony krwią fartuch. Spojrzał zmęczonym wzrokiem na rodziców Joanny i westchnął. Jakubowi udało się w końcu podnieść, chociaż nogi miał jak z waty. Przerażenie sprawiało, że poruszał się jak paralityk. Chirurg popatrzył na niego obojętnie i w końcu zaczął mówić. Jakub słuchał jego słów, z trudem powstrzymując krzyk, jaki próbował wydobyć się z jego gardła. Odruchowo zasłonił dłonią usta i usiadł na najbliższym krześle. Głos chirurga docierał do niego coraz słabiej i słabiej, aż w końcu Jakub zupełnie przestał go słyszeć.

25 grudnia 1994 roku

Drogi Pamiętniczku! Jestem dzisiaj bardzo szczęśliwa! Mam Ci tyle do opowiedzenia!

Wczoraj spadło dużo śniegu i bałam się, że Święty Mikołaj nie trafi do mojego domu. Mama mówi, że mam już dziesięć lat i nie powinnam w niego wierzyć, że to dobre dla małych dzieci, a nie takich dużych dziewczynek jak ja. Tata powiedział, że Mikołaj istnieje, tylko że do niektórych nigdy nie przyszedł, bo byli niegrzeczni. Jak to mówił, to zerkał na mamę i uśmiechał się do mnie porozumiewawczo. Bardzo kocham swojego tatę. Jest dla mnie dobry i zawsze przywozi mi coś dobrego, gdy wraca z dele… delegegacji, czy jakoś tak. Tata często jeździ na te delegegacje. Mama pomaga mu się pakować, a kiedy tata wyjeżdża, płacze potajemnie i pije dużo brązowego picia, które trzyma zamknięte na klucz w barku. Zawsze chciałam tam zajrzeć, ale rodzice nigdy mi nie pozwolili. Otwierają barek tylko wtedy, gdy mamy gości, ale niestety nadal nie wiem, co ciekawego tam trzymają. Jak będę wyższa i starsza, to na pewno tam zajrzę.

Nie lubię, gdy tata wyjeżdża. Wiem, że kupi mi coś fajnego, ale najgorsze jest czekanie. No i mama… Ciągle tylko płacze i na mnie krzyczy. Wolę wtedy nie pokazywać się jej na oczy. Odliczam dni do powrotu taty i zastanawiam się, co przywiezie mi tym razem. Kiedy tatuś wreszcie wraca, mama od razu staje się inna. Maluje się, perfumuje, wkłada ładną sukienkę. Czasami pozwala mi pobawić się kosmetykami. Raz nawet umalowała mi usta swoją szminką. Chciałabym być kiedyś tak piękna, jak ona. Moja mama ma kręcone, długie włosy, które są brązowe, tak jak jej oczy. Kiedy nie płacze i nie jest zła, wygląda naprawdę ślicznie. Mój tata też jest bardzo ładny. Babcia mówi, że zawsze był przys… trojonym chłopakiem, czy jakoś podobnie. Jest wysoki, silny, ma czarne włosy i niebieskie oczy. Zawsze jest wesoły i lubi gotować. Gdy nie idzie do pracy, to wtedy robi nam pyszny obiad. Mama mówi, że ona nie cierpi siedzenia w kuchni, że ma już dość. Nie wiem czego, bo nigdy nie kończy zdania. Wzdycha tylko i płacze albo pije to swoje brązowe picie.

Gdy tata wraca z tej delegegacji, mama się cieszy. Całują się, a ja się śmieję i zasłaniam oczy, bo wstydzę się na nich patrzeć. Trochę podglądam przez palce, ale tylko trochę! Potem tata przytula mnie i daje mi prezent. Nazywa mnie wtedy swoją najukochańszą Elwirką. Siadamy do obiadu i słuchamy o tym, gdzie był tym razem. Bo mój tata bardzo ciekawie opowiada o miejscach, które odwiedził. Wieczorem, kiedy zasypiam, słyszę, jak rodzice chichoczą w sypialni. Zawsze mam wtedy ochotę, żeby do nich iść, ale wiem, że mama strasznie by się na mnie zdenerwowała, widząc, że jeszcze nie śpię. Leżę więc nieruchomo i słucham, jak żartują ze sobą, a potem jakoś tak dziwnie oddychają, jakby ich coś bolało. Lubię, kiedy się nie kłócą ze sobą. Bo często jest tak, że tata wraca i wszystko jest dobrze, a potem, kiedy myślą, że już zasnęłam, krzyczą na siebie. Mama płacze i wybiega z sypialni, a tata ją ucisza i wciąga z powrotem do środka. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Boję się zapytać, bo zorientują się, że wtedy nie śpię.

Tego roku bardzo chciałam dostać pod choinkę domek dla lalek. Tata pomógł mi napisać list do Świętego Mikołaja i obiecał, że wyśle go na poczcie. Każdego dnia liczyłam, ile jeszcze dni zostało do Świąt. Nie mogłam się doczekać, aż wreszcie ubierzemy choinkę i będziemy śpiewać kolędy. Mama nie lubi tego robić, dlatego to ja i tata się tym zajmujemy. Uwielbiam ten moment, kiedy tatuś przynosi ze strychu wielkie pudło z bombkami i łańcuchami. Owijam się nimi i udaję modelkę na wybiegu. Potem razem stroimy drzewko. Na końcu tata bierze mnie na ręce, żebym mogła dosięgnąć czubka i zawiesić gwiazdę. A potem jest Wigilia, dzielimy się opłatkiem i składamy sobie życzenia. Nawet mama się wtedy uśmiecha i nie jest taka nerwowa, jak na co dzień.

Dzisiaj obudziłam się wcześnie rano i od razu pobiegłam do salonu, żeby zobaczyć, czy Mikołaj przyniósł prezenty. Zapiszczałam z radości, widząc, że obok choinki stoi wielkie pudło. Od razu domyśliłam się, że to domek dla lalek. Mama wyszła zaspana z sypialni i popatrzyła na mnie ze złością. Kazała mi się uciszyć. Zapytałam ją, gdzie jest tata i czy widziała mój prezent. Mama tylko wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę sypialni. Nagle zatrzymała się i powiedziała, że jestem bardzo głupiutka. Że żaden Święty Mikołaj nie istnieje, a prezenty co roku przynosi mi mój zakichany tatuś, który wyszedł sobie gdzieś rano i nawet jej nie obudził.

Nie wiem, co to znaczy: zakichany, ale bałam się o to spytać. Była strasznie zła, więc wolałam nie denerwować jej jeszcze bardziej. Zrobiło mi się przykro po tym, co mi powiedziała, ale zaraz pomyślałam sobie, że co z tego, że Mikołaja nie ma. Mam przecież swojego tatusia. I nieważne, że to on co roku podkłada prezenty pod choinkę. Nie powiem, że o tym wiem, żeby nie zrobić mu przykrości. Niech myśli, że ciągle wierzę w Świętego Mikołaja. Najważniejsze, że dostałam domek dla lalek, o którym tak marzyłam. Żegnam Cię, Pamiętniczku, bo mama mnie woła. Chyba jest bardzo zła.

Rozdział 1

– Je fais, tu fais, il fait, elle fait, nous… – Joanna otworzyła jedno oko i zerknęła na odmianę czasownika „robić”. Westchnęła i zaklęła bezgłośnie pod nosem. Nous faisons, no tak!

– Jak ci idzie? – Jakub włożył zakładkę do czytanej przez siebie książki i odłożył ją na stolik. Zdjął okulary i potarł dłonią zmęczone oczy. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do tego, że musi na stałe nosić szkła korekcyjne. Asia pocieszała go, że w okularach wygląda zabójczo, ale ten argument jakoś do niego nie przemawiał. Wiedział jednak, że nie ma innego wyjścia. Pracował w salonie firmowym popularnej sieci komórkowej i codziennie zawierał po kilkanaście umów z klientami. Godziny spędzone przy komputerze, wypełnianie dokumentów oraz zamiłowanie do czytania książek zrobiły swoje – widział coraz gorzej, przez co nieustannie się denerwował i mylił. Joanna również zauważyła, że jej chłopak ma problemy z odczytaniem drobnego druku, a kiedy zobaczyła go, wpatrującego się usilnie w listę z zakupami, bez wahania zapisała go do okulisty. Tak oto Jakub dowiedział się, że oprócz krótkowzroczności ma również postępujący astygmatyzm. W rezultacie został zmuszony do noszenia okularów. Musiał jednak przyznać, że poczuł ogromną ulgę, znowu widząc wszystko dookoła wyraźnie.

– Francuski jest taki trudny… Pourquoi? – Joanna westchnęła z rezygnacją i oparła się o kanapę.

Jakub popatrzył na nią z uśmiechem. Uwielbiał przypatrywać się swojej dziewczynie. Była niewysoką, niebieskooką brunetką o prostych, sięgających ramion włosach. Pracowała w salonie fryzjerskim, gdzie zresztą się poznali. Jakub doskonale pamiętał tamten sobotni, deszczowy poranek. Był środek lipca, ale lało nieprzerwanie od początku wakacji. Tego dnia miał wolne, postanowił więc pójść do fryzjera i skrócić włosy. Mimo niezachęcającej pogody zmusił się do wyjścia na zewnątrz. Do dzisiaj nie wiedział, dlaczego wybrał właśnie ten salon. Od kilku lat miał przecież swojego ulubionego stylistę, którego odwiedzał co miesiąc. Tamtej soboty nieoczekiwanie postanowił, że wejdzie do pierwszego napotkanego zakładu fryzjerskiego. Szedł więc ulicą i wpatrywał się w sklepowe witryny i szyldy. Wreszcie na jednym z nich ujrzał napis: „Studio fryzjerskie Michelle”. Jakub nie wahał się ani minuty. Wszedł do środka, spojrzał na dziewczynę stojącą przy fotelu fryzjerskim i… zakochał się. Tak po prostu. Joanna, która niedawno rozpoczęła naukę francuskiego, nazwałaby to coup de foudre – i nie pomyliłaby się. Jakub odzyskał rezon, gdy nieznajoma, z trudem powstrzymując śmiech, zapytała go, czego sobie życzy. Odparł, że chciałby się ostrzyc, ale tylko pod warunkiem, że trafi na fotel właśnie do niej. Nadal patrzył na nią zafascynowany, aż się zarumieniła. Joanna zgodziła się, pozwoliła również, aby po pracy zaprosił ją na kawę i szarlotkę.

Wszystko to zdarzyło się cztery lata temu. Od tamtej pory byli nierozłączni. Po dwóch latach związku postanowili ze sobą zamieszkać i zaczęli snuć plany na przyszłość. Mimo upływającego czasu Jakub nadal był w Asi szaleńczo zakochany. Ona sama zresztą śmiała się często, że tamtej lipcowej soboty towarzyszyło jej dziwne uczucie. Nie umiała go nazwać. Wiedziała jednak, że tego dnia spotka ją coś miłego i zaskakującego. Kiedy zobaczyła Jakuba, który wszedł do salonu z parasolem ociekającym kroplami deszczu, miała gęsią skórkę. Ten wysoki brunet o piwnych oczach od razu zwrócił jej uwagę. Nie był może aż tak przystojny jak uwielbiany przez nią Michael Fassbender, ale niewiele mu ustępował. Do tego ten szelmowski uśmiech… Nie mogła i nie chciała mu się oprzeć. Sama nie wiedziała, w którym momencie zakochała się w nim na zabój.

Dzisiaj, po kilku latach związku, nadal układało się między nimi dobrze. Kiedy podjęli decyzję, by wspólnie zamieszkać, miała jednak pewne obawy. Dotychczas oboje mieszkali z rodzicami. Nagle mieli wziąć odpowiedzialność za kawalerkę, którą wynajęli od przebywającego za granicą znajomego. Po kilku tygodniach nie wyobrażali już sobie, że mogliby mieszkać oddzielnie. Nie zniechęcały ich nawet wydatki oraz nieliczne sprzeczki, do których między nimi dochodziło. Joanna czasami zastanawiała się, czy związek może być aż tak idealny. Rozumieli się niemalże bez słów, mieli podobne upodobania muzyczne i filmowe, czytali tych samych autorów. Często zapraszali do siebie znajomych Jakuba i urządzali imprezy do białego rana. Ich życie było szczęśliwe i wypełnione miłością. Czerpali z tego jak najwięcej, wiedząc, że ten słodki czas skończy się wraz z pierwszymi kredytami i pojawieniem się dzieci.

– Skarbie, początki zawsze są najtrudniejsze. Zobaczysz, jeszcze kilka tygodni i będziesz parlała jak rodowita Francuzka. – Jakub wstał i podszedł do kanapy. Usiadł obok Asi i przygarnął ją do siebie. Dziewczyna wtuliła się ufnie w jego ramiona i cmoknęła go w podbródek.

– Kocham cię, wiesz?Je t’aime, Jacques Duński – powiedziała i roześmiała się.

Jakub pocałował ją w skroń i uśmiechnął się.

– Miło mi to słyszeć, Fräulein Witecka.

– Nie mów do mnie po niemiecku. Wiesz, że nie cierpię tego języka.

– Warum? – Kuba parsknął śmiechem i odsunął się szybko, unikając kuksańca od swojej ukochanej.

– Bo nie jest tak piękny jak francuski. – Joanna popchnęła Duńskiego na kanapę i oparła się łokciem o jego pierś. Zadrżała, kiedy ujął jej dłoń i zaczął delikatnie całować opuszki jej palców.

– Każdy język obcy ma w sobie coś pięknego – mruknął Jakub i pocałował Asię namiętnie. Uśmiechnął się pod nosem, czując, jak jej oddech nagle przyspiesza. Zawsze fascynowało go to, jak działa na swoją dziewczynę. On sam nie mógł oderwać wzroku od Witeckiej. Ciągle podobała mu się tak samo jak pierwszego dnia. Była dla niego idealna. Nie za szczupła, nie za pulchna, miała wesołe usposobienie, czym szybko zjednywała sobie ludzi. Mimo to z niewyjaśnionych powodów nie miała zbyt wielu znajomych. Początkowo Jakub, otoczony tłumem bliższych i dalszych kolegów oraz koleżanek, nie zdawał sobie z tego sprawy. Z czasem zauważył jednak, że wśród gości, których zapraszali na organizowane przez siebie imprezy, tych zaproszonych przez Asię było zaledwie kilku. Kiedy pewnego dnia zapytał ją, czemu nie ma żadnej przyjaciółki, Witecka wzruszyła ramionami i stwierdziła, że nigdy jej nie szukała. Wystarczały jej powierzchowne znajomości, w które mogła, ale nie musiała się angażować. Przyjaźń wiązała się z bezgranicznym zaufaniem, a ona kiedyś zawiodła się już na takiej relacji. Nie chciała ponownie ryzykować. Zażartowała, że lepszej przyjaciółki niż Jakub nigdzie nie znajdzie, po czym zmieniła temat.

Duński postanowił nie męczyć Joanny rozmowami o przyjaźni, choć nie do końca rozumiał jej postawę. Sam miał kilkoro wiernych przyjaciół, niektórych znał jeszcze z przedszkola, inni pojawili się w jego życiu znacznie później. Mógł na nich polegać, podobnie jak oni na nim. Spotykali się na tyle często, na ile pozwalały codzienne obowiązki i okoliczności. Asia utrzymywała kontakt jedynie z kilkoma koleżankami z technikum. Nie kolekcjonowała również znajomych na portalach społecznościowych, w zasadzie rzadko zaglądała na Facebooka. Podczas gdy Jakub był gadułą i duszą towarzystwa, ona trzymała się raczej na uboczu. Denerwowała się, gdy inni skupiali na niej uwagę. Imprezy męczyły ją niemiłosiernie, ale zdawała sobie sprawę, że od czasu do czasu muszą gdzieś wyjść albo urządzić przyjęcie u siebie. Najlepiej jednak czuła się w domowym zaciszu, gdzie okrywała się kocem i przytulona do Jakuba czytała książkę albo oglądała z nim film.

– Kiedy wypadają ci lekcje francuskiego? – zapytał Duński i pogładził Joannę po policzku.

– We wtorki i czwartki. Wreszcie spełnię swoje marzenie. Nauczę się francuskiego, a potem pojedziemy do Paryża! Co ty na to? – Asia wysunęła się z objęć Jakuba i usiadła na kanapie po turecku. – Tak bardzo chciałabym zobaczyć wieżę Eiffla, katedrę Notre-Dame, posłuchać szumu Sekwany, napić się wina w jakiejś uroczej kawiarni… – Uśmiechnęła się z rozmarzeniem.

Kuba wyciągnął się wygodnie na kanapie i przewrócił oczami.

– Zdaje się, że nie mam wyjścia… – westchnął z udawaną emfazą. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jeśli Joanna na coś się uprze, nic nie mogło zmienić jej zdania. Kilka miesięcy temu obejrzała przypadkiem na YouTubie występ francuskiego artysty Patricka Fioriego i zupełnie oszalała na jego punkcie. Kiedy już poznała niemal wszystkie jego piosenki, zaczęła słuchać innych francuskojęzycznych wokalistów. Francuski zafascynował ją do tego stopnia, że postanowiła zapisać się na kurs językowy. Jakub podziwiał swoją ukochaną za determinację i równocześnie cieszył się, że znalazła sobie nowe hobby. Sam nieźle posługiwał się angielskim i niemieckim i uważał, że języków obcych nigdy dość. Miał również nadzieję, że Joanna pozna na kursie nowe koleżanki i rozszerzy nieco wąskie grono swoich znajomych. Niepokoiło go, że Asia znacznie bardziej woli zostać w domu niż gdzieś wspólnie wyjść. Rozumiał, że jest domatorką, ale obawiał się, że jej niechęć do imprez ma inne, nieznane mu jeszcze przyczyny. Czy miało to związek z tragicznymi przeżyciami z dzieciństwa?

Kiedy Joasia była mała, zmarł jej starszy brat. Karol miał siedem lat, gdy wykryto u niego białaczkę. Choroba postępowała bardzo szybko, a chłopiec z każdym dniem był coraz słabszy. Zmarł po roku. Rodzice Joanny wpadli w rozpacz, a ona zamknęła się w sobie. Wyznała Jakubowi, że zapamiętała brata jako wątłego, bladego chłopca bez włosów. Miała żal do rodziców, że nie wspierali jej, kiedy Karol chorował. Nikt nie wytłumaczył siostrze, co się z nim dzieje i jak może zakończyć się jego leczenie. Asia miała tylko pięć lat i nie znała jeszcze znaczenia słowa „białaczka”. Wiedziała tylko, że to coś strasznego, co zabrało jej ukochanego brata. Po śmierci Karola Witeccy przelali wszystkie uczucia na Joasię, która nie rozumiała, skąd u rodziców wzięło się nagłe zainteresowanie jej osobą. Opowiadała Jakubowi, że nigdy nie udało jej się pozbyć tej potwornej pustki po odejściu Karola, że była zbyt mała, by pogodzić się z jego śmiercią i należycie przeżyć żałobę po bracie. Nie wiedziała, czemu rodzice nie pozwalają jej o nim rozmawiać, dlaczego wolno jej było odwiedzać grób Karola tylko raz w roku, pierwszego listopada. Gdy dorosła, zrozumiała, że oni sami nigdy nie poradzili sobie z jego odejściem, że próbowali chronić Asię przed bólem, który trawił ich od dnia, gdy dowiedzieli się o chorobie syna. Joanna mimo wszystko wspominała swoje dzieciństwo jako szczęśliwe i beztroskie. Wiedziała jednak, że jej rodzice nie są już tymi samymi osobami, co kiedyś. Wraz ze śmiercią Karola umarła w nich radość życia. Joanna dopiero teraz zrozumiała, że Witeccy nigdy nie zakończyli żałoby po synu, że tylko udawali przed nią, że wszystko jest w porządku.

Asia zawsze starała się być grzecznym i zdyscyplinowanym dzieckiem. Dobrze się uczyła, nie sprawiała problemów wychowawczych, nie sięgała po używki. Już od dzieciństwa ciągnęło ją do fryzjerstwa. Najpierw eksperymentowała na lalkach, potem na koleżankach, a jeszcze później na członkach rodziny. Nieustannie poszukiwała nowych inspiracji. Już jako dziesięciolatka wertowała zagraniczne gazety o fryzurach, a potem próbowała wykonać je na tych Barbie, którym zostało jeszcze trochę sztucznych włosów na głowie. Gdy sześć lat później zobaczyła swoje nazwisko na liście uczniów przyjętych do klasy o profilu fryzjerskim, skakała z radości. Rodzice nie byli zachwyceni jej wyborem, ale widząc, jaką przyjemność sprawia jej strzyżenie i czesanie innych, przestali robić jej wymówki.

Już podczas praktyk zwracała na siebie uwagę właścicieli salonów fryzjerskich, dlatego po zakończeniu szkoły nie czekała długo na pierwsze oferty pracy. Klientki za nią przepadały, bo nie tylko potrafiła wyczarować piękne fryzury na ich głowach, ale była także sympatyczna i energiczna. Zdarzały się sytuacje, kiedy musiała odmawiać kolejnym osobom, gdyż jej grafik pękał w szwach. Pracodawcy ją chwalili, czego nie można było powiedzieć o innych fryzjerkach. Joanna niejednokrotnie słyszała, jak obmawiają ją podczas przerwy na papierosa albo w toalecie. Było jej przykro, bo nie robiła przecież nic złego, wykonywała jedynie swoją pracę. Nie rozumiała, czemu koleżanki z salonu są takie zawistne. Jakub pocieszał ją, że to minie, że z czasem przestaną się tak zachowywać, ale Asia uważała, że jej współpracowniczki uprzedziły się do niej na dobre. Nie była ani asertywną, ani przebojową osobą. Kuba często się złościł, że pozwala wszystkim wchodzić sobie na głowę. Joanna przyznawała mu rację, lecz mimo solennych zapewnień, że coś z tym zrobi, nadal nie zmieniała swojego postępowania. W końcu przestała opowiadać Duńskiemu o swojej pracy i relacjach z koleżankami z salonu. W takich momentach rzeczywiście brakowało jej przyjaciółki, która wysłuchałaby jej i ją pocieszyła, nie prawiłaby jej morałów i nie kazała się ogarnąć. Joanna kochała Jakuba, ale łapała się na tym, że ma coraz większe opory przed zwierzaniem mu się ze swoich problemów. Miała już dość słuchania o tym, że znowu pozwoliła na to, by ktoś ją obrażał i naśmiewał się z niej, że powinna zareagować tak i tak, że czas przestać się nad sobą użalać. Zamiast tego codziennego kazania wolałaby po prostu, żeby ją przytulił i pomilczał razem z nią, by pozwolił jej być sobą.

Joanna zazdrościła Duńskiemu otwartości, silnego charakteru i pewności siebie, którymi skutecznie zjednywał sobie ludzi. Kuba nie miał zwyczaju martwić się długo jakimś problemem. Szukał rozwiązania, a jeśli go nie znajdował, czekał, aż sytuacja sama się wyjaśni. Asia próbowała postępować podobnie, ale wystarczyło, że powróciła myślami do kłopotu, który ją trapił, by zepsuł jej się humor. To również ukrywała przed swoim partnerem. Wiedziała, że Kuba zaraz zacząłby doszukiwać się przyczyny jej kiepskiego nastroju, a kiedy wyznałaby mu, że znowu chodzi o pracę, wpadłby w gniew. Joanna wolała tego uniknąć, dlatego albo zaszywała się z książką w kącie, albo prasowała stertę upranych ubrań. W ten sposób mogła w nieskończoność analizować kolejną przykrość, którą sprawiły jej koleżanki z salonu.

Asia zdawała sobie sprawę, że jedyne, co może uczynić, to po raz kolejny zmienić pracę. Miała jednak przeczucie, że na niewiele by się to zdało. Była pewna, że problem szybko powróci. Nie uważała się za znakomitą fryzjerkę, po prostu lubiła swój zawód. Z jakiejś nieznanej jej przyczyny klientki nie tylko wracały, ale wręcz nalegały, by to ona jej czesała, farbowała i strzygła. Prędzej czy później wzbudzało to niechęć pozostałych fryzjerek, którym nie podobał się fakt, że podczas gdy one siedziały i modliły się o jakąkolwiek klientkę, Asia z trudem doszukiwała się pustego miejsca w swoim grafiku. Witecka nie potrafiła znieść nienawistnych spojrzeń koleżanek. W akcie desperacji zaczęła nawet namawiać niektóre klientki, by skorzystały z usług jej koleżanek. Niestety, ta metoda nie podziałała, a niechęć pracujących z nią kobiet wzrosła jeszcze bardziej. W rezultacie Joasia opuszczała salon wyczerpana nie tylko ośmioma godzinami spędzonymi niemal w całości na stojąco, lecz także potwornym stresem. Wracała do domu pełna rezygnacji i smutku, zastanawiając się, czy powinna już rozsyłać CV, czy też poczekać jeszcze trochę, aż wydarzy się cud i jej koleżanki nagle zapałają do niej szczerą sympatią.

Wjeżdżając windą na swoje piętro, starała się uspokoić i przywołać na twarz chociaż cień uśmiechu. Nie chciała, aby Jakub zorientował się, że znowu rozmyślała o pracy. Dla niego wszystko było proste i klarowne. Każdy problem stanowił wyzwanie, a nie powód do zmartwień. Asia nie miała nic przeciwko takiej postawie, jednak sama nie potrafiła tak postępować. Kiedy po kilku udzielonych jej reprymendach, które on nazywał przejawem troski o nią, zorientowała się, że nie otrzyma od ukochanego tak potrzebnego jej wsparcia, nauczyła się udawać, że wszystko jest w porządku. Gdy Kuba z rzadka pytał ją o pracę i relacje z koleżankami, albo sprytnie zmieniała temat, albo wmawiała mu, że wszystko się jakoś ułożyło. Duński uśmiechał się z triumfem i powtarzał: „A nie mówiłem? Wystarczyło poczekać”.

Na początku czuła ogromne wyrzuty sumienia, że go okłamuje. Było jej z tym źle i bała się, że Jakub w końcu coś zauważy. Kiedy spostrzegła, że zupełnie przestał zajmować się tą sprawą, zrobiło jej się przykro.

Czasami, gdy zostawała sama w domu, zwijała się w kłębek na kanapie i płakała. Nad sobą, swoją nieszczęsną pracą, nad tym, że człowiek, któremu ufa i którego kocha, momentami wydaje jej się zupełnie obcy. Zastanawiała się, czy jej związek z Kubą ma jakąkolwiek przyszłość, skoro w trudnych chwilach nie mogła na niego liczyć. Owszem, na co dzień był troskliwy, czuły i opiekuńczy. Wiedziała, że kocha ją nad życie, że świata poza nią nie widzi. Dlaczego więc chwilami było jej to zupełnie obojętne, a perspektywa rozstania nie przerażała jej tak, jak dawniej? Jakub bagatelizował jej problemy w pracy, próbował ją zmieniać, ulepszać „dla jej własnego dobra”. Szkoda tylko, że nie zapytał, czy ona tego chce. W konsekwencji czuła się zaszczuta. W salonie otaczały ją koleżanki piranie, które tylko czekały na jej najmniejszy błąd, jakiekolwiek potknięcie. W domu natomiast musiała udawać rozluźnioną i radosną, mimo że najchętniej zaczęłaby wrzeszczeć i rzucać przedmiotami.

Nie miała komu zwierzyć się ze swoich problemów. Nie chciała martwić rodziców, którzy zaraz zaczęliby dopytywać się o wszystkie szczegóły i namawiać ją do powrotu do domu. Niby lubili Jakuba, ale wiedziała, że według nich zasługiwała na kogoś znacznie lepszego. Na początku patrzyli na ich związek z pobłażliwością. Byli przekonani, że Asia szybko znudzi się zwykłym „sprzedawcą telefonów” i znajdzie sobie nowego chłopaka. Kiedy zorientowali się, że Joanna na poważnie zakochała się w Duńskim, próbowali zniechęcić ją do Kuby. Wmawiali jej, że jest nieodpowiedzialny, zapatrzony w siebie, że kręci się wokół niego zbyt wiele kobiet. Równocześnie zapewniali córkę, że ma jeszcze czas i może poczekać na lepszego kandydata, że może mieszkać w domu rodzinnym, jak długo zechce.

Początkowo Joasia tylko przytakiwała rodzicom, żeby uniknąć otwartego konfliktu. Witeccy odebrali to jako zachętę do dalszego obmawiania Duńskiego i deprecjonowania go w oczach córki. Joasia rzadko sprzeciwiała się komukolwiek, a już szczególnie swojej matce i ojcu. Kiedy jednak usłyszała, że chyba nadszedł już czas, by oznajmiła swojemu chłopakowi, że z nim zrywa, poczuła, że pierwszy raz w życiu ogarnia ją niewyobrażalna furia. Jeszcze nigdy, nawet po śmierci Karola, nie czuła takiej złości na rodziców. Nie zamierzała im niczego tłumaczyć, nie była w stanie nawet na nich patrzeć. Wybiegła z domu, trzaskając drzwiami. Pojechała prosto do Jakuba i oznajmiła mu, że wyprowadza się z domu, że nie będzie dłużej tolerowała ich zachowania, że nie pozwoli, by jej rodzice dyktowali jej, co ma robić. Kuba spojrzał na Asię przeciągle, po czym parsknął śmiechem i ją pocałował. Przytulił dziewczynę do siebie i powiedział, że marzy o tym, by z nią zamieszkać.

Jeszcze tego samego dnia zaczęli szukać mieszkania do wynajęcia. Joanna do dzisiaj pamiętała miny rodziców, gdy oznajmiła im, że za kilka dni się wyprowadza. Witeccy spoglądali na nią z przerażeniem i niedowierzaniem. Kiedy dotarło do nich, że córka nie żartuje, zaczęli ją przepraszać. Obiecali, że zmienią swoje nastawienie względem Jakuba, byleby tylko ich nie zostawiała. Joanna była jednak nieugięta jak nigdy dotąd. Zdawała sobie sprawę, że jeśli tym razem się złamie, już nigdy nie znajdzie w sobie dość siły, by sprzeciwić się rodzicom i się usamodzielnić. Miała dwadzieścia sześć lat i serdecznie dosyć rodzicielskiej kurateli. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że wszystko, co robiła, konsultowała z matką albo ojcem, że ich zdanie było dla niej ważniejsze niż jej własne. Jeśli coś im się nie podobało, zniechęcali ją tak długo, aż sama w końcu zrezygnowała ze swojego zamiaru. Nie ugięła się tylko w dwóch kwestiach. Fryzjerstwa i Jakuba. To należało tylko do niej i rodzice nie mieli prawa kwestionować jej zdania.

Pierwsze dni po przeprowadzce wspominała jako sielankę. Oboje z Kubą nie mogli się sobą nacieszyć. Mieszkanie, a w zasadzie kawalerka, którą wynajęli, była dosyć przestronna i pomysłowo urządzona. Postawili na minimalizm, dzięki czemu zyskali więcej wolnego miejsca. Dzięki sprawnemu podziałowi obowiązków unikali niepotrzebnych spięć i lepiej się rozumieli. Z czasem wspólne mieszkanie nieco im spowszedniało, ale nie osłabiło bynajmniej ich uczuć. Joanna nigdy, nawet gdy byli pokłóceni, nie żałowała swojej decyzji. Dopiero teraz czuła, czym jest wolność i samodzielność. Nie musiała już wysłuchiwać niechcianych porad rodziców, liczyć się z ich opinią, znosić natrętnej obecności matki i ojca, gdy potrzebowała intymności, słowem – wreszcie mogła odetchnąć pełną piersią i zacząć żyć tak, jak chciała. Rozłąka z Witeckimi uświadomiła jej, że rodzice nieustannie trzymali ją pod kloszem, kontrolowali w obawie, że ją również mogą stracić. Skoncentrowali się na tym, zapominając, że ich córka była dorosłą kobietą, która świetnie umiała sama o siebie zadbać.

Każdego dnia oboje z Kubą dowiadywali się czegoś nowego o sobie, poznawali swoje zwyczaje i upodobania. Upływający czas utwierdził Joannę w przekonaniu, że dokonała dobrego wyboru, że wyprowadzka z domu rodzinnego była jej potrzebna. Z łatwością, o którą nawet by się nie podejrzewała, udawało jej się pogodzić obowiązki domowe z pracą. Mimo wewnętrznych lęków czuła się szczęśliwa jak nigdy dotąd.

15 kwietnia 1997 roku

Dzisiaj skończyłam trzynaście lat. Myślałam, że uda mi się przeżyć ten dzień bez durnych tortów i prezentów, ale oczywiście moi kochani rodzice postanowili odstawić przede mną coroczną szopkę pod tytułem: Kochamy się i jesteśmy idealnym małżeństwem. Czy oni uważają mnie za ślepą kretynkę? Myślą, że nie widzę, jak się kłócą, wyzywają, trzaskają drzwiami, jak ojciec coraz częściej nocuje na kanapie w salonie? Jak ja mogłam być taka głupia? Kiedy byłam dzieckiem, sądziłam, że mój tata jest aniołem, mama również, tylko takim nieco bardziej nerwowym. Nie domyślałam się, że już wtedy było między nimi źle, że udawali przede mną, żeby mnie nie denerwować, żebym nie dorastała w poczuciu, że moi rodzice się nienawidzą. Jak oni mogli mnie tak okłamywać? Dopiero teraz dostrzegam, jacy naprawdę są.

Mimo wszystko trzymam stronę ojca. Moja matka jest histeryczką, która coraz częściej zagląda do kieliszka. Gdy byłam mała, zastanawiałam się, czemu ciągle żłopie jakiś brązowy płyn z barku. Teraz już wiem. Kiedy tata wyjeżdża na delegację albo nie wraca na noc, matka zamyka się w sypialni i chleje na umór. Myśli, że niczego się nie domyślam, ale ja jestem sprytniejsza. Podglądam ją wtedy przez dziurkę od klucza. Wstydzę się za nią, za to, że jest taka słaba. Jak ojcu udało się z nią wytrzymać tyle lat? W dodatku ten jej chłód, niechęć, z jaką na mnie patrzy. Jakby żałowała, że mnie urodziła. A może tak jest, tylko nie ma w sobie tyle odwagi, by mi o tym powiedzieć?

Ostatnio oboje zrobili niezłe przedstawienie. Oczywiście myśleli, że już śpię, zupełnie jakbym była nieświadomym niczego noworodkiem. Było już późno, po dwudziestej trzeciej. Czytałam jeszcze książkę, chociaż coraz bardziej kleiły mi się oczy. Zamierzałam już odłożyć powieść, gdy nagle usłyszałam, że otwierają się drzwi wejściowe. Zamarłam i zaczęłam bacznie nasłuchiwać. Czyżby to tata? Mówił, że wróci z delegacji dopiero jutro. Na wszelki wypadek zgasiłam lampkę i schowałam się pod kołdrą. Jeśli matka tu zajrzy, pomyśli, że od dawna śpię.

Kiedy usłyszałam głos taty, w pierwszym odruchu chciałam się zerwać i pobiec się z nim przywitać. Powstrzymały mnie przed tym dwie rzeczy. Po pierwsze, zbliżające się kroki matki, która najwyraźniej również nie mogła zasnąć. Jak znam życie, pewnie piła jakiś mocny alkohol w sypialni. Po drugie, kłótnia, jaka się natychmiast wywiązała między rodzicami. To matka pierwsza przystąpiła do ataku. Niemal kipiała z wściekłości. Co za zołza! – pomyślałam i uniosłam się na łóżku, żeby lepiej słyszeć to, co działo się w salonie. Ojciec próbował ją uciszać, ale to ją jeszcze bardziej rozsierdziło. Krzyczała, że znowu wrócił wstawiony, że ma tego dość, że chce rozwodu, że jest pieprzonym dziwkarzem…

Musiałam zatkać na chwilę uszy, bo ogrom wyzwisk, które posypały się na tatę, przeraził nawet mnie. Matka straciła nad sobą kontrolę. Odsunęłam ostrożnie dłonie od uszu i nagle usłyszałam głos ojca. Nie brzmiał tak, jak zwykle. Był jakiś bełkotliwy, niewyraźny. Zorientowałam się, że tata rzeczywiście jest pijany. Nigdy dotąd nie wracał do domu w takim stanie. Owszem, podczas imprez rodzinnych czy świąt chętnie sięgał po kieliszek, ale robił to zawsze z umiarem. Teraz słychać było, że ledwie udaje mu się sklecić zdanie. Matka ignorowała jego próby wysłowienia się. Dalej szczekała na niego, wyrzucając z siebie wszystkie żale. W końcu ojciec nie wytrzymał i rozdarł się na nią. Kazał jej wypierdalać, jeśli jej się nie podoba.

Nie chciałam już tego dłużej słuchać. Naciągnęłam kołdrę na głowę i zwinęłam się w kłębek. Próbowałam zmusić się do snu, ale bezskutecznie. Serce waliło mi jak szalone, a oczy wypełniły się łzami. Bałam się, że zaraz się pobiją. Słyszałam przez kołdrę jakieś przytłumione dźwięki z salonu, ale stanowczo odechciało mi się podsłuchiwania. Uświadomiłam sobie z przerażeniem, że nasz dom już nigdy nie będzie taki jak dawniej.

Drgnęłam nerwowo, słysząc, że otwierają się drzwi do mojego pokoju. Zacisnęłam mocniej powieki i zaczęłam równomiernie oddychać, udając, że śpię. Nagle ktoś pocałował mnie delikatnie w skroń. Poczułam nieprzyjemną woń alkoholu. Z trudem powstrzymałam odruch wymiotny. Ojciec pogładził mnie po włosach, po czym wyszedł z pokoju. Podciągnęłam kolana pod brodę i wtuliłam się mocniej w poduszkę. Nie mogłam już powstrzymać płaczu, który niemal rozrywał mnie od środka. Jeszcze nigdy nie czułam się tak samotna, jak tamtej nocy.

Rozdział 2

Joanna szła powoli chodnikiem, wpatrując się bacznie w mijane witryny sklepowe. Wreszcie zatrzymała się przed bramą, nad którą dostrzegła tabliczkę z informacją, której poszukiwała. „Szkoła języka francuskiego” – przeczytała bezgłośnie i uśmiechnęła się mimowolnie. Zerknęła na zegarek, po czym nacisnęła guzik na domofonie. Po chwili znalazła się na dziedzińcu prowadzącym do starej kamienicy. Wdrapała się na drugie piętro i zastukała do drzwi, na których dostrzegła tę samą tabliczkę co na zewnątrz. Otworzyła jej miła starsza pani, w której Asia rozpoznała właścicielkę szkoły, panią Grażynę Dębicką.

– Dzień dobry, proszę wejść. – Kobieta uśmiechnęła się do Witeckiej. – Jest pani druga. Proszę dołączyć do pani Elwiry, pierwsza sala po prawej stronie. Zaczekamy jeszcze na dwie osoby i za dziesięć minut zaczynamy. Napije się pani czegoś? – Dębicka wskazała jej czajnik elektryczny.

– Nie, dziękuję. – Witecka powiesiła swój płaszcz na wieszaku i weszła do niewielkiego pokoju, w którym stało kilka stolików i krzeseł. Przed nimi znajdowało się biurko lektora, a za nim tablica. Na ścianach porozwieszane były obrazy francuskich malarzy oraz plakaty z mapami Francji i ciekawostki o tym kraju. Joasia dostrzegła leżące na niewielkim stoliczku czasopisma i dzienniki francuskie. Rozpoznała słynne „Le Monde” i „Le Figaro”, a także plotkarski „Paris Match”.

– Dzień dobry – przywitała się z siedzącą przy jednej z ławek młodą kobietą.

– Dzień dobry – odpowiedziała tamta i przesunęła na bok swoje rzeczy, robiąc miejsce dla Joasi.

Witecka skorzystała z zaproszenia i usiadła obok nowej koleżanki z kursu. Zerknęła na nią dyskretnie. Dziewczyna wyglądała na trzydzieści kilka lat. Szczupła szatynka o długich, prostych włosach związanych w luźny kucyk, ubrana w czarny golf i dżinsy. Nosiła okulary w metalowych oprawkach, co w połączeniu z jej strojem nadawało jej wygląd kujonki. Wydawała się cicha i nieśmiała, wręcz zamknięta w sobie.

Asia nie miała zwyczaju oceniać ludzi po pozorach. Jej zawód nauczył ją, że niemal każdy znacznie zyskuje przy bliższym poznaniu. Czasami trafiały jej się klientki, którym nie zamykały się buzie, no chyba że akurat przycinała im grzywkę. Bywały też takie, które milczały przez cały czas, nie wdając się w niepotrzebną konwersację. Najbardziej nie lubiła tych, które wchodziły do salonu i od progu mierzyły ją wzrokiem, jakby chciały dać do zrozumienia, że nie będzie czesała czy farbowała ich byle jaka fryzjerka. Takie panie obsługiwała zazwyczaj właścicielka. Dumne i wyniosłe, łaskawie zgadzały się na to, by zrobić im herbatę czy kawę. Asia rozumiała, dlaczego szefowa skacze dookoła nich cała w uśmiechach. Takie klientki zostawiały w kasie równowartość ich kilkudniowego utargu.

– Jestem Joanna. – Witecka wyciągnęła dłoń do siedzącej obok kobiety.

Ta spojrzała na nią z zawstydzeniem, ale szybko się zreflektowała i również podała jej rękę.

– Elwira Ratajska. – Jej dłoń była przesuszona i zimna, ale Joanna nie dała po sobie poznać, że to zauważyła.

– Też zakochałaś się we francuskim? – Uśmiechnęła się do nowej koleżanki. Mimowolnie zerknęła na jej włosy. Zawsze tak robiła, gdy z kimś rozmawiała. Kuba nazywał to zboczeniem zawodowym. Joasia wzruszała ramionami, ale nie zaprzeczała. Rzeczywiście, za każdym razem, kiedy na kogoś patrzyła, w myślach oceniała stan jego włosów i wskazywała ewentualne kuracje, jakie by mu się przydały. Potem myślała nad tym, które uczesanie byłoby najlepsze dla danej osoby. Czasami musiała dosłownie ugryźć się w język, by nie powiedzieć nagle swojemu rozmówcy, że ciemne włosy kompletnie mu nie pasują i najlepiej wyglądałby w rudym.

Teraz również zdusiła w sobie chęć doradzenia Elwirze, by nie wiązała włosów, skróciła je i przefarbowała na blond. Wyglądałaby obłędnie w lekkich falach do ramion. Zamiast tego szybko przeniosła wzrok na jej twarz.

– Tak, to piękny język. I trudny. – Ratajska uśmiechnęła się nieśmiało i opuściła głowę zawstydzona.

Joasia chciała zadać jej kolejne pytanie, ale w tym samym momencie usłyszała, że otwierają się drzwi. Do sali weszły dwie kobiety, obie mocno po czterdziestce. Przywitały się uprzejmie z Asią i Elwirą, po czym usiadły razem przy wolnym stoliku. Widać było, że dobrze się znają, gdyż rozmawiały ze sobą swobodnie i mówiły sobie po imieniu. Zaraz po nich do sali weszła właścicielka szkoły. W jednej ręce trzymała podręcznik, a w drugiej porcelanową filiżankę z herbatą.

– Bonjour, mesdames – odezwała się nienaganną francuszczyzną. – Comment allez-vous?

Półtorej godziny później Joanna i Elwira wyszły z kamienicy i ruszyły powoli ulicą.

– O rany, nie sądziłam, że mówienie po francusku może tak męczyć – westchnęła Witecka i spojrzała na nową znajomą. Podczas zajęć pracowały w parach, dzięki czemu Asia miała okazję lepiej poznać Elwirę. Zadanie nie było łatwe, gdyż mogły rozmawiać ze sobą jedynie po francusku. Mimo bariery językowej udało im się dowiedzieć nieco o sobie.

– To prawda. – Ratajska uśmiechnęła się blado do Joanny i poprawiła szalik.

– A zatem, jeśli dobrze zrozumiałam, pracujesz w bibliotece? – zapytała Joasia ze śmiechem.

Elwira również się roześmiała i pokiwała głową.

– D’accord! A ty jesteś fryzjerką?

– Oui! – Joanna zatrzymała się i zerknęła na zegarek. – Ja skręcam w prawo. Mieszkam na Malczewskiego, więc tędy mam najbliżej.

Elwira kiwnęła głową ze zrozumieniem. Witeckiej wydawało się, że jej nowa koleżanka wyraźnie posmutniała. Czyżby aż tak podobało jej się towarzystwo Asi?

– Albo wiesz co? – Joasia uśmiechnęła się szelmowsko. – Mam wielką ochotę na filiżankę czekolady i kawałek ciasta. Tu niedaleko jest fajna kawiarnia. Co ty na to?

Ratajska omal nie klasnęła w dłonie z zachwytu.

– Świetny pomysł! – powiedziała podekscytowana.

Dziesięć minut później siedziały w przytulnej kawiarence na Moniuszki i popijały gorącą czekoladę, zajadając przy tym ciasto marchewkowe.

– Od dziecka uwielbiam czytać. – Elwira upiła łyk z filiżanki i uśmiechnęła się z rozmarzeniem. – To była i jest moja największa pasja. Praca w bibliotece jest oczywistym następstwem moich zainteresowań. Wiedziałam, że zostanę albo nauczycielką polskiego, albo bibliotekarką.

Joasia zjadła ostatni kawałek swojego ciasta i oparła się wygodnie o kanapę.

– Tak, książki to cudowny wynalazek. Mogłabym czytać godzinami, ale niestety, moja praca sprawia, że wracam codziennie wykończona z paskudnym bólem kręgosłupa. Jeśli uda mi się przeczytać choć parę stron przed snem, to już jest sukces! – roześmiała się. – Mój chłopak zrobił mi kiedyś zdjęcie, jak śpię wtulona w Czarną Madonnę Mroza.

Elwira wyprostowała się gwałtownie i chrząknęła.

Joanna zauważyła nagłą zmianę w zachowaniu koleżanki i natychmiast spoważniała. Czyżby uraziła czymś Ratajską? Powiedziała coś niestosownego?

– Coś się stało? – zapytała niepewnie.

Elwira pokręciła głową, po czym spojrzała na zegarek.

– Na mnie już czas. Robi się późno.

Joasia kiwnęła głową i rozejrzała się po lokalu, szukając kelnerki.

– Może wymienimy się telefonami, co? – Popatrzyła pytająco na Ratajską. Widząc jej zdumione, wręcz wrogie spojrzenie, zawstydziła się swojej propozycji. – To może następnym razem? – Uśmiechnęła się do Elwiry, czując, że gwałtownie się czerwieni. Na szczęście z opresji wyratowała ją kelnerka, która podeszła do ich stolika.

– Czy życzą sobie panie coś jeszcze? – zaszczebiotała, spoglądając na obie.

– Prosimy o rachunek – powiedziała oschle Elwira.

– Oczywiście. – Kelnerka nadal nie przestawała się uśmiechać, ale na jej policzkach wykwitły dwa rumieńce.

Joanna poczuła się nieswojo. Zachodziła w głowę, co spowodowało, że jej koleżanka z kursu nagle zrobiła się taka nieprzyjemna.

– Na pewno wszystko w porządku? – upewniła się Asia.

Ratajska skinęła głową i uśmiechnęła się wymuszenie do Witeckiej.

– Tak. Przepraszam, rozbolała mnie głowa. Najlepiej będzie, jak wrócę do domu i się położę.

– Może wezwę ci taksówkę? – Joanna popatrzyła z troską na pobladłą kobietę.

– Nie, nie trzeba. Przejdę się, to mi dobrze zrobi.

Kiedy znalazły się na zewnątrz, zapięły dokładnie płaszcze i poprawiły szaliki. Był koniec września i choć w ciągu dnia przyjemnie świeciło słońce i było ciepło, wieczory stawały się już zdecydowanie chłodne.

– To w takim razie… Do zobaczenia w czwartek na kolejnych zajęciach. – Joanna uśmiechnęła się delikatnie do koleżanki i ruszyła w stronę przejścia.

– Asia! – usłyszała nagle jej głos.

– Tak? – Odwróciła się i popatrzyła na Ratajską.

Elwira była od niej wyższa o dobre dziesięć centymetrów i znacznie szczuplejsza. Gdyby tylko zmieniła kolor włosów, byłaby piękną kobietą, pomyślała Joanna i natychmiast zganiła się za to, że znowu patrzy na ludzi swoim fryzjerskim okiem.

– To co, wymieniamy się numerami? – Elwira uśmiechnęła się do niej i wyciągnęła telefon z kieszeni.

Witecka z trudem ukryła zaskoczenie. Niespełna dziesięć minut temu Ratajska udawała, że nie usłyszała jej propozycji i patrzyła na nią, jakby Joanna wymordowała jej pół rodziny, a teraz jak gdyby nigdy nic uśmiechała się i dyktowała jej swój numer.