Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
1053 osoby interesują się tą książką
Romans mafijny autorki powieści Król południa z motywem age gap.
Bailey dorasta w cieniu tragedii – po stracie rodziców jej życie wypełniają bieda, strach i nieustanna walka o przetrwanie. Mimo trudności trzyma się jedynej osoby, która nigdy jej nie opuszcza – przyjaciółki. Może na nią liczyć w każdej chwili.
Jedna noc, jedna decyzja i jedno spotkanie wystarczą, by znany jej świat przestał istnieć. W dniu dwudziestych pierwszych urodzin Bailey pozwala uwieść się nieznajomemu mężczyźnie, a skutkiem upojnej nocy okazuje się ciąża.
Wkrótce wychodzi na jaw, że ojcem dziecka jest trzydziestoczteroletni Greyson Cole Arden, boss Umbry, bezwzględnej organizacji, przed którą drży całe Las Vegas. A Bailey wie, że ludzie tacy jak on nie lubią niespodzianek.
Dziewczyna zostaje wciągnięta w rzeczywistość pełną tajemnic, przemocy i zasad niezrozumiałych, lecz dających szybką lekcję, że w tym świecie nie ma miejsca na słabość.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 500
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Katarzyna Małecka
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Strączyńska
Korekta: Karina Przybylik, Agnieszka Zwolan, Emilia Ziarnik
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-680-0 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Epilog
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Drogi Czytelniku!
Wszystkie wydarzenia, postacie i instytucje przedstawione w tej książce są wytworem mojej wyobraźni. Świat Umbry, jej rytuały, konflikty i tajemnice nie mają odpowiedników w rzeczywistości. Każde podobieństwo do prawdziwych osób, miejsc czy organizacji jest całkowicie przypadkowe.
Szczęście bywa ulotne.
Jednego dnia uśmiechamy się od ucha do ucha, mówimy dzień dobry mijanym na ulicy ludziom, nucimy pod nosem piosenkę, która wcześniej nas drażniła. Czujemy, że coś nas uskrzydla, nawet lodowaty deszcz spadający na skórę, zostawiający po sobie mokre ślady, nie jest w stanie zepsuć cudownego nastroju.
Szczęście bywa ulotne.
Wystarczy jedna chwila, by wszystko, co dobre, uciekło w siną dal, a kolory zastąpiła czerń. I ta jedna chwila zniszczyła wszystko. Nagle moje poukładane, beztroskie życie uległo zmianie, a ja mogłam tylko stać i patrzeć na wieczne kłótnie rodziców, odwiedzających nasz dom obcych ludzi, rozpacz wymalowaną na twarzy matki.
Byłam zagubiona po opuszczeniu naszego dużego, pięknego domu, pokoju pomalowanego na różowo, kolegów ze szkoły i ulubionego placu zabaw. Moje zagubienie tylko się pogłębiło, gdy niespodziewanie przenieśliśmy się do totalnej nory, na której widok poczułam gęsią skórkę. Miałam dwanaście lat, niewiele rozumiałam z tego, co się dzieje, bo rodzice niczego mi nie wytłumaczyli. Po prostu z dnia na dzień wszystko się zmieniło.
Był czas, kiedy myślałam, że los jeszcze się odwróci, znowu zaświeci słońce, na mojej twarzy ponownie zagości uśmiech i będę tym dzieckiem, którym byłam niedawno. Czas mijał, leciały rok za rokiem, a nadzieja umierała. Bieda i brak pracy pogłębiały depresję matki oraz alkoholizm ojca. Chodziłam głodna, zziębnięta, w podartych spodniach i butach mających dobre czasy dawno za sobą.
Pewnego dnia zapytałam mamę, dlaczego tak się stało. Dlaczego straciliśmy nasz piękny dom i trafiliśmy do tej rozpadającej się ruiny. Z bladym uśmiechem wytłumaczyła, jak firma, odziedziczona przez ojca po dziadku, bankrutuje. Zrozumiałam wtedy, jak wiele nadmiar pieniędzy może zmienić w życiu człowieka. Ojciec nie potrafił poradzić sobie ze spadkiem, z prowadzeniem firmy, i zamiast stanąć na wysokości zadania, z dnia na dzień rujnował to, na co ciężko pracował dziadek.
Najłatwiej było uciec w alkohol, zapomnieć, odciąć się od problemów, dłużników nachodzących nas nawet w nocy, szemranych typów, zostawić żonę i córkę samym sobie.
Mimo beznadziejnej sytuacji mama wciąż powtarzała, że jeszcze będzie lepiej.
Nie było.
Sześć dni po moich osiemnastych urodzinach odebrała sobie życie, a wkrótce potem ojciec zapił się na śmierć.
Zostawili mnie na tym parszywym świecie całkiem samą. Bez środków do życia, w ruderze bez ogrzewania i krewnych. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to samobójstwo. Czyż to nie piękne po prostu zniknąć, nic nie czuć, nie martwić się o jedzenie, ubrania, pieniądze?
Śmierć rodziców przygniotła mnie niczym tona kamieni, tęsknota za mamą i jej dobrym sercem rwała moje własne na kawałki. Rozpacz, bezsilność i strach towarzyszyły mi każdego dnia. Nie miałam pojęcia, co zrobić, by… przeżyć. Nagle musiałam troszczyć się o samą siebie, utrzymać dach nad głową i mieć czym zapełnić żołądek. Prawdziwe życie uderzyło mnie prosto w twarz. Przekonałam się, że wakacyjne rozwożenie porannej prasy to błahostka w porównaniu z tym, z czym musiałam się zmierzyć. Nie potrzebowałam dwudziestu dolarów kieszonkowego. Potrzebowałam dobrej wypłaty, dzięki której nie wyląduję pod mostem.
To właśnie tam poznałam Tillie.
Wracałam ze szkoły, kiedy niespodziewanie dobiegł mnie cichy szloch. Podeszłam do dziewczyny, usiadłam na kawałku mokrego kartonu i po prostu ją przytuliłam. Kiedy spojrzała na mnie oczami ciemnymi jak noc, poczułam w sercu coś dziwnego – potrzebę niesienia pomocy. Sama nie posiadałam zbyt wiele, ale zaproszenie Tilly do mojego życia wydawało się tak naturalne jak oddychanie. Od tego czasu stałyśmy się nierozłączne.
Obie porzucone, w potrzebie, samotne.
Stałyśmy się dla siebie wsparciem, podtrzymywałyśmy się na duchu, kiedy przychodziły dni tak beznadziejne, przepełnione smutkiem i rezygnacją, że obie płakałyśmy w swoich ramionach, aż potem bolały nas płuca. Mimo trudności przyjaciółka wierzyła, że jeszcze zaświeci dla nas słońce, przyjdą dobre dni wypełnione uśmiechem i szczęściem. Trudno było w to uwierzyć, skoro los wciąż rzucał nam kłody pod nogi, jednak gdy jej słuchałam, jakaś część mnie miała iskierkę nadziei.
Nadziei, która umarła w dniu, w którym na mojej drodze stanął Greyson Cole Arden.
To był początek końca.
Bailey
Wsuwam dłonie do znoszonej, skórzanej kurtki i chowam twarz w kołnierzu. Próbuję osłonić się przed wiatrem, który daje w kość. O tej porze panuje straszny ruch, na chodnikach tłoczą się piesi, samochody stoją w korkach, a od ciągłego trąbienia klaksonów boli mnie głowa. Najchętniej wróciłabym do swojego obskurnego, zimnego mieszkania, wsunęła się pod kołdrę i zasnęła. Najlepiej na całe życie. Brzmi dobrze, niestety nie mogę sobie na to pozwolić. Czeka mnie kolejna w tym tygodniu rozmowa w sprawie pracy, której pewnie i tak nie dostanę. Kto zechciałby zatrudnić dziewczynę bez doświadczenia, w dodatku taką, która ukończyła tylko szkołę średnią? Nie stać mnie na studia, dlatego musiałam odpuścić. Tak jak Tillie.
Na myśl o przyjaciółce pęka mi serce.
Gdy trzy miesiące temu oznajmiła mi, jak będzie zarabiać na życie, musiałam usiąść, bo nagle zabrakło mi sił. Od jakiegoś czasu przebąkiwała o zawodzie, przed którym broniłam się z całych sił, lecz byłam pewna, że się nie zdecyduje.
Nie zniosłabym dotyku obcych, obleśnych mężczyzn, płacących za moje ciało. Bez względu na to, jak jest ciężko, nie potrafię nawet o tym myśleć, choć wystarczyłoby rozłożyć nogi i zająć głowę czymś innym, póki klient nie skończy. Kilka minut w zamian za trochę pieniędzy na przeżycie kolejnego miesiąca. To nic trudnego. Tillie nie ma z tym problemu. Z uśmiechem na ustach wraca do naszego mieszkania i wyjmuje z kieszeni sporą sumkę. Pracuje przez całą noc… Jakim cudem w ogóle nie narzeka? Odczuwam potworne wyrzuty sumienia, że to ona opłaca te marne cztery kąty, kiedy ja snuję się po mieście, żebrząc o pracę. Godną, normalną, która nie sprawi, że będę czuła się jak tania dziwka.
Docieram na miejsce parę minut przed czasem. Otwieram drzwi, wchodzę do środka i rozglądam się po pomieszczeniu. Przy recepcji dostrzegam młodą dziewczynę ubraną w jasnoniebieski fartuch. Ruszam w jej kierunku, mając nadzieję, że pokieruje mnie dalej.
Kiedy tylko słyszy kroki, unosi głowę znad monitora.
– Dzień dobry – witam się niepewnie. – Mam rozmowę o pracę.
– Ach, oczywiście! Pan Callahan już czeka. Pokój numer sześć znajduje się na końcu korytarza po lewej stronie. Powodzenia!
Dziękuję uśmiechem, po czym ruszam we wskazanym kierunku.
Przychodnia jest niezbyt duża, ale schludna. Ściany, na których powieszono plakaty informacyjne, zostały pomalowane na piękny, uspokajający odcień błękitu. Przy każdym gabinecie stoi mały stolik z karafką wody. Jest tu czysto, pachnie świeżością, a to dobry znak. Widać, że ktoś dba o to miejsce.
Znalazłam to ogłoszenie wczoraj wieczorem, kiedy leżałam w wannie z telefonem Tillie. Poszukiwali kogoś do sprzątania oraz ogólnej pomocy, dlatego musiałam spróbować, choć po ostatnich porażkach nie jestem optymistycznie nastawiona. To były trudne trzy lata, z każdym niepowodzeniem grunt coraz bardziej osuwał mi się spod nóg. Przez ostatni miesiąc zaznałam odrobiny stabilności, lecz tydzień temu straciłam pracę w kwiaciarni, gdzie pomagałam miłej starszej pani. Ze względu na słaby utarg niestety musiała zamknąć to cudowne, pachnące kwiatami miejsce. A ja znów zaczynam od nowa.
Nie liczę jednak na wiele.
Staję przed odpowiednimi drzwiami, biorę kilka głębokich oddechów, następnie pukam i wchodzę dopiero, gdy słyszę męskie, ostre „Wejść!”. Cała się napinam. Do tej pory nie denerwowałam się rozmową, ale przez ten głos czuję napięcie.
Wchodzę do pomieszczenia i staję oko w oko z przystojnym, młodym mężczyzną. Ubrany w białą, idealnie wyprasowaną koszulę, szarą kamizelkę oraz krawat, wskazuje dłonią na stojące naprzeciwko biurka krzesło. Zajmuję je z dozą niepewności, wpatrując się w zimne, niemal czarne oczy. Znam takich typów, już miałam z nimi do czynienia. Pewni siebie, męscy, lubiący zaznaczać swoją pozycję. Złe przeczucia wiercą mi dziurę w brzuchu.
Żadne z nas nic nie mówi, w pokoju panuje taka cisza, że usłyszelibyśmy muchę. Żołądek skręca mi się z nerwów. Nie przepadam za tak napiętą atmosferą, a Callahan wie, jak ją zbudować bez wypowiadania przy tym słowa.
– No dobrze… – zaczyna wreszcie. – Nazywam się David Callahan. A pani?
– Bailey Sinclair – odpowiadam.
– W porządku. Poproszę o twoje CV. – Wystawia dłoń, na której dostrzegam podłużną bliznę oraz ślad po poparzeniu.
Sięgam do torebki, wyjmuję kartkę włożoną w koszulkę i podaję mężczyźnie.
Pracowałam bez przerwy przez ostatnie trzy lata, lecz nie mogę pochwalić się sukcesami. To były jedynie dorywcze zajęcia, byle tylko zarobić trochę pieniędzy.
Widzę rozczarowanie na przystojnej twarzy mężczyzny. Ściąga brwi, lekko kręci głową, aż w końcu cmoka ustami. Przyszła do niego dziewczyna bez wyższego wykształcenia, która pracowała na zmywaku, wyprowadzała psy i sprzątała magazyny.
– Doświadczenie jakieś masz, chociaż wykształcenie marne – kwituje.
Te słowa są dla mnie jak uderzenie obuchem.
Wbijam paznokcie we wnętrze dłoni, próbując opanować nerwy, ale marnie mi idzie.
Czuję wstyd oraz żal, że nie zrobiłam dla siebie więcej. Więcej, by rynek pracy mną nie gardził. Starałam się, jak mogłam, wypruwałam sobie żyły, ale prawda jest smutna. Jeśli nie masz doświadczenia – nie masz pracy. Jeśli nie masz pracy – nie zdobędziesz doświadczenia. Tak wygląda rzeczywistość.
– Nie szkodzi – rzuca papiery na stół, a ja aż podskakuję. – Do tego stanowiska nie trzeba kończyć Harvardu. To praca na cały etat. Jesteś dyspozycyjna?
– Tak. Mogę pracować codziennie.
– Nie podjęłaś studiów, tak?
– Mam trudną sytuację, dlatego potrzebuję tej pracy. Zamierzam studiować, ale jeszcze nie teraz.
– Rozumiem. – Siada głębiej w fotelu, masując brodę.
Od intensywnego spojrzenia mężczyzny moje policzki zaczynają parzyć.
Nie lubię przebywać wśród ludzi, ani z nimi rozmawiać, bo nie mam o czym. Przez ostatnie lata stałam się wyrzutkiem, prócz Tillie nie mam przyjaciół. Nie mam też zainteresowań, które mogłabym zgłębiać.
Czy Callahan właśnie tak mnie widzi? Jako nieudacznika nadającego się wyłącznie do pracy na miotle?
Ta myśl jest okropna, wręcz ściska mnie od niej w żołądku i robi mi się niedobrze.
Kiedyś miałam wielkie plany. Marzyłam o otwarciu własnego biura architektonicznego, miejsca, gdzie mogłabym tworzyć projekty, wizualizować marzenia klientów. Wierzyłam, że pewnego dnia podpiszę projekt własnym nazwiskiem i będę z tego cholernie dumna. Jako dziewczynka uwielbiałam rysować, a mama powtarzała, że w przyszłości wiele osiągnę.
Życie jednak szybko zweryfikowało marzenia. Zamiast idealnych brył i eleganckich wizualizacji – samotność, łzy, strach oraz prace mające niewiele wspólnego z architekturą. Najgorsze było jednak to, że straciłam wiarę w siebie i w swój powrót na odpowiednią ścieżkę.
– Dobrze, Bailey. Oczekiwałem więcej chętnych, ale widocznie nikomu nie chce się pracować za takie pieniądze – stwierdza nonszalancko.
Mam ochotę rzucić się na niego i wydrapać ciulowi oczy!
Za takie pieniądze?! Dla mnie każdy cent jest na wagę złota – od niego zależy, czy będę miała co jeść, czy zapłacę rachunki, czy w ogóle przetrwam do kolejnego miesiąca. David nie wygląda na kogoś, kto kiedykolwiek musiał martwić się o pieniądze – i widać to w każdej jego manierze. Rzuca głupie teksty, jakby był oderwany od rzeczywistości. Każde słowo pełne jest samozadowolenia, jakby wszystko, co trudne, było tylko kwestią wyboru, a nie konieczności.
Nie polubimy się.
– Wezmę cię na okres próbny, który będzie trwał trzy tygodnie – oznajmia po trwającej wieki ciszy. – Zobaczymy, jak sobie poradzisz. Jeśli dobrze ci pójdzie, zostaniesz na stałe. Zaczynasz jutro o ósmej rano.
Przez chwilę siedzę nieruchomo, nie mogąc w to uwierzyć. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, szczególnie po tym, co powiedział. Mimo to czuję szczęście. Wreszcie się udało, wreszcie jakieś dobre wiadomości.
– J-jasne – dukam. – Będę na czas. Dziękuję za szansę.
– Jeszcze nie masz za co. Jak wspomniałem, zobaczymy, jak się sprawdzisz. Jeśli ci zależy, naprawdę się postaraj. Jasne?
– Oczywiście! – odpowiadam entuzjastycznie.
– Na razie dostaniesz czternaście dolarów za godzinę. Jeśli się spiszesz, pogadamy.
Przytakuję, wykręcając palce ze szczęścia.
Tillie mi nie uwierzy!
***
Wpadam do domu jak tornado. Zbyt mocno trzaskam drzwiami, które ledwie trzymają się w zawiasach, i biegnę do pokoju przyjaciółki. Dziewczyna leży w łóżku, kiwa głową do rytmu piosenki lecącej ze słuchawek i przegląda coś w telefonie. Być może za kilka miesięcy, jeśli Callahan będzie ze mnie zadowolony, będę mogła pozwolić sobie na własny smartfon. Swój pierwszy dostałam na dziesiąte urodziny. Był to stary model, mocno zamulający, zapewne z toną wirusów, mimo to doceniłam gest taty. Wymienił go na nowszy, błyszczący model, z mnóstwem bajerów i skórzanym etui. Po tym, jak stracił firmę, sprzedał go, by mieć na alkohol. Nie oszczędził nawet tego, który mi podarował.
– Co się tak szczerzysz? – Głos przyjaciółki przywraca mnie do rzeczywistości.
Zrzucam buty, wskakuję na niewielkie łóżko, następnie przytulam się do jej boku. Nie pisnęłam słowem o rozmowie o pracę, by nie zapeszyć.
– Jezu Chryste, Bails! Zgniatasz mnie! – oburza się, próbując mnie zrzucić.
Nie ma szans. Jestem od niej znacznie silniejsza.
– Dostałam pracę! – piszczę podekscytowana.
Tillie ściąga brwi, przyglądając mi się nieufnie.
– W uroczej przychodni – dodaję.
Widzę, jak twarz przyjaciółki się rozluźnia.
– To wspaniale, kochanie. To naprawdę… cudowna wiadomość – dodaje ze łzami w oczach. Przytula mnie mocno i czule głaszcze po plecach. – Widzisz? Mówiłam, że wszystko się ułoży. Wiatr nie może wiecznie wiać nam prosto w oczy, nadeszła pora na lepsze czasy – mówi rozmarzona.
Do lepszych czasów podchodzę z rezerwą.
Zbyt wiele razy się nie udało i teraz może być tak samo.
***
Następnego dnia stawiam się w pracy punktualnie. Podekscytowana, z dobrym nastawieniem, wkładam przeznaczony dla mnie fartuch z logiem przychodni. Pasuje idealnie, jest nowy i pachnący. Kiedy staję przed lustrem i wygładzam materiał, czuję się jak w najdroższej kreacji od znanego producenta. To głupie, bo przecież kawałek materiału za kilka dolarów to nic wielkiego. Dla kogoś innego. Dla mnie ta praca to wszystko. Dzięki niej mogę wreszcie osiąść gdzieś na stałe, pracować w fajnym zespole, nawet jeśli będę tutaj tylko sprzątać.
Karina, recepcjonistka, która wczoraj miło mnie przywitała, zaczyna oprowadzanie po całym budynku. Do otwarcia pozostało zaledwie kilka minut, lecz ona cierpliwie tłumaczy, co gdzie się znajduje, i na czym będzie polegać moja praca.
Jak się okazuje, jestem tutaj od wszystkiego. Od dbania o porządek, czyli: mycia podłóg, odkurzania, czyszczenia poczekalni i gabinetów, dezynfekcji sprzętu medycznego, uzupełniania środków higienicznych, na segregowaniu dokumentów datami, kserowaniu i robieniu kawy kończąc. Brzmi wręcz jak marzenie! Nie sądzę, bym miała jakiekolwiek problemy. Ta myśl sprawia, że zaczynam bardziej wierzyć w pozostanie w tym miejscu nieco dłużej niż na okres próbny.
– Wszystkie potrzebne przybory znajdziesz w magazynie. Jeśli uporasz się z pracą, zajrzyj do mnie, a na pewno znajdzie się coś nowego. Jeśli będziesz miała pytania, pytaj. Nikt tutaj nie gryzie – dodaje z uśmiechem.
Lubię ją. Myślę, że się dogadamy.
– Dziękuję. Na pewno zapytam.
– Super! Wracam na recepcję, bo trzeba otworzyć przychodnię. Ach, i pamiętaj o przerwie na lunch. Nie pomijaj jej, Bailey. – Grozi mi palcem i odchodzi.
Zaciskam usta, a potem cichutko piszczę z radości.
***
Przez kolejne trzy tygodnie daję z siebie sto dziesięć procent. Rzetelnie wykonuję obowiązki, nigdy się nie spóźniam, uśmiecham się do siedzących w poczekalni pacjentów. Segreguję dostawy środków czystości, dezynfekuję sprzęt, co okazuje się prostsze, niż sądziłam. Kiedy uporam się z tymi zajęciami, kseruję mnóstwo dokumentów i układam je w teczkach według alfabetu. Szybko zapoznałam się z budynkiem składającym się z parteru i pierwszego piętra. Właśnie tam znajduje się poradnia dermatologiczna, gabinety chirurga oraz kardiologa. To całkiem sporo przestrzeni do wysprzątania, lecz nie narzekam.
Poznałam już cały personel, który przyjął mnie bardzo ciepło. To takie miłe móc porozmawiać z ludźmi, trochę się pośmiać, posłuchać ich opowieści. Robert, młody pielęgniarz, zawsze poprawia mi humor, bo opowiada niestworzone historyjki. Olivia twierdzi, że ściemnia, byle się przypodobać, ale nie dbam o to. Po prostu go słucham, uśmiechając się od ucha do ucha.
Nic nie przynosi mi jednak więcej radości niż umowa, którą podpisuję po okresie próbnym. Dostałam nawet pochwałę od Callahana, czym pozytywnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się po nim takiego gestu, szczególnie że nie zrobił na mnie dobrego pierwszego wrażenia. Oczekiwałam kontroli, testów, czy sobie radzę, lecz nic takiego nie miało miejsca. Pogratulował mi, poklepał po ramieniu i wyszedł, zostawiając za sobą mocny zapach perfum.
Byłam szczęśliwa. Pierwszy raz od dłuższego czasu.
Nawet Tillie zauważyła zmianę w moim zachowaniu. Wczoraj wieczorem, kiedy pozwoliłyśmy sobie na lampkę wina, stwierdziła, że jestem inna – weselsza, rozpromieniona, szczęśliwsza. Chyba ma rację, bo pierwszy raz czuję, jakbym była we właściwym miejscu z odpowiednimi ludźmi. Może ta praca nie jest szczytem marzeń, ale od czegoś trzeba zacząć. Nie brakuje mi cierpliwości, mam świadomość, że na dojście do celu potrzeba czasu, a ja jestem młoda i zdrowa. Być może niebawem będę mogła pójść na wymarzone studia.
***
Po przekroczeniu progu mieszkania zrzucam trampki, wchodzę do małej kuchni i odkładam zakupy na blat. Jest prawie południe, przez niespodziewaną awarię prądu przychodnia została wcześniej zamknięta, a ja zyskałam nieco dłuższy weekend.
Otwieram butelkę jogurtu truskawkowego, a potem zmierzam do pokoju przyjaciółki. Bez pukania wchodzę do pomieszczenia, następnie siadam na skraju materaca. Tillie wróciła o trzeciej nad ranem. To normalne, że przesypia pół dnia, bo wieczorem znów ma zmianę w klubie. Na widok banknotów leżących na stoliku nocnym jogurt staje mi w gardle.
Jestem z niej dumna, ponieważ pracuje w naprawdę fajnym klubie, z ochroną, klientami VIP oraz dziewczynami, które nie skaczą sobie do gardeł. Moja przyjaciółka jest piękna, wystarczyło zmyć z niej brud, zafundować kilka zabiegów, a klienci oszaleli na jej punkcie. Szef Tillie jest z niej cholernie zadowolony i wciąż powtarza, że nigdy nie pozwoli jej odejść, co według mnie nie brzmi zbyt dobrze.
Jednocześnie czuję wstręt i gniew, bo moja dwudziestodwuletnia przyjaciółka, tak młoda i piękna, zarabia na życie, sprzedając swoje ciało. Mam ochotę krzyczeć na tę cholerną niesprawiedliwość, lecz wiem, że to nic nie da. Tillie wsiąkła w ten świat. Podoba jej się przepych panujący w klubie, bogaci, przystojni klienci, bo tylko takich szef do niej dopuszcza. Nigdy nie obsługuje tych mniej zadbanych, przychodzących jedynie po to, by zanurzyć fiuta w cipce i spuścić nagromadzone ciśnienie.
To jedyna pocieszająca informacja w tej popieprzonej sytuacji.
– Powinnam się martwić, że gapisz się na mnie jak jakiś świr? – Zaspany głos Tillie wyrywa mnie z transu.
Potrząsam głową, wracam do rzeczywistości i spoglądam na dziewczynę. Jej potargane, ciemne włosy sterczą na wszystkie strony, odrobina tuszu, którego widocznie nie domyła nad ranem, rozmazała się na policzku tuż obok odbitego śladu poduszki.
Nawet w takim wydaniu wygląda pięknie.
– Wybacz, zamyśliłam się. – Puszczam jej oczko. – Jak się masz?
– Jestem styrana jak koń po westernie. – Wzdycha i przekręca się na plecy. Unosi ręce nad głowę i przeciąga się, aż coś strzyka jej w kościach. – Mam wolny weekend.
– To dobrze. Musisz odpocząć, inaczej zajedziesz się na śmierć.
– Do śmierci jeszcze daleka droga. – Parska, po czym chwyta jogurt z mojej dłoni i wypija resztę. – Jezu, bolą mnie wszystkie kości. Klient nieźle sobie dzisiaj poużywał.
Zakładam kosmyk włosów za ucho, a moje policzki nagle robią się ciepłe.
Rzadko rozmawiamy o szczegółach pracy Tillie, nie dopytuję o klientów, o to, co z nimi robi, w jakiej pozycji i jak długo. Moje życie seksualne nie istnieje, więc nie mam pojęcia, jaki tak naprawdę jest dobry seks.
Przeżyłam go tylko raz, ponad trzy lata temu, kiedy stałam się pieprzonym zakładem dla Oscara Donelly’ego – gwiazdy koszykówki. Nie miałam pojęcia, że pogrywa ze mną tak brzydko, a te kilka randek, na których mnie oczarował i zafascynował, było tylko jego teatrzykiem. Odebrał mi dziewictwo na jednej z szalonych imprez. Omamił alkoholem, a potem zaciągnął do pokoju na piętrze i po prostu zerżnął.
Zapamiętałam wszystkie chwile, lecz nie wspominam ich dobrze.
Od tamtej pory unikałam facetów jak ognia, a po śmierci rodziców seks to ostatnie, o czym byłam w stanie myśleć. Dlatego zastanawiam się, jak to jest współżyć z kimś, kto daje ci przyjemność, nie ból. Kto pieści ciało z uczuciem, nie byle jak. Czy dotyk męskich dłoni wywołuje ciarki na skórze, moczy bieliznę i stawia sutki na baczność?
– Jesteś czerwona jak burak! – Przyjaciółka nabija się ze mnie bez grama litości. Opiera plecy o wezgłowie, odkrywa kołdrę i bawi się rąbkiem kusej koszulki. – Masz dwadzieścia jeden lat, Bay, a nadal nikt cię porządnie nie wytarmosił.
– Wytarmosił? Co, do cholery, Tills?
Podrywam się na równe nogi i podchodzę do okna, byle ukryć zawstydzenie.
– No dobra, nie zerżnął – poprawia się ze śmiechem. – Serio, powinnaś spróbować, zaszaleć, pójść na całość. Mogę zabrać cię do klubu, jeśli chcesz.
Co takiego?! Z rozchylonymi w szoku ustami gwałtownie odwracam się w stronę przyjaciółki, a ona wybucha śmiechem. Nie mam pojęcia, co się dzisiaj z nią dzieje, skoro gada takie głupoty! Jak miałabym się oddać pierwszemu z brzegu mężczyźnie? Nie jestem panienką na jedną noc, wolałabym darzyć kogoś uczuciem, niż rozkładać nogi przed nieznajomym.
– Według ciebie mam się przespać z byle kim?
– Tam od razu z byle kim! – Prycha, machając dłonią. Obserwuję, jak wstaje z łóżka i do mnie podchodzi, a następnie ujmuje moją twarz w dłonie. – Obie wiemy, że na horyzoncie nie ma żadnego odpowiedniego kandydata, a do klubu przychodzą ciacha, buraczku. Jestem pewna, że odrobina zabawy ci nie zaszkodzi. W końcu dzisiaj są twoje urodziny!
Cholera, kompletnie o nich zapomniałam, a moja szalona przyjaciółka nigdy nie odpuszcza. Trzy poprzednie lata były skromne, bo nie było nas stać na wyrafinowane prezenty czy wyjścia, ale teraz czuję, że ta wariatka się nie powstrzyma.
– Zarezerwowałam już lożę w Noir Retreat, więc nie przyjmuję wymówek, buraczku! – świergocze wesoło i robi obrót, a włosy wirują wokół jej twarzy. – To będzie długa, niesamowita noc, obiecuję! To twój dzień, Bails! Napijemy się zajebistego alkoholu, potańczymy do dobrej muzyki, a to, co wydarzy się później… Nie myślmy o tym! Jesteśmy młode, piękne, wolne! Cieszmy się tym!
Z lekkim uśmiechem kręcę głową.
Nawet gdybym zaprotestowała, Tillie by nie odpuściła. Jest uparta jak osioł, jeśli coś sobie postanowi – nie ma przebacz! Poza tym… chyba naprawdę potrzebuję chwili szaleństwa. Chcę się rozerwać, poczuć odrobinę adrenaliny, na moment zwolnić hamulce.
– Wiesz, że jesteś totalnie pokręcona?
– I za to mnie kochasz, prawda? – pyta i puszcza mi oczko.
Przytulam ją do siebie i klepię w pupę.
Nie powinnam była zgadzać się na to szaleństwo.
Szaleństwo, które na zawsze odmieniło moje życie.
Bailey
Noir Retreat mieści się dwie przecznice od naszego skromnego mieszkania. Dochodzimy tam na piechotę. Po dwóch wypitych w domu kieliszkach taniego wina jesteśmy gotowe na zabawę. Mam wyśmienity humor, uśmiech nie schodzi mi z twarzy i nawet nie przeszkadza mi sukienka, w którą ubrała mnie Tillie.
Mała czarna na cieniutkich jak nitki ramiączkach opina moje ciało w każdym miejscu. Nie sądziłam, że wcisnę się w ten skrawek materiału, jednak ułożył się na mnie, jakby był uszyty na wymiar. Sandałki na wysokiej szpilce pozostawiają wiele do życzenia, jeśli chodzi o wygodę, ale dzisiaj sunę w nich krokiem modelki.
Kiedy Tillie mnie malowała i falowała moje krótkie blond włosy, stwierdziła, że przemieniła kaczątko w łabędzia. Nie należę do imprezowych dziewczyn i ona o tym wie. Zdecydowanie bardziej wolę przeczytać książkę, przenieść się do stworzonego przez autorkę fikcyjnego świata, gdzie życie jawi się w bardziej kolorowych barwach. Gdzie bogaty, przystojny mężczyzna spotyka szarą myszkę i nagle się w niej zakochuje. Czyż to nie piękne? Trafić na faceta, który spojrzy w oczy i powie: „Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką spotkałem”, po czym ujmie dłoń, otoczy ramieniem i zaciągnie przed ołtarz, a nasze życie będzie usłane różami.
Potrząsam głową, by wyrzucić z umysłu te brednie.
– Obiecaj mi… – Tillie się rozgląda i przeprowadza nas przez jezdnię – że dzisiaj się odprężysz i będziesz dobrze bawić. – Patrzy na mnie oczami szczeniaka.
Co mam z nią zrobić? Kocham ją jak siostrę, której nigdy nie miałam, mimo tego, jak cholernie się od siebie różnimy. Ona jest szalona, nie boi się nowych wyzwań, ma w nosie czyjeś zdanie. Ja się nie wychylam, nie emanuję pewnością siebie, przemykam tak, by być niewidoczną dla świata. To dzięki Tillie wychodzę ze skorupy, dzięki niej oddycham pełną piersią i robię rzeczy, o których wcześniej nawet bym nie pomyślała.
Dlatego nie chcę sprawiać jej przykrości marudzeniem, skoro to mój dzień.
– Dobrze. Niech to będzie niesamowity wieczór.
– No! I to mi się podoba! – oznajmia uradowana. – To będzie wyjątkowy wieczór, ponieważ wyjątkowa osoba obchodzi urodziny. Spójrz tylko na ten tłum. – Tills wskazuje brodą kolejkę ciągnącą się wzdłuż chodnika. – Ci ludzie będą czekać wieczność na wejście do klubu. Ale nie my. – Uśmiecha się tajemniczo.
Na nasz widok stojący przy drzwiach ochroniarz przesuwa chciwym wzrokiem po Tillie, aż czuję się niezręcznie. Zastanawiam się, czy ten wysoki, przystojny, dobrze zbudowany mężczyzna, z ramionami pokrytymi tatuażami, posiadł moją przyjaciółkę. Na pewno ma na to ogromną ochotę.
– Hej, misiu! – Tillie staje na palcach i cmoka faceta w policzek. – Spory ruch, co?
– Jak to w piątki, piękna. Wchodzicie? – Rzuca na mnie okiem.
– Och, zdecydowanie. Moja przyjaciółka obchodzi dzisiaj urodziny!
Kilka osób w kolejce przygląda nam się z ciekawością.
– Świetnie! Wszystkiego najlepszego, dziewczyno! Bawcie się dobrze.
Tillie ponownie raczy go całusem, a on klepie ją w pośladek, po czym wpuszcza nas do środka. Nigdy wcześniej nie byłam w tym miejscu, dlatego wystrój już od progu mnie zaskakuje. Mroczne kolory, dziwna mgła unosząca się tuż przy podłodze, od panującego tu chłodu aż czuję ciarki na skórze. Im bardziej zbliżamy się do sali, tym mocniej wchłaniam klimat tego miejsca, zmysłową muzykę, sensualny zapach. Po wejściu do ogromnego pomieszczenia w oczy rzuca mi się fikuśny bar obsługiwany tylko przez mężczyzn z nagimi, umięśnionymi torsami oraz czarnymi muszkami.
Na ich widok czuję jednocześnie zawstydzenie oraz podniecenie.
– Witaj w Noir Retreat,kochana. Mam nadzieję, że to będzie niezapomniana noc.
Tills obejmuje mnie ramieniem i prowadzi w nieznanym mi kierunku. Wielu ludzi się do niej uśmiecha, wielu ją pozdrawia i puszcza całusy. Pozycja przyjaciółki w tym miejscu wydaje się pewna. Nie jest żółtodziobem; nikt nie patrzy na nią jak na tanią dziwkę sprzedającą swoje ciało za pieniądze. Patrzą na nią jak na boginię, emanującą seksapilem oraz pewnością siebie.
Nie tego się spodziewałam. Byłam pewna, że Tillie nienawidzi tej pracy i uprawiania seksu z nieznajomymi, a ona tryska dobrym humorem, czuje się tutaj jak ryba w wodzie.
Żałuję, że wcześniej nie poruszyłam tematu klubu, nie dopytałam, jak naprawdę wygląda praca w tym miejscu.
Loża już na nas czeka. Siadam na wygodnej czarnej kanapie, a mój wzrok wędruje po całym lokalu. Mnóstwo luster na ścianach odbija kolorowe światła, ludzie na umieszczonym po prawej stronie parkiecie świetnie się bawią, inni piją przy barze. Na podwyższeniu obitym czerwoną skórą trwa przedstawienie. Kobieta porusza się zmysłowo, kusząc siedzących na fotelach mężczyzn. Nie zdejmuje ubrania, ale wcale nie musi tego robić, ponieważ każdy jej ruch sprawia, że cała drżę. Cholera, jest niesamowita!
– Jak ci się podoba? – zwraca moją uwagę przyjaciółka.
– Niesamowite miejsce – wyznaję szczerze. – Chyba nie spodziewałam się takiego przepychu, dobrego gustu i kultury. Liczyłam na jakąś spelunę.
Tillie wybucha perlistym śmiechem.
– To miejsce dla elity, Bay. Można tutaj wpaść potańczyć, napić się dobrego drinka, ale tylko nieliczni i wpływowi mają szansę wejść na zaplecze.
Już mam zapytać, jakim cudem tak dobrze się tutaj odnajduje, lecz niespodziewanie obok naszego stolika pojawia się kelner. Rzecz jasna, również świeci nagim torsem. Stawia kubełek z szampanem oraz dwa kieliszki z truskawką w środku. Na widok małego torcika ze świeczką łzy cisną mi się do oczu.
Patrzę na Tillie totalnie oszołomiona.
– Wszystkiego najlepszego, kochanie. Pamiętaj, jesteś cudowna, wartościowa, piękna i nigdy nie pozwól sobie wmówić, że jest inaczej. To nie zawartość portfela definiuje cię jako człowieka. Prawdziwa wartość tkwi w twojej uczciwości, lojalności, gotowości do pomagania i w tym, jaki ślad zostawiasz w sercach innych. Kocham cię, Bailey. Już zawsze będę ci wdzięczna, że wtedy zatrzymałaś się przy tym moście.
Rzucam się na przyjaciółkę i tulę ją z całych sił, próbując się nie rozpłakać. Moje serce bije jak szalone po tym, co powiedziała. Tills prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy, jak wiele to dla mnie znaczy. Obie odnalazłyśmy się w momencie, gdy byłyśmy na dnie. Myślę, że to przeznaczenie.
– Dziękuję, Tillie. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu.
– Wiem, buraczku. Bo ty jesteś najważniejszą w moim.
***
Po chwilach wzruszeń i uronionych łzach wreszcie zaczynamy zabawę.
Popijam kolejny kieliszek szampana, czekając na przyjaciółkę. Dziesięć minut temu wyszła do toalety, zostawiając mnie pod obserwacją barmana. Czuję na sobie jego spojrzenie, chociaż skupia uwagę na podawaniu kolorowego drinka pięknej blondynce. Kobieta próbuje z nim flirtować, zakłada kosmyk włosów za ucho, sunie palcem po jego dłoni, byle przyciągnąć uwagę przystojniaka. Jednak on wydaje się niezainteresowany, skupiony na pracy oraz na pilnowaniu mojego tyłka.
Dopiero po chwili widzę, jak nagle sztywnieje i przybiera formalną postawę. Nisko skłania głowę na widok trzech mężczyzn w czarnych garniturach. Upijam łyk szampana i obserwuję, jak wchodzą do loży przepasanej czerwoną wstęgą. Rozsiadają się wygodnie, a kelner natychmiast ich obsługuje. Wyglądają na ważniaków, którym się nie podskakuje. Wzbudzają szacunek pracowników, przypominają modeli z okładek magazynów i emanują taką pewnością siebie, że kurczę się w sobie. Zwracają uwagę wszystkich kobiet, niektóre przestają tańczyć i rzucają im zalotne spojrzenia. Nie do wiary! Mam ochotę roześmiać się na ich perfidne zachowanie. Jak można tak jawnie okazywać facetowi zainteresowanie? A gdzie kobieca duma?
– Bails! – Do loży nagle wpada Tillie. Przygryza wargę i ciągnie mnie za rękę. –Zamówiłam dla ciebie twój ulubiony kawałek! Idziemy!
Faktycznie. Zanim docieramy na parkiet, po klubie roznosi się Airmow, Reiyo The Giant – Carmen, a moje biodra zaczynają się poruszać do rytmu. Tills staje za mną, obejmuje mnie w talii, sunie dłońmi po moim brzuchu i zaczynamy śpiewać wraz z wokalistą.
Greyson
Wychylam drinka jednym haustem, delektując się przyjemnym ciepłem ogrzewającym przełyk. Ta noc będzie tak samo ciężka jak dzień. Muszę odreagować, oczyścić umysł, przygotować się na kolejne starcie. Nie będzie łatwo, ale nikt nie mówił, że życie to bajka. Do bajki w chuj daleka droga, a to wszystko za sprawą mojej szalonej siostry, pieprzącej się z jebanym capo Camorry. Nie do wiary! Czy ta smarkula zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła? Weszła do łóżka wrogowi, z którym toczę wojny od wielu lat i do którego pałam pieprzoną nienawiścią! W dodatku ośmieliła się w obecności Umbra Sentinal1 oraz Mercatora2 oznajmić, że kocha tego szczura Brando Aurelio Vassallo. Po moim trupie! Nigdy nie pozwolę siostrze na splamienie naszego nazwiska.
Chryste, na samą myśl, że się z nim stuka, szlag mnie trafia. Odkąd przejąłem miejsce po ojcu, a siostra jest pod moją opieką, robiłem wszystko, by wychować ją na porządną, szanującą się dziewczynę, żyjącą według tradycji Umbry. Splunęła na nie, zdeptała butem i na koniec pokazała mi środkowy palec, dziękując w ten sposób za to, co dla niej zrobiłem. Prywatna szkoła, karta z nieograniczonym limitem, zgoda na imprezowanie, babskie wieczorki. Proszę, do czego doprowadziłem.
– Musisz wyluzować, przyjacielu. – Nerio, moja prawa ręka, klepie mnie po ramieniu. – Rozumiem twój gniew na Carmellę, ale tego wieczoru po prostu wyluzuj!
– Dobrze gada. Jutro będziemy się tym martwić – dodaje Cael, moja druga prawa ręka. – Dzisiaj chlejemy, bawimy się i pieprzymy, stary. Obiecałeś!
Kurwa! Nigdy więcej nie złożę temu bydlakowi żadnych obietnic.
Wychylam kolejną porcję Macallana, byle jak najszybciej się znieczulić. Muszę się wyłączyć, zapomnieć o problemach i młodszej siostrze próbującej wpędzić mnie do grobu. Jeszcze nie wiem, jak rozwiążę ten problem, ale dzisiejszej nocy nie zamierzam o tym myśleć.
Pozbywam się marynarki, opieram plecy o kanapę i podwijam rękawy koszuli, po czym rzucam okiem na parkiet. Mam ochotę na nową zdobycz, ciasną cipkę i piękną twarz zamiast dziewczyn pracujących w klubie. Choć na wspomnienie ślicznotki o ciemnych oczach i brązowych włosach mój fiut niespodziewanie budzi się do życia. Tydzień temu zafundowała mu mistrzowski masaż, za co sowicie ją wynagrodziłem. Jestem niezmiernie ciekawy, czy pracuje dzisiejszego wieczoru, bo chętnie ponownie zanurzyłbym się w jej ustach.
– Spójrz, jest twój cukiereczek. – Nerio wskazuje dziewczynę z moich myśli.
Porusza się na parkiecie w taki sposób, że aż fiut podryguje na ten widok, jednak… to nie Tillie przyciąga mój wzrok, tylko blondynka w czarnej sukience. Jasny gwint, ale sztuka! Niezbyt wysoka, za to obdarzona przez naturę tym, czym trzeba. Pełne piersi, krótkie, falowane blond włosy, stopy odziane w kurewsko seksowne buty… Już widzę je owinięte wokół mojego pasa, kiedy niczym zwierzę wbijam się w jej ciało.
Chcę jej. Cholernie mi się podoba, taka niewinna, gibka, młoda. Nie mogę oderwać wzroku od płynnego ruchu bioder i dłoni brunetki sunących po ciele blondynki. Uśmiecha się, a potem przygryza wargę, czym jeszcze bardziej mnie pobudza.
Ściągam brwi na widok podchodzącego do dziewczyn mężczyzny. Odruchowo zwijam dłonie w pięści, przygotowując się do walki o upatrzoną ofiarę. Facet pochyla się nad brunetką, szepcze jej coś do ucha, po czym odciąga na drugi koniec sali. Blondynka zostaje całkiem sama, nieco zagubiona, jakby nagle nie wiedziała, co ze sobą począć.
To dla mnie znak.
Podnoszę się z miejsca, schodzę ze schodów i podążam w jej kierunku. Muzyka niemal rozwala bębenki, ludzie kołyszą się na parkiecie, niektórzy niemal pieprzą się w rytm utworu.
Zachodzę dziewczynę od tyłu, bezczelnie kładę dłoń na jej płaskim brzuchu i przyciągam do swojego torsu. W szpilkach sięga mi do brody; idealny wzrost do pieprzenia przy ścianie. Zedrę z niej wszystkie ciuchy, ale te buty… cholera, muszą zostać, bo wygląda w nich jak ciastko do schrupania.
Dziewczyna spina się pod moim dotykiem, zamiera niczym zapędzone w pułapkę zwierzę. Przez chwilę myślę, że zwieje, gdzie pieprz rośnie, jednak ku mojemu zaskoczeniu pozostaje na miejscu. Pozwala mi na dotyk, na wprawienie ciała w ruch. Notuję małe zwycięstwo, zatapiam nos w zagłębieniu jej szyi i zaciągam się cudownym wiśniowym zapachem, od którego kręci mi się w głowie. Zdecydowanie ta panienka ma w sobie coś cholernie przyciągającego, przez co pragnienie wzmaga się z każdą chwilą.
Jeśli czuje moją erekcję napierającą na dół swoich pleców, nijak tego nie komentuje. Przechyla głowę, kładzie dłoń na mojej, a jej słodki tyłeczek wbija się w moje krocze. Jezu Chryste, nie jestem pewien, ile wytrzymam tej męki. Nigdy nie byłem fanem zbyt długiej gry wstępnej. Owszem, lubię rozgrzać kobietę, ale taniec, kuszenie, uwodzenie to robota dla cierpliwych. Nie należę do tej kategorii.
Muzyka się zmienia. Wciąż pozostajemy w zmysłowym klimacie, przyciemnione światła potęgują podniecenie, dym przy podłodze nieco ochładza zgrzane ciała. Odwracam dziewczynę w swoją stronę, aż włosy uderzają ją w twarz. Odgarniam je, a wtedy nasze oczy się spotykają. Dałbym wiele za odrobinę więcej światła, lecz i tak widzę głęboki kolor jej tęczówek. Błękitne, wpatrzone prosto we mnie, jakbym ją zahipnotyzował. Jedną dłonią obejmuję dziewczynę w talii, drugą kładę na karku i przysuwam ją bliżej siebie. Muszę się pochylić, jeśli chcę skosztować tych różowych kuszących warg, które wręcz mnie zapraszają.
Jestem ciekaw reakcji nieznajomej. Ucieknie czy pozwoli mi na więcej?
Najpierw przesuwam językiem po jej dolnej wardze, następnie lekko pociągam za nią zębami, a dziewczyna przymyka powieki. Wygląda szalenie seksownie taka oddana, zdana na moją łaskę, chyba nawet chętna. Nie czekam dłużej, łapczywie wpijam się w usta blondynki niczym pustelnik po wielomiesięcznej wędrówce po pustkowiu. Czuję wbijające mi się w ramiona paznokcie oraz wibrujący na języku jęk. Pochłaniam ją, pieszczę językiem podniebienie smakujące słodkim szampanem. Typowe. Takie dziewczynki jak ona nie pijają mocnego alkoholu, delektują się słodkim badziewiem.
Z moich ust ucieka jęk niezadowolenia, kiedy blondynka się odsuwa. Jest wyraźnie oszołomiona, bo patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, jej oddech szaleje, usta ma lekko rozchylone. Podoba mi się, jak opuchły od tego zachłannego pocałunku.
Puszczam jej oczko, chwytam za rękę i prowadzę do naszej loży. Chłopcy wciąż siedzą na miejscach, jednak po wyrazie ich twarzy doskonale wiem, że byli świadkami show odstawionego na parkiecie. Nie mam nic przeciwko. Znamy się jak łyse konie, przyjaźnimy od lat, nie mamy przed sobą tajemnic.
– Och! Kogo my tu mamy! – Nerio z błyskiem w oku spogląda na dziewczynę.
Sadzam ją obok siebie i Caela, który wystawia dłoń. Przedstawia się kulturalnie, składając pocałunek na wierzchu szczupłej ręki blondynki.
– Jak masz na imię, laleczko? – pytam, zarzucając ramię na oparcie kanapy za jej plecami.
Muskam ciepłą, delikatną skórę, co wprawia dziewczynę w dyskomfort.
– Bailey – mówi tak cicho, że ledwie słyszę. – A pan?
Pan? Słodki Jezu wszechmogący. Nie zrobiła tego! Zamierzam ją pieprzyć. Czy w łóżku też zamierza tytułować mnie panem? To mogłoby być ciekawe doświadczenie.
– Jestem Greyson. – Ujmuję brodę Bailey w palce, po czym składam na ustach czuły pocałunek. Nie mam pewności, czy jest typem dziewczyny na jedną noc, czy raczej przeciwnie, jednak widzę, że moje śmiałe ruchy są dla niej czymś nowym. – Napij się z nami, kochanie. Za nowe znajomości!
Wręczam jej kieliszek z szampanem, a potem stukamy się szkłem, wznosimy toast i wypijamy wszystko do dna.
Och, to będzie rozkoszna noc!
Bailey
Ile właściwie minęło czasu, odkąd Tillie sobie poszła? Chyba całkiem sporo, ale świetnie się bawię w towarzystwie tych trzech mężczyzn. Lekko kręci mi się w głowie od nieco mocniejszego trunku, jednak nie czuję się pijana. Chichoczę z głupich żartów Caela, z którym złapałam najlepszy kontakt, bo mamy podobne poczucie humoru. Czuję się rozluźniona, zadowolona, szczęśliwa. Nucę do lecących piosenek, nawet jeśli nie znam wszystkich słów, ale nic mnie to nie obchodzi. Dzisiaj jestem tak lekka jak nigdy wcześniej.
Opieram plecy o tors Greysona, który posadził mnie sobie na kolanach, a jego mocny, intensywny zapach wdziera się w moje nozdrza. Przez cały czas sunie dłońmi po moich udach, rozprasza mnie, podnieca. Moje piersi zrobiły się nabrzmiałe, sutki ocierają się o materiał sukienki, między nogami czuję wilgoć. Powinnam uciekać, poszukać Tillie i wrócić do domu, dopóki nie zrobiłam czegoś głupiego. Tylko dlaczego tak trudno jest mi się ruszyć? Wygodnie mi na jego umięśnionych udach, podobają mi się wytatuowane ręce na moich nogach, sygnet na środkowym palcu. Chyba nigdy w życiu nie widziałam tak dużych i męskich dłoni. Wyobraźnia podsuwa mi chore obrazy, co mogłyby ze mną zrobić, gdybyśmy jakimś cudem wylądowali w łóżku. Greyson to kawał przystojnego skurczybyka, ubranego w modne ciuchy. Jego fryzura przypomina artystyczny nieład, zarost łaskocze moje nagie ramię, dłonie wciąż wędrują pod skraj sukienki, lecz nie posuwają się dalej, do zakazanego rejonu.
– Na co masz ochotę, laleczko? – Zmysłowy, niski głos przy moim uchu potęguje nieznośne podniecenie.
Co mam mu powiedzieć, do cholery? Tillie namawiała mnie na odrobinę szaleństwa, lecz cichy głos w głowie kategorycznie mi tego zabrania.
– Bo ja mam ochotę rozłożyć cię na łóżku, zanurzyć twarz między twoimi udami i doprowadzić cię do szaleństwa. Ale jeśli twoja odpowiedź brzmi „nie”, nic się nie wydarzy. Więc? Czego ty chcesz? – mruczy seksownie, a moja cipka się zaciska.
Naprawdę powinnam odmówić, jednak… ten facet działa na mnie w sposób, którego nie potrafię zignorować. I wcale nie chcę.
– Chcę… ciebie. – Tylko tyle jestem w stanie z siebie dać.
Mężczyzna chwyta w palce moją brodę, zmusza, bym przekręciła głowę, i całuje tak namiętnie, że cała się rozpływam. Potem przerzuca sobie moje ciało przez ramię i kroczy w nieznanym mi kierunku. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Świat wiruje jak szalony, treść żołądka podchodzi mi do gardła. Jeśli zaraz mnie nie postawi, to zarzygam całą podłogę.
– G-gdzie jest moja przyjaciółka? – pytam, nieco oszołomiona tą dziwną pozycją.
– Świetnie się bawi, nie martw się. Jutro dostarczę cię pod same drzwi.
Jutro? W takim razie gdzie spędzę noc?!
Słyszę otwierające się drzwi. Greyson przechodzi przez próg i nagle otacza nas przytłumione czerwone światło. Nie mam pojęcia, co to za pomieszczenie, ale kiedy otwieram oczy, leżę na łóżku. Wielkim, królewskim, z pieprzonym baldachimem!
– Jesteśmy na miejscu – oznajmia mój nowy znajomy.
Muszę przełknąć ślinę, kiedy zaczyna się rozbierać. Po chwili ukazuje mi się nagi, umięśniony tors oraz tatuaże pokrywające ramiona mężczyzny. Muszę przyznać, że ma boskie ciało, ciężko wypracowane na siłowni. Emanuje pewnością siebie, w kąciku ust majaczy mu chytry uśmiech, jakby właśnie wymyślał scenariusz na tę noc. Patrzy na mnie jak na przekąskę, a ciepło jego spojrzenia przeszywa na wskroś, wywołując dreszcz, który zaczyna wędrować po całym ciele. Nigdy się tak nie czułam: jakbym była jednocześnie na granicy strachu i rozkoszy, jakby czas zwolnił, a wszystkie zmysły nagle się wyostrzyły.
Mężczyzna opada na moje ciało, a jego zwinny język wciska się między moje wargi. Całuje namiętnie, gwałtownie, zachłannie, czym rozpala mnie do czerwoności. Moje odprężone ciało chętnie mu się oddaje, ignorując alarm wyjący gdzieś w zakamarkach umysłu. Wsuwam mu palce we włosy, szarpię niedelikatnie i pogłębiam pocałunek, jęcząc mu prosto w usta.
– Kurwa, laleczko. Cholernie mnie jarasz… – szepcze mi do ucha.
W moim brzuchu zaczyna coś mrowić.
– Zamierzam pieprzyć cię całą noc. Aż zatrzęsą się ściany.
Jezus Maria!
Smukłe palce wędrują między moje uda, usta zaś zjeżdżają na szyję. Muska ją, przygryza skórę, co wprawia moje ciało w drżenie. Kiedy dotyka pulsującej łechtaczki, odrywam plecy od materaca, a po pokoju roznosi się mój jęk. To silniejsze ode mnie, nie potrafię się powstrzymać, szczególnie kiedy od tak dawna nie zaznałam przyjemności. Sprawne palce poruszają się w powolnym, dręczącym tempie. Raz przyśpiesza, później niespodziewanie zwalnia, nieco studząc moje podniecenie. Dyszę ciężko, gonię biodrami za większym tarciem, lecz Greyson nigdzie się nie śpieszy. Podziwiam go za cierpliwość i opanowanie, biorąc pod uwagę napierającego na moje udo penisa.
– Muszę cię posmakować… – mówi zmysłowo.
Zawstydzam się na te bezpośrednie słowa, jednak on nic sobie z tego nie robi.
Zsuwa cieniutkie ramiączka, a potem pociąga sukienkę w dół, kawałek po kawałku odsłaniając moje ciało. Nie mam na sobie stanika, więc moje sutki od razu pęcznieją pod wpływem chłodnego powietrza. Majtki znikają tak szybko jak sukienka i odruchowo próbuję się zasłonić.
– Nie rób tego – rozkazuje, zabierając moje ręce. Układa mi je nad głową, a gdy się pochyla i czuję jego oddech, cała się napinam. – Mają tutaj pozostać, zrozumiano?
Przytakuję bezwiednie, nie kontrolując ruchu swojej głowy.
Greyson wraca do mojej kobiecości i bez ostrzeżenia dopada do niej niczym narkoman do swojego uzależnienia. Nie potrafię powstrzymać krzyku zaskoczenia na to niesamowite, obezwładniające uczucie roznoszące się po ciele. Jakby nagle ktoś podłączył każdy nerw do prądu. Impuls rozlewa się falami odbierającymi mi oddech i rozsadzającymi zmysły.
Greyson pieści mnie wytrwale, trafiając czubkiem języka tam, gdzie trzeba. Trąca łechtaczkę, a potem wsuwa we mnie dwa palce, przez co odrywam plecy od materaca. Chryste, jakie to jest przyjemne! Moje ciało się dostosowuje, przyjmuje wszystko, co funduje mu ten niesamowity facet, i łaknie więcej.
– Połóż dłonie na piersiach, laleczko. Uszczypnij sutki.
Przełykam ślinę, choć gardło mam suche jak wiór.
Czasami sprawiam sobie przyjemność – to normalna rzecz – jednak nigdy nie pieściłam się przed facetem. Nie jestem pewna, czy mam na tyle odwagi…
Greyson sam przemieszcza moje dłonie. Pokazuje mi, co mam robić, jak mocno, by poczuć się jeszcze lepiej. Jak się okazuje, sutki mają jakieś niewidzialne połączenie z kobiecością, bo kiedy zaczynam je lekko masować, przyjemność jest podwójna.
Czy on próbuje mnie zabić tymi pieszczotami?!
– Mmm… Pięknie wyglądasz, kiedy sama się pieścisz, Bailey. Jesteś taka mokra, gotowa na to, co zamierzam z tobą zrobić – mruczy zmysłowo.
Niespodziewanie mężczyzna przyśpiesza, jakby się zniecierpliwił. Liże łapczywie, wpychając we mnie dwa palce. Ból i przyjemność mieszają się ze sobą, przybliżając mnie do spełnienia. Czuję skurcz w dole brzucha, sutki pulsują, mięśnie otulają jego długie palce niczym ciasna rękawiczka. Ja pierdolę, trafiłam do pieprzonego nieba!
– Nie pozwolę ci jeszcze dojść. Nie na początku zabawy.
– C-co? – dukam, przyglądając mu się zamglonym wzrokiem. – P-proszę…
– O tak. Tej nocy będziesz prosić jeszcze wiele razy.
Podnosi się, sięga do szuflady i wyjmuje srebrne opakowanie. Szybko się zabezpiecza, a potem opada obok i wciąga mnie na swoje ciało. Mój oddech szaleje, kiedy ponownie mnie całuje i ściska w dłoniach moje pośladki. Między nami drga jego penis; twardy niczym skała, gotowy do akcji.
Greyson kładzie mi dłonie na talii, unosi lekko i jednym mocnym ruchem nabija mnie na swojego penisa. Mimo przygotowania, jakie mi zafundował, zapowietrzam się od dziwnego wrażenia rozpierania. Jest duży i długi, wypełnia mnie po same brzegi, aż boli.
– O kurwa! Jesteś dziewicą, laleczko?! – pyta zaskoczony.
Mocniej obejmuje mnie w talii i patrzy mi w oczy.
– Nie – odpowiadam lekko skrępowana. – Po prostu dawno tego nie robiłam.
– Ależ mi się trafiła cudowna dziewczyna. Jesteś niesamowita, Bailey. Zaopiekuję się tobą dzisiejszej nocy. Nie pożałujesz – zapewnia, po czym wprawia biodra w ruch.
Co mnie zaskakuje, jest delikatny. Penetruje mnie powoli, trafiając w ten punkt wewnątrz mnie, który podkręca doznania. Nasze oddechy mieszają się ze sobą, odprężam się pod wpływem dotyku na plecach, mruczę niczym kociak spragniony pieszczot swojego pana.
– Dobrze ci? Powiedz mi… – mówi wprost w moje usta, a potem pociąga zębami za dolną wargę.
– Tak…
– A będzie jeszcze lepiej – obiecuje tajemniczo.
Oddaję się w doświadczone dłonie Greysona. Kołyszę się, moja cipka wręcz zasysa jego penisa. Przez cały czas mnie obserwuje, a w ciemnych oczach błyszczy pożądanie. Chłonę wyraz jego twarzy, zaciśniętych z przyjemności ust, ściągniętych brwi, ciężkich sapnięć. Wygląda obłędnie pod moim ciałem, tak męski, że aż odbiera dech.
Z niskim warknięciem wbija się tak głęboko, że widzę pieprzone gwiazdy. Wpycha między nas dłoń, odszukuje pulsującą łechtaczkę, a zęby zaciska na jednym z sutków. Wsuwam mu place we włosy, jęczę bezwstydnie, szarpiąc miękkie, ciemne kosmyki. Wyginam ciało i chłonę każdą falę przyjemności, którą mi daje. Jego palce i usta działają równocześnie, a ja tracę nad sobą kontrolę.
Czuję, że jestem blisko spełnienia, lecz z jakiegoś powodu nie chcę, by to się skończyło. Ten nieznajomy mężczyzna smakuje jak zakazany owoc, jak coś, czego pragnęłam całe życie, a czego nigdy nie miałam.
1Umbra Sentinal – prawa ręka bossa/cienia (przyp. aut.).
2Mercator – pośrednik handlowy, osoba od interesów i dostaw (przyp. aut.).
