Ułamki - Juliusz Słowacki - ebook
Opis

 

W serii „Poeci do kwadratu” Adam Wiedemann przedstawia autorski wybór wierszy Juliusza Słowackiego poprzedzony osobistym esejem na temat życia i twórczości romantycznego wieszcza. Znajdą się w nim wszystkie najpiękniejsze wiersze Słowackiego a także większe poematy, w tym „Godziny myśli” czy „Pieśń na Nilu”. Adam Wiedemann nadał swemu wyborowi tytuł „Ułamki” stawiając tezę, że „Słowacki, aczkolwiek najbardziej znany ze swoich wykończonych „przebojów”, jest poetą fragmentu, to właśnie najbardziej mnie w nim interesuje. A właściwie interesuje mnie kwestia znacznie potężniejsza: czy te fragmenty są rzeczywiście wierszami, czy on sam by je za takie uznał. Istnieje w nich niewątpliwy i wręcz ogromny ładunek, który potem ulegał wielokrotnemu wystrzeleniu, ale wciąż nurtuje mnie kwestia: czy fragmenty są dziełami sztuki?” Ten wybór wierszy po raz kolejny przypomina, że wielka poezja Słowackiego jest dziełem sztuki, w dodatku takim, które miało wielki wpływ na poezję kolejnych pokoleń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 134

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


REDAKTOR PROWADZĄCY: Anna Piwkowska
WSTĘP I WYBÓR WIERSZY: Adam Wiedemann
KALENDARIUM: Jakub Pyda
OPRACOWANIE REDAKCYJNE I KOREKTA: Adam Buszek
PROJEKT GRAFICZNY SERII: Emilka Bojańczyk / Podpunkt
ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Magda Burdzyńska / Podpunkt
SKŁAD I ŁAMANIE: Podpunkt
Wydanie pierwsze
Warszawa 2019
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019
ISBN 978-83-66272-80-4
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Konwersja:eLitera s.c.

poeci2 – („poeci do kwadratu”) – seria poetycka PIW-u zapoczątkowana w 2017 roku, w ramach której wybitny współczesny twórca dokonuje autorskiego wyboru wierszy jednego ze swoich „mistrzów poetyckich”. Autor wyboru poprzedza go esejem, tłumaczącym fascynację wskazanym poetą, związki z nim lub ewolucję stosunku do niego i jego twórczości. Tekst ten jest również wyjaśnieniem, jakim kluczem autor posługiwał się podczas doboru i rozmieszczenia utworów w tomie. Tytuł każdej kolejnej edycji jest cytatem – wersem lub jego fragmentem – który na użytek tych książek staje się myślą przewodnią lektury.

.

W serii ukazały się:

Beata Obertyńska,

TARTA RÓŻA

(wybór i wstęp)

ANNA PIWKOWSKA

(2017)

♦♦♦♦♦

Tadeusz Różewicz,

I ZNÓW ZACZYNA SIĘ PRZESZŁOŚĆ

(wybór i wstęp)

JAN POLKOWSKI

(2018)

♦♦

Władysław Broniewski,

WIOSNO, WARSZAWO, CÓRECZKO

(wybór i wstęp)

JACEK PODSIADŁO

(2018)

♦♦♦♦♦♦

Kazimiera Iłłakowiczówna,

NA NITCE DESZCZU

(wybór i wstęp)

ANNA PIWKOWSKA

(2019)

♦♦♦

Jan Lechoń,

KASANDRA SIĘ MYLI

(wybór i wstęp)

WOJCIECH WENCEL

(2018)

♦♦♦♦♦♦♦

Stanisław Grochowiak,

PERŁOPŁAW NA PIASKU

(wybór i wstęp)

DARIUSZ BRZÓSKA BRZÓSKIEWICZ

(2019)

♦♦♦♦

Julia Hartwig,

INNA WYSPA

(wybór i wstęp)

ANNA NASIŁOWSKA

(2018)

NOTA WYDAWNICZA

Podstawą tego wydania jest zbiór poezji Juliusza Słowackiego Poezje (Czytelnik, Warszawa 1982), opr. Stanisław Makowski na podst. Dzieł wszystkich Juliusza Słowackiego, red. Juliusz Kleiner (Ossolineum, Wrocław 1952-63). W tekstach nie wprowadzaliśmy żadnych zmian ortograficznych ani interpunkcyjnych, usunęliśmy jedynie kilkakrotnie odredaktorski podtytuł „[urywek]” tam, gdzie fragmentaryczność tekstu jest ewidentna.

Korowód myśli w czarnym welonie[1]

ADAM WIEDEMANN

W takiej sytuacji nawet Słowackiemu zabrakłoby rymów.

[Wiktor Woroszylski, „Cyryl, gdzie jesteś?”]

1.

Nie wyobrażamy sobie dziś poezji polskiej bez Juliusza Słowackiego, acz jeszcze dość długo po jego śmierci spokojnie ją sobie bez niego wyobrażano. Trudno się zresztą dziwić, skoro wydawane własnym sumptem książeczki poety rozchodziły się w ilości kilkudziesięciu egzemplarzy i mało kto wyrażał się o nich pochlebnie. Co więcej, nawet teraz zdecydowana większość ludzi na świecie wyobraża sobie poezję bez poezji Słowackiego, w ogóle wyobraża ją sobie bez poezji polskiej, a jeśli już nawet poezję polską uwzględnia, to na pewno nie reprezentuje jej Słowacki. Jest to jeden z naszych „poetów nieprzetłumaczalnych” – żaden tłumacz się za niego nie zabiera, bo i tak wiadomo, że poniesie porażkę. Sam bym takiego poety nie czytał, gdyby był poetą słoweńskim albo węgierskim, zresztą ich nawet czytałem i żaden z nich nie dorasta Słowackiemu do pięt, bo w ogóle mało który poeta dorasta Słowackiemu do pięt, zwłaszcza romantyczny. Słowacki był co prawda romantykiem całą gębą (spójrzmy na jego gębę, tzn. twarz z portretu Tytusa Byczkowskiego), ale pisał wiersze nowoczesne, dwudziestowieczne, jego Duch źle obrał sobie epokę. Poznałem też człowieka, który przetłumaczył „Beniowskiego” na niemiecki[2] i nawet dostał za to Nagrodę im. Dedeciusa, jest to wszak taka raczej „polska” nagroda, Niemcy nie bardzo się nią przejęli, mają w końcu swojego Goethego, który co prawda umarł, by Słowackiemu zrobić miejsce, ale szybko zajął je Heine i nic z całej akcji nie wynikło.

Wszystko, co będę pisał tutaj o Słowackim, nie ma najmniejszego znaczenia, napisano już o nim tyle, że w tym oceanie wszystko zginie. Napisano oczywiście po polsku, bo w jakim innym języku miano by pisać? Mimo najszczerszych wysiłków nie udało mi się ogarnąć tej magmy ani nawet przeczytać tekściku, który sprawił mu chyba największą w życiu przyjemność, była to recenzja (po francusku!) z jego pierwszego tomiku opublikowana w miesięczniku Revue Europeénne[3]. Nie było to pismo byle jakie: dotarło aż do Genewy, gdzie Słowackiego poinformowała o tym koleżanka pani Pattey, właścicielki pensjonatu, w którym mieszkał. Co to musiało być za wydarzenie! On sam pisze o tym oczywiście w tonie nieco buffo, acz cieszy się najzupełniej poważnie, zwłaszcza że dołączono do tekstu recenzji przekład całego „Araba”, co wzbudziło w poecie natychmiastową nadzieję, że przetłumaczony zostanie również „Lambro”, który jako romans może się podobać[4]. Nie spodobał się, koniec pieśni, acz wyobraźmy sobie, że teraz tomik jakiegokolwiek polskiego debiutanta recenzowany jest w jakiejkolwiek paryskiej Revue. Nawet za czasów Giedroycia było to najzupełniej niemożliwe, nie mówiąc o czasach dzisiejszych, gdy umarł już nawet Maciej Niemiec, ostatni polski poeta mieszkający w Paryżu. Słowacki odniósł więc sukces niebagatelny, acz bez dalszych konsekwencji. Jego drugim podobnym osiągnięciem było wystawienie „Mazepy” po niemiecku w Budapeszcie, ale o tym się ponoć nigdy nie dowiedział.

Ten nasz najwybitniejszy poeta liryczny nie wydał w ogóle w ciągu życia ani jednego zbioru wierszy: w swoich książkach umieszczał dramaty bądź powieści poetyckie. Wierszy opublikował (bądź mu opublikowano) dziewiętnaście, co dziś złożyłoby się na jakiś późny tomik Ewy Lipskiej, lecz wtedy zbiory wierszy wydawano sążniste (powinny były mieć co najmniej ze sto stron). Szkoda, że Słowacki się na to nie zdobył, przynajmniej wiedzielibyśmy, co cenił sobie bardziej, a co mniej, ale może i lepiej, że nie wiemy, niekoniecznie najlepsze jest to, co opublikowane. Policzono, że w chwili śmierci siedemdziesiąt pięć procent jego twórczości stanowiły inedita. W przypadku wierszy ten odsetek się powiększa, dochodzi do dziewięćdziesięciu. Można by dojść do wniosku, że nie traktował ich zbyt poważnie, i może nawet nie jest to wniosek aż tak całkiem niesłuszny. Słowacki chciał być Wodzem, Królem, Bogiem, a tego za pomocą wierszyków się nie osiąga. Z drugiej strony był mistrzem form ulotnych: wpisu sztambuchowego, listu poetyckiego, fragmentu. Całkiem możliwe, że sporej części tych utworów sam nawet nie pamiętał, nie miał ich w swoich zbiorach. Tu po raz pierwszy dochodzimy do meritum, czyli do pytania, o co chodzi w tej książeczce, którą dla Państwa opracowuję.

Najpierw jednak dygresja z dziedziny muzyki. Każdy z kompozytorów ma w swoim dorobku taki utwór lub utwory, które są, owszem, wspaniałe i cudowne, ale tak znane, że aż wstyd ich słuchać. W przypadku Bacha jest to Toccata i Fuga d-moll BWV 565, w przypadku Mozarta „Eine kleine Nachtmusik”, w przypadku Beethovena Piąta Symfonia itd. Słuchamy ich z jakimś zażenowaniem, zawsze na granicy perwersji, bo jednak zdarzają się w życiu momenty, w których mamy ochotę ich posłuchać. Albo nawet musimy. Słowacki wiele takich utworów popełnił i są one w swojej doskonałości doskonałe, ale ja ich tu nie chcę, nie uwzględniam. Albo inaczej: niektórych nie, inne tak, bo jednak nie wyobrażam sobie tej książeczki bez nich. Choć przecież (wracam do początku) mógłby to być zbiór pusty – wszyscy by sobie dośpiewali.

2.

Ojcem poezji – jej bogiem – jej drwalem / Ten chory człowiek z drżącym kręgosłupem / Z twarzą tak sztywną jakby bicz ją przeciął / Lub cień / Mknącego po obłokach diabła[5]. Przepraszam za ten długi cytat, przerwałem tamten rozdział, bo nie chcę jeszcze opowiadać o swojej koncepcji, wolę tymczasem przez chwilę o czymś innym. Ten cytat jest z Grochowiaka i pewnie w zamyśle dotyczy jego samego, ale w zarodku (i moim zdaniem) dotyczy Słowackiego. Słowacki był zresztą Bogiem, czego dowodzi autorski przypis do „Genezis z Ducha”, z którego zacytuję fragment: Bo ja, jeżeli równocześnie z Bogiem było, to człowiek Boga rówiennikiem[6] (autor ma tu na myśli „ja” w rozumieniu pokrewnym psychoanalizie, której oczywiście nie znał). Nie był „Bogiem poezji”, był Bogiem w sensie: kawałkiem Boga, który rozprzestrzenia się poprzez Słowo. Słowo – Słowacki: to mu się kojarzyło, zresztą słusznie. Pośrednio jednak stał się „bogiem”, to znaczy: przedmiotem ubóstwienia. Stało się to za sprawą poetów młodopolskich, którzy docenili co prawda również Norwida, ale Słowackiego przyjęli po prostu naturalnie, jako swojego pobratymca. Wtedy to właśnie został uznany za wieszcza, i to nawet wieszcza naczelnego, Mickiewicz był już bowiem wieszczem nieco przebrzmiałym, a Krasiński – wieszczem dodatkowym. Był to ten moment, w którym Ignacy Matuszewski uznał Słowackiego za najlepszego poetę romantycznego w ogóle[7], co – jak sądzę – nie jest aż taką nieprawdą, chyba nawet jest prawdą.

Tak czy owak, Słowacki zasilił cały początek XX wieku swoimi pomysłami, które uległy oczywiście takiemu udostępnieniu i eksploatacji, że na całe Dwudziestolecie został mu jeden Lechoń, który stał na warcie przy jego trumnie, gdy była sprowadzana do Polski, i napisał ten ładny wiersz o jego włosach. Ich los skądinąd pozostaje nieznany, nie wiemy bowiem czy zostały pochowane wraz z czaszką, piszczelą i skarpetką, czy też prof. Papillant podczas swoich badań (czyli napełniania czaszki piaskiem i następnie określania jej objętości) nie usunął ich i nie wyrzucił. Włosy miały dla Słowackiego-mistyka ogromne znaczenie, więc i mnie byłoby przykro, gdyby nie znalazły się wraz z nim w ostatecznej trumnie, w której teraz spoczywa. Los skarpetki też zresztą nie jest znany.

Tymczasem oddaliłem się jednak od czegoś, o czym chciałem napisać. Jedynym naturalnym pobratymcem Słowackiego był oczywiście Leśmian, który dopiero w Międzywojniu rozwinął się tak, że mógł iść ze swoim mistrzem w zawody. Poszedł w nie i jest to bardzo ciekawe, gdyż u niego nie mamy co prawda do czynienia z próbą stworzenia systemu metafizycznego, acz obecnie już próbujemy odtworzyć ten system, który okazuje się w wielu punktach zbieżny z systemem, który bezskutecznie usiłował stworzyć Słowacki. Są to systemy komplementarne. Zauważmy, że obaj odmawiają Bogu Boskiej mocy, lecz każdy na swój sposób. Słowacki kładąc nacisk na działalność Duchów, którym Bóg (sprowadzony do roli jakiegoś kosmicznego super-marketu) jedynie „użycza” tego czy owego, Leśmian – wykorzystując chętnie figurę Boga osobowego, który właśnie przez tę swoją osobowość pozbywa się wszechmocowych kompetencji i pozostawia swoich podopiecznych samym sobie. Słowacki był mistykiem (za takiego się uznał), Leśmian był „znawcą zaświatów”, rozpoznania Leśmiana dotyczą tego, o czym Słowacki zaledwie napomykał. Jest to fascynujące, ale na tym poprzestańmy, idźmy dalej, dodając może, iż tym, co ich łączy, jest również absolutne mistrzostwo.

Leśmian nie pozostawił po sobie właściwie żadnych fragmentów, wszystko miał dokończone i wykończone. Co innego Słowacki: zwykle niczego nie kończył (w ostatniej dekadzie jego życia tak rzeczywiście było) i spojrzenia na tę kwestię mogą być bardzo różne. Po pierwsze: romantyczna „poetyka fragmentu”, pozostawianie nowych dzieł w stanie „ruiny”, gdyż (wtedy właśnie zaczęto interesować się ruinami) ruina jest poetyczniejsza od ukończonej budowli, przez swoje okaleczenie zyskuje dodatkowy walor. Po drugie: fragment jako „nasienie” pozostawione do rozwinięcia później (określenie Novalisa), niekoniecznie przez tego samego autora. Po trzecie (tu sobie uzurpuję wymyślenie tego wymysłu): fragment, gdyż wiersz się skończył zanim się skończył, to znaczy zanim jego struktura formalna uległa dopełnieniu – jest to zjawisko tzw. przedwczesnej puenty. Po czwarte: kwestie losowe, odejście od stolika (Słowacki pisał przy stoliku, nie przy biurku, tak twierdzą badacze), bo ktoś zadzwonił, przyszedł, skończyła się kawa.

Słowacki, aczkolwiek najbardziej znany ze swoich wykończonych „przebojów”, jest poetą fragmentu, to właśnie najbardziej mnie w nim interesuje. A właściwie interesuje mnie kwestia znacznie potężniejsza: czy te fragmenty są rzeczywiście wierszami, czy on sam by je za takie uznał. Istnieje w nich niewątpliwy i wręcz ogromny ładunek, który potem ulegał wielokrotnemu wystrzeleniu, ale wciąż nurtuje mnie kwestia: czy fragmenty są dziełami sztuki.

Obecnie ta kwestia wydaje się może drugorzędna, dziełami sztuki bywają bowiem rzeczy znacznie gorsze, nawet nie fragmenty, ale jakieś myślątka, proste skojarzenia, lecz w czasach Słowackiego tak nie było. Z drugiej strony rzecz biorąc, te właśnie jego fragmenty wydają się dziś znacznie mocniej dziełami sztuki, gdyż przypominają dzisiejsze dzieła sztuki. To nie musiało być aż tak całkiem zamierzone, choć przecież mogło. Weźmy chociażby dwa różnorodne podejścia do mistycznego corpus: z jednej strony traktuje się to jako bałagan, coś uniemożliwiającego skutecznie własną publikację; z drugiej – jest to hipertekst, coś wspanialszego od każdej dopieszczonej struktury, coś uzasadniającego nowoczesne formy podawcze, które zresztą wciąż jeszcze nie są w stanie temu sprostać.

3.

Ciekawe, co by to było, gdyby Słowacki posiadał komputer. Nie posiadał właściwie niczego (w tej chwili jest to niewyobrażalne): nie miał łazienki, nie miał telewizora, nie miał lodówki i nie miał pralki, nie miał właściwie nic, co my mamy, nawet lampy, z luksusowych urządzeń posiadał zaledwie kawiarkę oraz fajkę wodną przywiezioną z Syrii. Mieszkał zwykle na piątym piętrze bez windy (w Paryżu takie mieszkania do dziś są najtańsze), po mieście poruszał się zazwyczaj pieszo, nie był bardzo biedny, ale nie był też bogaty. Żył z pieniędzy od matki, które w pewnym momencie zaczął pomnażać na giełdzie i nawet mu się to udawało, ale był to okres dosłownie kilku lat, wtedy nawet pozwalał sobie na jeżdżenie pociągiem na wakacje. Wcześniej jednak, gdy jechał do Szwajcarii, musiał ze wszystkimi wysiadać z dyliżansu i biec pod górkę, bo inaczej konie by go nie uciągnęły. Sytuacja egzystencjalna Słowackiego jest dla mnie piekłem, jak można jeszcze tworzyć wśród takich niewygód? Z drugiej strony, przez całe życie nie robił właściwie nic poza byciem poetą – wyjąwszy okres zarobkowania w Warszawie, nie zajął się już nigdy pracą dla pieniędzy, bo wiemy, że na swoich publikacjach nie zarabiał ani grosza (jedynym wyjątkiem miała być francuska powieść „Król Ladawy”, której jednak nie skończył).

4.

Nie wiem, po co był ten poprzedni rozdział, ale widocznie musiał być. Niniejsza książka nosi tytuł „Ułamki” i teraz się z tego wytłumaczę. „Ułamki” to jeden z najbardziej udanych (i najzupełniej skończonych) wierszy, napisanych przez Słowackiego podczas jego wojaży bliskowschodnich. Zarazem jednak poeci i w ogóle autorzy romantyczni chętnie określali swoje dzieła mianem „ułamków” bądź „ułomków”, przedstawiając je jako znaleziska, które dotrwały do ich czasów w tak czy inaczej naruszonej formie. Była to konwencja, dla Słowackiego okazała się jednak ponurym proroctwem, jego dzieła zachowały się bowiem właśnie w takiej „ułamkowej” postaci, co nie było zapewne zamierzeniem, lecz raczej konsekwencją natłoku pomysłów w sytuacji braku czasu. Bohater „Ułamków” (nazwany „wieszczem” – stąd uważa się ten wiersz za początek epoki „profetycznej”, choć poeta nie odnosi tego określenia do siebie, tylko do bohatera lirycznego) traci kolejno wszystkie struny swojej lutni, zostaje mu jedna, lecz na niej wciąż gra. Jest to ewidentne nawiązanie do legendy o Sybilli kumańskiej, ale z drugiej strony prefiguracja losu samego Słowackiego, który w momencie pisania tego wiersza znajdował się w pełni sił twórczych, później zaś zaczął stopniowo podupadać na zdrowiu, a może nawet na umyśle. Nie mówię tutaj od razu, że był (jak niektórzy twierdzą) wariatem, ale że jego myślenie straciło tę ostrość, którą miało przedtem, i nawet jeśli każda poszczególna myśl była najwyższej jakości, to nie łączyły się one w całość tak bezbłędnie jak wcześniej. Aczkolwiek były coraz ciekawsze – coś za coś. Określenie „wieszcz” przypadło mu znacznie później, sam mieszkałem w Krakowie przy Alei Trzech Wieszczów i nie trzeba podawać nazwisk, byśmy wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi (przedłużeniem tej alei jest ulica Marii Konopnickiej, która przez moment uchodziła za „czwartego wieszcza”). Słowacki jest wieszczem dość (dla Polaków) kłopotliwym: co prawda przewidział wybór „słowiańskiego papieża”, ale poza tym – jak twierdzą badacze – miał skłonności homoseksualne, zażywał narkotyki, sprzyjał anarchizmowi. Żadna z tych rzeczy o człowieku źle nie świadczy, aczkolwiek wszystkie razem brzmią, nieprawdaż?, groźnie. Nie był rzecz jasna homoseksualistą w takiej postaci, jak to sobie teraz wyobrażamy, nie był nim też w takim zakresie jak np. żyjący z nim równolegle w Paryżu Astolphe de Custine. Starał się o kobiety, ale zwodził je i lubił być przez nie zwodzony, z czego wychodziły doskonałe „fasadowe” wiersze (ich liczbę ograniczam w swoim wyborze do niezbędnego minimum), prawdziwe szczęście zawdzięczał jednak chłopakom[8]: były to „chwile oderwane”, których nawet jego geniusz nie potrafił odpowiednio wypreparować.

Wiemy wszyscy, że Słowacki był też pianistą-amatorem, w jego mieszkaniach zazwyczaj stał fortepian, na którym grał, zwykle Chopina (którego nie lubił) i Fielda (którego uwielbiał), nie ma natomiast żadnych doniesień czy grał Beethovena. Tymczasem wydaje mi się, że był homoseksualistą w typie właśnie Beethovenowskim: niepogodzonym, zbuntowanym i może nawet nie znającym źródeł swojej frustracji. O jego homoseksualizmie pierwszy zająknął się Gustaw Bychowski (bardzo wiele z późniejszych spraw w życiu poety staje się jaśniejsze przy uwzględnieniu tego prądu homoerotycznego, który, jak dzisiaj wiemy, występuje w pewnym stopniu w rozwoju psychoseksualnym każdego osobnika[9]), ale trzeba było lat siedemdziesięciu, by wątek ten został podjęty i udokumentowany. Tymczasem widać (jeśli się porządnie czyta, to widać), co w tych wierszach jest prawdą, a co udawaniem. Najlepszym przykładem pani Bobrowa, przejęta po Krasińskim, ale to właśnie w Krasińskim Słowacki się wcześniej kochał, więc ona była zaledwie echem zapachu, względnie dostępnym odgałęzieniem ukochanego, czego dowodem fakt, że lepsze wiersze poeta napisał dla jej córeczek (w swoim wyborze złośliwie zamieszczam wiersz dla niej). Z drugiej strony Słowacki postrzegany był zapewne jako „chłopiec ładny, ale nie podoba się dziewczynom”. Tak też można to ujmować, ale raczej sam starał się im nie podobać: dość spojrzeć na jego ubiór, który przywdział na wyprawę alpejską z Marią Wodzińską, po pół upłynionym wieku na samo wspomnienie tego stroju Marya zwiędłe usta do szyderczego układała śmiechu[10] – uwielbiam ten cytat.

Co do narkomanii Słowackiego, napisała o tym stanowczo Ewa Grzęda[11] i nie będę tu