Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 137

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Balladyna - Juliusz Słowacki

Baśnowy dramat o władzy i namiętności Juliusza Słowackiego “Balladyna” dostępny za darmo w Legimi w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Słowacki w “Balladynie” za pomocą dwóch historii połączył świat rzeczywisty i baśniowy. Akcję umieścił w fantastycznych realiach panowania Popiela III, mieszając ówczesną wiedzę historyczną z wyobraźnią.

 

Fabuła opiera się na dążeniu Balladyny do poślubienia Kikora. Władca zorganizował konkurs w zbieraniu malin. Nagrodą było małżeństwo. Balladyna konkurs przegrała, ale jej pragnienie zdobycia władzy u boku Kikora było tak silne, że zdecydowała się zabić siostrę. Pierwsza zbrodnia pociągnęła kolejne.

 

Drugim głównym wątkiem fabularnym jest miłość nimfy Goplany do chłopa Grabca. To magiczne interwencje pomocników Goplany doprowadziły do tragicznych w skutkach działań Balladyny. Goplana swoimi nierozważnymi działaniami przyczyniła się do całej lawiny nieszczęść. Obudziała ona głęboko tłumione instynkty, wyzwalając w ludziach to co najgorsze.

 

W “Balladynie” udało się Słowackiemu ukazać tajemnice ludzkiej duszy, jej podatność na zło. Bohaterowie ulegają licznym pokusom, które niszczą ich życie. Balladyna ogarnięta manią władzy nie cofnie się przed niczym, aby ją zdobyć. Słowacki stworzył ponadczasowy utwór o istocie władzy, moralności i ludzkiej naturze. 

Opinie o ebooku Balladyna - Juliusz Słowacki

Fragment ebooka Balladyna - Juliusz Słowacki

Ju­liusz Sło­wac­ki

Bal­la­dy­na

Tra­ge­dia w pię­ciu ak­tach

Bal­la­dy­na

Tra­ge­dia w pię­ciu ak­tach

KO­CHA­NY PO­ETO RU­IN!

Po­zwól, że pi­sząc do cie­bie za­cznę od apo­lo­gu, któ­ry mi opo­wie­dzia­no nad Sa­la­mi­ny za­to­ką.

Sta­ry i śle­py har­fiarz z wy­spy Scio przy­szedł nad brze­gi Mo­rza Egej­skie­go, a usły­szaw­szy z wiel­kim hu­kiem ła­mią­ce się fa­le; my­ślał, że szum ów po­cho­dził od zgieł­ku lu­dzi, któ­rzy się zbie­gli pie­śni ry­cer­skich po­słu­chać. – Oparł się więc na har­fie i śpie­wał pu­ste­mu mo­rza brze­go­wi: a kie­dy skoń­czył, za­dzi­wił się, że żad­ne­go ludz­kie­go gło­su, żad­ne­go wes­tchnie­nia, żad­ne­go pieśń nie zy­ska­ła okla­sku. Rzu­cił więc har­fę precz da­le­ko od sie­bie, a te fa­le, któ­re śpie­wak mnie­mał tłu­mem ludz­kim, od­nio­sły zło­te pie­śni na­rzę­dzie i po­ło­ży­ły mu je przy sto­pach. I od­szedł od har­fy swo­jej smut­ny Gre­czyn nie wie­dząc, że naj­pięk­niej­szy rap­sod nie w ser­cach lu­dzi, ale w głę­bi fal Egej­skie­go Mo­rza uto­nął.

Ko­cha­ny Iry­dio­nie! ta po­wiast­ka o fa­lach i har­fia­rzu za­stą­pi wszel­ką do Bal­la­dy­ny prze­mo­wę. Wy­cho­dzi na świat Bal­la­dy­na z ario­stycz­nym uśmie­chem na twa­rzy, ob­da­rzo­na wnętrz­ną si­łą urą­ga­nia się z tłu­mu ludz­kie­go, z po­rząd­ku i z lą­du, ja­kim się wszyst­ko dzie­je na świe­cie, z nie­prze­wi­dzia­nych owo­ców, któ­re wy­da­ją drze­wa rę­ką lu­dzi szcze­pio­ne. Niech na­pra­wiacz wszel­kie­go bez­pra­wia Kir­kor pa­da ofia­rą swo­ich czy­stych za­mia­rów; niech Gra­bieć mi­łu­je kuch­nią Kir­ko­ra; nie­chaj po­wietrz­na Go­pla­na ko­cha się w ru­mia­nym chło­pie, a sen­ty­men­tal­ny Fi­lon szu­ka umyśl­nie mę­czar­ni mi­ło­snych i umar­łej ko­chan­ki; nie­chaj ty­sią­ce ana­chro­ni­zmów prze­ra­zi śpią­cych w gro­bie hi­sto­ry­ków i kro­ni­ka­rzy: a je­że­li to wszyst­ko ma wnętrz­ną si­łę ży­wo­ta, je­że­li stwo­rzy­ło się w gło­wie po­ety po­dług praw bo­skich, je­że­li na­tchnie­nie nie by­ło go­rącz­ką, ale skut­kiem tej dziw­nej wła­dzy, któ­ra szep­ce do ucha ni­g­dy wprzód nie sły­sza­ne wy­ra­zy, a oczom po­ka­zu­je ni­g­dy, we śnie na­wet, nie wi­dzia­ne isto­ty; je­że­li in­stynkt po­etycz­ny był lep­szym od roz­sąd­ku, któ­ry nie­raz tę lub ową rzecz po­tę­pił: to Bal­la­dy­na wbrew roz­wa­dze i hi­sto­rii zo­sta­nie kró­lo­wą pol­ską – a pio­run, któ­ry spadł na jej chwi­lo­we pa­no­wa­nie, bły­śnie i roz­two­rzy mgłę dzie­jów prze­szło­ści.

Uśmiech­nij się te­raz, Iry­dio­nie, bo oto na­śla­du­jąc fran­cu­skich po­etów: po­wiem ci, że Bal­la­dy­na jest tyl­ko epi­zo­dem wiel­kie­go po­ema­tu w ro­dza­ju Ario­sta, któ­ry ma się uwią­zać z sze­ściu tra­ge­dii, czy­li kro­nik dra­ma­tycz­nych. Cie­nił już róż­ne lu­dzi nie­by­łych wy­szły ze mgły przed­stwo­rze­nia i ota­cza­ją mnie ciż­bą gwa­rzą­cą: po­trze­ba tyl­ko, aby się ze­bra­ły w od­dziel­ne tłu­my, aże­by czy­ny ich uło­ży­ły się w po­sta­cie pi­ra­mi­dal­ne wy­pad­ków, a jed­ną po dru­giej garst­kę na świat wy­py­chać bę­dę; i spraw­dzą się mo­że sny me­go dzie­ciń­stwa. Bo ileż to ra­zy pa­trząc na sta­ry za­mek, ko­ro­nu­ją­cy ru­ina­mi gó­rę me­go ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka, ma­rzy­łem, że kie­dyś w ten wie­niec wy­szczer­bio­nych mu­rów na­sy­pię widm, du­chów, ry­ce­rzy; że od­bu­du­ję upa­dłe sa­le i oświe­cę je przez okna ogniem pio­ru­no­wych no­cy, a skle­pie­niom ka­żę po­wta­rzać daw­ne So­fo­kle­sow­skie „nie­ste­ty!” A za to imię mo­je sły­sza­ne bę­dzie w szu­mie pły­ną­ce­go pod gó­rą po­to­ku, a ja­kaś ni­by tę­cza z my­śli mo­ich uno­sić się bę­dzie nad ru­ina­mi zam­ku. – O! nie mów mi, że z dzwon­ków po­lnych więk­sza ozdo­ba ru­inom niż z te­go wień­ca my­śli, w któ­ry je ubie­rze po­eta: – bo choć ró­że ro­sną­ce na ru­inach pa­ła­cu Ne­ro­na roz­wid­nia­ły nam pięk­nie te gru­zy: to jed­nak ja­śniej mi je oświe­cił ów duch Iry­dio­na, któ­re­goś ty pod krzy­żem w Ko­los­seum po­ło­żył i na­krył zło­ty­mi skrzy­dła­mi anio­ła.

Tak więc, kie­dy ty daw­ne po­są­go­we Rzy­mian po­sta­cie na­peł­niasz wul­ka­nicz­ną du­szą wie­ku na­sze­go; ja z Pol­ski daw­nej two­rzę fan­ta­stycz­ną le­gen­dę, z ci­szy wie­ko­wej wy­do­by­wam chó­ry pro­roc­kie – i na spo­tka­nie two­jej czar­nej, pio­ru­no­wej, dan­tej­skiej chmu­ry pro­wa­dzę lek­kie, tę­czo­we i ario­stycz­ne ob­ło­ki, pew­ny, że spo­tka­nie się na­sze w wyż­szej kra­inie nie bę­dzie wal­ką, ale tyl­ko grą ko­lo­rów i cie­ni, z tym smut­nym dla mnie koń­cem, że two­ja chmu­ra, więk­szym wi­chrem gna­na i peł­niej­sza pio­ru­no­we­go ognia, mo­je wietrz­ne i róż­no­barw­ne ob­ło­ki roz­trą­ci i po­chło­nie.

Do­nio­sły mi syl­fy, żeś po­wę­dro­wał te­raz od­wie­dzić Et­nę czer­wo­ną: po­sła­łem na­tych­miast Skier­kę, aby ci na dro­dze wszyst­kie po­otwie­rał kwia­ty i wszyst­kie gwiaz­dy nad to­bą za­pa­lił; za to przez wdzięcz­ność, sta­nąw­szy na szczy­cie wul­ka­nu, spoj­rzyj na mórz roz­le­głe błę­ki­ty i po­myśl, że nie­daw­ny­mi cza­sy przez te zwier­cia­dła wę­dro­wał okręt mój, jak ła­będź ża­gla­mi na­kry­ty. Po­wiedz, czy nie dojr­żysz ja­kie­go ry­su na fa­li, ja­kie­go śla­du po znik­nio­nym okrę­cie? Księ­ża wten­czas śpie­wa­li hymn do Naj­święt­szej Pan­ny, a ja sta­łem z wle­pio­ny­mi w ogień Et­ny oczy­ma, smut­ny, że mnie fa­la znów tyl­ko do Eu­ro­py od­no­si­ła. Słu­chaj w ci­szy po­wietrz­nej, czy echo te­go hym­nu, któ­ry mi ser­ce uci­szał, nie drga do­tąd w krysz­ta­ło­wej at­mos­fe­rze? Szu­kaj mo­je­go śla­du w po­wie­trzu i na fa­li, a je­śli o mnie na fa­li i w po­wie­trzu nie sły­chać, to znajdź mnie w ser­cu two­im i niech ja bę­dę jesz­cze z to­bą przez jed­ną go­dzi­nę. Wszak da­rem to jest Bo­ga, że my umie­my my­ślą la­tać do sie­bie w od­wie­dzi­ny.

Roz­pi­sa­łem się dłu­go, a za­mie­rzy­łem był tyl­ko na­pi­sać

Au­to­ro­wi Iry­dio­na
na pa­miąt­kę  
Bal­la­dy­nę
po­świę­ca/ Ju­liusz Sło­wac­ki

Pa­ryż, d. 9 lip­ca 1839 r.

OSO­BY:

Pu­stel­nik – Po­piel III wy­gna­nyKir­kor – pan zam­kuMat­ka – wdo­waBal­la­dy­na, Ali­na – jej cór­kiFi­lon – pa­sterzGra­biec – syn za­kry­stia­naFon Ko­stryn – na­czel­nik stra­ży w zam­ku Kir­ko­raGra­lon – ry­cerz Kir­ko­raKanc­lerzWa­wel – dzie­jo­pis[1]PaźPo­seł ze sto­li­cy Gne­znaOskar­ży­ciel są­do­wyLe­karz ko­ron­nyPa­ny – ry­ce­rze – służ­ba zam­ko­wa – wie­śnia­cy – dzie­ci.

OSO­BY FAN­TA­STYCZ­NE:

Go­pla­na – nim­fa, kró­lo­wa Go­płaCho­chlikSkier­ka
Za cza­sów ba­jecz­nych, ko­ło je­zio­ra Go­pła.

AKT PIERW­SZY

SCE­NA I

Las bli­sko je­zio­ra Go­pła – cha­ta pu­stel­ni­ka ustro­jo­na kwia­ta­mi i blusz­czem. – Kir­kor wcho­dzi w ka­ra­ceń­skiej zbroi[2], bo­ga­to ubra­ny, z or­li­mi skrzy­dła­mi…

KIR­KOR

sam
Ra­dy za­się­gnąć war­to u czło­wie­ka,  
Któ­ry się kry­je w tej za­ci­szy le­śnej;  
Po­boż­ny sta­rzec – ma jed­nak w ro­zu­mie  
Nie­co sza­leń­stwa: ile­kroć mu pra­wisz[3]
O zam­kach, kró­lach, o kró­lew­skich dwo­rach,  
To jak sza­lo­ny od ro­zu­mu błą­dzi,  
Mio­ta prze­kleń­stwa, pie­ni się, na­rze­ka;  
Mu­siał od kró­lów do­znać wie­le złe­go,  
I z owąd zo­stał przy­ja­cie­lem gmi­nu[4].  
stu­ka do ce­li
Puk! puk! puk!  

GŁOS Z CE­LI

Kto tam?  

KIR­KOR

Kir­kor.  

PU­STEL­NIK

wy­cho­dząc z ce­li
Wi­taj sy­nu…  
Cze­go chcesz?  

KIR­KOR

Ra­dy.  

PU­STEL­NIK

Zo­stań pu­stel­ni­kiem.  

KIR­KOR

Gdy­bym pod­sta­rzał dzie­sią­tym krzy­ży­kiem[5],  
Mo­że bym w smut­ne schro­nił się dą­bro­wy;  
Ale ja mło­dy, pan czte­ro­wie­żo­wy,  
Prze­my­ślam dzi­siaj, jak by się oże­nić…  
Po­radź mi, star­cze.  

PU­STEL­NIK

Lat dwa­dzie­ścia z gó­rą  
Jak ży­ję w pusz­czy…  

KIR­KOR

Cóż stąd?  

PU­STEL­NIK

Więc oce­nić  
Lu­dzi nie mo­gę – ani wska­zać, któ­rą  
Weź­miesz dzie­wi­cę.  

KIR­KOR

Te, co roz­kwi­ta­ły  
Z dzie­ciń­stwa pącz­ków, gdyś ty żył na świe­cie,  
Są dziś pan­na­mi… czer­wo­ny li bia­ły  
Pą­czek na ró­ży, ta­ka bę­dzie ró­ża…  
Przy­po­mnij nie­gdyś naj­pięk­niej­sze dzie­cię,  
Bia­łą, jak w rę­ku aniel­skie­go stró­ża  
Kwiat li­li­jo­wy – niech jej sło­wik śpiew­ny  
Za­zdro­ści gło­su, a sy­no­gar­li­ca[6]
Wier­no­ścią zrów­na… gdzie ta­ka dzie­wi­ca,  
Wskaż mi, o star­cze? Mó­wią, że kró­lew­ny  
Sły­ną wdzię­ka­mi?  

PU­STEL­NIK

Nie­ba! to ród wę­ża.  
Żo­na zbrod­nia­mi po­dob­na do mę­ża,  
Cór­ki do oj­ca, a do ma­tek sy­ny;  
Jak w jed­nym gnieź­dzie skłę­bio­ne ga­dzi­ny.  
O bog­daj pio­run!…  

KIR­KOR

Nie prze­kli­naj.  

PU­STEL­NIK

Mło­dy,  
Prze­kli­naj ze mną – oni klą­twy war­ci.  
Bog­daj do­zna­li, co po­mór[7] i gło­dy!  
Bog­daj pio­ru­nem na po­ły po­żar­ci,  
Pa­da­jąc w zie­mi pasz­czą roz­dzia­wio­ną,  
Proch mie­li płasz­czem, a wę­ża ko­ro­ną.  
Bog­daj! – Klnąc zbój­cę po­tar­ga­łem si­ły,  
Wście­kłem się ja­ko bry­tan uwią­za­ny.  
Bo też ja kie­dyś by­łem pan nad pa­ny,  
Stu­ty­siącz­ne­mu na­ro­do­wi mi­ły,  
Ży­łem w pur­pu­rze[8], dziś no­szę łach­ma­ny;  
Mu­szę prze­kli­nać. Mia­łem dzia­tek[9] tro­je,  
No­cą do kom­nat we­szli bra­ta zbó­je,  
Ró­życz­ki mo­je trzy z ło­dy­gi ścię­to!  
Dzie­cin­ki mo­je w ko­ły­skach za­rżnię­to!  
Anioł­ki mo­je!… wszyst­kie mo­je dzie­ci!  

KIR­KOR

Któż je­steś, star­cze?  

PU­STEL­NIK

Ja… Król Po­piel trze­ci…  

KIR­KOR

schy­la ko­la­no
Kró­lu mój!  

PU­STEL­NIK

Któż mię z że­bra­ki ro­ze­zna?…  

KIR­KOR

Uzbra­jam cha­my[10] i le­cę do Gne­zna  
Mścić się za cie­bie…  

PU­STEL­NIK

Mło­dzień­cze, roz­wa­gi!  

KIR­KOR

Bez­pra­wie go­rzej od Moj­że­sza pla­gi[11]
Ka­la tę zie­mię i prę­dzej się sze­rzy;  
Po­piel, ska­la­ny dzie­ci krwią nie­win­ną,  
Nie­god­ny rzą­dzić tłu­mo­wi ry­ce­rzy.  
Niech więc się sta­nie, co się stać po­win­no,  
Pod okiem Bo­ga, na tej bied­nej zie­mi.  

PU­STEL­NIK

Czy ty skrzy­dła­mi anio­ła zło­te­mi  
Z nie­ba zle­cia­łeś?  

KIR­KOR

Na bar­kach or­li­cy  
Pa­ra tych bia­łych skrzy­deł wy­ra­sta­ła;  
Gdy na ry­cer­skiej są na­ra­mien­ni­cy,  
Bę­dzież-li ry­cerz mniej niż owa bia­ła  
Pta­szy­na lu­dziom uży­tecz­ny? – ma-li  
Ga­dom prze­pusz­czać ry­cerz uskrzy­dlo­ny  
Or­ła pió­ra­mi?  

PU­STEL­NIK

O mę­żu ze sta­li!  
Ty je­steś z owych, któ­rzy wa­lą tro­ny.  

KIR­KOR

Ty wiesz, jak na­sza zie­mia wsze­te­czeń­stwem  
Kró­la ska­la­na. Wiesz, jak Po­piel krwa­wy  
Pa­stwi się co­raz no­wym okru­cień­stwem…  
Za­czer­wie­nio­ne krwią wi­dzia­łem sta­wy:  
Król ży­wi kar­pie cia­łem nie­wol­ni­ków.  
Nie­raz wy­bie­ra dzie­sią­te­go z szy­ków  
I tnąc w ka­wa­ły, ulu­bio­nym ry­bom  
Na żer wy­rzu­ca; resz­tę ciał wy­mia­ta  
Na dwor­skie po­la i czer­wo­nym ski­bom  
Ziar­no po­wie­rza. Są­siad zie­mię ka­ta  
Na po­śmie­wi­sko zwie Ru­sią Czer­wo­ną.  
Do­tąd ży­ją­cym pod Le­cha ko­ro­ną  
Bóg da­wał żni­wo szczę­ścia nie­za­sia­ne,  
Lud żył szczę­śli­wy; dzi­siaj nie­sły­cha­ne  
Po­mo­ry, gło­dy sy­pie Bo­ża rę­ka.  
Zie­mia upa­łem wy­su­szo­na pę­ka;  
Wio­sen­ne ru­na zło­cą się, nim ziar­no  
Czo­ła po­chy­li, a wie­śnia­cy gar­ną  
Sier­pa­mi próż­ne tyl­ko wło­sy ży­ta.  
Ta sa­ma Pol­ska, nie­gdyś tak ob­fi­ta,  
Sta­je się co rok sza­rań­czy szpi­chle­rzem;  
Nie­gdyś tak bit­na, dziś bla­dym ry­ce­rzem  
Z gło­da­mi wal­czy i z wid­mem za­ra­zy.  

PU­STEL­NIK

Ach jam prze­klę­ty! prze­klę­ty! trzy ra­zy  
Prze­klę­ty! wi­nien je­stem nie­szczęść lu­du.  

KIR­KOR

Ja­ko, tyś wi­nien?…  

PU­STEL­NIK

Z roz­licz­ne­go cu­du  
Ko­ro­na Le­cha sław­ną nie­gdyś by­ła,  
W niej szczę­ścia lu­du, w niej kra­iny si­ła  
Cu­dem za­mknię­ta… oto ja, wy­gna­ny,  
Lud po­zba­wi­łem tej ko­ro­ny.  

KIR­KOR

Star­cze?…  

PU­STEL­NIK

Ko­ro­na bra­ta me­go jak licz­ma­ny  
Fał­szy­wa… mo­ja pod spróch­nia­łe kar­cze  
La­su wko­pa­na… mia­łem ją do gro­bu  
Po­nieść za so­bą.  

KIR­KOR

Skąd­że tej ko­ro­nie  
Cu­dow­na wła­dza?  

PU­STEL­NIK

Ku oj­czy­stej stro­nie  
Wra­ca­li nie­gdyś od Be­tle­em żło­bu  
Świę­ci kró­lo­wie – dwóch Ma­gów i Scy­ta[12].  
Ów król pół­noc­ny za­szedł w na­sze ży­ta,  
Za­błą­dził w zbo­żu jak w le­sie – bo zbo­że  
Ro­sło wy­so­kie jak las w kra­ju Le­cha;  
Więc za­błą­dziw­szy rzekł: „Wy­pro­wadź, Bo­że!”  
Aż oto przed nim od­kry­wa się strze­cha  
Kró­lew­skiej cha­ty – bo Lech miesz­kał w cha­cie. –  
Wszedł do niej Scy­ta i rzekł: „Kró­lu! bra­cie!  
Idę z Be­tle­em, a gwiaz­da błę­kit­na  
Two­ich bła­wat­ków cią­gle szła przede mną,  
Aż tu za­wio­dła”. – Lech rzekł: „Zo­stań ze mną.  
Kra­ina mo­ja szczę­śli­wa i bit­na,  
Je­śli chcesz, to się tą zie­mi­cą z to­bą  
Dzie­lę na po­ły”. – Scy­ta rzekł: „Zo­sta­nę,  
Lecz kra­ju nie chcę, bo zie­mie zła­ma­ne  
Roz­gra­ni­cza­ją się krwią i ża­ło­bą  
Dzie­ci i ma­tek”. Więc ra­zem zo­sta­li;  
Ale to dłu­ga po­wieść…  

KIR­KOR

Mów! mów da­lej!  

PU­STEL­NIK

Więc ja­ko daw­niej czy­ni­li mo­ca­rze,  
Z Le­chem się mie­niał Scy­ta na ob­rącz­ki;  
A po­ko­chaw­szy moc­niej ser­cem, w da­rze  
Dał mu ko­ro­nę… stąd na­sza ko­ro­na.  
Zba­wi­ciel nie­gdyś wy­cią­ga­jąc rącz­ki  
Szedł do niej z mat­ki za­du­ma­nej ło­na  
I ku ru­bi­nom po­da­wał się ca­ły  
Ja­ko ró­życz­ka z li­ści wy­chy­lo­na,  
I wo­łał: ca­ca! i na bry­lant bia­ły  
Ró­ża­nych ustek pe­reł­ka­mi świe­cił.  

KIR­KOR

O bied­ny kwiat­ku! na toż ty się kwie­cił,  
By cię na krzy­żu ćwie­ka­mi przy­bi­to?  
Cze­muż nie by­ło mnie tam na Gol­go­cie,  
Na czar­nym ko­niu, z uzbro­jo­ną świ­tą!  
Zba­wił­bym Zbaw­cę – lub wy­rą­bał kro­cie[13]
Zbój­ców na ze­mstę umar­łe­mu.  

PU­STEL­NIK

Sy­nu!  
Bóg weź­mie two­ją po­chop­ność do czy­nu  
Za czyn speł­nio­ny. Wróć­my w na­sze cza­sy.  
Gdy mię brat wy­gnał, unio­słem w te la­sy  
Świę­tą ko­ro­nę…  

KIR­KOR

Wró­ci ona! wró­ci!  
Przy­się­gam to­bie… Lecz…  

PU­STEL­NIK

Co chcesz po­wia­dać?  

KIR­KOR

Nim Kir­kor w prze­paść okrop­ną się rzu­ci  
Szu­ka­jąc ze­msty – chcę – chciał­bym cię ba­dać,  
Na ja­kim pień­ku za­szcze­pić ro­do­we  
Drze­wo Kir­ko­rów, aby kie­dyś no­we  
Ple­mię ry­ce­rzy tro­nu twe­go strze­gło?  
Ko­go wpro­wa­dzić w po­dwo­je zam­ko­we  
Z żo­ny imie­niem?  

PU­STEL­NIK

Ty­lu lu­dzi bie­gło  
Z pier­ścion­kiem ślub­nym za ma­rą[14] wiel­ko­ści,  
A pra­wie wszy­scy wzię­li kość nie­zgo­dy  
Za­miast stra­co­nej z że­bra swe­go ko­ści[15].  
Po­stąp ina­czej – ty szla­chet­ny, mło­dy;  
Nie­chaj ci pierw­sza ja­skół­ka po­ka­że,  
Pod ja­ką bel­ką gniaz­do ule­pi­ła;  
Gdzie okien­ka­mi bły­sną dzie­wic twa­rze,  
A dach sło­mia­ny, tam jest two­ja mi­ła.  
Ani się wa­haj, weź pan­nę ubo­gą,  
Żeń się z pro­sto­tą, i nie­chaj ci bło­go  
I le­piej bę­dzie, niż­byś miał z kró­lew­ną…  

KIR­KOR

Tak ra­dzisz, star­cze?  

PU­STEL­NIK

Idź, sy­nu, na pew­no  
Do bied­nej cha­ty – nie­chaj żo­na kar­na,  
Mi­ła, nie­win­na…  

KIR­KOR

Ja­skó­łecz­ko czar­na!  
Pta­szy­no mo­ja, gdzie mię za­pro­wa­dzisz?  

PU­STEL­NIK

Słu­chaj mię, sy­nu…  

KIR­KOR

Star­cze, do­brze ra­dzisz…  
Pro­wadź, ja­skół­ko!  
Od­cho­dzi Kir­kor.

PU­STEL­NIK

sam
O! ci mło­dzi lu­dzie,  
Od­cho­dzą od nas i wo­ła­ją gło­śno:  
Idzie­my szu­kać szczę­ścia. Więc my, star­ce,  
Co­śmy prze­bie­gli po tej bied­nej zie­mi,  
A ni­g­dy szczę­ścia w ży­ciu nie spo­tka­li;  
Mo­że­śmy tyl­ko szu­kać nie umie­li…  
Idź! idź! idź, star­cze, do pu­stel­nej ce­li…  
chce wcho­dzić do ce­li – i za­trzy­mu­je się na pro­gu
Wcho­dzi Fi­lon, pa­sterz… za­my­ślo­ny – fan­ta­stycz­nie we wstąż­ki i kwia­ty ubra­ny.

FI­LON[16]

z eg­zal­ta­cją
O! zło­te słoń­ce! drze­wa uko­cha­ne!  
O! ty stru­mie­niu, któ­ry po ka­my­kach  
Z pła­czą­cym szu­mem to­czysz fa­le śkla­ne!  
Roz­mi­ło­wa­ne w ję­czą­cych sło­wi­kach  
Ró­że wio­sen­ne! z wa­mi Fi­lon sko­na!  
Bo Fi­lon ma­rzył los En­dy­mi­jo­na[17],  
Ma­rzył, że kie­dyś po bla­sku mie­sią­ca  
Bia­ła bo­gi­ni, ró­ża­mi wień­czo­na,  
Z nie­bios błę­kit­nych przy­pły­nie, i drżą­ca  
Czo­ło po­chy­li, a ko­ra­lo­we­mi  
Usta­mi usta mo­je roz­pło­mie­ni.  
Ach! tak ma­rzy­łem! Ale na tej zie­mi  
Nie ma Dy­jan­ny. Sa­mot­ny uwięd­nę  
Ja­ko fi­jo­łek – al­bo kwiat je­sie­ni.  

PU­STEL­NIK

Co zna­czą owe na­rze­ka­nia zrzęd­ne?  
Mło­dy sza­leń­cze, gdzie zim­ny roz­są­dek?  
Wy­wra­casz świa­ta bo­skie­go po­rzą­dek,  
A że ty chci­wy Ak­te­ona[18] wa­nien,  
Cze­kasz na zie­mi aniel­skie­go bó­stwa:  
Dla­te­go ty­le ze­sta­rza­łych pa­nien  
Do­tąd się mę­żów swych nie do­cze­ka­ły;  
Szu­kaj ko­chan­ki na zie­mi.  

FI­LON

Świat ca­ły  
Na próż­no zbie­głem prze­glą­da­jąc mnó­stwa  
Dzie­wic śmier­tel­nych. Nie­raz wzrok ła­ko­my  
Śle­dził spod zło­tej ka­pe­lu­szów sło­my  
Żni­wia­rek twa­rze, po­dob­ne czer­wie­nią  
Ma­kom zbo­żo­wym. Nie­raz po­glą­dam  
Na bia­łe płót­na, łąk ja­sną zie­le­nią  
Słoń­cu po­da­ne; ro­jąc ser­ca sza­łem,  
Że z bie­li płó­cien ja­ko z mor­skiej pia­ny  
Ala­ba­stro­wa[19] mi­ło­ści bo­gi­ni  
Wyj­dzie na słoń­ce. Ach! tak obłą­ka­ny,  
Ży­łem na świe­cie ja­ko na pu­sty­ni;  
Nie­na­sy­co­ny, du­ma­ją­cy, rzew­ny.  
By­łem na dwo­rach, wi­dzia­łem kró­lew­ny  
Po­dob­ne gwiaź­dzie We­nus[20], co wy­ni­ka  
Wie­czo­rem z nie­ba ró­żo­we­go zo­rzą,  
Za­czer­wie­nio­na, ale bez pro­my­ka.  
Ser­ca nie ma­ją, a ser­cem się dro­żą[21]
Wię­cej niż ko­ron bry­lan­ta­mi.  

PU­STEL­NIK

Głup­cze!  
Nie­do­ści­gnio­nych gwiazd sza­lo­ny kup­cze!  
Ty, co na dwo­rach szu­ka­łeś ko­chan­ki:  
Precz! precz ode mnie, kwie­cie bez­na­sien­ny,  
Stud­niom nie­zdat­ny jak stłu­czo­ne dzban­ki,  
Świa­to­wi ja­ko słoń­ca blask je­sien­ny  
Bez­u­ży­tecz­ny. Sko­ro na tron wró­cę,  
Za­mknę cię w szpi­tal sza­lo­nych lub rzu­cę  
Na ba­ka­lar­ską[22] ła­wę mię­dzy dzie­ci.  

FI­LON

Mój do­bry oj­cze! nie­chaj ci Bóg świe­ci!  
Mu­sisz być cho­ry, ga­dasz nie­przy­tom­nie.  

PU­STEL­NIK

Wszy­scy sza­leń­cy zla­tu­ją się do mnie,  
A wszy­scy ma­rzą o kró­lew­skich dwo­rach,  
My­ślą o kró­lach, a kry­ją się w bo­rach,  
I ję­czą, ję­czą jak ośle­płe so­wy.  

FI­LON

Wsadź, star­cze, gło­wę w stru­mień krysz­ta­ło­wy,  
Mo­że ochło­nie.  

PU­STEL­NIK

Wo­da nie ob­my­je  
Na mo­im czo­le czer­wo­ne­go pa­su.  
Wi­dzisz! czy wi­dzisz, jak ko­ro­na ry­je?  
Dwu­dzie­sto­let­nie ży­cie w głę­bi la­su  
Nie za­go­iło ra­ny. Pas na czo­le,  
A dru­gi ta­ki pas mi ser­ce pła­ta;  
Ten od ko­ro­ny,  
po­ka­zu­jąc na ser­ce
ten od mie­czów ka­ta.  
O! mo­je dzie­ci! o! sie­roc­twa bo­le!  
O! mo­ja prze­szłość!  

FI­LON

Nu­dzi mię ten sta­ry,  
W gło­wie ma ja­kieś bez­cie­le­sne ma­ry,  
Pew­nie osza­lał sa­mot­no­ścią, po­stem.  

PU­STEL­NIK

Cier­pie­nie my­śli jest ko­lą­cym ostem,  
Lecz rze­czy­wi­stość… o! ta jak że­la­zo  
Ra­ni, za­bi­ja…  

FI­LON

O tym in­ną ra­zą  
Mó­wić bę­dzie­my, a prze­ko­nam cie­bie,  
Że smu­tek ser­ca…  

PU­STEL­NIK

Nie­chaj cię po­grze­bie,  
Mdła­wa isto­to. Nic niech nic za­bi­je;  
A twój gro­bo­wiec za­mknie nic.  

FI­LON

O lu­ba!  
Nie zna­le­zio­ny twój ob­raz  
po­ka­zu­jąc na ser­ce
tu ży­je!  
Nie­zna­le­zie­nie gor­sze niź­li zgu­ba;  
Jam cię nie zna­lazł, a wi­dzę przed so­bą!  
Idę do la­su, gdzie bę­dę sam – z to­bą…  
Bło­go­sła­wio­ny wy­obraź­ni cu­dzie,  
Ty mnie oca­lasz!  
od­cho­dzi w las

PU­STEL­NIK

Jak sza­le­ją lu­dzie!  
wcho­dzi do ce­li

SCE­NA II

In­na część la­su – wi­dać je­zio­ro Go­pło.
Skier­ka i Cho­chlik wcho­dzą.

SKIER­KA

Gdzie jest Go­pla­na, na­sza kró­lo­wa?  

CHO­CHLIK

Spi jesz­cze w Go­ple.  

SKIER­KA

I woń so­sno­wa,  
I woń wio­sen­na nie obu­dzi­ła  
Kró­lo­wej na­szej? woń ta­ka mi­ła!  
Czy­liż nie sły­szy, jak skrzy­deł­ka­mi  
Czar­ne ja­skół­ki bi­ją w je­zio­ro  
Tak, że się ca­łe zwier­cia­dło pla­mi  
W ty­sią­ce krąż­ków?  

CHO­CHLIK

Za­nad­to sko­ro  
Zbu­dzi się ję­dza i bę­dzie  
Do pra­cy nas za­przę­gać. To w pu­ste żo­łę­dzie  
Wkła­dać ja­ja mo­ty­lic – to po­ma­gać mrów­kom  
Bu­du­ją­cym sto­li­ce i dro­gi umia­tać  
Do mrów­ni­ka wio­dą­ce… to ma­jo­wym krów­kom  
Roz­wią­zy­wać pan­ce­rze, aby mo­gły la­tać,  
To zwie­dzać psz­czel­ne ule i z otwar­tej księ­gi  
Czy­tać pra­wa ulo­we lub ro­tę przy­się­gi  
Na wier­ność mat­ce psz­czel­nej od zro­dzo­nej psz­czół­ki;  
To na trzci­nę je­zio­ra zwo­ły­wać ja­skół­ki  
I uczyć bu­dow­nic­twa pier­wo­rocz­ne mat­ki.  
Już za­my­kać sta­wia­ne na pta­szę­ta klat­ki,  
Nim ja­ki bied­ny pta­szek uwięź­nie w za­pad­ni,  
Na prze­kor ptasz­ni­ko­wi; już to pa­ni sro­ce  
Cią­gle trą­bić do ucha na­ukę: nie krad­nij;  
Al­bo wró­blo­wi wma­wiać, że pięk­nie świe­go­ce,  
Aby cią­gle świe­go­tał nad wie­śnia­czą cha­tą…  
Pra­cuj jak koń po­gań­ski, pra­cuj ca­łe la­to,  
A zi­mą spij u chło­pa za brud­nym przy­piec­kiem,  
Mię­dzy garn­ka­mi, ba­bą szczer­ba­tą i dziec­kiem.  

SKIER­KA

Bo też ty je­steś le­ni­wy, Cho­chli­ku!  
pa­trzy na je­zio­ro
Ach, patrz! na słoń­ca pro­my­ku  
Wy­try­ska z wo­dy Go­pla­na;  
Jak po­wiew­ny liść aje­ru,  
Lek­ko wia­trem ko­ły­sa­na;  
Jak ła­będź, kie­dy roz­wi­nie  
Uśnie­żo­ny ża­giel ste­ru,  
Ko­ły­sze się – wa­ha – pły­nie.  
I patrz! patrz! lek­ka i gib­ka,  
Sko­czy­ła z wo­dy jak ryb­ka,  
Na ne­za­bu­dek[23] war­ko­czu  
Wie­sza się za bia­łe rącz­ki,  
A sto­pą po fal prze­zro­czu  
Bry­lan­to­we iskry skrze­sza.  
Ach cza­row­na! któż od­gad­nie,  
Czy się trzy­ma z fal ob­rącz­ki?  
Czy się na po­wie­trzu kład­nie?  
Czy dło­nią na kwia­tach się wie­sza?  

CHO­CHLIK

Ona ma wia­nek na gło­wie…  
Czy to kwia­ty? czy si­to­wie?  

SKIER­KA

O nie… to na wło­sach wróż­ki  
Uśpio­ne le­żą ja­skół­ki.  
Tak po­wią­za­ne za nóż­ki  
Kie­dyś, w je­sien­ny po­ra­nek,  
Upa­dły na dno rze­czuł­ki:  
Rze­czuł­ka rzu­ci­ła wia­nek,  
Wia­nek czar­ny jak he­ba­ny  
Na zło­te wło­sy Go­pla­ny.  

CHO­CHLIK

Ra­dzę ci, ucie­kaj­my, mój Skier­ko ko­cha­ny,  
Wiedź­ma go­to­wa za­raz no­wą pra­cę za­dać.  
Al­bo ob­ra­cać mły­ny, skąd wo­da ucie­kła  
Bied­ne­mu mły­na­rzo­wi, lub ka­że spo­wia­dać  
Le­ni­we­go szer­sze­nia, nim pój­dzie do pie­kła  
Za kra­dzież słod­kich mio­dów… lub ma­lo­wać pa­wie  

SKIER­KA

Więc ucie­kaj… ja się ba­wię…  
Pro­mie­nie słoń­ca prze­ni­kły  
Ja­skó­łe­czek mo­kre piór­ka…  
Oży­ły – pierz­chły – i zni­kły  
Jak spło­szo­nych wró­bli chmur­ka  
Kró­lo­wa na­sza bez du­cha.  
Za­dzi­wio­na stoi, słu­cha;  
Nie śmie wią­zać i za­pla­tać  
Kos roz­wia­nych, nie wie, cze­mu  
Wia­necz­ko­wi uwię­dłe­mu  
Przy­szło ożyć? skąd mu la­tać?  
Go­pla­no! Go­pla­no! Go­pla­no!  
Wcho­dzi Go­pla­na.

GO­PLA­NA

Na­rwij mi róż, Cho­chli­ku! po­le­ciał mój wia­nek.  

CHO­CHLIK

Już się za­czy­na pra­ca.  
Cho­chlik od­cho­dzi mru­cząc.

GO­PLA­NA

Czy to jesz­cze ra­no?  

SKIER­KA

Pierw­sza wio­sny go­dzi­na.  

GO­PLA­NA

Ach! gdzież mój ko­cha­nek?  

SKIER­KA

Co mi roz­ka­żesz, kró­lo­wo?  
Za­daj pięk­ną ja­ką pra­cę.  
Wi­nąć tę­czę ko­lo­ro­wą,  
Al­bo bu­do­wać pa­ła­ce,  
Po­wo­ja­mi wią­zać da­chy.  
I opie­rać kwia­tów gma­chy  
Na ko­lum­nach malw i dzwo­nów  
La­zu­ro­wych.  

GO­PLA­NA

za­my­ślo­na
Nie!  

SKIER­KA

Chcesz tro­nów  
Z wy­pła­ka­nych nie­ba chmu­rek?  
Czy ci przy­nieść pe­reł sznu­rek?  
Z owych pe­reł, któ­re da­ją  
Lep na ptasz­ki; ale ma­ją  
Ta­kie bla­ski, ta­kie wo­dy,  
Jak ka­ła­kuc­kie ja­go­dy.  
Chcesz? le­cę na trzę­sa­wi­ce[24],  
Doj­rzę – do­go­nię – po­chwy­cę –  
Błęd­ne­go mo­czar ogni­ka;  
I za­raz w li­lij­kę bia­łą  
Opra­wię jak do świecz­ni­ka,  
I na­kry­ję bia­łym dzwon­kiem,  
By ci świe­cił… Czy to ma­ło?  
Roz­każ, pa­ni! Co pod słon­kiem,  
Co na zie­mi, wszyst­ko znio­sę:  
Drze­wa, kwia­ty, świa­tło, ro­sę.  
Co nad zie­mią, w zie­mi ło­nie:  
Dźwię­ki, echa, bar­wy, wo­nie,  
Wszyst­ko, o czym kie­dy śni­ły  
My­śli two­je w je­zior bu­rzy  
Ko­ły­sa­ne.  

GO­PLA­NA

Skier­ko mi­ły,  
Ja się ko­cham.  

SKIER­KA

W czym? czy w ró­ży  
Bez­cier­nio­wej? czy w ka­li­nie?  
W czte­ro­list­nej ko­ni­czy­nie?  
Mo­że w kwiat­ku: „niech Bóg świe­ci”,  
Któ­ry po­sa­dzi ma­co­cha  
Na gro­bie mę­żow­skich dzie­ci?  
Mo­że w Mag­da­le­ny nit­ce,  
Co bez wia­tru le­ci pło­cha?  
Mo­że w bia­łej mar­gie­rit­ce,  
Co pią­tym list­kiem: „nie ko­cha”  
Za­bi­ła mło­dą pa­ster­kę?