Ukryte blizny - Patricia Gibney - ebook + audiobook + książka

Ukryte blizny ebook i audiobook

Patricia Gibney

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Pewnego poniedziałkowego poranka zostaje znalezione ciało młodej kobiety w ciąży. Tego samego dnia matka z synem odwiedzają detektyw Lottie Parker, prosząc o pomoc w odnalezieniu zaginionej przyjaciółki. Kiedy pojawia się druga ofiara, Lottie musi szybko działać, aby odkryć, w jaki sposób obie sprawy są ze sobą powiązane. Zwłaszcza że znikają dwie kolejne dziewczyny…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 54 min

Lektor: Popczyński Marcin
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Prolog

Kosowo 1999

Chło­piec uwiel­biał spo­kój panu­jący nad poto­kiem oddzie­la­ją­cym ich gospo­dar­stwo od domu babci. Ciszę zakłó­cał tu tylko szum wody spły­wa­ją­cej ze zbo­cza góry. Nie było sły­chać huku broni ani ostrzału arty­le­ryj­skiego. Jed­nak na wszelki wypa­dek, zanim zaczerp­nął wody do wia­dra, rozej­rzał się czuj­nie wokół, upew­nia­jąc się, że nic mu nie grozi. Nagle do jego uszu dobiegł war­kot sil­nika samo­cho­do­wego, więc szybko spoj­rzał w tamtą stronę. Nad krętą drogą wzno­sił się tuman kurzu. Ktoś do nich jechał. Chło­piec dźwi­gnął wia­dro i ruszył, roz­chla­pu­jąc wodę, a kiedy usły­szał pisk hamul­ców i pod­nie­sione głosy, puścił się bie­giem.

W pobliżu domu rzu­cił wia­dro i przy­padł do ziemi. Leżał na brzu­chu, a drobne kamie­nie wbi­jały się w jego gołą pierś. Przed­tem, gdy poma­gał tacie, powie­sił koszulę na zardze­wia­łym gwoź­dziu wbi­tym w beto­nowy blo­czek. Pró­bo­wali zała­tać dziury w domu babci, uszko­dzo­nym pod­czas ostat­niego ostrzału. Wie­dział, że to daremny wysi­łek, lecz tato się uparł, a on w wieku trzy­na­stu lat rozu­miał już, że kłót­nia nie ma sensu. Poza tym cie­szył się, mogąc spę­dzić ten dzień z ojcem, z dala od wiecz­nie roz­ga­da­nych matki i sio­stry.

Prze­czoł­gał się przez polną drogę i ukrył w wyso­kiej suchej tra­wie na pobo­czu. Dzie­liło go zale­d­wie kilka metrów od domu, choć rów­nie dobrze mógłby to być kilo­metr.

Nasłu­chi­wał. Roz­legł się śmiech, a potem krzyki mamy i Rhei. O, nie! Modlił się do słońca na bez­chmur­nym nie­bie, ale jedyną odpo­wie­dzią był żar palący jego ciało.

Znów usły­szał okrutny śmiech. Czy to byli żoł­nie­rze?

Pod­pełzł odro­binę bli­żej. Męż­czyźni pokrzy­ki­wali, a on nie wie­dział, co robić. Bał się, że tato jest za daleko, by przy­biec na pomoc, i że nie ma przy sobie strzelby.

Doczoł­gał się do płotu. Roz­su­nął wysoką zbrą­zo­wiałą trawę i ukrył się za szta­che­tami.

Ujrzał zie­lo­nego jeepa z czer­wo­nym krzy­żem na otwar­tych drzwiach i czte­rech męż­czyzn w żoł­nier­skich mun­du­rach. Kara­biny mieli prze­wie­szone przez plecy, a spodnie spusz­czone do kostek. Nagie pośladki dwóch z nich podry­gi­wały w powie­trzu. Wie­dział, co robią. Jakiś czas temu zgwał­cili kole­żankę jego sio­stry, która miesz­kała u pod­nóża góry. A potem ją zabili.

Przy­glą­dał się bez­rad­nie, wal­cząc z bez­u­ży­tecz­nymi łzami. Mama i Rhea krzy­czały. Żoł­nie­rze wstali, popra­wili ubra­nia, a dwaj kolejni zajęli ich miej­sce. Znów roz­le­gły się śmie­chy.

Przy­gryzł sobie dłoń, tłu­miąc szloch. Shep, jego owcza­rek, jak osza­lały bie­gał wokół żoł­nie­rzy, gło­śno szcze­ka­jąc. Chło­piec na moment zamarł, a potem pod­sko­czył gwał­tow­nie, wbi­ja­jąc zęby w rękę, gdy echo strzału odbiło się od zbo­cza góry i wró­ciło. Z nie­licz­nych drzew w pobliżu domu zerwały się ptaki. Naj­pierw zbiły się w gro­madę, a potem roz­le­ciały w różne strony. Shep legł bez ruchu na podwórku pod pro­wi­zo­ryczną huś­tawką z opony, którą tato zawie­sił dla nich na gałęzi. Od kiedy zaczęła się wojna, w ogóle się już na niej nie bawili, choć prze­cież na­dal byli dziećmi.

Żoł­nie­rze zaczęli się o coś kłó­cić. Nasto­la­tek pró­bo­wał zro­zu­mieć, co mówią, ale nie mógł ode­rwać wzroku od spo­nie­wie­ra­nych nagich ciał. Matka i sio­stra na­dal żyły, lecz ich krzyki prze­szły w ciche poję­ki­wa­nie. Gdzie był tato?

Jak zahip­no­ty­zo­wany obser­wo­wał męż­czyzn, któ­rzy zbli­żyli się do ofiar i wło­żyli gumowe ręka­wiczki. Naj­wyż­szy z nich wyjął dłu­gie sta­lowe ostrze z przy­pię­tej do pasa sta­ro­mod­nej pochwy. Potem jego towa­rzysz zro­bił to samo. Mło­dzie­niec zamarł z prze­ra­że­nia. Żoł­nierz ukląkł za matką i przy­cią­gnął ją do swo­jej piersi. Ten drugi chwy­cił jede­na­sto­let­nią Rheę. Krew cie­kła po nogach dziew­czynki i chło­piec wal­czył z potrzebą, by natych­miast pobiec po ubra­nia i okryć jej nagość. Pła­kał bez­gło­śnie. Czuł się zupeł­nie bez­silny i nie­przy­datny.

Jeden z męż­czyzn uniósł nóż. Ostrze zalśniło w słońcu, nim je opu­ścił, roz­pła­tu­jąc Rheę od gar­dła po brzuch. Drugi zro­bił to samo z mamą. Ciała ofiar ogar­nęły drgawki, a krew try­snęła na twa­rze opraw­ców. Rękami w ręka­wicz­kach wydarli z ran narządy wewnętrzne. Pozo­stali dwaj pospiesz­nie przy­nie­śli sta­lowe pojem­niki.

Chło­piec oczami wytrzesz­czo­nymi z prze­ra­że­nia przy­glą­dał się, jak żoł­nie­rze, śmie­jąc się, wkła­dają organy jego uko­cha­nych matki i sio­stry do pojem­ni­ków. Jeden się­gnął do kie­szeni po fla­ma­ster i napi­sał coś na pokryw­kach, a drugi odwró­cił się i kop­nął zwłoki Rhei. Potem spoj­rzał wprost na jego kry­jówkę.

Wbi­ja­jąc wzrok w żoł­nie­rza, nasto­la­tek wstrzy­mał oddech, ale nie czuł już stra­chu. Był gotów na śmierć. Zaczął się pod­no­sić, lecz wtedy oprawca ruszył w stronę swo­ich kam­ra­tów. Zapa­ko­wali pojem­niki do jeepa, wsko­czyli do środka i ruszyli z powro­tem gór­ską drogą, wzbi­ja­jąc spod kół chmurę kamieni i pyłu.

Nie miał poję­cia, jak długo tak leżał. W końcu poczuł, że ojciec kła­dzie mu dłoń na ramie­niu i przy­tula go do piersi. Oczy miał prze­peł­nione bólem. Chło­piec nie sły­szał, jak tato biegł i krzy­czał w roz­pa­czy. Obraz wypa­tro­szo­nych mamy i sio­stry wypa­lił się w jego umy­śle niczym foto­gra­fia na kli­szy, która miała ni­gdy nie zblak­nąć.

Powle­kli się w stronę ofiar. Spoj­rzał w oczy matki, bła­ga­jące o śmierć. Ojciec wyjął pisto­let, odwró­cił żonę twa­rzą do nagrza­nej od słońca ziemi i strze­lił jej w tył głowy. Drgnęła gwał­tow­nie, a potem znie­ru­cho­miała.

Tato, pła­cząc wiel­kimi, cichymi łzami, zbli­żył się do Rhei i do niej też strze­lił, choć dziew­czynka już nie żyła i wcale nie potrze­bo­wała kuli. Chło­piec chciał go powstrzy­mać, lecz jego słowa zagłu­szył huk strzału.

– Musia­łem to zro­bić! – zawo­łał ojciec. – Żeby zba­wić ich dusze.

Wcią­gnął ciała do domu, a potem przy­niósł zwłoki Shepa. Nie waha­jąc się ani chwili, poszedł po kani­ster ben­zyny, opróż­nił go za drzwiami i wrzu­cił do środka pod­pa­lony wie­cheć suchej trawy. Potem uniósł broń i wyce­lo­wał w syna.

Chło­pak nie powie­dział słowa ani się nie ruszył. Nawet nie drgnął, dopóki nie zoba­czył, jak brudny od ziemi palec ojca drży na spu­ście. Wtedy instynkt kazał mu rzu­cić się do ucieczki.

– Ratuj się, synu! – krzyk­nął męż­czy­zna. – Bie­gnij. Nie zatrzy­muj się!

Nasto­la­tek obej­rzał się przez ramię i zoba­czył, że tato przy­kłada pisto­let do pozna­czo­nego zmarszcz­kami czoła i pociąga za spust, a potem wpada w pło­mie­nie. Tra­wiony ogniem drew­niany dom zaczął się zapa­dać.

Przy­glą­dał się zza płotu, jak całe znane mu życie pło­nie jasno niczym słońce na nie­bie. Nikt nie pospie­szył z pomocą. Teraz, w cza­sie wojny, każdy trosz­czył się tylko o sie­bie. Sąsie­dzi miesz­ka­jący w domach wzdłuż drogi zapewne skryli się w oba­wie o wła­sne życie. Nie miał do nich pre­ten­sji. I tak nic już nie mogli zro­bić.

Po pew­nym cza­sie słońce scho­wało się za hory­zon­tem, a na nie­bie zami­go­tały gwiazdy, jakby nic się nie wyda­rzyło. Chło­piec, nawet bez koszuli na grzbie­cie, roz­po­czął długą samotną wędrówkę w dół zbo­cza.

Nie miał dokąd pójść, lecz w ogóle go to nie obcho­dziło.

Szedł powoli, noga za nogą, ście­ra­jąc na kamie­niach mięk­kie gumowe pode­szwy san­da­łów. Szedł, aż stopy zaczęły mu krwa­wić, a buty roz­pa­dły się na strzępy tak jak jego serce. Nie przy­sta­wał, dopóki nie dotarł do miej­sca, w któ­rym miał już ni­gdy nie poczuć bólu.

Piątkowy wieczór, 8 maja 2015 roku

Rag­mul­lin

1

Naj­bar­dziej prze­ra­żała ją ciem­ność. To, że niczego nie widzi. A także dźwięki. Deli­katne skro­ba­nie, potem cisza.

Prze­wró­ciła się na bok i spró­bo­wała dźwi­gnąć do pozy­cji sie­dzą­cej, ale nie dała rady. Znów usły­szała sze­lest i pisk. Krzyk­nęła, a jej głos odbił się echem od ścian. Szlo­cha­jąc, objęła się cia­sno ramio­nami. Cienką baweł­nianą koszulkę i dżinsy miała wil­gotne od zim­nego potu.

Ciem­ność…

Spę­dziła wiele takich nocy w swoim pokoju, słu­cha­jąc, jak matka się bawi z gośćmi w kuchni na par­te­rze. Teraz te noce wyda­wały jej się luk­su­sem. Bo to nie była praw­dziwa ciem­ność. Lampy uliczne i księ­życ rzu­cały cie­nie przez cien­kie jak papier zasłony, budząc do życia wzór na tape­cie. Stare meble stały niczym pomniki na pogrą­żo­nym w mroku cmen­ta­rzu. Cza­sami wyda­wało jej się, że sterta ubrań na krze­śle w rogu się poru­sza, gdy świa­tła prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów prze­bi­jały się przez zasłony. Czy naprawdę sądziła wów­czas, że to była praw­dziwa ciem­ność? Nie. W miej­scu, w któ­rym się teraz znaj­do­wała, ota­czała ją nie­prze­nik­niona czerń.

Żało­wała, że nie ma przy sobie tele­fonu i zwią­za­nego z nim życia – wir­tu­al­nych przy­ja­ciół z Face­bo­oka i Twit­tera. Mogliby jej pomóc. Gdyby tylko go miała…

Otwo­rzyły się drzwi. Świa­tło z kory­ta­rza ośle­piło ją tak, że musiała zaci­snąć powieki. W oddali roz­brzmiały kościelne dzwony. Czyżby znaj­do­wała się nie­da­leko od domu? Dzwony umil­kły i roz­legł się ostry śmiech. Ktoś włą­czył świa­tło w pokoju. Goła żarówka zachy­bo­tała się w prze­ciągu, a ona ujrzała syl­wetkę męż­czy­zny.

Cof­nęła się pod wil­gotną ścianę, zapie­ra­jąc bosymi pię­tami o pod­łogę. Męż­czy­zna szarp­nął ją za włosy i poczuła ból, jakby je wyry­wał. Nie obcho­dziło jej to. Mógł ją nawet oskal­po­wać, byleby tylko wró­ciła żywa do domu.

– P-pro­szę…

Jej głos zabrzmiał obco. Był wysoki i drżący, zupeł­nie nie­pa­su­jący do zwy­kłego zuchwa­łego tonu nasto­latki.

Nie­zna­jomy chwy­cił ją moc­niej i pod­niósł. Dziew­czyna zer­k­nęła na niego z ukosa, pró­bu­jąc zapa­mię­tać jego wygląd. Był wyż­szy od niej i nosił robioną na dru­tach szarą komi­niarkę z dwoma otwo­rami, w któ­rych widać było prze­peł­nione nie­na­wi­ścią oczy. Musi je zapa­mię­tać na póź­niej, gdy już odzy­ska wol­ność. Zna­la­zła w sobie odro­binę odwagi, wypro­sto­wała się i sta­nęła twa­rzą w twarz z męż­czy­zną.

– No co? – wark­nął.

Zebrało jej się na mdło­ści, gdy poczuła wstrętny odór jego odde­chu. Ubra­nia pory­wa­cza cuch­nęły jak rzeź­nia na zaple­czu sklepu mię­snego Ken­nedy’ego przy Patrick Street, w któ­rej na wio­snę ubi­jano jagnięta. To był zapach śmierci. Jej szkolny mun­du­rek nasią­kał obrzy­dliwą wonią na cały dzień.

Cof­nęła się, gdy nie­zna­jomy przy­su­nął twarz bli­żej. Teraz miała wię­cej powo­dów do stra­chu niż ciemna nicość. Po raz pierw­szy w życiu naprawdę żało­wała, że nie ma przy niej matki.

– Wypuść mnie – popro­siła. – Chcę do domu… Bła­gam.

– Nie roz­śmie­szaj mnie, mała.

Nachy­lił się do niej tak, że weł­niana tka­nina jego komi­niarki dotknęła jej nosa. Oto­czyła ją chmura odra­ża­ją­cego smrodu.

Pró­bo­wała się odsu­nąć, ale nie miała dokąd. Wstrzy­mała oddech, roz­pacz­li­wie sta­ra­jąc się nie zwy­mio­to­wać, lecz on chwy­cił ją za ramię i pchnął w stronę drzwi.

– Zaczyna się drugi etap two­jej przy­gody – oznaj­mił, recho­cząc pod nosem.

Miała wra­że­nie, że krew w jej żyłach zasty­gła, gdy kuś­ty­kała pustym kory­ta­rzem z wyso­kim sufi­tem i ścia­nami pokry­tymi łusz­czącą się farbą. Ogromne żeliwne grzej­niki rzu­cały zło­wiesz­cze cie­nie. Gdy dotarli do wyso­kich drew­nia­nych drzwi, męż­czy­zna objął ją w pasie i przy­cią­gnął do sie­bie. Zamarła, ale on tylko pochy­lił się, naci­snął klamkę i wepchnął ją do środka. Dziew­czyna pośli­zgnęła się na mokrej pod­ło­dze i upa­dła na kolana.

– Nie, nie… – Histe­rycz­nie krę­ciła się w kółko. Co tu się dzieje? Co to za miej­sce? Biała pleksi w oknach wpusz­czała nie­wiele świa­tła dzien­nego. Pod­łogę pokry­wała gruba, wil­gotna pla­sti­kowa folia. Na ścia­nach wid­niały roz­bry­zgi wyglą­da­jące jak zaschnięta krew. Wszystko krzy­czało do niej, by ucie­kała, ale była w sta­nie tylko cofać się na czwo­ra­kach. Widziała przed sobą jego buciory, pokryte krwią lub bło­tem, albo jed­nym i dru­gim. Męż­czy­zna dźwi­gnął ją na nogi i popchnął, by szła dalej, lecz ona sta­nęła i odwró­ciła się do niego.

Zdjął komi­niarkę. Teraz prócz oczu ujrzała wąskie różowe usta. Nie mogła wykrztu­sić słowa. Jego twarz była jak puste płótno, na któ­rym dopiero miał powstać kosz­marny obraz.

– Potwórz, jak masz na imię – popro­sił.

– D-dla­czego?

– Chcę usły­szeć, jak je wyma­wiasz – wyce­dził.

Dostrze­gła nóż w jego ręku, szarp­nęła się gwał­tow­nie, pośli­zgnęła na zakrwa­wio­nej folii i upa­dła, ude­rza­jąc głową w posadzkę. Tym razem przy­jęła zapa­da­jącą ciem­ność z ulgą. Gdy ostat­nie maleń­kie gwiazdy pod jej powie­kami roz­pły­wały się w mroku, wyszep­tała:

– Maeve…

Dzień pierwszy

Ponie­dzia­łek, 11 maja 2015 roku

2

Ptaki znów śpie­wały, gło­śno i wesoło. Alt i tenor pró­bu­jące się zagłu­szyć, szpak i gołąb grzy­wacz. Przed otwar­tym oknem prze­le­ciała pta­sia kupa, o włos mija­jąc szybę.

– No i kupa – wes­tchnęła Lot­tie Par­ker. O iro­nio, było to jedno z jej ulu­bio­nych prze­kleństw. Gdy zamknęła okno, w pokoju natych­miast zapa­no­wał jesz­cze więk­szy zaduch, ale na­dal sły­chać było pta­sie trele. Opa­dła na wil­gotną koł­drę. Miała za sobą kolejną prze­po­coną noc. Za mie­siąc skoń­czy czter­dzie­ści cztery lata i liczyła na to, że minie jesz­cze co naj­mniej sześć, nim będzie mogła to zrzu­cić na karb meno­pauzy. Przy­czyną musiał zatem być mon­stru­alny upał.

Przy­mknęła suche z nie­wy­spa­nia oczy, a wtedy zadzwo­nił budzik.

Czas wstać i iść do pracy.

Cie­kawe, jak sobie dzi­siaj pora­dzi.

* * *

– Gdzie są moje klu­czyki? – krzyk­nęła w górę scho­dów pół godziny póź­niej.

Nikt jej nie odpo­wie­dział.

Dzwon w kate­drze w cen­trum Rag­mul­lin, pół kilo­me­tra od jej domu, wybił ósmą. Późno. Wysy­pała zawar­tość torby na kuchenny stół. Oku­lary prze­ciw­sło­neczne – potrzebne, port­fel – pusty, para­gony – zbyt liczne, karta ban­kowa – bez pokry­cia, tele­fon – zadzwoni lada moment, Xanax… Ratunku, ani śladu klu­czy­ków.

Wyłu­skała tabletkę z bli­stra i połknęła, choć obie­cała sobie nie wra­cać do daw­nych nawy­ków. Do dia­bła z tym, pra­wie w ogóle nie spała tej nocy i potrze­bo­wała cze­goś, co postawi ją na nogi. Od mie­sięcy nie się­gała po alko­hol, więc pigułka była dobrym roz­wią­za­niem. Może nawet lep­szym. Nalała wodę do szklanki.

Zaskrzy­piały schody i sekundę póź­niej Chloe, jej młod­sza córka, wpa­ro­wała do kuchni.

– Musimy poroz­ma­wiać, matko.

Zwra­cała się do niej per „matko”, bo wie­działa, że ją to iry­tuje.

– Ow­szem, ale nie teraz – odparła Lot­tie. – Jadę do pracy. Jeśli znajdę klu­czyki…

Dalej grze­bała w bała­ga­nie na stole. Dowód oso­bi­sty, szczotka do wło­sów, krem z fil­trem, drobne. Ale klu­czy­ków nie było.

– Tylko tyle masz do powie­dze­nia?

– Jezu, Chloe, odpuść mi, pro­szę.

– Nie, matko, nie odpusz­czę. Sean wygląda jak zom­bie, Katie… nie jest sobą, ja się nie mogę pozbie­rać, a ty od wszyst­kiego się odci­nasz, bo wra­casz do pracy.

Lot­tie bez­rad­nie wpa­try­wała się w córkę. Mil­czała, bojąc się, że powie coś nie­wła­ści­wego. Ostat­nio każde jej słowo powo­do­wało, że szes­na­sto­latka albo się obra­żała, albo wpa­dała w szał. A Chloe naj­wy­raź­niej jesz­cze nie skoń­czyła.

– Musisz coś zro­bić. Nasza rodzina się roz­pada, a co na to wszech­mocna pani inspek­tor? Idzie do pracy.

Dziew­czyna zebrała nie­sforne jasne włosy na czubku głowy i zwią­zała je gumką. Kilka kosmy­ków się wymknęło i opa­dło luźno wokół jej twa­rzy. Lot­tie wycią­gnęła rękę, by je popra­wić, ale córka się odsu­nęła.

– Sta­ram się – powie­działa inspek­tor, sia­da­jąc na krze­śle. Przez parę ostat­nich mie­sięcy pró­bo­wała odbu­do­wać rodzinę po tra­ge­dii, która się wyda­rzyła pod­czas poprzed­niego śledz­twa. Wyda­wało jej się, że jest już dużo lepiej. Czyżby aż tak się pomy­liła? – Sie­dzia­łam z wami w domu przez kilka mie­sięcy. Bab­cia wpad­nie póź­niej przy­go­to­wać obiad, żeby­ście z Seanem mieli co jeść po powro­cie ze szkoły. Zaopie­kuje się też Katie. Co jesz­cze mogę zro­bić? Wiesz, że muszę pra­co­wać. Potrze­bu­jemy pie­nię­dzy.

– Potrze­bu­jemy cie­bie.

I cóż mogła na to odrzec? Adam by wie­dział, co powie­dzieć, pomy­ślała. Jej mąż zawsze umiał dobrać odpo­wied­nie słowa. Lecz on już ni­gdy nie wróci. W lipcu miną cztery lata od jego śmierci, a ona na­dal nie radziła sobie bez niego.

Chloe zarzu­ciła szkolny ple­cak na ramię.

– Nie­na­wi­dzę tej dziury zabi­tej dechami. Chcia­ła­bym stąd uciec.

Wyszła z domu, trza­ska­jąc drzwiami.

– Pod­wieźć cię? – krzyk­nęła Lot­tie za jej cie­niem.

Nie ma klu­czy­ków. No i kupa! Będzie musiała iść do pracy pie­chotą. Zmio­tła ręką zawar­tość torebki na pod­łogę.

Roz­legł się dzwo­nek, więc zerwała się z miej­sca i pobie­gła do przed­po­koju.

– Czego zapo­mnia­łaś? – spy­tała, otwie­ra­jąc drzwi.

Lecz to nie była jej córka.

3

Mimo że pora­nek był cie­pły, dziew­czyna miała na sobie gra­na­towy swe­ter.

Idąc dobre pięt­na­ście kro­ków za nią, podzi­wiał jej dłu­gie nogi. Nie musku­larne, lecz cudow­nie smu­kłe. Nie­dbały kok z jasnych wło­sów podry­gu­jący na czubku głowy spra­wiał, że wyda­wała się jesz­cze wyż­sza i szczu­plej­sza. Pod luź­nym szkol­nym mun­dur­kiem ryso­wały się piersi, dość spore jak na nasto­latkę. Wie­dział o tym, bo w week­end widział ją w obci­słej koszulce z dłu­gimi ręka­wami w barze U Danny’ego. Wmie­szał się w tłum spo­co­nych gości w ogródku piw­nym i pod­szedł na tyle bli­sko, by musnąć pal­cami jej plecy tuż nad poślad­kami. Szybko cof­nął rękę, choć marzył, by ją tam przy­trzy­mać, prze­su­nąć po jej krę­go­słu­pie pod cienką bawełną i powę­dro­wać niżej. Tego wie­czoru roz­pu­ściła dłu­gie lśniące włosy, a kilka kosmy­ków opa­dło na jej krą­głe piersi. Odno­to­wał i zapa­mię­tał każdy detal, by móc do niego wra­cać, kiedy tylko zechce.

Teraz zwol­niła, a on sta­rał się trzy­mać kilka metrów za nią. Skrę­ciła z Gaol Street w Main Street. Szkoła znaj­do­wała się dzie­sięć minut drogi stąd.

Powi­nien się skon­cen­tro­wać na swoim osta­tecz­nym celu, więc posta­no­wił na razie ją oszczę­dzić. Ponie­waż wie­dział, dla­czego nosi dłu­gie rękawy. Lecz już nie­długo dziew­czyna spoj­rzy mu głę­boko w oczy, bła­ga­jąc, by uwol­nił ją od bólu.

Uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem, obser­wu­jąc, jak prze­rzuca ple­cak na dru­gie ramię. Musi jej być bar­dzo cie­pło. Zbyt cie­pło. Pogrą­żony w roz­my­śla­niach, nie­mal nie zauwa­żył, że nasto­latka nagle się zatrzy­mała i zawró­ciła.

Pochy­lił nisko głowę i ją minął.

Szedł dalej nor­mal­nym tem­pem, zasta­na­wia­jąc się, czy go zauwa­żyła. Zer­k­nął przez ramię, by spraw­dzić, dla­czego sta­nęła. Może wyczuła jego obec­ność. Roz­po­zna w nim groź­nego dia­bła czy anioła stróża? Wkrótce się tego dowie.

Prze­szedł przez ulicę przy sta­rym por­cie, mija­jąc grupkę roz­ga­da­nych nasto­la­tek pod bramą do szkoły. Powę­dro­wał wzdłuż wału nad kana­łem, przy­glą­da­jąc się chma­rze much wiszą­cej nad zastałą wodą. W głę­bi­nie mignął smu­kły brą­zo­wawy kształt – dra­pieżca poszu­ku­jący ofiary? Dosko­nale wie­dział, że w tych wodach pły­wają bez­względne szczu­paki, które łapią i roz­ry­wają zębami niczego nie­podej­rze­wa­jące pstrągi i lesz­cze.

Musiał zapa­no­wać nad swoim pod­nie­ce­niem. Na razie.

Zdo­bycz mu się wymknęła. Na razie.

Lecz on na­dal będzie czy­hał w ukry­ciu, cze­ka­jąc na spo­sob­ność. Potra­fił być cier­pliwy jak szczu­pak.

4

Lot­tie cof­nęła się do przed­po­koju.

Ujrzała na progu nie­zna­jomą młodą kobietę. Jej wymi­ze­ro­waną twarz oka­lał biały jedwabny szal, hidżab. Obok stał mały chłop­czyk, kur­czowo trzy­ma­jący się jej dłoni. Spoj­rzał na poli­cjantkę prze­stra­szo­nymi brą­zo­wymi oczami. Choć dziew­czyna miała na sobie znisz­czoną kre­mową kurtkę z orta­lionu, baweł­nianą bluzę i dżinsy, i tak widać było, że jest nie­zwy­kle wychu­dzona. Inspek­tor zauwa­żyła, że mimo upału nosi cięż­kie brą­zowe buty.

– W czym mogę pomóc? – spy­tała nie­chęt­nie.

– Zonje.

– Sonja?

Nie­zna­joma pokrę­ciła głową.

– Zonje… pani… – Lekko wzru­szyła ramio­nami.

– Aha, zonje zna­czy pani. Rozu­miem. – Poli­cjantka wyszła przed dom, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. – Nie­stety nie mam czasu. Spie­szę się. Muszę iść do pracy.

Kobieta się nie poru­szyła. Lot­tie wes­tchnęła: tylko tego jej było trzeba. Lada moment zadzwoni komi­sarz Cor­ri­gan i będzie się darł, że ma ruszyć tyłek do roboty. Czy to żebraczka? Przy­po­mniały jej się drobne, które wysy­pała z torebki. Może tak się uda szybko zała­twić sprawę.

– Ju lutem… pro­szę. – Dziew­czyna spoj­rzała na nią bła­gal­nie. Jej łamana angielsz­czy­zna nazna­czona sil­nym akcen­tem brzmiała bar­dzo miękko.

– Nie mam pie­nię­dzy – odrze­kła inspek­tor nie­zbyt praw­do­mów­nie. – Może póź­niej. – To już zde­cy­do­wa­nie było kłam­stwo.

Kobieta wzięła chłopca na ręce, potrzą­sa­jąc głową.

– Pro­szę – powtó­rzyła. – Pomocy.

Lot­tie wes­tchnęła.

– Niech pani tu poczeka – powie­działa.

Wró­ciła do kuchni i pozbie­rała monety z pod­łogi. Kiedy się odwró­ciła, nie­zna­joma stała tuż za nią. W jej domu.

– Jezu! Co pani wypra­wia? – Podała jej dwa euro. – Pro­szę to wziąć i iść. – Wska­zała ręka drzwi.

Kobieta nie przy­jęła pie­nię­dzy, za to wyjęła z kie­szeni spodni pomiętą kopertę i wycią­gnęła ją w stronę poli­cjantki. Lot­tie pokrę­ciła odmow­nie głową.

– Co to jest? – zapy­tała. Pew­nie list z prośbą o pie­nią­dze. Ten ranek z każdą chwilą sta­wał się coraz trud­niej­szy.

Nie­zna­joma wzru­szyła ramio­nami, a chłop­czyk zapła­kał.

Lot­tie, kie­ro­wana dziw­nym prze­czu­ciem, wysu­nęła krze­sło i gestem popro­siła, by dziew­czyna usia­dła. Maluch wdra­pał się na kolana swo­jej opie­kunki i wtu­lił twarz w jedwabny szal.

– Czego pani chce? – zapy­tała poli­cjantka, zbie­ra­jąc rze­czy z pod­łogi i wrzu­ca­jąc je do torby. Szybko napi­sała wia­do­mość do sier­żanta Boyda, infor­mu­jąc, że się spóźni, i pro­sząc, by ją krył. Ogar­nęły ją wyrzuty sumie­nia. Wcze­śniej nie miała czasu dla córki, a teraz poświę­cała go jakiejś obcej. Jed­nak coś jej pod­po­wia­dało, że powinna jej wysłu­chać.

Kobieta zaczęła mówić szybko w języku, któ­rego inspek­tor nie znała.

– Hej, powoli – popro­siła. – Jak się pani nazywa?

Dziew­czyna znów pokrę­ciła głową i wzru­szyła ramio­nami. Przy­po­mi­nała Chloe. Ile mogła mieć lat? Lot­tie przyj­rzała jej się uważ­niej i stwier­dziła, że pew­nie od szes­na­stu do dwu­dzie­stu. To jesz­cze nie­mal dziecko.

– Jestem Lot­tie. A ty?

Głę­bo­kie brą­zowe oczy przez chwilę spo­glą­dały pyta­jąco, a potem roz­bły­sło w nich zro­zu­mie­nie.

– Mimoza. – Dziew­czyna uśmiech­nęła się, a białe zęby zalśniły w pro­mie­niach poran­nego słońca wpa­da­ją­cych przez okno.

W końcu do cze­goś docho­dzimy, pomy­ślała Lot­tie.

– Milot – dodała nie­zna­joma, wska­zu­jąc chłopca.

– A zatem Mimoza i Milot – powtó­rzyła poli­cjantka. – Czego chce­cie?

Może powinna zapro­po­no­wać im her­batę. Nie, mowy nie ma. Musi się ich jak naj­szyb­ciej pozbyć. Tele­fon zapisz­czał. Przy­szła wia­do­mość od Boyda: „Masz nie­do­pusz­czalne spóź­nie­nie. Cor­ri­gan wkro­czył na wojenną ścieżkę”. Czyli nic nowego.

Do kuchni wszedł Sean, jej czter­na­sto­letni syn.

– Czyje to? – zapy­tał, poka­zu­jąc wystrzę­pio­nego plu­szo­wego kró­lika z dłu­gim uszami.

Milot wycią­gnął rączkę i chwy­cił zabawkę.

Sean zmierz­wił mu włosy.

– Co tam, kolego? – Przy­kuc­nął przed chłop­cem. – Dla­czego pła­czesz?

Maluch przy­tu­lił się do Mimozy, dolną wargą przy­gry­za­jąc górną, a palusz­kami gme­ra­jąc przy metce plu­szaka.

– Możesz się z nim chwilę poba­wić, zanim wyj­dziesz do szkoły? – popro­siła Lot­tie. – Chloe już nie ma.

Sean kiw­nął głową i pod­rzu­cił piłkę do hur­lingu.

– Chcesz pograć?

Milot spoj­rzał pyta­jąco na matkę, która ski­nęła głową. Zsu­nął się z jej kolan i wyszedł za Seanem przez tylne drzwi do ogrodu. Inspek­tor odpro­wa­dziła ich wzro­kiem. Jej syn od mie­siąca nie powie­dział tak wielu słów. Uśmiech­nęła się do dziew­czyny po dru­giej stro­nie stołu. Może wpusz­cze­nie jej do domu przy­nie­sie jed­nak jakiś poży­tek.

– Syn? – spy­tała Mimoza.

– Tak – potwier­dziła śled­cza.

– Milot mój syn – dodała dziew­czyna.

Wygląda zbyt młodo na to, by być matką, pomy­ślała Lot­tie.

– Mam zły angiel­ski. Trudno mówić. Łatwo pisać w mój język. – Znów wycią­gnęła kopertę.

Inspek­tor wzięła ją i dokład­nie obej­rzała. Była zakle­jona i opi­sana w obcym języku.

– Skąd mam wie­dzieć, co to zna­czy?

– Znajdź Kal­trina – odrze­kła dziew­czyna. – Pomóż uciec ja i Milot. Pro­szę, ty pomóc?

– Kal­trina? Kim ona jest? Skąd uciec?

– Nie umiem mówić. Napi­sać tak. Ty czyta?

– Oczy­wi­ście. Ktoś ci grozi? Gdzie miesz­kasz? Co się stało z tą Kal­triną?

– Tu wszystko. – Dziew­czyna wska­zała kopertę. – Prze­pra­szam, nie mówię. Boję.

– Skąd wiesz, kim jestem? Dla­czego nie zadzwo­ni­łaś na poli­cję?

Mimoza wzru­szyła ramio­nami.

– To nie­bez­pieczne. Ty pomóc?

Lot­tie wes­tchnęła.

– Zoba­czę, czy uda mi się zna­leźć kogoś, kto mi to prze­tłu­ma­czy. Tylko tyle mogę obie­cać w tej chwili. – Zer­k­nęła na zegar. Kosz­mar­nie się spóźni pierw­szego dnia po nie­mal czte­ro­mie­sięcz­nym urlo­pie.

Dziew­czyna zauwa­żyła jej spoj­rze­nie, wstała szybko i zawo­łała chłopca. Sean przy­pro­wa­dził zaru­mie­nio­nego malu­cha do kuchni. Mimoza uśmiech­nęła się do syna Lot­tie, wzięła Milota za rączkę i wyszła. Fron­towe drzwi zamknęły się za nią z cichym stuk­nię­ciem.

– Dowie­dzia­łeś się cze­goś od niego? – zapy­tała inspek­tor.

– Lubi grać w piłkę – odrzekł obo­jęt­nie chło­pak i powlókł się po scho­dach do swo­jego pokoju.

– Pospiesz się! Spóź­nisz się do szkoły. I nie obudź Katie.

Wzdy­cha­jąc ciężko, pod­nio­sła torbę i wło­żyła do niej kopertę od nie­zna­jo­mej, a wtedy zauwa­żyła klu­czyki wiszące na haczyku przy drzwiach. Zdjęła je i wyszła w poranne słońce.

Wyjeż­dża­jąc z pod­jazdu, dostrze­gła na końcu ulicy młodą kobietę i jej synka. Zanim skrę­cili za róg, dołą­czyła do nich dziew­czynka, która ujęła Mimozę pod rękę.

Gdy Lot­tie dotarła do skrzy­żo­wa­nia z główną drogą, odwró­ciła się i zauwa­żyła czarny samo­chód, który gwał­tow­nie ruszył spod kra­węż­nika. Prze­je­chał przez cią­głą linię, wci­snął się w wolne miej­sce i znik­nął. Czyżby ktoś obser­wo­wał jej tajem­ni­czych gości?

W końcu poja­wiła się luka w sznu­rze pojaz­dów i Par­ker włą­czyła się do ruchu, cały czas roz­my­śla­jąc o Mimo­zie i jej synku. Kim była ta druga dziew­czynka? Może znaj­dzie wyja­śnie­nie w liście.

5

Było zde­cy­do­wa­nie za gorąco na swe­ter, ale zde­ner­wo­wana Chloe nie potra­fiła zna­leźć swo­jej koszuli z dłu­gim ręka­wem od mun­durka. Pogo­dziła się więc z tym, że będzie musiała cały dzień pocić się w gru­bym weł­nia­nym ubra­niu.

Zatrzy­mała się naprze­ciwko par­kingu przed mar­ke­tem Dunne’s i otarła pot z czoła, zasta­na­wia­jąc się, czyby nie pójść na wagary. Jakiś męż­czy­zna minął ją i zer­k­nął z ukosa, ale nie poświę­ciła mu uwagi. Nie­po­kój, który w niej nara­stał, gro­ził praw­dziwą eks­plo­zją. Dziew­czyna kilka razy głę­boko ode­tchnęła i ruszyła pod górę, mija­jąc po dro­dze kole­żanki, z któ­rymi przy­wi­tała się z uśmie­chem mocno przy­kle­jo­nym do twa­rzy.

Prze­cho­dząc przez most przy sta­rym por­cie, nie­mal odru­chowo spoj­rzała w dół na ciem­no­zie­loną wodę w kanale i pomy­ślała, że nie da rady znieść szkoły. Za mie­siąc cze­kały ją egza­miny i wie­działa, że nie powinna opusz­czać lek­cji, ale nie umiała się zmo­bi­li­zo­wać. Nie dzi­siaj.

Napię­cie w jej piersi powoli opa­dało, gdy szła szyb­kim kro­kiem po ścieżce holow­ni­czej, coraz dalej od gro­madki bez­tro­sko papla­ją­cej przy szkol­nej bra­mie. Masze­ro­wała, nie widząc niczego wokół sie­bie, aż dotarła do małego mostku w miej­scu, w któ­rym do kanału wpa­dał ciek zasi­la­jący. Ojciec powie­dział jej kie­dyś, że tak się mówi na rzekę, ponie­waż dostar­cza do kanału świeżą wodę z Lough Cul­lion. Boże, ależ ona tęsk­niła za tatą.

Skrę­ciw­szy w lewo, przez kilka minut szła brze­giem rzeczki, a potem usia­dła na tra­wie, ukry­wa­jąc się wśród gęstych strze­li­stych trzcin. Otwo­rzyła ple­cak i wyjęła z piór­nika żyletkę zawi­niętą w chu­s­teczkę higie­niczną.

Życie potra­fiło być naprawdę okrutne. Naj­pierw stra­cili ojca, a kilka mie­sięcy temu Sean też nie­mal umarł. Zapewne już ni­gdy nie będzie taki jak kie­dyś. Nisz­czyły go wspo­mnie­nia o tym, co się przy­da­rzyło w tej prze­klę­tej kaplicy jemu i Jaso­nowi, chło­pa­kowi Katie. Sio­stra też była pokie­re­szo­wana, choć pró­bo­wała zacho­wy­wać się nor­mal­nie. Jed­nak jej rany były bar­dzo głę­bo­kie.

Czy Katie obwi­niała matkę? Chloe miała nadzieję, że nie, choć ją samą drę­czyło uczu­cie, że mama w jakiś spo­sób ponosi za to odpo­wie­dzial­ność. Nie dzia­łała wystar­cza­jąco szybko, by ura­to­wać chłop­ców, i Jason zgi­nął.

Chloe lubiła aktyw­nie roz­wią­zy­wać pro­blemy. Jed­nak teraz czuła się bez­radna, bo nie umiała pomóc swo­jej rodzi­nie. Nie umiała pomóc sobie ani nikomu innemu. Nie­pew­nie obra­cała żyletkę w pal­cach.

Nim pod­wi­nęła rękaw, unio­sła twarz do słońca, by ogrzało jej twarz. Wybrała frag­ment nie­usz­ko­dzo­nej skóry i przy­ci­snęła do niego ostrze. Jedno powolne cię­cie, nie­zbyt głę­bo­kie, ale też nie za płyt­kie.

Widok jasno­czer­wo­nej krwi spły­wa­ją­cej po bia­łej skó­rze przy­niósł jej uko­je­nie. Naci­snęła odro­binę moc­niej, poczuła ból i powstrzy­mu­jąc łzy, opa­dła na suchą trawę.

Nagle w zaro­ślach roz­legł się sze­lest. Chloe gwał­tow­nie usia­dła, roz­glą­da­jąc się wokół, ale znów zapa­no­wała cisza. Miała wra­że­nie, że ktoś ją obser­wuje, choć nikogo nie widziała. Obcią­gnęła rękaw, zebrała swoje rze­czy i scho­wała je do ple­caka. Czyżby coś sobie uro­iła? A może to buszu­jące w trzci­nach szczury wodne naro­biły hałasu? Zadrżała mimo gorąca i ruszyła żwi­rową ścieżką, roz­my­śla­jąc, gdzie by się ukryć na cały dzień.

Wyjęła tele­fon i wrzu­ciła na Twit­tera wpis z hash­ta­giem #cut­for­life. Wra­że­nie, że ktoś ją obser­wuje, nie chciało znik­nąć. Dziew­czyna prze­rzu­ciła ple­cak przez ramię i puściła się bie­giem.

6

Jed­no­kie­run­kowa ulica była wąska, co nie uła­twiało pracy. Przy­naj­mniej dwu­pię­trowe budynki miesz­kalne po pra­wej stro­nie rzu­cały nieco cie­nia, który chro­nił przed pro­mie­niami poran­nego słońca.

Spóź­nił się tro­chę, więc musiał przed przy­by­ciem szefa nad­go­nić to, co miał do zro­bie­nia. W pią­tek poło­żyli nowe rury wodo­cią­gowe, w miarę postępu robót część wyko­pów pokry­wa­jąc tym­cza­sową nawierzch­nią, a inne zasy­pu­jąc gli­nia­stą zie­mią i zabez­pie­cza­jąc bla­chą fali­stą. Szybko i łatwo, jak powie­dział szef. Nikomu to nie zrobi róż­nicy. Teraz trzeba było wybrać pro­wi­zo­ryczny mate­riał, zalać rury beto­nem i poło­żyć asfalt.

Wbił młot uda­rowy w zie­mię, pra­cu­jąc naj­szyb­ciej, jak mógł, mimo że od maszyny biło gorąco. Gdy pył opadł, jego wzrok przy­kuło coś nie­bie­skiego w głębi wykopu. Prze­rwał pracę, by wytrzeć kro­plę potu z wewnętrz­nej strony gogli, a potem wyłą­czył młot. Poło­żył go na ziemi, zdjął oku­lary ochronne i przyj­rzał się dokład­niej dziu­rze w ziemi. Czyżby to było jakieś zwie­rzę? Nie miał czasu na dodat­kowe atrak­cje.

I wtedy dostrzegł błysk skóry oraz kosmyk ciem­nych wło­sów. Przy­klęk­nął na jedno kolano i zaczął odgar­niać grudki gliny, spod któ­rych wyło­nił się frag­ment głowy. Nawet nie prze­mknęło mu przez myśl, że poli­cja, kry­mi­na­li­stycy czy kto­kol­wiek inny wole­liby, żeby niczego nie doty­kał. Gorącz­kowo roz­ko­py­wał zie­mię.

Andri Petro­vci nie był stra­chli­wym czło­wie­kiem. W ojczyź­nie nie­jed­no­krot­nie widział zwłoki: ludzi zmar­łych z głodu, zastrze­lo­nych czy spa­lo­nych. Ten widok nie powi­nien był nim wstrzą­snąć, lecz coś w ala­ba­stro­wej skó­rze, która nabrała już zie­lon­ka­wego odcie­nia, i w kru­czo­czar­nych wło­sach spra­wiło, że prze­biegł go dreszcz. I powró­ciły wspo­mnie­nia, o któ­rych nie chciał myśleć.

Oczy­ścił wyko­paną głowę z resz­tek gliny i usiadł na pry­zmie ziemi, nie­baczny na dźwięki klak­so­nów i wrza­ski sfru­stro­wa­nych kie­row­ców sto­ją­cych przed zna­kiem stopu trzy­dzie­ści metrów od niego.

Ofiara miała zamknięte oczy i ścią­gnięte usta. Smu­kłą szyję otu­lał brudny nie­bie­ski mate­riał, który począt­kowo przy­kuł jego uwagę.

Do jego świa­do­mo­ści przedarł się wście­kły wrzask:

– Durny Polak! – krzy­czał jakiś męż­czy­zna, wychy­la­jąc się z okna samo­chodu. – Wra­caj tam, skąd przy­je­cha­łeś!

Durny Irland­czyk. Andri wcale nie był Pola­kiem. Zaci­snął potężną dłoń w pięść i ude­rzył się w czoło.

Trza­snęły drzwi samo­chodu i ktoś ruszył po mięk­kim asfal­cie. Było zbyt gorąco jak na maj. W pro­gno­zach nazy­wano to falą upa­łów. Andri przy­wykł do gorąca. Przy­wykł do prze­mocy i widoku zwłok. Ale ta kobieta pocho­wana w nie­po­świę­co­nej ziemi, porzu­cona pod ruchliwą ulicą, przy­po­mniała mu o dziew­czynce, zmar­łej dawno temu. Kobieta, któ­rej zwłoki wyko­pał, nie zmarła dawno temu. Mimo począt­ków roz­kładu przy­wo­dziła na myśl płatki kwia­tów wiśni opa­da­jące w nagrzany asfalt chod­nika. Myślał, że zosta­wił to wszystko daleko za sobą, ale śmierć nie uznaje gra­nic. Podąża za czło­wie­kiem jak cień.

Znów spoj­rzał na nie­ru­chomą twarz dziew­czyny, zasta­na­wia­jąc się, czy miała nie­bie­skie oczy.

7

Na komi­sa­ria­cie było jesz­cze cie­plej niż na zewnątrz. Inspek­tor Lot­tie Par­ker, wysoka i smu­kła, wypro­sto­wała się i przy­gła­dziła białą baweł­nianą bluzkę. Wyglą­dało na to, że remont jej gabi­netu trwał na­dal. Będzie musiała jesz­cze chwilę się pomę­czyć we wspól­nym pokoju.

Otwo­rzyła drzwi i weszła do zna­jo­mego pomiesz­cze­nia. Rzu­ciła torbę na pod­łogę koło swo­jego biurka, zer­ka­jąc na zegar. Wła­śnie minęła dzie­wiąta. Spóź­niła się godzinę. Nie tak sobie wyobra­żała powrót do pracy… Za to z ulgą stwier­dziła, że ni­gdzie nie było widać komi­sa­rza Cor­ri­gana.

– Dała­bym sobie głowę uciąć, że zosta­wi­łam tu bała­gan – powie­działa, patrząc z obrzy­dze­niem na posprzą­tane biurko. Dłu­go­pisy tkwiły w nowym cera­micz­nym kubku ręcz­nie malo­wa­nym w maki.

Spoj­rzała na sier­żanta Marka Boyda i wygięła usta w nie­mym pyta­niu.

– Mogła­byś mi przy­naj­mniej podzię­ko­wać – odrzekł, odwra­ca­jąc krze­sło. Jego brą­zowe oczy lśniły przy­jaź­nie. Biała koszula cia­sno opi­nała szczu­płe ciało, nie­zro­szone nawet kro­plą potu. Boyd zawsze wyglą­dał nie­ska­zi­tel­nie.

Lot­tie odło­żyła tele­fon na biurko i odwró­ciła kla­wia­turę, pod którą zazwy­czaj była przy­kle­jona kar­teczka.

– I skąd mam teraz wziąć hasło do kom­pu­tera?

– Będziesz musiała je zapa­mię­tać.

– Cudow­nie – prych­nęła. – Dzię­kuję, Boyd, za ogromną pomoc.

Ciemne włosy sier­żanta, lekko przy­pró­szone siwi­zną, był teraz przy­cięte kró­cej. Twarz na­dal miał chudą, jakby nie doja­dał, przez co uszy wyglą­dały na odro­binę odsta­jące. Poli­cjantka otwo­rzyła szu­fladę. Teczki z aktami leżały równo, uło­żone według kolo­rów. Nie było jej rap­tem kilka mie­sięcy, a jego pedan­te­ria już wyrwała się spod kon­troli.

– Witamy z powro­tem, pani inspek­tor. – Zasa­lu­to­wał żar­to­bli­wie. – Też za tobą tęsk­ni­łem.

Lot­tie osten­ta­cyj­nie zatrza­snęła szu­fladę i włą­czyła kom­pu­ter, usi­łu­jąc sobie przy­po­mnieć hasło. Ni­gdy nie udało jej się go pamię­tać przez cztery minuty, co dopiero przez cztery mie­siące. Pró­bu­jąc pod­trzy­mać roz­mowę, zapy­tała:

– Jak się czu­jesz po…

– Rana szybko się zago­iła – prze­rwał jej Boyd. – A psy­chicz­nie? Jestem rów­nie pokrę­cony co zawsze.

– Myśla­łam, że to ja jestem psy­chiczna. Hasło?

– Pod kub­kiem.

Wpi­sała je do kom­pu­tera.

– Dzięki.

– Jak tam w domu?

– Sean cho­dzi do szkoły, to zna­czy stara się, w miarę regu­lar­nie. Trwa nie­usta­jąca walka. Zaczął tera­pię – dodała, prze­cze­su­jąc pal­cami świeżo pod­strzy­żone włosy.

– Ty też powin­naś – odrzekł Boyd.

Lot­tie wzru­szyła ramio­nami.

– Ty mi wystar­czysz, dok­to­rze Phil.

– To moje dru­gie imię. – Mark zaśmiał się, lecz po chwili przy­brał poważną minę. – A tak serio, Sean to dobry dzie­ciak, ale sporo prze­szedł.

– To prawda. Jed­nak myślę, że nasto­latki są bar­dziej odporne niż doro­śli. – Miała nadzieję, że nie zapyta o Chloe i Katie. Nie chciała roz­trzą­sać pro­ble­mów swo­ich dzieci. Marzyła o tym, żeby rzu­cić się w wir pracy. Dość już próż­no­wała.

Liczyła na to, że Sean i dziew­czynki pora­dzą sobie bez niej. Nie mogła już dłu­żej sie­dzieć w domu. Ostat­nie mie­siące powoli nad­wy­rę­żały jej wytrzy­ma­łość. Taka dawka roz­mów, sprzą­ta­nia i goto­wa­nia abso­lut­nie jej wystar­czyła, choć przy­naj­mniej dzie­ciaki zre­zy­gno­wały ze zwy­czaju jedze­nia śmie­cio­wego żar­cia na wynos. Dziś Lot­tie chciała łagod­nie wejść w tryb pracy. Okrzep­nąć i ruszyć wła­snym tem­pem.

– Zwłoki na Bridge Street! – Sier­żant Larry Kirby zaj­rzał przez drzwi, a po chwili prze­ci­snął przez nie swoje wiel­kie ciel­sko. Rękawy koszuli w kratę miał pod­wi­nięte do łokci, a na jego sze­ro­kim czole per­lił się pot. Odgar­nął strze­chę nie­sfor­nych wło­sów i sta­nął jak wryty na widok Lot­tie.

– Jezu, sze­fowo… – wysa­pał. – Witaj z powro­tem.

– San­dały? – zdzi­wiła się inspek­tor, patrząc na jego stopy w bia­łych skar­pet­kach.

– Też za tobą tęsk­ni­łem, sze­fowo.

– Gdzie jest Lynch? – zapy­tała Lot­tie. Detek­tyw Maria Lynch była kolej­nym waż­nym człon­kiem jej zespołu.

– Na miej­scu zda­rze­nia. Robot­nicy kła­dący nowy wodo­ciąg zna­leźli ciało kobiety.

– Pierw­szy dzień w pracy i już zwłoki na powi­ta­nie – rzu­cił iro­nicz­nie Boyd, wycho­dząc w ślad za Kir­bym.

Lot­tie wes­tchnęła. Wyjęła kilka teczek z szu­flady i roz­rzu­ciła je na bla­cie biurka, a następ­nie wysy­pała na nie dłu­go­pisy z kubka. Od razu poczuła się lepiej.

Scho­wała tele­fon do torby, przy oka­zji zauwa­ża­jąc kopertę, którą dostała od poran­nych gości. List będzie musiał pocze­kać.

Wyma­sze­ro­wała w ślad za detek­ty­wami. Cze­kała na nią praca.

* * *

Nad jezd­nią uno­sił się zapach smoły. Żar palił nagie ramiona i zna­czył pie­gami blade twa­rze. Tego roku prze­żyli naj­mroź­niej­szą zimę w histo­rii, a teraz zapo­wia­dało się na to, że czeka ich naj­go­ręt­sze lato. Lot­tie wysia­dła z kli­ma­ty­zo­wa­nego samo­chodu i natych­miast oblała się potem. Wło­żyła ciemne oku­lary, zado­wo­lona, że użyła kremu z fil­trem, który chro­nił jej jasną skórę.

– Posma­ro­wa­łeś się fil­trem? – zapy­tała Boyda.

– No pew­nie – odpo­wie­dział, zamy­ka­jąc samo­chód i sta­jąc obok niej.

Zer­k­nęła na niego spod oka. Kpił sobie z niej? Nie widziała wyrazu jego oczu za oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi. Pewne wspólne prze­ży­cia z prze­szło­ści powo­do­wały, że cza­sami bywali wobec sie­bie uszczy­pliwi. A może cho­dziło o to, że wró­ciła do pracy, więc Mark prze­stał peł­nić obo­wiązki inspek­tora i stał się znów zwy­kłym sier­żan­tem.

Zbli­żyli się do wygro­dzo­nego frag­mentu drogi. Mun­du­rowi kie­ro­wali ruchem, zawra­ca­jąc samo­chody na jed­no­kie­run­ko­wej ulicy, przez co zdo­łali zakor­ko­wać całe mia­sto. Napię­cie rosło podob­nie jak żar lejący się z nieba. Bluzka Lot­tie była już kom­plet­nie mokra. Inspek­tor ponow­nie zer­k­nęła na Boyda w ele­ganc­kiej baweł­nia­nej koszuli i gra­na­to­wych spodniach. Nawet nie polu­zo­wał kra­wata. Jakim cudem wyglą­dał tak świeżo? Pokrę­ciła głową. To było nie­po­jęte.

Kawa­łek dalej ulica się zwę­żała. Samo­chody tkwiące w korku przed robo­tami dro­go­wymi pró­bo­wały się wyco­fać, powo­du­jąc jesz­cze więk­szy zator. Fakt, że zna­le­ziono zwłoki, by­naj­mniej nie stu­dził nastro­jów.

Detek­tywi zanur­ko­wali pod taśmą poli­cyjną w Bridge Street, wąską boczną uliczkę bie­gnącą obok sta­dionu, potem przez rzekę i za cen­trum han­dlo­wym, gdzie łączyła się z główną arte­rią. Na końcu migała sygna­li­za­cja dro­gowa. Po lewej znaj­do­wał się pub U Bar­retta z oknami zabi­tymi deskami i wybla­kłą farbą na ele­wa­cji, a dalej ślepy zaułek. Po pra­wej widać było blok miesz­kalny, pro­dukt lat pro­spe­rity, w któ­rym część okien rów­nież zabito deskami. Lot­tie pomy­ślała, że prze­spała dobre czasy. Jakoś nie udało jej się doro­bić. Spoj­rzała na brudny dwu­pię­trowy budy­nek i pomy­ślała, że może to dobrze. Ale blok ozna­czał kolejne utrud­nie­nie: będzie mnó­stwo świad­ków do prze­słu­cha­nia i cho­dze­nia od drzwi do drzwi.

Rozej­rzała się wokół w poszu­ki­wa­niu moni­to­ringu. Nad tyl­nym wej­ściem do pubu wisiała na kablach zepsuta kamera.

Detek­tyw Maria Lynch, z dłu­gimi jasnymi wło­sami zebra­nymi w wysoki koń­ski ogon, krzą­tała się za taśmą, gdzie czę­ściowo odko­pany ruro­ciąg biegł wzdłuż śle­pego zaułka. Na rogu trzech męż­czyzn w kami­zel­kach odbla­sko­wych i prze­krzy­wio­nych kaskach budow­la­nych paliło papie­rosy. Funk­cjo­na­riu­sze pode­szli, by spi­sać ich zezna­nia. Lot­tie ode­rwała od nich wzrok, uświa­da­mia­jąc sobie, że Lynch coś do niej mówi.

– …młoda kobieta.

– Słu­cham? – Inspek­tor pró­bo­wała się sku­pić.

Lynch dalej czy­tała ze swo­ich nota­tek.

– Zespół kry­mi­na­li­sty­ków musi prze­pro­wa­dzić oglę­dziny, zanim wydo­bę­dziemy ciało. Pato­log okrę­gowa została powia­do­miona. – Zamknęła zeszyt. – Choć przy tym korku Bóg wie, jak długo będzie tu jechać.

Inspek­tor ruszyła do tym­cza­so­wego namiotu roz­pię­tego nad wyko­pem. Już na zewnątrz poczuła zapach zgni­li­zny i roz­kładu.

– Jest za gorąco, by zosta­wiać tu zmarłą na dłu­żej – stwier­dziła, stą­pa­jąc ostroż­nie mię­dzy porzu­co­nymi narzę­dziami.

– Dla żywych też jest za gorąco – odrzekł Boyd, zaglą­da­jąc do wykopu z ulicy. – Cho­lera jasna!

– Co jest? – spy­tały chó­rem poli­cjantki.

– Moje buty… – jęk­nął, wycią­ga­jąc stopę z lep­kiej smoły. Sta­nął na dużym kamie­niu wysta­ją­cym z ziemi.

Lot­tie z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kała na tech­ni­ków. Chciała się prze­ko­nać, z czym mają do czy­nie­nia. Ponow­nie zer­k­nęła na grupkę na rogu. Jeden z męż­czyzn odszedł na bok i zapa­lił kolej­nego papie­rosa. Wska­zu­jąc go, zapy­tała:

– Kto to jest?

Lynch zaj­rzała do nota­tek.

– Andri Petro­vci. To on zna­lazł ofiarę. Nie­mal ją ponow­nie zabił mło­tem pneu­ma­tycz­nym. Minął głowę o kilka cen­ty­me­trów i na szczę­ście zauwa­żył plamę koloru w ziemi.

Lot­tie odwró­ciła wzrok, gdy Petro­vci przy­ła­pał ją na tym, że mu się przy­gląda. Zauwa­żyła, że jego twarz prze­cina stara bli­zna cią­gnąca się od płatka lewego ucha do dol­nej wargi.

Spoj­rzała ponow­nie na namiot i oznaj­miła:

– Idę się przyj­rzeć.

Wyjęła z torby ręka­wiczki ochronne. Obej­rzała się jesz­cze przez ramię na Petro­vciego i odru­chowo się wzdry­gnęła. Pomy­ślała, że to nie­moż­liwe, by w oczach było widać aż tyle bólu.

Lynch dała jej kom­bi­ne­zon ochronny, który inspek­tor wło­żyła wraz z ręka­wicz­kami, maską na usta i nos oraz ochra­nia­czami na buty. Kiedy odsu­nęła klapę namiotu, do środka wpadł pro­mień świa­tła. Roz­ło­żono sta­lowe pod­kładki, które miały chro­nić miej­sce zbrodni, nie­stety już i tak zanie­czysz­czone.

Sta­ra­jąc się niczego nie doty­kać, inspek­tor ostroż­nie przy­kuc­nęła w cia­snej prze­strzeni. Naj­pierw spoj­rzała na twarz ofiary: ciemne brwi, kosmyk czar­nych wło­sów na gład­kim czole. Żad­nych widocz­nych ura­zów. Zamknięte oczy z deli­katną skórą powiek już noszącą ślady roz­kładu. Srebrny kol­czyk w jed­nym uchu. Czyżby zgu­biła drugi? To, bar­dziej niż cokol­wiek innego, poru­szyło Lot­tie. Nie­za­leż­nie od tego, ile ofiar zbrodni czy ciał zmar­łych widy­wała, takie ludz­kie dro­bia­zgi zawsze spra­wiały, że nie potra­fiła pozo­stać obo­jętna.

– Udu­szona? – zapy­tał Boyd, pochy­la­jąc się obok niej. On też wło­żył strój ochronny. – Lepiej pocze­kajmy na pato­log – zasu­ge­ro­wał.

– Pier­do­lić to – oznaj­miła Par­ker i odsu­nęła pukiel wło­sów z czoła dziew­czyny. – Mój Boże, prze­cież to pra­wie dziecko…

– Ma od osiem­na­stu do dwu­dzie­stu paru lat – oce­nił trzeźwo sier­żant.

Oboje drgnęli, sły­sząc nagły krzyk:

– Wyno­cha z mojego miej­sca zbrodni!

W wej­ściu do namiotu, pio­ru­nu­jąc ich wzro­kiem, stał Jim McGlynn, szef grupy kry­mi­na­li­sty­ków.

– Dzień dobry – odrze­kła inspek­tor, uświa­da­mia­jąc sobie, że ni­gdy nie widziała McGlynna bez stroju ochron­nego.

– Wyno­cha stąd, oboje!

– Niczego nie doty­ka­łam! – zapew­niła obron­nym tonem Lot­tie.

– Powinna pani być roz­sąd­niej­sza, pani inspek­tor. – Prze­ci­snął się obok niej i zaczął roz­sta­wiać sprzęt.

Boyd zrej­te­ro­wał, a Par­ker cof­nęła się pod ścianę namiotu, pozwa­la­jąc, by mistrz tech­ni­ków zajął się swoją pracą. McGlynn zupeł­nie ją igno­ro­wał, a ona na wszelki wypa­dek się nie odzy­wała. Gdy skoń­czył robić zdję­cia, zaczął ostroż­nie czy­ścić ofiarę z ziemi. Odsło­nił nie­bie­ski koł­nie­rzyk.

Stu­kot wyso­kich obca­sów na chod­niku obwie­ścił, że przy­była Jane Dore. Pato­log okrę­gowa szybko prze­brała się w kom­bi­ne­zon ochronny i zdjęła buty na dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych szpil­kach. Wsu­nęła stopy w moka­syny, a na nie nacią­gnęła ochra­nia­cze. Lot­tie, znacz­nie wyż­sza od lekarki, odsu­nęła się na bok. Przy­wi­tały się, po czym pato­log dołą­czyła do McGlynna.

– Młoda kobieta. Nie ma śla­dów ura­zów ani zadzierz­gnię­cia – oznaj­miła Dore, prze­su­wa­jąc pal­cami po szyi ofiary.

McGlynn meto­dycz­nie usu­wał zie­mię z reszty ciała, które stop­niowo uka­zy­wało się ich oczom. Śled­cza zauwa­żyła, że ubra­nie ofiary zostało uszyte z taniej bawełny. Guziki były roz­pięte, a dziew­czyna nie miała biu­sto­no­sza. Jej piersi pokry­wała sieć błę­kit­nych żyłek przy­po­mi­na­jąca mapę dro­gową.

Brzuch poni­żej żeber był wyraź­nie zaokrą­glony.

– Ona była w ciąży – stwier­dziła wstrzą­śnięta Par­ker.

W dusz­nym namio­cie nagle zro­biło się zimno. Ciało Lot­tie pokryło się gęsią skórką.

– To może być też pro­ces gnilny – prze­strze­gła Jane.

– Nie wydaje mi się – odparła inspek­tor, prze­ko­nana, że kole­żanka podziela jej zda­nie. – Od jak dawna nie żyje?

– Trudno okre­ślić. Roz­kład nastę­puje wol­niej, jeśli ciało nie jest wysta­wione na czyn­niki zewnętrzne, ale za to było nie­zwy­kle gorąco. Może od dwóch dni. Stę­że­nie pośmiertne już minęło, więc można uznać, że ponad czter­dzie­ści osiem godzin. Dowiem się wię­cej, gdy prze­wiozą ją do Domu Zmar­łych.

Dom Zmar­łych, gdzie prze­pro­wa­dzała autop­sje, był kost­nicą miesz­czącą się przy szpi­talu w Tul­la­more, czter­dzie­ści kilo­me­trów od Rag­mul­lin.

– Zgi­nęła tutaj?

– Naj­pierw muszę okre­ślić przy­czynę śmierci, pani inspek­tor – oznaj­miła ofi­cjal­nym tonem lekarka. – Ale bio­rąc pod uwagę loka­li­za­cję, wąt­pię, by zabito ją tutaj.

– Infor­muj mnie na bie­żąco.

– Oczy­wi­ście.

Lot­tie wyszła z namiotu w palące słońce, pospiesz­nie zdjęła strój ochronny, wci­snęła go do torby na dowody i zawo­łała Marię Lynch.

– Niech mun­du­rowi pocho­dzą po miesz­ka­niach i popy­tają. Ktoś musiał widzieć, jak ukry­wano ciało. – Zer­k­nęła na ocie­nione okna. – Mają się do tego przy­ło­żyć. I naj­szyb­ciej, jak się da, wezwij robot­ni­ków dro­go­wych na komi­sa­riat, żeby zło­żyli zezna­nia.

– Tak jest, pani inspek­tor – odrze­kła Lynch, natych­miast wyda­jąc pole­ce­nia zebra­nym funk­cjo­na­riu­szom.

– Niech ktoś spraw­dzi, czy działa kamera moni­to­ringu w pubie U Bar­retta – rzu­ciła sucho Par­ker, spo­glą­da­jąc na zwi­sa­jące na kablach urzą­dze­nie. – Kirby, każ prze­szu­kać te kubły na śmieci. – Wska­zała duże pojem­niki sto­jące wzdłuż alejki. Zapach gni­ją­cych odpad­ków mie­szał się z odo­rem dola­tu­ją­cym z namiotu.

Sier­żant kiw­nął głową.

– Dwie pierw­sze doby są decy­du­jące – dodała Lot­tie – a oba­wiam się, że już je stra­ci­li­śmy.

8

Po powro­cie na komi­sa­riat Lot­tie dołą­czyła do Boyda w pokoju prze­słu­chań numer jeden. Wydał jej się tak samo klau­stro­fo­biczny jak przed­tem. Pozba­wiony okien i kli­ma­ty­za­cji. Tyle jeśli cho­dzi o geniusz archi­tek­tów… A remont na­dal trwał w naj­lep­sze.

W tej spra­wie trzeba będzie prze­słu­chać mnó­stwo osób, co pew­nie potrwa wiele dni, więc inspek­tor chciała zacząć od męż­czyzn pra­cu­ją­cych przy robo­tach dro­go­wych.

Teraz przy przy­mo­co­wa­nym do pod­łogi stole sie­dział Andri Petro­vci. Potężne dło­nie zaci­snął w pię­ści i spu­ścił wzrok. Zmę­cze­nie czy strach?

– Zatem, panie Petro­vci, skąd pan pocho­dzi? – zapy­tała Lot­tie, od razu prze­cho­dząc do rze­czy.

– Z Kosowa. – Męż­czy­zna miał głę­boki i mocny głos.

– Od jak dawna prze­bywa pan w Irlan­dii?

– Jadę do pracy – odpo­wie­dział. – Rok, może dwa.

– Cały ten czas miesz­kał pan w Rag­mul­lin?

– Tak. Nie.

– Nie jest pan pewny? – zdzi­wiła się inspek­tor.

– Jadę. Pra­cuję w Dubli­nie. Pra­cuję w Rag­mul­lin.

Inspek­tor uśmiech­nęła się, słu­cha­jąc, jak się męczy nad wymó­wie­niem nazwy jej mia­sta. Ona męczyła się ze swoim mia­stem nie­za­leż­nie od jego nazwy.

– Dla­czego aku­rat tutaj?

– Praca. Główny wodo­ciąg.

– Gdzie pan teraz mieszka? – Zapo­wia­dało się na to, że prze­słu­cha­nie tro­chę potrwa.

– Hill Point. Mały pokój.

Lot­tie znała to osie­dle. Skła­dało się z kilku blo­ków zbu­do­wa­nych przy ulicy w kształ­cie łuku, bie­gną­cej wzdłuż kanału i torów kole­jo­wych. Było tam kilka skle­pów, żło­bek i gabi­net lekar­ski. Nisko­bu­dże­towy kom­pleks miesz­kalny nie­udol­nie aspi­ru­jący do miana ele­ganc­kiego osie­dla. Przyj­rzała się prze­słu­chi­wa­nemu.

– Czy wie pan coś o dziew­czy­nie, któ­rej ciało pan zna­lazł?

– Nie.

– Pro­szę mi opo­wie­dzieć o tym wyko­pie. Kiedy zaczę­li­ście prace?

– Trzy dni temu, kła­dziemy rury. Zasy­puję… jak to się mówi… tym­cza­sowo. Dziś napra­wiamy.

– Napra­wia­cie?

– Kła­dziemy znów drogę. Rozu­mie pani?

– Chyba tak – odrze­kła.

– Czyli nikt tam nie pra­co­wał od piątku? – upew­nił się Boyd.

– Robimy inną ulicę, potem wra­camy. Zarzą­dza­nie… ruchem?

– Może pan nam powie­dzieć coś wię­cej?

– Nic nie wiem – odrzekł Petro­vci, spusz­cza­jąc głowę.

Kolejne pyta­nia nie wnio­sły niczego do śledz­twa. W Lot­tie zaczęła nara­stać zna­joma fru­stra­cja.

– Czy zgo­dzi się pan na pobra­nie próbki DNA? Tylko po to, żeby pana wyklu­czyć z dal­szego docho­dze­nia. – Zapewne to i tak nie ma sensu, bo prze­cież doty­kał ciała.

Męż­czy­zna się nastro­szył.

– Po co? Nie robię nic złego.

– Taka jest pro­ce­dura. Nie ma powo­dów do nie­po­koju.

– Nie wiem. Póź­niej. Okej?

– Wola­ła­bym mieć to już z głowy, panie Petro­vci.

– Nie rozu­miem, po co to. Ale zgoda.

Inspek­tor pole­ciła Boy­dowi, żeby pobrał od świadka wymaz z jamy ust­nej do ana­lizy DNA. Sier­żant ski­nął głową, po czym odczy­tał męż­czyź­nie jego zezna­nia.

– Jest pan wolny. Na razie – uprze­dziła poli­cjantka. – Mamy kon­takt do pana i być może będziemy musieli znów poroz­ma­wiać.

Boyd wyłą­czył sprzęt nagry­wa­jący i zapie­czę­to­wał DVD, a Par­ker bacz­nie obser­wo­wała Petro­vciego, który ruszył do wyj­ścia: sze­ro­kie ramiona, mocne mię­śnie pod kami­zelką odbla­skową.

Męż­czy­zna nagle odwró­cił głowę.

– Ta dziew­czyna… w ziemi. Za młoda na śmierć.

Otwo­rzył drzwi i wyszedł, cicho zamy­ka­jąc je za sobą.

Śled­cza spoj­rzała na Boyda, który wzru­szył ramio­nami.

– Przy­pro­wa­dzę następną osobę – powie­dział, wycho­dząc w ślad za robot­ni­kiem.

* * *

Kiedy skoń­czyli prze­słu­chi­wać wszyst­kich dro­go­wców, komi­sarz Cor­ri­gan wetknął głowę w drzwi i pole­cił:

– Do cen­trum ope­ra­cyj­nego! Natych­miast.

Lot­tie poszła za nim, obser­wu­jąc, jak świa­tło odbija się od jego łysej czaszki. Zasta­na­wiała się, jak czę­sto musi golić głowę, żeby uzy­skać taki połysk. Gdy weszła do sali, po jej ple­cach prze­biegł nie­przy­jemny dreszcz wywo­łany wspo­mnie­niem ostat­niej sprawy. Ten sam pokój, inne mor­der­stwo. Na sto­ją­cej na środku tablicy wisiało już pośmiertne zdję­cie ofiary. Do dru­giej przy­pięto szkic miej­sca, w któ­rym zna­le­ziono zwłoki, oraz plan mia­sta. Poli­cjanci pro­wa­dzili roz­mowy przez tele­fon lub spi­sy­wali raporty z na­dal trwa­ją­cych prze­słu­chań miesz­kań­ców oko­licy.

Komi­sarz Cor­ri­gan prze­su­nął ręką po gło­wie, zdjął oku­lary z gru­bego nosa i powie­dział:

– Inspek­tor Par­ker, jesteś główną śled­czą w tym docho­dze­niu. – Wpa­try­wał się w nią jed­nym okiem. Dru­gie było zaczer­wie­nione i pół­przy­mknięte. Czyżby infek­cja? Oby nie zaraź­liwa. Na wszelki wypa­dek Lot­tie cof­nęła się o krok.

– Dzię­kuję, sir. – Doświad­cze­nie nauczyło ją, by w obec­no­ści Cor­ri­gana mówić jak naj­mniej. Zbyt wiele razy wpa­dła w tara­paty, bo powie­działa za dużo.

– Ale wszyst­kie kon­takty z mediami idą przeze mnie – prze­strzegł. – Nie chcemy takiej kaszany jak ostat­nio, prawda?

– Biorę się natych­miast do pracy. Maria Lynch zaj­muje się spra­wami papier­ko­wymi, Boyd przej­rzy raporty z prze­słu­chań, które do tej pory prze­pro­wa­dzi­li­śmy.

– A Kirby? Co on robi?

– Dam panu znać nie­długo. – Gdy tylko go znajdę, dodała w duchu.

– Znasz moje sta­no­wi­sko w takich spra­wach. Pora­dzimy sobie lokal­nymi siłami. Nie ma potrzeby, żeby sto­lica się mie­szała. Choć po tym raba­nie, jaki naro­bi­łaś przy ostat­nim śledz­twie, nie wiem, czy uda się ich długo trzy­mać na dystans. Zatem uwi­jaj się. Bez żad­nych wtop, rozu­miemy się?

– Oczy­wi­ście, sir. – Cały czas się zasta­na­wiała, co mu się stało w oko. Czyżby pani Cor­ri­ga­nowa stra­ciła pano­wa­nie i mu przy­ło­żyła?

– I prze­stań się na mnie tak lam­pić.

Lot­tie wes­tchnęła. Tyle jeśli cho­dzi o spo­kojny pierw­szy dzień w pracy.

* * *

Kirby sie­dział za biur­kiem, wer­tu­jąc raporty z prze­słu­chań miesz­kań­ców bloku. Jedną nogę trzy­mał na ster­cie teczek. San­dał leżał obok.

– Szu­ka­łam cię – oznaj­miła Lot­tie, marsz­cząc nos.

– No i jestem. – Szybko nasu­nął san­dał na stopę. – Mia­łem to wła­śnie zanieść do cen­trum ope­ra­cyj­nego.

– Czy moni­to­ring w pubie na rogu ulicy, przy któ­rej zna­le­ziono ciało, działa?

– Zgad­nij, sze­fowo.

– Nie?

– Zga­dza się. – Kirby podra­pał się po nastro­szo­nej czu­pry­nie. – Po co sobie zawra­cać głowę insta­la­cją takiego sprzętu, jak potem się o niego nie dba? Nie ogar­niam tego.

– W bloku też nic?

– Nic.

– A miej­ski moni­to­ring w tej oko­licy? – spy­tała z nadzieją. – Przyda się na coś?

– Nie wiem, ale połowa kamer nie działa, być może z powodu cięć budże­to­wych. Zresztą są zain­sta­lo­wane tylko na głów­nych uli­cach.

– Super… – Inspek­tor sta­rała się nie oka­zy­wać roz­cza­ro­wa­nia, ale brak nagrań mocno kom­pli­ko­wał sprawę.

Całe popo­łu­dnie poświę­ciła na czy­ta­nie rapor­tów, które pod­rzu­cili jej detek­tywi. Boyd zaj­mo­wał się tym samym, co jakiś czas ukła­da­jąc dłu­go­pisy w rów­nym rządku na bla­cie biurka. Jed­nak nie zna­leźli żad­nych wska­zó­wek, kim była dziew­czyna ani też kto ją zamor­do­wał i zako­pał pod ulicą mia­sta.

Pięt­na­ście po czwar­tej zadzwo­niła pato­log Jane Dore. Lot­tie wysłu­chała jej uważ­nie, po czym się roz­łą­czyła.

– Jane ma już raport wstępny.

– Sprytna z niej bestia – sko­men­to­wał Boyd.

– Cza­sami twój dobór słów mnie zdu­miewa. – Detek­tyw pokrę­ciła głową i wzięła torbę. – Jadę do Tul­la­more.

– Chcesz, żebym…

– Nie, nie chcę, żebyś ze mną jechał. Umiem pro­wa­dzić. Prze­glą­daj dalej zgro­ma­dzone mate­riały. Musimy usta­lić toż­sa­mość ofiary.

– Nie wycza­ruję jej z powie­trza.

– Dowiedz się, kim była.

– Tak jest, sze­fowo. Dla­czego musisz tam jechać? Jane nie może prze­słać raportu mailem?

– Skup się na swo­jej robo­cie, a ja zajmę się swoją.

Lot­tie prze­rzu­ciła torbę przez ramię i pospiesz­nie wyszła z biura, nim zdą­żyła się na niego bar­dziej zezło­ścić. Zbli­żała się do samo­chodu w nadziei, że cho­lerna kli­ma­ty­za­cja będzie dzia­łać, choć wie­działa, że raczej nie powinna na to liczyć.

9

– Co ty mówisz? – zdzi­wiła się Lot­tie.

– Postrzał z broni pal­nej – powtó­rzyła pato­log.

– Nie­moż­liwe… – Skon­ster­no­wana inspek­tor pokrę­ciła głową.

– To tylko wyniki wstępne – zastrze­gła Jane, jak zwy­kle kon­kretna i pro­fe­sjo­nalna.

– Na razie wystar­czą – zapew­niła ją poli­cjantka.

Przy­naj­mniej w Domu Zmar­łych pano­wał chłód, bo przez całe czter­dzie­ści kilo­me­trów do Tul­la­more nie­ustan­nie oble­wała się potem. Sce­ne­ria też była taka, jakby wylą­do­wała milion kilo­me­trów od oko­lic, przez które prze­jeż­dżała: soczy­ście zie­lone drzewa, jaskry kwit­nące na łąkach i jedno z wielu śród­lą­do­wych jezior poły­sku­jące w pro­mie­niach roz­pa­lo­nego słońca. A potem wje­chała na auto­stradę pełną samo­cho­dów pędzą­cych w obło­kach spa­lin. Choć teraz wola­łaby wąchać te opary, niż wdy­chać wonie uno­szące się w kost­nicy.

Kobiety sie­działy na meta­lo­wych stoł­kach przy biurku, a na stole za nimi leżało przy­kryte prze­ście­ra­dłem ciało.

– Rana wlo­towa znaj­duje się na ple­cach. Brak rany wylo­to­wej. Prze­świe­tle­nie wyka­zało, że kula utkwiła w jed­nym z żeber. Wyślę ją do ana­lizy w labo­ra­to­rium bali­stycz­nym.

– Zastrze­lona… Cho­lera! – jęk­nęła Lot­tie. – Nie pamię­tam, kiedy ostat­nio mie­li­śmy jakiś postrzał w Rag­mul­lin.

– Na jej karku zna­la­złam też coś, co wygląda na ślad po ugry­zie­niu. Pobra­łam wymaz, może będą resztki śliny, i zro­bi­łam odlewy. Wyślę ci zdję­cia.

– Będziesz mogła wyod­ręb­nić DNA z wymazu?

– Nie jestem pewna. Rana była bar­dzo czy­sta. Zoba­czymy.

– Ofiara została wyko­rzy­stana sek­su­al­nie?

– Ma liczne otar­cia w pochwie, zatem jest to moż­liwe. Ale nie pewne.

– Zna­la­złaś coś na jej ubra­niach?

– Nic. Sądzę, że przed postrza­łem ją roze­brano. Moż­liwe, że ciało zostało potem umyte.

– A rana po kuli? Ją też umył?

– Jest czy­sta, naj­wy­raź­niej ktoś ją wypłu­kał. Pobra­łam próbki spod paznokci. Może coś się tam znaj­dzie, ale raczej na to nie licz.

– Dla­czego ją roze­brał, zastrze­lił, umył ranę, a potem ponow­nie ubrał? – Inspek­tor potrzą­snęła głową. O co tu cho­dzi?

– Może to jakiś fan CSI?

– Kim ona była, Jane?

– To już wasza robota, Lot­tie. Mogę tylko stwier­dzić, że miała od osiem­na­stu do dwu­dzie­stu lat, a w chwili śmierci była w ciąży. Bio­rąc pod uwagę ostat­nie upały i tempo roz­kładu, sza­cuję, że została zamor­do­wana dwa dni temu, mak­sy­mal­nie trzy.

Detek­tyw przy­po­mniała sobie zezna­nia Petro­vciego. Trzy dni temu zro­bili wykop. Czy dziew­czyna została pogrze­bana tego samego dnia i od tam­tej pory leżała pod powierzch­nią ulicy?

– Zatem nie zgi­nęła tam, gdzie ją zna­leź­li­śmy?

– Plamy opa­dowe wska­zują, że prze­nie­siono ją po śmierci. Zresztą w tym miej­scu mor­dercy trudno by było ją roze­brać, zastrze­lić i tak dalej. Z całą pew­no­ścią zgi­nęła gdzieś indziej. Jest jesz­cze coś. – Jane zerwała się ze stołka, gestem zapra­sza­jąc Lot­tie, by pode­szła do stołu sek­cyj­nego, i zdjęła prze­ście­ra­dło z ciała. – Widzisz tę bli­znę? – Poka­zała szramę cią­gnącą się od brzu­cha ofiary przez lewe bio­dro aż na plecy.

– Widzę – odrze­kła Par­ker, odwra­ca­jąc wzrok od wiel­kiego pustego otworu, przez który pato­log wydo­była płód.

– Szew został wyko­nany bar­dzo sta­ran­nie – zauwa­żyła Jane.

– Co się stało?

– Usu­nięto jej nerkę.

– Dla­czego?

– Może czło­nek rodziny potrze­bo­wał prze­szczepu? Trudno powie­dzieć.

– Czy ope­ra­cja odbyła się nie­dawno?

– Będę lepiej wie­działa po prze­pro­wa­dze­niu dokład­nych badań. W tej chwili sza­cuję, że nie wię­cej niż rok temu. Tylko tyle mogę na razie powie­dzieć.

– A ciąża? – zapy­tała Lot­tie. – Jak zaawan­so­wana była w chwili śmierci ofiary? Czy możemy pobrać DNA płodu? – Zasta­na­wiała się, czy mają do czy­nie­nia z wście­kłym ojcem, który nie chciał dziecka, czy może ze zbrod­nią ze źle poję­tej namięt­no­ści. Jed­nak intu­icja pod­po­wia­dała jej, że cho­dzi o coś cał­kiem innego. A ona ufała swoim prze­czu­ciom. Prze­waż­nie.

Jane prze­szła do dru­giego stołu. Inspek­tor podą­żyła za nią, wzięła głę­boki wdech i przy­go­to­wała się na trudne prze­ży­cie. Nie była zbyt wraż­liwa i oglą­da­nie zwłok nie robiło na niej wra­że­nia. Jed­nak ciało nie­na­ro­dzo­nego dziecka to zupeł­nie inna kate­go­ria.

– W chwili śmierci płód miał około osiem­na­stu tygo­dni. Dziew­czynka.

Jane powoli odsu­nęła prze­ście­ra­dło. Lot­tie zatch­nęło na widok naj­mniej­szego dziecka, jakie kie­dy­kol­wiek widziała, zwi­nię­tego na boku na zim­nym sta­lo­wym bla­cie. Prze­łknęła łzy, pró­bu­jąc nad sobą zapa­no­wać. Zer­k­nęła w bok i zauwa­żyła, że Jane ukrad­kiem wyciera oczy. Przez cały czas ich nie­zbyt dłu­giej zna­jo­mo­ści chyba ni­gdy nie widziała, by pato­log oka­zy­wała emo­cje.

– Prze­pro­wa­dzi­łam w życiu wiele sek­cji, ale to… to jest jakiś kosz­mar… – Głos lekarki roz­pły­nął się w zim­nym powie­trzu Domu Zmar­łych.

– Cza­sami myślę, że już nic mnie nie zasko­czy – wyznała Lot­tie – a jed­nak cią­gle odkry­wam coraz to nowe potwor­no­ści. – Odwró­ciła się i scho­wała raporty do torby.

– Dowiedz się, kto to zro­bił – popro­siła Jane cichym, bez­barw­nym gło­sem.

Par­ker nie odpo­wie­działa, lecz gdy wyszła z Domu Zmar­łych i ruszyła z powro­tem do Rag­mul­lin, poczuła przy­pływ deter­mi­na­cji. Cały czas miała przed oczami maleń­kie dzie­ciątko, które trzy­mało w ustach minia­tu­rowy kciuk. Oba­wiała się, że ni­gdy już nie pozbę­dzie się tego obrazu z pamięci.

* * *

Lot­tie rzu­ciła wstępne raporty pato­log na biurko Boyda. Pomy­ślała, że sier­żant wygląda tak mizer­nie, jak ona się czuje.

– Prze­py­ta­li­śmy mnó­stwo osób, w pubie, w bloku, wszę­dzie. Nikt nic nie widział – oznaj­mił Mark.

– Typowe dla Rag­mul­lin.

Usia­dła przy biurku, wspo­mi­na­jąc poprzed­nie śledz­two, które zaczęło się w grud­niu zeszłego roku i prze­cią­gnęło na sty­czeń. W tym mie­ście nikt nic nie widział, nie­wielu chciało cokol­wiek powie­dzieć, a ci, któ­rzy mówili, ni­gdy nie zdra­dzali całej prawdy.

– I co stwier­dziła Jane? – Boyd pod­niósł raporty.

– Ofiara została zastrze­lona.

– Co?! Zastrze­lona? Fatal­nie…

– Wiem. – W Rag­mul­lin prze­stęp­stwa z uży­ciem broni pal­nej prak­tycz­nie się nie zda­rzały. Nie tak jak w dużych mia­stach, pomy­ślała, gdzie pisto­let sta­nowi pod­sta­wowy śro­dek per­swa­zji w woj­nach gan­gów. – I w chwili śmierci była w ciąży.

– Nie mów!

– I, uwa­żaj, w prze­szło­ści usu­nięto jej nerkę.

– Boże, mam nadzieję, że za jej zgodą?

– Trudno orzec w tej chwili. Jane musi skoń­czyć autop­sję.

– Cię­żarna, pozba­wiona nerki, zastrze­lona. Ta dziew­czyna sporo prze­szła – stwier­dził sier­żant, dra­piąc się po gło­wie. Wyglą­dał na zagu­bio­nego. Lot­tie dosko­nale znała to uczu­cie.

– Ofiarę roze­brano przed zastrze­le­niem, następ­nie umyto, a potem ponow­nie ubrano.

– Dla­czego ktoś miałby robić coś takiego? To jakieś sza­leń­stwo.

– Praw­dziwy obłęd. Czy na listach osób zagi­nio­nych jest ktoś, kto odpo­wiada jej opi­sem? – zapy­tała Lot­tie, tłu­miąc ziew­nię­cie. Pierw­szy dzień w pracy był znacz­nie bar­dziej inten­sywny, niż się spo­dzie­wała.

– Nie ma nikogo, kto by paso­wał do naszej dziew­czyny. Ale jeśli była peł­no­let­nia, to zgło­sze­nie mogło jesz­cze nie wpły­nąć.

– Nie żyje od dwóch dni, może trzech. Była w osiem­na­stym tygo­dniu ciąży. Ktoś gdzieś musiał zauwa­żyć jej znik­nię­cie, na przy­kład ojciec dziecka.

– A może nikomu nie powie­działa o ciąży. Może to była wpadka po jed­no­ra­zo­wym numerku.

– Albo mogła być zwią­zana z żona­tym męż­czy­zną, coś poszło nie tak, a on ją zastrze­lił.

– Opu­bli­ku­jemy zdję­cie pośmiertne?

– Widzia­łeś jej twarz. Nie możemy publicz­nie poka­zy­wać roz­kła­da­ją­cych się zwłok. – Zabrała Boy­dowi raport i go prze­kart­ko­wała. – Przy­naj­mniej na razie.

– Tylko pod­su­ną­łem pomysł – bro­nił się sier­żant.

– Głupi.

Wie­działa, że Mark chęt­nie by jej odpy­sko­wał, ale powaga sytu­acji na to nie pozwa­lała.

– Jane tu napi­sała, że budowa kostna dziew­czyny wska­zuje na pocho­dze­nie z Europy Wschod­niej, może z Bał­ka­nów – zauwa­żyła.

– Skąd to wie?

– Stu­dio­wała antro­po­lo­gię.

– Czyli ofiara mogła tu prze­by­wać nie­le­gal­nie – stwier­dził Boyd. – To by nam znacz­nie utrud­niło iden­ty­fi­ka­cję.

– Mogła być uchodź­czy­nią albo wnio­sko­wać o azyl – pod­po­wie­działa Lot­tie. – Wtedy powinna znaj­do­wać się w reje­strze.

Przy­po­mniał jej się rwe­tes, który się pod­niósł w Rag­mul­lin kilka lat temu, kiedy Depar­ta­ment Spra­wie­dli­wo­ści wydzier­ża­wił dawne koszary na tym­cza­sowy ośro­dek dla osób ubie­ga­ją­cych się o azyl. Burza w szklance wody, jak stwier­dziła jej mama. Wszystko już dawno przy­ci­chło.

– Warto spraw­dzić – uznał sier­żant.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki