Udawajmy do Świąt - Paulina Kozłowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Udawajmy do Świąt ebook i audiobook

Paulina Kozłowska

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

156 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy zranione serca potrafią jeszcze zaufać?

Idealny związek, wspólne plany i miłość, która miała trwać wiecznie – do dnia, gdy jedno dramatyczne popołudnie zburzyło wszystko, a Krzysztof bez wahania wskazał Róży drzwi. Pięć miesięcy później los z nich drwi. Ukochana dziewięćdziesięcioletnia babcia Krzysztofa niespodziewanie wybudza się ze śpiączki farmakologicznej. Choć jej umysł jest bystry jak dawniej, dla nestorki rodu minione pół roku nie istnieje – jest święcie przekonana, że jej wnuk i jego narzeczona wciąż planują wspólne życie, a zbliżające się Boże Narodzenie spędzą razem. Lekarze są bezwzględni: żaden szok ani złe wieści nie wchodzą w grę. Zdesperowany Krzysztof staje na progu byłej narzeczonej z nieprawdopodobną propozycją: mają zamieszkać pod jednym dachem i udawać idealną parę. Tylko do Świąt.

Paulina Kozłowska – autorka powieści obyczajowych, w tym szczególnie cenionego przez czytelniczki cyklu Bracia Dreks, „Serce na święta” czy „Miłość w spadku”.

Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 233

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 51 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Izabela Perez

Oceny
4,5 (6 ocen)
4
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
marynioka2

Nie oderwiesz się od lektury

polecam ❤️
00
Balpinka

Całkiem niezła

Niby fajna,ale długo się rozkręca.
00
fakirek13

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna
00
Karolinakita

Dobrze spędzony czas

świetna, tylko zakończenie.... taki niedosyt
00
MarteXa

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



PAULINA KOZŁOWSKA

Udawajmy do Świąt

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Udawajmy do Świąt

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Pruska

Projekt okładki: Studio Karandasz

Grafiki na okładce:

DesignVectX, Oksana z Adobe Stock – wygenerowane z użyciem AI

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68927-23-8

Boję się wszystkiego. Boję się tego, co widzę, co robię, co mówię. A najbardziej boję się tego, że wyjdę z tego pokoju i przez resztę życia nie poczuję się tak, jak czuję się przy tobie.

Dirty Dancing

Prolog

– Komu piwa, bo idę do spiżarni?! – wydzieram się na cały ogród, aby przekrzyczeć słynną Lambadę sączącą się z głośników.

Melodia przenosi mnie myślami na bezludną plażę ze złocistym piaskiem, na której odstawiam wraz z narzeczonym sensualny taniec. Nie mogę się doczekać naszej wycieczki na Zanzibar, którą zaplanowaliśmy pod koniec listopada.

Na ziemię przywracają mnie entuzjastyczne pokrzykiwania naszych przyjaciół. Nie przepadam za alkoholem, więc jestem ostatnią osobą, która martwi się o jego brak. Mój narzeczony jednak gdzieś zniknął, więc jako gospodyni zostałam sama na placu boju.

– Jeśli po ślubie będziesz przynosiła piwo Krzyśkowi, to już mu zazdroszczę!

– Po ślubie będzie musiał się przerzucić na bezalkoholowe, Jacusiu!

W akompaniamencie pijackiego śmiechu unoszę tyłek z wiklinowego krzesła i spoglądam na ludzi siedzących przy stole. Wszyscy mają lekko w czubie, a niektórzy całkiem mocno, ale ciepła czerwcowa aura sprawia, że po kilku godzinach od rozpoczęcia imprezy jesteśmy nadal w komplecie i nikt nie myśli zwijać się do domu. Atmosfera jest absolutnie cudowna, wszyscy jedzą, piją, a ja nie nadążam dokładać mięsa, sałatek i pieczywa.

– A ty się zgłaszasz czy co? – pytam Oskara, który najwyraźniej nie ma już siły podnieść ręki, więc wykrzywia głupkowato usta jak Jaś Fasola.

– Nie! On ma dosyć! – odpowiada za niego Karolina, udając powagę, choć widzę, że dusi się ze śmiechu.

Oskar – jej narzeczony – upija się na wesołego śpiocha, więc od dobrej godziny tuli się do jej ramienia jak miś koala do pnia eukaliptusa. Co jakiś czas jego mózg wychwytuje strzępki rozmów, więc wybucha śmiechem w najmniej oczekiwanych momentach – jak choćby wtedy, gdy Jacek opowiadał o zmarłej teściowej i pomniku na cmentarzu, który musi jej postawić.

– Sz-szo?! – Przez opary alkoholu dociera do Oskara brutalna prawda, że jego wodopój został już dzisiaj osuszony.

– Pstro! – ruga go narzeczona, grożąc palcem. – Jutro idziemy na obiad do moich rodziców, więc masz wyglądać jak zięć marzeń, a nie menelisko!

Wybucham niekontrolowanym śmiechem. Przysłuchiwanie się ich kłótniom jest jak oglądanie Samych swoich – nigdy się nie nudzi.

Oskar odkleja twarz od jej ramienia i stara się patrzeć jej w oczy, choć powieki mu ciążą, jakby były z ołowiu. Bełkocze coś i kręci głową, więc mogę tylko podejrzewać, że próbuje jej dowieść, że wcale nie jest taki pijany, na jakiego wygląda.

Karolina jest jednak nieprzejednana.

Muszę powiedzieć Krzyśkowi, żeby mu więcej nie polewali, bo jutro rzeczywiście zaliczy spektakularną wpadkę przed przyszłymi teściami. Matka Karoliny jest sędziną, do diaska!

Przeliczam w myślach wszystkie uniesione ręce.

– Dobra, żuczki! – Klaszczę, aby skupić na sobie ich uwagę. – Idę po jedenaście butelek, więc zróbcie miejsce na stole.

Ci, którzy mają jeszcze siłę, biją mi brawo, reszta mruczy jedynie z uznaniem, odprowadzając mnie wzrokiem, gdy truchtam w stronę otwartego na ogród tarasu.

Cholera, muszę znaleźć narzeczonego, bo nie wiem, jak mi się uda zatachać taką ilość szkła. Na chodzenie dwa razy jestem zbyt leniwa.

Pospiesznie strzepuję ze stóp klapki. Człapię ostrożnie po panelach w stronę spiżarki. Zebrało się na nich mnóstwo piachu i trawy, które teraz rzężą przy każdym moim kroku. Niestety, takie są uroki imprez na zewnątrz – ruch pomiędzy toaletą a ogrodem jest jak na Marszałkowskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami. Już zaczynam sobie współczuć, bo będę musiała poświęcić sporo czasu, aby uprzątnąć ten burdel. Przynajmniej zwinęłam kremowy dywan rozłożony w salonie, bo teraz byłby koloru brunatno-zielonego.

Dobra, nie dramatyzuj, Róża!

Wchodzę do spiżarki, delektując się chłodem kamiennych murów. Różnica temperatur sprawia, że na moich ramionach i udach natychmiast pojawia się gęsia skórka. Och! To takie przyjemne po całym dniu nadskakiwania nad gośćmi w dwudziestopięciostopniowym upale.

Pogoda w tym roku totalnie zwariowała i zaserwowała w czerwcu tak wysokie temperatury, że każdego dnia otrzymywaliśmy alerty z ostrzeżeniami, aby nie wychodzić z domu.

– Cholerne ocieplenie – mamroczę pod nosem.

Kręcę głową i śmieję się do własnych myśli.

Piwo! Gdzie jest piwo?!

Skanuję wzrokiem pomieszczenie, ale nie mogę znaleźć zielonej skrzynki. Drapię się po głowie z irytacji i ruszam na poszukiwanie Krzyśka. Może on ją gdzieś przestawił albo wyniósł do ogrodu i nic mi nie powiedział.

Pokonuję korytarz na parterze, zaglądając do każdego z pokoi, ale nie odnajduję narzeczonego. Wspinam się więc na piętro, powoli domyślając się, gdzie mógł się zaszyć. Daruję sobie inspekcję naszej sypialni i zmierzam wprost pod drzwi jego gabinetu zlokalizowanego tuż przy schodach na poddasze.

Ten dom jest tak irracjonalnie wielki, że czasami, gdy czegoś szukam, łapię zadyszkę od wchodzenia i wychodzenia z poszczególnych pokoi. Nie mam pojęcia, co mój facet miał w głowie, projektując takie Koloseum. Jako właściciel świetnie prosperującej firmy budowlanej powinien wiedzieć, co się wiąże z takim metrażem. Gdybyśmy się wówczas znali, to z pewnością nie pozwoliłabym na budowę takiego potworka. Niestety, nie wiedzieliśmy wtedy o swoim istnieniu, bo marnowałam czas na wzdychanie do dostawcy pizzy. Krzysiek zaś budował swoje imperium i był kawalerem pełną parą. Nasze drogi przecięły się, gdy już wzniósł to zamczysko.

Drzwi do gabinetu są lekko uchylone. Snop światła wydobywający się ze szpary oświetla korytarz. Zaciskam usta, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku i skradam się jak myszka. Może uda mi się go wystraszyć? Może w zamian będzie chciał mnie ukarać? Nie miałabym nic przeciwko, gdyby popchnął mnie na biurko, uniósł spódniczkę i wymierzył klapsa. Szybkie numerki to coś, co obydwoje uwielbiamy, bo jesteśmy na siebie wiecznie napaleni.

– Nie wiem, jak mam to ugryźć…

Znajomy, niski głos zatrzymuje mnie w pół kroku.

– Normalnie, stary! Powiedz, że po prostu ci się odmieniło.

Ściągam brwi, gdy słyszę Szymona, jego starszego brata przemawiającego z przejęciem.

Nie zdradzam swojej obecności i niemal przyklejam się do drzwi, aby nie uronić ani słówka.

– To nie jest takie łatwe… – wzdycha mój narzeczony. – Jesteśmy razem tyle lat i nagle co?! Mam, ot tak, z tym wyskoczyć?!

Otwieram usta w niemym szoku, bo myśli, które klarują mi się w głowie, są jak nadciągające z daleka ciemne chmury.

– Szczerość jest najważniejsza. Jeżeli będziesz trzymał to w sobie kolejne cztery lata, to w końcu wybuchniesz. Tak nie można!

Serce bije mi tak nieregularnie, jakby się potykało. O czym oni mówią?!

– Będzie wściekła. – Głos Krzyśka się oddala, więc przypuszczam, że zaczął chodzić po pokoju.

Zawsze tak robi, gdy się denerwuje i próbuje zebrać myśli.

– Nie będzie – przekonuje go Szymek, a ja krzywię się zdezorientowana. – Cztery lata temu byliście na zupełnie innym etapie. Poznawaliście się. Zadurzony człowiek myśli innymi kategoriami. Wszystko wydaje się łatwiejsze, ale gdy burza hormonów zastępuje prawdziwe uczucie, to na wiele spraw patrzy się zupełnie inaczej.

Krzysztof nic nie mówi, ale ciężkie westchnienie oddaje więcej niż tysiąc słów. Ja zaś zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie zaczynają drażnić mi skórę.

– Ona nie chce mieć dzieci, Szymek.

– Rozmawiałeś z nią od czasu, kiedy to deklarowała?

– Nie muszę tego robić. Umówiliśmy się, że jeśli kiedykolwiek któreś z nas zmieni zdanie, powiemy sobie o tym. Pierwszym, który zaczął mieć wątpliwości, jestem ja.

Wydaje mi się, że opuściłam własne ciało, że to, co otacza moje kości, to bryła cementu, przez którą nie mogę się poruszyć.

– Więc chyba wiesz, co powinieneś zrobić.

Wyciągam rękę i opieram się o ścianę, gdy zaczynają mi się trząść nogi.

– Nie wiem, kurwa! – warczy Krzysiek, jakby ledwo nad sobą panował. – Nie chcę jej stracić, Szymon! Jest nam razem tak cudownie. Wiem, że bylibyśmy świetnymi rodzicami. Moglibyśmy te wszystkie przyjemności i radości dzielić z istotką, która byłaby owocem tej miłości. Mam trzydzieści cztery lata, stary. A wszyscy nasi przyjaciele mają już dzieci. Ty masz synów. Zaczynam się zastanawiać, jak wyglądałoby dziecko Róży i moje. Do kogo byłoby bardziej podobne. Wydaje mi się, jakby czegoś nam brakowało, ale jednocześnie czuję się spełniony. To takie porąbane.

Szymon klepie go plecach, a głuchy dźwięk sprawia, że drżę z nerwów.

– Jezu, nie miałem pojęcia, że aż tak cię to gnębi.

Ja. Też.

– Wybacz, że spartoliłem humor sobie i tobie, ale gdy wspomniałeś, że Beata może być znowu w ciąży… coś we mnie pękło.

Trzecie dziecko. Świetnie.

– Nie przepraszaj. Dobrze, że mi o tym powiedziałeś. Zawsze znajdę czas, aby cię wysłuchać. Jestem nie tylko twoim bratem, ale również przyjacielem. Tylko teraz musisz to popchnąć dalej, porozmawiać z Różą. Nie można się uszczęśliwiać kosztem drugiej strony. – To brzmi jak jawne oskarżenie rzucone w moją stronę. – Jeśli chcesz, może moja Beata mogłaby ją wziąć na spytki?

Nie jestem w stanie tego słuchać. Odpycham się od ściany i na sztywnych nogach schodzę na dół. Burza emocji, która we mnie szaleje, jest nie do opisania. Złość, zawód, poczucie niesprawiedliwości.

Bunt.

Paniczny strach, że będę musiała spojrzeć mu w oczy i udawać, że nic się nie wydarzyło. Że nie podsłuchałam jego wyznania o tym, jak bardzo pragnie dziecka.

Naszego dziecka.

Którego ja nie chcę.

Umawialiśmy się. Zapewniał mnie, że również nie widzi się w roli ojca. Tylko dlatego postanowiliśmy kontynuować naszą znajomość, a potem wykonać kolejny krok i się ze sobą związać na poważnie.

A teraz?!

– O! Tu jesteś! Chłopaki dopytują, gdzie to pi… – Wzdrygam się, gdy schodząc z ostatniego stopnia, wpadam na Irenę. – Jezu! Co ci jest?! Jesteś śmiertelnie blada! Dobrze się czujesz?

Zaprzeczam, próbując wydukać odpowiedź.

– N-nie.

Irena wybałusza na mnie oczy i zasłania usta dłonią z przerażenia.

– Zawołać Krzyśka?

– N-nie! – zaprzeczam gwałtownie. – Ja… Ja pójdę się położyć na chwilę… Coś musiało stanąć mi na żołądku… Niepotrzebnie zjadłam tyle karkówki.

– Niedobrze! – Irena chwyta mnie pod ramię. – Chodź, położysz się, a ja przyniosę ci coś gazowanego. Może jak sobie bekniesz, to będzie ci lżej.

Przyjmuję jej pomoc, więc idziemy powoli w głąb korytarza.

– Ej, gdzie idziecie? – za plecami słyszymy Franka, męża Ireny.

Jezu! Czy oni wszyscy nagle zapragnęli ze mną porozmawiać?!

– Róża się czymś struła i musi się położyć – wrzeszczy mi nad uchem. – Idź do kuchni i przynieś butelkę zimnej coli i skrzyneczkę z lekami, trzymają ją w szafce nad zlewem.

Tworzymy tak zgraną paczkę, że znamy plany naszych domów jak własną kieszeń.

– A niech to. Pędzę!

W końcu udaje nam się dotrzeć do niewielkiej sypialni, którą przeznaczamy dla gości. Irka ostrożnie kładzie mnie na łóżku, a ja zaczynam beczeć jak dziecko.

– Aż tak cię boli?!

– Tak.

Boli mnie, bo przed chwilą wyrwano mi serce.

– O Jezu! Chyba mam krople żołądkowe w torebce. Nie ruszaj się stąd.

Wieść o moim „zatruciu” rozchodzi się z prędkością światła. Co chwilę ktoś zagląda do sypialni i pyta, jak się czuję.

Łapię spazmatycznie powietrze, a łzy lecą mi ciurkiem.

Boże! On chce dziecka! On jest ze mną nieszczęśliwy. A gdy weźmiemy ślub, będzie jeszcze gorzej. Znienawidzi mnie. Po kilku latach będzie żałował, że zgodził się być z kobietą, która ma zupełnie inne cele niż on.

– Skarbie! Co się dzieje?!

Ledwo widzę na oczy, gdy Krzysiek wpada do pokoju i kuca przy łóżku. Patrzy na mnie z niepokojem, po czym przykłada dłoń do czoła, badając, czy nie mam gorączki.

Jest taki czuły. Ma w sobie ogromne pokłady empatii. I zapewne świetnie opiekowałby się jakimś małym człowiekiem, którego ja nie chcę mu dać.

– Brzuch mnie boli – odpowiadam, nie patrząc mu w oczy.

– Cholera… Przez cały dzień uwijałaś się w kuchni jak w ukropie. Zjadłaś te wszystkie tłuste rzeczy na pusty żołądek i ci zaszkodziło. Musimy coś na to zaradzić – deklaruje, jakby ruszał na wojnę w obronie mojego dobrego imienia.

– Tak, musimy coś zaradzić. – Przymykam powieki, gdy moje serce przeszywa ostry ból.

Rozdział 1

Pięć miesięcy później

Mama: Babci zachciało się kisielu. Mógłbyś jej kupić, jadąc do szpitala?

Ja: Z przyjemnością. Jakiś konkretny smak?

Mama: Weź truskawkę i malinę. Nie wiem nawet, czy mogę jej podać cokolwiek ponad to, czym karmią ją na oddziale. Ale lepiej być przygotowanym, gdyby lekarz wyraził zgodę.

Ja: Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszy mnie to, że ma zachcianki.

Rozdział 2

– Pójdziemy panom na rękę ze względu na niecodzienną sytuację. Pani Brygida zostanie na oddziale jeszcze przez kilka dni, abyście mogli wszystko przygotować.

Zerkamy na siebie z bratem w tym samym momencie. Szymon wygląda na wyraźnie spokojniejszego niż jeszcze chwilę temu. Mnie również spadł kamień z serca. Obawialiśmy się, że ordynator nie zechce przetrzymać jej tu ani dnia dłużej, niż to konieczne. Na szczęście okazał się całkiem w porządku, więc powinniśmy się wyrobić ze sprzętem medycznym i dostosowaniem sypialni na parterze do potrzeb babci.

– Bardzo dziękujemy, doktorze. Dostawa niezbędnego sprzętu trwa trochę dłużej, niż sądziłem… No i nikt się nie… – ucinam, przeczesując włosy zafrasowany.

Przez pięć miesięcy tliła się w nas nadzieja na to, że babcia wybudzi się w końcu ze śpiączki farmakologicznej. Wymienialiśmy się z rodzicami mnóstwem artykułów, filmów i reportaży o tym, jak wygląda życie po wybudzeniu. Byliśmy gotowi na każdy scenariusz. W najśmielszych marzeniach jednak nie przypuszczaliśmy, że seniorka rodu powróci do rzeczywistości w tak bezproblemowy sposób.

Babcia Brygida postanowiła spłatać wszystkim figla i powrócić do świata żywych z fanfarami i przytupem. Kilka godzin po tym, gdy lekarze orzekli, że „coś się dzieje”, babcia jakby nigdy nic otworzyła oczy i lekko się uśmiechnęła.

Tak po prostu. Jakby zaspała na wieczorny serwis informacyjny.

– Brat próbuje powiedzieć, że żadne z nas nie spodziewało się, że babcia będzie tak… energiczna. – Klepie mnie po ramieniu, a lekarz uśmiecha się ze zrozumieniem.

Profesor Rajmund Kołotko może mieć około siedemdziesiątki i jest jednym z najlepszych neurologów na Mazowszu, więc to, co się dzieje z naszą babcią, traktuje na chłodno – jak osobliwy i interesujący medycznie przypadek, o którym będzie opowiadał swoim studentom.

Siedzimy w przestronnym pokoju zaadaptowanym na gabinet ordynatora. Pachnie tu kawą i kwiatowym odświeżaczem powietrza. Na parapecie stoi małe radyjko, z którego sączy się znany włoski przebój. Regały stojące przy ścianie są wypchane książkami i periodykami medycznymi.

– Nie musi się pan przy mnie hamować. Nawet my się nie spodziewaliśmy, że pójdzie to tak sprawnie. Wszyscy jesteśmy więc lekko oszołomieni – przyznaje szczerze lekarz i spogląda z namysłem na leżące przed nim papiery.

– Rychło w czas – wtrąca Szymek. – Święta za pasem, więc miała dosyć spania.

Nawet nie mam siły przytaknąć, choć brutalna prawda przetacza się po mnie jak walec. Czuję się jak uwolniony z alternatywnej rzeczywistości. Po wielu miesiącach ciężkiego biegu dotarłem w końcu do mety. Adrenalina, która kotłowała się we mnie od dłuższego czasu, nagle zniknęła, pozostawiając mój organizm w rozchwianiu. Niestety, zaczynałem się powoli przyzwyczajać do permanentnego stresu i muszę ponownie nauczyć się żyć bez niego.

– Wasza babcia to ostatnie tak odporne pokolenie. Ludzie, którzy rodzili się i dorastali w tym trudnym, wojennym czasie, są wręcz niezniszczalni. Ich organizmy są przyzwyczajone do trudnych warunków. – Profesor milknie na chwilę, jakby próbował zebrać myśli. – Lekarze pracujący ze mną na oddziale mówią o przypadku waszej babci w kategoriach cudu. – Słyszę lekką drwinę w jego głosie. – Jestem jednak człowiekiem, który wierzy w naukę i możliwości, jakie daje ona nam, lekarzom. Uważam, że dobry stan zdrowia przed wypadkiem, jak również rehabilitacja w trakcie samej śpiączki oraz leki przyniosły taki oto skutek. Pani Brygida jest w świetnej formie. Pomimo tego, że jej ciało nie będzie tak sprawne jak przed wypadkiem, umysł działa jak brzytwa. – Puka się po skroni z uznaniem. – A głowa, szanowni panowie, jest najważniejsza. Gdy nie działa dysk główny, nawet najbardziej wypasiona klawiatura czy monitor są nieistotne.

Nie mogę się z nim nie zgodzić. Połamane kończyny zawsze można poskładać czy wspomóc ich pracę rehabilitacją. Z głową nie jest już tak łatwo. Tego rodzaju niepełnosprawności obawialiśmy się najbardziej, ale babcia Brygida szybko utwierdziła nas w przekonaniu, że z jej głową jest wszystko w porządku. Po tym, jak obsztorcowała jedną z pielęgniarek, że poduszka pod jej karkiem leży pod nieodpowiednim kątem, nasze obawy zostały rozwiane.

– A co z nogami, panie doktorze? Będzie w stanie samodzielnie się poruszać? – pyta Szymon z wyraźnym napięciem w głosie.

Profesor splata dłonie na brzuchu i pochyla się lekko w naszą stronę z psotnym błyskiem w oku.

– Na pewno powinniście jej panowie utrudnić dostęp do huśtawek. Na zawsze.

Wszyscy trzej parskamy śmiechem.

– W pełni się z panem zgadzam – potakuję energicznie, obiecując sobie, że babcia nigdy więcej nie ujrzy na oczy nic, na czym mogłaby się pobujać.

Szymon śmieje się w głos, po czym wbija palce w wewnętrzne kąciki oczu. Chwila rozluźnienia dobrze nam robi, choć wydaje mi się, że śmiech i radość nadal są dla nas dawno zapomnianym uczuciem. Przez ostatnie pięć miesięcy nie mieliśmy powodów do radości. Dziwnie się czułem, gdy ktoś w moim otoczeniu żartował. Świadomość, że babcia walczy o życie, odbierała mi ochotę na jakiekolwiek wyjścia i spotkania ze znajomymi. Unikałem więc ludzi, nie chcąc widzieć litości w ich oczach i słuchać pustych zapewnień, że „będzie dobrze”.

Głos w głowie podszeptuje mi, że nie chodziło tylko o to. Miałem gówniany rok, który obszedł się ze mną jak najgorsza kanalia. Z utęsknieniem wyczekiwałem, aż się skończy i będę mógł wszystko oddzielić grubą kreską. Zacząć od nowa, próbować zebrać się do kupy i ruszyć dalej. Może wybudzenie się babci jest pierwszym krokiem ku normalności?

– Trzeba będzie znaleźć jej inną pasję. – Brat zerka na mnie, jakbym mógł na szybko wymyślić babci bezpieczne zajęcie, które by jej się podobało.

– Niech zajmie się ogrodem – podłapuje lekarz – Sadzenie, plewienie i doglądanie roślin to dobre ćwiczenie dla ciała i umysłu.

– No nie wiem – mruczę pod nosem, bo wiem, że babcia nie przepadała za grzebaniem w ziemi.

Uwielbiała za to przesiadywać na huśtawce w moim ogrodzie i nieustannie się na niej bujała. Huśtawka pierwotnie miała służyć moim bratankom. Gdy podrośli i nieco się usamodzielnili, Szymon wyraził zgodę, abym sprezentował im właśnie taką instalację. Dzieciaki ją uwielbiały, ale ku naszemu zdumieniu bardzo szybko upatrzyła ją sobie babcia. Gdy zorientowałem się, że jej fascynacja pogłębia się z dnia na dzień, poprosiłem pracującego u mnie ogrodnika, aby jej pilnował. Wiesiek sumiennie wykonywał swoje obowiązki i trzymał wartę za każdym razem, gdy dziewięćdziesięciolatka się bujała.

W to feralne popołudnie, gdy doszło do wypadku, również z nią był. Z jego opowieści wynikało, że oddalił się dosłownie na kilka minut, bo musiał odebrać paczki z zamówionymi roślinami do ogrodu. Podobno prosił, aby przez ten czas siedziała spokojnie. Oczywiście go nie posłuchała. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że spadła tak niefortunnie, że doznała wstrząśnienia mózgu i porządnie się potłukła. To z tego powodu lekarze postanowili wprowadzić ją w stan śpiączki farmakologicznej.

– To już musicie państwo uzgodnić we własnym gronie – wycofuje się kurtuazyjnie doktor. – Jeśli chodzi o obecny stan jej zdrowia… Nogi nie powrócą do pełnej sprawności, ale mądrze i spokojnie prowadzona rehabilitacja powinna ułatwić jej normalne funkcjonowanie – uściśla. – Maratonów biegać nie będzie, ale dążymy do tego, aby samodzielnie korzystała z toalety czy przygotowywała sobie posiłki, stojąc przy blacie kuchennym o własnych siłach.

To wydaje się dobrym planem. Jak znam charakterek babci, jeśli zbyt długo będzie poruszała się na wózku, to zacznie być dla wszystkich upierdliwa i złośliwa. Liczę na kompetencję Sławka, jednego z najbardziej obleganych rehabilitantów na Pomorzu. Jeśli nie postawi jej na nogi do wiosny, to będziemy mieli przechlapane.

– Na korytarzu będzie na was czekała nasza świetna psycholog. Powinna być już po rozmowie z panią Brygidą.

Spinam się lekko i dostrzegam, że Szymon reaguje podobnie na słówko „psycholog”. Podobno z głową babci było wszystko w porządku.

– Psycholog?

– Tak. – Profesor drapie się po lśniącej łysinie. – Pani Brygida spała pięć miesięcy. Próbujemy wybadać, co pamięta i od kiedy pamięta. Czasami zdarza się, że pacjenci zatrzymują się wspomnieniami przy jakimś wydarzeniu, a tego, co działo się wcześniej, już nie pamiętają.

– Rozumiem. – Wycieram spocone dłonie o dżinsy. – Jesteśmy bardzo wdzięczni za tak wszechstronną pomoc. Wszyscy stawali na głowie, aby miała świetne warunki.

Zapamiętuję, aby poprosić moją księgową o opinię, jak dużą darowiznę na szpital mógłbym przekazać. Nie uśmiecha mi się pchać do kieszeni ordynatora pękatej koperty w ramach podziękowania. Lepszym wyjściem będzie docenienie całego oddziału i wszystkich, którzy przez te pięć miesięcy stanęli przy łóżku babci.

– Opuszczenie oddziału nie kończy jej leczenia. Przechodzi ono na zupełnie inny etap, ale pani Brygida nadal musi być pod naszą stałą kontrolą. Śmiem twierdzić, że do końca życia – tłumaczy lekarz, przeskakując wzrokiem pomiędzy nami.

Znowu robi mi się gorąco z nerwów. Jak na razie żadne z nas nie odważyło się sprawdzać babcinej pamięci. Nie mam pojęcia, jak miałoby to wyglądać. Czy są na to jakieś medyczne procedury? A może właśnie po to wezwano psycholog? Na ten moment cieszy mnie świadomość, że babcia przywitała się z każdym z nas, wymieniając nasze imiona. Jak by nie patrzeć, tylko to powinno się dla nas liczyć.

– Macie do mnie jeszcze jakieś pytania? – Kołotko spogląda na zegarek na swoim nadgarstku i unosi pytająco brwi.

– Na razie nie… A ty? – Szymon mnie szturcha, więc również zaprzeczam.

Zbyt dużo tych informacji jak na jeden raz. Mój mózg zaczyna się blokować, więc muszę poukładać pewne rzeczy, jakbym porządkował dane na dysku.

– Proszę się na spokojnie zastanowić. Wkrótce porozmawiamy ponownie, tak abyśmy uzupełnili informacje przed samym wypisem. Przed wami ciężka i mozolna praca.

Doktor unosi się lekko, dając nam tym samym do zrozumienia, że rozmowa została zakończona. Być może babcia była w tej chwili medyczną gwiazdą oddziału neurologicznego, ale na pomoc czekało jeszcze mnóstwo pacjentów, którym musiał poświęcić uwagę.

Ściskamy sobie dłonie i wychodzimy z pokoju jako pierwsi. Lekarz zostaje, aby odebrać służbowy telefon, więc kierujemy się wprost ku sali, na której leży babcia.

– No to teraz się zacznie – wzdycha Szymon, a ja upycham ręce w kieszenie i odchylam głowę do tyłu.

– Damy radę – zapewniam. – Jeśli będziemy trzymać się razem i wspierać, to wyjdziemy na prostą. Słyszałeś, co powiedział profesor, babcia jest silna jak koń.

Szymon sarka pod nosem i patrzy na mnie z ukosa.

– Nie mówił nic o koniu.

– Czytaj między wierszami – mądrzę się, na co brat zarzuca mi ciężkie ramię na szyję i czochra włosy, jakbyśmy znowu mieli po szesnaście lat.

Próbuję go odepchnąć, ale jest cięższy ode mnie, więc wyrwać się z jego niedźwiedziego uścisku to nie lada sztuka.

– Uspokój się! Jesteśmy w szpitalu! – syczę mu do ucha ze śmiechem, więc mnie puszcza.

Wyplątujemy się ze swoich ramion, o mało nie tratując stojącej nieopodal sztucznej choinki. Szybko poprawiamy włosy, zatrzymując się przed salą, na której leży babcia.

– Piękniutki jesteś – kpi ze mnie Szymon, gdy próbuję przyklepać potargane kosmyki. – Prawdziwy Wicher!

– Spier…

– Przepraszam. – Przełykam przekleństwo i spoglądam w bok. – Czy panowie są wnukami pani Brygidy Wicher?

Przytakujemy jak na komendę.

Sunie ku nam atrakcyjna blondynka ubrana w obcisły beżowy garnitur, więc Szymon zerka na nią z uznaniem, a potem puszcza mi oko. Mam ochotę zdzielić go w łeb, bo zachowuje się jak niewyżyty nastolatek, a jest przecież szaleńczo zakochany w swojej Beacie.

– Dzień dobry. – Blondynka zatrzymuje się dwa kroki przed nami, a do moich nozdrzy dociera zapach czekoladek i toffi. – Nazywam się Roma Szajner, jestem psychologiem i zajmuję się pacjentami na tym oddziale. Odbyłam przed chwilą rozmowę z panią Brygidą i chciałabym zająć panom chwilkę.

– Pewnie – odpowiadamy zgodnym chórem.

Wymieniamy uściski rąk, po czym kobieta prowadzi nas na drugą stronę korytarza.

Zaciskam palce i je rozluźniam, bo zaczynam się stresować. Próbuję odnaleźć ukojenie w zimowym widoku za oknem, ale ten cały przedświąteczny zgiełk deprymuje mnie bardziej, niż bym chciał. Nadchodzące Święta rozdrapują ranę na moim sercu i sprawiają, że mam ochotę zaszyć się w ciemnej norze do momentu, aż strup na nowo nie przyschnie.

Nie ma dnia, abym o tym nie myślał, nie zaciskał szczęki z bezsilności lub walił w biurko, aby wyładować frustrację. Karmię się nienawiścią jak ćpun kolejną dawką narkotyku. I tak jak człowiek uzależniony czuję ulgę tylko na chwilę, by za jakiś czas rozpocząć ten koszmar na nowo.

Może powinienem poprosić panią Szajner o poradę? Psycholodzy zawsze wydawali mi się dziwni, niczym mistyczne istoty, które po jednym spojrzeniu potrafią rozłożyć twoją psychikę na czynniki pierwsze. Pomogłaby mi?

Zamknij ten rozdział i idź dalej, podpowiada cynik w mojej głowie.

Jeszcze nie, daj sobie więcej czasu, kontruje głosik pełen nadziei. Stoję więc w rozkroku, nie mogąc się zdecydować, czy chcę wyrzucić jedyną kobietę, którą szczerze kochałem, na śmietnik pamięci.

Kaszlnięcie brata przywraca mnie na ziemię.

Zgrabne biodra pani psycholog bujają się delikatnie przed nami, a wysokie szpilki uderzają o kafelki. Bezwiednie przesuwam spojrzeniem po jej długich, zgrabnych nogach. Marynarka idealnie podkreśla jej szczupłą talię, a ciasno upięty kok wygląda schludnie, odsłaniając bladą skórę na karku.

Atrakcyjna babka, ale moje ciało zachowuje się jak martwe.

Zerkam na brata, który ma minę, jakby pani psycholog była ewidentnie w jego typie. Zresztą nie dziwię się, bo moja szwagierka wygląda podobnie.

Szturcham go łokciem, a on bezgłośnie pyta, o co mi chodzi. Unoszę dłoń, aby zrozumiał, że ma się opanować, bo wygląda, jakby pierwszy raz zobaczył kobietę. Szymon puka się w czoło na moje wymachiwania, a ja wystawiam mu środkowy palec.

– Panowie…

Roma zatrzymuje się niespodziewanie i okręca ku nam jak baletnica. Opuszczamy gwałtownie ręce wzdłuż ciała jak przyłapani na psikusie uczniowie. Jej uniesiona brew świadczy o tym, że połapała się, co robiliśmy za jej plecami.

Zajebiście! Jak tylko stąd wyjdziemy, stłukę Szymona na kwaśne jabłko.

– Pani Brygida jest w pełni świadoma i kontaktowa, nie musicie się martwić. – Wyciąga spod pachy duży kajet i zaczyna go wertować. – Bardzo sympatyczna kobieta, choć lubi pokazać, kto tu rządzi. – Cmoka, szukając czegoś w swoich notatkach.

– To wiemy bez konsultacji z psychologiem – zaśmiewa się Szymon, krzyżując umięśnione ramiona na klacie.

Szajner unosi na niego wzrok, jakby nie do końca uważała jego odpowiedź za świetny dowcip. Szymon milknie jak tresowany piesek.

– Pamięta, gdzie mieszkała i do kogo teraz ma się przenieść. – Kobieta obrzuca mnie spojrzeniem, więc potwierdzam, że babcia zamieszka na czas rekonwalescencji w moim domu. – Pamięta również sam wypadek i ma nadzieję, że nie zdemontowaliście huśtawki, z której spadła.

Przewracam oczami, a Szymon chichocze cicho.

– Oczywiście, że ją zdemontowaliśmy. Na razie tłumaczymy się zimową aurą, ale za jakiś czas dowie się, że bujała się po raz ostatni.

Psycholog próbuje zamarkować uśmiech, ale zdradzają ją błyszczące oczy.

Dziewięćdziesięciolatka na huśtawce to rzeczywiście zabawny widok. Szczególnie gdy babcia ubierała te swoje kolorowe spódnice i z rozwianym siwym włosem czekała, aż ktoś ją rozbuja.

– Słuszna decyzja – przyznaje Szajner. – Musicie na nią uważać. Wydaje się kompletnie nie przejmować tym, że wywinęła orła i wylądowała w szpitalu na pięć miesięcy. Na moją sugestię, że musi się oszczędzać, zareagowała przekleństwem. – Pani psycholog uśmiecha się pod nosem, wpatrzona we własne notatki.

– Jezu… – mruczę, rozcierając dłonią obolały kark.

– Pan ma na imię Krzysztof, prawda? – Kobieta poważnieje i spogląda wprost na mnie.

Coś w jej orzechowych oczach sprawia, że cierpnie mi skóra na tyłku. Podobnie patrzą na mnie moi pracownicy, gdy dokumenty nie są przygotowane na czas i muszą mi oznajmić, że budowa przedłuży się o kilka tygodni.

– To ja.

Kobieta przeskakuje wzrokiem pomiędzy nami, jakby nie mogła się zdecydować, czy kontynuować tę rozmowę.

– Proszę mi powiedzieć… – W końcu patrzy na mnie ze skupieniem. – Kim jest Róża Dajnowska?

Mam wrażenie, że ziemia osuwa mi się spod stóp.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38