37,50 zł
Katarzyna Fiołek ponownie zabiera czytelniczki w swoje ukochane góry! Kojące, oprószone śniegiem Bieszczady, są idealnym tłem dla nowych początków – w miłości i życiu.
A gdyby tej zimy rzucić wszystko i uciec w Bieszczady?
Łucja kiedyś zrobiła coś odwrotnego - uciekła z Bieszczadów i zostawiła tam chłopaka, który kochał ją najbardziej na świecie. Teraz, po dziesięciu latach, musi wrócić do Lutowisk. Tylko na chwilę. Sprzedać stary dom i znów zniknąć. Ale Janek wciąż tu jest. Jedno spojrzenie wystarcza, by wróciło wszystko, o czym Łucja próbowała zapomnieć: pierwsze pocałunki, wspólne marzenia, tęsknota i uczucie, które najwyraźniej nigdy nie wygasło. Jest tylko jeden problem - Janek wkrótce ma poślubić inną kobietę. Wśród ośnieżonych połonin, zapachu igliwia i wieczorów spędzanych przy kominku granica między tym, co było, a tym, czego oboje wciąż pragną, zaczyna niebezpiecznie się zacierać.
Czy można przestać kochać kogoś, kto był twoją pierwszą wielką miłością? A może czasem trzeba wrócić na koniec świata, żeby dostać od losu drugą szansę?
Romantyczna, pełna tęsknoty opowieść o zimowych Bieszczadach i miłości, która przetrwała rozłąkę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 329
Data ważności licencji: 9/30/2031
Projekt okładki: Karolina Żelazińska-Sobiech
Redaktor prowadzący: Małgorzata Święcicka
Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska
Redakcja: Barbara Milanowska (Lingventa)
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Zuzanna Pasikowska, Beata Kozieł-Kulesza (Lingventa)
Zdjęcie na okładce: © magnific.com
Grafika w środku: © magnific.com/pl
© by Katarzyna Fiołek
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-4251-2
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
– fragment –
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
(…)
Okruchy śniegu
Siecią swych fal
Zasnuły w biegu
Bezbronną dal.
Gmatwając loty,
Tamując dech –
Obsiadły płoty,
Jak siwy mech.
Do szyb się garną,
Jak białe ćmy,
Tchnąc w izbę parną:
„To – my! To – my!”
(…)
Zaprzepaszczony
W ciemni bez dróg –
Drzewom przez szrony
Złoci się – Bóg.
BOLESŁAW LEŚMIAN, NOC ZIMOWA
Zrozumiałem, że gdy się raz odejdzie, nie ma już prawdziwego powrotu. To dotyczy wszystkich sytuacji tego typu.
Sławomir Mrożek, Varia. Życie i inne okoliczności
1 grudnia 2025, Warszawa
Przyglądałam się tekstowi, który widniał przede mną na ekranie. Najpierw kompletnie nie zwróciłam uwagi na tego maila, ale teraz, kiedy go w końcu przeczytałam, zmrużyłam oczy, wpatrując się w ekran, napinając wszystkie mięśnie twarzy, karku i szyi i starając się za wszelką cenę, by zimny dreszcz, który zadrżał gdzieś w okolicy upiętego nisko koka, nie rozniósł się po całym ciele. Zerknęłam przez przeszkloną ścianę w gabinecie, by sprawdzić, czy żadna z osób siedzących w open spasie nie przygląda się mojemu wyrazowi twarzy z uważnością. Biurową uważnością, dodajmy. Tą najbardziej ciekawską, najbardziej plotkarską uważnością, jaka tylko istniała we wszechświecie.
Byłam w tych biurowych gierkach znakomita. W przeciwnym razie nie znalazłabym się w tym miejscu, w którym byłam. Dobry Boże, by zająć fotel szefowej działu sprzedaży, największego w tej firmie, trzeba było trochę talentu, trochę farta, szczypty cierpliwości i jeszcze więcej sprytu podlanego sosem z bezczelności. Biurowa ciekawość była jednym z narzędzi owego sprytu. Dlaczego? To akurat proste. Trzeba było przecież bardzo dokładnie każdemu się przyglądać, słuchać tego, co ludzie mówili nie wprost, ale między słowami, wyłapywać słabości i spokojnie czekać na potknięcia. Te ostatnie zawsze się zdarzały i trzeba było wiedzieć, jak je dobrze wykorzystać. Na przykład ten koleś, który siedział w tym fotelu przede mną – wszyscy wiedzieli, że nie wylewał za kołnierz i lubił młode laski. Tak, oni w tych fotelach zawsze lubią… młode. Zawsze wyciągają łapy po asystentki, juniorki, stażystki. I recepcjonistki. Nie zapominajmy o recepcjonistkach.
Skoro już wiedziałam, że facet nie gardzi dziewczynami, to czekałam, kiedy on w końcu zahaczy stopą o jakąkolwiek przeszkodę. Bo że wcześniej czy później to musiało nastąpić, to było logiczne. W korporacyjnym światku tą przeszkodą jest zazwyczaj nadmierna pewność siebie. To pewność bufoniasta, głośna, poklepująca wszystkich po ramieniu, paląca najdroższe cygara i uważająca, że po godzinach może ruchać wszystko, co nie ucieka na drzewo, nawet jeśli w domu czeka żona z dzieckiem. Lub dziećmi. Bo oni, ci od foteli prezesów i dyrektorów, zazwyczaj lubili duże rodziny, których fotografie dumnie prezentowali na swoich wielkich, błyszczących biurkach ze szlachetnego drewna.
No więc ten przede mną przejechał się na swojej bucie. Tak po prostu. Jak na skórce od banana. To, co palnął przy świadkach tej nowej dziewczynie na imprezie integracyjnej – nie, tego nasi szefowie Brytyjczycy nie mogli mu już odpuścić. Gdyby jeszcze na osobności, w kuluarach, ale nie, nasz samiec alfa po kilku szklaneczkach japońskiej whisky stracił czujność i to, co szepnął do ucha tej młodej dziewczynie, wystraszonej jak sarna na drodze – wszyscy to słyszeliśmy.
Ciebie to wydymam w cycki.
Tak powiedział.
Bez cienia wahania.
Bez cienia wstydu.
I nawet jeszcze głośno cmoknął na końcu zdania.
Mła!
Po czym rubasznie się roześmiał, złapał dziewczynę w pasie i chciał ruszyć z nią do tańca. Nie wiedział jednak, na kogo trafił. Miła stażystka zatańczyła, owszem, po czym wykonała telefon do tatusia wiceministra czegoś tam i pana szefa Figo-fago nie było w biurze w ciągu tygodnia.
I stąd znalazłam się tu ja. Nie wypadłam sroce spod ogona, o nie. Czekałam na to wolne miejsce dobrych kilka lat. Pracowałam ponad siły, wyrabiałam nadgodziny, osiągałam najlepsze wyniki. Oraz robiłam najlepsze prezentacje i najlepsze zestawienia. A także, jeśli było trzeba, najlepszą kawę. I nigdy nie zawodziłam. Każdy mógł na mnie liczyć, dlatego kiedy prezes zaproponował mi stanowisko, no cóż, nie byłam zdziwiona. Byłam nareszcie usatysfakcjonowana.
Zasłużyłam.
Poklepałam się po ramieniu i zafundowałam sobie dobry krem z tej okazji. Taki, który doskonale krył sińce pod oczami, uparcie pojawiające się, gdy byłam zmęczona. Czy często byłam zmęczona? Owszem. Ale czy śmiałam narzekać, skoro wszystko szło zgodnie z planem i dumnie mogłam odhaczać kolejne punkty na mojej liście rzeczy do zrobienia?
Studia? Cyk.
Studia podyplomowe? Cyk.
Staż w dobrej firmie? Cyk.
Praca na etat jeszcze w czasie studiów? Cyk.
Łączenie studiów z pracą? Cyk i cyk.
Awans na kierownicze stanowisko po trzech latach? Cyk.
Pierwsze mieszkanie cztery lata po studiach? Cyk.
Drugie, większe, w samym centrum Warszawy po ośmiu latach? Ba! Cyk.
To się nie wzięło znikąd, oczywiście. Dział pod moim nadzorem rozwinął skrzydła. Zatrudniłam mnóstwo kobiet i to one podbijały sprzedaż i wynajem powierzchni magazynowych (czym głównie się zajmowaliśmy). Zaczynało brakować statuetek na półce chwały – wszystkich tych real estate awards od różnych instytucji. Przechodziliśmy, a w zasadzie przechodziłyśmy same siebie. Tak, wciąż pracowałam dużo, uważałam, że jeśli szef ma od kogoś sporo wymagać, to przede wszystkim od siebie, ale zdawałam sobie sprawę, że skoro już tu byłam, na czubku drabiny tego działu, to teraz ktoś inny czekał cichutko przyczajony na… moje potknięcie. Dlatego nie pozwalałam, by w pracy cokolwiek wyprowadzało mnie z równowagi, by mnie cokolwiek rozpraszało. Sto procent wydajności, sto procent kontroli. Współpracownicy wiedzieli o mnie niewiele – im mniej, tym lepiej było dla mnie. Na imprezach integracyjnych i firmowych wyjściach nie piłam alkoholu, nie umawiałam się z nikim z pracy, nie pozwalałam sobie nawet pomyśleć, że ktoś mógłby mnie przyłapać na czymkolwiek, co można by uznać za moją słabość.
Nie ze mną te numery. Za długo się wdrapywałam na tę górę, za długa była ta droga znikąd, by ktokolwiek poznał moje słabe strony.
Nie tu.
Nie oni.
Od razu rzuciliby mnie lwom na pożarcie, gdyby wiedzieli, skąd przyszłam.
Dlatego ten mail, zawierający nazwę miejsca, w którym spędziłam dzieciństwo, a której to nazwy nie użyłam świadomie nawet raz w ciągu ostatnich dziesięciu lat, tak wytrącił mnie z równowagi. Zwyczajnie się go nie spodziewałam. To miejsce… wspomnienia z nim związane przywodziły na myśl wszystko, co najgorsze w moim życiu. I, co zabawne, także to, co najlepsze.
Czytałam więc tego maila raz po raz, ciągle od początku, i czułam, jak powoli robiło mi się niedobrze. Zimny dreszcz zamienił się w falę gorąca, która uderzyła w moje policzki i dekolt. Wiedziałam, że miałam tam wypieki i plamy w kolorze buraka ćwikłowego. Gdyby ktoś to zobaczył, mógłby się zainteresować, co mnie tak wzburzyło, mógłby zacząć bardziej mi się przyglądać, grzebać, pytać. Nie, nie mogłam do tego dopuścić. Nikt nie mógł zacząć czytać z mojej twarzy jak z otwartej księgi. Musiałam wziąć się w garść.
Wstałam od stołu i podeszłam do ściany. Opuściłam żaluzje.
Jeszcze raz przebiegłam wzrokiem tekst.
Wdech. Wydech.
Wreszcie po chwili byłam w stanie już nieco logiczniej myśleć, w moim umyśle pojaśniało. Co za lisia gadka w tym mailu! Znałam taką korpomowę – sama jej nieraz używałam – i te podjazdowe sztuczki handlarskie też znałam doskonale. W końcu moim zadaniem było opchnąć dziesiątki tysięcy metrów kwadratowych betonowych klocków jako coś super ekologicznego.
Szanowna Pani Łucjo,
zacznę od razu bez zbędnego wstępu – jako szef sieci hoteli Golden Diamonds wyrażam zainteresowanie nieruchomością, która wedle wszelkich dokumentów należy do Pani i według naszej wiedzy nie jest przez Panią używana. Proszę się nie obawiać, nie naruszyliśmy Pani prywatności, ale na miejscu dokonaliśmy czegoś więcej niż pobieżny research.
Zwracam się do Pani z ogromnym szacunkiem, wiedząc, że stary dom i ziemia, o których mowa powyżej, nie są dla Pani „tylko” ową nieruchomością, lecz miejscem z historią, wspomnieniami i wartością, której nie da się zmierzyć wyłącznie pieniędzmi.
Reprezentuję firmę planującą w tej okolicy inwestycję o wysokim standardzie – kameralny, ale ekskluzywny hotel, który nie tylko wpisze się w charakter miejsca, ale także przyczyni się do jego rozwoju, poprawy infrastruktury i prestiżu całej okolicy. Nie jest to projekt przypadkowy – długo analizowaliśmy różne lokalizacje i właśnie Pani działka okazała się kluczowa, wręcz niezastąpiona dla powodzenia całego przedsięwzięcia.
Dlatego pozwalam sobie złożyć Pani propozycję zakupu nieruchomości za kwotę znacznie przewyższającą średnie ceny rynkowe w tej okolicy. Chcę, aby była to oferta uczciwa, ale też naprawdę atrakcyjna – taka, która pozwoli Pani spokojnie i bezpiecznie zaplanować kolejny etap życia, bez ciężaru trosk o utrzymanie starego domu, jego naprawy czy obowiązki związane z ziemią.
Rozumiem, że opieka nad taką nieruchomością bywa z czasem coraz trudniejsza, zwłaszcza na odległość. Moją intencją jest zdjąć z Pani ten ciężar w sposób godny i korzystny, tak aby decyzja – jeśli w ogóle zostanie podjęta – przyniosła poczucie ulgi, a nie straty.
Zapewniamy pełne wsparcie prawne, szybkie i bezpieczne przeprowadzenie transakcji oraz elastyczność co do terminów czy wszelkich indywidualnych potrzeb. Jesteśmy otwarci na rozmowę i wysłuchanie wszystkich Pani oczekiwań. Nie ukrywam jednak, że bardzo zależy mi na czasie.
Będzie mi niezmiernie miło spotkać się i porozmawiać – bez zobowiązań, spokojnie i po ludzku. Wierzę, że można znaleźć rozwiązanie korzystne dla obu stron. Co pani powie na kawę w okolicy Lutowisk jeszcze przed Bożym Narodzeniem? Chętnie przedstawię pani swoją wizję na miejscu.
W załączniku przesyłam cyfrowy folder mojej firmy, może Pani obejrzeć sobie w nim już gotowe i oddane realizacje naszych projektów.
Z wyrazami szacunku i serdeczności
Iwo Kamiński
Dyrektor Golden Diamonds Holding sp. z o.o.
Nic mi nie mówiło to nazwisko, choć sama nazwa sieci hotelowej brzmiała znajomo. Pretensjonalnie, ale znajomo. Mieli, zdaje się, obiekty w Sopocie i Mikołajkach. Golden Diamonds? Fiu, fiu! Czas na Bieszczady? Przyłożyłam dłonie do czoła.
Myśl, Łucja, myśl.
Do gabinetu przez okno wpadł promień słońca. Załamał się na filiżance z kawą i uciekł na sufit, plamiąc go jasnymi blikami. Uśmiechnęłam się. Tak, to dobry znak. Jedna myśl, która pojawiła się w mojej głowie, gdy tylko mail Kamińskiego wpadł do mojej skrzynki, przebiła się w końcu na wierzch i wykrystalizowała. Była… dobra. Naprawdę dobra.
Teraz, kiedy drobny atak paniki minął, pomyślałam, że rzeczywiście czas sprzedać tę cholerną ziemię, pojechać do Lutowisk po raz ostatni. A następnie wyjechać, nie oglądać się za siebie i nigdy więcej nie wymawiać nazwy tej miejscowości.
No i jeszcze jedno. Był też chyba najwyższy czas odwiedzić kogoś, kto znał nie tylko jakieś tam moje słabości. Kogoś, kto znał je wszystkie. Co do jednej.
Zerwij z przeszłością i stań się kimś innym.
Richard Paul Evans, Pieśń serca
5 grudnia 2025
Lustro w moim nowym mieszkaniu było szerokie i czyste, wolne od zacieków i kurzu. Wszystko w mieszkaniu było zresztą wolne od kurzu. Błyszczało. I to dosłownie! Apartament w każdej chwili mógłby posłużyć jako tło do reklamy jakiegokolwiek środka czystości. Pani od sprzątania przychodziła raz w tygodniu gruntownie wszystko odgruzować – myć okna, czyścić parownicą fugi i prać dywany. Miałam lekkiego bzika na punkcie czystości, więc często sama pucowałam mieszkanie po pracy w ramach odstresowania. Kurz był zawsze pod kontrolą.
Kurz, który w domu babki zdawał się osiadać wszędzie – wisiał tam w powietrzu, zbierał się w kłęby za kanapą… Wzdrygnęłam się na samą myśl.
Stanęłam boso przed lustrem, pozwalając, by chłód marmurowych kafelków przypominał mi o tu i teraz. Ale kiedy te myśli mnie dopadały, niełatwo było z nimi walczyć. Teoretycznie znałam wszystkie narzędzia, naczytałam się poradników wszelkiej maści, ale po mailu, który otrzymałam kilka dni temu, codziennie jakieś wspomnienia wyskakiwały z szufladek w głowie i dawały o sobie znać. Szlag! Tak głęboko je ukryłam! Nie przypuszczałam, że wszystkie jeszcze tam siedzą!
Spojrzałam na swoje odbicie, zmrużyłam oczy i pokazałam sama sobie język. A potem się uśmiechnęłam. Dobra tam, nie ma co stękać i się mazać. Przecież jest nieźle. Ciężko na to pracowałam, ale było serio bardziej niż okej. Przez lata dorastania moje lustro stanowiły mętne oczy staruszki, w których odbijałam się jako „zgnilizna”, jako „zagrożenie” i zwyczajnie „wyrodna córka wyrodnej matki”. Każdy mój atut, wszystko jedno, czy była to moja inteligencja, czy dojrzewające dziewczęce ciało – w tamtym domu stawał się powodem do wstydu, brudnym sekretem, który należało ukryć. Schować.
Westchnęłam.
Powolnym, niemal nabożnym ruchem rozpięłam guziki białej koszuli. Zdjęłam spódnicę i jedwabne rajstopy. Zsunęłam koszulę z ramion, pozwalając, by materiał opadł na ziemię jak zrzucona przez węża skóra. To porównanie nieźle pasowało do sytuacji. W końcu ten firmowy uniform to była moja skóra do zrzucania. Albo raczej mój kostium, pod którym się kryłam i w którym dobrze grałam rolę pewnej siebie, zawsze kompetentnej i opanowanej szefowej.
Patrzyłam na siebie. I kiedy robiłam to oczami Łucji-dyrektorki, to wszystko mi się podobało. Moja skóra promieniała. Widziałam smukłą linię szyi, ciemne, lśniące włosy idealnie wyprostowane zabiegiem keratynowym, niemające odwagi, by skręcać się w najmniejsze loki. Miałam starannie wydepilowane, gładkie ciało, zgrabne nogi i jędrny biust. Byłam szczupła, umięśniona, sprawiałam wrażenie seksownej i silnej jednocześnie.
Obróciłam się i popatrzyłam na siebie przez ramię. Tyłek był jaśniejszy niż inne partie ciała po ostatnim weekendzie na Sycylii. Zmrużyłam oczy. Taaak, opanowałam ciało, życie, miałam pieniądze i wszystko to, o czym marzył każdy, kto przyjeżdża do Warszawy robić karierę.
Ale to dziś nie wystarczało. Dziś też spoglądała na mnie ta biedna studentka, która tu przyjechała z bieszczadzkiej wsi zabitej dechami, ciągle pełna kompleksów. Wystraszona. Czegoś nieustannie się bała i nie miała pojęcia, że cokolwiek zwyczajnie może jej się należeć. Dawno jej nie widziałam, ale dziś była tu. We mnie. Dostrzegłam ją. Chciałam jej pomachać i uśmiechnąć się do niej serdecznie, ale nie potrafiłam.
W moim cichym mieszkaniu o wielkich, panoramicznych oknach z widokiem na rozmigotane nocne miasto było jakoś głucho.
Pusto.
Zamrugałam. Studentka zniknęła, rozmyła się. I bardzo dobrze! Jeszcze raz westchnęłam i poszłam pod prysznic. Ciepła woda, która popłynęła z deszczownicy, rozmasowywała kark i ramiona. Boże, to była rozkosz! Ktokolwiek wymyślił prysznic, był geniuszem! Położyłam dłonie na ściankach kabiny i zamknęłam oczy.
I wtedy to poczułam. Znowu. Wyraźnie i gwałtownie. Tamto duszne uczucie umniejszania, ten lepki wstyd, którym babka mnie karmiła przy każdym śniadaniu. To on parował teraz w tej gorącej wodzie. A przecież to… to wszystko nie było moją winą. To nigdy nie był mój brud. Tylko lęk starej, nieszczęśliwej kobiety przed życiem, które w jej wnuczce, we mnie, buzowało jak młode wino, a które ona usiłowała zdeptać, zdusić w zarodku. I prawie jej się to udało. Och, udałoby się z całą pewnością, gdyby babka nie zrobiła mi tej przysługi i nie umarła, kiedy byłam tuż po maturze. To był najlepszy prezent, jaki mogła mi dać.
Wspomnienie zdania „Skończysz jak matka”wypowiedzianego zachrypniętym głosem zabrzmiało w mojej głowie bardzo wyraźnie.
Wdech.
Wydech.
Odchyliłam głowę, pozwalając strugom wody rozbryzgiwać się po twarzy.
Skończysz jak matka.
Dobre. Bardzo dobre.
Zobacz, zobacz, gdzie skończyłam. Zadowolona?
Otworzyłam gwałtownie oczy. Coś zaświtało w mojej głowie i próbowałam to złapać. Zakręciłam wodę i w łazience zrobiło się bardzo cicho.
A może… może… droga babciu, bycie jak matka oznaczało jednak nie takie złe życie? Czucie, kochanie i bycie pożądaną? Jeśli tak, to mogłam i chciałam przyjąć to dziedzictwo z otwartymi ramionami. Chwyciłam puszysty ręcznik.
Dobra, do cholery, koniec tych rozkmin. Szlag by to wszystko! Dziś już nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Że też własnej głowy nie dało się wyłączyć przyciskiem „off”. Przypomniał mi się znakomity serial Rozdzielenie, którego bohaterowie poddawali się procedurze oddzielania wspomnień prywatnych od zawodowych. Jak Boga kocham, nigdy bym się nie przełączała w tryb prywatny, gdybym tylko mogła. Zawsze dostawałam bólu głowy od tych dopadających mnie znienacka myśli.
Zamarzyłam o butelce dobrego porto.
Po raz milionowy obiecałam sobie, że co jak co, ale tym razem to już naprawdę koniec z poczuciem winy za przestrzeń, jaką sobie w życiu sprawiłam. I koniec z noszeniem w sobie cudzej nienawiści!
Zamotałam sobie na głowie turban z ręcznika, narzuciłam szlafrok i wyszłam do salonu. Porto się skończyło, ale nalałam sobie kieliszek schłodzonego białego chianti. Zabrzęczały kostki lodu. Poza tym dźwiękiem cisza w mieszkaniu kłuła w uszy. Zazwyczaj nie miałam nic przeciwko temu, ale teraz mnie to drażniło. W ciszy mój mózg zaczynał gadać, a nie chciałam go już dłużej słuchać. Na ten moment wystarczyło już jego dywagacji.
Włączyłam w tle smooth jazz, który natychmiast zaczął koić rozgrzaną myślami głowę. Usiadłam i przeciągnęłam się na miękkiej welurowej sofie, przymknęłam powieki. Niewiele to dało, bo teraz wróciłam do rozmyślań nad propozycją Iwona Kamińskiego. Czułam się przekonana samym tym mailem i postanowienie zrobienia czegoś z nieruchomością po babce nabierało mocy. Oczywiście, że należało się tego wszystkiego w końcu pozbyć. Bądź co bądź po długiej walce w sądzie było to moje i mogłam zrobić z tym, co tylko chciałam. Boże, żeby tylko jak najszybciej sprzedać to dziadostwo i zrzucić do oceanu niepamięci cały ten balast z przeszłości. Chciałam w końcu odczepić od siebie ostatni element, jaki mnie łączył z Lutowiskami, i nigdy już tam nie wrócić. Za nic w świecie. Chciałam pojechać tam ten jeden ostatni raz.
Uśmiechnęłam się znów do siebie, bo przypomniało mi się hasło reklamowe ostatniego sezonu Stranger Things, serialu, który uwielbiałam. Taaaak. Ja też musiałam się zmierzyć ze swoim potworem. Mój Vecna, mój duch przeszłości, duch z drugiej strony, mieszkał nadal w Lutowiskach, w ruinie tego starego domu.
One last adventure1.
Gdzie się zatrzymam?
Otworzyłam oczy i usiadłam gwałtownie. Kieliszek z winem postawiony na stoliku kawowym zadygotał potrącony, ale się nie przewrócił. Cholera, musiałam coś sprawdzić. To też wypchnęłam z umysłu, a teraz myśl o noclegu w Lutowiskach wypruła na sam przód świadomości, była w czołówce myślowego peletonu. Wiedziałam, że nie odejdzie. Nie da mi spokoju, dopóki sobie wszystkiego nie obczaję w sieci.
Włączyłam laptopa i pociągnęłam solidny łyk wina. Chociaż chłodne, rozgrzało przyjemnie przełyk. Wpisałam w wyszukiwarkę hasło: „nocleg w Lutowiskach”.
Ta z kolei w sekundę wypluła podpowiedzi, ale to, czego szukałam… Cóż, nie musiałam tego szukać, bo to był pierwszy wynik:
Przystanek Buczek. Agroturystyka – nocleg, śniadania, imprezy okolicznościowe.
Serio? Tyle tylko wymyślił? Przystanek Buczek? Co tam było? Schronisko młodzieżowe? Dwunastoosobowe pokoje dla pryszczatych nastolatków?
Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Kliknęłam w link i zaczęłam przewijać stronę. Miała kilka zakładek: Aktualności, Atrakcje, Kontakt, Wynajem pokoi, Lokalne produkty, Bieszczady – poradnik, Cennik, O nas.
O nas. Hm…
Tak, to prawda. Niekiedy – raz, może dwa razy w życiu – zdarza się nam spotkać tę jedyną osobę na świecie, z którą możemy dzielić wszystko. To najbardziej magiczna chwila.
Ben Bennett, Uśmiech niebios
5 grudnia 2025
Tylko to ostatnie wydało mi się w tej chwili interesujące. Znów kliknęłam i zamarłam. Cholera, nie takim go pamiętałam. Wyglądał, wyglądał jak… Zabrakło mi słowa. Jedyne, które pojawiało się w mojej głowie i świeciło jak neon, brzmiało „facet”. Żeż kurwa mać. Oczywiście, że to było to słowo.
Facet.
W dorosłym życiu nie myślałam dużo o Janku. To był zakazany rewir. Za dużo wspomnień. Za dużo… Wszystkiego za dużo. Kiedy tylko cokolwiek pchało mnie w stronę wspomnień o nim, zawracałam. Wbrew pozorom myślałam znacznie częściej o matce, babci, strasznym domu, w którym się wychowałam, niż o Janku. Dlaczego? Bo myślenie o nim cholernie bolało. Janek był jedyną osobą, której nigdy nie powinnam była zranić, a jednak to zrobiłam. Dla jego dobra, ale mimo wszystko… zrobiłam to. Powtarzałam to sobie jak mantrę, choć tak naprawdę chodziło przecież o moje dobro. To była moja samolubna, desperacka decyzja, by dać nogę z Lutowisk, by się wyprowadzić. A potem – by zerwać z nim kontakt. Nie zasłużyłam na niego.
Zostawiałam wtedy zakochanego we mnie chłopaka. Tak, wtedy już dawno był wyższy ode mnie, oczywiście. Wyższy, silniejszy, ale wciąż był… chłopakiem. Szczupłym, z dołeczkami w policzkach, kiedy się uśmiechał. Teraz jednak patrzyłam na kogoś, kto był trochę do niego podobny, ale zdecydowanie… nie był chłopcem. Był absolutnie w każdym, każdziutkim calu mężczyzną. No… facetem właśnie.
Zdjęcie w zakładce „O nas” pokazywało wysokiego, barczystego gościa w kraciastej koszuli z rękawami rozpychanymi przez bicepsy. Ręce splótł na piersi, na twarzy gościł szeroki, jasny uśmiech. Facet miał ciemną, krótko przystrzyżoną brodę i niebieskie oczy intensywnie wpatrzone w obiektyw. Tak intensywnie, że mimowolnie zagryzłam wargi.
Omamuniu.
Pieprzony Tom Hardy w wersji „bieszczadzki drwal”.
Z wypiekami na twarzy zaczęłam czytać opis pod zdjęciem:
Witaj! Nazywam się Jan Buczek i razem z moją mamą Ewą prowadzę tę prześwietną instytucję. Cieszę się, że tu zaglądasz.
Dlaczego Bieszczady? Bo tu się urodziłem. Moja przygoda z Bieszczadami nie zaczęła się od wielkich planów, ale od wyssanej z mlekiem matki miłości do tego surowego, a jednocześnie kojącego krajobrazu. Postanowiłem stworzyć miejsce, które sam chciałbym odwiedzać – dom otwarty, pełen zapachu drewna i świeżo parzonej kawy.
W Przystanku Buczek nie jesteś tylko numerem pokoju. Jesteś moim gościem. Chętnie podpowiem Ci, gdzie w okolicy rosną jesienią najlepsze grzyby, który szlak wybrać, by uniknąć tłumów, lub po prostu przygotuję dla Ciebie śniadanie z produktów od moich sąsiadów. Świeże jajka, sery, warzywa, do których pieczemy własny rzemieślniczy chleb.
Przyjedź, zostaw pośpiech za bramą i poczuj, jak to jest naprawdę „odpoczywać”.
Moim celem jest zapewnienie Ci komfortowego wypoczynku w duchu „slow life”. Zadbałem o to, by pokoje były przytulne, a atmosfera nieformalna i luźna. Chcę, żebyś po kilku dniach spędzonych u mnie wyjechał/wyjechała z nową energią i uśmiechem na twarzy. Tylko po to, by znów tu wrócić.
PS Jeśli to czytasz, bo często wysiadasz na „Przystanku Buczek”, to znaczy, że dobrze robię swoją robotę.
Do zobaczenia!
Janek
Uśmiechnęłam się całkowicie bezwiednie. Jedna informacja przykuła moją uwagę bardziej niż pozostałe.
…razem z moją mamą…
Wychyliłam kieliszek chianti do końca jednym haustem. Z jakiegoś powodu fakt, że prowadził swoje agro wciąż z mamą, a nie na przykład z żoną, ucieszył mnie. Czy to oznaczało, że nie było… żadnej żony?
Pokręciłam energicznie głową. Tak energicznie, że spadł mój turban i wciąż wilgotne kosmyki opadły mi na ramiona. Cholera, co ja sobie myślałam?! Zganiłam samą siebie za myśli, które zakotłowały się w mojej głowie niczym stado wiewiórek goniące się wściekle za orzeszkiem. Co to w ogóle miało do rzeczy? To nie powinno mnie wcale obchodzić! Nic a nic. Zresztą na pewno miał żonę, która bawiła stado ich rumianych dzieci, więc oczywiście, że prowadził biznes z matką, bo żona nie miała czasu.
Nie dostrzegłam jednak na żadnym zdjęciu obrączki na serdecznym palcu, choć po wypiciu drugiego kieliszka wina zajęłam się pilnym jej szukaniem. Powiększałam dłoń na każdym zdjęciu, na którym było ją widać.
Nic. Null. Nothing.
Głos rozsądku próbował coś popiskiwać, że to, co robiłam, było zwyczajnie głupie, niemoralne i godne stalkerki, w dodatku takiej z liceum, ale jak podlałam go trzecim kieliszkiem chianti, zamilkł. Szybko przejrzałam pozostałe zakładki.
Wszędzie było mnóstwo zdjęć – i bieszczadzkie krajobrazy, za którymi teoretycznie nie tęskniłam, ale których widok poruszył czułą strunę, i jakieś ogniska, sery, fotografie pokoi i podwórka o różnych porach roku. Ledwo rozpoznawałam to miejsce. Dom cioci Ewy, matki Janka, jedyny przyjazny dom mojego dzieciństwa, wyglądał całkiem inaczej, niż go zapamiętałam. Miał teraz drewnianą elewację, powiększony został o sporą dobudówkę, która kryła gościnne apartamenty, wykarczowano część drzew na tyłach i urządzono tam zieloną strefę wypoczynkową – dmuchany basen, hamaki, leżaki, palenisko, ławeczki… Ładnie to zrobili. Naprawdę ładnie. Znałam zdolności techniczne Jaśka, więc byłam gotowa dać sobie rękę uciąć, że wszystko konstruował sam.
Wyglądał na tych zdjęciach na szczęśliwego. Ciocia Ewa mignęła mi kilka razy gdzieś w tle, ale poza tym nie zauważyłam nikogo znajomego. Byli za to roześmiani wczasowicze, merdające ogonami psy, wpisy w księdze gości zachwalające miejsce. Tak, wyobrażałam sobie, że musiało tam być naprawdę miło. I jedynym, co pewnie psuło sielskość tego miejsca, był widok na ruderę po mojej babci. Może krzak bzu pod oknem tak się rozrósł, że nie było już jej widać?
Wątpiłam.
Tak, Jankowi przydałby się lepszy sąsiad. Prestiżowy hotel obok podniósłby wartość i jego nieruchomości. Fiu, fiu! Może nawet mógłby ją sprzedać, gdyby deweloper chciał się rozbujać i postawić coś naprawdę ogromnego. Coś à la Hotel Gołębiewski.
Zmarszczyłam czoło. Wizja architektonicznego karakana, która stanęła mi przed oczami, nie była jednak nęcąca. Gołębiewski nie pasował do Lutowisk.
No nic. Trudno.
Nie będzie Gołębiewskiego. Będzie Golden Diamonds. Mały, fajny hotel obok zacisznej agroturystyki Janka.
Na dnie butelki, której już nie schowałam do lodówki, była jeszcze resztka alkoholu. Wypiłam ją bez przelewania do kieliszka, a potem zaczęłam pisać maila. W temacie wiadomości wstukałam:
Pozdrowienia z Warszawy! Pamiętasz mnie jeszcze?
Następnie na końcu dodałam: :-).
A potem, na niemal kompletnym alkoholowym haju, o czym jednakże miałam przekonać się dopiero rano, zaczęłam klepać treść wiadomości.
Cześć, Janku!
Pewnie minęło już sto lat, odkąd ostatnio się widzieliśmy, ale mam nadzieję, że nie całkiem o mnie zapomniałeś – tutaj Łucja, ta, co to dawno temu uciekła do Warszawy. :-)
Ostatnio wzięło mnie na wspominki, bo podczas próbnej ewakuacji pożarowej z mojego wieżowca (trzydzieste piętro, heloł!) przypomniała mi się nasza wspólna wyprawa na Rawki i zbieganie w dół po stromiznach, jak uciekaliśmy przed burzą. Do dziś się uśmiecham na samą myśl o tamtych czasach! Chciałabym mieć teraz tamtą kondycję, bez kitu. Ledwo doczołgałam się na parter!
A tak naprawdę piszę, bo postanowiłam odwiedzić stare kąty, choć powód jest też dość konkretny. Przyjeżdżam, żeby w końcu ogarnąć formalności i sprzedać ten stary dom po mojej babci. Podejrzewam, że to dla Ciebie i Twoich gości świetna nowina, bo ta rudera na pewno tylko psuje Ci widok z okien agroturystyki! ;-) Pora, żeby ktoś tchnął w to miejsce nowe życie i przestał straszyć w sąsiedztwie. Załatwię to raz na zawsze. Będziesz zadowolony.
Pomyślałam, że najlepiej będzie zatrzymać się właśnie u Ciebie. Daj znać, czy masz wolny pokój (pojedynczy, chyba że dwójkę, ale i tak będę sama) w terminie 15 grudnia – 20 grudnia. Bardzo bym chciała przy okazji pogadać i zobaczyć, jak Ci się wiedzie. Może jakaś wspólna wycieczka w góry po pas w śniegu? Żartuję. Ja się już nie nadaję do chodzenia po górach. Za często jeżdżę samochodem.
Daj znać, czy mógłbyś mnie przygarnąć i jaki byłby to koszt. Zresztą jakikolwiek będzie, i tak przyjadę! Nareszcie jestem w tym miejscu w życiu, w którym koszt nie ma znaczenia. Rozumiesz to? Ja! Kto by pomyślał, co?
Ściskam mocno i mam nadzieję – do zobaczenia!
Łucja
To jeszcze brzmiało nieźle. Tak po koleżeńsku. Nie do końca desperacko, choć między wierszami dałoby się wyczytać procenty. Nawet z całą pewnością. Ale to, co palnęłam w post scriptum, było po prostu żałosne.
PS Na zdjęciach widziałam, że kawał chłopa się z Ciebie zrobił. Jasiek, z Ciebie jest po prostu bieszczadzkie ciacho. Jestem pod wrażeniem.
Koniec darmowego fragmentu książki.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
1. Jedna, ostatnia przygoda (ang.)[wróć]
