Tygrysica - Karolina Ciernicka - ebook

Tygrysica ebook

Karolina Ciernicka

0,0

Opis

Jest to powieść obyczajowa, osadzona w czasach średniowiecznych, której głównymi bohaterami jest dwoje zakochanych w sobie młodych ludzi, zaś ich dalsze losy splatają się nierozerwalnie z epokowymi wydarzeniami tamtych, jakże burzliwych czasów, w których niejednokrotnie sami uczestniczą. Tytułowa bohaterka, nazywana przez wielu potomnych i kronikarzy właśnie "Tygrysicą", to nie kto inny, jak sama polska władczyni, Agnieszka Babenberg, żona księcia Władysława II, zwanego później Wygnańcem. Jej ród również brał udział w konfliktach, niosących za sobą diametralne zmiany ówczesnej Europy i świata. Powieść, osadzona w pierwszych wiekach po przyjęciu przez nasz kraj chrześcijaństwa, ukazuje mentalność oraz zwyczaje mieszkańców ziem polskich, rozdzielonych w późniejszym okresie na skutek wprowadzenia w życie testamentu Krzywoustego i postępującego rozbicia dzielnicowego.



Nasz kraj - zaledwie ocalony,
Z mroków pogaństwa wyłoniony,
Stoi u progu wielkiej próby:
Swego zwycięstwa, bądź też zguby.
A wkoło - zawierucha wojny!
Czas to niepewny, niespokojny...
Czy dwójka głównych bohaterów
Wytrwa w realizacji celu?
Kto im zaszkodzi, kto pomoże
Na księżnej austriackiej dworze?
Czy się odnajdą w tej otchłani
Z pomocą "Tygrysicy-pani"?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Karolina Ciernicka

Tygrysica

POWIEŚĆ OBYCZAJOWA Z TŁEM HISTORYCZNYM

© Copyright by

Karolina Ciernicka & e-bookowo

Grafika na okładce: Eliza Szulc

Projekt okładki:

Eliza Szulc & e-bookowo

ISBN 978-83-7859-412-3

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2014

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

ROZDZIAŁ I „AGNIESZKA, ZNACZY NIESKALANA”

Zgromadzeni na zamkowym dworze austriackiego margrabiego w Melku dostojnicy niecierpliwie czekali na wieści. Nieco dalej, w komnacie pełnej szybko uwijających się położnych, krzyczała z nieopisanego bólu żona władcy, margrabina Agnieszka, córka buntowniczego cesarza, sławnego z odległego już nieco w czasie, niegdyś najgłośniejszego wydarzenia średniowiecznej Europy – zaciekłego sporu o inwestyturę, Henryka Czwartego z dynastii salickiej. Drzwi nagle otwarły się z głośnym stukiem. Pierwsza przybiegła młoda akuszerka, która z przejęciem szepnęła coś na ucho dostojnej pani dworu, a ta – szambelanowi. Wokół zapanowało niecierpliwe poruszenie. Podekscytowany dostojnik z dystynkcją podszedł do władcy, pokłonił mu się nisko z szacunkiem i rzekł niezwykle dyplomatycznym głosem:

– Panie, to córka!

Twarz margrabiego Leopolda rozpromieniła się błyskawicznie i zawołał z dumą do zgromadzonego tłumu dworzan oraz dostojników świeckich i duchownych:

– Chwała Bogu w Trójcy Jedynemu niechaj będzie teraz i na wieki wieków! Tę ochrzcimy Agnieszką, to znaczy „nieskalana”!

Z oddali dobiegł płacz nowo narodzonej księżnej, Agnieszki ze sławetnego rodu Babenbergów. Był, jakże szczęśliwy dla całego austriackiego państwa margrabiego Leopolda i jego poddanych, Rok Pański 1111.

Matką chrzestną małej dziedziczki austriackiego tronu, czyli kmotrową, została siostra jej ojca, margrabiego Leopolda Trzeciego, margrabianka Agnieszka Austriacka z Babenbergu, zaś ojcem chrzestnym – szacownym kmotrem – rodzony brat matki małej dziewczynki, Agnieszki von Waiblingen, syn awanturniczego wroga papiestwa, wspomnianego już cesarza Henryka Czwartego, jego niemniej dumny i bałwochwalczy imiennik – Henryk Piąty Salicki, który właśnie w owym roku, 1111, został wybrany Świętym Cesarzem Rzymskim Narodu Niemieckiego. Imię zatem otrzymała mała dziedziczka po swojej matce rodzonej oraz po kmotrowej – matce chrzestnej ze strony ojca. Jak nakazywało ówczesne prawo, zaledwie w osiem dni po narodzeniu, 16 maja Roku Pańskiego 1111, dokładnie w Wigilię Zesłania Ducha Świętego, odbył się niezwykle uroczysty i pięknie odprawiony chrzest małej Agnieszki Babenberg.

Podczas uroczystego nabożeństwa dziecko, ubrane w krześniak, czyli białe, koronkowe i bogato zdobione sukienki oraz grube pieluszki – powojniki, zanurzone zostało aż po szyję w chrzcielnicy przez trzymającego je kapłana, samego arcybiskupa Melku, który odmawiał przy tym rytualne modlitwy. Ksiądz nałożył dziecku na główkę biały czepek z kosztownymi perłami, zaś kmotrowa dodała jeszcze białą chusteczkę z drogocennego jedwabiu z własnoręcznie wyhaftowanym na niej srebrnymi nićmi imieniem dziewczynki. Następnie kapłan ułożył dziewczynkę na ołtarzu, powierzając ją w żarliwej modlitwie Bogu Wszechmogącemu, i odmawiał kolejne litanie, a wierni w skupieniu prosili Pana w Niebie o opiekę nad tą maleńką istotką, przed którą roztaczała się tak ważna do spełnienia misja.

Po uroczystej Mszy Chrztu Świętego, margrabia Leopold, ojciec dziecka, zaprosił serdecznie wszystkich dostojnych gości, krewnych, całą rodzinę i przyjaciół, a także samego arcybiskupa na wystawną, kilkudniową ucztę, wydaną specjalnie z okazji narodzin jego ukochanej córki Agnieszki. Wiązanie, czyli prezent od obojga kmotrów, przekazali oni na razie rodzicom dziewczynki: było to bogate uposażenie od Agnieszki Austriackiej i Henryka Piątego oraz liczne kosztowności, jakie miały w poważnym stopniu przyczynić się do wzbogacenia posagu tej ślicznej dziewczynki, przyszłej polskiej władczyni. Tak oto młoda monarchini wstąpiła do chrześcijańskiej wspólnoty.

Dziewczynka dorastała na dworze swego religijnego ojca w miłości i poszanowaniu dla najważniejszych wartości chrześcijańskich, podobnie jak jej liczne rodzeństwo. Przeważnie roześmiana i wesoła, umiała błyskawicznie spoważnieć, gdy jakaś sprawa dotyczyła – w jej mniemaniu – kwestii ważnych i istotnych. Charakter tej uroczej dziedziczki tronu austriackiego i spadkobierczyni sławetnego nazwiska europejskiej dynastii miał wielce pomóc owej rezolutnej panience w dalszej karierze politycznej. A było to wówczas niezwykle istotne zagadnienie wobec trudnej sytuacji, jaka zaistniała w tamtych burzliwych czasach na europejskim kontynencie...

Kiedy traktat w Verdun podzielił ogromne państwo Karolingów na trzy niezależne monarchie, ich związki stopniowo rozluźniały się, by w końcu przybrać postać wręcz wrogą i nieprzyjazną względem siebie. Każda z nowo powstałych monarchii ulegała kolejnym podziałom na mniejsze marchie i księstwa. Frankonią władali właściciele potężnego bawarskiego grodu, leżącego nad rzeką Regnitz – dopływem Menu – Babenberga, stąd zwano ich potocznie „Babenbergami”, zaś od imienia najstarszego władcy, protoplasty tego szlachetnego rodu, Poppa Pierwszego, rządzącego swym państwem w IX wieku, nazywano ich też czasami „Popponami”. Babenbergowie często ścierali się zbrojnie z sąsiednimi spadkobiercami potężnych niegdyś Karolingów, aż wreszcie zostali ostatecznie pokonani w latach 897–906 w słynnych „wojnach babenberskich” przez rywalizujący z nimi inny silny ród wschodniofrankijski, Konradynów. Po wymarciu w czasie tych krwawych walk głównych przedstawicieli rodu, do władzy doszła boczna linia babenberskiej dynastii, wywodząca się od rządzących na wschodzie władców frankijskich, znanych z męstwa i chwalebnych czynów – Luitpoldingów, założona w X wieku przez margrabiego Leopolda. Od nazwy nadanego mu przez cesarza Ottona II państwa frankońskiego – Marchii Wschodniej („Ostmark”, inaczej „Ostarrîchi”, czyli „wschodnie władztwo” ) – kraj ich potocznie zwano „Austrią”. Margrabiną austriacką została wówczas żona władcy, Richarda von Eppenstein. W warownym zamku, wzniesionym na wzgórzu w Melku, Leopold stworzył swoją wspaniałą rezydencję, w której odtąd przez stulecia przebywali kolejni Babenbergowie, sprawując mądre rządy nad swoim państwem.

Jego syn, sławetny siłacz, Henryk Pierwszy, nie bez znaczenia otrzymał przydomek „Mocny”. Współcześni opowiadali z niekłamanym podziwem dla jego wyczynów, jak dzielnie od najmłodszych lat, jeszcze jako młodzian, unosił ciężkie miecze i władał nimi z łatwością, jak szybko przyswoił sobie tajniki rycerskiego kunsztu i ruszył na wyprawy wojenne, odnosząc w nich spektakularne zwycięstwa i okrywając się wojenną sławą. Zginął w wielkiej bitwie pod Vlaardingen w 1018 roku, kiedy to holenderski hrabia Dirk Trzeci niespodziewanie obrócił swą początkową klęskę w wygraną, dokonując rzeczy, zdawałoby się, w owych czasach niemożliwej – pokonując silną armią samego cesarza Henryka Drugiego, którego wspierał między innymi właśnie Henryk Pierwszy Babenberg, dziedzic austriackiego państwa. Po bezpotomnej śmierci Henryka Mocnego tron objął jego młodszy brat, Adalbert Pierwszy Babenberg, mąż sławnej margrabianki, mającej prorocze sny, obwieszczającej rycerstwu spodziewane klęski w kolejnych zmaganiach wojennych, księżnej Glismot. Władczyni ta twarz miała pociągłą, silnie podkrążone i zapadnięte oczy koloru szarego, wysokie czoło i długi nos, zaś włosy jej, stale skryte pod chustą zawiązaną ciasno wokół głowy, były płowe i bardzo rzadkie. Szczupła, wysoka i niezbyt zgrabna, nie odznaczała się niczym szczególnym w swoim wyglądzie zewnętrznym, toteż budziła powszechne przerażenie wśród zebranych, pojawiając się często na dworze podczas wojennych narad swego męża i straszliwym głosem zapowiadając obradującym kolejne klęski.

Ich syn, złotowłosy i nader przystojny Ernest Pierwszy, odznaczył się w wielkich potyczkach europejskiego rycerstwa: pod Przecławą, gdzie Słowianie Połabscy pokonali w zażartym boju Święte Cesarstwo Rzymskie, oraz w krwawej bitwie powstańców saskich z cesarzem Henrykiem Czwartym pod Homburgiem, za co ów władca z rodu Babenbergów otrzymał zasłużony przydomek „Mężny”. Synem Ernesta i Adelajdy, znanej z nieskazitelnych rysów księżniczki miśnieńskiej, był z kolei Leopold Drugi, słynący również z wyjątkowej urody i z tego też powodu nazwany już przez sobie współczesnych „Pięknym” lub „Urodziwym”. Był on dziadkiem naszej bohaterki, przyszłej władczyni Polski.

Ojciec panny Agnieszki, Leopold Trzeci Babenberg, był zacnym władcą Austrii, znanym fundatorem i budowniczym opactw, kościołów i klasztorów w tym pięknym i zamożnym kraju, niezwykle pobożnym i religijnym człowiekiem. W młodości twarz miał jasną, rysy wyostrzone, czarną niewielką bródkę, okalającą cały dół twarzy, ciemne gęste włosy i łagodne spojrzenie. W podeszłym wieku dochował się gęstej, siwej brody, przykrywającej cały podbródek oraz takichże samych wąsów. Odziedziczył wiele cech urody i dystynkcji po swym ojcu, wspomnianym Leopoldzie Drugim Babenbergu, zwanym „Pięknym” z powodu wyjątkowej gracji oraz urodziwego wyglądu i te cechy wyraźnie widoczne były także u dzieci Leopolda Trzeciego. Założył on słynne opactwa w Melk oraz w Klosterneuburg pod Wiedniem, istniejące długie wieki i mające obok swych terenów, dodatkowo utworzoną przez tego znanego dobrodzieja Kościoła szkołę, gdzie nauczali kanonicy świętego Augustyna. Przy opactwie w Klosterneuburgu Leopold wybudował również swą wspaniałą rezydencję, gdzie często przebywał z rodziną, zatem margrabianka Agnieszka od wczesnego dzieciństwa wychowywana była w atmosferze niezwykłej, nawet jak na owe czasy, religijności.

Przyszła władczyni państwa piastowskiego była starannie wykształconą i rezolutną osóbką. Od najmłodszych lat pobierała nauki, najpierw na dworze swego ojca, zaś później – w przyklasztornej szkółce obok opactwa w Klosterneuburg. Ponieważ w owych czasach nauczano wyłącznie metodą zapamiętywania, młodziutka margrabianka od dzieciństwa miała świetnie wyrobioną pamięć, biegle władała językiem łacińskim, czytała często Biblię oraz modlitewniki i roczniki, ucząc się pilnie śpiewów liturgicznych. Agnieszka miała przepiękny głos. Z czasem, już w wieku dojrzałym, w wyniku wielu nieszczęśliwych zrządzeń losu, stał się on surowszy oraz ostrzejszy w brzmieniu, jednakże w czasie swego przybycia do Polski świergotała prześlicznie, niczym ptaszyna, delikatnie i śpiewnie przy tym podkreślając dźwięczne spółgłoski, co powodowało, że każdy słuchacz bez jakiegokolwiek wyjątku miał wrażenie, jakby „szeleściła” swoimi maleńkimi usteczkami, przy wypowiadaniu niektórych wyrazów, co czyniło je jeszcze milszymi dla ucha w odbiorze. Jej ulubionym przedmiotem od początku nauczania były rachunki – Agnieszka ze względu na doskonałą pamięć potrafiła w myśli błyskawicznie dokonać trudnych obliczeń i podać ich prawidłowy wynik. Dlatego też od początku była najpilniejszą z uczennic w klasie i nauczające ją siostry zakonne zwracały uwagę na nieprzeciętny umysł, ogładę i nienaganne maniery pięknej dziedziczki tronu.

Margrabia Leopold Babenberg, znany dobrodziej Kościoła, ufundował również opactwo cysterskie w Heiligkreuz i sławetne opactwo w Mariazell, które wkrótce stało się najsłynniejszym sanktuarium maryjnym w całej Austrii i miejscem pielgrzymek wielu władców ówczesnej Europy. Nieraz przybywali do niego również książęta piastowscy, których państwo wkrótce miała poznać śliczna Agnieszka. Nic też dziwnego, że już za życia otaczał Leopolda Trzeciego kult świętości i szacunku dla jego niezwykłych dzieł oraz hojnego wspierania Kościoła. Miało to zaowocować w przyszłości wyniesieniem tego wybitnego władcy na ołtarze.

Tymczasem w Europie doszło do epokowych wydarzeń, jakże brzemiennych w skutki w kolejnych latach. Oto bowiem w 1125 roku zmarł cesarz Henryk Piąty, szwagier margrabiego oraz ojciec chrzestny młodziutkiej Agnieszki, i spora część elektorów Rzeszy Niemieckiej to właśnie Leopolda wybrała następcą słynnego najeźdźcy państwa Bolesława Krzywoustego i wodza wojsk niemieckich spod Głogowa, jednak Leopold Trzeci skromnie odmówił, by pozostać w rodzinnym kraju i kontynuować swe dzieło umacniania rządów i wspomagania Kościoła. Dzięki temu Agnieszka mogła dorastać w ojczyźnie aż do swojego wyjazdu.

Jej zaślubiny z dziedzicem tronu polskiego, synem Bolesława Krzywoustego, odbyły się w trudnym momencie w dziejach obu tych państw, jednakże ojcowie obojga liczyli na ścisły sojusz i współpracę swych dwóch monarchii. W Rzeszy Niemieckiej trwała właśnie krwawa wojna o tron przeciw wspólnemu wrogowi obu rodów, królowi niemieckiemu i przyszłemu cesarzowi Lotarowi, z którym walczyli bracia przyrodni Agnieszki, wnukowie poprzedniego cesarza, książęta Konrad i Fryderyk. Ten ostatni, zdradzony podczas prowadzonej wojny przez część swych sojuszników – podstępnych książąt z Dolnej Lotaryngii i Frankonii, został podczas zmagań wojennych oblężony przez wojska Lotara w Norymberdze, gdzie podczas mężnej obrony stracił jedno oko, co przyczyniło się do poważnej choroby, a dodatkowo ostatecznie przekreśliło jego ambitne plany i w konsekwencji uniemożliwiło mu starania o koronę. Mariaż Agnieszki z Piastowiczem mógł zatem przyczynić się do wzmocnienia sojuszu Polski i Austrii, a być może – także Szwabii (w której panował Fryderyk, zwany obecnie „Jednookim”) przeciw napadom i planom ekspansji agresywnego władcy Niemiec.

Wspomniany saksoński książę, król Niemiec, a wreszcie i Święty Cesarz Rzymski, Lotar z Supplinburga, był drugim władcą o tym imieniu, zasiadającym na tronie cesarskim, jednak ze względu na dawne rządy karolińskiego króla, Lotara Drugiego, sprawowane w Lotaryngii, uznano iż saksoński książę otrzyma tytuł Lotara Trzeciego, na tymże tronie występującego. Początkowo sojusznik, z czasem stał się śmiertelnym wrogiem poprzedniego władcy, Henryka Piątego z dynastii salickiej, słynnego najeźdźcy polskiego państwa piastowskiego z 1109 roku, który wprowadzał w Rzeszy samowolne rządy, próbując ograniczyć wpływy władców lokalnych. Podczas decydującej bitwy pod Welfesholz, jaka rozegrała się 11 lutego 1115 roku, sprzymierzeni z Lotarem możnowładcy, biskupi i książęta rozgromili potężną armię Henryka, zmuszając go do haniebnej ucieczki z pola bitwy. Lotar zasiadł na tronie wbrew woli umierającego cesarza, który wyznaczył swoim następcą rywala w walce o tron, wspomnianego już księcia Szwabii Fryderyka Drugiego Hohenstaufa, zwanego potem „Jednookim”. Opozycja tego rodu wybrała wówczas antykróla, Konrada Trzeciego, przyrodniego brata przyszłej polskiej księżnej Agnieszki, co nasiliło krwawą wojnę domową w Rzeszy.

Przyszły cesarz od początku ingerował w wewnętrzne sprawy sąsiadów, aby umocnić swą pozycję i wpływy w Europie. Z tego zatem względu poparł starania władców Marchii Wschodnich, Albrechta Niedźwiedzia i Konrada Wettyna, do rozszerzania terytorium ich państw kosztem Polski, a w późniejszym terminie mieszał się wielokrotnie w sprawy sąsiednich monarchii – zakończył wojnę polsko–czeską, rozgromił opozycję Hohenstaufów we własnej ojczyźnie, zlikwidował dwuwładzę w Rzeszy, zwyciężył też podczas wyprawy sycylijskiej. Okres rządów tego wybitnego władcy usiany był zatem pasmem spektakularnych sukcesów. Lotar, człowiek postawny i wysoki, wzbudzał respekt już samym wyglądem, podobnie jak i przenikliwym spojrzeniem swoich czarnych, przeszywających wręcz na wskroś oczu oraz gęstej, ciemnobrązowej brody, i takich-ż samych, poskręcanych w gęste loki, bujnych włosów, okalających twarz pociągłą, z charakterystycznym, długim nosem i zaciętymi ustami, wygiętymi wiecznie w podkowę, jakby niezadowolony był z całego otaczającego go świata.

Jego żoną była nadobna niewiasta, prawdziwy – rzec by można – wzór cnót dla ówczesnych kobiet – Rycheza von Northeim, która dzięki Bogu odziedziczyła swoją wyjątkową urodę nie po ojcu, hrabim Northeim, człowieku gnuśnym i nieporadnym, który z powodu nadmiernej tuszy zwany był już za życia „Henrykiem Tłustym”, lecz po swojej matce, pięknej Gertrudzie von Braunschweig z Brunonów. Urodziwa Rycheza nosiła zawsze charakterystyczne dwa długie warkocze w kolorze dojrzałych kłosów zbóż, spadające luźno po obu stronach skroni, tuż za uszami, na ramiona i piersi. Dla współczesnych sobie niewiast stanowiła przykład wielkiej kobiety i władczyni. Nic też dziwnego, że na europejskich dworach traktowano ją zawsze z najwyższym szacunkiem. Jedynie wróg jej ukochanego wnuka, Henryka Welfa – zwanego z racji swych mężnych czynów „Lwem” – Albrecht Niedźwiedź, niechętny był wstawiennictwu cesarzowej za jego rywalem w krwawej walce o Saksonię, choć i on nie mógł odmówić jej wielkości i godności, właściwej tylko wyjątkowym niewiastom.

A zatem wreszcie, po długich przygotowaniach i dyplomatycznych zabiegach, nastał tak ważny dla Polski oraz Austrii Rok Pański 1126, kiedy to na dwór książęcy Bolesława Trzeciego w Płocku zawitała z dawna oczekiwana delegacja prześlicznej margrabianki Agnieszki Babenberg. Piętnastoletnia dziewczyna przyjechała z ziemi austriackiej do Polski nieco przestraszona wieściami, jakie docierały do niej na dwór ojca o tym dzikim kraju i jego nieposkromionych książętach, jednakże od początku była przekonana, iż ma tutaj do spełnienia ważną misję: umocnienia pozycji swego męża, seniora rodu, księcia Władysława, jako przyszłego władcy Polski.

– Panie, oto jestem! – powiedziała odważnie, zjawiwszy się ze swoim orszakiem na dworze książęcym Krzywoustego i ukłoniła mu z szacunkiem.

Ubrana w przecudną bordową suknię z delikatnego jedwabiu, pozłacaną drogocennymi ozdobami przy toczku, rękawach i staniku, pełna wdzięku i powabu, wyróżniała się obyciem, dystynkcją oraz gracją i odstawała wyraźnie od panien z tutejszego dworu.

Agnieszka była dziewczyną piękną, choć niewielkiego wzrostu, o bystrym, rezolutnym spojrzeniu ciemnoszarych oczu, cerze jasnej, łagodnym wyrazie twarzy. Jej włosy miały barwę ciemną, brązową, z nielicznymi pasmami czarnych tuż przy skroniach, co dodawało jej powagi i majestatu. Wysmukła kibić i dobrotliwy wyraz twarzy sprawiały wrażenie młodziutkiej kobiety niezwykle szczerej i serdecznej, ale i ambitnej, uczonej oraz postępowej, wyjątkowo chętnie dążącej do wywierania wpływu na sprawy polityczne. Spojrzenie jej wielkich, przenikliwych oczu świadczyło dobitnie o tym zamyśle ciągłego ingerowania w politykę i współudziału w sprawowaniu władzy u boku przyszłego męża, dziedzica tronu.

Spodobała się surowemu księciu polskiemu Bolesławowi ta urocza, piętnastoletnia zaledwie, dziedziczka austriacka, jego przyszła synowa, osóbka drobna i wątła, lecz o oczach bystrych, przenikliwych, świadczących o silnym charakterze i nieustępliwości. Ślub pary książęcej miał się odbyć w uroczystym dniu, w Płocku, a udzielić miał go sam metropolita gnieźnieński – Jakub ze Żnina, potomek sławetnego rycerskiego rodu Porajów-Różyców. Księżna Agnieszka od początku starała się wspierać swego przyszłego męża w jego dążeniu do wzmocnienia swojej pozycji w państwie piastowskim. Ambitny Władysław, starszy od swej przyszłej małżonki o sześć lat, był zachwycony młodą, uroczą i mądrą żoną.

Najstarszy syn Krzywoustego był postawnym, rosłym młodzieńcem, z dużym czołem i wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, z brązowymi, prostymi włosami, spadającymi nieco z tyłu, za uszy, wąsem niewielkim wtedy jeszcze, zaś z czasem – podrosłym na boki, sterczącym z obu stron spiczasto, ostro zakończonym. Do tego miał nieco niepewny wyraz twarzy, zawsze właściwie spoglądał gdzieś na boki, ni to szukając wsparcia w innym rozmówcy, ni to – zdawało by się – wyrażając niepojętą chęć czmychnięcia stąd czym prędzej, gdzie pieprz rośnie. Nie dodawało mu to, bynajmniej, majestatu ani też powagi, jakiej oczekiwać zgoła należało od następcy tronu i seniora tak znamienitego rodu. Jego oczy, wyraziste i granatowe, zdawały się spoglądać niepewnie, z trudnym do pojęcia lękiem i obawą. Krzaczaste brwi nad oczami dodawały jeszcze tym płochliwym oczom wyrazistości i świadczyć miały o silnej woli księcia, co nie zawsze było zgodne z prawdą. Z pewnością wpływ na takie zachowanie dziedzica piastowskiego tronu miała obecna, bardzo dlań trudna sytuacja w jego państwie, niespodziewana śmierć ukochanej matki i rządy niechętnej mu macochy, która na każdym kroku czyniła starania, aby umniejszyć pozycję pierworodnego syna swego męża, Bolesława Krzywoustego i zastąpić go swoimi potomkami, których rodziła mu jednego po drugim.

Jedną z najwierniejszych dworek przybyłej do Polski księżnej Agnieszki była nieco młodsza od niej, zaledwie dziesięcioletnia wówczas, jasnowłosa Adelajda z Salzburga. Towarzyszyła swojej pani podczas jej podróży z Austrii do Polski, w czasie przejazdu przez ten dziwaczny, lecz – jakże piękny kraj, była przy powitaniu Agnieszki przez księcia Bolesława Krzywoustego i jego żonę, od początku wyraźnie niechętną młodej następczyni tronu księżną Salomeę, wreszcie – sama osobiście podawała Agnieszce suknię ślubną z białego jedwabiu tuż przed zawarciem związku małżeńskiego z Władysławem i niosła jej welon ślubny.

Niezwykła uroda młodziutkiej Adelajdy nie mogła pozostać długo niezauważona przez licznie zgromadzonych na piastowskim dworze synów polskich możnowładców. Kilku z nich zaczęło też zaraz smolić cholewki do nieśmiałej dworki. Jednym z nich był przystojny młodzieniec, jej rówieśnik, syn miecznika książęcego, Sławomira, Bronisz Miecznikowski, którego zacny ród od pokoleń zawiadywał zamkową zbrojownią i nosił miecz przed panującym w kraju Piastem.

Do pierwszego spotkania Bronisia i Adelci doszło przypadkiem, podczas wjazdu orszaku księżnej Agnieszki na rynek książęcy w Płocku. Przyszły miecznik książęcy stał obok swego ojca, tuż przy boku księcia Bolesława, gdy ten przyjmował z honorami austriackich gości. Widok tej urodziwej panny zaskoczył i onieśmielił skromnego chłopaka. Ciągle patrzył tylko na cudnej urody dworkę, zatem i ona zwróciła na niego uwagę. Adelajda wyglądała przepięknie w swej długiej sukni z zielonego aksamitu, z haftowaną złotą taśmą przy dekolcie oraz rozszerzających się rękawach, z jasnożółtą suknią spodnią, widoczną nieznacznie u dołu; z białą chustą na głowie i bujnymi, jasnobrązowymi, gdzieniegdzie znowuż złotymi lokami, spiętymi silnie na głowie, wymykającymi się niesfornie tu i ówdzie spod chusteczki. Synowi miecznika też niczego nie brakowało – stał oto przy księciu i swym ojcu, książęcym mieczniku, piękny młodzian, w tunice rycerskiej z oliwkowego aksamitu, zdobionej złotą taśmą przy dekolcie i z rękawami ze sznurowanymi mankietami, spod której wyglądała nieznacznie stójka białej koszuli. Jakby wręcz umówili się obydwoje, tak piękną parę stanowili – i z urody, i ze stroju!

Po oficjalnych powitaniach Krzywousty wydał wielką i wspaniałą ucztę na cześć przybyłej księżniczki oraz jej planowanego zamążpójścia z jego pierworodnym synem. A uczty średniowieczne na dworach książęcych należały w owych czasach do najwspanialszych w dziejach! Goście austriaccy byli zachwyceni przepychem, jaki ujrzeli na uginających się od potraw stołów! A książę Krzywousty na niczym oszczędzać nie pozwolił, każąc podawać wszystko to, co najlepszego mogli przygotować wówczas jego nadworni kucharze dla tak znamienitych gości.

W wiekach średnich ludzie jadali zazwyczaj po dwa posiłki główne w ciągu każdego dnia: południowy – bardzo obfity obiad oraz wieczorną, dużo skromniejszą kolację. Kościół wyraźnie przestrzegał przed groźnym grzechem obżarstwa, traktowanego wówczas zgoła jako postępowanie wielce niemoralne, podobnie jak też przed przesadnym używaniem życia przy suto zastawionych stołach czy pijaństwem i lubieżnością podczas wszelakich wymyślnych biesiad, szczególnie nocnych. Fakt faktem jednak, iż na dworach władców nie przejmowano się zbytnio tymi zakazami, a i duchowni, głosząc podczas nabożeństw owe zakazy, sami niejednokrotnie chętnie brali udział w całonocnych biesiadach.

Powszechne praktykowanie narzucanych postów w epoce Średniowiecza stało się wręcz nakazem, lecz dotyczyło głównie warstw uboższych, zatem wielu ludzi biednych i tak nie jadało niczego przez całe tygodnie, pomimo wykonywania bardzo ciężkich nieraz prac fizycznych. A tych w średniowieczu nie brakowało, nawet biorąc pod uwagę same tylko kobiety, zwłaszcza te, mieszkające na wsi. Zajmowanie się obejściem, rodziną, przygotowywanie potraw, pielęgnowanie starców, kalekich oraz dzieci, doglądanie, wypasanie i karmienie hodowanych zwierząt, uprawa roślin przydomowych, prace w polu, szycie, haftowanie, sprzątanie, opierunek... – tak, bez wątpienia średniowieczne niewiasty miały się czym zajmować!

Oprócz dwóch wspomnianych posiłków głównych, w wiekach średnich bardzo rzadko zjadano jeszcze jakiekolwiek przekąski w ciągu całego dnia. Z czasem w średniowiecznych miastach bądź na targowiskach i jarmarkach wiejskich można było zakupić takie właśnie przekąski; były to przeważnie gorące placki kukurydziane lub pszenne, przygotowywane w specjalnych piecach, umieszczonych na kółkach. Stanowiły one jedne z nielicznych form przekąsek, na które wówczas łaskawie zezwalano.

Potrawy średniowieczne gotowano w prostych naczyniach wielokrotnego użytku, jedzono zatem zazwyczaj dania jednogarnkowe: zupy lub gulasze mięsne, solidnie okraszone słoniną i innymi tłuszczami. Obok garnków, w kuchniach stosowano patelnie, czajniki, kotły, rożna, chochle, noże, łyżki oraz tarki, za pomocą których przygotowywano najrozmaitsze potrawy. W bogatych domach dodatkowym wyposażeniem każdej kuchni obowiązkowo były moździerze z tłuczkami oraz sitka do przesiewania, aby przyrządzane potrawy miały bardziej gładką konsystencję. Takich dań na dworach książęcych oczywiście nigdy zbraknąć nie mogło.

W domach mieszkalnych palenisko było zawsze otwarte i znajdowało się na samym środku głównej izby, co rzecz jasna sprzyjało częstym pożarom i błyskawicznemu spalaniu całego domostwa. Stopniowo ten układ zmienił się nieco, paleniska przesunięto pod jedną ze ścian, z czasem oddzielono je całkowicie od reszty pomieszczeń, otaczając jadalnią ze stołem i miejscami siedzącymi i w ten sposób stopniowo wyodrębniła się średniowieczna kuchnia. Palono nade wszystko drzewem, którego spore pokłady musiały zawsze być zgromadzone przy budynku mieszkalnym. Profesja kucharza z czasem nabrała całkiem nowego charakteru. Nic też dziwnego, iż w książęcych bądź możnowładczych domach w kuchni pracowało nawet po kilkaset osób.

Popularne stały się w Średniowieczu gorące dania z ryb wędzonych, pieczonych lub smażonych, spożywanych głównie na wybrzeżach, jak również na terenach, znajdujących się nad rzekami, potokami czy jeziorami, w których ryby te występowały. Wołowinę z kolei przeważnie gotowano, natomiast wieprzowinę – pieczono na ruszcie. Wielokrotnie zdarzało się, iż podawane potrawy pochodziły z ubitego zwierza, z którego skórę najpierw ściągano, następnie mięsiwo przerabiano, krojono, mielono, przyprawiano i marynowano, po czym na powrót wkładano do tych samych pozostałości skórnych, bądź też obciągano w skóry innych zabitych zwierząt i dopiero w takiej postaci stawiano gościom na stołach.

Zwierzęta hodowane, jak na przykład świnie, trzymano w prywatnych obejściach, ale bywało, iż wielokrotnie chodziły swobodnie po całych wsiach i były karmione czymkolwiek, nawet odpadkami kuchennymi. Sporym uznaniem cieszyła się spożywana dziczyzna, lecz należała ona w tamtych latach do najdroższych towarów i jadali ją tylko najbogatsi. Dodatkowo hodowane owce dostarczały jeszcze wełny do wyrobu odzieży, zaś hodowany drób: kury, gęsi czy kaczki stanowiły również cenne źródło pierza do wyrobu poduszek, kołder i pierzyn. Jadano także inne ptaki: gołębie, łabędzie, pawie, przepiórki, kuropatwy, bociany, żurawie, skowronki. Mięsiwa były kilkakrotnie, a nawet – jak ryby – kilkanaście razy droższe niż produkty zbożowe czy mleczne i w średniowieczu spożywano ich stosunkowo niewiele, zwłaszcza w ubogich domostwach.

Świeże produkty spożywcze suszono na słońcu i wietrze, w piecach, piwnicach, na strychach, wędzono je, solono, fermentowano, kiszono, utrwalano specjalnymi, słodzonymi miodami, zalewami bądź alkoholami.

We wczesnym średniowieczu uprawa zbóż była bardzo trudna z powodu braku dostatecznej ilości dogodnych pól i stąd jedzono zazwyczaj proste, skromne posiłki, złożone z kaszy czy owsa. Bardzo rzadko spożywano pieczone chleby, które początkowo – jako stosunkowo drogie i szczególnie trwałe produkty – podawano zazwyczaj jedynie bogatym dostojnikom oraz rycerzom wyruszającym na wyprawy wojenne. W miarę spopularyzowania spożycia tego wyrobu, coraz większego znaczenia nabrali zajmujący się przygotowywaniem wypieków piekarze. Wyrabiano przeważnie chleby okrągłe, wielkie, wystarczające do jednorazowego wykarmienia całej rodziny. W Europie uprawiano na polach: żyto, jęczmień, grykę, proso i owies. Najbogatsi mieszkańcy grodów jedli wyroby zbożowe, wytwarzane z jasnej mąki, najbiedniejsi wieśniacy – ciemne, gruboziarniste, z dodatkiem otrąb. Biedota zazwyczaj spożywała jako swe całodniowe posiłki placki lub tańsze chleby, maczane w wodzie czy – rzadziej – bulionie i stąd nazwa tej niezwykle popularnej w wiekach średnich, postnej potrawy: „wodzianka” albo też „maczanka”.

Wśród warzyw największym uznaniem cieszyły się: kapusta, buraki, marchew, czosnek, cebula, ciecierzyca, bób i groch, które codziennie spożywano w najbiedniejszych domach w bardzo dużych ilościach. Podobnie jak i owoce, warzywa przyrządzano na wiele sposobów: suszono, gotowano, pieczono, smażono, i – oczywiście – spożywano na surowo. Coraz popularniejsze stawały się warzywne lub owocowe konfitury.

Wielokrotnie wyrabiano również potrawy, które stanowiły swoistą mieszankę kilku wcześniej znanych, na ten przykład do owsianek dodawano w średniowieczu owoce lub miody, do mięs czy ryb – owoce, warzywa, jajka, sery czy nawet placki zbożowe.

Hodowano krowy, owce i kozy, z których mleka wyrabiano najprzeróżniejsze potrawy: maślanki, serwatki, sery, masła, śmietany. Świeże mleko w tamtych czasach ulegało dość szybko zepsuciu, dlatego było rzadko spożywane, zwłaszcza przez dorosłych mieszkańców wsi. Za to jego przetwory stały się w średnich wiekach niezwykle popularne.

Pito głównie wodę, przetwory mleczne, jak serwatkę, kumys czy maślankę, preferowano natomiast zdecydowanie napoje alkoholowe: wina, piwa, sfermentowane przetwory owocowe. Piwa często wyrabiano z uprawianych zbóż: pszenicy, owsa oraz jęczmienia. Popularne były również soki i pitne miody, a także ziołowe napary. Do napojów często dodawano cenne przyprawy, tworząc w ten sposób na przykład alkoholowe grzańce czy miody. Popularne stały się zatem produkujące te trunki browary oraz gorzelnie, których dochody błyskawicznie wzrastały.

W wiekach średnich kobiety same wyrabiały masło w domach mieszkalnych. Dzięki wypasaniu krów, owiec lub kóz na pastwiskach bogatych w wartościową, świeżą trawę oraz dzięki ich dodatkowemu karmieniu w obejściach zdrowymi resztkami ze stołów, mleko miało doskonałą jakość, było smaczne, gęste i bardzo tłuste. Zlane do wiader, pozostawało przez czas jakiś w piwnicy, po czym specjalną warzechą gospodyni zbierała z niego dość twardą warstwę wierzchnią – śmietanę, następnie przekładała ją do drewnianej maśniczki, zatykała okrągłym deklem i ubijakiem dokonywała bardzo pracochłonnego zagęszczania śmietany poprzez ciągłe mocne, wielogodzinne bicie w górę i w dół. Gotowe, gęste masło wyjmowano z maśniczki, wkładano do misy z lodowatą wodą i wypłukiwano tak długo, aż było całkiem czyste. Masło przekładano potem do glinianego garnka i trzymano w chłodzie, zaś znakomitą maślankę z maśniczki podawano domownikom do popijania podczas obiadu. Pozostałe mleko można było odstawić na przykład do skwaszenia i przygotowania wybornych serów.

Coraz częściej wyrabianiem znanych i niezwykle cenionych w wiekach średnich produktów spożywczych zajmowali się mnisi. Pojawiły się więc ich lecznicze syropy, wina, maści, ziołowe preparaty. W średniowiecznych klasztornych ogrodach znaleźć można było: mirt, rutę, kminek, miętę, szałwię, wrotycz, gorczycę, wawrzyn, koper i koperek, kolendrę, czarnuszkę, anyż, pietruszkę, oregano, jałowiec, tymianek, majeranek, czosnek. Dodawane do dań czy napojów, urozmaicały ich smak. Dodatkowo wyrabiano tu też olejki do ciała czy wody pachnące, na przykład różaną – swoisty rodzaj naturalnych, średniowiecznych perfum.

Przyprawy, jakie stosowano do rozmaitych potraw, były różnorodne, lecz nieraz bardzo drogie z uwagi na ich kosztowne sprowadzanie z odległych krajów czy nawet kontynentów. Znano wówczas już i powszechnie stosowano: pieprz, imbir, cynamon, goździki, cukier, sól, szafran, gałkę muszkatołową, kardamon. Ich użycie istotnie dodawało potrawom niezwykłego smaku bądź aromatu, lecz na taki zbytek mogli pozwolić sobie tylko nieliczni, gdyż zakupienie owych luksusowych specjałów zazwyczaj było niewspółmierne do ceny świeżych produktów. Często zatem do zakonserwowania żywności stosowano mieszanki niewielkich ilości drogich przypraw i większych porcji miejscowych, tańszych ziół. Dla poprawy smaku potraw stosowano także wina, kwaśne, słodkie lub cierpkie soki oraz ocet czy też musztardy.

Desery średniowieczne były słodkie dzięki dodawaniu do nich miodu pochodzącego z hodowli bądź pozyskiwanego od dzikich pszczół, albo też cukru lub słodkich owoców. Mogły to być różnego rodzaju placki, jajka, pasty owocowe, ciasta z owocami czy z dołączonym innym, słodkim nadzieniem, wreszcie – otaczane w miodzie lub cukrze orzechy. Prawdziwym rarytasem stały się przywiezione przez Arabów do Europy techniki wyrabiania lodów, sorbetów, nugatowych cukierków, czy też marcepanów. Kontakty z przedstawicielami innych kultur europejskich oraz licznie odbywane podróże średniowieczne pozwoliły na poznawanie wciąż nowych sposobów wyrobu doskonałych potraw oraz na dodawanie do nich składników przedtem nieznanych.

Podczas zatem owej przebogatej, wystawnej uczty powitalnej na cześć przybyłej do Płocka margrabianki Agnieszki Babenberg i jej austriackiego dworu, młody syn miecznika książęcego, Bronisz, pierwszy raz osobiście pokłonił się usługującej swojej pani, uroczej dziewczynie o jakże wdzięcznym imieniu Adelajda. I ona rzecz jasna zauważyła jego wyraziste spojrzenie i płomienne oczy, patrzące tylko na nią podczas powitania. Młodzian był wysokim, potężnym i wyjątkowo barczystym jak na swe lata chłopakiem, a zachwycały szczególnie jego wyjątkowo dobre oczy i wielka bujna czupryna opadająca z jednej strony na czoło. Pierwsza rozmowa dwojga młodych z początku była cicha, nieśmiała i przerywana, jednakże z czasem oboje zaczęli wspólnie coraz śmielej dyskutować o wyjątkowych zdarzeniach, jakie miały miejsce w tych czasach, a które wielce ich zaabsorbowały, a mianowicie – o odbytej niedawno przez europejskie rycerstwo krucjacie do Ziemi Świętej i sukcesie rycerstwa starego kontynentu nad Seldżukami w bitwie pod Azaz.

ROZDZIAŁ II „POD ZNAKIEM KRZYŻA”

Tematyka słynnych krucjat nie bez powodu absorbowała w tych czasach wszystkich światlejszych obywateli. Dziadek księżnej Agnieszki Babenberg ze strony jej ojca, margrabia austriacki Leopold Drugi Piękny, zmarł w październiku pamiętnego Roku Pańskiego 1095, zaś zaledwie miesiąc później w Clermont odbył się słynny synod po przewodnictwem papieża, Urbana Drugiego, na którym uroczyście ogłoszono rozpoczęcie wielkiej wyprawy rycerstwa europejskiego do Ziemi Świętej w celu jej wyzwolenia z rąk niewiernych. Zapoczątkowała ona szereg kolejnych kampanii, organizowanych w ciągu następnych stuleci. Od symbolu, umieszczonego na płaszczach uczestników, a nawiązującego do Drzewa Krzyża Świętego, nazywano je „wyprawami krzyżowymi” lub krócej – „krucjatami” od łacińskiego słowa, oznaczającego ten właśnie symbol wszystkich chrześcijan. Nadmienić tu należy, iż w średnich wiekach przywiązywano olbrzymią, niezwykłą wręcz wagę do religii oraz wiary chrześcijańskiej, która dominowała w każdej właściwie dziedzinie życia ówczesnych ludzi, a panujący i wszechobecny teocentryzm nasilał ascezę oraz bogobojność mieszkańców Europy. Nic też dziwnego, iż wiadomość o zajęciu przez Turków Seldżuckich w 1072 roku Jerozolimy i wywiezieniu z niej świętych relikwii chrześcijańskich do Persji wywołała na dworach starego kontynentu powszechne oburzenie i trwogę. Wszędzie krążyły mroczne opowieści o tym, iż muzułmanie, prowadząc swą świętą wojnę przeciw chrześcijanom, świadomie i celowo znieważali ośrodki kultu chrześcijańskiego, bestialsko plądrowali i burzyli świątynie, plugawili cześć Boga, przeprowadzali rzezie niewinnych, bezbronnych wiernych, zamieszkujących tamtejsze tereny.

Fakt faktem jednakże, iż nadarzającą się sposobność do zorganizowania walecznych wypraw skwapliwie wykorzystali również zbuntowani awanturnicy i żądni krwawej wojny rycerze europejscy, często – popadający w swoich państwach w olbrzymie długi i szukający teraz ucieczki przed swymi surowymi wierzycielami. Apel papieża trafił też na podatny grunt wielu ambitnych, rywalizujących ze sobą władców europejskich, mających zamiar za wszelką cenę udowodnić teraz swą przewagę na kontynencie, swój wyjątkowy kunszt i umiejętności wojskowe, szczególnie podczas swoistego wyścigu kilku, oddzielnie maszerujących, orszaków zbrojnych krzyżowców. Walka w imię Boże była najdoskonalszym pretekstem, aby pokonać wrogów politycznych, pohańbić ich, udowodnić swoją wyższość nad nimi i powrócić w chwale zwycięzcy do ojczyzny.

Krucjaty zostały również wymierzone przeciw nowemu zagrożeniu, jakie pojawiło się w Europie i niezwykle niepokoiło Kościół. Byli nim katarzy. Ruch ten narodził się w południowej Francji i północnych Włoszech. Odrzucał on obecne stosunki feudalne, składanie przysiąg wiernopoddańczych seniorom przez ich wasali, czy nawet – posiadanie jakichkolwiek poddanych, jak również ganił służbę wojskową, związki małżeńskie, oddawanie czci krzyżowi i ideę czyśćca, głosił życie w ubóstwie, wegetarianizm oraz wstrzemięźliwość od wszelkich uciech cielesnych. Katarzy odrzucali wszystko, co było związane z otaczającym ludzi światem, gdyż głosili, iż jest on diabelskim dziełem i powstał jako materialny twór złego ducha – boga, anioła lub diabła i znajduje się w ciągłej sprzeczności z idealnym światem duchowym – dziełem Dobrego Boga. Papiestwo uznało te poglądy za absolutne herezje, czyli jawne i wyraźne odstępstwa od wiary chrześcijańskiej. Pomimo licznych aresztowań, błyskawicznych procesów z wyrokami śmierci oraz masowego palenia na stosie wyznawców kataryzmu, ruch ten błyskawicznie się rozprzestrzeniał, zdobywając olbrzymie rzesze kolejnych wyznawców, co poważnie niepokoiło zarówno władców świeckich, jak i duchowieństwo.

Nie bez znaczenia były u podstaw słynnych krzyżowych wypraw także powody natury czysto ekonomicznej: Włochy, rozbite wówczas na szereg maleńkich państewek, dzięki rozwojowi handlu mogły błyskawicznie się wzbogacić, a nowe szlaki, prące śmiało na nieznany jeszcze wtedy dobrze, tajemniczy Wschód, mogły im w tym skutecznie pomóc, zaś bezrobotni, zubożali rycerze i bezrolni chłopi europejscy szukali nowych źródeł dochodu oraz dalszych ziem na osiedlenie się i założenie kolejnych grodów. Ziemia Święta wydawała się być dla nich rajem upragnionym i z dawna poszukiwanym. Sam zresztą papież Urban Drugi, jako polityk przewidujący i dalekowzroczny, ogłaszając na synodzie ideę świętych krucjat, pragnął tym krokiem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – wyzwolić Ziemię Świętą spod władzy muzułmanów, jak również po raz kolejny podkreślić swą przewagę nad ówczesnym Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego i jego władcą, sędziwym Henrykiem Czwartym Salickim, dziadem księżnej Agnieszki ze strony jej matki.

Albowiem należy tu nadmienić, że ówczesna Europa powoli goiła swe głębokie, jeszcze długo nie zabliźnione rany i z trudem podnosiła się z wyczerpującej obie strony, wielkiej i krwawej, niezwykle dramatycznej oraz tragicznej walce cesarstwa z papiestwem o prymat i panowanie na całym kontynencie.

Zarówno władza świecka, jak i kościelna dążyły w tych zmaganiach do umocnienia swoich wpływów w Europie średniowiecznej kosztem strony drugiej, starając się przy tym zachować pozory poszanowania świętości i prawa, co wcale nie było łatwą rzeczą. Przeżywająca we wczesnym Średniowieczu głęboki kryzys struktura kościelna, borykała się z poważnymi problemami natury moralnej, co skwapliwie wykorzystywali ambitni cesarze, starając się podporządkować sobie całkowicie papiestwo i obsadę swych popleczników na tronie Stolicy Apostolskiej. Duchowieństwo, nie zważając na opinię zgorszonych i zszokowanych wiernych, coraz częściej łamało świętą zasadę celibatu i powszechny stał się nikolaizm. Głęboko zakorzeniona w średniowiecznej świadomości wiernych wstrzemięźliwość, surowość obyczajów oraz asceza kłóciły się wyraźnie z takim postępowaniem samych księży. Powszechne oburzenie ludności budziła także masowa symonia, polegająca na kupczeniu kościelnymi stanowiskami do tego stopnia, że często urzędy duchowne sprawowali ludzie całkowicie do tego nieprzygotowani.

Musiało to wcześniej czy później doprowadzić do nieuchronnego konfliktu z przedstawicielem Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Zwłaszcza, kiedy wielkiego dzieła reformy Kościoła podjął się ambitny Benedyktyn i wychowanek słynnego opactwa w Cluny, Hildebrand. Dość długo przypatrywał się on bezbożnemu działaniu cesarzy, takiemu, jak chociażby wydarzenia, jakie zaszły podczas wygnania z Rzymu samego papieża Grzegorza Szóstego, którego był on osobistym sekretarzem i któremu towarzyszył przez cały czas na hańbiącym wygnaniu, ale i przy podejmowanych próbach zreformowania organizacji kościelnej przez kolejne głowy Rzymskiego Państwa. Oburzony samowolą świeckich monarchów, poprzysiągł za wszelką cenę ukrócić ich – jak mawiał – „szatańskie działania”. Z tego też powodu w 1073 roku, kiedy sam lud rzymski wybrał go papieżem, co kardynałowie jedynie skwapliwie zatwierdzili, zakonnik Hildebrand, przyjąwszy imię swego wielkiego, wygnanego poprzednika, już jako Grzegorz Siódmy nie poinformował – jak to czynili inni papieże – dworu cesarskiego o tym wyborze ani też nie zwrócił się doń z prośbą o jego zatwierdzenie, podkreślając tym samym swoje dążenie do całkowitego uniezależnienia się od władzy świeckiej. Zasady swego uniwersalizmu papieskiego zawarł w słynnym edykcie „Dictatus Papae”. Trafił jednak na wyjątkowo trudnego w negocjacjach, agresywnego, wybuchowego, żądnego sławy i rozgłosu władcę, jakim był Henryk Czwarty, dziad przyszłej władczyni Polski, naszej bohaterki, margrabianki austriackiej Agnieszki.

Już na początku pontyfikatu Grzegorza Siódmego taka polityka doprowadziła do poważnego zaognienia sporu o inwestyturę i zaledwie w dwa lata po jego obiorze, podczas odprawianej uroczystej Pasterki, uzbrojeni żołnierze, sprzyjający opozycji antypapieskiej i królowi niemieckiemu, Henrykowi Salickiemu, wtargnęli niespodziewanie do kościoła, porwali zaskoczonego papieża, wywlekając go siłą za włosy na oczach zdumionego i zatrwożonego tłumu, po czym wtrącili go do więziennej wieży, gdzie był poddawany licznym, bestialskim torturom, mającym na celu jego zastraszenie i ustępstwo. Po ochłonięciu i pierwszym, szokującym wrażeniu Rzymianie, wierni wybranemu papieżowi, zebrali jednak broń i szturmem zdobyli wiezienie papieskie, odbili skatowanego Grzegorza i po krótkim leczeniu skłonili go do dokończenia przerwanej Mszy świętej.

Wkrótce spór zaognił się jednak na nowo. Kiedy Henryk Salicki, wbrew papieżowi, sam mianował duchownych w swym państwie, Ojciec Święty zagroził mu klątwą, lecz poddani w Rzeszy Niemieckiej nieoczekiwanie poparli swego władcę wbrew Rzymowi i ten, pewien swojej przewagi, odmówił ukorzenia się, a nawet zażądał ustąpienia papieża. W odpowiedzi na to reformator Kościoła na synodzie rzymskim w 1076 roku obłożył króla niemieckiego zapowiadaną klątwą, co wywołało nową falę rozruchów w Rzeszy i głowę podniosła znowu ukrywająca się dotąd opozycja, dążąca do ukrócenia władzy samowładnego salickiego monarchy, grożąc mu obecnie detronizacją.

Opuszczony