Baśnie skryte w księżycowym blasku - Karolina Ciernicka - ebook

Baśnie skryte w księżycowym blasku ebook

Karolina Ciernicka

5,0

Opis

„Księżyc swe ostatnie baśnie wydumał
i opowiedział najpiękniej, jak umiał;
wszystkie w jego srebrnym blasku spowite -
- mocą tajemnicy szczelnie okryte...”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 58

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Karolina Ciernicka

Baśnie skryte w księżycowym blasku

© Copyright by

Karolina Ciernicka & e-bookowo

Grafika na okładce: shutterstock

Projekt okładki:

e-bookowo

 

ISBN 978-83-7859-691-2

 

 

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2016

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Rozdział pierwszy „Orba”

Za wieloma tysiącami gór, jezior i wodospadów, w samym środku malowniczej wyspy, leżącej na rozległym oceanie, wznosił się pośród wysokich, skalistych gór potężny wulkan, a w jego wnętrzu od tysiącleci istniało wielkie królestwo. Mieszkańcy tego przedziwnego państwa mieli proste, długie włosy koloru ceglastego oraz czerwoną cerę i prawie przezroczyste, zielone oczy o przenikliwym, chłodnym spojrzeniu.

Szeroką wyspę zamieszkiwało tylko jedno plemię ciemnoskórych i ciemnookich tubylców, lecz ich wioska znajdowała się z dala od góry wulkanicznej, nad samym brzegiem oceanu, tuż przy wysokim lesie i ani oni nie mieli pojęcia o istniejącym wewnątrz wulkanu królestwie, ani też wulkaniczni poddani nie wiedzieli nic o swych murzyńskich sąsiadach.

Od czasu do czasu wioskę nawiedzały straszliwe kataklizmy, jak tornada, powodzie, tsunami, gigantyczne ulewy lub ataki spłoszonych owymi zawirowaniami klimatycznymi, dzikich zwierząt. Jeden taki niebezpieczny żywioł nawiedził wyspę dwadzieścia lat temu i na jego skutek spłoszone zwierzęta z wnętrza dzikiej krainy całymi stadami niespodziewanie wtargnęły na tereny zamieszkałe, tratując wiele domów i przynosząc śmierć mieszkającym tam ludziom. Atak przerażonych słoni przyniósł wówczas tragedię małej, zaledwie dwuletniej dziewczynce o imieniu, którego potem nikt już nie pamiętał – jej rodzice zostali wówczas zmiażdżeni przez pędzące stado, a jej samej udało się cudem uniknąć tego straszliwego losu, ponieważ akurat w tym czasie znajdowała się w sąsiednim domu swojej cioci, która natychmiast po owym nieszczęściu pobiegła na ratunek siostrze oraz szwagrowi i także tam zginęła. Małą Orbą (bo tak odtąd nazywano osieroconą dziewczynkę z powodu utraty przez nią obojga rodziców, nowe imię bowiem oznaczało „sierotę”) zaopiekowali się z pozornej litości obcy ludzie, traktujący ją jednakże jak najgorzej – pozwalając spać jedynie ze zwierzętami gospodarskimi, dając czasem do zjedzenia resztki ze swoich stołów, zaś częściej – podgniłe owoce i warzywa, rzucane jej współmieszkańcom, czyli świniom, małym kucykom oraz lamom.

Orba była uważana za dziecko niechciane i porzucone przez złowrogi dla jej rodziny los i sama też miała takie mniemanie o sobie, stąd też żywiła ciągle gorzkie oraz – jakże bolesne poczucie krzywdy, wpajane jej wciąż przez bezdusznych opiekunów, czuła wielki żal i często w samotności gorzko płakała. Uciekając w każdym wolnym momencie przed złymi spojrzeniami i zajadłymi słowami okrutnych mieszkańców wioski, zapuszczała się coraz dalej i dalej od rozległego tropikalnego lasu, oddzielającego jej dom od reszty wyspy. Przebywała wówczas zazwyczaj na brzegu malowniczego jeziora, odkrytego niedawno, patrząc z zazdrością na jego wiecznie spokojną, niezmąconą niczym toń. Dziwił ją fakt, że pomimo ciągłych wichur, nawiedzających nieustannie wybrzeże jej rodzinnego lądu, w głębi oceanicznej wyspy nadal panowała cisza i spokój. Dlatego tylko tutaj mogła oddać się błogim marzeniom oraz niejasnym wspomnieniom swoich ukochanych rodziców.

Podczas takich wielogodzinnych dumań przeglądała się często w tafli jeziora, spoglądając ze smutkiem w swoje wielkie, czarne oczy, oglądając długie, silnie poskręcane, hebanowe loki i piękną, ciemną karnację. Murzynka czuła podświadomie, że jej obecni opiekunowie najchętniej pozbyliby się jej przy pierwszej nadarzającej się okazji, ponieważ nie miała już żadnych krewnych, a ostatnia z nich, jej ciotka, wskutek odniesionych podczas ataku spłoszonych zwierząt ran zmarła, zaś dane jej przez sąsiadów słowo o sprawowaniu opieki nad sierotą w zamian za kosztowne kamienie, przekazane na łożu śmierci jako zadośćuczynienie, dawno przestało mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie. Ciągle powtarzali tylko, jak to bardzo zabiegają oraz troszczą się o nią, każdemu mieszkańcowi wioski skarżyli się na jej lenistwo i nieudacznictwo, opowiadali z wyrzutem, jaką to niewdzięczną jej ona dziewczyną, jedząc i śpiąc u nich (rzadko – rzecz jasna – wspominając, czym karmią i gdzie pozwalają położyć się na noc...) całkowicie za nic, ponieważ o drogocennych kamieniach z jaskini, gdzie odkrył je przed wieloma laty mąż ukochanej cioci, również nikomu nie zamierzali mówić.

Orba nie mogła sprostać wymaganiom swych murzyńskich opiekunów, u których obecnie mieszkała: ani jej starania o czystość i porządek w ich domu, ani codzienne przyrządzanie posiłków dla ich licznej rodziny, ani też dbałość o zwierzęta gospodarskie, z którymi kazano jej mieszkać, czy – tym bardziej – żmudne uprawianie pól – nie spotykały się z ich pochwałami, a wręcz przeciwnie – wciąż były jedynie krytykowane i wyszydzane. Nic zatem dziwnego, że dziewczynka od najmłodszych lat żyła w przeświadczeniu, iż nie tylko nad jej rodziną ciąży klątwa niełaskawego dlań losu, ale na dodatek jeszcze ona sama jest niedojdą, pokraką, brzydulą, niewdzięczną, głupią i niezręczną osobą, całkowicie niczego nie umiejącą wykonać poprawnie i zadowalająco. Tylko dzięki staraniom i otrzymaniu przed laty od ukochanej cioci kilku starych, mocno już zniszczonych książek, skrywanych skrzętnie w schowku pod legowiskiem tuż przy stajni, samodzielnie nauczyła się czytać oraz pisać, ponieważ nowi opiekunowie oczywiście nie pozwolili jej na uczęszczanie do miejscowej szkółki i pobieranie tam nauki.

To właśnie z kilku zachowanych kart owych kolorowych, niczym magiczne zwoje, książek, Orba dowiedziała się, jak naprawdę brzmiało jej imię, nadane jej przez rodziców tuż po urodzeniu. Nawiązywało ono do jednej z bohaterek owych fantastycznych opowieści i związane było z tak bardzo nietypowym w murzyńskiej wiosce, rudawo-czerwonym kolorem włosów – Ignia. Ognistowłosa pani, patrząca zielonymi oczyma z kart starej księgi, stała się odtąd dla małej Orby wzorem doskonałości i niedoścignionego piękna. Uciekając przed złymi ludźmi, w skrytości czytywała potargane i pożółkłe przez czas karty książek, chowanych potajemnie i wyjmowanych tylko przed swoimi samotnymi wyprawami nad ukochane jezioro, które starała się podejmować coraz częściej. Jedynie tam czuła się naprawdę bezpieczna, ufna, szczęśliwa, odizolowana od reszty wyspy, nareszcie sama.

Jednakże pewnego