Baśnie Pana Księżyca - Karolina Ciernicka - ebook

Baśnie Pana Księżyca ebook

Karolina Ciernicka

2,0

Opis

Tak łaskawy Pan Księżyc nową baśni garść
wraz ze swoim blaskiem dziś nam przesyła:
gdzie Srebrny Promyczek i Tufaj Chempigwaz,
z Długich Cech zbiorem, liczonym w centylach...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 102

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0



Karolina Ciernicka

Baśnie Pana Księżyca

© Copyright by

Karolina Ciernicka & e-bookowo

Grafika na okładce: shutterstock

Projekt okładki:

e-bookowo

 

ISBN 978-83-7859-635-6

 

 

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

 

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Baśń o Srebrnym Promyczku

Za Wielkim Oceanem, Ośmioma Wzgórzami i Pięcioma Rzekami, bardzo daleko stąd, w Lesie, zwanym potocznie „Ogromnym” pewnego dnia wydarzyło się coś całkiem niesamowitego. Oto bowiem pośrodku Skąpanej w Słońcu Polanki pojawił się ledwie widoczny Srebrny Promyczek. Był tak maleńki i tak bardzo delikatny, że początkowo nikt nie zwrócił na niego żadnej uwagi: Zające spokojnie dalej skubały świeżą trawkę, kicając wesoło we wszystkie strony całymi rodzinami, Jeżyk zbierał przepyszne leśne owoce: Jagody, Poziomki oraz Jeżyny i zjadał je w pośpiechu, aby ktoś go czasem nie uprzedził, Pająki cierpliwie tkały swoje misterne sieci, natomiast Biedronki i Pszczoły fruwały od kwiatka do kwiatka, siadając co jakiś czas na którymś z nich.

– Dzień dobry – powiedział cichutko gość, a widząc, że zwierzątka nadal są niezwykle zajęte własnymi sprawami, powtórzył powitanie nieco głośniej. Miał przepiękne, lśniące ubranko, takie same rączki i twarzyczkę oraz srebrne włosy, lekko falujące i spadające na czoło oraz malutkie uszka.

Pierwsza małego przybysza dostrzegła Niebieska Ważka.

– Ojej, a kto to taki? – spojrzała uważnie na maleńkie stworzenie i podleciała do niego bliżej.

– Kto to jest, kto to? – dały się zewsząd słyszeć głosy zaciekawionych mieszkańców Ogromnego Lasu, którzy czym prędzej stłoczyli się dookoła nieznanego gościa.

– To chyba jakiś owad! – powiedziała z miną rzeczoznawcy Szara Ropucha.

– Eee... co też pani?! – wykrzyknęła obruszona Ciekawska Sroka, podchodząc odważnie do małej istotki i dotykając ją delikatnie swoim ostrym dziobem. – Przecież doskonale widać, że to ludzka błyskotka!

– Błyskotka? – zapytała ją gderliwie Dumna Kraska. – W dodatku ludzka?! Skądże tutaj, w głębi lasu, taki przedmiot?

– Wiem, co mówię, bo widziałam takich drobiazgów mnóstwo w domach ludzi, tam, za Uprawnymi Polami! – powtarzała uparcie Sroka, wskazując prawym skrzydłem stronę północną świata. – To błyskotka, którą pewnie ktoś tutaj zgubił!

– Gdyby tak było, wiedzielibyśmy o tym wcześniej, Pani Sroko – stwierdziła karcąco Długa Dżdżownica, powątpiewająco przyglądając się małemu chłopczykowi. – Dzisiejszego dnia nikogo tutaj nie było, a po ostatnich odwiedzinach ludzi cały Ogromny Las dokładnie przeszukali Państwo Lisowie, którzy z pewnością nie przeoczyliby takiego drogocennego skarbu!

– Zależy, co dla kogo jest drogocenne i warte poświęcenia! – powiedział bardzo mądrym tonem Zając Szarak, zbliżając się do chłopca ostrożnie i uważnie przypatrując się mu spod olbrzymich okularów, osadzonych na pokaźnym nosie.

– No wie pan?! – obruszyła się na te zajęcze słowa Żmija Zygzakowata – przecież od tego małego bije blask tak silny, że prawie oślepia! – mówiąc to demonstracyjnie zmrużyła na moment oczy. – To wielki skarb! I każdy musi to przyznać! – dodała dobitnie.

– Bujda! – wykrzyknął zlatując z pobliskiej, niskiej sosenki Bystrooki Jastrząb. – Mały jest leśnym duszkiem i po prostu zgubił się swojej mamie! Ot co!

– Duszkiem?! A czy duszka można tak zwyczajnie pogłaskać?! – zaskrzeczała potwornie Ciekawska Sroka i dziobem znów poczęła międlić ubranko przybysza.

– Racja, święta racja! – poparły ją dwa Pająki Krzyżaki, zwisając zgrabnie na swoich niciach z pochylających się nieznacznie gałązek Jarzębiny. – W dodatku każdemu jest to wiadomym, że duszki nie mówią!

– Phi! Akurat! – pokręciła głową z niedowierzaniem Zięba Płocha.

– A co, może mówią?! – zapytała przekornie Sroka.

– Pewnie, że tak. I to jeszcze ile! Gadają bez żadnego ustanku! – zawołał donośnym głosem wielki Krzew Kaliny, pochylając się nad maleńkim przybyszem i przypatrując się mu z baczną uwagą. – Na mój rozum to nie jest duszek, bo ciągle milczy.

– Takie małe, młode duszki mówią, ale starsze duchy milczą, jak zaklęte i tylko patrzą dookoła siebie, przewracając olbrzymimi oczyskami! – powiedziały tajemniczo Różowe Łubiny, demonstrując zebranym wywracanie oczu.

– A nieprawda, bo ja znam kilka zaprzyjaźnionych ze mną, dorosłych duchów, a one zawsze chętnie opowiadają mi o minionych wiekach i o tym, co działo się wtedy z naszym Ogromnym Lasem, który był dawniej dużo, dużo ogromniejszy, niż teraz... – dodał szeptem z tajemniczą miną dostojny żuk Turkuć Podjadek.

– Co to za brednie w ogóle są! – wykrzyknął niezadowolony z takiego tematu rozmów Dzięcioł Zielony, spoglądając z zaciekawieniem z pobliskiego pnia drzewa na małego przybysza.

– A ja powtarzam, że to lśniące świecidełko, jakich całe mnóstwa wkładają na siebie bez żadnej potrzeby rozrzutni ludzie! – dowodziła z przemądrzałą miną ubarwiona na czarno–biało Sroka.

– Na siebie? – pokręciła głową dorodna Czerwona Gąsienica, obgryzając kawałek Listka Konwalii.

– Wszędzie, wszędzie noszą tego całe miliony! – ciągnęła zachęcona jej zapytaniem Ciekawska mieszkanka lasu – na szyi, dłoniach, ramionach, biodrach, palcach, w uszach, we włosach...

– Co to za dziwaczne stworzenia! – po raz kolejny swoją negatywną opinię o ludziach wygłosiła Ziemista Dżdżownica, wysunięta z maleńkiego otworu w pniaczku.

– W dodatku bardzo hałaśliwe i niekulturalne! – skrzywił się z niesmakiem Listek Konwalii, zanim zniknął ostatecznie w buzi żarłocznej Gąsienicy.

– Lecz przecież ten ktoś jest żywym stworzeniem i sam do nas przed chwilą przemówił! – wygłosił wreszcie niezwykle przytomnie Brązowy Skorek Pospolity i zaraz dodał – może zatem po prostu zapytajmy go, kim jest i z jakiego powodu przybył na naszą polanę.

A przyglądający się dotąd z wesołym wyrazem twarzy całej tej zażartej dyspucie srebrny chłopczyk ukłonił się nisko, usłyszawszy te słowa, po czym przemówił wdzięcznym głosikiem:

– Jestem Srebrnym Promyczkiem!

– Chyba „złotym”! – poprawiła go Jemiołuszka.

– Nie, nie, na pewno „srebrnym”! – uparcie potrząsnął jasną główką chłopczyk.

– Przecież chyba pani widzi kolor jego ubranka, droga pani... – dodała z przekąsem Ropucha Szarozielona, spoglądając z wyższością na zdumioną Jemiołuszkę.

– Nigdy nie słyszałam o żadnym srebrnym promieniu, a tylko o złotych! – tamta nie kryła nadal swego zdziwienia.

– To prawda, wszak każdy wie, że słoneczne promienie są zawsze złote, nigdy srebrne! – krzyknęła Młoda Sarenka, która właśnie nadbiegała ze swoją mamą.

– Są złote i bardzo gorące! – dodał rzeczowo z charakterystyczną dla siebie flegmą Stary Dzik, szukając starannie w ziemi Żołędzi Dębowych.

Dookoła znowu zawrzało, każdy mieszkaniec Ogromnego Lasu próbował dowodzić, ile to opinii o walorach słonecznych promieni zazwyczaj słyszał i znów podniósł się niezwykły raban!

– Tak, macie państwo rację, ale ja nie jestem promieniem słonecznym! – powiedział w końcu chłopczyk, wykorzystując chwilowy moment ciszy.

Wszystkim zgromadzonym na polance aż dech zaparło w piersiach z wrażenia.

– Nie słonecznym? – zadziornie spytała Pliszka Siwa, która przelatywała akurat nad pobliską rzekę i wpadła tylko na chwilę w odwiedziny do znajomej Zięby Zwyczajnej, a ta oczywiście, wraz z pozostałymi mieszkańcami, debatowała tu nad nieznajomym chłopczykiem. – To w takim razie – jakim? – zapytała przekrzywiając z niedowierzaniem głowę.

Zanim jednak niecodzienny gość zdążył jej odpowiedzieć, wśród roślin i zwierząt znowu zawrzało.

– Do czego to podobne, aby takie małe dzieci same włóczyły się po świecie?! – wykrzykiwała z udawanym oburzeniem Ciekawska Sroka.

– I na dodatek nie wiedziały nawet, skąd są i dokąd zmierzają?! – dodał zamyślony Żołądź.

– Kto to widział? Kto to widział?! – wtórowała im z przejęciem Pliszka Siwa.

– Jeszcze mogłoby mu się przytrafić coś niespodziewanego! – dodał z powagą Pan Skorek.

– Niebezpiecznego! – ciągnęła Zięba.

– Niezwykłego! – rozmarzył się Zaskroniec Zwyczajny, spoglądając w niebo.

– Straszliwego! – dodała, wybałuszając swoje wielkie, brązowe oczy Ropucha Szara.

I tak nawzajem, przekrzykując się co chwila, mieszkańcy lasu debatowali dalej nad niepewnym losem każdego zabłąkanego przybysza, całkowicie przy tym zapominając o tajemniczym gościu.

Srebrny Promyczek poczekał jeszcze czas jakiś, a kiedy zrozumiał, że nikt nie zwraca na niego żadnej uwagi, prowadząc jedynie ożywioną dyskusję ze znajomymi, delikatnie przesunął się poza Listek Koniczyny i spokojnie zszedł z niewielkiego pagórka na leśną drogę, prowadzącą w głąb oddalonego nieco lasu.

Nagle Wiatr zaszumiał w konarach drzew, a obok chłopczyka pojawił się przywiany przez niego Mały Dmuchawczyk.

– Ojej, jakiś ty piękny! – wykrzyknął słodko chłopczyk.

– Dziękuję i nawzajem! – powiedziało z szerokim uśmiechem nasionko Mniszka Lekarskiego.

– Kim jesteś?

– Nasionem, niesionym przez Letni Wiatr.

– Czy mógłbym razem z tobą polecieć dalej? – zapytał nieśmiało Promyczek i wyciągnął w górę maleńkie rączki, wspinając się jednocześnie z niemałym trudem na palce krótkich nóżek.

– Oczywiście! – odpowiedział mu Dmuchawczyk. – Będzie mi bardzo miło! – po czym zwrócił się uprzejmie do Pana Wiatra – Panie Wietrze, czy byłby pan tak łaskaw? ... – tu wskazał stópką z nasionkiem maleńką istotkę, stojącą tuż pod nimi i wyciągającą ciągle jeszcze rączki w ich kierunku.

– Nie ma sprawy – wykrzyknął uśmiechnięty Wiatr i dmuchnął mocno w stronę Promyczka, aż ten zamknął na moment oczy, skulił się cały i przystanął na chwilę.

Dmuchawczyk podleciał bliżej i Promyczek chwycił jego maleńkie nasionko, wdrapał się mozolnie wyżej po delikatnej nóżce, a następnie usiadł wygodnie na samym czubku, na mięciuteńkim spadochronie. Pan Wiatr Letni natychmiast poderwał nasionko do góry i znalazło się ono wysoko, hen! ponad Skąpaną w Słońcu Polanką. Promyczek zerknął jeszcze z zaciekawieniem w tamtym kierunki, gdzie nadal z przejęciem rozprawiały zwierzęta oraz rosnące dookoła rośliny, znikające mu z wolna z pola widzenia. Unosił się coraz wyżej i wyżej, dalej i dalej. W ten sposób dość szybko przemierzył ogromne przestrzenie.

Lot mijał mu na miłej pogawędce z nowo poznanym przyjacielem.

– Dokąd lecisz? – zapytał uprzejmie kompana podróży Promyczek.

– Dokądkolwiek! – odpowiedział mu tamten wesoło.

– A gdzie to jest? – pytał dalej malutki przybysz.

– Cóż... – niepewnie spojrzał przed siebie Dmuchawczyk, po czym wywinął kilka koziołków w powietrzu, rozbawiając tym siedzącego na nim chłopczyka, i ze śmiechem znowu leciał wyprostowany. – To na pewno bardzo, bardzo daleko. „Dokądkolwiek” to kraj piękny i ciepły, jest tam wieczne lato i dlatego my, dmuchawczyki i dmuchawce, te małe i te duże, wszystkie wspólnie lecimy tam, potem osiadamy, budujemy w owej krainie swoje osiedla domków, a następnie w nich mieszkamy, aż nie zaprosi nas do swego wnętrza Matka Ziemia.

– Co oznacza takie zaproszenie? – zapytał zaciekawiony Promyczek.

– Wiesz, rolą każdego nasionka jest danie życia nowej roślince. I ze mnie kiedyś powstanie pewnie piękny Mniszek Lekarski, dumnie stroszący swoje żółte kwiaty i wypuszczający później kolejne setki dmuchawczyków takich samych, jak i ja. Wpadłszy w ziemię, wrosnę tam w jej głąb i wydam nowe życie! – odpowiedział z szerokim uśmiechem mniszkowy lotnik.

– A zatem żyjesz wiecznie! – powiedział z zachwytem Promyczek.

– Tak, to prawda. Moje życie wzięło się z życia innego dmuchawca i da je nowych roślinnym lotnikom – przyznał nieco zdumiony tym odkryciem Dmuchawczyk.

– Dlaczego jednak musisz lecieć tak daleko? – dopytywał przejęty chłopczyk.

– Ależ ja wcale nie muszę! O, nie, nie! – zaprzeczył wesoło lotnik. – Wielu moich braci pozostało na skraju Ogromnego Lasu oraz na Uprawnych Polach, lecz ja jestem podróżnikiem i uwielbiam poznawać nowe kraje! Za każdym razem taki lot jest jeszcze bardziej pasjonujący!

Lecieli zatem czas jakiś w milczeniu, ledwo wstrzymując oddech przy silnych podmuchach Letniego Wiatru, zachwyceni widokami, jakie ciągle ukazywały się przed ich oczami.

– Czy i ty jesteś podróżnikiem? – pierwszy rozmowę zaczął tym razem Mały Dmuchawczyk.

– Nie, przyjacielu, nie jestem.

– Co zatem tu robisz? Jesteś jeszcze taki mały, nie powinieneś sam pozostawać tak długo bez opieki!... – dodał z troską Dmuchawczyk.

– Zgubiłem się... – powiedział ze smutkiem chłopczyk.

– Kiedy?! Gdzie?! – popatrzył na niego zaniepokojony mniszkowy lotnik i zwolnił nieco swoją szaleńczą podróż.

– Niestety, nie pamiętam.

– Ojej... – nasionko spojrzało na niego badawczo, ponieważ na chwilę skryli się w cieniu i oddalili od jasnych promieni słonecznych. – Ty przecież cały lśnisz! – powiedziało z zachwytem, na co Wiatr Letni zahuczał z radością.

– Tak, wiem