Trzy zagadki dla Organizacji - Mendoza Eduardo - ebook + audiobook + książka

Trzy zagadki dla Organizacji ebook

Mendoza Eduardo

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Najzabawniejsze śledztwo roku w słonecznej Barcelonie!

Co mają ze sobą wspólnego śmierć turysty w szemranym hoteliku, wybuch jachtu milionera i spadek przychodów firmy produkującej konserwy?

Dla zwykłych ludzi zapewne nic.

Ale w gorącej Barcelonie działa tajemnicza Organizacja, która zajmuje się rozwiązywaniem dziwnych spraw. Obowiązują w niej jasne zasady, których nikt nie przestrzega – żadnych telefonów, pełna dyskrecja i kontakt tylko przez zaszyfrowaną audycję radiową „Nocne marki”.

Gdy dzielni Agenci i Agentki Organizacji wkraczają do akcji, wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli. Proste śledztwo szybko zamienia się w serię pomyłek i nieporozumień. Akcja pędzi jak szalona, trup ścieli się gęsto, coś wybucha, konserwy mają dziwny skład, a zagadka raczej zostanie rozwiązana.

Może nie jest to najbardziej kompetentna grupa tajnych agentów w historii literatury, ale na pewno najzabawniejsza.

Dla fanów Eduarda Mendozy to powrót do świata, w którym absurd, groteska i inteligentny humor tworzą mieszankę wybuchową – coś jakby fryzjer damski wstąpił do służb specjalnych – dla nowych czytelników będzie to zaś najzabawniejsze kryminalne śledztwo tego lata.

Wielki powrót Mistrza

Złamię zasady konspiracji i zdradzę, że nowa powieść Mendozy jest zabawna, wciągająca i mimo absurdalnej fabuły dość sprawnie opisuje bolączki współczesności. Podajcie dalej, ale dyskretnie! Nigdy nie wiadomo, kto czai się za rogiem.

OLGA WRÓBEL, Kurzojady

„Trzy zagadki dla Organizacji” są jak soczewka, która skupia kunszt pisarski Mendozy: poczucie humoru, łatwość tworzenia narracji i robienie z małych rzeczy spraw wielkiej wagi. Głupcy w swej głupocie stają się mędrcami, a zwykła fabryka konserw – pępkiem świata.

ADAM SZAJA, Smakksiazki.pl

Cóż za niespodziewany powrót w znakomitym stylu! Mendoza, nestor hiszpańskiej literatury, w dziewiątej dekadzie życia daje czytelnikom dokładnie to, czym uwiódł ich na początku XXI wieku. Proszę dać się porwać tej opowieści, proszę przenieść się do Barcelony i świetnie bawić.

MICHAŁ NOGAŚ, Program 3 Polskiego Radia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 366

Data ważności licencji: 8/4/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginałuTRES ENIGMAS PARA LA ORGANIZACIÓN

Copyright © Eduardo Mendoza, 2024. Copyright © for the translation by Tomasz Pindel

Projekt okładki Michał Jakubik

Ilustracje na okładce © xadartstudio / Magnific © freeppik / Magnific

Redaktorka nabywająca Ewa Bolińska-Gostkowska

Redaktorka prowadząca Magda Jankowska

Adiustacja Małgorzata Sikora-Tarnowska

Korekta Maria Zając

Opieka promocyjna Zuzanna Macikowska Magdalena Wymazała

Koordynatorka produkcji Helena Piecuch

ISBN 978-83-8427-281-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

1

Barcelona, wiosna roku 2022.

Na ulicy Valencia, raptem paręnaście metrów od Paseo de Gracia, pełnego wystawnych hoteli oraz luksusowych sklepów wielkich międzynarodowych marek, niemal na wprost małego, ale sympatycznego muzeum ze starożytnymi egipskimi zabytkami, w którym nie brak mumii, sarkofagów oraz glinianych tabliczek, a do tego znajduje się trudna do określenia liczba figurek, stoi wąski budynek zbudowany w dziewiętnastowiecznym stylu, o fasadzie z szarego kamienia, ze skromnymi kwietnymi płaskorzeźbami, długimi balkonami otoczonymi żelaznymi barierkami i z ciemną bramą. Nie ma tam żadnego dozorcy, a dzwonienie domofonem niczego nie da. Przy masywnych drewnianych drzwiach wejściowych znajduje się jakiś tuzin metalowych plakietek, które jasno dowodzą, iż w owej kamienicy, pierwotnie zamieszkanej przez zamożne rodziny, dziś mieszczą się biura. Plakietki dotyczące drugiego piętra są cztery. Lata temu dwa znajdujące się na tym poziomie mieszkania zostały podzielone, by dawały więcej zysku. Dziś mieszczą się tam cztery różne lokale o bardzo różnych profilach działalności obwieszczanych przez owe plakietki, identyczne, jeśli chodzi o rozmiar i czcionkę.

P. II. Lok. 1. Arytmia. Otyłość. Demencja. Leczy je wszystkie dr Baixet.

P. II. Lok. 2. Akademia Zoologiczna Neptun: tresura małp.

P. II. Lok. 3. Wykroczenia podatkowe, embarga, konfiskaty, postępowania. Piyanica & Associates.

P. II. Lok. 4. Co działało, działać będzie. Naprawa zmywarek, odkurzaczy, żelazek, ekspresów do kawy i innego sprzętu AGD.

Czujny obserwator mógłby dostrzec, że choć oferta wydaje się zwyczajna, do owych czterech zakładów usługowych jakoś nikt nigdy nie zachodzi, ani pracownicy, ani klienci; jeśli już ktoś się pojawia, mężczyzna lub kobieta, stara się wejść możliwie dyskretnie, przed wejściem rozgląda się na lewo i prawo, a potem, kiedy wychodzi, robi to samo. Tenże obserwator byłby równie zaskoczony, widząc, że niektórzy z tych, co wchodzą, nigdy nie wychodzą; jednocześnie inni, co wcale nie weszli, wymykają się na zewnątrz, zachowując takie same środki ostrożności; wydawać się to może niemożliwe, chyba że w międzyczasie doszło do jakiejś nadzwyczajnej przemiany. Istnienie takiego obserwatora zdaje się jednak mało prawdopodobne, w budynku tym, jak się rzekło, znajdują się bowiem same lokale firm i biura o bardzo ograniczonych godzinach przyjęć, w których każdy zajmuje się swoimi sprawami. Na ulicy ruch kołowy jest raczej intensywny, a pieszymi w zdecydowanej większości bywają tu turyści, zawsze w pośpiechu, a w każdym razie ludzie obcy, których ewentualna nietypowość miejscowych zwyczajów raczej nie zdziwi.

*

– Dzień dobry. Ja w sprawie ogłoszenia. Nazywam się Macher.

Dziewczyna za biurkiem przyjrzała się spod przy­m­kniętych powiek stojącemu przed nią mężczyźnie. Celowo odczekała kilka sekund i dopiero wtedy zadała pytanie.

– Tak na pana mówią?

Mężczyzna pokręcił głową na boki.

– Tak się nazywam – odparł. – Ksywy zwykle miewam gorsze.

Mówiący te słowa był mężczyzną w nieokreślonym wieku, może z czterdzieści lat z hakiem, szczupłej budowy, szeroki w ramionach, o bladej twarzy; miał na sobie zwykłe i nieco znoszone ubranie; patrzył uważnie w jakiś punkt w pustce i mówił ochrypłym głosem, trochę jak u astmatycznego psa. Powolnym ruchem wydobył z wewnętrznej kieszeni marynarki wytłuszczony kawałek papieru i położył go na stole.

– Proszę zobaczyć w moim dowodzie tożsamości. – Pokazał dokument. – Tu jest jasno napisane. Macher Vicente. Mam jeszcze drugi, na nazwisko Buenaventura Adelantado. Oraz paszport na nazwisko Olaf Gustafsson, w razie gdybym otrzymał jakąś ­misję ­zagraniczną.

Dziewczyna za biurkiem zamknęła oczy i uniosła rękę.

– Dobrze – rzuciła oschle. – Zostawmy sprawę nazwiska. My zapewnimy panu inną tożsamość. Będzie pan mógł dalej używać swojej, ale nie na służbie. Co pan umie robić?

– Swoje: dobrze. To, co mi każą: kiepsko – odparł.

– Nie pytam, czym się pan zajmował wcześniej – przer­wała mu – ale o powód zmiany pracy: owszem.

– Mam już swoje lata – stwierdził zniżonym głosem. – Trzeba zacząć myśleć o emeryturze.

– Tutaj praca bywa niebezpieczna – zaznaczyła. – Niewielu dożywa emerytury.

– Cóż – odrzekł – nie chodzi też o to, żeby siedzieć na tyłku i drapać się po imponderabiliach, sama pani rozumie.

– To już pańska sprawa – rzuciła sucho.

Przybysz spuścił oczy i pobieżnie zlustrował kobietę, która poddawała go przesłuchaniu: młoda, szczupła, śniada, z gęstą blond czupryną, z kolczykami w nosie i w brwiach oraz z licznymi tatuażami pokrywającymi jej przedramiona i wystającymi z dekoltu bluzki. Ta dziwaczna prezencja nie zmyliła jednak przybysza, który bez trudu odgadł, że dziewczyna nosi perukę, tatuaże da się zmyć pod bieżącą wodą, a w nosie i na brwiach ma klipsy. Zastanawiał się, czy inne osobiste szczegóły też są sztuczne, ale z miejsca odrzucił te spekulacje: ciekawość w relacjach z kobietami nie raz pakowała go w grubsze tarapaty.

– Kiedy zaczynam pracę? – zapytał.

– Jeśli pana przyjmą, to od razu – odpowiedziała. – Szef wezwał nas wszystkich za kwadrans. Przekażę mu pańskie podanie. Jeśli zaakceptuje, dołączy pan do zebrania; tam otrzyma pan instrukcje i przy okazji pozna kolegów.

*

Nowy posiedział chwilę na korytarzu, a potem wszedł do sali konferencyjnej, gdzie czekał już szef, choć przybysz nawet nie zauważył, kiedy ów wszedł do środka. Pomieszczenie było prostokątne; z boku stały stół, rzutnik przeźroczy, wisiał zwijany ekran. Przy stole jakieś dwanaście krzeseł ustawionych w dwóch rzędach i rozdzielonych przejściem. Dziewczyna, która go przyjęła, dyskretnie klepnęła go w ramię; pokazała, że ma usiąść i zachować ciszę oraz powagę.

Po nowym i jego towarzyszce weszło do środka dwóch mężczyzn: jeden, zaawansowany wiekiem, surowy, źle ogolony, o ostrym nosie, wyłupiastych oczkach i ­wielkich uszach, odstających niczym u jakiegoś hinduistycznego bóstwa, miał na sobie starą odzież, wymiętoloną i całą w plamach; drugi był garbaty i miał płoche spojrzenie. Obaj usiedli, nie przywitawszy się i nie popatrzywszy sobie w oczy ani nawet na szefa. Jedynie kiedy już zajęli miejsca, od czasu do czasu rzucali ukradkowe spojrzenia na nowego.

Szef okazał się mężczyzną w średnim wieku, niskiego wzrostu, o siwych włosach, regularnych rysach i zadbanej powierzchowności. Ani wejście nowego, ani tamtych dwóch nie skłoniło go do uniesienia głowy znad kartek zapisanych na maszynie, których lektura najwyraźniej go pochłonęła.

Po kilku minutach do sali weszły kolejne osoby. Pierwszą z nich był mężczyzna o różowej skórze, z wydatnymi policzkami i smutnymi wolimi oczami podkreślo­nymi  grubą warstwą tuszu. Drugą była kobieta elegancko dojrzała, bardzo dobrze ubrana, z drobnym kudłatym pieskiem na smyczy. Gdy weszła, dziewczyna z recepcji zamknęła drzwi i zajęła miejsce w ostatnim rzędzie. Dopiero wtedy szef podniósł wzrok i zabrał głos.

– Zanim przejdziemy do zasadniczego tematu naszego zebrania – zaczął powoli – chciałbym powitać naszego nowego kolegę. W swoim czasie wszyscy zostaną poinformowani w kwestii jego nazwiska, adresu, zawodu, stanu cywilnego oraz historii: wszystko to, rzecz jasna, będzie fałszywe. Na razie jednak mamy pilniejszą sprawę. Przejdę więc do referowania okoliczności. Jak zawsze nie wolno robić żadnych notatek. Wiem, że dobrze znacie zasady, ale korzystając z obecności nowicjusza, przypomnę kilka podstawowych reguł Organizacji. Żadnych notatek.

Szef odchrząknął, rzucił okiem na swoje notatki i zaczął referować.

– Dwa dni temu znaleziono ciało pewnego mężczyzny w pokoju Hotelu Dziki Indianin znajdującym się przy Rambli San José. Gdyby ktoś nie wiedział, Rambla San José to jest po prostu Rambla, dla miejscowych zwykle w licznie mnogiej, Ramblas. Chodzi konkretnie o ten odcinek czy sektor, gdzie znajduje się Targ Bo­quería. Nawiasem mówiąc, targ ów oficjalnie nazywa się Targiem San José, właśnie ze względu na to, gdzie się znajduje. W jakimś momencie zmienił nazwę na Bo­quería, co jednak, jak na razie, nas nie dotyczy. Natomiast dotyczy nas ów nieboszczyk znaleziony w hotelu. Jak wynika z policyjnego raportu, ciało odkrył recepcjonista wzmiankowanego przybytku, gdy udał się do pokoju, aby przypomnieć gościowi o konieczności zwolnienia numeru. Zdarzyło się to dokładnie w południe, czyli o godzinie wyznaczonej jako ostateczna pora wymeldowania, to właśnie wtedy bowiem, jak zeznał recepcjonista, należy przystąpić do oporządzania pokoju, no a klient nadal w nim przebywał. Jak można wywnioskować z policyjnego raportu, przyczyna, dla której gość nie opuścił pokoju, była taka, że człowiek ów wisiał u sufitu na linie przywiązanej do belki stropowej. W raporcie ­napisane jest „betka stropowa”, ale musi tu chodzić o literówkę. Zmarły zarejestrował się poprzedniego dnia pod fałszywym nazwiskiem, gdy podał się za osobę narodowości szwajcarskiej, na co przedstawił dowód w postaci paszportu wystawionego przez rzeczone państwo czy też, co bardziej prawdopodobne, jakiegoś fałszerza. Szwajcarski paszport ma kolor czerwony, a na okładce powszechnie znany biały krzyż. Tymczasem nieboszczyk przedstawił dokument koloru żółtego z napisem „paszport szwajcarski”, po hiszpańsku zresztą. Recepcjonista nie zwrócił uwagi na te szczegóły, bo też nieboszczyk meldował się już wcześniej w tym samym hotelu Dziki Indianin wielokrotnie, zawsze pod fałszywym nazwiskiem i paszportem, zawsze też płacił z góry gotówką. Recepcjonista twierdzi, że pamięta owego osobnika nie tylko z przywołanych przyczyn, ale też dlatego że ów zawsze nalegał, by przydzielono mu pokój numer dwieście dwanaście, na drugim piętrze, a także dlatego że przyjmował tam wizyty kobiet, czy też, jak ujął to sam recepcjonista, kurwiszonów. Tym razem osobnik ów zachowywał się dokładnie tak samo, to znaczy: zameldowanie i odwiedziny dziewczyny, która wyszła z pokoju i hotelu po jakiejś godzinie, mniej więcej. Zapytany, czy to była ta sama dziewczyna co przy innych okazjach, recepcjonista odparł, że nie zwrócił uwagi, jako że kręci się tam takich wiele i wielu i co to za ludzie oraz czego tam szukają, to nie jego sprawa, byle tylko nie naruszali ładu publicznego, a nieboszczyk oraz rzeczona dziewczyna wypadali pod tym względem bez zarzutu.

Szef zrobił przerwę. Zebrani czekali w pełnym szacunku milczeniu.

– Druga sprawa zdarzyła się wczoraj. Oczywiście w tej pierwszej kwestii mamy więcej informacji, ale wolę podać je wam później, a teraz przejść od razu do drugiego wątku, żebyście mieli wyobrażenie całości. Tak więc wczoraj, jak powiadam, urzędnik konsulatu Wielkiej Brytanii w Barcelonie zawiadomił policję o zaginięciu obywatela tego kraju. Doniesienie zostało złożone na komisariacie w Quatre Camins, a lokalna policja, czyli Mossos, przekazała sprawę Gwardii Obywatelskiej, uznając, że to ta właśnie formacja odpowiada za zajścia poza terytorium Katalonii, za takie uznaje się zaś akweny portowe. W raporcie Gwardii Obywatelskiej stoi, że ów brytyjski poddany, o nazwisku Jenkins, w miniony czwartek zacumował swój jacht w barcelońskim porcie. Nie była to pierwsza jego wizyta w naszym mieście; pojawiał się u nas już wcześniej tą samą, czyli morską, drogą, i to kilka razy. Natychmiast po przycumowaniu pan Jenkins dał wolne załodze i został na pokładzie sam. Kiedy jego ludzie wrócili, już w nocy, na jachcie nie zastali nikogo. Nie zauważyli też żadnych śladów walki. Załogę zaskoczyła nieobecność pracodawcy, ale ponieważ wszyscy byli pijani, co sami przyznali, nie zwrócili na tę anomalię większej uwagi. Dopiero nazajutrz, widząc, że przełożonego wciąż nie ma, a był im winny wypłatę, postanowili zgłosić sprawę do Gwardii Obywatelskiej, która przekazała informację placówce dyplomatycznej, ta zaś dalej do autonomicznej policji, a ta z kolei, jak już mówiłem, znów do Gwardii Obywatelskiej, która aktualnie prowadzi dochodzenie, jak dotąd bezowocne.

Nowy podniósł rękę. Reszta zebranych zdradzała wyraźną konsternację, a dziewczyna z recepcji szepnęła, że szefowi nigdy się nie przerywa, dopóki ów nie zainauguruje sesji pytań, sam jednak szef zneutralizował tę sytuację uśmiechem i życzliwym gestem, którym przyznał głos przybyszowi.

– Czy sugeruje pan – zapytał ów, lekko speszony – że zaginiony właściciel jachtu oraz nieboszczyk z hotelu to ta sama osoba?

Szef uśmiechnął się jeszcze łaskawiej.

– Niczego nie sugeruję – wyjaśnił cierpliwie. – Takie postępowanie stałoby w sprzeczności z metodami naszej Organizacji. Oswoi się pan jeszcze z naszymi zasadami. Ja po prostu przedstawiam fakty dotyczące sprawy.

Nowy spuścił głowę, a reszta okazywała uprzejmą obojętność. Tylko piesek szczeknął przenikliwie i szarpnął smyczą, chcąc rzucić się na przybysza. Szef zmarszczył brwi. Gdy piesek się uspokoił, mężczyzna podjął wątek:

– Od pewnego czasu za każdym razem, kiedy idę do supermarketu, widzę, iż produkty firmy Przetwory Fernández nie drożeją, w odróżnieniu od innych marek równie cenionych, takich jak Ortiz, Cuca, Isabel i tak dalej. Od roku te trzy firmy podniosły ceny swoich towarów o od siedmiu do ośmiu i pół procent. Przetwory Fernández nie. To wszystko. Jakieś pytania?

Ponieważ nikt się nie odezwał, a on sam nie miał nic do stracenia, nowy poprosił o głos.

– Jeśli dobrze rozumiem – odezwał się, gdy już mu głos przyznano – uważa pan te trzy epizody za części tej samej sprawy.

– W rzeczy samej – odparł szef – dobrze pan zrozumiał. I właśnie dlatego o nich opowiadam. Jak pan wie, naszym zadaniem jest znajdywać globalne rozwiązania zagadek, które należą do kompetencji różnych służb i dlatego bez nas nigdy nie znalazłyby satysfakcjonującego rozwiązania.

– Czy mogę zapytać, na czym opiera pan przekonania, że te trzy wydarzenia łączą się ze sobą? – nie odpusz­czał nowy.

– Rzecz jasna dowodów nie mam. – Szef uśmiechnął się na tak oczywiste pytanie. – Gdyby takowe istniały, nie musielibyśmy szykować żadnego planu. A jednak coś mi mówi, że te trzy wydarzenia, jak je pan określił, mają ze sobą wiele wspólnego. Naszym zadaniem jest znaleźć te punkty zbieżne. Jeśli o mnie chodzi, mogę powiedzieć tylko, że nie ufam zbiegom okoliczności, a tu mamy ich sporo.

2

Tymi słowy szef zakończył informacyjną część zebrania; zanim jednak ostatecznie je zamknął, zwrócił się do obecnych w nieco bardziej swobodnym tonie:

– Zanim weźmiemy się do roboty – rzekł – jak to mamy w zwyczaju w Organizacji, musimy znaleźć imię dla naszego nowego kolegi. Czekam na propozycje.

Zapadła krótka cisza, a potem ktoś zaproponował Jo Malone. W trakcie wynikłej z tego dyskusji ustalono, że to dobre nazwisko dla tajnego agenta, ale ponieważ istnieje znana marka kosmetyczna posługująca się tym samym mianem, brzmi ono jednak niezbyt poważnie. Kruche Ciasteczka spotkały się z ogólną aprobatą i nawet sporadycznymi oklaskami, i nowy obawiał się już, że na dobre do niego przylgną, ale w ostatnim momencie szef wyraził pewne wątpliwości i propozycja z miejsca została wycofana. Nie chwyciły także Tarantula ani Kakałko. Ostatecznie zwykłą większością głosów przeszedł Marsjanin, wybrany na próbny okres trzech miesięcy. Nie było to jakieś wspaniałe imię, ale oryginalne, łatwe do zapamiętania i niebudzące podejrzeń. Poza tym, jak zauważyła pani z pieskiem, i tak nikt go nie będzie tak nazywać i wszyscy szybko zapomną.

Gdy formalnościom stało się zadość, wszyscy wstali z miejsc i rozeszli się do swoich pokoi. Szef zatrzymał nowego i zaprosił go do swojego gabinetu. Nowy poszedł więc za nim do owego pomieszczenia, większego niż pozostałe, z dywanem i bibelotami. Szef poprosił przybysza, by spoczął na krześle ustawionym przed biurkiem, a sam zasiadł na swoim miejscu i bez słowa zabrał się do lektury jakieś strony zapisanej na maszynie. Po chwili podniósł wzrok i popatrzył na nowego, który siedział obecnie z równie obojętną miną i rozkojarzonym spojrzeniem jak wcześniej.

– Mam tu przed sobą – rzekł szef – streszczenie pańskiego curriculum. Pełniejsza wersja została zniszczona bez czytania, to samo spotka tę kartkę. My tutaj nie przechowujemy żadnych papierów. W całym biurze nie ma ani jednego segregatora, jak zapewne pan zauważył. Kiedy już dołączy pan do ekipy, przeszłość przestanie mieć znaczenie.

– Pewnych spraw nie da się wymazać – wymamrotał nowy.

– Na przykład? – Jedna z brwi szefa powędrowała do góry.

– Wszyscy dźwigamy na plecach naszą przeszłość – wyjaśnił nowy. – To część naszej tożsamości.

– Poprosiłbym o przykład – nalegał szef.

– Niedawno wyszedłem z więzienia – powiedział nowy. – Ta informacja pewnie znajduje się w moim curriculum.

– Znajdowała – poprawił go szef. – Właśnie ją wymazałem. Tak czy inaczej, pańska przeszłość jest mi znana. Właśnie fakt, że był pan w zakładzie karnym, wpłynął na moją decyzję o pańskim zatrudnieniu. To doświadczenie może być dla nas przydatne.

– Nie było warto, może mi pan wierzyć – przyznał nowy ze wzruszeniem ramion.

Szef nie zwrócił uwagi na ten komentarz; podarł kartkę na wiele kawałków, położył je w popielniczce, potarł zapałkę i zapalił papier.

– Anonimowość jest w naszej ekipie podstawową zasadą – powiedział, zbierając popiół, który rozsypał się po stole. – Niech pan nigdy nie nosi ze sobą telefonu komórkowego ani żadnego nie używa. Proszę nie płacić za nic kartą kredytową. Kiedy pan za coś płaci, zawsze gotówką, proszę nie brać paragonu. Koszty związane z wykonywaniem zadań spadają zawsze na tego, kto je wykonuje. Przy okazji unikamy w ten sposób przesadnych wydatków. Luksus to nasz wróg. Jak człowiek mięknie, za dużo gada. 

Cofnął się i rozłożył ręce, jakby obejmował mikrokosmos swego gabinetu.

– Przeciwnie do ludowego porzekadła – oświadczył z emfazą – tutaj ściany nie mają uszu i nawet gdyby umiały mówić, nic by nie miały do opowiedzenia. Inna sprawa to zdobiące je przedmioty: wybrane dowody wdzięczności osób i instytucji. Proszę spojrzeć na to zdjęcie. Ten, który ściska moją dłoń, to znana postać, światowej sławy. Jak pan widzi, jego twarz została zamazana, żeby nie można go było zidentyfikować. Ten obok to ja. Może mnie pan nie rozpoznawać, bo fotografia ma swoje lata i nosiłem wtedy wąsa. Nie jako przebranie czy kamuflaż. Po prostu miałem wąsa. Kiedy zmarła moja żona, zgoliłem go. Wdowiec z wąsa­mi wydał mi się przesadą. Z przyjemnością pokażę panu jeszcze więcej okazów z tej kolekcji, skromnej, ale o nieoszacowanej wartości pamiątkowej, kiedy tylko się pan wdroży i zrozumie sens działania naszej Organizacji i wszystkich jej członków. 

Zamilkł na chwilę i przez ten czas wodził wzrokiem, spod przymkniętych powiek, po przedmiotach wiszących na ścianach, a potem podjął głosem tak cichym, że nowy ledwie rozróżniał pojedyncze słowa:

– Nie jesteśmy, jak pomyśleć by mógł ktoś, kto dowiedziałby się o naszym istnieniu, równoległą policją. Raczej wprost odwrotnie. Jak dobrze pan wie, hiszpańskie służby bezpieczeństwa zalicza się do najlepszych na świecie, ale z powodu licznych historycznych zaszłości… – zrobił przerwę, by sprawdzić, czy ta śmiała retoryczna figura zrobiła wrażenie na jego rozmówcy, a następnie, widząc, że ów nadal słucha z otwartymi ustami, podjął wątek: – …zaszłości, których nie będziemy teraz analizować, zamiast stanowić jedną instytucję, jak w innych krajach, dzielą się na różne gałęzie i rywalizują między sobą w kwestii skuteczności i wydajności. Mamy Gwardię Obywatelską, policję, straż miejską, by wymienić tylko te ważniejsze organy, a do tego dochodzi jeszcze specyfika lokalna w poszczególnych terytoriach autonomicznych państwa, czyli, by tak rzec, Królestwa Hiszpanii. Z tego powodu i nie ujmując niczego rzeczonym instytucjom, w skomplikowanych przypadkach jak ten, który chwilę temu przedstawiłem, dochodzenia się rozdrabniają i trudno dojść do rozwiązania obejmującego wszystkie aspekty sprawy.

Zerknął na zegarek i klepnął dłonią w stół.

– Robi się późno, a roboty huk – zauważył. – Pan zajmie się hotelem, w którym doszło do rzekomego samobójstwa. Proszę tam iść i ustalić, co się da. Ponieważ jest pan nowy, będzie panu towarzyszyć Chema. Ma spore doświadczenie i dobry z niego kolega, jeśli tylko mu się nie przeciwstawiać.

3

Po krótkiej rozmowie nowy i Chema uznali, że pójdą pieszo. Dzień był przyjemny, nie śpieszyło im się, a spacer mógł dobrze zrobić obydwu. Po drodze kolega nowego powiedział, że kiedy on przystępował do Organizacji, dostał ksywę Mandaryn. Potem o niej zapomniano i teraz wszyscy mówią na niego po prostu Chema.

– Ale w głębi duszy – oświadczył poufałym tonem garbus – sam nazywam siebie Niesamowitym Hulkiem, ponieważ mam tak, jak ta postać: kiedy tylko coś mnie zezłości, dostaję szału. Tracę panowanie nad sobą i robię się niebezpieczny. Pan jednak nie musi się martwić: dla kolegów robię wyjątek. Wbrew obiegowym opiniom my, superbohaterowie, jesteśmy bardzo towarzyscy.

Rozmawiając o tym i o owym, dotarli pod Hotel Dziki Indianin. Był to stary budynek, sześciopiętrowy, z szerokim holem, w którego głębi w mizernym świetle majaczyło stanowisko recepcjonisty. Wszystko zdawało się wskazywać, że gmach został wybudowany jako hotel, a lata świetności ma już za sobą. Na fasadzie ledwie dawało się dostrzec fragmenty poczerniałych rzeźb. Obecnie przyjmował gości o niezbyt zasobnych portfelach, nieprzesadnie wymagających w kwestii obsługi i czystości, względnie gotowych do takich i innych wyrzeczeń, byle móc zatrzymać się w centrum miasta.

Nim weszli, garbus odezwał się do towarzysza:

– Ty pogadaj z recepcjonistą, a ja wybadam teren.

– O co mam go pytać? – zapytał nowy. – Nigdy nikogo nie przesłuchiwałem.

– Nieważne – odparł garbus. – Zapytaj o cokolwiek, a on odpowie ci, co mu przyjdzie do głowy. Grunt to zacząć.

Weszli obaj: garbus zatrzymał się pośrodku holu, jakby się za kimś rozglądał, podczas gdy nowy podszedł do nieco zaniedbanego mężczyzny przy kości i w średnim wieku, drzemiącego za kontuarem recepcji. Po prawej schody prowadziły na wyższe piętra; po lewej znajdowała się winda, na której wisiała kartka z napisem: NIECZYNNE, poniżej zaś, dla gości zagranicznych, dopisano: IN TOTAL DISORDER.

– Dzień dobry – zagaił nowy, kiedy wreszcie recepcjonista obdarzył go nieżyczliwym spojrzeniem. – Jesteśmy z miejskiego Wydziału Sanitarnego.

– Taa, jasne – odparł recepcjonista.

– Prawda – przyznał nowy. – Nie jesteśmy z Wydziału Sanitarnego. Ale i tak liczymy na pańską współpracę. Nie zaszkodzi to panu w niczym, a może nawet okazać się korzystne. Z sześciu osób, które nawiązały z nami współpracę, pięć bardzo skorzystało.

– A ta szósta? – zapytał recepcjonista.

– Zawsze trzeba przewidzieć margines na nieprzewidziane sytuacje – odrzekł nowy. – Poza tym nie prosimy o wiele. Mieliście tu trupa dwa dni temu. Proszę nam powiedzieć, jak to było, i pozwolić zobaczyć pokój, w którym doszło do tego zajścia, o ile nie jest zajęty.

– Zajęty to nie jest – przyznał recepcjonista. – Policja go zaplombowała. Nie wolno mi tam ­niczego ruszać.

– Ale mówić panu nie zabronili – zauważył nowy. – O której zjawił się ten klient? Pewnie ma go pan ­wpisanego.

– Tak. W komputerze – przyznał recepcjonista. – A po­nieważ pytano mnie o to wiele razy, dobrze pamiętam. O siódmej z minutami, wieczorem. Zameldował się i poszedł prosto do pokoju. Po chwili zjawiła się tu jedna cizia i bez pytania weszła na górę. Ja, jak zawsze, siedziałem tutaj. Nie mówiła, żeby go uprzedzić, ale ponieważ ten klient robił to samo podczas wcześniejszych pobytów, nie przywiązywałem do tego wagi i po prostu ją puściłem.

– To była ta sama dziewczyna co poprzednio? – zapytał nowy.

– Nie zwróciłem uwagi – powiedział recepcjonista. – Przyjrzałem się jej, bo była z niej niezła laska, poprzednie tak samo, ale czy to była ta sama, czy nie, to już nie mam bladego pojęcia. Wszystkie są do siebie podobne. Chodzi mi o ten rodzaj dziewczyn.

– Zawodowe prostytutki – dopowiedział nowy.

– Tak sądzę – potwierdził recepcjonista. – Ale głowy nie dam. Może to było co innego. Może cel wizyty był nawet inny. Praca chociażby. Młode dziewczyny, dobrze ubrane. Dziś niczego nie można być pewnym. Kiedyś było inaczej. Kiedyś dziwki wyglądały jak moja matka, tyle że były wyperfumowane. Dziś wyglądają jak panienki z dobrego domu.

W tym momencie włączył się garbus.

– Winda – wskazał na kartkę z napisem – działała, kiedy zjawiła się ta dziewczyna?

– Ten rzęch? – wykrzyknął recepcjonista. – Nie działa od Kongresu Eucharystycznego z pięćdziesiątego drugiego. Co pięć lat zmieniamy napis.

– Ale mogłaby zadziałać? – dopytywał garbus. – Jeśli się ją naprawi, rzecz jasna. Mogłaby?

– Silnik wciąż tam jest – przyznał recepcjonista. – Kable też. Ja byłbym ostrożny, ale wszystko jest na miejscu jak wtedy, kiedy działała.

– Czyli – wtrącił się nowy, wracając do swojego wątku – dziewczyna weszła i zeszła schodami.

– Oczywiście – odparł recepcjonista.

– Miała torebkę? – zapytał nowy.

– Nie zwróciłem uwagi – odrzekł recepcjonista.

– Proszę wytężyć pamięć – nalegał nowy. – Mała albo duża torebka. Plecak. Teraz się nosi plecaki.

– Duża torebka – oświadczył w końcu recepcjonista. – Ale nie na tyle, żeby zmieścić ubranie.

– Jakie ubranie? – zdziwił się garbaty.

– No, nieboszczyka – wyjaśnił recepcjonista. – Gazet nie czytaliście? Zmarły wisiał w samych slipkach. Na stryczku i tylko w majtkach. W pokoju ani śladu po reszcie ciuchów. Ale dziewczyna nie mogła ich wynieść w torbie. Nie zmieściłyby się. Nieboszczyk był normalnego wzrostu, bardziej elka. L to znaczy large, czyli gruby.

– Mogła wyrzucić ubrania za okno – zasugerował nowy.

– Na Ramblę? – wykrzyknął recepcjonista. – Gdzie tam, człowieku. Od razu zwróciłoby to uwagę. Na Rambli zawsze jest od groma ludzi. Jakby nagle z nieba zaczęły spadać spodnie i buty, od razu by się zrobiło zamieszanie.

– Nieboszczyk – podjął garbus – był waszym ­stałym gościem.

– Tak można powiedzieć – zgodził się recepcjonista. – Facet dobrze wyglądał, elegancko ubrany. Ja na jego miejscu poszedłbym do innego hotelu. Jakiegoś lepszego niż ten chlew. Ale jeśli chodziło mu o te rzeczy, to pewnie tu się czuł bezpieczniej.

– Kto znalazł ciało? – zapytał nowy.

– Jeden z tych, co tu sprzątają – odparł recepcjonista. – Araby, bez papierów. Jak zobaczył truchło, wrzasnął i wszyscy się zlecieli z całej Rambli. Wtedy wszedłem ja i ujrzałem typa, wisiał u sufitu, z językiem na wierzchu. Zamknąłem drzwi na klucz i wezwałem gliny. Co innego mogłem zrobić?

– Pamięta pan godzinę? – zapytał nowy.

– Pewnie – odparł tamten. – Około jedenastej rano. Kiedy jedni goście już się wynieśli, a nowych jeszcze nie ma.

– Były jakieś ślady walki? – kontynuował przesłuchanie nowy. – W pokoju panował bałagan? Jakieś rzeczy porozrzucane po podłodze, przewrócone krzesła, potłuczone szkło?

– Nie zauważyłem – przyznał recepcjonista. – Byłem podenerwowany i w szoku, nie miałem głowy do takich głupot. Tak czy inaczej, jeśli popełnił samobójstwo, po co miałby bałaganić w pokoju? Chyba że chciałby powiedzieć: no i finito…

– Może to nie było samobójstwo – zasugerował znów nowy. – Może ktoś go zabił.

– A kto? – zdziwił się recepcjonista. – Dziewczyna? Nie dałaby rady. Zabić może i tak, ale powiesić tego gościa pod sufitem, mowy nie ma.

– To wszystko, co chcieliśmy wiedzieć – oznajmił garbus. – Wrócimy, jeśli coś nam jeszcze przyjdzie do głowy.

– Róbcie, co chcecie – odpowiedział recepcjonista. – Wiecie, gdzie mnie szukać.

Przed wyjściem nowy obrócił się jeszcze.

– Chciałbym mieć jasność w jednej kwestii: dlaczego tak uprzejmie odpowiadał pan na nasze pytania?

Recepcjonista wzruszył ramionami.

– Jeśli nie jesteście ani z policji, ani z mediów – odparł – wolę nie wiedzieć, dla kogo pracujecie, powie­dzieć, co wiem, a nie jest tego dużo, i żebyśmy się rozstali w dobrej komitywie.

Już na ulicy dwaj śledczy pogratulowali sobie efektów. Chema był za tym, żeby wracać do bazy i złożyć raport szefowi, ale jego kolega miał inne zdanie.

– Skoro dotarliśmy aż tutaj, moglibyśmy skorzystać z okazji i dowiedzieć się czegoś jeszcze – zaproponował. – W więzieniu poznałem jednego typa, idealnego dla naszych potrzeb. Wypuścili go kilka lat temu. Jeśli wciąż chodzi na wolności i uda się gościa namierzyć, możemy go pociągnąć za język. On bywał w tych okolicach. Po zmroku. No ale za dnia daleko też pewnie nie odchodzi. Prawdziwy zawodowiec zawsze mieszka blisko swojej pracy.

Ruszyli w stronę Boqueríi. Przed bramą targowiska tłoczyli się turyści. Kilku mniej lotnych kupowało jakieś przedmioty, wyzywało się wzajemnie i opychało śmieciowym jedzeniem. Większość ograniczała się do gapienia się i unikania, w miarę możliwości, agresywnych namów do zakupu jakiegoś badziewia bądź paskudztwa.

Na widok znanej twarzy przerwali rozmowę.

Za ladą baru z przekąskami mężczyzna o młodym wyglądzie sączył napój ciemnej barwy. Miał na sobie białą koszulkę, bardzo obcisłą, skórzane spodnie i wojskowe glany. Podeszli do niego od tyłu, ale nim znaleźli się naprawdę blisko, już ich wypatrzył.

– Panie Arsenio – odezwał się nowy.

Delikwent się odwrócił. Kiedy stało się z nim twarzą w twarz, młodzieńczy wygląd znikał i ustępował miejsca prezencji sześćdziesięcioletniego mężczyzny o farbowanych włosach.

– I jak tam? – zapytał pan Arsenio, nie okazując zaskoczenia na widok starego kolegi.

– Wyglądasz odlotowo – stwierdził nowy.

– Czego potrzebujecie? – spytał pan Arsenio, nie zwracając uwagi na komplement.

– Szukamy informacji – powiedział nowy. – To mój kolega Chema. Można mu ufać.

– Znam go z widzenia – odparł pan Arsenio, nie zaszczyciwszy garbusa spojrzeniem. – I wiem, dla kogo pracuje. Ty też?

– Z czegoś trzeba żyć, Arsenio – odrzekł nowy. – Nas, którzyśmy zaliczyli odsiadkę, nikt nie chce.

– Zostań żigolakiem jak ja – zaproponował pan Arsenio bez cienia ironii.

– Chyba bym się nie nadawał – odrzekł nowy. – Teraz prowadzę dochodzenia. Dlatego pozwalam sobie zawracać ci głowę. Nieboszczyk z Hotelu Dziki Indianin. Powiesił się w pokoju. Bez ubrań. Tego samego wieczoru była u niego panienka. Nie był to pierwszy raz. Chodzi mi o tę wizytę, rzecz jasna. Najwyraźniej przyjmował takie odwiedziny, kiedy lokował się w tym hotelu. Być może wybierał go właśnie z tego względu.

– Znam sprawę – syknął pan Arsenio, rozglądając się dyskretnie na boki. – Co chcesz wiedzieć?

– Te dziewczyny – podjął nowy. – Jeśli to były profesjonalistki, to musisz je znać.

– No ale nie znam – uciął sucho żigolo weteran. – Nie są stąd. To znaczy: nie pracują w dzielnicy. Bardziej wyrafinowane niż lokalny produkt. Postaram się czegoś dowiedzieć.

– Nic ci w zamian nie mogę zaoferować – zaznaczył nowy.

– Nieważne – odparł don Arsenio. – Coś ci jestem dłużny, jeśli dobrze pamiętam. A jeśli nie, to ty będziesz miał u mnie dług, a to w sumie na jedno wychodzi.

– Co pijesz? – zapytał nowy, żeby zmienić temat: obu krępowały te wzajemne oznaki szacunku.

– Koktajl dnia: winiak z cytrynowym Schweppesem – odparł weteran. – Nie polecam.

4

Wróciwszy do domu, nowy zastaje syna wpatrzonego w ekran komputera. Podchodzi bliżej i widzi, że chłopak gapi się nieprzytomnie w teledysk rapera C. Tangany. Dyskretnie, żeby nie było, że się wtrąca, pyta chłopaka, czy odrobił już zadania, na co ten odpowiada dźwiękiem, który może oznaczać tak, nie albo być może. Nie zagłębiając się w temat, nowy wchodzi do kuchni i bierze się do szykowania kolacji. Kroi zieloną paprykę, podsmaża na czosnku, dorzuca garść mrożonej boćwiny oraz dwie kiełbaski z puszki. Dolewa wody z kranu i czeka, aż się to wszystko zagotuje. Zapach jedzenia przyciąga chłopaka. Ten rzuca okiem na garnek i wzdycha.

– Znowu? – pyta z tonem skargi w głosie.

– Pożywne i zbilansowane – mówi nowy.

– Mógłbyś się nauczyć jakiejś innej potrawy niż te, co ci pokazali w więzieniu – zauważa chłopak. – Istnieje pełno książek kucharskich. A w telewizji masz kucharzy, co wszystko ci pokazują.

– Nie mam czasu – tłumaczy.

– Znalazłeś pracę? – pyta chłopak.

– Tak. Dziś zacząłem – odpowiada jego ojciec.

– Jako kto? – dopytuje chłopiec.

– Jako tajny agent – wyjawia. – Nikomu nie mów.

– Tato, to nie jest poważna robota – narzeka chłopak.

– Niczego innego nie znajdę – tłumaczy się. – Z moimi zaszłościami i bez żadnego zawodu… Dlatego musisz się uczyć. Żebyś nie skończył jak ja. Lekcje ­odrobiłeś?

– Bardzo mało mi zostało – mamrocze chłopiec niezbyt przekonanym głosem.

– No to nie ma telewizji, póki nie skończysz – ostrzega ojciec. – Zajmij się tym, kiedy ja robię kolację, a jak skończysz, nakryj do stołu.

Gdy kolacja jest gotowa, stół nadal czeka na nakrycia, a chłopak sprawia wrażenie skupionego na ekranie komputera. Nowy podchodzi od tyłu i czyta to, co napisał jego syn:

Mój ojciec to cienias.

Od kiedy wyszedł z więzienia, łazi przygnębiony i nie może utrzymać się w żadnej pracy.

Kiedy idzie na podryw, robi z siebie błazna i dziewczyny uciekają w panice.

Gotuje beznadziejnie.

Robi co może, żeby nie płacić podatków.

Polityczna sytuacja Katalonii wisi mu i powiewa.

Facet mojej matki jest moim pasterzem; z nim niczego mi nie brak.

– Nie powinieneś się zająć zadaniami? – pyta, starając się nie popadać w dydaktyczny ton.

– To właśnie jest zadanie – odpowiada chłopak.

Nowemu ta nowoczesna pedagogika wydaje się chybiona, jałowa i może nawet trochę głupia, ale powstrzymuje się od komentarzy na ten temat, żeby nie podważać autorytetu nauczyciela bądź nauczycielki, no i żeby nie mieszać się do metod nauczania prestiżowej szkoły, zwłaszcza że nie dokłada nawet centa do dość wygórowanego miesięcznego czesnego.

Z całej listy najbardziej boli go zapisek o gotowaniu. Kiedy po raz drugi trafił do zakładu, skierowano go do kuchni i uczył go tam znany kuchmistrz, który także kradł i oszukiwał, i jeszcze, jakby tego było mało, bił pomocników kuchennych. W więzieniu wołano na niego Pączkowy Potwór. Nowy kilka razy oberwał, ale opanował podstawy nowoczesnej gastronomii. Gdy kucharz wyszedł na wolność, to on przejął kuchnię i miał pod sobą dwóch podwładnych. Zdarzały się protesty, a raz, po kolacji wigilijnej, spuścili mu niezłe manto. Że chłopak woli matkę, to rzecz naturalna. Jego poznał długo po przyjściu na świat, nowy nie chciał bowiem, ­żeby syn odwiedzał go w więzieniu: dziecko nie powinno oglądać ojca za kratami.

Prowadził nieuporządkowane życie, ale się zmienił i obecnie uważa się za zresocjalizowanego. To matka chłopca sprawiła, że porzucił złe życie. Kiedy zaszła w ciążę, zaproponował jej małżeństwo. Miała dość konserwatywne poglądy, więc poprosiła, by przed podjęciem tak ważnej decyzji udali się razem na rozmowę z księdzem zaprzyjaźnionym z rodziną. Przed duchownym młody wyznał swoje błędy przeszłości i uroczyście przysięgał poprawę. Ksiądz okazywał dużą wyrozumiałość, ale kiedy wyszli, zadzwonił na policję i doniósł. Dwa dni później para wróciła, by kontynuować nauczanie, ale już na niego czekali. Tak został przymknięty. Kapłan tłumaczył, że wahał się, czy zachować sekret spowiedzi, czy jednak zachować się po obywatelsku. Ostatecznie uznał, że nauczanie Kościoła kieruje się raczej w tę drugą stronę. Nawet jeśli zostałyby wobec mnie zastosowane kościelne represje, zeznał w sądzie, moje sumienie obywatelskie jest najważniejsze. Nowy trafił za kraty i cztery lata czekał na proces. Po zakończeniu postępowania został skazany na siedem lat ciężkiego więzienia. Jako że ponad połowę wyroku już odsiedział, uznano, że absurdem byłoby przyznać mu zwolnienie warunkowe, wysłano go więc do zakładu z zastrzeżeniem, żeby go litościwie traktować. Tak zdobył pracę w kuchni. Jako że było to pożądane stanowisko, nie skrócono mu kary ze względu na wykonywanie pracy. Gdy wyszedł, syn bardzo już wyrósł, a jego matka ułożyła sobie życie na nowo. Teraz chłopak mieszka z nią, ale od czasu do czasu nocuje u ojca.

Podczas kolacji rozmowa się nie klei. Chłopak nie ma ochoty o niczym opowiadać, a ojciec nie waży się naciskać. Zresztą on sam też specjalnie komunikatywny nie jest. Kilka razy chłopiec pyta ojca, za co poszedł siedzieć, na co on odpowiada zawsze tak samo:

– Opowiem ci, jak trochę podrośniesz.

Milczy po części dlatego, że wstydzi się swojej przeszłości; po części nie chce dawać dziecku złego przykładu. Zaciągnął u społeczeństwa dług i odsiedział należną karę, ale taki dług nie znika nigdy. No i poza wszystkim nie chce dopuścić do tego, by syn poszedł w jego ślady, nie wie jednak, jak to osiągnąć: jego własna kryminalna przeszłość pozbawia go jakiejkolwiek wiarygodności. Pokłada zaufanie w naturalnej skłonności dzieci do robienia wszystkiego wbrew rodzicom: może właśnie przez to jego syn będzie trzymał się prawej ścieżki. No a poza tym ma nadzieję, że ta odrobina tajemnicy sprawi, że chłopiec będzie chciał dalej do niego przychodzić, nawet jeśli bez entuzjazmu.

Kończą jeść, nowy zbiera naczynia i zmywa je w zlewie. Wraca do jadalni, syn siedzi przed telewizorem. Przyciąga więc krzesło i siada obok.

– Co chcesz oglądać? – pyta, gotów przełknąć każdy serial o żywych trupach albo społeczeństwach przyszłości, w której technologia poniewiera ludźmi.

– No przecież wiesz – odpowiada chłopak. – Program mamy.

– A, faktycznie, to dziś… – mamrocze nowy.

Jego żona od lat pracuje w lokalnej telewizji. Stacja zaczęła nadawać lata temu; stała za nią grupa ludzi o liberalnych i lekko nacjonalistycznych poglądach, acz zajmowali się nie tyle polityką, ile kulturą. Polityką kulturalną. Z czasem grupa się rozpadła i pierwotne założenia się rozmyły. Teraz kanał utrzymuje się z różnych źródeł i jeśli kieruje się jakąś ideologią, to w programach jej nie widać, nie wyczuwają jej też widzowie. Obecnie żona nowego prowadzi program dyskusyjny poświęcony zagadnieniom kultury popularnej z perspektywy historycznej. Audycja nadawana jest w paśmie nazywanym prime time. W rzeczywistości jest to pora, w której inne stacje nadają swoje najlepsze programy – kanał nie ma z nimi szans, jego twórcy uznają więc wskaźniki oglądalności za stracone, toteż wypełniają ten czas czymś, czego i tak nikt nie ogląda. Nieliczna widownia audycji składa się z ludzi w pewnym wieku; tematy wybierane są pod ich kątem.

– O czym będzie dzisiaj? – pyta nowy, żeby wykazać zainteresowanie.

Chłopak wzrusza ramionami.

– Jakaś tam rocznica Jorgego Negretego. Będą mówić o jego życiu, meksykańskiej muzyce i wpływie na kolejne pokolenia.

Chłopiec siedzi przed telewizorem tylko po to, żeby oglądać matkę. On sam chętnie też by tak zrobił. Tak naprawdę nie wyobraża sobie atrakcyjniejszego planu niż patrzenie na swoją żonę w towarzystwie syna. Ale z poczucia przyzwoitości zasłania się zmęczeniem i wycofuje do swojego pokoju.

– Jak skończy się program – mówi – idź prosto do łóżka. A jeśli wcześniej cię znudzi, to idź od razu. Żadnego skakania po kanałach, znam cię.

Wie, że chłopak zlekceważy to polecenie. Podczas jednej z przydługich przerw na reklamy, wypełnionych najbardziej nieprawdopodobnymi produktami z możliwych, zmieni kanał i będzie się gapić na jakiś film, acz możliwości wielkich nie będzie, nowy nie ma bowiem abonamentu na Netflixa ani HBO, ani żadną inną płatną platformę. Nawet na krajowy Filmin. Tak czy inaczej, zamierza czuwać do jakieś rozsądnej godziny, a potem wyjdzie z sypialni i każe młodemu kłaść się spać i gasić światło, a jeśli jednak chłopak już się położy, ogarnie łazienkę i wstępnie ­przygotuje śniadanie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej