Trzy siostry - Heather Morris - ebook + audiobook + książka

Trzy siostry ebook i audiobook

Heather Morris

4,6

Opis

Obietnica bycia razem. Nierozerwalna więź. Zaciekła wola przetrwania

Autorka międzynarodowych bestsellerów Heather Morris opisuje zapierające dech w piersiach zakończenie trylogii, zapoczątkowanej Tatuażystą z Auschwitz.

Kiedy są dziewczynkami, Cibi, Magda i Livi obiecują ojcu, że zostaną razem bez względu na wszystko. Wiele lat później naziści wywożą piętnastoletnią Livi do Auschwitz. Cibi ma 19 lat i pamięta złożoną obietnicę i rusza za Livi – zamierza ją ochronić lub umrzeć razem z nią.

Siedemnastoletnia Magda ukrywa się w rodzinnym mieście na Słowacji, ale w końcu zostaje schwytana. W horrorze obozu zagłady trzy piękne siostry spotykają się ponownie. Choć żyją w najgorszym koszmarze, są razem. Składają sobie kolejną obietnicę: że będą żyć. Ich walka o przetrwanie wyrwie je z piekła Auschwitz, lecz będą musiały przetrwać marsz śmierci przez rozdartą wojną Europę, by ostatecznie trafić do Słowacji, teraz pod rządami komunistów. Zdeterminowane, żeby zacząć od nowa, wyruszają w kolejną podróż – do nowej ojczyzny, Izraela.

Tętniące od szczegółów i pięknie opowiedziane Trzy siostry ścisną wam serce i zadziwią odwagą i dziką miłością trzech sióstr. Dwie siostry mieszkają dziś w Izraelu, otoczone rodziną i przyjaciółmi. Wybrały Heather Morris, aby opowiedziała ich historię.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 500

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 23 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,6 (358 ocen)
257
68
20
10
3
Sortuj według:
deva358

Nie polecam

Napompowana i oderwana historia ma tyle nieścisłości, że aż nie warto tracić czasu. Stwarza mylne pozory historii, a to w dużej mierze fikcja. Takie książki robią wiele zła.
30
alicjamisiak55

Dobrze spędzony czas

Ciekawa opowieść, chwytająca za serce. Jednak miejscami zbyt podkoloryzowana i posiadająca wiele nieścisłości, które mogą irytować osoby interesujące się tematem obozów.
20
Magdalena169

Nie polecam

NIE, to nie jest książka godna polecenia. Jest zmyślona, pełna historycznych nieścisłości. Jeżeli ktoś się nie interesuje tematem obozów to wprowadza go w totalnie mylne opinie o tym miejscu, życiu więźniów i ogólnych warunkach. Już to, że autorka wydaję w ciągu roku masę książek jest znakiem tego, że się na niczym nie zna.
20
Litkom01

Nie oderwiesz się od lektury

piękna
10
Asiabrym

Całkiem niezła

Jak dla mnie ta część była trochę naciagana, pisanie o życiu codziennym po wyjściu z obozu zajęło zbyt wiele miejsca w tej książce, przez co niestety książka stała się nudna. Pierwsze dwie książki o niebo lepsze.
00

Popularność




Tytuł oryginału Three Sisters
Przekład KAJA GUCIO
Wydawca KATARZYNA RUDZKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja ANNA HEGMAN
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, ALEKSANDRA PTASZNIK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne Zespół
Zdjęcie na okładce © Stephen Mulcahey / Trevillion Images
Łamanie | manufaktu-ar.com
Three Sisters Copyright © Heather Morris 2021 Originally published in the English language in the UK by Bonnier Zaffre, an imprint of Bonnier Books UK Limited, London. The moral rights of the author have been asserted. Copyright © for the translation by Kaja Gucio Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021
Warszawa 2021 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67022-01-9
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Cibi, z”l – Magda – Livia

Dziękuję za waszą siłę i nadzieję, których trzymałyście się w najczarniejszej godzinie w dziejach ludzkości, by potem stworzyć życie w nowej ziemi, założyć kochające rodziny i stać się dla nas wszystkich inspiracją.

Miszka, z”l – Icko, z”l – Ziggy, z”l

Macie swoje własne historie przetrwania. Macie własne historie o odwadze, nadziei, miłości i utracie rodziny. Mieliście miłość trzech niesamowitych kobiet i rodzin, które wspólnie z nimi stworzyliście.

Karol (Kari), Joseph (Yossi) – Chaja, Judith (Ditti) – Oded (Odie), Dorit

Dorastaliście, słuchając historii swoich rodziców. Jesteście bogatsi o ich wytrwałość, siłę, odwagę i gotowość do dzielenia się przeżyciami z przeszłości, tak by nikt z nas nigdy o niej nie ZAPOMNIAŁ.

Randy, Ronit, Pam, Yossi, Joseph, Yeshai, Amiad, Hagit – Noa, Anat – Ayala, Amir, Ariela – Daniel, Ruth, Boaz – Lee-Or, Nogah, Pnina, Galil, Edan, Eli, Hagar, Dean, Manor, Alon, Yasmin, Shira, Tamar – Carmel, Albie – Maayan – Doron, Ofir, Maor – Raphael, Ilan – Romi

I POKOLENIA, KTÓRE NADEJDĄ PO NICH.

Skrót z”l został dodany do niektórych imion, by uhonorować pamięć o tych, którzy odeszli. Oznacza zichrono liwracha – błogosławionej pamięci.

I

OBIETNICA

PROLOG

Vranov nad Topl’ou, Słowacjaczerwiec 1929

Trzy siostry, Cibi, Magda i Livi, siedzą wokół ojca na niewielkim podwórku przed domem. Krzew oleandra, który ich matka z takim oddaniem starała się przywrócić do życia, zwiesza smętnie gałęzie w kącie ogródka.

Trzyletnia Livi, najmłodsza, zrywa się z miejsca: siedzenie w bezruchu nie leży w jej naturze.

– Livi, usiądź, proszę – strofuje ją Cibi. Ma siedem lat, więc jest najstarsza i to na niej spoczywa obowiązek karcenia sióstr, jeśli źle się zachowują. – Ojciec chce z nami porozmawiać.

– Nie – oznajmia trzyletnia Livi i zaczyna skakać wokół siedzących, po kolei klepiąc każdą z nich po głowie. Pięciolatka Magda, średnia siostra, suchą gałązką oleandra rysuje wyimaginowane wzory na ziemi. Jest ciepłe, słoneczne letnie popołudnie. Drzwi kuchenne są otwarte, do ogrodu dociera słodki zapach świeżo upieczonego chleba. Dwa okna, jedno w kuchni, drugie w niewielkim pokoju, który zajmuje rodzina, najlepsze dni mają już za sobą. Farba na futrynach się łuszczy – zima odcisnęła piętno na budynku. Brama do ogrodu zatrzaskuje się pod wpływem podmuchu wiatru. Zamek się zepsuł; jeszcze jedna rzecz, którą ojciec musi naprawić.

– Chodź tu, kiciu. Usiądziesz mi na kolanach? – ojciec prosi Livi.

To, że starsza siostra każe jej coś zrobić, to jedno, ale kiedy prosi ojciec, a do tego tak słodkim tonem, to zupełnie inna sprawa. Livi wdrapuje mu się na kolana, niechcący uderzając go ręką w skroń. Nie wie nawet, jaki ból mu tym sprawiła.

– Wszystko w porządku, tato? – Magda jest zaniepokojona, bo zauważyła na twarzy ojca grymas, gdy jego głowa odskoczyła do tyłu. Gładzi palcami jego ogorzały policzek.

– Tak, kochanie. Nic mi nie jest. Najważniejsze, że mam przy sobie moje córeczki. Czego więcej ojciec może chcieć od życia?

– Mówiłeś, że chcesz z nami porozmawiać – Cibi, jak zawsze niecierpliwa, przechodzi od razu do sedna.

Menachem Meller patrzy w oczy swoim ślicznym córkom. Nie przejmują się niczym, nie zważają na twarde realia życia z dala od bezpiecznego domu. Menachem jednak doświadczył tej rzeczywistości i nadal żyje z jej konsekwencjami. Kula, która nieomal zabiła go podczas Wielkiej Wojny, nadal tkwi w jego szyi, a teraz, dwanaście lat później, wygląda na to, że może dokończyć dzieła.

Rezolutna, harda Cibi... Menachem gładzi ją po włosach. W dniu swoich narodzin ogłosiła, że świat powinien mieć się na baczności – oto przybyła i biada każdemu, kto wejdzie jej w drogę. Jej zielone oczy przybierają barwę ognistego złota, kiedy jej temperament daje o sobie znać.

A Magda, piękna, delikatna Magda – jak to możliwe, że ma już pięć lat? Menachem obawia się, czy jej słodka natura nie sprawi, że inni będą ją ranić i wykorzystywać. Jej wielkie niebieskie oczy, pełne zrozumienia dla jego wątłego zdrowia, wpatrują się w niego z miłością. Widzi jej ponad wiek dojrzałe spojrzenie, rozpoznaje w nim empatię, którą odziedziczyła po matce i babci, oraz gorące pragnienie, by troszczyć się o innych.

Livi przestaje się wiercić, gdy Menachem gładzi jej miękkie loki. Powiedział kiedyś żonie, że ich najmłodsza córka to mała dzikuska, a on martwi się, by w przyszłości nie dała się ponieść przygodzie, a potem nie złamała jak mała gałązka, gdy zostanie przyparta do muru. Jej przenikliwe niebieskie oczy i drobna budowa ciała przywodzą mu na myśl płochą sarenkę, zawsze gotową do ucieczki.

Jutro czeka go operacja usunięcia z szyi zabłąkanej kuli. Dlaczego nie mogła pozostać tam, gdzie tkwiła tak długo? Modlił się bez końca o więcej czasu dla córek. Ponad wszystko pragnie poprowadzić je w dorosłość, uczestniczyć w ich ślubach, przytulić wnuki. Operacja jest ryzykowna i jeśli Menachem jej nie przeżyje, to może być ostatni dzień, który z nimi spędzi. Na wypadek gdyby tak miało się stać, choć trudno o tym myśleć w ten wspaniały słoneczny dzień, to nadeszła właśnie chwila, by przekazał dziewczynkom to, o co musi je poprosić.

– No dobrze, tato, co chcesz nam powiedzieć? – pyta Cibi.

– Cibi, Magda, czy wiecie, co to jest obietnica? – pyta Menachem. Chce, żeby potraktowały to poważnie.

– Nie. – Magda kręci głową.

– Ja chyba wiem – mówi Cibi. – To jest wtedy, gdy dwie osoby mają jakąś tajemnicę, prawda?

Menachem uśmiecha się na te słowa. Cibi próbuje zmierzyć się z każdym zadaniem, a on właśnie tę cechę kocha w niej najbardziej.

– Jesteś blisko, kochanie, ale obietnica może dotyczyć więcej niż dwóch osób. Chciałbym, żeby ta objęła was trzy. Do Livi jeszcze to nie dotrze, więc będziecie musiały jej o tym opowiadać tak długo, aż w końcu to pojmie.

– Nic nie rozumiem, tato – wtrąca Magda. – Strasznie to skomplikowane.

– Nie, to bardzo proste, Magda – uśmiecha się Menachem. Nic nie sprawia mu większej przyjemności niż rozmowa z dziewczynkami. Czuje ucisk w piersi, musi zapamiętać tę chwilę, ten słoneczny dzień i szeroko rozwarte oczy trzech córek. – Chcę, żebyście obiecały mi i sobie nawzajem, że każda z was zawsze będzie dbać o siostry. Że zawsze będziecie troszczyć się o siebie nawzajem, bez względu na wszystko. Że nie pozwolicie, by cokolwiek was rozdzieliło. Rozumiecie?

Magda i Cibi kiwają głowami.

– Tak, tato, ale dlaczego ktoś miałby nas rozdzielić? – Cibi pyta nagle poważnym głosem.

– Nie twierdzę, że tak się stanie, chcę tylko, byście mi obiecały, że jeśli ktokolwiek będzie próbował to zrobić, przypomnicie sobie to, o czym tu dziś rozmawialiśmy, i zrobicie wszystko, co w waszej mocy, by do tego nie dopuścić. We trzy razem będziecie silniejsze, nie wolno wam o tym zapomnieć. – Głos Menachema łamie się nagle, mężczyzna chrząka cicho.

Cibi i Magda wymieniają spojrzenia. Livi wodzi wzrokiem od jednej siostry do drugiej, potem spogląda na ojca, zdając sobie sprawę, że zapadła jakaś ważna decyzja, choć nie ma pojęcia, co to znaczy.

– Obiecuję, tato – mówi Magda.

– Cibi? – pyta Menachem.

– Ja też obiecuję, tato. Obiecuję opiekować się siostrami, nikomu nie pozwolę ich skrzywdzić, wiesz o tym.

– Tak, wiem, kochana Cibi. Ta obietnica to taki pakt całej waszej trójki i nikogo innego. Powiesz o tym Livi, gdy dorośnie na tyle, by to zrozumieć?

Cibi ujmuje buzię Livi w dłonie i patrzy jej w oczy.

– Livi, powiedz „obiecuję”.

Livi wpatruje się w siostrę. Cibi skinieniem głowy zachęca ją do wypowiedzenia słowa.

– Obniecuję – przekręca słowo dziewczynka.

– Teraz powiedz to ojcu, powiedz „obiecuję, tato” – nakazuje Cibi.

Livi odwraca się do Menachema. W jej oczach tańczą figlarne chochliki, dziewczynka z wyraźnym trudem wstrzymuje chichot. Na widok ciepłego uśmiechu ojca jej serduszko wypełnia radość.

– Obniecuję, tato. Livi obniecuje.

Ojciec przyciska dziewczynki do piersi, spogląda ponad głową Cibi i uśmiecha się do jeszcze jednej kobiety w jego życiu, matki jego córek, która stoi na progu ich domu i ociera spływające po policzkach łzy.

Menachem ma zbyt wiele do stracenia – musi przeżyć.

1

Vranov nad Topl’oumarzec 1942

– Powiedz mi, że nic jej nie będzie, tak się martwię. – Chaja patrzy niespokojnie, jak lekarz bada jej osiemnastoletnią córkę.

Magda od kilku dni zmaga się z gorączką.

– Wszystko w porządku, pani Mellerowa, Magda wyzdrowieje – uspokaja ją doktor Kisely.

Maleńka izba mieści dwa łóżka: w jednym śpi Chaja z najmłodszą Livi, a drugie dzielą Magda i starsza siostra Cibi, kiedy ta jest akurat w domu. Jedną ścianę zajmuje pokaźnych rozmiarów komoda, zagracona drobiazgami należącymi do czterech mieszkanek domu. Na pierwszy plan wysuwa się szklana buteleczka perfum przewiązana szmaragdowozieloną tasiemką z frędzelkiem, obok zaś ustawiono niewyraźną fotografię. Przedstawia ona siedzącego na krześle przystojnego mężczyznę, który na jednym kolanie trzyma niemowlę, a na drugim kilkulatkę. Po jego lewej stronie stoi jeszcze jedna, starsza dziewczynka. U prawego boku męża, z ręką opartą na jego ramieniu, siedzi matka. Zarówno ona, jak i córki ubrane są w białe koronkowe sukienki. Razem tworzą idealny obraz rodziny – a przynajmniej niegdyś tworzyli.

Kiedy Menachem Meller zmarł na stole operacyjnym – kulę usunięto, ale pacjent stracił zbyt wiele krwi i nie przeżył zabiegu – Chaja owdowiała, a dziewczynki zostały bez ojca. Icchak, ojciec Chai i dziadek sióstr, wprowadził się wtedy do nich i od tego czasu pomaga, jak tylko może, a brat Chai, Ivan, mieszka w domu naprzeciwko.

Chaja nie jest sama, choć tak właśnie się czuje.

W izbie zaciągnięto ciężkie zasłony, więc wstrząsana dreszczami, rozgorączkowana Magda nie widzi blasku wiosennego słońca, które teraz zagląda przez szczeliny.

– Możemy porozmawiać w drugim pokoju? – doktor Kisely pyta Chaję, biorąc ją za rękę.

Livi, usadowiona po turecku na drugim łóżku, patrzy, jak matka przykłada Magdzie do czoła kolejny zimny kompres.

– Zostaniesz z siostrą? – pyta kobieta, a Livi przytakuje.

Kiedy dorośli wychodzą, Livi podchodzi do łóżka chorej i kładzie się obok niej, po czym ociera pot z twarzy Magdy suchą ściereczką.

– Wszystko będzie dobrze, Magda. Nie pozwolę, żeby coś ci się stało.

Magda z trudem przywołuje na usta lekki uśmiech.

– To moja kwestia. Jestem twoją starszą siostrą, to ja się tobą opiekuję.

– No to wyzdrowiej.

Chaja i doktor Kisely kierują się do większego pokoju. Drzwi wejściowe otwierają się bezpośrednio na tę przytulną przestrzeń mieszkalną, a z tyłu znajduje się niewielka kuchnia.

Dziadek dziewczynek, Icchak, stoi przy zlewie i myje ręce. Z podwórka ciągnie się za nim ścieżka wiórów, a jeszcze więcej ich leży na wyblakłym niebieskim filcu, którym wyłożona jest podłoga. Zaskoczony mężczyzna odwraca się, chlapiąc wodą na podłogę.

– Co się dzieje? – pyta.

– Icchak, dobrze, że tu jesteś, chodź i usiądź z nami.

Chaja podnosi na młodego lekarza przerażone oczy. Doktor Kisely uśmiecha się i sadza ją na kuchennym krześle, po czym robi miejsce za stołem dla Icchaka.

– Aż tak z nią źle? – pyta dziadek.

– Nic jej nie będzie. To tylko gorączka, taka zdrowa młoda dziewczyna raz-dwa wydobrzeje.

– Więc o co chodzi? – Chaja unosi dłoń w pytającym geście.

Doktor Kisely znajduje sobie krzesło i siada.

– Nie denerwujcie się tym, co wam teraz powiem.

Chaja kiwa głową, rozpaczliwie pragnąc, by lekarz przeszedł do rzeczy. Lata, które upłynęły od wybuchu wojny, odcisnęły na niej piętno: jej niegdyś gładkie czoło jest poorane zmarszczkami, a sukienka wisi na niej jak mokre pranie.

– Mówże, w czym rzecz, człowieku! – woła Icchak. Postarzał się przedwcześnie, odkąd wziął na siebie odpowiedzialność za córkę i wnuczki, i nie ma cierpliwości do owijania w bawełnę.

– Chciałbym zabrać Magdę do szpitala.

– Co takiego? Przecież dopiero co powiedział pan, że ona wyzdrowieje! – krzyczy Chaja. Dźwiga się ciężko z krzesła, przytrzymując blatu dla równowagi.

Doktor Kisely uspokaja kobietę gestem dłoni.

– Nie chodzi o to, że jest chora. Jest inny powód, dla którego chcę przyjąć Magdę na oddział, i zaraz wam wszystko wyjaśnię, jeśli tylko mnie posłuchacie.

– O czym ty mówisz? – mówi Icchak. – Powiedz wprost, o co chodzi.

– Docierają do mnie plotki, straszne plotki. Mówi się, że młodych Żydów, dziewczęta i chłopców, wywożą ze Słowacji na roboty do Niemców. W szpitalu Magda będzie bezpieczna, a ja obiecuję, że nie pozwolę, by spotkało ją coś złego.

Chaja opada ciężko na siedzenie, chowa twarz w dłoniach. To coś znacznie gorszego niż gorączka.

Icchak głaszcze ją po plecach, ale myślami jest gdzie indziej – chce usłyszeć wszystko, co lekarz ma do powiedzenia.

– Co jeszcze wiadomo? – pyta, patrząc lekarzowi prosto w oczy.

– Jak już mówiłem, plotki i pogłoski, ale nic dobrego dla Żydów. Jeśli przyjdą po wasze dzieci, to będzie początek końca. A praca dla nazistów? Nie mamy pojęcia, co to znaczy.

– Co możemy zrobić? – pyta Icchak. – Straciliśmy już wszystko, prawo do pracy, do wyżywienia rodziny... Co jeszcze mogą nam odebrać?

– Jeśli dać wiarę temu, co się mówi, to oni chcą waszych dzieci.

Chaja prostuje się gwałtownie. Twarz ma zaczerwienioną, ale oczy suche.

– A co z Livi? Kto ją ochroni?

– Z tego, co wiem, biorą od szesnastego roku życia. Livi ma czternaście lat, prawda?

– Szesnaście.

– To jeszcze dziecko – uśmiecha się doktor Kisely. – Myślę, że Livi jest bezpieczna.

– A jak długo Magda będzie w szpitalu? – pyta Chaja, po czym spogląda na ojca. – Ona się nie zgodzi, nie będzie chciała zostawić Livi. Pamiętasz, tato, kiedy Cibi wyjechała, kazała Magdzie obiecać, że będzie się opiekować siostrzyczką.

Icchak kładzie rękę na dłoni Chai.

– Jeśli mamy ją uratować, to musi pójść do szpitala, czy będzie tego chciała czy nie.

– Myślę, że wystarczy kilka dni, najwyżej tydzień. Niedługo okaże się, czy te pogłoski są prawdziwe, a potem przywiozę ją do domu. A Cibi? Gdzie ona jest?

– Zna ją pan, znowu pojechała na hachszarę. – Chaja nie wie, co ma myśleć o hachszarze, programie szkoleniowym, w ramach którego młodzi ludzie uczą się umiejętności niezbędnych do rozpoczęcia nowego życia w Palestynie, z dala od Słowacji i wojny szalejącej w Europie.

– Ciągle się uczy, jak orać ziemię? – żartuje lekarz, ale ani Chaja, ani Icchak się nie uśmiechają.

– Jeśli wyemigruje, właśnie to tam zastanie: mnóstwo żyznej ziemi, która tylko czeka na obsianie – odpowiada starszy mężczyzna.

Chaja jednak milczy, zatopiona w myślach. Jedno dziecko w szpitalu, drugie na tyle młode, że zdoła uchronić się przed nazistami. A trzecie, Cibi, jej najstarsza córka, należy teraz do syjonistycznego ruchu młodzieżowego, któremu przyświeca idea budowania żydowskiej ojczyzny, bez względu na to, kiedy będzie to możliwe.

Wszyscy wiedzą już, że ziemia obiecana jest im potrzebna teraz, im szybciej, tym lepiej. Tymczasem, jak przypuszcza Chaja, przynajmniej trójka jej dzieci jest na razie bezpieczna.

2

Lasek nieopodal Vranova nad Topl’ou marzec 1942

Cibi przykuca, gdy kawałek chleba przelatuje jej obok skroni. Gromi wzrokiem młodzieńca, który go rzucił, ale jej błyszczące oczy mówią co innego.

Gdy nadeszło wezwanie, Cibi nie wahała się ani chwili i entuzjastycznie zareagowała na plan budowania przyszłości w nowym kraju. Na polanie w środku lasu, z dala od wścibskich oczu, zbudowano szałasy sypialne, a także wspólne pomieszczenie i kuchnię. Dwadzieścioro nastolatków uczy się tam samodzielnego życia, razem mieszka, pracuje i przygotowuje się do nowego życia w ziemi obiecanej.

Zorganizował to wujek jednego z chłopców biorących udział w szkoleniu. Josef przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo, jednak nadal czuł się związany z Żydami na Słowacji. Będąc zamożnym człowiekiem, mógł sobie pozwolić na zakup kawałka ziemi w lesie na obrzeżach miasta i stworzenie tam bezpiecznej przestrzeni, w której chłopcy i dziewczęta pobierają nauki. Josef wyznawał tylko jedną zasadę: w każdy piątek rano wszyscy wracali do domu na szabat i zostawali tam aż do niedzieli.

W kuchni Josef wzdycha, gdy widzi, jak Josi rzuca w Cibi skórką od chleba. Ta grupa ma już zorganizowaną podróż – wyjeżdżają za dwa tygodnie. Obóz szkoleniowy działa sprawnie – osiem podobnych grup już wyjechało do Palestyny – a ci tutaj ciągle się obijają.

– Jeśli żar w Palestynie nas nie zabije, to twoje gotowanie dokończy dzieła, Cibi Meller! – krzyczy do dziewczyny napastnik. – Może powinnaś się zająć uprawą żywności?

Cibi podchodzi do młodego człowieka i obejmuje go za szyję ramieniem.

– Rzuć we mnie czymś jeszcze, a w ogóle nie doczekasz Palestyny – mówi i ściska lekko.

– No dobrze, wystarczy – przerywa im Josef. – Kończcie i wychodźcie na zewnątrz. Za pięć minut zaczynają się ćwiczenia. – Przerywa na chwilę. – Cibi, potrzebujesz więcej czasu w kuchni, żeby popracować nad umiejętnością pieczenia chleba?

Cibi puszcza szyję Josiego i staje na baczność.

– Nie, panie komendancie, nie ma szans, żebym się w tej dziedzinie poprawiła, niezależnie od tego, ile czasu spędzę w kuchni.

W tle dwadzieścia krzeseł szura po drewnianej podłodze w prowizorycznej jadalni. Młodzi żydowscy chłopcy i dziewczęta w pośpiechu kończą posiłek, chcą jak najszybciej wyjść na zewnątrz i wrócić do ćwiczeń.

Ustawiają się w nierówne rzędy i stają na baczność, a ich nauczyciel, Josef, podchodzi do nich z uśmiechem na twarzy. Jest dumny ze swoich dzielnych rekrutów, chętnych, by wyruszyć w niebezpieczną podróż i zostawić za sobą rodziny i ojczyznę, podczas gdy wokół szaleje wojna i trwa nazistowska okupacja. Josef jest starszy i mądrzejszy, zatem w porę przewidział, jaka przyszłość czeka Żydów na Słowacji, i zorganizował hachszarę, wierząc, że to ich jedyna szansa, by przetrwać to, co nadchodzi.

– Dzień dobry – Josef wita grupę.

– Dzień dobry panu – chóralnie odpowiadają chłopcy i dziewczęta.

– Wtedy to właśnie Pan zawarł przymierze z Abramem, mówiąc... – Mężczyzna zawiesza głos, sprawdzając znajomość wersetów pierwszej księgi Biblii.

– Potomstwu twemu daję ten kraj, od Rzeki Egipskiej aż do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat – odpowiada grupa.

– Pan rzekł do Abrama...

– ...opuść ziemię swoją i rodzinę swoją, a idź do ziemi, którą ci wskażę – dopowiada młodzież.

Podniosłą chwilę przerywa pomruk silnika ciężarówki, która z trudem toruje sobie drogę przez polanę. Gdy podjeżdża obok nich, z szoferki wyskakuje miejscowy rolnik.

– Josi, Hanna, Cibi – woła Josef. – Jesteście dzisiaj pierwszymi ochotnikami do nauki jazdy. Cibi, nie obchodzi mnie, jak ci idzie z gotowaniem, musisz nauczyć się prowadzić ciężarówkę. Potraktuj to zadanie z taką samą zaciekłością, z jaką wcześniej dusiłaś Josiego, a lada moment sama będziesz uczyła pozostałych. Każde z was musi opanować jedną umiejętność do perfekcji, żebyście potem mogli pomagać w szkoleniu innych. Zrozumiano?

– Tak jest!

– No to reszta biegnie teraz do szopy. Znajdziecie tam mnóstwo maszyn rolniczych, będziecie się uczyć ich obsługi i konserwacji.

Cibi, Hanna i Josi zbierają się przy kierowcy ciężarówki.

– No dobrze, Cibi, ty pierwsza. Postaraj się niczego nie zepsuć, my z Hanną też chcemy mieć szansę – rzuca żartobliwym tonem Josi.

Cibi znowu łapie go za szyję.

– Będę jeździła po ulicach Palestyny, zanim zdążysz wrzucić pierwszy bieg – syczy mu do ucha.

– No dobra, dość wygłupów. Cibi, wskakuj, ja wejdę z drugiej strony – przerywa im rolnik.

Dziewczyna podciąga się posłusznie, a wtedy Josi popycha ją od tyłu. Cibi, na wpół w kabinie, na wpół poza nią, zastanawia się, co zrobić. Postanawia, że odwzajemni się koledze pięknym za nadobne, kiedy przyjdzie kolej na niego.

Josi i Hanna pękają ze śmiechu, gdy Cibi wrzuca bieg i zjeżdża na pobocze. Z okna po stronie kierowcy wysuwa się ręka i pozdrawia ich obscenicznym gestem.

3

Vranov nad Topl’oumarzec 1942

– Livi, odejdź od tego okna – prosi Chaja. – Magda wróci do domu, kiedy tylko poczuje się lepiej.

Nie jest pewna, czy dobrze zrobiła, wysyłając córkę do szpitala. Gdyby tylko Menachem nie umarł... Kobieta wie, że nie myśli racjonalnie, ale ma niejasne przeczucie, że wszystko to – wojna, Niemcy, kapitulacja kraju wobec nazistów – nie wydarzyłoby się, gdyby on żył.

– Ale, mamo, mówiłaś, że nie jest aż taka chora, no to dlaczego ciągle jest w szpitalu? Tyle dni już minęło – marudzi Livi, a Chaja wzdycha. Nie zliczy, ile razy odpowiadała już na to pytanie.

– Przecież wiesz, Livi. Doktor Kisely uznał, że kilka dni odpoczynku, z dala od twojego tłamszenia, pomoże jej szybciej wyzdrowieć. – Chaja uśmiecha się lekko.

– Wcale jej nie tłamszę! – odpowiada nadąsana Livi i odwraca się od okna, a zasłona opada i odgradza ją od świata, który z każdym dniem staje się coraz bardziej zagmatwany i groźny. Matka niechętnie wypuszcza ją teraz z domu, nawet na zakupy, ani nie pozwala jej spotykać się z koleżankami. Tłumaczy jej, że ludzie z Gwardii Hlinki są wszędzie i tylko czekają, żeby złapać takie żydowskie dziewczynki jak ona.

– Czuję się tu jak w więzieniu! Kiedy Cibi wróci do domu? – Livi zazdrości Cibi wolności i planów wyjazdu do ziemi obiecanej.

– Za dwa dni. Nie zbliżaj się do okna.

Na dźwięk głośnego pukania do drzwi Icchak wybiega z kuchni, gdzie dłutem rzeźbił gwiazdę Dawida w kawałku drewna. Kieruje się do wejścia, Chaja jednak powstrzymuje go gestem.

– Nie, tato, ja otworzę.

Na progu stoją dwaj młodzi mężczyźni z Gwardii Hlinki. Na ich widok Chaję przeszywa dreszcz. Oto stoją przed nią, w swoich groźnych czarnych mundurach, funkcjonariusze policji państwowej, a co ważniejsze – żołnierze Adolfa Hitlera. Nie ochronią ani jej, ani żadnego Żyda na Słowacji.

– Dzień dobry, Visik, jak się miewasz? A co u twojej matki? Jak się ma Irena? – Chaja nie zamierza okazać im strachu. Dobrze wie, po co tu przyszli.

– W porządku, dziękuję...

Drugi gwardzista robi krok do przodu. Jest wyższy, wyraźnie zły i o wiele groźniejszy od chłopca.

– Nie przyszliśmy tu na pogawędki. Pani Mellerowa?

– Wie pan, że tak. – Chaja czuje, jak serce wali jej jak młotem. – W czym mogę wam pomóc, chłopcy?

– Pani tak do nas nie mówi – warczy starszy. – Nie wolno tak się zwracać do gwardzistów Hlinki, patriotów na służbie.

Chaja wie, że to bzdura. Nie ma w nich nic patriotycznego. Wyszkoleni przez SS, zwrócili się przeciwko swoim własnym rodakom.

– Przepraszam, nie chciałam was obrazić. Jak mogę wam pomóc? – Chaja mówi najspokojniej, jak potrafi, z nadzieją, że nie zauważą drżenia jej rąk.

– Ma pani córki?

– Przecież pan wie, że mam.

– Są tutaj?

– W tej chwili?

– Tak, w tej chwili. Pani Mellerowa, pani powie, czy one tu z panią mieszkają.

– W domu jest Livi, moja najmłodsza.

– A pozostałe? Gdzie są? – Drugi strażnik robi kolejny krok.

– Magda jest w szpitalu. Jest bardzo chora i nie wiem, kiedy wróci, a Cibi... Visik, ty przecież wiesz, co robi Cibi i dlaczego jej nie ma.

– Pani Mellerowa, niech pani nie mówi do mnie po imieniu, my się nie znamy – błaga Visik, zawstydzony, że kobieta zwraca się do niego tak poufale przy koledze.

– Livi ma się zgłosić w synagodze w piątek o siedemnastej – mówi drugi funkcjonariusz i zagląda do wnętrza za plecami Chai. – Może zabrać ze sobą jedną torbę. Stamtąd pojedzie do pracy u Niemców. Ma przyjść sama, nikt nie może jej towarzyszyć. Pani rozumie rozkaz?

– Ale ja przecież właśnie wam powiedziałam! – Chaję ogarnia groza, w oczach jej płonie. – Nie możecie zabrać Livi, ona ma tylko szesnaście lat. – Chaja wyciąga do Visika rękę w błagalnym geście. – To przecież jeszcze dziecko!

Mężczyźni cofają się o krok, nagle niepewni, do czego może się posunąć zrozpaczona matka. Starszy kładzie dłoń na rękojeści pistoletu w kaburze.

Icchak podchodzi do córki i przytrzymuje ją w miejscu.

– Rozkaz to rozkaz, nazwisko pani córki jest na liście transportowej.

– Będzie dla niej lepiej, jeśli się stawi na czas – syczy Visik, pochylając się nad Chają. Chłopak nadyma pierś i podnosi podbródek, najwyraźniej próbując odzyskać utracony wcześniej autorytet, po czym śmieje się triumfalnie i wychodzi.

Chaja patrzy na Livi, wtuloną teraz w dziadka. Na zbolałej twarzy Icchaka maluje się gniew i poczucie winy, że nie zdołał ochronić najmłodszej wnuczki.

– Wszystko w porządku, dziadku. Mamo, ja mogę jechać do tej pracy u Niemców. Przecież to nie na długo. To tylko praca, nic trudnego.

Do izby wkrada się mrok. Światło słoneczne, które wcześniej wpadało przez okno, niknie teraz za gęstymi chmurami, ledwo widocznymi zza zaciągniętych zasłon. Rozlega się grzmot, a po chwili ulewny deszcz zaczyna bębnić o dach.

Chaja spogląda na Livi, swoją małą wojowniczkę, na jej niebieskie oczy, w których płonie determinacja. Livi odwzajemnia spojrzenie matki i to Chaja pierwsza odwraca wzrok. Kobieta zaciska dłonie na gorsie sukienki – jak zawsze, gdy czuje, że rozpada się w środku. Bezsilność objawia się jako fizyczny ból.

Nikt się nie odzywa. Chaja idzie do swojego pokoju, a po drodze wyciąga rękę i dotyka ramienia córki. Ani na chwilę nie podnosi wzroku. Livi i Icchak słyszą, jak zamykają się drzwi do sypialni.

– Może pójdę za nią?

– Nie, Livi, zostaw ją. Wyjdzie, kiedy będzie gotowa.

4

Vranov nad Topl’ou marzec 1942

– Co ty robisz, Livi? Zabierz te świece z parapetu, proszę.

Chaja wyciera ubrudzone mąką dłonie o fartuch. Dlaczego Livi ciągle przesiaduje przed oknem? Minęły dwa dni, odkąd gwardziści Hlinki oznajmili kobiecie, że musi oddać najmłodszą córkę. Została im ostatnia noc razem, pod jednym dachem. Chaja zamyka oczy i strofuje się w duchu. Dlaczego znowu zbeształa Livi? Dlaczego te ostatnie kilka dni spędziła w milczeniu, zatopiona we własnych myślach, skoro powinna była poświęcić cenne godziny na rozmowy z córką i okazywanie jej miłości?

– Nie, mamo, muszę je zapalić. Oświetlam Cibi drogę do domu.

– Ale wiesz, że nie wolno nam...

– Nie obchodzi mnie to! Co nam niby jeszcze zrobią, wywiozą mnie? Jutro i tak mnie to czeka! Jeśli to ma być moja ostatnia noc we własnym domu na długi czas, to chcę mieć świece w oknie.

W trakcie tej wymiany zdań Cibi, niezauważona przez matkę i siostrę, zbliża się do rodzinnego domu, a po chwili staje na progu.

– Kiciu, gdzie jesteś? – rozlega się jej głos.

Livi piszczy z radości i biegnie wprost w ramiona Cibi. Chaja nie może powstrzymać łez.

– Czyżbym słyszał delikatne stąpanie mojej najstarszej wnuczki? – mówi Icchak z charakterystycznym dla siebie ciepłem i humorem.

Chaja i Icchak łączą się z Cibi i Livi w mocnym uścisku.

– Mamo, czułam zapach twoich przysmaków na drugim końcu ulicy. Za długo żywiłam się tym, co sama ugotowałam, umieram z głodu.

– A jednak ciągle jakoś żyjesz – żartuje Icchak.

Livi opowiada siostrze o pobycie Magdy w szpitalu i uspokaja ją, na potwierdzenie przytaczając zapewnienia doktora Kisely’ego. Kiedy kończy, Chaja skinieniem głowy daje sygnał Icchakowi.

– Livi – mówi dziadek. – Chodź, pomożesz mi przynieść trochę opału z podwórka. Zapowiada się zimna noc, lepiej, żeby w kuchni było ciepło.

– Ojej, muszę? Cibi dopiero co wróciła do domu i chcę posłuchać o jej przygodach – jęczy Livi.

– Jeszcze zdążysz. A teraz chodź, pomóż staruszkowi.

Kiedy tylko wychodzą, Cibi spogląda uważnie na matkę.

– No dobrze, co się dzieje?

– Chodź ze mną – odpowiada Chaja i prowadzi ją do sypialni, po czym zamyka drzwi.

– Zaczynam się niepokoić, mamo. Powiedz, co się stało.

Matka bierze głęboki oddech.

– Twoja siostra jedzie do pracy u Niemców, ludzie z Gwardii Hlinki po nią przyszli. – Chaja zmusza się, by spojrzeć Cibi w oczy. – Jutro ma się stawić w synagodze. Nie wiem, gdzie ją zabiorą, ale mamy nadzieję, że nie na długo i że... że... – Kobieta urywa i siada ciężko na łóżku, a Cibi stoi w bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń.

– Nie mogą tego zrobić! To jeszcze dziecko, co ona niby ma robić dla Niemców? – mówi dziewczyna, bardziej do siebie niż do Chai. – A wujek Ivan nie mógłby nam pomóc?

– Nikt nie może nam pomóc, Cibi – szlocha Chaja, chowając twarz w dłonie. – Ja... Nie mogłam ich powstrzymać. Nie mogłam...

Cibi siada obok matki i odsuwa ręce od jej twarzy.

– Mamo, obiecałam, że zaopiekuję się siostrami. Pamiętasz?

Wokół oświetlonego świecami stołu rodzina Mellerów je kolację – wszyscy zastanawiają się w duchu, kiedy znów będzie im dane zasiąść razem do posiłku. Modlą się za Magdę, za zmarłego ojca i zmarłą żonę Icchaka, babcię dziewczynek. Próbują cieszyć się sobą jak zawsze, ale to, co ich czeka, nie daje im spokoju.

Gdy talerze są już puste, Chaja ujmuje dłoń Livi. Cibi wyciąga jedną rękę do stojącego obok niej Icchaka, a drugą do matki. Najmłodsza Mellerówna zamyka palce na dłoni dziadka, nie spuszczając oczu z Cibi siedzącej po drugiej stronie stołu. Krąg rodzinny trzyma się mocno. Cibi wytrzymuje spojrzenie Livi. Chaja nie podnosi wzroku, pozwala łzom spływać swobodnie po twarzy. Dopiero gdy nie może już opanować szlochu, dziewczynki spoglądają na matkę. Icchak puszcza ręce wnuczek i przytula córkę.

– Posprzątam – mówi cicho Livi, podnosząc się z krzesła.

Ledwie jednak dotknie talerza, Cibi wyjmuje go z jej dłoni.

– Zostaw to, kiciu, ja się tym zajmę, a ty kładź się już do łóżka.

Chaja i Icchak nie oponują, więc Livi po cichu wychodzi z kuchni. Cibi odkłada talerz z powrotem na stół.

– Pojadę z nią – szepcze. – To jeszcze dziecko, nie zostawię jej samej.

– Co ty opowiadasz? – Icchak marszczy brwi.

– Jutro pójdę razem z Livi. Zaopiekuję się nią, a potem przywiozę wam ją z powrotem do domu. Dopóki żyję, nie spotka jej żadna krzywda.

– Na tej liście jest tylko ona, ciebie mogą nie wpuścić. – Głos Chai łamie się od płaczu.

– Nie dadzą rady mnie powstrzymać, mamo, przecież wiesz. Na Cibi nie ma mocnych. Opiekujcie się Magdą do naszego powrotu. – Cibi podnosi podbródek. Decyzja została podjęta. Płomień świecy rzuca czerwone refleksy na jej włosy i odbija się w jej ogromnych zielonych oczach.

– Nie możemy cię o to prosić – mówi cicho Icchak, zerkając w stronę sypialni.

– Nie ma potrzeby, sama tak postanowiłam. Po prostu trzeba teraz spakować dwie torby.

Chaja wstaje z krzesła i obejmuje pierworodną córkę.

– Dziękuję, dziękuję – szepcze w jej gęste włosy.

– Coś mnie ominęło? – Livi staje na progu, po czym wchodzi do środka. Atmosfera w pokoju jest gęsta od napięcia. Icchak kładzie jej dłonie na ramionach i delikatnie sadza na powrót na krześle.

– Wiesz co, kiciu? Jutro pójdę z tobą! Co ty na to? – Cibi puszcza oko do siostry. – Chyba nie sądziłaś, że puszczę cię samą i przegapię taką okazję, prawda?

– Jak to? Przecież ciebie nie ma na tej liście. – Livi spogląda na siostrę równie zdezorientowanym wzrokiem co przed chwilą Icchak. Cała brawura nagle ją opuszcza. Czuje, jak słowa więzną jej w gardle, pociąga nosem i walczy ze łzami.

– Zostaw to mnie, dobrze? Ty pamiętaj tylko o jednym: od tej chwili jesteśmy w tym razem, ty i ja. Kto inny cię przypilnuje, kiedy będziesz niegrzeczna?

Livi patrzy na matkę i dziadka.

– To wy jej kazaliście?

– Nie, nie, kiciu, nikt mnie o to nie prosił, sama zdecydowałam. Pamiętasz obietnicę, jaką złożyłyśmy ojcu? Że zawsze będziemy trzymać się razem? Magda jest chora i nic na to się nie poradzi, ale my dotrzymamy słowa, a potem, zanim się obejrzymy, wrócimy razem do domu.

– Mamo?

Chaja ujmuje twarz Livi w dłonie.

– Twoja siostra jedzie z tobą, Livi. Rozumiesz? Nie będziesz sama.

– Gdyby tylko Menachem żył, wiedziałby, co robić, jak uchronić córki – mówi Icchak, a w jego głosie pobrzmiewa rozpacz.

Chaja, Cibi i Livi patrzą na starego człowieka, który zaczyna płakać. Widzą, że gnębi go poczucie winy, bo nie może ich obronić. Wszystkie trzy obejmują go mocno.

– Dziadku, jesteś jedynym ojcem, jakiego pamiętam, chroniłeś mnie przez całe życie i wiem, że będziesz czuwał nad Cibi i nade mną, nawet gdy będziesz daleko. Nie płacz, proszę, musisz tu zostać, żeby opiekować się mamą i Magdą – przekonuje Livi.

– Zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, ojcze, Menachem niczego więcej nie zdołałby dokonać – dodaje Chaja. – Odkąd jego zabrakło, to ty nas chronisz i zapewniasz nam bezpieczeństwo.

Po raz pierwszy w życiu Cibi nie ma nic do powiedzenia. Ociera łzy z policzków Icchaka, gestem wyrażając to, czego nie potrafi wypowiedzieć słowami.

Livi wodzi wzrokiem od jednego członka rodziny do kolejnego, po czym spogląda na stół.

– Chyba czas posprzątać?

Icchak natychmiast zaczyna układać naczynia.

– Ja to zrobię. Wy, dziewczynki, kładźcie się już, odpocznijcie trochę.

Cibi idzie do sypialni, ale się nie rozbiera.

– Wszystko w porządku? – Chaja pyta ze swojego łóżka. Livi leży wtulona w matkę.

– Znajdzie się tam miejsce dla mnie? Mogę dzisiaj spać z wami?

Chaja odsuwa kołdrę. Cibi się przebiera, a potem we trzy kładą się na ostatnią wspólną noc. Cibi patrzy na puste łóżko Magdy. Może sobie tylko wyobrazić, jak bardzo będzie zła, kiedy odkryje, że ją zostawiły. Myśli o obietnicy złożonej ojcu, że będą trzymać się razem, ale jaki mają wybór?

Kiedy córki już śpią, Chaja wstaje, kuląc nieco ramiona, bo w izbie panuje chłód. Ciężkie zasłony nie były dziś zaciągnięte i światło księżyca pada na twarze jej córek.

Na łóżkach leżą stosy ubrań: sukienek, swetrów, grubych rajstop i bielizny. Chaja podnosi jedną sztukę odzieży po drugiej, ogląda je, przypomina sobie, kiedy zostały uszyte albo kupione, a następnie wkłada do jednej z dwóch małych walizek. Uznała, że najlepsze ubrania powinny zostać w domu, będą tu czekały na powrót dziewczynek. Niemniej starannie dobiera to, co pakuje, wie, jakie rzeczy najchętniej zakładają jej córki. Cibi lubi spódnice i bluzki w jednym kolorze – Magda wiecznie się przez to dąsa, bo marzy o kwiecistych sukienkach i kolorowych chustkach, tymczasem musi nosić ubrania po siostrze. Livi też woli sukienki, ale z praktycznego powodu: zakłada się je szybciej niż bluzki i spódnice – co za strata czasu. Livi pakuje trzy sukienki, a do tego chustki do włosów.

Icchak wchodzi do pokoju, w rękach trzyma puszki sardynek, a pod pachą niesie ciasto, to samo, które Chaja upiekła na kolację szabatową, w której nie wezmą udziału ani Cibi, ani Livi. Odsuwa na bok ubrania i kładzie jedzenie na łóżku.

– Dziadku, może zabierzesz Livi na dwór? Jestem pewna, że chętnie pójdzie z tobą na spacer. A my z mamą dokończymy pakowanie – mówi Cibi.

– Może wam pomogę? – pyta Livi.

– Nie trzeba, kiciu. Idź z dziadkiem.

Livi zauważa przygnębienie matki i nie protestuje.

– Dla mnie nie pakujcie tego ciasta, wiecie, że za nim nie przepadam. Zjecie je z dziadkiem – mówi Livi.

Cibi jest zdruzgotana, że opuszcza hachszarę, nie mówiąc nikomu, dokąd się wybiera. Będą oczekiwać jej z powrotem w obozie w niedzielę. Myśli o Josim, o jego uśmiechniętych oczach... Jak długo jej nie będzie? Palestyna musi na razie poczekać, ale pewnego dnia wyjedzie, razem z siostrami, a nawet z matką i dziadkiem.

– Mamo, za dużo tego wszystkiego! I potrzebujemy cieplejszych ubrań, płaszczy, jakichś swetrów, na wypadek gdyby w nocy było zimno. Schowaj te sukienki.

Chaja uśmiecha się, mimo ściśniętego bólem serca.

– Jesteś taka mądra, moja Cibi. Wiem, że znajdziesz sposób, by ochronić siostrę. – Kobieta wzdycha, po czym przypomina sobie coś, co chciała powiedzieć córce. – Proszę, tam, na miejscu, rób, co ci każą. Tutaj całe życie pyskujesz i zawsze uchodziło ci to na sucho, ale teraz nadszedł czas, żebyś nauczyła się trzymać język za zębami.

– Nie wiem, o czym mówisz – odpowiada Cibi, a w jej głosie pobrzmiewa tłumione rozbawienie.

– Dobrze wiesz, o co cię proszę. Pomyśl, zanim się odezwiesz, to jedyne, co chcę ci powiedzieć.

– A zadowoli cię obietnica, że postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy?

– Tak. A teraz skończmy pakować te walizki. Musimy wcisnąć trochę jedzenia.

– Przecież nas tam nakarmią! – woła Cibi. – Będziemy też potrzebować czegoś do czytania, zaraz coś wybiorę. – Idzie do salonu, żeby przejrzeć książki na półkach.

– Przynieś trochę suszonej lipy; zrobicie sobie napar na zimno, jeśli nie będzie gorącej wody – woła Chaja. – Jeśli któraś z was źle się poczuje, to was postawi na nogi.

Teraz, gdy została sama w sypialni, Chaja bierze do ręki poszczególne części garderoby, chowa twarz w każdej z nich i wdycha znajomy zapach córek. Powtarza sobie, że musi być silna: jej dziewczynki są dzielne i zrobią wszystko, czego zażądają od nich Niemcy, a potem wrócą do domu. Magda zrozumie, dlaczego musiała zostać. Wojna się skończy, a życie wróci do normy. Może nawet znowu będą świętować Chanukę.

5

Szpital w Humennémarzec 1942

– Chcę porozmawiać z doktorem Kiselym – Magda, podparta na materacu, woła do pielęgniarki, która dwa łóżka dalej zajmuje się starszą kobietą.

Na oddziale stoją dwa rzędy takich metalowych łóżek, po dwanaście w każdym, wszystkie zajęte. Odgłosy chrapania, kaszlu, płaczu i jęków uniemożliwiają zaśnięcie. Magda wie już, co oznacza parawan wokół łóżka: pacjenta czeka coś nieprzyjemnego. Na jej stoliku nocnym stoi zdjęcie rodziny.

W sali znajduje się też niewielkie biurko, przy którym siedzi teraz przełożona pielęgniarek – stamtąd pilnuje swojego królestwa i wydaje polecenia pacjentom i reszcie personelu.

– Wracaj do łóżka, Magda. Doktor Kisely zaraz będzie robił obchód, wtedy z nim porozmawiasz.

– Nie chcę wracać do łóżka, chcę wrócić do domu. Czuję się dobrze.

– Albo zrobisz, co mówię, albo powiem doktorowi Kisely’emu, że źle się zachowujesz.

Magda, z przekorą właściwą nastolatkom od wieków, ostentacyjnie układa się na kocu, ciężko wzdychając. Znudzona, nie bardzo wiedząc, dlaczego wciąż tu jest – gorączka spadła dzień wcześniej – z utęsknieniem czeka na powrót do domu, do mamy, dziadka i Livi. Matka ani razu jej nie odwiedziła, co jeszcze bardziej potęguje jej niepokój: coś jest nie tak, ale co? Po raz kolejny żałuje, że nie pozwolono jej zapisać się razem z Cibi na hachszarę, ale była potrzebna w domu, a poza tym jako średnie dziecko zawsze posłusznie wykonywała polecenia.

Nadal zatopiona jest w myślach, kiedy w sali pojawia się doktor Kisely i podchodzi do pierwszego łóżka.

– Panie doktorze! – woła Magda.

Pielęgniarka upomina ją i każe czekać na swoją kolej.

Doktor Kisely obserwuje tę wymianę zdań, mówi kilka słów do chorej, nad którą stoi, po czym podchodzi do Magdy.

– Dzień dobry, Magda. Jak się dzisiaj czujesz?

– Nic mi nie jest, panie doktorze. Nic mi nie dolega i chcę już wrócić do domu. Mama i dziadek mnie potrzebują.

Doktor Kisely zdejmuje stetoskop z szyi i osłuchuje klatkę piersiową Magdy. Kobiety w sąsiednich łóżkach przyglądają się i przysłuchują uważnie – szpitalna nuda daje się wszystkim we znaki.

– Przykro mi, Magda, ale infekcja jeszcze się utrzymuje. Za wcześnie na powrót do domu.

– Ale ja się bardzo dobrze czuję – upiera się Magda.

– A możesz po prostu posłuchać swojego lekarza? – strofuje ją pielęgniarka.

Doktor Kisely siada na łóżku i gestem każe jej się pochylić.

– Magda, posłuchaj mnie – szepcze. – Będzie lepiej dla ciebie i dla twojej rodziny, jeśli zostaniesz tu jeszcze kilka dni. Nie chciałem ci tego mówić, ale widzę, że nie mam wyboru.

Niebieskie oczy Magdy są szeroko otwarte ze strachu. Doktor Kisely uświadamia sobie, że gdyby nie znał jej wieku, to nie dałby jej osiemnastu lat: w cienkiej koszulce nocnej i z warkoczem wygląda znacznie młodziej, jak trzynasto-, czternastolatka. Dziewczyna kiwa głową na znak, że doktor ma mówić dalej; miała rację, dzieje się coś bardzo dziwnego.

– Nie chcę cię straszyć, ale taka jest prawda. – Lekarz wzdycha i spogląda na stetoskop, który trzyma w dłoniach, po czym patrzy jej prosto w oczy. – Gwardia Hlinki wyłapuje młode Żydówki i zabiera je na roboty do Niemców. Jeśli zdołam, chcę ci oszczędzić tego losu, a w szpitalu będziesz bezpieczna. Rozumiesz?

Magda wodzi wzrokiem między lekarzem i pielęgniarką. Na ich twarzach wyczytuje troskę i szczerą chęć pomocy. Sama słyszała o tym, że Niemcy potrzebują młodych ludzi do pracy, ale nigdy nie przypuszczała, że wśród nich może znaleźć się ona i jej siostry. Serce zaczyna jej walić jak młotem. Jej siostry! Czy Cibi jest jeszcze bezpieczna w lesie? A Livi?

– Moje siostry! – szepce, ogarnięta lękiem tak silnym, że z zaciśniętego gardła ledwo dobywa się głos.

– Nic im nie jest. Cibi nie ma w domu, a Livi jest za młoda. Zostaniesz tu, dopóki gwardziści nie zgromadzą dość ludzi do wywózki, a potem wrócisz do domu. Musisz jeszcze trochę wytrzymać. Pozwól nam się tobą zaopiekować. Pamiętaj, że twoja matka i dziadek zgodzili się na to, więc proszę, nie zawiedź ich.

Pielęgniarka bierze dziewczynę za rękę i uśmiecha się do niej łagodnie, ale Magda nie czuje się uspokojona. Złożyła obietnicę ojcu, zawarła pakt z siostrami, a teraz każda z nich znalazła się w innym miejscu i nie ma pojęcia, jak radzą sobie pozostałe.

Kiwa głową na znak, że zostanie w szpitalu. Kładzie się na wąskim łóżku i wpatruje w sufit, ocierając z oczu łzy złości, frustracji i strachu.

6

Vranov nad Topl’oumarzec 1942

– Nie oglądaj się za siebie, proszę, Livi. Błagam cię, nie oglądaj się za siebie – upomina siostrę Cibi.

Dziewczęta schodzą ze ścieżki prowadzącej z domu na ulicę. W drzwiach stoi matka, szlochając w ramionach dziadka. Livi obejrzała się, gdy zamykała za sobą furtkę. Jęknęła wtedy z bólu, a ten dźwięk był dla Cibi jak cios prosto w serce, ale musiała być silna dla siostry, dla matki.

Cibi prostuje się i przekłada małą walizkę z jednej ręki do drugiej, obejmuje Livi w pasie, po czym obie siostry maszerują dalej ramię w ramię.

– Po prostu rób krok za krokiem, tak jest, bardzo dobrze, Livi. Zanim się obejrzysz, wrócimy do domu.

Nastało pogodne wiosenne popołudnie. Powietrze jest rześkie i czyste, a niebo przybrało barwę głębokiego błękitu. Ciemnobrązowe loki Livi błyszczą w słońcu, a falowane włosy Cibi kołyszą się przy każdym kroku. Obie siostry są świadome tego, że sąsiedzi stoją w ogródkach i obserwują, jak żydowskie dziewczęta zmierzają w stronę synagogi. Livi i Cibi nie rozglądają się jednak, patrzą prosto przed siebie – instynktownie, a może z przekory.

Cibi nie jest pewna, czy jej słowa pocieszenia w ogóle docierają do Livi. Siostra wspiera się o nią, drżąc lekko. Dokąd jadą? Co je tam czeka? Jednak najbardziej dręczy Cibi inne pytanie: czy pozwolą jej zostać z siostrą?

Czy szesnastoletnia i drobna jak na swój wiek Livi poradzi sobie sama?

– Magda powinna być tu z nami. – Głos Livi przerywa jej myśli. – Przecież miałyśmy zawsze trzymać się razem.

– Magda jest bezpieczna, to jest teraz najważniejsze. Ty i ja mamy siebie nawzajem. Wykonamy pracę, wrócimy do domu i wtedy będziemy razem.

– A nasz pakt, Cibi, żeby nigdy się nie rozstawać?

– Nic teraz na to nie poradzimy. – Cibi nie chciała, żeby jej słowa zabrzmiały tak stanowczo, bo teraz Livi płacze.

– Obiecaj mi, Cibi – mówi Livi między szlochami. – Obiecaj mi, że wrócimy do domu, że znów będziemy z Magdą, mamą i dziadkiem.

– Kiciu kochana, obiecuję ci, że pewnego dnia wrócimy na tę ulicę i do naszego domu. Nie wiem tylko kiedy, ale będę cię chroniła do ostatniego tchu, a do tego jeszcze daleko. Wierzysz mi, Livi?

– Oczywiście, że tak. – Łzy Livi na chwilę przestają płynąć. Ściska ramię Cibi. – Przecież ty jesteś Cibi, a na Cibi nie ma mocnych. – Siostry wymieniają się uśmiechami przez łzy.

Cibi przygląda się pozostałym dziewczętom – one też niosą małe walizki i zmierzają w tym samym kierunku. Zauważa płaczące matki i zrozpaczonych ojców, którzy wciągają je z powrotem do domów. Zewsząd otaczają je sceny jak z koszmaru. Niektóre z dziewcząt idą w pojedynkę, inne z siostrami lub kuzynkami, ale nie podchodzą do koleżanek, nie łączą się w grupy. Z jakiegoś powodu wiedzą, że tę drogę muszą przebyć same.

– Livi, wiesz, dlaczego nie ma tu chłopców? – pyta Cibi.

– Może już ich zabrali.

– Usłyszelibyśmy, gdyby tak się stało.

– Ale dlaczego tylko dziewczęta, Cibi? Po co im dziewczyny do ciężkiej pracy?

Cibi zmusza się do śmiechu, desperacko pragnąc rozładować napięcie.

– Może ktoś wreszcie zrozumiał, że możemy robić dokładnie to samo co chłopcy.

Rozkaz był jasny: mają się stawić w synagodze o siedemnastej w szabat. Na miejscu wita je widok gwardzistów Hlinki ustawionych po obu stronach wejścia do budynku szkolnego obok świątyni. Mieści się tam duża sala lekcyjna, w której dziewczynki od wczesnego dzieciństwa pobierały nauki religijne. Cibi jak zawsze podziwia synagogę, strzelisty gmach, w którym modliła się ona sama i jej rodzina, a przyjaciele pocieszali ich po śmierci ojca i babci. Budynek, dawniej dający poczucie bezpieczeństwa i bycia wśród swoich, dziś już go nie zapewnia. Odebrali im to naziści. Odebrała im to Gwardia Hlinki.

Teraz gwardziści wpychają dziewczęta do sali, a nielicznych rodziców, którzy postanowili zignorować zakaz i towarzyszyć córkom, biją pałkami i wrzaskami każą im wracać do domu.

– Zostań tu – Cibi mówi do Livi, po czym puszcza siostrę i odstawia walizkę. Wybiega na zewnątrz i chwyta młodą dziewczynę, która kurczowo trzyma się matki. Gwardzista okłada kobietę po plecach, raz po raz, ale ta za nic nie chce puścić córki. Niewielki tłumek obserwuje ten brutalny spektakl w przerażającej ciszy.

– Ja się tobą zajmę, chodź ze mną. – Odwaga Cibi góruje w tym momencie nad strachem. Odciąga dziewczynę, która wyrywa się i rozpaczliwie próbuje wrócić w ramiona matki, tę jednak zdążyli już odepchnąć gwardziści.

– Ja się nią zajmę, pani Goldsteinowa – krzyczy Cibi i siłą prowadzi dziewczynę, Rutę, do środka.

Coraz więcej dziewcząt wchodzi do sali, a na ich zapłakanych twarzach maluje się strach. W pomieszczeniu panuje atmosfera lęku i rozpaczy.

– Ruta, Rutka! Tutaj! – słychać czyjś głos.

Cibi rozgląda się dookoła i widzi Evkę, swoją sąsiadkę, która przywołuje Rutkę Goldstein.

– To twoja kuzynka, prawda? – pyta Cibi, a Rutka przytakuje.

– Teraz wszystko będzie dobrze – mówi i uśmiecha się przez łzy. – Mam kogoś z rodziny.

Cibi wraca tam, gdzie zostawiła Livi.

– Znajdźmy sobie miejsce przy ścianie, tam będzie wygodniej – oznajmia i prowadzi siostrę z dala od środka sali.

Stają na uboczu, czekając na dalsze instrukcje. Do pomieszczenia przybywają kolejne osoby. Dzień jest rześki, ale powoli robi się duszno i głośno, dziewczęta nawołują się i szlochają. Sala, niegdyś pełna szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa, przeistacza się we wrogą przestrzeń.

Gdy zapada zmierzch, zapalają się dwie małe żarówki pod sufitem, spowijając pomieszczenie matową żółtą poświatą.

Nagle, bez ostrzeżenia, drzwi zostają zatrzaśnięte, a dziewczęta ogarnia jeszcze większy strach.

– Boję się, Cibi! Chcę wrócić do domu! – płacze Livi.

– Wiem, ja też, ale nie możemy. Usiądźmy na chwilę. – Cibi umieszcza walizkę Livi między jej nogami, a następnie robi to samo ze swoją. – Musisz za wszelką cenę pilnować walizki, rozumiesz? Nie spuszczaj jej z oka.

– Co się z nami stanie? – pyta Livi.

– Wygląda na to, że zostaniemy tu na noc, więc powinnyśmy się wygodnie ułożyć. – Cibi obejmuje ramieniem Livi, przyciąga jej głowę do swojej piersi i mocno ją przytula.

– Livi, kiciu, nie jesteś głodna?

Livi potrząsa głową i znów płacze.

– Po prostu zamknij oczy i spróbuj zasnąć.

– Nie mogę...

Z odległych zakamarków pamięci wracają do Cibi słowa czeskiej kołysanki, którą dawno temu śpiewała malutkiej Livi. Zaczyna cicho nucić.

Hajej můj andílku

Hajej můj andílku hajej a spi,

matička kolíbá děťátko svý.

Hajej, nynej, dadej, malej,

Matička kolíbá děťátko svý.

Hajej můj andílku hajej a spi,

matička kolíbá děťátko svý.

Hajej, nynej, dadej, malej,

Matička kolíbá děťátko svý.

Mój aniołku

Leż, mój aniołku, leż i śpij,

Mama kołysze swą dziecinę.

Leż, śpij słodko, maleńka,

Mama kołysze swą dziecinę.

Leż, mój aniołku, leż i śpij,

Mama kołysze swą dziecinę.

Leż, śpij słodko, maleńka,

Mama kołysze swą dziecinę.

Cibi mocno przytula Livi. Po kilku minutach słyszy, że oddech młodszej siostry się uspokaja. Spogląda na śpiącą dziewczynkę z miłością. „Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić” – szepcze z ustami przyciśniętymi do jej słodko pachnących loków.

Wsparta o ścianę, Cibi obserwuje, jak inne dziewczyny walczą o miejsce do siedzenia, oparcie, schronienie przy ścianie. Niektóre otwierają swoje walizki i wyjmują z nich małe puszki, kawałki chleba, sera. Częstują jedzeniem pozostałe. Cibi myśli o hachszarze i zastanawia się, co robią teraz uczestnicy obozu. W niedzielę będą pytać, gdzie się podziewa, dlaczego jeszcze nie wróciła. Stara się nie myśleć o mamie i dziadku, którzy zasiadają pewnie właśnie do skromnej kolacji w domu. Czy w ogóle dadzą radę jeść? Ciekawe, czy Magda czuje się lepiej. Cibi chciałaby mieć ją tu przy sobie, ale może lepiej, że została w szpitalu.

Pocieszona tą myślą dziewczyna zamyka oczy i przypomina sobie szczęśliwsze dni.

– Jutro zorganizujemy wam nocleg, gdy będziemy już wiedzieć, ilu z was jest gotowych zostać i przejść szkolenie, by stać się częścią hachszary. Tymczasem znajdźcie sobie jakieś miejsce i spróbujcie się przespać. Obiecuję, że jutro wszyscy dostaniecie łóżka, materace, koce i poduszki.

– Gdzie są wszyscy chłopcy? – woła jedna z dziewcząt. Cibi zauważa jej bezczelny uśmiech i błyszczące oczy.

– W innej części obozu. Nie próbuj ich szukać, to daleko stąd.

– Jestem Cibi, jak masz na imię? – Cibi pyta bezczelną dziewczynę. Leżą obok siebie na drewnianych deskach podłogowych, przykryte płaszczami dla osłony przed powiewami wiatru, które wpadają przez szerokie szczeliny w ścianach.

– Aliza. Miło cię poznać, Cibi. Skąd jesteś?

– Z Vranova. A ty gdzie mieszkasz?

– W Bardejowie, ale już niedługo. Nie mogę się doczekać, kiedy pojadę do Palestyny.

– Wiem, co masz na myśli. Sama nie mogę uwierzyć, że tu jestem – mówi Cibi, chichocząc nerwowo.

– Myślicie, że będziemy ćwiczyć z chłopakami? – Aliza nie pyta nikogo konkretnego.

– A co, tylko po to tu jesteś, żeby poznać chłopaków? – rzuca leżąca obok nich dziewczyna.

– Nie, ja chcę jechać do Palestyny – odpowiada jej Aliza.

– A ja jestem tu tylko dla chłopaków – woła głos z tyłu sali.

– Ręce do góry te, które są tutaj, bo chcą jechać do Palestyny – mówi Cibi na tyle głośno, że słyszy ją cała izba.

Wszystkie dziewczęta siadają i każda podnosi rękę.

– A teraz ręce do góry te, które są tu, bo chcą poznać chłopców! – ciągnie Cibi.

Jej towarzyszki obrzucają się spojrzeniami, chichoczą i znów wszystkie ręce wędrują ponad głowy.

Zamiast spać, jak im nakazano, dziewczęta rozmawiają i żartują, wymieniają się imionami, miastami pochodzenia, dzielą się planami na przyszłość.

Cibi czuje ogromną dumę, że zdecydowała się na pobyt wśród tych obcych osób, zjednoczonych jednym celem. Opuściła rodzinę, by podążyć za marzeniem o byciu pionierką w nowej ziemi obiecanej, ale wie, że jej poświęcenie się opłaci. Będzie ciężko pracowała, by dotrzeć do Palestyny, a potem sprowadzi tam swoje siostry, mamę i dziadka. W tej małej izdebce, gdzie brakuje pościeli, ale gotowości do przeżycia przygody jest pod dostatkiem, koleżeństwo między kobietami podtrzymuje gorące pragnienie Cibi, by jak najszybciej rozpocząć hachszarę.

Jest jedną z dziewcząt, które kolejnej nocy będą miały łóżko.

Aliza podnosi się z miejsca.

– Jak myślicie, co tu sprowadza chłopaków? Czego oni chcą?

Dziewczyny krzyczą chórem: „Pojechać do Palestyny i POZNAĆ DZIEWCZYNY!”.

Cibi budzi się gwałtownie.

– Chcę do mamy! Chcę do mamy! – Po sali niesie się echem żałosne zawodzenie dziewczynki.

Livi porusza się i cicho jęczy przez sen. Cibi szepcze do niej i Livi się uspokaja.

Gdy wczesnowiosenne słońce wkrada się przez wysokie okna, dziewczyny budzą się, wstają i przeciągają. Znów pytają siebie nawzajem: „Dokąd idziemy? Czego będą od nas chcieli?”. Nikt nie zna odpowiedzi i wkrótce w sali zapada cisza, a dziewczęta siadają na podłodze i czekają. Niektóre zaglądają do walizek i jedzą zapakowany prowiant. Przynajmniej w słońcu pomieszczenie wydaje się mniej ponure, trochę przypomina dawne czasy.

– Obudź się, Livi. Czas wstawać. – Cibi delikatnie szturcha siostrę śpiącą z głową na jej kolanach.

Livi siada i rozgląda się dookoła w oszołomieniu.

– Chcesz coś do jedzenia, Livi? – pyta Cibi.

– Nie jestem głodna – odpowiada siostra i dalej wodzi wzrokiem po towarzyszkach niedoli. Niektóre płaczą.

– Musisz coś zjeść. Nie wiemy, jak długo będą nas tu trzymać.

Cibi otwiera walizkę, szukając jedzenia pochowanego pod ubraniami. Bierze ciasto, które matka upiekła na szabasową kolację. Odwija serwetkę, tak dobrze znaną, że aż kłuje ją w sercu na ten widok, i wdycha aromat matczynej kuchni. Odłamuje mały kawałek i podaje go Livi.

– Nie chcę, wiesz, że nie znoszę tego ciasta – skarży się Livi, odpychając rękę siostry.

– Tak czy inaczej, musimy to zjeść. Długo nie wytrzyma, a trzeba oszczędzać konserwy. Czy to, że mama zrobiła je własnymi rękami, nic dla ciebie nie znaczy? – Cibi uśmiecha się i jeszcze raz podaje Livi kawałek. Ta bierze go niechętnie i zaczyna skubać, przewracając oczami przy każdym kęsie i udając, że się dławi. Cibi zmusza się do przełknięcia swojej porcji – w ustach jej zaschło, a ciasto smakuje jak popiół.

– Chce mi się pić, muszę się pozbyć tego smaku – zaczyna marudzić Livi, a Cibi nagle ogarnia znużenie. Sama też ma ochotę biadolić.

– Będziesz musiała poczekać. Jestem pewna, że wkrótce coś dostaniemy.

Nie słyszą otwieranych drzwi, ale podrywają się na równe nogi, gdy rozlega się głos: „Wstawać, już czas!”. Gwardzista uderza pałką o wnętrze dłoni.

Cibi zamyka walizkę, wstaje szybko i chwyta bagaż Livi.

– Pilnuj walizki, Livi – przypomina siostrze. – Nie pozwól nikomu jej zabrać, rozumiesz?

Livi kiwa głową. Jej wzrok pada na drzwi, przez które do środka wchodzą kolejni gwardziści. Dziewczęta zostają ustawione w dwu szeregach i wyprowadzone na zewnątrz. Mrużą oczy w blasku słońca.

Cibi popycha Livi przed sobą, nie wypuszczając z dłoni poły jej płaszcza. Nie mogą się rozdzielić, cokolwiek się stanie. Po jednej stronie ulicy stoją gwardziści Hlinki, a po drugiej bliscy dziewcząt, rozpaczliwie wołający do swoich córek, wnuczek i siostrzenic. Złamali godzinę policyjną, żeby tam być: Żydom nie wolno już chodzić, gdzie chcą i o której chcą. Ryzykują pobicie i uwięzienie, ale kara ich nie odstrasza, jeśli tylko będą mogli choć na chwilę zobaczyć ukochane dzieci. Cibi wie, że matki i dziadka w tym tłumie nie będzie. Nigdy nie wychodzą z domu w szabat.

Gwardziści zaczynają pędzić dziewczęta ulicą, z dala od synagogi i rozpaczy.

– Gdzie idziemy? – szepcze Livi.

– To droga na stację – odpowiada Cibi, wskazując przed siebie. – Może wsadzą nas do pociągu.

Gdy milkną żałosne krzyki ich rodzin, dobiegają je nowe głosy – wściekłe, pełne nienawiści – gdy przechodzą przez miasto. Ich dawni znajomi i sąsiedzi rzucają w nie zgniłymi owocami i kawałkami czerstwego chleba, dając głośno wyraz radości, że Żydzi wreszcie wyjeżdżają. Cibi i Livi są oszołomione wyzwiskami i jadem, jaki wydobywa się z rozdziawionych ust. Co się stało z tymi ludźmi? To są te same kobiety, którym babcia pomagała przy porodzie, ci sami mężczyźni, którzy robili zakupy w sklepie ich matki albo zasięgali jej mądrej rady.

Mijają panią Vargovą, żonę szewca. Cibi nosiła do niego buty do naprawy, gdy trzeba je było podzelować albo zszyć. Pani Vargova często nie pozwalała mężowi brać od nich pieniędzy, przypominając mu, że dziewczynki straciły ojca po tym, jak został ranny, walcząc za ojczyznę. A teraz stoi w tej rozwrzeszczanej tłuszczy, potargane włosy, które wymknęły się z koka, opadają jej w nieładzie na ramiona. Kobieta mówi Cibi, Livi i wszystkim pozostałym dziewczynom, jak bardzo ich nienawidzi i życzy im śmierci.

Cibi przyciąga Livi do siebie. Wie, że nie uchroni siostry przed tym, co tu się dzieje, ale to wszystko, co ma: ciepły uścisk, kochające ramiona. Unosi podbródek, w przeciwieństwie do otaczających je dziewcząt, które płaczą i zawodzą. Nikt z tego nienawistnego tłumu nie zobaczy jej łez.

– Cześć, Cibi, nie wiedziałem, że ciebie też mają dzisiaj wywieźć. – Visik, jej „przyjaciel” z dzieciństwa, zdrajca z Gwardii Hlinki, zmierza w ich stronę. To obietnica eleganckiego czarnego munduru zmieniła Visika w potwora. Cibi go ignoruje.

– Co z tobą? – pyta chłopak, mierząc ją od stóp do głów drwiącym wzrokiem. – Dlaczego nie płaczesz jak wszystkie inne słabe Żydówki? – pyta, po czym dołącza do sióstr, jak gdyby spacerowali razem w promieniach słońca. Cibi przyciąga Livi mocniej, a jednocześnie odsuwa się nieco na bok, tak że stoi ramię w ramię z Visikiem, i odwraca się, by spojrzeć mu w oczy.

– Nigdy nie zobaczysz moich łez, Visik. A jeśli kiedykolwiek zacznie mi się zbierać na płacz, to wystarczy, że przypomnę sobie twoją paskudną gębę, a zaraz zacznę się śmiać. Poza tym, kto tu jest słaby? To nie ja jestem idiotą, który musi się chować za bandyckim mundurem – Cibi wypluwa z siebie słowa.

Do Visika dołącza starszy gwardzista.

– Zaprowadź je z powrotem do szeregu – rozkazuje mu.

– A ty zabierz tego chłoptasia do mamusi – rzuca za nim Cibi, kiedy razem z Livi dołączają do reszty dziewcząt.

– Co ty wyprawiasz, Cibi? – Oczy Livi rozszerzają się ze strachu.

– Nic takiego, Livi. Dobrze mi to zrobiło.

W oddali wyłania się dworzec kolejowy: Cibi miała rację. Przypomina sobie przyjemną podróż, którą odbyły w zeszłym roku do Humenné, by odwiedzić krewnych. Teraz są pędzone przez stację na peron, gwardziści krzyczą i wpychają dziewczyny do czekającego pociągu. Siostry torują sobie drogę, kładą walizki na półce nad głowami i zajmują miejsca. Nikt już nie płacze, wszystkie młode kobiety pogrążają się w myślach o rodzinie, którą zostawiły, i o nieznanej przyszłości, która je czeka.

Pociąg powoli rusza. Livi opiera głowę na ramieniu Cibi. Spoglądają przez okno na jasny wiosenny dzień, na znajomy krajobraz. Kilka razy zatrzymują się w szczerym polu: z oddali żegnają je wspaniałe, wciąż ośnieżone szczyty Tatr.

Konduktor idzie korytarzem, w lewej ręce niesie zawieszone na każdym palcu puste kubki, a w prawej trzyma dzbanek z wodą. Wręcza Cibi i Livi po kubku i napełnia je do połowy, mówi „przykro mi”, uśmiechając się przy tym smutno. Cibi patrzy na niego, ale Livi dziękuje mu, wypija wodę duszkiem i oddaje naczynie.

Pociąg w końcu wjeżdża na stację, na której widnieją tablice informujące, że przybyły do Popradu. Drzwi do wagonów otwierają się gwałtownie. Gwardziści Hlinki wchodzą do środka i krzyczą: „Wysiadać! Wynocha!”.

Na peronie nowi gwardziści wymachują długimi czarnymi pejczami, trzaskają nimi tuż przed twarzami wysiadających z pociągu dziewcząt.

– Chyba nas nie uderzą, Cibi? Przecież nie zrobiłyśmy nic złego, prawda? – szepcze Livi.

– Oczywiście, że nie – odpowiada starsza siostra, mając nadzieję, że jej głos nie zdradza strachu.

Kilka metrów od miejsca, w którym stoją, czekając na dalsze instrukcje, jedna z dziewczyn podchodzi do jednego z gwardzistów i otwiera usta, by coś powiedzieć, gdy ten nagle podnosi bicz i uderza ją w ramię. Kilka dziewcząt reaguje – krzyczą na mężczyznę i odciągają ranną koleżankę. Cibi chwyta Livi, gdy na peron wpadają kolejni gwardziści. Ustawiają setki młodych kobiet w długie szeregi i znów szykują je do marszu.

Nie idą zbyt długo. Wkrótce zatrzymują się przed ogromnym ogrodzeniem z drutu i stali. Po drugiej stronie Cibi dostrzega rząd ciemnych budynków.

Wchodząc na teren, który ewidentnie jest kompleksem wojskowym, dziewczęta zauważają oznaczenia wojskowe na pojazdach i koszarowe zabudowania ustawione po obu stronach samotnej drogi biegnącej wzdłuż ogrodzonego terenu. Cibi i Livi dołączają do grupy pędzonej w kierunku dwupiętrowego baraku. Wchodzą do środka, a drzwi zatrzaskują się za nimi. Dziewczyny opadają na podłogę, szukając miejsca, by usiąść, położyć się albo zwinąć w kłębek z rozpaczy.

– Myślisz, że dadzą nam coś do jedzenia? – dopytuje Livi.

– Nie wydaje mi się, byśmy mogły oczekiwać czegoś więcej niż to, co dostałyśmy ostatniej nocy – odpowiada Cibi.

– Ale to było tyle co nic!

– Tak, ale wstrzymajmy się jeszcze trochę, zanim zabierzemy się za nasz prowiant.

Izby na obu piętrach wypełniają szlochy i szepty, ale na próżno. Cibi i Livi kładą się, podkładają pod głowy swetry i okrywają się płaszczami. W końcu zasypiają, zbyt zmęczone, by czuć głód, strach czy tęsknotę.

Nazajutrz rano gwardziści nie przychodzą, a dziewczęta ogarnia coraz gorszy nastrój. Cibi uważa, że to część planu Gwardii – zostawić je same sobie, by wyobrażały sobie najgorsze. Przerażone, głodne kobiety będą o wiele łatwiejsze do opanowania.

Livi chwyta swoją walizkę i wspina się na nią, by wyjrzeć przez okno na podwórko.

– Co tam widzisz? – pyta Cibi, a pozostałe kobiety zbierają się wokół nich.

Livi staje na palcach, podciąga się i patrzy przez brudną szybę. Jedną dłoń odrywa od parapetu i próbuje wytrzeć kurz rękawem. Nagle traci równowagę, ręką przebija szybę i ląduje na podłodze w deszczu okruchów rozbitego szkła.

Cibi szybko odciąga ją na bok. Inne dziewczyny również odsuwają się w głąb izby, na znak, że nie mają nic wspólnego z rozbitym oknem.

– Wszystko w porządku? Nie skaleczyłaś się? – Cibi wybiera odłamki szkła z włosów Livi i jej płaszcza.

– Nic mi nie jest – odpowiada szybko Livi.

– Poczekaj, rzucę okiem.

Dokładnie ogląda twarz Livi w poszukiwaniu zbłąkanych odłamków, po czym ujmuje ręce siostry. Przez środek prawej dłoni Livi biegnie długa krwawa szrama. Krew kapie na podłogę. Cibi podnosi rąbek spódnicy i chwyta białą lnianą halkę. Pochyla się, wbija zęby w materiał, robiąc małe rozdarcie, a następnie odrywa długie paski materiału, którymi bandażuje ranę. Przez białą tkaninę niemal natychmiast zaczyna sączyć się krew.

Zszokowana Livi przygląda się, jak siostra owija jej zranioną rękę. Sama nie czuje bólu.

Drzwi nagle się otwierają i wchodzi trzech gwardzistów. Każdy z nich bez słowa łapie po dwie dziewczyny za ręce i wyciąga je na zewnątrz.

Reszta przygląda się temu z przerażeniem. Drzwi po raz kolejny zostają zatrzaśnięte, a kobiety zbijają się w ciasną grupę.

Mija co najmniej godzina, zanim drzwi ponownie się otwierają. Dziewczęta zostają wyprowadzone na zewnątrz. Niektóre chwytają za walizki, ale gwardziści odbierają im je przy wyjściu. Cibi słyszy, jak jeden mówi którejś z dziewcząt, że bagaż będzie na nią czekał, kiedy wróci. Nigdy więcej go jednak nie zobaczą.

Trafiają do innego budynku, do dużego pomieszczenia z kuchnią na tyłach. Posłusznie formują szereg i nagle stają twarzą w twarz z sześcioma dziewczynami, które wcześniej zabrano, a które podają teraz każdej z kobiet mały blaszany talerz z kupką rozgotowanej kapusty i kawałkiem chleba wielkości pięści. Może kiedyś była to stołówka, ale teraz nie ma tu stołów ani krzeseł, więc dziewczyny sadowią się na podłodze i zmuszają do przełknięcia mdłego jedzenia.

Po powrocie do baraku witają je wiadra z wodą i szczotki do szorowania. Słyszą, że mają szorować izbę, aż będzie lśniła. Na zmianę myją podłogę, raz po raz, pod bacznymi spojrzeniami gwardzistów.

Resztę dnia spędzają, siedząc, stojąc albo płacząc. Późnym popołudniem znów idą do stołówki, gdzie dostają po małym kawałku ziemniaka i kromce chleba.

W baraku jedna z dziewcząt przypomina im, że zaczęło się święto Pesach. Ale jak mają odprawić zwyczajowe rytuały w tym miejscu? Mówiąca wskazuje na blondwłosą nastolatkę, która siedzi sama.

– Jej ojciec to nasz rabin. Może ona wie, co robić.

Wszystkie oczy kierują się na blondynkę, która kiwa głową i otwiera walizkę, po czym wyjmuje z niej Hagadę. Wkrótce wszystkie gromadzą się wokół córki rabina i dołączają do modlitwy. Ogarnia je głęboki smutek.

Następnego dnia rano, po raz kolejny bez śniadania, zostają wyprowadzone z obozu i zabrane na dworzec kolejowy. Również teraz pilnują ich gwardziści Hlinki z biczami.