59,90 zł
Drugi tom „Trylogii siedmiogrodzkiej” Miklósa Bánffyego pogłębia losy dwóch kuzynów, ukazując w tle świat węgierskiej arystokracji na chwilę przed jej nieuchronnym upadkiem. Hrabia Bálint Abády, idealista i poseł, zostaje zmuszony do rozstania z ukochaną, nieszczęśliwie zamężną Adrienne Milóth. Ich zakazane uczucie – pełne tęsknoty i skrywanego bólu – napotyka bariery obyczajowe i prawne, a objawy narastającego obłędu jej męża potęgują dramatyzm sytuacji.
Bálint zmaga się z konfliktem między życiem publicznym, obowiązkami dziedzica a osobistym cierpieniem. Jednocześnie angażuje się w działania na rzecz ubogiej ludności, także rumuńskiej, wyróżniając się na tle własnej warstwy społecznej poczuciem odpowiedzialności i wrażliwością na krzywdę ludzką – cechą rzadko spotykaną wśród arystokracji.
Zupełnie inaczej układają się losy jego kuzyna, László Gyerőffyego. Choć obdarzony talentem i wielkimi możliwościami, nie potrafi ich wykorzystać. Hazard i alkohol stopniowo prowadzą go ku życiowej i moralnej ruinie, a kolejne próby ratunku odrzuca z fatalistycznym uporem. Jego upadek staje się przejmującym symbolem dekadencji elity, która trwoni własny potencjał i nie znajduje w sobie siły do odnowy.
W tle osobistych dramatów widać nadciągającą wielką historię. Węgierscy politycy, pochłonięci partyjnymi sporami oraz walką z Wiedniem o zachowanie przywilejów i poszerzanie swoich uprawnień, nie dostrzegają narastających napięć społecznych i międzynarodowych. Europa powoli, lecz nieubłaganie zbliża się do wojennej katastrofy. W świecie, w którym liczą się głównie bale, salony i ceremonialne rytuały, coraz wyraźniej pobrzmiewa nuta schyłku – elita tańczy, nie zauważając, że znajduje się już na krawędzi przepaści.
„Zważone” to pełen melancholii fresk cywilizacji nieświadomej własnego końca oraz poruszająca opowieść o miłości, słabości i odpowiedzialności w chwili, gdy stary porządek rozpada się na oczach swoich spadkobierców.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 814
Data ważności licencji: 1/31/2031
Tytuł oryginału i podstawa przekładu: Miklós Bánffy, Erdélyi történet, I. Megszámláltattál, II. És Hijjával találtattál, III. Darabokra szaggattatol, (Trylogia siedmiogrodzka, I. Policzone, II. Zważone, III. Podzielone), Budapest–Kolozsvár, Balassi Kiadó–Polis Kiadó, 2006.
© for the Polish translation by Irena Makarewicz
© by Officyna s.c.
© by Instytut Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka
Wydanie I, Łódź 2025
Redakcja: Anna Krzywania
Korekta: Agnieszka Czerepowicka
Projekt okładki: Maciej Mraczek / maciejmraczek.pl
Wydawnictwo Officyna s.c.
93–114 Łódź, ul. Przędzalniana 99
www.officyna.com.pl, [email protected]
ISBN 978-83-66511-77-4
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Publikacja powstała we współpracy z Instytutem Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Rek
…Stało już pierwsze słowo wypisane płonącymi literami na ścianie pałacu Króla: Policzone…
Ale tego biesiadnicy nie dostrzegli – oni, mocno odurzeni winem, pokrzykiwali, niechże im tu przyniosą ze skarbca Pana tamte srebrne i złote naczynia, które ongiś zdobyli ich przodkowie.
I przyniesiono im te naczynia. A oni wypili z nich multum wina, aż do upojenia.
I przetrwonili pomiędzy sobą te naczynia Pana, kłócąc się przez nie i obrażając jeden drugiego plugawieniem jego bogów ze szlachetnego metalu, drewna, kamienia czy gliny.
A przecież palce ognistej ręki dalej kreśliły napis na ścianie pałacu. Tym drugim zaś słowem było: Zważone…*
[1] Parafraza Księgi Daniela, 5. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
Na posiedzeniu parlamentu był tego dnia tłum ludzi. Sala Izby Posłów zapełniła się aż po brzegi, ale i tak panował ścisk. Stawił się też cały gabinet, wszyscy członkowie. Jakżeby nie, to przecież wielki dzień: miał zostać przedłożony budżet, a jego przegłosowanie nie budziło wątpliwości, co nie zdarzyło się od 1903 roku, odkąd finansami państwa zarządzano jedynie przy użyciu prowizorium[1] albo, jak dla zachowania rymu nazywano to ułomną łaciną, doprowadzono je do stanu „ex-lex”[2].
Teraz wreszcie, jesienią 1906 roku, przywrócono porządek w finansach państwa. To wielka zasługa rządu koalicyjnego.
Na podwyższenie wszedł poseł sprawozdawca, Pál Hoitsy. Jego ładna, siwa głowa z krótko przystrzyżonymi bokobrodami dobrze się prezentowała na tle dębowej okładziny podium przewodniczącego. Mówiąc zawile, docenił tamten uroczysty moment, pełną błogosławieństwa harmonię, która ponownie nastała pomiędzy narodem a królem[3].
Zaledwie kilku gorliwców wypowiedziało jedno i drugie „wiwat”. Izba pozostała niema. I to nie tylko grupa mniejszości narodowych[4], ścieśniona w ławach nieco wyżej i na prawo od środka sali, w milczeniu otaczająca swojego przewodniczącego, Mihálya Polita, który miał przedłożyć projekt uchwały, lecz również inne partie milczały w powadze. Bo właśnie rankiem tego dnia, 22 listopada, w wiedeńskiej gazecie „Fremdenblatt” ukazał się artykuł, który, a i owszem, przeczył owej wielkiej harmonii.
Artykuł ten dotyczył zgłoszonego dzień wcześniej wniosku, sformułowanego przez komisję sprawiedliwości. Sądzono, że na obecnym posiedzeniu zostanie mu nadana moc prawa krajowego.
Kłopotliwa sprawa. Nieprzyjemna.
Zaczęło się to tak, że dwa dni wcześniej jeden z reprezentantów Partii Ludowej wniósł o postawienie w stan oskarżenia gabinetu Fejérváryego, gabinetu, który ustąpił. Rząd nie mógł już więc uniknąć debaty nad tym wnioskiem, jak czynił z podobnymi pismami od komitatów i miast w czerwcu, w trakcie sporu nad kwestią adresu skierowanego do króla. Nade wszystko nie mógł tego zrobić, gdyż wnioskodawcą był człowiek ze ścisłego grona Rakovszkyego[5]. Dlatego też podejrzewano, że to Rakovszky stoi za tą sprawą, i w obozie Ferenca Kossutha szeptano o podstępnej napaści, podłej intencji, niecnej intrydze, za pomocą których próbuje się rozbić współpracę sprzymierzonych partii. „I właśnie tu atakują, w najbardziej newralgicznym punkcie!” Przecież wszyscy wiedzieli – a Rakovszky z pewnością najlepiej – że jednym z warunków przekazania rządów była nietykalność członków poprzedniego gabinetu. Przywódcy partii koalicyjnych zobowiązali się do tego przed królem. Nie zostało to upublicznione, co więcej, kiedy w lecie László Vörös, minister handlu w rządzie drabantów, wyjawił istnienie paktu, półoficjalne głosy zaprzeczyły jego twierdzeniom, aczkolwiek czyniły to dość niepewnie. Teraz jednak, skoro Partia Ludowa zachowała się tak prowokacyjnie, trzeba było się z tą sprawą zmierzyć i rozwiązać ją w taki sposób, żeby entuzjazmująca się a nieprzychylna Austrii opinia publiczna też mogła się cieszyć i żeby także wobec króla dotrzymać zobowiązania.
No więc to się nawet udało dzięki wystąpieniu Ferenca Kossutha. W komisji rzucił na szalę cały swój autorytet. Oznajmił: „Paktu nie ma, bo przecież stanowiłoby to naruszenie konstytucji…”. To było niebezpieczne zdanie. Wszak wiedziano, że panujący powierzył im misję na podstawie zapisanych punktów, niemniej słowa te oddziałały bardzo dobrze, dumnie i patetycznie. W ten sposób osiągnął to, że wniosek o postawienie w stan oskarżenia komisja odrzuciła i zamiast tego przyjęła uchwałę piętnującą Fejérváryego i jego towarzyszy, wedle której nazywa się ich „niewiernymi doradcami króla i narodu” i poddaje „miażdżącemu osądowi narodu”.
Następnie zarządzono, aby cały tekst uchwały ogłosić za pomocą plakatów, jak tylko parlament nada jej moc uchwały krajowej.
To była dobra formuła, doskonała. Wszyscy wyszli z komisji zadowoleni, radykałowie dlatego, że znienawidzony rząd drabantów został napiętnowany, a ministrowie dlatego, że uniknęli żądania, którego spełnić w żadnym wypadku nie mogli.
Ale dzisiaj rano wybuchła bomba. W wiedeńskiej „Fremdenblatt”, będącej tubą dworu, na pierwszej stronie ukazał się ów artykuł. Wyłuszczono w nim, tytułem doniesień z Budapesztu, iż wczorajsza uchwała „zostanie przekształcona”, bo niemożliwością jest, żeby tych, którzy cieszyli się zaufaniem władcy, ustawić pod pręgierzem przed całym krajem i światem; a potem też wiadomość „z otoczenia Fejérváryego”, wedle której ma on przemówić na najbliższym posiedzeniu Izby Wyższej i przedstawić szczegóły paktu.
Nic więcej. Tylko tyle.
W izbie panował ponury nastrój. I to nie wyłącznie dlatego, że na zewnątrz utrzymywała się mocno jesienna pogoda i w sali z przeszklonym sufitem było ciemno. Światło palące się w galeriach dla dziennikarzy i w tych położonych na piętrze czyniło salę obrad może nawet jeszcze ciemniejszą, gdzieniegdzie tylko pobłyskiwało na licznych sztucznych marmurach i podrabianych złoceniach, a malowane rzeźby gipsowe, o, tam w górze, były już mało widoczne. Jedynie siwe włosy wnioskodawcy lśniły na podwyższeniu.
Posłowie uznali, że wypada pozostać na sali w trakcie obrad, myśleli jednak o czymś innym. Ledwie słyszeli gładko toczące się słowa posła referenta. Po wszystkich stronach, w różnych grupach zwolenników ideałów 1848 roku, w ławach Partii Konstytucyjnej i Partii Ludowej, po pięciu, sześciu z głowami pochylonymi ku sobie, szepcząc, omawiali najnowszy zwrot wydarzeń, groźbę czającą się pomiędzy wierszami artykułu we „Fremdenblatt”.
Ferenc Kossuth oraz minister sprawiedliwości Polonyi cicho, acz zdenerwowani naradzali się z Visontaim, który sformułował wczorajszą uchwałę. Jedynie Wekerle, wykazując znaczny spokój, rozparł się w fotelu premiera, a swoją szlachetną, przypominającą oblicza rzymskich cesarzy twarz skierował w górę ku referującemu. Budżet to jego dzieło i być może tym się zachwycał. A zresztą był też człowiekiem o silnych nerwach, takim, co widział już niejedną burzę.
„Mimo wszystko świat jest inny”, pomyślał Abády, który jako poseł bezpartyjny siedział naprzeciwko prezydium, w położonych wyżej, środkowych ławach. „Jeszcze przed półtora rokiem jaka by tu szalała wichura. Jak by podskakiwali mówcy, żeby zabrać głos, zanim rozpocznie się porządek obrad, jak by grzmieli o przeklętym Wiedniu, o mrocznej kamaryli. Może i sam przewodniczący poruszyłby kwestię bezprawnej ingerencji «pewnej obcej gazety». Teraz są już bardziej realistyczni, liczą się z rzeczywistymi uwarunkowaniami. Być może wyniosą z tego jakąś naukę…”
Pośród takich to myśli Abády wysłuchał całego przemówienia.
Gdy zbliżało się ono ku końcowi, ktoś z siedzących w ławach zwolenników ideałów rewolucji 1848 roku przesiadł się na miejsce obok Abádyego. Był to doktor Zsigmond Boros, adwokat i poseł z Marosvásárhelyu. Jego kariera pięknie ruszyła. Po wyborach w 1904 roku był jednym z głównych mówców po stronie skrajnej lewicy. W momencie tworzenia rządu koalicyjnego został sekretarzem stanu w ministerstwie Kossutha[6]. Jednakże ledwie po dwóch miesiącach nagle i pozornie bez przyczyny podał się do dymisji. Chodziła wieść, jakoby w jego praktyce adwokackiej był jakiś problem. Choć nikt nic nie wiedział ani nie mówił niczego pewnego, wszyscy traktowali go od tamtej pory chłodno, bo w tamtym czasie w polityce wiele nawet i wybaczano, ale w kwestii przyzwoitości osobistej ludzie byli bardzo surowi. Po swojej dymisji Boros rzadko przychodził do parlamentu, być może przebywał daleko, być może porządkował własne sprawy. Przed dwoma dniami znów się pojawił. Abády zauważył, że tuż po rozpoczęciu zgromadzenia Boros rozmawiał z jedną i drugą grupą, cicho coś tłumaczył, a następnie przechodził do kolejnej. Teraz usiadł obok niego. Zapewne z jakimś zamiarem.
I rzeczywiście, ledwie przewodniczący uhonorował wybrzmiałą przemowę dziesięciominutową przerwą, Boros zwrócił się do Abádyego:
– Chciałbym zamienić z tobą kilka słów.
Pośród wylewającego się z sali tłumu posłów wyszli i oni na korytarz, po czym skierowali się do obszernego, ale ciemnego salonu, gdzie kanapy oddzielone były od siebie kolumnami i zasłonami z lambrekinami, jakby urządzono go w sam raz dla spiskowców.
Zajęli miejsce na skrajnej kanapie.
– Chciałbym cię prosić o radę w sprawie ważnej dla całego kraju – zaczął Boros. – Jestem pełen obaw i nie wiem, jaką drogę wskazuje mi obowiązek. Muszę się cofnąć nieco dalej: do okoliczności mojej dymisji.
Bálintowi przez głowę przemknęło to, co słyszał na ten temat. Oczywiście nic pewnego, tylko podejrzenia czynione półsłówkami, i teraz, gdy tamten siedział naprzeciw niego, zastanawiał się, czy są one prawdziwe. Nie potrafił w nie uwierzyć.
Zsigmond Boros był przystojnym mężczyzną. Wysokie czoło miał jak z marmuru, bez jednej zmarszczki, patrzył prosto, spokojnie, jego bladą twarz okalała dobrze zadbana, ruda broda w kształcie łopaty. Wszystko to stwarzało znakomite wrażenie. Nie psuł go nawet fakt, że nosił się on modnie, co w przypadku adwokata z prowincji było czymś raczej niespodziewanym.
Dźwięcznym, aksamitnym głosem Boros powrócił do napisanego przez Vörösa artykułu, o którym mówiono wcześniej.
– Ciebie tutaj wtedy nie było? – spytał.
– Nie, byłem za granicą – odrzekł Abády, bez wdawania się w szczegóły.
– Prawda, słyszałem, że byłeś w Italii. Pozwolisz zatem, że nakreślę nieco tę sprawę.
I zreferował artykuł, w którym były minister rządu drabantów twierdził, iż w trakcie negocjacji mowa była o przejęciu rządów przez gabinet ad hoc, w celu stworzenia powszechnego prawa wyborczego; gabinet ten miał być utworzony jedynie z przedstawicieli partii opowiadającej się za ideałami rewolucji 1848 roku, a także z byłych członków rządu. Na jego czele miał stanąć László Vörös. Twierdził on także, iż Ferenc Kossuth wszystko to zaakceptował.
– Ja wówczas odwiedziłem Kossutha. Chciałem jasno widzieć, do czego mam prawo, skoro jestem jego sekretarzem stanu, a więc osobą zaufaną. Kossuth przyznał, że wprawdzie rozmawiano o takim planie, ale on uznał go jedynie za ad referendum; a jako że dwie partie dotychczasowej koalicji opozycyjnej, Partia Konstytucyjna i Partia Ludowa, które do tej pory były przeciwne powszechnemu prawu wyborczemu, uznały konieczność reformy prawa wyborczego, to w sposób oczywisty wszelkie inne kombinacje stały się bezprzedmiotowe. To wtedy Kossuth pokazał mi tekst paktu. I ja właśnie z tego powodu zdecydowałem, że podam się do dymisji, a nie z powodu tych oszczerstw, które, jak słyszę, przeciwko mnie się wysuwa i rozpowszechnia głównie od momentu, gdy rozstałem się z moją posadą. Ponieważ nie mogę wyjawić publicznie powodów odejścia, naturalne jest, że „pewne koła” chcą to wyjaśnić takimi posądzeniami! – dodał z naciskiem.
Boros przerwał tu na moment swoje oświadczenie, jakby oczekiwał, że Bálint się do niego odniesie. Później kontynuował:
– Tak więc pakt istnieje, a i owszem. Kossuth zaś wczoraj na komisji, ujmijmy to ładnie, zaryzykował twierdzenie, które nie we wszystkim odpowiada stanowi faktycznemu. Dlatego więc dręczy mnie pytanie, czy wolno to tolerować, czy nie? Czy wolno pozostawiać kraj w tym błędzie? Czy nie jest obowiązkiem interwencja, by położyć kres temu mylnemu przekonaniu, w którym trwa opinia publiczna? Czy nie jest to moim obowiązkiem, właśnie moim? Mnie nic nie wiąże. Nie przyrzekałem milczenia. Prawdą jest, że byłem wówczas na urzędzie, ale to sprawa polityczna, a nie służbowa. Gdybym ja teraz wystąpił z nią w parlamencie, to rząd by upadł jak domek z kart.
Boros znów spojrzał pytająco na Bálinta.
– Dlaczego zwracasz się akurat do mnie? – zaciekawił się Abády.
– Bo uważam ciebie za człowieka, który myśli samodzielnie, który dysponuje szerszą perspektywą niż większość. Wiem też o pracy, jakiej podjąłeś się w Siedmiogrodzie w kwestii spółdzielni, i bardzo to szanuję. Pozwól mi przedstawić, jak widzę obecną sytuację. Dlaczego uważam ten stan za szkodliwy, ba, chyba nawet za fatalny.
I teraz ukazał mu się w całej pełni jakiś inny Zsigmond Boros, nie ten, którego Abády znał do tej pory. Dotychczas widział w nim jedynie wytwornego i nieco bombastycznego mówcę, który znakomicie potrafi formułować patriotyczne, choć nieco puste zdania, piękne frazy nadające się raczej na wiec ludowy. Dzisiaj natomiast Boros wypowiadał się rzeczowo i z nieoczekiwanej perspektywy.
Prawił nieco zjadliwie, a głęboko pomiędzy słowami pobrzmiewała nawet zawoalowana nienawiść. Mówił:
– To jasne, że dzisiejszy rząd bazuje na kłamstwie. Opinii publicznej pozwolono uwierzyć, że zwyciężyła koalicja. A przecież prawdą jest coś przeciwnego. Wygranym jest król, poza tym zostało udowodnione, że droga, którą zwłaszcza w sferze wojskowej, ale i gdzie indziej, chciano wymusić tak zwane zdobycze, jest całkowicie nie do przejścia. Tego jednak nikt nie przyzna. I żeby to kłamstwo nadal podtrzymywać, karmi się publikę samymi bujdami. Cały październik parlament spędził nad ustawami mającymi zrehabilitować Rakoczego. Ta obecna uchwała to też taka lipa. Będzie tego zresztą więcej w każdym obszarze, gdzie można zdobyć popularność. Oni są do tego zmuszeni. Nie mieli bowiem odwagi przyznać, że nic z tego, co głosili przy okazji wyborów, nie może zostać zrealizowane, muszą więc polować na rzeczy, które mogą się podobać, tak żeby przykryć nimi całkowite fiasko swojego dotychczasowego programu. To zaś jest strasznie niebezpieczne, ponieważ będą powstawały jedynie pozorne prawa i pozorne środki zaradcze. Takie, które podobają się prasie, o których można pisać artykuły na pierwszą stronę. A jako że naszych relacji z Austrią nie da się zmienić, swoją bezradność będą oni ukrywać pod postacią magicznych słów. Tak będzie w sprawie banku, obszaru celnego, kwoty[7]. Austriacy zaś są mądrzy. Nasze czarodziejskie zaklęcia dotyczące niezależności opłacą brzęczącą monetą, a my ulegniemy tylko dlatego, że wspólnoty celnej nie będzie się nazywać unią celną, lecz umową celną. I tak będzie ze wszystkim, bo oni muszą utrzymywać pozór wzmożenia kursu narodowego i pokazywać to przynajmniej w kwestiach, które nie są ograniczone w pakcie. Tak planuje Apponyi, jak słyszałem, przy okazji nowego prawa dotyczącego szkół ludowych: poświęci dużo pieniędzy, żeby na papierze edukacja była jeszcze bardziej węgierska, i tak samo Kossuth chce wcielić w życie nowe uregulowania dotyczące prowadzenia spraw Królewsko-Węgierskich Kolei Państwowych w Chorwacji. Nad tym jego projektem już pracują. Chcą zarządzić, żeby zatrudnieni na kolei i tam mówili po węgiersku! Czyż można wymyślić coś bardziej niemądrego?!
– Naprawdę? – zdziwił się Bálint. – Ale przecież zgodnie z ustawą językiem urzędowym jest tam chorwacki.
– Oczywiście! I ja, dopóki byłem w rządzie, sprzeciwiałem się temu. Sprzeciwiałem się, jako że to my wysadziliśmy w powietrze partię rządzącą bana Khuena[8] i wspomogliśmy serbską koalicję, aby uzyskała większość. To właśnie była polityka Ferenca Kossutha, bo przecież w kwestii unii personalnej jedynie serbskie partie podzielały program Partii Niepodległości.
Abády po raz pierwszy wtrącił się z werwą:
– Z pewnością nie ze względu na nas to zrobili. Natychmiastową konsekwencją unii personalnej z Węgrami byłoby uzyskanie takiego samego prawa przez Chorwację i oderwanie się jej od nas, co może doprowadziłoby później, ale jednak rychle, do powstania państwa południowosłowiańskiego z Bośnią i Dalmacją, czyli do trializmu. Wiem, że dla pewnych kręgów wiedeńskich to ulubiona myśl!
– Co do tego, jak sądzę, można się spierać. Bez wątpienia jednak to absurd, by jakiś kierunek najpierw wspomóc w dojściu do władzy, a potem walnąć w głowę tego, kogo sami umocniliśmy. A przecież jeśli ten rząd pozostanie u władzy, do tego właśnie dojdzie. Dlatego dręczy mnie pytanie: czy nie jest moim obowiązkiem wywrócić cały ten system?
Bálintowi przypomniały się pertraktacje, które prowadził z rozmaitymi ministrami w związku z intensywnym organizowaniem spółdzielni w Siedmiogrodzie oraz akcją osiedlania i które posuwały się naprzód z dobrymi widokami na przyszłość. W tak istotnej kwestii, jaką byłoby wywołanie kryzysu rządowego, wcale nie chciał brać na siebie odpowiedzialności.
– Z pewnością to, co powiedziałeś, jest bardzo poważne. Nadzwyczaj szkodliwa to sytuacja, gdy kroki podejmowane przez rząd rodzą się nie z punktu widzenia przydatności dla państwa, lecz z przesadnego nacjonalizmu. Wielce mnie zaszczyciłeś, wyjawiając te rzeczy. Ja natomiast nie mogę w tej sprawie udzielić rady. A zresztą, jak sądzę, rozmawiałeś o tym również z innymi w trakcie posiedzenia…
– Och, nie o tym albo też nie tak jasno. Właściwie to ja wcale nie oczekiwałem od ciebie rady, lecz chciałem z kimś, kogo bardzo szanuję, zrewidować zagadnienie i jednocześnie opisać, dlaczego podałem się do dymisji, jakie to poważne sprawy dotyczące całego kraju były tu powodem, a nie podejrzany problem natury materialnej, o co oskarżano mnie wokoło.
I nagle doktor Zsigmond Boros popadł na powrót w swoje zwyczajowe krasomówstwo. Przemówił tym charakterystycznym aksamitnym barytonem, którego używał w takich momentach:
– Bo ja za cenę własnego życia i własnej krwi służę wyłącznie dobru ojczyzny i nie znam ani nigdy nie znałem innej woli, innego powodu, innej intencji, jak tylko to, co może uczynić nasz naród wielkim, potężnym, kwitnącym. W przeciwieństwie do podstępów obłudników…
W całych kuluarach rozległ się ostry dźwięk dzwonka. Dochodził ku nim przenikliwie nawet z sali kopułowej po sąsiedzku.
Do sali obrad śpieszyli zewsząd posłowie. Jeden z młodych członków partii opowiadającej się za ideałami rewolucji 1848 roku przebiegł nieopodal, wołając do nich:
– Przemawia Apponyi! Niech wszyscy wejdą do środka! Przemawia Apponyi! – I pomknął dalej.
Abády ucieszył się, że im przerwano. To, że Boros ponownie wyciągnął swoje zwyczajowe frazy, dotknęło go nieprzyjemnie i jakoś zepsuło tamte wcześniejsze argumenty, które wydawały się rzeczowe.
Obaj wrócili spacerkiem do sali posiedzeń.
*
Przez wiele kolejnych dni Bálint nie spotkał się już z Zsigmondem Borosem. Tamten nie wystąpił przed Izbą Posłów. Nie zdemaskował paktu.
Ani nie doszło do napiętnowania rządu Fejérváryego. Komisja sprawiedliwości ponownie zebrała się następnego dnia, a do sformułowania nowego tekstu uchwały oddelegowano pięciu dżentelmenów, którzy pogrzebali tę sprawę na zawsze.
Rację miała jednak, jak się okazało, gazeta „Fremdenblatt”.
Mogło być tak wpół do drugiej, gdy cygańska kapela zebrała się do drogi i ruszyła w wiosenną noc. Marzec tego roku był łagodny. Laji Pongrácz kroczył z przodu, jak to wypada pierwszemu skrzypkowi, z podniesionym przy policzkach futrzanym kołnierzem i z drogimi skrzypcami pod pachą, także w miękkim okryciu; na samym zaś końcu kuśtykał człowiek niosący na plecach cymbały, mocno pochylony pod ciężarem instrumentu. Za nimi podążała dorożka, do której wpakowano stół i sześć krzeseł, na kozła zaś wdrapał się jeden z kelnerów – trzymał na kolanach kosz z wieloma kieliszkami, a pomiędzy nogami ściskał z dziesięć butelek szampana, dwie flaszki koniaku oraz blaszane wiadro z lodem. Pochód zamykało dwóch miejskich policjantów.
Wezwano ich tutaj z ratusza, obowiązywał bowiem przepis, że nocne granie należy zgłosić, prosząc przy tym o oddelegowanie do niego policjantów.
Kiedy grupa muzyków skręciła w ulicę Egyetem, z hotelowej sali wyszli na zewnątrz organizatorzy serenady. Na przedzie, trzymając się za ramiona, jeden wysoki oraz jeden niski młodzieniec: Ádám Alvinczy i Pityu Kendy.
Oni bardzo się zbratali, odkąd – będzie już ponad rok – bez najmniejszych widoków zakochali się w Adrienne Milóth. A ponieważ dzielony smutek łatwiej jest znieść, zawsze przestawali w swoim towarzystwie i jeśli wlali w siebie wystarczająco dużo alkoholu, rozwlekle tłumaczyli, jak straszliwie cierpią. Dobrze się nad sobą nawzajem poużalali, nim po wypiciu odpowiedniej ilości trunków wybrali się w końcu do domu. I tak dzień w dzień. Teraz też omawiali swoją biedę, nie szczędząc przy tym słów.
Za nimi szło trzech innych. Z prawej strony Gazsi Kadacsay, który aktywnie służył u cesarsko-królewskich huzarów w Brassó, ale teraz, jako że znów był na urlopie, co zdarzało się nader często, chodził ubrany po cywilnemu – miał na sobie krótki kożuszek, a na głowie znoszoną czapkę z barana, przekrzywioną na bakier. Z lewej strony Ákos, najmłodszy z Alvinczych. Tak oto prowadzili oni idącego pośrodku Ambrusa Kendyego, przywódcę młodzieży. I z obu stron przypochlebiali mu się gorliwie, bo to przecież wielka rzecz, że wuj Ambrus nie miał oporów, by przerwać pyszną zabawę z kapelą cygańską i teraz towarzyszyć im w obchodzie z serenadami. Gdyby zaoponował, to oni żadną miarą nie mogliby mu podebrać cygańskiej kapeli. Ledwie zresztą odważyli się poruszyć ten temat.
Bardzo ich uradowało to, że wuj Ambrus natychmiast przystał na ten pomysł:
– A niech tam, kto by, do cholery, żałował! – powiedział. – No to pójdę z wami i ja, a przecież widzę po waszych nozdrzach, że daleko chcecie mnie poprowadzić. Co nie?! Wy łobuzy! Oczywiście, że daleko! Oczywiście, że do tej pięknotki! Do willi Uzdych, co? Do Adrienne Milóth, tam! No dobrze, pójdę z wami i tam, choć ja zwykłem raczej wewnątrz grywać kobietom na dudach niż z zewnątrz rzępolić im na skrzypcach!
Po czym przeciągle zaświszczał: „Hii-ji-ji-jii!”, i zacierając potężne dłonie, jak czynią w czardaszu chłopscy kawalerzy, zachichotał przy tym sprośnie.
Młodzieńcy kazali więc dzisiaj targać za sobą krzesło, tak żeby wuj Ambrus nie musiał stać, bo wiedzieli, iż on tego nie lubi, a skoro jest jedno krzesło, to niech będzie ich więcej, a skoro są krzesła, to niech będzie i stół, a skoro jest stół, no to niech będzie też szampan.
Bywało tak już kilka razy, choć wciąż wyjątkowo.
Szóstym, który szedł z nimi, był László Gyerőffy. On tylko się wałęsał z boku, niczym dodatkowy koń obok zaprzęgu. W ciemności nadal wyglądał bardzo elegancko. W źle oświetlonej ulicy nie było widać, na ile pomięte miał z lekka znoszone, acz dobrze skrojone wierzchnie okrycie ani że nosił pochodzący z Londynu kapelusz w typie lob z uszkodzoną główką. W tym angielskim ubraniu Gyerőffy prezentował się tak okazale, jak niegdyś w okresie świetności, kiedy był wodzirejem w Peszcie – przed rokiem i także dwa lata wcześniej, zanim zniszczyły go karty, w wyniku czego musiał wystąpić ze stołecznych klubów. Z wyglądu się nie zmienił, tylko po jego zachowaniu dawało się to wszystko wyczuć – po tym nieco nieśmiałym, uległym sposobie bycia, na przykład gdy zajmował miejsce przy końcu stołu lub gdy przychodził jedynie na wyraźne zaproszenie, albo też gdy brał za zaszczyt czyjeś zainteresowanie jego osobą. Kiedy go jednak mocno spito, postępował zupełnie inaczej. Nieoczekiwanie wychodziła zeń jakaś dziwna buta, jakaś pobudzona ambicja: w takich chwilach głowę nosił wysoko, kapelusz odsuwał w tył i z każdym, kimkolwiek on był, rozmawiał lekceważąco, pogardliwym tonem i nader z góry. Teraz tak nie było – jeszcze nie wypił dostatecznie dużo. Teraz szedł skromnie, trzymając się na uboczu, czasem nawet pozostając nieco w tyle.
Pierwszy postój odbyli na ulicy Kül-Torda. Tam, w domu opartym o dawne mury obronne, rezydowała stara Kamuthyowa, u której mieszkały jej wnuczki. Trzeba było jednak dostać się na dziedziniec, bo na tę stronę wychodziło ich okno. Tu Ákos Alvinczy kazał zagrać dla młodszej panny jej ulubioną piosenkę oraz swoją, potem parę walców i jeszcze dwie melodie nie do śpiewania, lecz do słuchania w milczeniu, a gdy w oknie pojawiło się światło świecy, sygnalizujące, że serenada jest słuchana, również żywiołowego czardasza. Potem towarzystwo ruszyło dalej. Kolejny przystanek zrobiono na ulicy Monostori, przed domem Jenőwej Laczók. Tutaj na chodniku rozłożono obozowisko. Zdjęto z powozu stół, wokół którego zasiedli następnie Ambrus i jego kompani, wszyscy mocno popijali i stukali się kieliszkami, stał jedynie baron Gazsi przed cygańską kapelą, jako że to on wydawał tu dyspozycje muzykom. Jeśli był trzeźwy, to nigdy, ale jeśli był pijany, święcie wierzył, że jest śmiertelnie zakochany w Idus Laczók. Zarządzał, które piosenki grać rzewnie, a sam w tym czasie raz po raz zerkał w górę na pojaśniałe okno i przechyliwszy nos jak u dzięcioła, znakomicie przedstawiał miłosną tęsknotę.
Nieopodal bramy wykonanej z żelaznej kraty kucharka z sąsiedniego domu miała akurat wypuszczać swojego żołnierza. Usłyszawszy piękną muzykę, oboje przyczaili się tam przy kamiennym słupie. Policjanci już chcieli na nich warknąć, ale zobaczywszy, że spokojnie stoją w ciemności i nie przeszkadzają, nie zwrócili im uwagi.
Wraz z końcem serenady wszyscy ruszyli z powrotem ulicą Monostori. Do willi Uzdych musieli przejść ze trzysta, czterysta metrów, co w Kolozsvárze uznaje się za dużą odległość, lecz przecież nie istnieje tak wielka ofiara, której zakochane serce nie złożyłoby dla uwielbianej kobiety. Spośród zamawiających muzykę aż trzech żywiło takie właśnie uczucia do Pálowej Uzdy, Adrienne Milóth. Ádám i Pityu już od dawna, co było też powszechnie wiadome, a ostatnio także wuj Ambrus, choć on to bardzo skrywał. Dotychczas znany był ze swego powodzenia u kobiet. Z tym nosem wykrojonym jak u sokoła i z tymi zwisającymi brązowymi wąsami reprezentował ów typ męskiej urody, na którego widok służące aż piszczały, gdy spotkały Ambrusa na schodach. Zawsze dobrze mu się wiodło, aczkolwiek jego podboje wcale nie były podbojami, lecz półgodzinnymi przygodami w rodzaju „zróbmy to prędko!”, do czego nie trzeba było nic prócz sposobności i kanapy. Od lat młodzieńczych nigdy i z niczyjego powodu nie zabiło mu mocniej serce, a on sam wierzył dotąd, że każda kobieta będzie natychmiast jego, jeśli tylko on jej zapragnie.
Fakt, że zresztą nie próbował z takimi, które pierwsze nie wyszły z inicjatywą.
Adrienne do tej pory w ogóle nie zauważał. Od lat bywali w tym samym towarzystwie; niezliczoną ilość razy tańczył z nią, jadł kolację, zajmując miejsce niedaleko niej, ale Adrienne z tą jej dziewczęcą aparycją, wysmukłą szyją, z tym jej chłodno odmownym sposobem bycia, za pomocą którego trzymała z dala od siebie wszelkie dwuznaczne rozmowy, nie interesowała wuja Ambrusa.
Nieświadomie wyczuwał, że nie jest jeszcze w pełni kobietą, choć ma męża i dziecko, wyczuwał, że jest inna niż kobiety, do których przywykł. Dlatego do tej pory uważał Ádáma Alvinczyego i Pityu Kendyego, jawnie się w niej kochających, za osłów. To jednak teraz, gdy ponownie ujrzał Adrienne podczas tegorocznego karnawału, zmieniło się gwałtownie.
*
W czym Adrienne była inna niż dotąd, ledwie da się wyrazić. Także dotychczas zachowywała się z chłodną kokieterią, lubiła żartować ze swoich adoratorów, niekiedy nawet przysporzyć im cierpienia. Właściwie zabawiała się nimi, zupełnie jakby byli pozbawionymi uczuć, ale przynoszącymi rozrywkę marionetkami. Nieświadoma gra, czysto instynktowna, jak w tej bajce, gdzie olbrzymka wrzuca liliputów do swego fartucha, nic a nic nie podejrzewając, że i oni są wrażliwymi ludźmi. Bardzo krótko trzymała ich Adrienne. Nie dopuszczała żadnego dwuznacznego słowa, żadnego podtekstu o pożądaniu czy pocałunku ani nie tolerowała bezpośredniego komplementu bądź aluzji do swojej skóry, ciała, urody. I tak pozostało to również obecnie. Zdawało się jednak, iż teraz jest w niej więcej współczucia oraz wyrozumiałości, wynikających być może z doświadczenia, i wprawdzie nadal zabraniała wszystkiego, co miało odniesienia seksualne, ale obecnie zakaz ten nie brał się z niezaznania miłości, jak było przedtem, lecz z uznania miłości za uczucie wręcz nadrzędne, święte, za coś, do czego nie wolno apelować, bo słowa to bezczeszczą.
Jej adoratorzy i teraz byli tylko marionetkami – a jakże! – ale już nie przedmiotami pozbawionymi uczuć, byli istotami niższego rzędu, które nie mają najmniejszego pojęcia, o czym tak naprawdę mówią, i jeśli cierpią, to ich cierpienie jest malutkie, a jeśli pragną, to ich pragnienie jest małostkowym i banalnym pożądaniem, dlatego trzeba się nad nimi ulitować, wysłuchać ich skargi, pocieszyć jednym i drugim zdaniem, lecz brać ich na poważnie?!… Cóż tacy wiedzą o tym, co ona wie, co ona przeżyła.
To, co przeżyła minionego lata, przez ten krótki miesiąc, gdy towarzyszyła siostrom w Wenecji, w trakcie tamtych czterech tygodni, gdy z każdym świtem przybliżała się o krok ku śmierci, gdy szła naprzeciw niej z podniesioną głową i szczęśliwa, jakby niosła w dłoniach swoje czerwone serce – w radosnej ofierze, z czarującym wdziękiem dopełnionej kobiecości. To, że się nie zabiła przed wyjazdem do domu, jak planowała, lecz wróciła, wróciła do męża, którego się bała i którego nienawidziła, to, że żyła z nim dalej, było jej ofiarą. Ceną, jaką trzeba zapłacić, żeby swego ukochanego ocalić dla życia. Chętnie przystałaby na własną śmierć, ale nie na śmierć swego partnera – na to nie mogła się zgodzić. Bo przecież i on by się zabił, gdyby ona to uczyniła. No więc dlatego wróciła. W sercu zachowała wspomnienie, które potwierdzało, jak sądziła, że przeżyła wszelki ból i wszelkie szczęście, rozkosz i śmierć, a skoro posiadła ten sekret, wszystko inne stało się w jej oczach szare i powszednie, tanie i ubogie. Dlatego z uśmiechem naznaczonym wyrozumiałością, i nieco też politowaniem, słuchała żałosnych skarg Ádáma Alvinczyego bądź Istvána Kendyego, Pityu, traktując obu zupełnie jak dzieci, pocieszane, gdy się uderzą o coś w czoło.
W kwestii dramatu, który Adrienne przeżyła w Wenecji, być może jej młodsza siostra, Margit Milóth, coś podejrzewała, ale i ona snuła jedynie przypuszczenia, bo choć była dziewczynką z ochotą oddającą się obserwacjom, to i ona raczej nic konkretnego nie wiedziała, inni zaś – kompletnie nic.
Także w wyglądzie zewnętrznym Adrienne ledwie pojawiła się zmiana. Jej postać rysowała się smukle i ostro niczym antyczny grecki posąg, ale jej ramiona bardziej się zaokrągliły, zagłębienie ponad obojczykami, które dotąd czyniło ją tak dziewczęcą, gdy miała na sobie suknię wieczorową, teraz się wypełniło, alabastrowa skóra zaś lśniła, jeszcze gładsza, podobnie jak u kobiet w pełni dojrzałych, jak gdyby spod tej skóry przebłyskiwało na zewnątrz przejrzyste światło. Już nie skrywała siebie pod boa albo chustą, jak czynią chude dziewczątka i jak dotychczas czyniła to również ona sama, jeśli męskie spojrzenie zabłądziło na jej szyję. Z niejaką pogardą przyzwalała, by ją podziwiano, piękne kobiety prezentują bowiem swe budzące pożądliwość ramiona, jakby to była ich zbroja. Niegdyś rycerze w taki sposób nosili srebrny pancerz.
Nikt nie dostrzegał tego wystarczająco jasno – Ádám i Pityu po prostu durzyli się w Adrienne jeszcze bardziej, a wuj Ambrus wyczuł to instynktownie i zaczął ją adorować. Sądził, że raz, dwa dotrze do celu. Najpierw przystąpił do działania swoją normalną, intencjonalnie wieśniacką metodą, ale jako że Adrienne usadziła go bezzwłocznie, zrobił się uległy, stawał się coraz bardziej potulny, próbował działać inaczej, uniżając się i okazując czułostkowość. W stosunku do Pálowej Uzdy całkiem się wyzbył dotychczasowego sposobu zachowania. Odgrywał teraz wiernego owczarka, oczywiście tylko wobec Adrienne, bo tak poza tym, już choćby i z powodu własnego autorytetu, musiał podtrzymywać pozę, z której był znany, sławę mężczyzny poskramiającego każdą kobietę i usidlającego mężatki. Dlatego przed grupką zapatrzonych weń młodzieńców rzucał jedno i drugie słowo, by uwierzyli, iż nie po próżnicy kręci się wokół „tej słodziutkiej młodej mężatki” i się do niej umizguje.
Główny budynek rezydencji Uzdych stał oddzielnie za rozciągającym się od frontu dość dużym ogrodem, jednakże muzykujące towarzystwo skręciło dalej za willę, ponieważ Adrienne mieszkała w parterowym skrzydle z tyłu. Całe grono przemaszerowało niemalże na sam koniec domu i właśnie tam się ulokowało, jako że jej sypialnia według wiedzy młodzieńców znajdowała się za ostatnim łukiem sklepienia korytarza.
Podeszli tam wszyscy, skradając się na palcach; dyspozycje wydawali szeptem, nawet kontrabasista ogromnie uważał, żeby przypadkiem nie stuknąć w coś swoim instrumentem, ponieważ prawo dotyczące serenad stanowiło, iż tylko muzyka, nie żaden inny hałas, może obudzić śpiący dom. W wielkim zatem skupieniu ściągnięto krzesła i stół, ustawiono na nim kieliszki, szampan oraz koniak i dopiero kiedy się z tym uporano i zajęto miejsca wokół stołu, przyszła kolej na muzykowanie.
Młodzi już w drodze pociągnęli losy. W ten sposób zdecydowali, kto nastąpi po wuju Ambrusu, który oczywiście cieszył się w tym względzie przywilejem. Tak więc podczas gdy pozostali siedli nieco bardziej z tyłu, wuj Ambrus stanął przy niezajętej stronie stołu, na wprost okien, a kapela zagrała pianissimo jego ulubioną piosenkę: „Przyjdź do mnie wtedy, gdy ci powiem…”, i następnie głośniej – piosenkę Adrienne. Później znów kilka węgierskich melodii nie do śpiewania, lecz do słuchania, i potem, jako że przez szczeliny w okiennicach po drugiej stronie korytarza zaczęła już przenikać jasność, wuj Ambrus zaśpiewał. Głos miał nieco doprawiony winem, niemniej był to przyjemny baryton. Reszta towarzystwa beznamiętnie popijała w tyle. Następowała piosenka za piosenką, aż w końcu po ognistym czardaszu wuj Ambrus uciszył Cyganów. Nie wycofał się jednak z zajmowanego miejsca – choć po krótkiej przerwie grano teraz już serenadę Pityu – tylko tam, gdzie dotąd się znajdował, ustawił sobie krzesło i na podorędziu trzymał kieliszek, dalej tkwiąc naprzeciwko okna.
Gdyby wrócił do pozostałych, jego sytuacja stałaby się trudna.
Przed nimi musiałby prezentować przenikniętą wyższością, triumfalnie uwodzącą, porywającą obojętność, słowem, jego normalne zachowanie w stosunku do kobiet, podczas gdy wobec Adrienne ostatnio odgrywał zauroczonego i spowitego smutkiem kochanka. Możliwe wszak, że podglądała ich z któregoś okna. Z tego więc powodu on i teraz musiał grać swoją rolę, tym bardziej że noc jaśniała blaskiem księżyca. No więc został tam, z łokciami podpartymi na stole, odwrócony plecami do młodych, dość dobrze przedstawiając „smutnego juhasa”[9]. Czasem też trochę podśpiewywał, pomimo faktu, że nie miał do tego prawa, skoro kto inny dysponował w tej chwili muzykami. Ale przecież jemu wolno było więcej niż innym. Pityu nie bardzo się to podobało, lecz nie mógł nic powiedzieć. Był zresztą skromnym chłopakiem, jednym ze słabszych pędów silnego drzewa rodu Kendych. Fakt ten znalazł swój wyraz również w jego aparycji. Był szczuplejszy, chudszy niż pozostali, a jego nos, choć też przypominał dziób drapieżnego ptaka, nie wyglądał na dziób sępa, sokoła bądź pustułki, jak u reszty potomków Kendych, lecz w sposób przesadny ukształtował się w dziób jakiegoś egzotycznego ptaka, co wraz ze słabo zarysowaną szczęką sprawiało wrażenie, jakby na tej twarzy nie było nic prócz zakrzywionego nochala i czarnych oczu o smutnym spojrzeniu.
Już i ta serenada zbliżała się ku końcowi, gdy zza głównego budynku niespodziewanie doszedł głośny tętent koni.
Pędząc z oszałamiającą prędkością, zza węgła willi wykręcił czterokonny zaprzęg i gwałtownie się zatrzymał, ledwie o piędź od pleców cymbalisty. Konie w cuglach nieco wprawdzie rżały, ale stały już nieruchomo, Cyganie natomiast odskoczyli na boki – ilu ich było, w tylu kierunkach.
Wuj Ambrus cisnął bardzo głośno jednym z tych smakowitych steków przekleństw, w czym był mistrzem, lecz owej wiązanki nie mógł zwieńczyć puentą, gdyż tym, który zsiadł z wysokiej bryczki, był Pali Uzdy, mąż Adrienne. Tak więc uformował twarz w uśmiech i przyjaźnie zagrzmiał:
– Serwus, Pali! A ty skąd, do cholery, przyjeżdżasz o tej porze?
Uzdy podszedł miarowym krokiem do grona, które zarządziło muzykowanie. W dwurzędowo zapinanym, sięgającym kostek kożuchu jego tyczkowata postać zdawała się jeszcze wyższa, zupełnie niczym chodząca cienka wieża. Z powodu wątłych ramion sprawiał wrażenie, jakby się od dołu w górę zwężał, a blada twarz z czarnymi wąsami, wyciągniętymi w długości, i z kozią bródką wyglądała ponad grubym futrzanym kołnierzem tak, jak kiedy w wąską butelkę reńskiego wina wsadzą korek z charakterystyczną główką. I z wysoka, z panującej tam ciemności odpowiedział, podkreślając każde słowo z osobna:
– Wracam z Almáskő, z domu. Lubię tak nieoczekiwanie wyruszać i przyjeżdżać. W ten sposób czasem spotyka człowieka niespodzianka, jak na przykład teraz, takie ogromnie miłe zaskoczenie.
Długą, suchą ręką rozdawał uściski.
Skośnymi, niedużymi oczami błyskał szyderczo i nie czekając, ulokował się za stołem.
– Pozwolicie, nieprawdaż, żebym się do was przysiadł? – posłał uprzejme zapytanie tym swoim dziwnym, drwiącym tonem. Ci, którzy zamówili grajków, naturalnie strasznie się zezłościli. Wybrali tę noc dlatego, że było pewne: Uzdyego nie ma w mieście. A teraz nagle zjawia się wśród nich!
– A więc serenada? Serenada, prawda? Dla Adrienne, oczywiście! To dobrze, dobrze, dobrze! Bardzo słusznie. Bardzo jestem rad, że zaszczycacie mój dom. Żałuję, iż przeszkodziłem, ale niech za moje usprawiedliwienie posłuży to, że o tej serenadzie ja nie wiedziałem, nieprawdaż? Prawda, że mi wybaczacie, co? – Uzdy ciągnął swoją przemowę niemal jako monolog. – Proszę, kontynuujcie, kontynuujcie, a jeśli pozwolicie, ja też tu zostanę, niech raz i ja posłucham tak pięknej muzyki, bo przecież jeśli jestem tu u siebie w domu, nigdy nie mam w tym udziału…
W tym momencie wuj Ambrus nabrał ochoty, by pokazać gniew:
– Nie ma takiego barana, który przyszedłby z serenadą, gdy mąż jest w domu. Ty byś może pragnął, żebyśmy przyprowadzili jeszcze i muzykę, kiedy… – Ale w tym momencie słowa utknęły mu w gardle, bo oczy Uzdyego dziwnie błysnęły w jego kierunku.
– Kiedy?… – zapytał lodowato, a jego długa, cienka szyja wyrosła nagle z futrzanego kołnierza.
– No kiedy… kiedy sobie smacznie śpisz… albo… albo… w ogóle… tak nie zwykło się robić… – wymawiał się Ambrus i żeby to już zakończyć, rzucił do pierwszego skrzypka: – No grajże piosenkę panicza Alvinczyego, czy może zupełnie zbaraniałeś? – A potem dodał poufale w kierunku Uzdyego: – Bo teraz kolej na Ádáma, tak się młodzi umówili.
Znów następowała piosenka za piosenką. Cyganie teraz jednak każde tempo brali nieco szybciej, jakby czym prędzej chcieli dotrzeć do końca serenady i stąd uciec.
W tym to ponurym nastroju, w który popadło towarzystwo przy stole, Ádám Alvinczy stanął obok pierwszego skrzypka, reszta zaś siedziała. Wuj Ambrus zajmował miejsce na rogu od strony domu, Uzdy – na rogu przeciwległym, za nim przy dłuższym boku siedzieli Kadacsay i Pityu, a dalej, od strony młynówki Szamosu, zamykającej ogród przy willi, usytuował się László Gyerőffy. Podczas gdy po innych widać było przytłaczający wpływ obecności Uzdyego, który zepsuł świętowanie, László pozostawał zupełnie obojętny. Siedział sztywno, gapił się prosto w jasną noc i wlewał w siebie ze szklanki do wody szampana doprawionego koniakiem.
Czynił to bardzo często i mechanicznie.
Alvinczy kazał zagrać „Sto świec…”.
Uzdy, dotąd nieruchomy, wbił wzrok spod mocno przymrużonych powiek w światło sączące się poprzez szczeliny w oknie. Usta miał nieco rozwarte ponad szerokimi, płaskimi zębami, zupełnie jakby chciał kąsać. Teraz jednak, wciąż siedząc, z wolna się wyprostował. Jego ręka zagłębiła się w futro, a gdy kapela z rozmachem wyrzucała z siebie: „…sto kwart wina…”, ta ręka gwałtownie wyciągnęła browninga i na fortissimo „wi-i-na” wypaliła z broni, na przestrzał ponad stołem, w kierunku zarysu furtki znajdującej się przed mostkiem młynówki Szamosu, na jakieś dwadzieścia metrów od nich.
Cyganie na szczęście, z powodu hałaśliwej muzyki, nie usłyszeli wystrzału, ale tym lepiej doszedł on do uszu towarzystwa przy stole, podobnie jak odgłos kuli wbijającej się w drewniany słupek. Każdy się wzdrygnął, a wuj Ambrus wyrzucił z siebie beknięcie: „Fiu, fiu, a niech go!…”, po czym i on złapał się za głowę.
Uzdy śmiał się przeraźliwie.
Jedynie Gyerőffy się nie poruszył, a przecież kula gwizdnęła mu tuż przed nosem. Nadal beznamiętnie patrzył przed siebie i ze spokojem, niby automat, podnosił do ust kieliszek.
Ten spokój zaimponował chyba nawet Uzdyemu.
– Ty, jak widzę, masz dobre nerwy! – zwrócił się do László.
– Ja? – odpowiedział pytaniem Gyerőffy, a jego głos jakby dochodził z bardzo daleka. – Dlaczego?
– Dlatego! – krzyknął do niego Uzdy i błyskawicznie posłał jeszcze dwa strzały, jeden za drugim bez najmniejszej pauzy, znów przed nosem tamtego, ale László niemal pogardliwie sięgnął po kieliszek i spokojnie popijał, tak jak wcześniej.
W tym samym momencie serenada natychmiast się urwała. Ci, którzy zamówili muzykę, z ulgą wymknęli się do dorożki.
– Nieprzyjemny, zwariowany typ ten Pali Uzdy! – stwierdzili i zabrali się stamtąd w dość mocno zwarzonym humorze. Jedyny wyjątek stanowił László Gyerőffy.
Kroczył teraz ze znacznie większym poczuciem własnej godności aniżeli w drodze tutaj. Szedł z podniesioną głową. Kapelusz odsunął w tył, zrośnięte brwi nieco uniósł, jakby gwizdał na cały świat. Dolna warga uwypuklała mu się butnie.
– Nie właź mi pod nogi! – zbeształ Pityu Kendyego, który przypadkowo znalazł się przed nim, gdy byli mniej więcej pięćdziesiąt kroków od willi.
Pozostali zaczęli szeptać, od razu wiedzieli, że Gyerőffy jest strasznie pijany.
I tak właśnie było. Alkohol wymazywał bowiem wiele bolesnych uczuć, z którymi László powrócił do Siedmiogrodu minionej wiosny. Wymazywał to samooskarżenie, które go dręczyło, kiedy był trzeźwy; tę świadomość, że jego kuzynka, Klára Kollonich, w której kochał się tyle lat, wyszła za mąż za innego, bo on, László, okazał się słaby; to poniżenie, że z powodu długów karcianych musiał wystąpić z peszteńskiego kasyna; to poczucie bycia drugorzędnym, które przenikało go zawsze, w stosunku do każdego, nieważne, kim była ta osoba; to przekonanie, że on sam nie jest już człowiekiem pełnowartościowym, że jest wprawdzie niewidoczny, ale nosi na czole znamię, o którym wszyscy wiedzą, nawet jeśli tego znaku nie pokazują palcem i nawet jeśli się z nim, László, przyjaźnią.
W tamtym czasie, gdy doszło do jego ostatniej wielkiej przegranej w karty, właściwie byłby w stanie ją uregulować, lecz za ważniejsze uznał spłacenie tego, co był winien ówczesnej kochance, która wcześniej uratowała go przed podobną katastrofą. Bo pozostać dłużnikiem kobiety wydawało mu się czymś straszniejszym niż ów publiczny skandal, kończący jego rolę i obecność w stolicy – w tym jego postanowieniu było coś budującego, a zarazem okrutnie triumfalnego.
Owa siła duchowa, która go wówczas podźwignęła, szybko się jednak ulotniła. Grzechy dawnej przeszłości, słabości minionych dni dalej w nim żyły i ciągle go gryzły; dopiero gdy się spił, uwalniał się od nich. Wtedy przechodził z kolei w drugą skrajność. Stawał się bardzo butny i okazywał lekceważenie. Władzę nad nim zyskiwało przekonanie, że jest lepszy od innych. W duchu czuł się wybitnym artystą, którym mógł był się stać, gdyby nie zmarnotrawił talentu i czasu. O tym nie mówił. „Ci i tak tego nie zrozumieją!” – myślał nawet po pijanemu i wolał raczej opowiadać o swoich sukcesach w wielkim świecie, zawstydzać tych „prowincjuszy”.
Jego koleżkowie oczywiście wiedzieli o tym i jak tylko László zaczynał chodzić sztywno i przybierać pogardliwy wyraz twarzy, natychmiast stroili sobie zeń żarty, co dla mieszkańców Siedmiogrodu jest największą radością. Teraz także przyłączył się do niego baron Gazsi i odezwał się sprytnie:
– Dobrze robisz, naskakując na Pityu, bardzo mu się przyda nieco wychowania!
A Pityu to pociągnął:
– Ja naprawdę nic, tylko się cieszę, kiedy dajesz mi nauczki, ty, który tak swobodnie poruszasz się w całkiem innych kręgach.
Włączył się też Ádám Alvinczy:
– Niech dzieje się to, co ty rozkażesz!
Przytakiwał także młodszy brat Ádáma, a jeszcze i wuj Ambrus poszedł za ciosem, chwytając Gyerőffyego pod ramię i grzmiąc:
– Ci wszyscy tutaj to zupełnie jak małe niedźwiadki! Nigdy nic nie widzieli, nie tak jak ty, który bratałeś się z największymi osłami w Peszcie!
Otoczyli László i kłaniając się, zerkali po sobie; jeden z nich zaczął znów tak:
– Ach, jaki piękny musiał być tamten dworski bal, o którym opowiadałeś! Tamten bal z serbskim królem!
László nie zauważył, że celowo pomylił kraj, skąd pochodził król.
– To nie był król Serbii, lecz król Hiszpanii! Alfons XIII, czyli kuzyn arcyksięcia Fryderyka. Wypadałoby to wiedzieć… – stwierdził i od razu przystąpił do obszernego objaśniania swojego ulubionego tematu, a mówił z charakterystyczną dla osób pijanych chełpliwą gestykulacją.
Tak podążali z powrotem w kierunku głównego placu. Jaśniał świt.
Jezdnią wlekły się do miasta wozy z mlekiem. Dotarli już niemal przed siedzibę komitatu, kiedy Gyerőffy rozkazującym gestem zatrzymał całe towarzystwo.
– Tutaj ja będę zarządzał muzyką! – rzucił do Cygana i kazał zestawić na chodnik stół i krzesła.
Od momentu, gdy opuścił posesję Uzdych, wciąż głowił się nad tym, że sam też zadysponuje serenadę. O tym, że ma przy sobie jedynie dwadzieścia kilka koron, nie myślał w tej chwili. Czuł się panem, który stoi ponad wszystkimi, dalece powyżej; on teraz musi pokazać, dać przykład. Ale gdzie? U kogo? On wszak nikogo nie adorował, ani panny, ani mężatki. Kiedy od czasu do czasu przyjeżdżał tu z Szamoskozárdu, zebrawszy do kupy jakieś niewielkie pieniądze z ogórków i sałaty, pojawiał się i tu, i tam, tańczył, jeśli był bal, popijał kawę z pianką, serwowaną w domach mam z córkami na wydaniu, a bywało, że i grał tam na pianinie, gdy go poproszono, lecz wszystko to wykonywał mechanicznie, bez jakiegokolwiek zainteresowania. A przecież był przystojnym, atrakcyjnym mężczyzną, po którym niejedna panna z czułością przeciągała wzrokiem – na nim nie robiło to najmniejszego wrażenia, żadnej intencji flirtowania nie zauważał i do tego stopnia nie poruszało go, z kim rozmawia, że każdy, doprawdy każdy, mógł go zaprosić, by się przyłączył, a on z uprzejmości i głównie z obojętności na wszystko to robił. Tak więc rzeczywiście otwartym pytaniem było, dla kogo ma kazać grać, skoro już koniecznie musi wyprawić serenadę.
I dopiero teraz podjął decyzję, przed pałacykiem Gyalakuthych, który stał akurat naprzeciw domu Laczóków.
Dodó Gyalakuthy to dobra dziewczyna, całkiem miła, dość też muzykalna, podczas jego wizyt zwykła prosić, żeby jej zagrał na fortepianie.
Wysiliwszy umysł, przypomniał sobie właśnie, że często rozmawiała z nim, okazując dobroć, że pytała go o wiele różnych rzeczy, zarówno o sprawy dotyczące muzyki, jak i o jego styl życia na wsi. Tak! Każe zagrać dla tej Dodó.
Było już około godziny piątej, gdy Dodó po raz drugi zbudziła się tej nocy. Na dworze grała muzyka. „Dziwne – pomyślała – dzisiaj dwukrotnie wyprawiają serenadę dla Laczókówien? Ależ im dobrze!” Bo do niej nikt nigdy nie przyprowadzał nocą muzykantów. Nikt tego czynił, gdyż panna Gyalakuthy była wielką partią. Wszyscy panicze więc się bali, że przyklei się im łatkę łowcy posagu, jeśli tylko, w najmniejszym nawet stopniu, ją uhonorują. A to – niech Bóg broni – byłoby strasznym wstydem!
Dodó wiedziała o tym i w ogóle nie pomyślała, że to dla niej grano serenadę.
Przekręciła się na drugi bok, żeby spać dalej. Po co miałaby wstawać, jak zrobiła półtorej godziny wcześniej, gdy zakradła się do zasłony w oknie i stojąc obok niej, spojrzała na zewnątrz. To z pewnością ci sami: dwóch Alvinczych, baron Gazsi i wuj Ambrus. Oraz László Gyerőffy.
„On też jest z nimi. Tak. Trzyma się z nimi, choć nikt ani nic go nie porusza. Biedny Gyerőffy! Jaki zgorzkniały, zraniony powrócił do domu z Pesztu! Och! Ta Klára Kollonich, ta kuzynka, która sprawiła mu taki ból, która tak zatruła tego miłego, bardzo miłego chłopaka… Jak ona mogła zrobić coś takiego! Jak ona mogła?! Mogłabym ją zabić!” – pomyślała, próbując na nowo zasnąć.
Ale muzyka jakby rozbrzmiewała głośniej. Jakby była bliżej. Dodó nadstawiła ucha. Rzeczywiście. Jakby była tutaj, przed ich domem, nie zaś tam naprzeciwko! I grają też coś innego… Co to jest? To ten szybki siedmiogrodzki taniec csűrdöngölő[10], który László zagrał jej ostatnio po podwieczorku! To ten, na pewno ten!
Wyskoczyła z łóżka. Tylko tak, boso pośpieszyła na palcach do okna. Przez szczelinę przy rolecie zerknęła ukradkiem na zewnątrz. Na dworze było już zupełnie jasno.
Na skraju szerokiego chodnika stał stół, wokół niego siedziało towarzystwo. Były też szampan i kieliszki. Z dwóch stron stali policjanci i tak kierowali przechodzącymi tamtędy o świcie, by ci nie przeszkadzali. Tutaj zaś pod oknem stała kapela Lajiego Pongrácza i wśród muzyków, przed nimi – Gyerőffy! No więc to dla niej była ta serenada! Dla niej przywiódł tu grajków, dla niej, dla której nikt nigdy nie wyprawiał nocą muzyki!
„I to akurat on, László!”
Dodó stała w oknie kilka minut jak zaczarowana. Obie ręce przycisnęła do niewielkich wypukłych piersi, jakby chciała uciszyć serce, które poniżej jej nieco szerokiej szyi waliło z radości. Potem przypomniało się Dodó, że nie zapaliła świecy. „Och, ależ to przykre! Jeszcze uzna, że nie przyjmuje się jego serenady! Szybko, szybko! Przecież kończy się już i druga piosenka!”
Natychmiast pośpieszyła lekkim krokiem w kierunku łóżka i z płonącą świecą wróciła do podwójnego okna. Otworzyła wewnętrzne skrzydło i ustawiła ją za zasłoną!
„Och, ale tak nie jest dobrze. Na zewnątrz jest już dzień, nie zdoła dostrzec tego światełka”. Szybko zdecydowała. Odsunęła na bok płócienną zasłonę i postawiła lichtarzyk pomiędzy zasłoną a zewnętrznym oknem. Tak jest właściwie, tak jest dobrze. To prawda, że przez moment mogli z dołu dojrzeć jej grubawe, nagie ramię, no ale co ona mogła poradzić? Zresztą to wcale nie taki problem, przecież i na balu widzą jej nagie ramię i… i ramię ma ładne, i dłonie malutkie… Nie, za to nikt nie może jej zganić! – pomyślała i teraz już odszukała swój szlafrok ozdobiony miękkimi piórkami, bo w pokoju było dość chłodno, a ona nie chciała kłaść się z powrotem do łóżka – nie – ona chciała z drugiego okna wyśledzić tego młodzieńca, patrzeć na niego, patrzeć na tego, który kazał dla niej grać, który w końcu, raz wreszcie zauważył ją, dostrzegł, jak bardzo ją interesuje… może nawet odwzajemnia jej miłość – och, nawet jeśli tylko trochę, to i to by wystarczyło! „Och, ależ to by było piękne!”
Starannie się owinęła jedwabnym szlafrokiem, który obrysowywał jej nieco pełne, lecz dobrze zbudowane dziewczęce ciało, i zadumała nad piosenkami. A na skrzydłach muzyki przyfrunęły do niej wspomnienia.
Dawne: jak przed półtora rokiem na balu u Laczóków wydanym z okazji imienin Idy pierwszy raz rozmawiała dłużej z László; to jej próżne wzdychanie podczas kolejnych dwóch karnawałów, gdy tylko tu i ówdzie, i bardzo rzadko mogła go zobaczyć; tamte wieści, które wtedy o nim przyszły – że zaleca się do Kláry Kollonich, że strasznie gra w karty i wreszcie, teraz już niemal rok, jak to się stało, ta wiadomość, że wystąpił z peszteńskiego kasyna. „Wyłącznie wpływowym krewnym mógł zawdzięczać to, iż pozwolono mu wystąpić i go nie wyrzucono!” – mówiło Dodó wiele osób, a na ich twarzach malował się uśmiech wyrażający zadowolenie z cudzego nieszczęścia, nie wyobrażały sobie one, jak bardzo to ją boli. Ale to nie tylko bolało – nie! – ta nowinka sprawiała jej również cichą radość. Radość, bo wtedy myślała: László musi wrócić do domu, do Siedmiogrodu, wyjechać z tego przeklętego Pesztu, a jeśli znajdzie się tutaj, jeśli będzie tutaj, to ona jakoś zdoła dotrzeć do niego bliżej, może go pocieszy i chyba… chyba wtedy… wtedy może jednak…
I te nowsze: zimą tego roku László wielokrotnie bywał w Kolozsvárze. Gdy słyszała, że przyjechał, nakazywała matce zaprosić go nie tylko na podwieczorek, lecz i na obiad, oczywiście z innymi młodymi ludźmi. W ten sposób mogła go często widywać, choć László pozostawał w mieście nie dłużej niż zaledwie kilka dni.
Rozmawiali o muzyce, a dziewczyna dzięki swojemu instynktowi zakochanej kobiety dobrze utrafiała w ton odpowiadający artystycznej duszy młodzieńca.
W trakcie konwersacji wybadała także inne sprawy. Z tu i tam rzucanych słów, które ostrożnie nizała dalej przy każdej okazji, z wolna poznała sytuację materialną Gyerőffyego. Dowiedziała się, że swój majątek wydzierżawił Ázbejowi, zarządcy dóbr hrabiny Abády, że ten opłacił dzierżawę na dziesięć lat z góry. „Och, to była wielka uprzejmość ze strony Ázbeja – powiedział László – powinienem być wdzięczny”. Tak więc nie posiadał niczego ponad to, co jego ogrodnik, ten wierny jemu człowiek, uskładał z jabłek, warzyw. I nigdzie też nie dysponował kredytem, miał wyłącznie długi. O tym wszystkim László opowiedział oczywiście nie za jednym razem, właściwie nawet nie uświadamiał sobie, że się tym podzielił. Niekiedy tu, niekiedy ówdzie napomknął o jednym czy drugim fakcie, które Dodó posklejała wielce sumiennie. Już wówczas, jak tylko ukształtował się ten obraz, pomyślała, że trzeba by tę sytuację jakoś poprawić, jakoś tu pomóc, ale teraz, gdy László stał tam na dole na chodniku i kazał grać jej ulubione piosenki, gdy wreszcie dał znak, jakby się nią interesował, to, co dotychczas było dla Dodó niepewnym snuciem planów, zmieniło się w jej decyzję.
Przez szczelinkę pomiędzy ramą okna a płótnem zasłony dobrze mogła zapuścić wzrok na towarzystwo, które sprowadziło muzykantów. Wuj Ambrus i Pityu, Kadacsay i obaj bracia Alvinczy siedzieli sennie wokół stołu, a kelner nalewający im szampana mocno ziewał. Na skraju chodnika, oparłszy się o kubeł na śmieci, skulił się i przysypiał targający cymbały. Światło dzienne jaśniało już w pełni. W takim to momencie wychodzi zmęczenie u tych, co zabawiali się nocą. Dwaj policjanci nadal z zapałem przeganiali pieszych na drugą stronę ulicy. W dużej mierze byli to mieszkańcy Monostoru, którzy nieśli na poranny targ dwa, trzy kurczaki, wianek cebuli lub inne zimowe warzywa, a kilku z nich, nim ruszyło dalej, zatrzymało się po drugiej stronie, żeby posłuchać muzyki.
László natomiast wciąż jeszcze grał serenadę. Już wcześniej przejął skrzypce Lajiego i sam grał. Wraz z poruszaniem się smyczka rozbrzmiewały piękne, szeroko niosące się dźwięki. Z pewnością zapomniał o wszystkim wokół siebie, o miejscu i czasie, słyszał tylko melodię, którą sam powołał do życia. Z kapeluszem na głowie odsuniętym w tył, z przymkniętymi oczami stał sztywno i, rozpoczynając nową piosenkę, zwrócił się teraz w kierunku kapeli.
„Kryją dachówką szczyt koszarów…”[11].
Dodó nie potrafiła nasycić się tym widokiem…
W środku piosenki gwałtownie poderwali się z miejsca ci, którzy siedzieli za stołem. Wuj Ambrus coś krzyknął, muzyka się zatrzymała i wszyscy, nawet publika przysłuchująca się po przeciwnej stronie ulicy, spojrzeli w górę, wskazując na okno, w którym Dodó postawiła świecę pomiędzy szybą a zasłoną. Zapaliło się płótno. Przebiegały po nim długie płomienie i kłąb dymu wpadł już do pokoju, a jednocześnie szyba pękła na pół i z brzękiem poleciała na ulicę.
Dodó doskoczyła tam. Po drodze szybko zadzwoniła po służącą, a zbliżywszy się do okna, odważnie chwyciła z obu stron zasłonę i ją zerwała.
„Teraz do umywalni! Szybko dzbanek wody!”
I kiedy przestraszona pokojówka wbiegła do sypialni, Dodó już polewała zasłonę leżącą na parkiecie i deptała po niej niedużymi domowymi pantofelkami, dławiąc tu i tam podnoszące się jeszcze płomyki.
To szczęście, że zadziałała tak błyskawicznie. Gdyby płomień chwycił odsuniętą na bok koronkową draperię, mógłby powstać duży ogień. A tak to tylko podłoga przyczerniała nieco. Tylko tyle się stało. No i przepaliły się na wylot cienkie podeszwy pantofelków. Tylko tyle było szkód materialnych.
Podczas gdy pokojówka i przywołani tam dwaj służący gorączkowo wycierali rozlaną wokoło wodę, wynosili na zewnątrz spaloną zasłonę, Dodó raz jeszcze zerknęła na zewnątrz, na ulicę.
Pozostali tam już jedynie policjanci, to im przekazała, że nic się nie stało, że śmiało mogą odejść. A potem stała tam jeszcze, w oknie z wybitą szybą.
Coś ściskało serce Dodó, jakby to był zły omen, że akurat teraz, właśnie teraz, gdy ta serenada uczyniła ją tak szczęśliwą, że to musiało się tak skończyć! Ostatecznie jednak pokręciła tą swoją krnąbrną głową, jakby chciała wytrząsnąć z niej zwątpienie.
– Bzdura! – powiedziała do siebie. – Nie ma omenów! Bzdura!
I spokojnie położyła się z powrotem do łóżka, bo dopiero teraz poczuła, jaki ostry chłód zapanował w pokoju.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
