Trylogia ekonomiczna - Grzegorz Klimczak - ebook + książka

Trylogia ekonomiczna ebook

Grzegorz Klimczak

0,0

Opis

Być może nie dostrzegasz zależności pomiędzy funkcjonowaniem rynków, polityką ekonomiczną oraz instytucjami kulturowymi formującymi nasze obyczaje i przekonania. Być może do tej pory nie zauważyłeś, że organizacja usług publicznych, system podatkowy, emisja pieniądza wpływają na twoje aspiracje i życiowe wybory. -  Jeśli tak, to prawdopodobnie dobrze skorzystasz z lektury tej książki.

Od podstawowych praw ekonomii do sterowania społeczeństwem przy pomocy bodźców ekonomicznych. Od wyborów pomiędzy jabłkami a gruszkami do wyborów pomiędzy posiadaniem dzieci a posiadaniem mieszkania. Książka publikowana z okazji 250. rocznicy wydania Bogactwa Narodów A. Smitha (i tej samej rocznicy Deklaracji Niepodległości USA), po to aby przekonać Czytelnika, że ekonomia nadal dostarcza przynajmniej części rozwiązań dla współczesnych problemów społeczno-kulturowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 787

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

Amerykanin (z Teksasu): Lubię Polaków, bo są podobni do Teksańczyków, tak samo cenią wolność.Ja: Czasami ta wolność jest wolnością do przeszkadzania innym.Amerykanin: Podobnie w Teksasie.

Rozmowa w samolocie, rok 2014

Przytoczona powyżej konwersacja utkwiła mi w pamięci, ponieważ twierdzenie o szczególnym przywiązaniu Polaków do wolności wydało mi się mocno przesadzone. Przez uprzejmość nie zaprzeczałem, lecz aby nieco zdystansować się od tezy mojego rozmówcy, wygłosiłem opinię o „wolności do przeszkadzania”, którą niegdyś uważałem za ciekawe spostrzeżenie na temat postsocjalistycznego społeczeństwa. Później jednak zacząłem się zastanawiać, czy nie kryje się tu jakaś głębsza prawda, skoro mój towarzysz podróży wyraził podobne zdanie o Teksańczykach. Zadałem sobie pytania: właściwie dlaczego uważam, że wolność nie jest w Polsce ceniona? w jaki sposób jest ona ograniczana?

Po latach lepiej rozumiem, że wolność w swym najważniejszym aspekcie jest w istocie możnością wypełnienia tego, co dana osoba uznaje za swoje życiowe zadania. „Wolność od” jest wolnością niepełną, w gruncie rzeczy potrzebujemy „wolności do”. A jednak, chociaż rozwój cywilizacji usuwa różne bariery ograniczające jednostki i otwiera przed nimi niewyobrażalne wcześniej możliwości, to wydaje się, że eliminując stare ograniczenia, ludzkość tworzy nowe, a niektóre owoce postępu są gorzkie. Polacy, kiedyś skupieni na przetrwaniu realnego socjalizmu, potem na problemach transformacji gospodarczej, nie korzystają w pełni z osiągniętej wielkim kosztem wolności, gorzej: zakładają sobie nowe kajdany.

W Polsce XXI wieku, podobnie jak w większości innych państw, osiągnięto wolność od przymusu wynikającego ze sztucznych podziałów społecznych czy dyskryminujących rządów. Lecz wolność do realizacji osobistego powołania, do wypełniania tego, co niektórzy nazywają sensem życia, podlega i dziś zagrożeniom, tyle że trudniejszym do zauważenia. Działającemu podmiotowi wydaje się, że działa w sposób wolny, ponieważ nikt nie przymusza go do działania. Tymczasem uwarunkowania, których źródeł nie jest świadom, wymuszają na nim takie czy inne kroki. Idzie tam, gdzie mniejszym wysiłkiem można uzyskać więcej, i nie żałuje utraconych możliwości, których nie zna. Manipulowanie wartością pieniądza czy określony system podatkowy rodzą dalekosiężne skutki, z których zbyt niewielu zdaje sobie sprawę. Niedostrzegane są wszystkie konsekwencje zastępowania ludzi w ich życiowych zadaniach przez instytucje publiczne.

Czemu zatem ma służyć wolność? Niczemu nowemu. Od zawsze przed ludźmi stoją dwa życiowe obowiązki: rodzina i praca. Wolność do realizacji tych obowiązków to podstawowy wymiar wolności i fundament ekonomicznych rozważań zawartych w tej książce. Zapewne znajdzie się wiele osób, które nie powiedziałyby o sobie, że realizują się poprzez pracę albo poprzez rodzinę. Lecz praca ludzka to nie tylko praca zarobkowa, jest nią każde działanie tworzące jakieś dobro, materialne czy niematerialne. Praca-tworzenie łączy każdego z nas ze wspólnotą ludzką, z przeszłymi i przyszłymi pokoleniami. Korzystamy z pracy innych i inni będą korzystać z naszej. Pośrednio czy bezpośrednio pracujemy zawsze dla rodzin. Z powyższego rozumienia wolności wynika główny cel tej książki: pokazanie, co dzisiaj utrudnia podejmowanie najpotrzebniejszej pracy i co ogranicza jej owoce, kiedy ludzki wysiłek nie przynosi rodzinom należytych korzyści, kiedy swoboda jednych jest osiągana kosztem wolności innych.

Wiedza ekonomiczna pozwala zrozumieć, jak procesy gospodarcze wpływają na nasze wybory, i może pomóc czytelnikowi podejmować lepsze decyzje, kiedy coś kupuje, sprzedaje, decyduje o przeznaczeniu oszczędności, kiedy wybiera swoich przedstawicieli w parlamencie lub władzach lokalnych. Mam też nadzieję, że lektura tej książki pomoże w najważniejszych wyborach życiowych, tych dotyczących zawodu, domu i rodziny.

Część I

Podstawy ekonomii

Niesłuszne więc jest przeciwstawianie teorii praktyce! Czymże jest teoria, jeśli nie znajomością praw wiążących skutki z przyczynami, tj. jednych faktów z innymi. […]A czymże jest praktyka bez teorii, to jest użytkowanie środków bez świadomości, jak i dlaczego działają?

Jean-Baptiste Say, 1803 [92] s. 29

Siła ciążenia powoduje, że jabłko spada na ziemię. Wynika to z praw fizyki, zgodnie z którymi grawitacja zawsze działa na jabłka rosnące na drzewach. Lecz z tych praw nie można wyciągnąć wniosku, że wszystkie jabłka spadną z drzew na ziemię. Ktoś może na przykład jabłko zerwać. Podobnie jest z prawami ekonomii – wskazują na pewne siły ekonomiczne (zwane też bodźcami), które działają zawsze, lecz są też inne siły, które mogą doprowadzić do odmiennych rezultatów. Ktoś może na przykład kupić produkt droższy zamiast lepszego i tańszego, z najróżniejszych przyczyn. Problem z prawami ekonomii, w porównaniu do praw fizyki, jest taki, że działają one w wymiarze społecznym i można sobie wyobrazić zdecydowanie większą liczbę sił, które mogą je zakłócać.

Say napisał dalej: Ekonomia polityczna, żeby stać się rzeczywiście użyteczną […], winna pokazać, że to, co się dzieje rzeczywiście, jest wynikiem innego faktu realnego [92] s. 65. Niestety, ustalenie tego rodzaju zależności w realnym świecie nie zawsze jest proste, a jeszcze trudniej przekształcić obserwacje w przekonujące uogólnienia, ponieważ często zbyt łatwo wskazać podważające je wyjątki. Dlatego aby ułatwić sobie życie, ekonomiści wprowadzili określenie: ceteris paribus, co znaczy: przy pozostałych czynnikach niezmienionych. Ja również, opisując prawa ekonomii, będę przyjmował to założenie, niekoniecznie je przywołując. Na przykład: gdy twierdzę, tak jak wszyscy inni ekonomiści, że wzrost popytu powoduje wzrost ceny, to dla pełnej poprawności powinienem dodać: ceteris paribus (bo na przykład może się zdarzyć, że przy odpowiednio wysokim popycie opłaca się wprowadzić masową produkcję i cena jednostkowa spadnie). Co prawda złośliwi mawiają, że pozostałe czynniki są zawsze zmienione. Ja sam, podważając niektóre teoretyczne tezy, będę zwracał uwagę na okoliczności oraz skutki, które są w nich pomijane. Jednak zmienność okoliczności i możliwych skutków nie zmienia doniosłości praw ekonomii. Zawartość części I to głównie tezy, które zostały zweryfikowane i utwierdzone przez stulecia. Czytelnik może je uznać za bezpieczną podstawę swych własnych przemyśleń.

Podstawowe prawa ekonomii

Założenie, z którego [ekonomia] wyprowadza wnioski – to prawdy uświęcone wiekami, to uznane przez wszystkich pewniki, na których spokojnie opieramy swe rozumowania, do których stosujemy nasze codzienne czyny; założenie, które można objaśnić prawem fizycznem: tak jak ciało wprawione w ruch idzie w kierunku najmniejszego oporu, tak i człowiek stara się zaspokoić swoje pragnienia najmniejszą sumą usiłowań.

Henry George, 1879 [31] s. 9

Rozważania ekonomiczne bazują na pewnych założeniach co do natury ludzkiej. Najpierw zakładamy, że ludzie podejmują racjonalne decyzje. Trudno sobie wyobrazić, aby racjonalny człowiek kupował coś drożej, jeśli może taniej, tak samo jak trudno zakładać, aby coś pchał, jeśli może to toczyć. Prawdę tę zacytowany powyżej Henry George przedstawił jako podstawowe prawo ekonomii: Człowiek dąży do zaspokojenia swych potrzeb najmniejszym kosztem (por. [30] s. 78). To samo podstawowe założenie teorii ekonomii zawiera się w terminie homo oeconomicus (człowiek gospodarujący), wprowadzonym przez Johna Stuarta Milla. Homo oeconomicus ma jedną bardzo istotną cechę odróżniającą go od człowieka rzeczywistego: zawsze postępuje racjonalnie. Przy założeniu, że społeczeństwa składają się z takich osób, ekonomista opisujący prawa życia gospodarczego może pominąć wybuchy namiętności, krótkowzroczność i niewiedzę. Homo oeconomicus wie, na czym polega jego interes i wybiera to, co przynosi mu więcej korzyści. Dlatego, na przykład, gdy ktoś sprzedaje coś taniej niż inni, to przyjmujemy, że tak mu się bardziej opłaca. Nie doszukujemy się w tym fakcie autodestrukcyjnej chęci doprowadzenia się do ruiny ani przypływu filantropii.

Dalej zakładamy, że naturalne dla człowieka jest działanie zmierzające do zaspokojenia jego potrzeb. Niektóre potrzeby wynikają z jego biologii, inne z konstrukcji psychicznej, a jeszcze inne z natury duchowej. (Potrzeby psychiczne, a tym bardziej duchowe, są różnie rozumiane i bynajmniej nie uważam, że wszystkie poglądy na te kwestie są tak samo słuszne. Lecz w tym miejscu nie musimy się nad tym zastanawiać – wystarczy na razie stwierdzenie, że istnieją potrzeby różnego rodzaju). Warto o tym pamiętać wobec zarzutów stawianych co najmniej od czasu pamiętnego nazwania ekonomii „ponurą nauką” (ang. dismal science, jak wyraził się Thomas Carlyle w roku 1849). Uznanie, że jednostki kierują się własnym interesem, nie wyklucza ich motywacji do działania dla dobra wspólnego. Interes własny nie musi być egoistyczny – reprezentuje on wszystko to, co pomaga w realizacji celów, jakkolwiek altruistyczne czy egoistyczne by one nie były.

W swojej Nauce ekonomii politycznej Henry George, omawiając przedstawione powyżej prawo minimalizacji nakładów, napisał: zarówno samolubstwo, jak i miłość tyle ma z nim wspólnego, ile na przykład z prawem ciężkości. Jest to po prostu fakt tylko, nic więcej [30] s. 82. Potrzeby ludzkie nie są tylko egoistyczne. Takie potrzeby, jak przynależności, uznania czy miłości zaspokajane są przez działanie na rzecz innych. I także w tych działaniach człowiek chce być skuteczny. Z tego powodu nie zadowala się przyrostem ilości dóbr i nie poprzestaje na zaspokajaniu potrzeb biologicznych. Człowiek, dążąc do zaspokojenia potrzeb psychospołecznych, takich jak uznanie, wdzięczność, podziw, większy nacisk będzie kładł na jakość dóbr, a nie na ich ilość. Zasoby będzie zużywał oszczędnie, a nadwyżki przeznaczał dla dobra wspólnego1.

Utrzymujemy więc w ekonomii, że człowiek jest racjonalny i działa tak, by jak najlepiej zaspokoić swe różne potrzeby z użyciem dostępnych zasobów. Lecz nie jest w stanie sam zaspokoić wszystkich swych potrzeb. Musi wymieniać się dobrami i usługami z innymi. Przy czym nie chodzi tylko o to, że różne grupy ludzi dysponują różnymi zasobami. Wymiana służy pozyskaniu tych zasobów, ale oznacza też podział pracy (specjalizację), który podnosi wydajność i jakość.

Dlatego na przykład gospodarstwa rolne nieprzeznaczające większości swej produkcji na sprzedaż są oznaką ekonomicznego zacofania. Ich wysoka samowystarczalność oznacza wytwarzanie dóbr bez względu na to, czy potrafią to robić dobrze (na przykład z użyciem odpowiednich narzędzi), czy źle (na przykład kosztem innych dóbr, które można by wytwarzać sprawniej i w lepszej jakości). W szopie moich dziadków można było znaleźć, przywalone innymi rupieciami, żarna i stary kołowrotek. W ciężkich czasach kołowrotek służył do wytwarzania włóczki (dziadkowie mieli też owce), a żarna do mielenia mąki na chleb (samodzielnie wypiekany). Na podstawie wspomnień jednego ze stryjów wnioskuję, że jakość chleba z mąki z żaren pozostawiała wiele do życzenia.

Z ludzkiej natury (albo raczej z jej ograniczeń) wynika także i to, że ludzie koncentrują się na osobistych korzyściach i ograniczaniu wysiłku własnego. Niestety, niektórzy próbują zaspokajać swe potrzeby poprzez wykorzystywanie innych, tzn. chcą coś uzyskać wysiłkiem cudzym. Społeczeństwa muszą sobie jakoś radzić z takimi niedoskonałościami ludzkiej natury, jeśli mają trwać i się rozwijać. Ci, którzy zaspokajają swe potrzeby kosztem innych i nie dają nic w zamian, są zagrożeniem dla międzyludzkiej współpracy. Istnieje na szczęście prosty mechanizm obronny, który eliminuje takie podmioty: wolna konkurencja. Wolność osobista umożliwia podjęcie pracy w miejscu, które zapewnia lepsze warunki i kupowanie od tego, kto oferuje lepszą cenę bądź jakość. Jeśli ktoś dostarcza dobra gorsze, to otrzymuje w zamian mniej, jeśli ktoś jest oszustem, to nie na długo. Gdyby było inaczej, nie dochodziłoby do transakcji – nikt nie oddawałby lepszych, wartościowszych dóbr za gorsze. Nikt nie pracuje po to, by zostać ograbionym.

Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. – To słynne spostrzeżenie Adama Smitha jest czasem traktowane jako smutna prawda o świecie, choć powinno być raczej prawdą pocieszającą. Jeśli wolny rynek powoduje, że samolubny gbur uprzejmie poda nam dobry obiad, to czyż nie jest to pocieszające? Z powyższych słów Smitha można wyciągnąć jeszcze jeden fundamentalny wniosek: gospodarka wolnokonkurencyjna może funkcjonować pomimo ludzkiej skłonności do lenistwa i innych słabości. Gospodarka socjalistyczna (centralnie sterowana) wymaga wykorzystania cennych zasobów altruizmu i samopoświęcenia, a gdy tych zabraknie, konieczny jest nadzór i przymus.

W wyniku konkurencji ceny sprzedaży nie zależą li tylko od prostej fantazyi (Henry George), ale są wyznaczane przez rynek, na którym działa wielu sprzedających. Podmioty gospodarcze rywalizują ze sobą o zasoby innych podmiotów, jako nabywcy i jako sprzedawcy. Konkurencja motywuje ich do jak najtańszego i jak najlepszego zaspokajania potrzeb innych ludzi. Maleją szanse tych, którzy chcą uzyskać zbyt wiele zbyt małym wysiłkiem własnym. Rywalizuje się o nabywców, najlepiej najliczniejszych, albo takich, którzy najlepiej płacą, i jednocześnie o jak najtańszych i jak najlepszych dostawców. Twierdzenie, że wolny rynek to nieustająca walka o zysk jest bardzo mylącym uproszczeniem, gdyż jednocześnie dzięki konkurencji ten zysk jest ciągle ograniczany.

Większe przedsięwzięcia wymagają zorganizowanej współpracy wielu ludzi. Dążąc do podnoszenia skuteczności własnych działań, ludzie poszukują lepszych narzędzi, w tym lepszych sposobów współpracy. Dlatego właśnie powstają przedsiębiorstwa. Wyznawcy społecznego darwinizmu, którzy w wolnorynkowej rywalizacji widzą tylko eliminację słabszych i przetrwanie najsilniejszych, zapominają, że konkurencja ma miejsce najczęściej pomiędzy różnymi przedsiębiorstwami. Te same jednostki, które w wymyślonym społeczeństwie drapieżców stałyby się żerem, w organizacjach gospodarczych stają się kluczowymi zasobami, niezbędnymi trybami w machinie2. Dobór naturalny w świecie gospodarczym oznacza przetrwanie pracodawców najlepiej wykorzystujących możliwości swych pracowników.

Wielu twierdzi, że doskonała konkurencja3istnieje tylko w podręcznikach ekonomii i tylko w nich idealnie działają mechanizmy ekonomiczne. Jest to zarzut najzupełniej trafny: realny świat to istotnie świat mniej lub bardziej niedoskonałej konkurencji. Jednostka ludzka, nawet w najbardziej liberalnym4 społeczeństwie, nie posiada w pełni wolnego wyboru. Jest ograniczona brakiem wiedzy i doświadczenia u siebie i innych, okolicznościami społeczno-kulturowymi, swymi nawykami i potrzebami chwili. Dlatego wolne rynki muszą być wspierane przez instytucje społeczne. To wsparcie polega najpierw na dostarczaniu fundamentu: wzorów, wartości, przekonań. Do tego rządy, wolne media, sądy i inne instytucje społeczne przekazują potrzebne informacje i definiują standardy – wspierają tym samym efektywność wolnego rynku. Regulacje i interwencje są potrzebne, ale przede wszystkim po to, aby usprawniać konkurencję, w ostateczności po to, by ją ograniczać. Jeśli z jakichś powodów chcemy ograniczać wolny rynek, to musimy się zastanowić, czy wolnokonkurencyjne mechanizmy nie będą nazbyt skrępowane, skutkiem czego konsumenci zmuszani będą do akceptowania towarów droższych i gorszej jakości, a pracujący – niższej płacy i gorszych warunków zatrudnienia.

Laissez faire, laissez passer (z franc. pozwólcie działać, pozwólcie przechodzić) – to wezwanie fizjokratów5 do zwiększania wolności gospodarczej jest zawsze aktualne. Ludzie i ich zasoby muszą swobodnie przechodzić tam, gdzie jest to dla nich najbardziej korzystne. Jest to także wezwanie do zwiększenia konkurencji, która prowadzi do lepszego wykorzystania zasobów, podnoszenia efektywności pracy i wzrostu dobrobytu. Możemy nawet powiedzieć, że ekonomia jest nauką opisującą metody alokacji ograniczonych zasobów, które prowadzą do najlepszego zaspokojenia ludzkich potrzeb6. Wystarczy nam na razie taka definicja, gdyż na chwilę odkładamy rozważanie tego, czym jest „najlepsze zaspokojenie ludzkich potrzeb”.

Centralnym pojęciem ekonomii jest zatem rynek, czyli jakiegoś rodzaju przestrzeń, w której różne podmioty mogą wymieniać pomiędzy sobą różne dobra, inaczej: alokować je. Dlaczego właśnie rynek jest tak ważny? Otóż dlatego, że w ramach rynku działają mechanizmy, które decydują o tym, jakie zasoby będą wykorzystywane do zaspokojenia konkretnych potrzeb. Co więcej, wolny rynek wspiera osiąganie możliwe wysokiej efektywności wykorzystania tych zasobów.

Oczywiście nie wszystkie potrzeby są zaspokajalne poprzez rynek, w dodatku wiele potrzeb nie jest zaspokajanych zadowalająco. Trzeba tę część rzeczywistości mieć na uwadze, ale odłóżmy związane z tym rozterki na później. Na tę chwilę ogłaszam pełny i wyłączny triumf wolnego rynku. Triumf w gruncie rzeczy oczywisty, jeśli zauważymy, że termin ten oznacza możliwość nieskrępowanego wymieniania się towarami i usługami.

Wolna wymiana (albo: wolny handel) ma fundamentalne znaczenie dla podnoszenia produktywności i wzrostu dobrobytu. Koniecznie trzeba wyjaśnić bardziej dokładnie, jak to się dzieje. Powiedzieliśmy już, że wymiana umożliwia specjalizację, a przez to wzrost efektywności pracy oraz wykorzystywanych narzędzi i maszyn. Ale to nie wszystko, bowiem nawet jeśli jedna strona może wszystko, co jest jej potrzebne, wytwarzać taniej, to i tak powinna angażować się w transakcje wymiany. Istnieje nawet bardzo pomocne narzędzie udowadniające obustronne korzyści stąd płynące. Jest nim teoria kosztów komparatywnych. (Opublikował ją na początku XIX wieku David Ricardo, współtwórca klasycznej ekonomii. Wprowadził on do ekonomii teoretyczne modelowanie, chwilami zbyt abstrakcyjne, ale do historii myśli ekonomicznej jeszcze wrócimy).Nazwa tej teorii brzmi nieco skomplikowanie, żeby nie powiedzieć myląco. (W języku polskim przyjęło się tłumaczenie będące kalką z języka angielskiego: comparative costs). Należałoby te słowa przetłumaczyć jako: koszty względne, albo chociaż: koszty porównawcze, od razu byłoby bardziej zrozumiale, ale i tak uważałbym, że takie nazwanie utrudnia dostrzeżenie wagi i istoty prawdy, którą przekazuje. Gdyby to ode mnie zależało, wybrałbym określenie następujące: teoria wzrostu produktywności dzięki wymianie.

Pamiętam, że jako student miałem pewną trudność w zrozumieniu, o co chodzi w teorii kosztów komparatywnych, co pewnie wynikało ze sposobu, w jaki jest zwykle wyjaśniana, aczkolwiek nie mogę wykluczyć mojego lenistwa. Tak czy inaczej, teoria ta nie jest oczywista i mam uzasadnioną własnym doświadczeniem obawę, że jej zrozumienie może przekraczać chęci albo zdolności intelektualne czytelnika. Muszę to powiedzieć bez owijania w bawełnę: czytelniku, jeśli nie jesteś w stanie zrozumieć teorii, którą zaraz streszczę, to niewiele skorzystasz z dalszej lektury. W takiej sytuacji proponowałbym, abyś tę książkę odłożył albo komuś przekazał i wrócił do niej za kilka lat7. Są ku temu dwa powody. Po pierwsze w dalszych rozdziałach natrafisz na kwestie jeszcze trudniejsze (choć ten powód jest mniej ważny, ponieważ chodzi o tematy mniej podstawowe). Po drugie teoria wzrostu produktywności dzięki wymianie z matematyczną pewnością udowadnia, że wymiana prowadzi do wzrostu bogactwa nawet, gdy jedna ze stron wymiany może wszystkie potrzebne dobra wytwarzać samodzielnie i taniej. Uznawszy tę prawdę, gdy w rzeczywistym świecie będziesz poszukiwał sposobów na rozwój gospodarczy, to najpierw zastanowisz się, jak można ułatwić podział pracy, specjalizację, współpracę i wolny handel. Jeśli obserwując gospodarkę jakiegoś państwa czy regionu, wyda ci się, że nie następuje tam możliwy do osiągnięcia wzrost dobrobytu, to pierwsze pytanie, jakie sobie zadasz, będzie brzmiało: czy coś stoi na przeszkodzie wolnej wymianie? A dopiero wtedy, gdy uznasz, że zaistniałego problemu wolny rynek sam nie rozwiąże, będziesz zastanawiał się, czy może wprowadzić cła, subwencje, certyfikaty, koncesje, nadzór, kwoty, limity i inne podobne rozwiązania.

Aby zminimalizować prawdopodobieństwo, że przeszkodą dla zrozumienia i uznania doniosłości tej teorii będzie mój niedostatek talentu pisarskiego, wykorzystam najpierw cytaty z prac dwu wybitnych ekonomistów, potem dopiero przejdę do własnego opisu.

Wyobraź sobie na przykład, że jesteś chirurgiem ocznym, a w trakcie studiów utrzymywałeś się z pracy w myjni samochodowej. Teraz masz własny samochód. Myłbyś go samemu czy zatrudniałbyś kogoś innego do wykonania takiej usługi? Oczywiste, że nawet jeśli zdobyte wcześniej doświadczenie pozwalałoby ci myć samochód szybciej, niż robiłby to ktoś inny, nie miałoby to dla ciebie sensu finansowego – dla ciebie ani też dla społeczeństwa, jeśli chodzi o ogólny dobrobyt. Mógłbyś bowiem w tym czasie operować czyjeś oko. Innymi słowy, nawet jeśli miałbyś „przewagę absolutną” w obu czynnościach, twoja przewaga komparatywna w leczeniu chorób oczu byłaby zdecydowanie większa.

Kluczem do zrozumienia zarówno przykładów międzyludzkich, jak i międzynarodowych jest podstawowy termin ekonomiczny: rzadkość. Chirurg, jak każdy człowiek, dysponuje jedynie 24 godzinami w ciągu doby. Gdy poświęca swój czas na wykonanie danej czynności, nie może robić wtedy czegoś innego. To samo dotyczy całych narodów: nie mają one nieograniczonych zasobów pracy, czasu, kapitału i tak dalej, muszą więc robić coś kosztem nierobienia czegoś innego. Oto jest istota kosztów w ekonomii — utracone możliwości. Thomas Sowell [103] s. 459

Tak sprawę tę przedstawił James Mill (cytowany przez swego syna Johna Stuarta) – zakładając, że Polska i Anglia wymieniają dwa towary, to nawet gdy obydwa są taniej wytwarzane w Polsce, wymiana nadal może być korzystna:

Jeżeli sukno, wytworzone 100 dniami pracy w Polsce, jest wytwarzane 150 dniami pracy w Anglii, a zboże, wytworzone w Polsce 100 dniami pracy nie może być wytworzone w Anglii mniejszym nakładem jak 200 dni pracy, powstanie natychmiast wystarczająca pobudka do wymiany. Ilością sukna, jaką Anglia wytworzyła w ciągu 150 dni pracy, będzie ona w stanie nabyć tyle zboża w Polsce, ile go tam wytworzono w ciągu 100 dni pracy; lecz ilość, jaka tam została wytworzona w ciągu 100 dni pracy, jest tak wielka jak ilość wytworzona w Anglii w ciągu 200 dni pracy. John Stuart Mill [68] t. 2, s. 226

Tak więc Anglia chociaż produkuje sukno drożej, może je opłacalnie wymieniać w Polsce na zboże: za 150 dni pracy przy suknie otrzymuje z Polski ilość zboża, która w Anglii wymagałaby 200 dni pracy (J.S. Mill zauważa ponadto, że koszty transportu mogą zniweczyć te korzyści).

A oto przygotowany przeze mnie, bardziej podręcznikowy opis teorii wzrostu produktywności dzięki wymianie. Wyobraźmy sobie dwa kraje: X i Y (albo jakieś organizacje czy jednostki ludzkie), które produkują dobra A i B. Różnica między nimi jest taka, że kraj X w jednostce czasu jest w stanie wytworzyć 10 sztuk dobra A lub 20 sztuk dobra B, zaś kraj Y – 20 sztuk dobra A lub 80 sztuk dobra B. Przyjmijmy, że początkowo obydwa kraje przeznaczają po połowie swoich mocy wytwórczych na każde dobro, a więc X produkuje 5 sztuk A i 10 sztuk B, zaś Y: 10 sztuk A i 40 sztuk B.

W tabelce wygląda to tak:

Różnica w zdolnościach wytwórczych może wynikać z większej liczby ludności kraju Y, a może też wynikać z jego większej produktywności dzięki zaawansowaniu technologicznemu albo też z innych przyczyn – nie jest to istotne. Istotne jest to, że jeśli kraje te chcą wyprodukować o jedną sztukę dobra A więcej, to kraj X musi zrezygnować z 2 sztuk dobra B, zaś kraj Y musi zrezygnować z 4 sztuk dobra B. Dlatego, jeśli kraj Y potrzebuje więcej produktu A, to korzystniej jest go kupić od kraju X na przykład za 3 sztuki dobra B. (Zamiast produkować A u siebie, co kosztowałoby 4 sztuki B). Jeśli kraj X wyspecjalizuje się w produkcji dobra A, to produkując 10 sztuk A i przeznaczając z tego 5 sztuk na wymianę, na koniec będzie miał 5 sztuk A oraz 15 sztuk B.

Jeśli pomiędzy X i Y umożliwiona zostanie wymiana, to dzięki niej obydwa kraje mogą konsumować większą ilość dóbr.

Obrazuje to poniższa tabelka:

Kraj X

Kraj Y

Produkcja

Eksport (-)Import (+)

Konsumpcja

Produkcja

Eksport (-)Import (+)

Konsumpcja

Dobro A

10

-5

5

5

+5

10

Dobro B

–

+15

15

60

-15

45

Podsumowując, pomimo tego, że kraj Y jest wydajniejszy w produkcji obydwu towarów, to wymiana z mniej wydajnym krajem X jest korzystna dla obu stron.

Przejdźmy teraz do kwestii wielkości korzyści z wymiany. Przyjmijmy, że kraj Y z jakiegoś powodu płaci krajowi X zamiast 3 jedynie 2,5 B za 1 A, tak więc pomimo tego, że wymiana nadal byłaby korzystna dla obu krajów, można by uznać, że korzyści są podzielone „nierówno”. Jednak nie mamy podstaw do twierdzenia, że przy cenie 2,5 B za 1 A kraj X jest wyzyskiwany, chyba że porównamy daną transakcję z innymi podobnymi. Jeśli istnieje jakiś kurs wymiany tych dwu dóbr, to jest on ustalany w wielu transakcjach pomiędzy wieloma podmiotami.

Łatwo teraz zauważyć, jak korzystny jest dostęp wielu podmiotów do rynku. Im więcej osób, firm, krajów uczestniczy w wymianie, tym większe szanse na znalezienie sobie okazji do specjalizacji i korzystniejszej wymiany, ale i do upewnienia się, czy otrzymuje się „właściwą” cenę.Ważniejsze spostrzeżenie, jakie warto teraz poczynić, dotyczy samej natury wymiany: zachodzi ona wtedy, gdy obydwie strony odniosą z niej korzyści. Ujmijmy to w sposób następujący: aby transakcja zaistniała, obie strony muszą uzyskać dzięki niej towary o wyższej dla siebie wartości, niż towary, które oddają.

Tak oto dotarliśmy do kolejnego fundamentalnego pojęcia: wartości. Czym ona jest? Pytanie to nie jest błahe. Sporo czasu zabrało ekonomistom stworzenie teorii nazwanej subiektywistyczną teorią wartości. Zgodnie z nią wartość wynika z użyteczności danego dobra dla zaspokajania różnych potrzeb, lecz użyteczność ta jest oceniana subiektywnie przez każdą osobę. Przymiotnik subiektywny oznacza tu również, że wartość nie jest rezultatem jakiegoś obiektywnego miernika, na przykład pieniężnego kosztu produkcji, ale osobistych preferencji nabywcy. Zgodnie z tym „kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty” nie ma żadnej wartości. Teoria ta świetnie wyjaśnia to, że wartość jest względna – wyznacza ją relacja danego dobra do innych dóbr w oparciu o subiektywnie ocenianą wagę różnych potrzeb jednostki. Jak to ujął Stanley Jevons: Słowo wartość oznacza tylko, że pewną ilość jednej rzeczy dają za pewną ilość innej [51] s. 114. W ekonomii nie ma dóbr absolutnych. W przeszłości poszukiwano absolutnego miernika wartości ekonomicznej, tzn. takiego, który ma samoistną wartość i może służyć do określania wartości innych dóbr. Prowadziło to do poważnych błędów, gdy tę szczególną cechę przyznano złotu albo pracy.

Jak to stwierdziliśmy, wymiana następuje wtedy, gdy obydwie strony zyskują inne dobra, których subiektywna użyteczność jest dla nich wyższa od użyteczności dóbr wcześniej posiadanych. (Najczęściej jednym z tych dóbr jest pieniądz. Zwróćmy przy okazji uwagę, że i to dobro, czyli pewna kwota pieniędzy, może mieć różną użyteczność dla różnych osób). Do konkretnej wymiany potrzebne jest, aby dobro nabywane miało nie tylko subiektywnie wyższą wartość od dobra zbywanego, ale też i od innych użytecznych dóbr, alternatywnych. Dlatego z wymianą wiąże się subiektywny koszt alternatywny, inaczej: koszt utraconych możliwości, albo jeszcze inaczej:utracona możliwość kolejnego najkorzystniejszego wykorzystania dobra przeznaczonego na wymianę. Jeśli z jakiegoś powodu ta alternatywna możliwość stanie się bardziej atrakcyjna, będę wolał z niej skorzystać.Przykładowo: swoje pieniądze postanowiłem przeznaczyć na jabłka. Co prawda bardziej lubię śliwki, ale są one droższe i zrezygnowałem z nich, gdyż w tej chwili moja satysfakcja z kupna śliwek byłaby niższa, ponieważ za tę samą kwotę miałbym ich mniej niż jabłek. Jeśli jednak jabłka zdrożeją, zacznę kupować śliwki. Inni konsumenci jabłek mogą mieć inne alternatywy. Tak czy inaczej sprzedający jabłka muszą ostrożnie podnosić ceny, jeśli chcą nadal sprzedawać swoje owoce. Z drugiej strony tej transakcji sadownik sprzedaje swoją pracę (w pewnym uproszczeniu), która może też służyć innym zadaniom i podobnie dostarczać zarobku.

Skoro tak duże znaczenie ma koszt alternatywny, być może czytelnik zastanawia się (tak jak wielu ekonomistów przed nim), co w końcu wyznacza wartość: użyteczność czy koszt? Nie musimy tego rozstrzygać, gdyż chodzi o to samo: użyteczność różnych alternatyw dostępnych dla obydwu stron wymiany. Jak stwierdził Alfred Marshall: Równie poważnie możemy dysputować o tem, które ostrze nożyc kraje papier, jak i o tem, czy wartość zależy od użyteczności, czy też od kosztów produkcji [66] t. 1, s. 332.

Ważna uwaga dodatkowa: wiele dóbr nie jest bezpośrednio konsumowanych, ale służy do wytwarzania innych dóbr, które służą do wytwarzania kolejnych dóbr itd. Na końcu tego łańcucha są dobra podlegające konsumpcji. Te dobra mają swoją użyteczność dla ludzi i z tej użyteczności wynika wartość dóbr pośrednich (wcześniejszych w procesie wytwórczym).

Obok subiektywnej wartości użytkowej istnieje też wartość wymienna, która jest faktem obiektywnym. Mówi o tym, jakie ilości innych dóbr możemy uzyskać od innych ludzi za dobra, które oferujemy. Wartość wymienna wyrażona w pieniądzu to cena albo inaczej: wartość rynkowa. Zauważmy, że na prawdziwych rynkach mamy mnóstwo produktów oraz mnóstwo kupujących i sprzedających. Poszczególne jednostki mogą też mieć różne hierarchie potrzeb, które są zmienne w czasie, na przykład po zaspokojeniu potrzeby pożywienia i odzienia priorytet może uzyskać potrzeba rozrywki. Kierując się najprzeróżniejszymi motywami przy nabywaniu dóbr, kupujący podejmuje także decyzję o rezygnacji z innych dóbr, które mógłby nabyć za podobną kwotę. Im wyżej oceniamy użyteczność pewnego dobra w danej chwili, tym więcej jesteśmy skłonni za nie zapłacić, ale im więcej za nie płacimy, tym bardziej ograniczamy możliwość zakupu innych dóbr i zaspokojenia innych potrzeb. Dlatego chcemy kupować jak najtaniej. Patrząc na to od strony sprzedającego, wyższa cena to większa użyteczność osiągana z uzyskanego dochodu.

Zbierzmy te jednostkowe preferencje, te przeróżne osobiste użyteczności i koszty alternatywne, pomnóżmy przez tysiące wymian pomiędzy milionami podmiotów, a otrzymamy samosterującą się machinę do wyznaczania ceny konkretnego towaru lub usługi. Podstawowy mechanizm, według którego działa ta rynkowa machina, opiera się na powszechnie znanym prawie popytu i podaży – gdy rośnie cena, rośnie podaż (przybywa sprzedających albo dotychczasowi chcą dostarczyć więcej), a popyt spada (ubywa kupujących albo dotychczasowi kupują mniej). Odwrotnie dzieje się, gdy cena się obniża. Oczywiście cena nie zmienia się sama z siebie, ale w wyniku zmian po stronie popytu bądź podaży, takich jak zmieniające się koszty produkcji albo zmieniające się preferencje nabywców.

Na przykład, jeśli zwiększony popyt na dane dobro ma być zaspokojony, to należy zaoferować wyższą cenę, która zachęci obecnych dostawców do większego wysiłku oraz nowe podmioty do wejścia na dany rynek. Tak samo dzieje się, gdy rosną koszty produkcji i przy niezmienionej cenie produkcja byłaby dla niektórych nieopłacalna, przez co podaż byłaby zbyt mała. Natomiast spadek popytu bądź rosnąca podaż obniżają cenę, ponieważ oznacza to nadwyżkę oferowanych dóbr nad popytem na nie. Wtedy drożsi dostawcy nie znajdują klientów, a pozostali, którzy mogą sprzedawać taniej, poprzez obniżkę cen znajdują zbyt na taką ilość dóbr, by uzyskać satysfakcjonujący dochód.

Takie właśnie mechanizmy prowadzą do osiągania ceny równoważącej popyt i podaż. Zobrazujemy to przy pomocy wagi, takiej jak na rysunku 1.

Rysunek 1, który mam nadzieję dobrze pokazuje, jak cena równoważy rynek.

Aby obydwa ramiona wagi pozostały w równowadze, musi ustalić się taka cena, przy której wszyscy zainteresowani kupujący i sprzedający dokonają transakcji. Jeśli cena jest za wysoka (lewe ramię wagi jest niżej, popyt znajduje się niżej niż podaż), to jakaś część dóbr nie zostanie sprzedana, więc sprzedawcy będą skłonni tę cenę obniżyć (albo też ci, którzy sprzedają drożej, opuszczą rynek i zostają na nim sprzedający taniej). Gdy cena spada (punkt podparcia naszej wagi przesuwa się na lewo), to słabnie też podaż (prawie ramię opada), a popyt rośnie (lewe ramię się podnosi) i rynek w pewnym momencie zostanie zrównoważony. Jeśli zaś cena jest za niska (popyt jest wyżej niż podaż), to część nabywców może odejść z pustymi rękami. Aby tego uniknąć, niektórzy z nich będą chcieli zapłacić więcej. Tym sposobem cena samoczynnie przesuwa się w prawo do takiego punktu, by zrównoważyć podaż i popyt. Tego rodzaju właściwości rynków nazywa się mechanizmem samoregulacyjnym.

Ważne: cena równowagi jest też ceną sprawiedliwą. Przy tej cenie nikt nie sprzedaje taniej niżby mógł, ani nie kupuje drożej, niżby chciał. Dlatego wszelkie ograniczanie konkurencji i sztuczne zaburzanie rynków, czyli utrudnianie im osiągania równowagi, jest źródłem, mniejszej lub większej, niesprawiedliwości. Oznacza arbitralne pozbawienie sprzedającego albo kupującego możliwych do osiągnięcia korzyści. Co prowadzi do wniosku, że równowaga rynkowa jest też wartością moralną.

Rynki w stanie równowagi to rynki efektywne – zakładamy, że sprzedający cały czas poszukują okazji, by uzyskać jak najlepszą cenę za swoją ofertę. Jeśli w innych branżach ich zasoby opłacane są lepiej, to znaczy, że przynoszą tam wyższą użyteczność, sprzedający będą się do nich przenosić, by uzyskać wyższe ceny, z korzyścią dla nabywców, którzy potrzebują ich zasobów bardziej niż inni. W ten sposób następuje efektywna alokacja zasobów: strumień dóbr i usług jest kierowany do zastosowań dających wyższą użyteczność. Dzięki cenom informacja o potrzebach i kosztach jest przekazywana pomiędzy podmiotami w całej gospodarce i umożliwia ogólny wzrost jej efektywności.

Tradycyjnie (tzn. od czasów Alfreda Marshalla) cenę równowagi przedstawia się przy pomocy wykresu, jako punkt przecięcia się krzywych podaży i popytu. Ma to swoje duże zalety, ponieważ w ten sposób łatwo zauważyć, że gdy cena jest zawyżona i ulega obniżce do ceny równowagi, to następuje przy tym spadek produkowanej ilości, zaś gdy cena jest zbyt niska względem ceny równowagi, to wraz z jej wzrostem następuje wzrost dostarczanej ilości. Ale taki wykres to obowiązkowa zawartość każdego podręcznika ekonomii, dlatego nie będę go tu powtarzał.

Zaletą mojego sposobu zobrazowania tej kwestii, poza podkreśleniem znaczenia równowagi rynkowej, jest możliwość dołożenia do obrazu strzałek symbolizujących siły działające pomiędzy podażą i popytem na różne, mniej lub bardziej powiązane towary i usługi. Jest to pożyteczne dla podkreślenia, że rynek danego dobra i podmioty na nim działające wpływają na mnóstwo innych rynków i podmiotów, a także podlegają ich wpływom. Przedstawia to rysunek 2, który mam nadzieję pomaga zrozumieć zjawisko współzależności rynków różnych dóbr:

Rysunek 2, który ma pokazywać, jak rynki są ze sobą powiązane poprzez mechanizm cenowy.

Rynki najróżniejszych towarów i usług są ze sobą powiązane na wiele sposobów:

– Istnieją dobra substytucyjne (albo alternatywne), czyli takie, które mogą zaspokoić tę samą potrzebę (drożdżówka albo płatki na śniadanie, wczasy w górach albo nad morzem). Wzrost popytu na jedno z tych dóbr oznacza spadek popytu na drugie.

– Z kolei dobra komplementarne to takie, które są potrzebne do korzystania z innych dóbr (benzyna do samochodu, filiżanka do kawy). Tutaj wzrost popytu na jedno z dóbr wiąże się z dodatkowym popytem na drugie.

– Oczywiście wytwarzanie konkretnych dóbr pociąga za sobą popyt na powiązane z nimi surowce, komponenty i urządzenia. I także te dobra (produkcyjne) mają swoje alternatywne zastosowania i swoje dobra komplementarne.

Na przykład: jeśli wielu konsumentów uzna, że na śniadanie woli jeść płatki owsiane zamiast drożdżówek, to wrośnie cena owsa, a spadnie cena mąki pszennej. Będzie to sygnał dla rolników i importerów, by dostarczać więcej owsa zamiast pszenicy. Prawdopodobna jest również zmiana przeznaczenia części owsa (z różnych innych zastosowań) na cele śniadaniowe. Na przykład owies stanie się mniej popularnym składnikiem pasz. Producenci płatków będą chcieli więcej za niego płacić i przejmą większą część podaży owsa. Ponieważ płatki owsiane spożywa się z reguły z nabiałem, wzrośnie popyt na mleko jako dobra komplementarnego. Wzrosną ceny mleka butelkowanego, dzięki czemu dostawcy zaczną dostarczać więcej mleka na śniadania zamiast do produkcji sera. Z czasem zwiększy się pogłowie krów, ale może też wzrosnąć import mleka. Ten ciąg zależności można by jeszcze długo rozwijać. Istotne jest to, że zmieniające się ceny przenoszą informację o tym, co jest bardziej potrzebne i powodują przeznaczanie większych zasobów na dostarczenie tego właśnie dobra. W ten sposób rynki nieustannie dostosowują się do zmian. Niemal tak samo istotne jest, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, z jaką siłą i kiedy zadziałają wszystkie mechanizmy dostosowawcze.

W ten sposób dotarliśmy do kolejnego fundamentalnego pojęcia, jakim jest: mechanizm cenowy. Wolne rynki nie tylko umożliwiają wymianę i specjalizację, ale także – poprzez mechanizm cenowy – prowadzą do jak najlepszej alokacji zasobów wytwórczych, biorąc w ten sposób pod uwagę jednocześnie ograniczoność tych zasobów, jak również ich różną użyteczność w poszczególnych zastosowaniach.

Doniosły fakt funkcjonowania mechanizmu cenowego zauważył już Adam Smith. To, co dotychczas napisałem, w większości można znaleźć w jego dziele Bogactwo narodów z roku 1776, (pełny tytuł to: Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów [99]). Już w pierwszym rozdziale podkreśla on znaczenie podziału pracy, a w rozdziale drugim – wagę wymiany dóbr. Wspominam o tym, ponieważ ta nienowa, podstawowa wiedza wydaje się być często zapominana w debacie publicznej. Terminy, takie jak wolny rynek, rynkowe ceny, wolny handel, padają często, ale też często bez rozumienia ich doniosłego znaczenia. W politycznej argumentacji nie nawołuje się do ochrony mechanizmów rynkowych, nie przestrzega przed naruszeniem systemu cen – nie są to argumenty zdolne poruszyć rzesze wyborców, choć są to kwestie podstawowe dla ich dobrobytu.

Wyborcy zbyt łatwo godzą się na ingerowanie w popyt i podaż tak ważnych dóbr, jak usługi komunikacyjne czy edukacyjne. Co gorsza, zbyt często nie są nawet świadomi, że podobnych ingerencji dokonuje się na poziomie całej gospodarki.

Co prawda w realnym świecie istnieje na tyle dużo przeszkód dla sprawnego funkcjonowania mechanizmów rynkowych, że nie można zostawić ich samych sobie. Społeczności ludzkie muszą tworzyć instytucjonalne ramy, w których te mechanizmy mogą działać w sposób możliwie niezakłócony i korzystny dla całego społeczeństwa.

Podsumujmy: wolnorynkowe siły działają w kierunku jak najlepszego zaspokojenia ludzkich potrzeb z użyciem dostępnych zasobów. Mechanizm cenowy powoduje, że dobra trudniej dostępne są droższe, tak że trafiają w miejsca, gdzie ich użyteczność jest odpowiednio wysoka. Jednocześnie względnie wysoka cena tych dóbr powoduje, że więcej zasobów przeznacza się na ich wytworzenie. Ograniczane są natomiast nakłady na dobra, których cena spada, gdyż maleje na nie popyt, co w rezultacie ogranicza przychody sprzedających, którzy nie mogą już nabywać potrzebnych im usług i komponentów. W ten sposób bodźce ekonomiczne rozchodzą się po całej gospodarce, składającej się z wielkiej liczby powiązanych za sobą rynków, nieustannie przyczyniając się do uruchamiania procesów dostosowawczych.

Rozumiejąc, jak działają mechanizmy samoregulacyjne rynków, zdajemy sobie także sprawę, że rynki dostarczają bodźców, które skłaniają ludzi i narody do lokowania swych zasobów w taki, a nie inny sposób. Te bodźce (albo: siły rynkowe) wymuszają u podmiotów działania dostosowawcze, także te nieprzyjemne, jak na przykład konieczność zmiany zajęcia, akceptacja niższej płacy, zamknięcie niedochodowych inwestycji.

Niektórzy mówią o bezdusznych siłach rynku i proponują ulepszać świat poprzez regulacje, dotacje, cła, podatki itp. Problem w tym, że takie działania rządu, choć mogą być słuszne, to nie powodują eliminacji bodźców rynkowych, ale ich wykrzywienie. Cła lub subsydia są bodźcem do przesuwania inwestycji i pracy do określonych branż, ale oznacza to również ograniczanie inwestycji w branżach, które mogłyby dostarczać społeczeństwu większej użyteczności. Inne państwowe dopłaty i regulacje powodują, że pewne grupy osób są uprzywilejowane względem innych, których produkty muszą sprostać wolnej konkurencji. W końcu te upośledzone grupy mogą zacząć domagać się podobnych przywilejów, wsparcia i ochrony, przyczyniając się do erozji reguł wolnorynkowej gospodarki. Przy czym utrudnienia w funkcjonowaniu rynku traktujmy nie tylko jako zagrożenie dla gospodarczej wydajności, ale także dla wartości pozaekonomicznych. Wolny rynek, powielając i zacieśniając więzy dobrowolnej współpracy, jest bowiem podporą wolności i sprawiedliwości, wzmocnieniem ładu społecznego, a w relacjach międzynarodowych – pokoju.

Niezbędne instytucje

Rynki dla sprawnego działania wymagają ładu społecznego, opisywanego też jako ład instytucjonalny. Niezbędne dla funkcjonowania rynków prawa jednostek, takie jak: bezpieczeństwo osobiste, możliwość sądowego rozstrzygania sporów, dostęp do wiedzy i informacji, są realizowane przez różne instytucje społeczne. Wśród nich na czoło wysuwa się instytucja własności prywatnej. Jej ochrona jest niezbędna dla tworzenia dóbr i ich wymiany. Jest ona także warunkiem społecznie efektywnego użytkowania dóbr.

Oto przykład ilustrujący (między innymi) wagę instytucji własności prywatnej. Wyobraźmy sobie następujące zdarzenie8: dzieci zajmujące się pasaniem krów na różnych nieużytkach (co było typowym dziecięcym zajęciem pokolenia moich dziadków) znalazły w lesie polanę pełną soczystej trawy. Przez jakiś czas mogły one karmić kilka swoich krów do syta i uzyskiwać dzięki temu sporo więcej mleka. Później wieść o łące się rozniosła i coraz więcej krów zjadało coraz mniejsze ilości trawy. W jakimś momencie wzrost mleczności kolejnej krowy odbywał się kosztem spadku mleczności pozostałych krów. Innymi słowy: z każdą kolejną krową przyrost mleczności całkowitej był zerowy, a z czasem – ujemny. Jednakże dopóki krowy mogły zjeść dodatkową ilość trawy, dopóty pastuszków przybywało, aż do zupełnego wyjałowienia polany. Każdy z pastuszków, działając zgodnie ze swoim interesem, wypasał krowy tak długo, jak mógł. Oszczędzanie pastwiska nie wchodzi w grę, o ile inni go nie oszczędzają. Co więcej, pojedynczy pastuszek nie ma powodu, aby pozwalać na to, by jego krowy były bardziej głodne od krów cudzych, może nawet lepiej dla niego, jeśli inni mają tak samo mało mleka jak on.

Rozwiązanie tego problemu jest dosyć proste: należy z polany uczynić własność prywatną. Albowiem w interesie pojedynczego właściciela leży jej optymalne wykorzystanie. Po sprywatyzowaniu zużycie pastwiska nie jest już kosztem niczyim, ale kosztem właściciela. (Socjaliści zaproponowaliby uspołecznienie polany, zaś komuniści – uspołecznienie i polany, i krów, ale nie będziemy w tym miejscu omawiać tego rodzaju alternatyw).

Harmonie ekonomii

Ci więc, którzy przyjmą za punkt wyjścia, że Interesa są harmonijne, zgodzą się na praktyczne rozwiązanie zagadnienia społecznego, a mianowicie: niesprzeciwiać się i dać się swobodnie interesom rozwijać. […]

Zdaje mi się, iż spostrzegam w grze praw naturalnych społeczeństwa wzniosłe i pocieszające harmonie. Czyż nie powinienem postarać się pokazać innym to, co widzę, lub co mi się spostrzegać zdaje, aby tym sposobem obok jednej myśli jedności i braterstwa połączyć wiele zbłąkanych umysłów, wiele serc rozjątrzonych?

Frédéric Bastiat, 1850 [8] s. 2, s. 40

Czytelniku! Jeśli teoria kosztów komparatywnych i działanie mechanizmu cenowego nie wprowadzają cię w optymistyczny entuzjazm dla wolnorynkowej wymiany i naturalnego wzrostu bogactwa, to obawiam się, że nieco zawodzę jako autor. Byli jednak już dawno temu myśliciele, którzy te same prawdy przekazywali być może lepiej ode mnie. Skorzystam tu z pomocy dwu klasyków: Adama Smitha i Frédérica Bastiata.

Nie tylko dostrzegali oni, że wolna wymiana napędza wzrost bogactwa, ale także to, że jest niezbędna do bardziej sprawiedliwego jego podziału. Zaczniemy oczywiście od Smitha, który dał światu metaforę niewidzialnej ręki, by opisać dobroczynną moc mechanizmów rynkowych. Po raz pierwszy użył jej w swym dziele Teoria uczuć moralnych. Słowa aktualne i dziś, jakby na przekór tym, którzy twierdzą, że prawdziwa wolność, „wolność do”, jest dostępna dla nielicznych, często kosztem tych, którzy uginają się pod jarzmem ekonomicznej konieczności.

Bogaci wybierają z kopca jedynie wszystko to, co jest najcenniejsze i najprzyjemniejsze. Spożywają niewiele więcej niż człowiek biedny, i pomimo naturalnego samolubstwa i zachłanności, choć mają na względzie jedynie własną wygodę, choć jedynym celem wysuwanym wobec kroci zatrudnianych do ciężkiej pracy ludzi jest zaspokojenie ich własnych czczych nienasyconych pragnień, dzielą z biedakami produkt ich wkładu do pomnożenia zbiorów. Niewidzialna ręka rynku prowadzi ich do dokonania nieomal takiego samego podziału artykułów pierwszej potrzeby, który by następował, gdyby podzielić ziemię na jednakowe części między wszystkich jej mieszkańców i w ten sposób samorzutnie i bezwiednie przyczynia się do korzyści społeczeństwa. […] Dzieląc ziemie między kilku właścicieli, Opatrzność ani nie zapomniała, ani nie pominęła tych wszystkich, których jakoby pozostawiła bez przydziału. Ci ostatni także mają swój udział w tym, co stwarza Opatrzność. Jeśli chodzi o to, co wytwarza prawdziwe szczęście w życiu ludzkim, w żadnym stopniu nie są poniżej tych, co rzekomo są znacznie ponad nimi. [100] s. 272

Smith rozwinął tę pocieszającą myśl w swym najsłynniejszym dziele, powszechnie znanym pod skróconym tytułem: Bogactwo narodów. Metafory niewidzialnej ręki użył tu po raz drugi i ostatni, ale to wystarczyło, aby na zawsze już służyła do opisu funkcjonowania rynków:

Ponieważ zaś każdy człowiek stara się, jak tylko może, aby użyć swego kapitału w wytwórczości krajowej oraz tak pokierować tą wytwórczością, ażeby jej produkt posiadał możliwie największą wartość, przeto każdy człowiek pracuje z konieczności, by dochód społeczny był jak największy. Co prawda nie zamierza on na ogół popierać interesów społecznych ani też nie wie w jakim stopniu je popiera […] myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu, którego wcale nie zamierzał osiągnąć […] Mając na celu własny interes, człowiek często popiera interesy społeczeństwa skuteczniej niż wtedy, gdy zamierza służyć im rzeczywiście. [99] t. 2, s. 40

Co prawda sprawy nader często nie przybierają takiego obrotu, jak by można oczekiwać na podstawie powyższych cytatów. Na tyle często, że wielu było takich, którzy poddawali w wątpliwość skuteczność i dobroczynną moc niewidzialnej ręki. Nie psujmy jednak nastroju chwili – jeszcze wrócimy do tych poglądów.

Poświęćmy uwagę osobie Frédérica Bastiata. Jego klasyczne, choć niedokończone dzieło Harmonie ekonomiczne uznaję za wybitną apologię gospodarki wolnorynkowej (albo kapitalizmu – pojęć tych używam zamiennie). W związku z tym uważam, że autor tego dzieła powinien zajmować bardziej eksponowane miejsce w historii myśli ekonomicznej9. Nie roztrząsam tutaj, czy był on bardziej publicystą, czy uczonym oraz ile nowego wniósł do teorii ekonomii. Jako krzewiciel wiary kapitalistycznej zasługuje na naszą uwagę, ponieważ udowadnia swoją osobą, że nie tylko socjalizm może wykrzesać zapał ulepszania świata. W jednym z listów tak o sobie napisał: To, co daje mi odwagę, to nie non omnis moriar Horacego, ale myśl, że być może moje życie nie było bezużyteczne dla ludzkości10. Przypuszczam, że niejeden XIX-wieczny anarchistyczny czy komunistyczny rewolucjonista bardzo chętnie podpisałby się pod takimi słowami. Dalej jednak nie byłoby im z Bastiatem po drodze:

Wierzę, że ten, który urządził świat materialny, nie chciał pozostać obcy urządzeniom świata społecznego, że potrafił zestawić i wprawić w ruch harmonijny tak dobrze czynniki wolne, jak i bezwładne atomy. – Wierzę, że opatrzność jego, jeśli nie więcej, to zarówno przynajmniej jaśnieje w prawach, którym poddał interes i wolę, jak i w tych, które nadał ciężkości i szybkości. – Wierzę, że Zło wychodzi na Dobro i wywołuje je, wówczas gdy Dobro nie może prowadzić do Zła, z czego wypływa, że Dobro musi w końcu zapanować. – Wierzę, że nieustanną dążnością społeczną jest ustawiczne przybliżanie ludzi do jednego poziomu fizycznego, umysłowego i moralnego, a jednocześnie do stopniowego i bezgranicznego podniesienia tego poziomu. – Wierzę, że ludzkość może się rozwijać stopniowo i spokojnie, byleby tylko nie paraliżowano jej dążności i byleby odzyskać mogła swobodę w swych ruchach. [8] s. 16

Jeśli za pośrednictwem niniejszej książki trochę tej wiary zostanie przekazane czytelnikowi, to jedno z jej zadań zostanie spełnione. Bez wiary w kapitalizm i w jego moralną wartość nie może się on utrzymać, jak swego czasu uznał Joseph Schumpeter. Bez tej kapitalistycznej wiary kapitaliści zamieniają się w rentierów, a robotnicy w wyrobników. Upada też wolność, ponieważ jest mało prawdopodobne, by ktoś spośród walczących z „nędzą i wyzyskiem ludu” chciał takiej wolnorynkowej wolności, jak ją opisywał Bastiat:

Widocznem jest, że Konkurencya – to wolność. Niszcząc zatem wolność działania, niszczy się możność, a następnie zdolność wybierania, sądzenia, porównywania; zabija się rozum, zabija się myśl, zabija się człowieka. [8] s. 306

Trzeba dodać, że Bastiat przeszedł do historii przede wszystkim jako twórca pamfletów piętnujących ekonomiczne sofizmaty. Gorąco polecam je uwadze czytelnika. Być może przeżyje zaskoczenie podobne do mojego, gdy przekona się, że pomimo upływu ponad 170 lat te same dawno zdyskredytowane poglądy są powtarzane i dziś, na przykład czytając chyba najsłynniejszy z pamfletów Bastiata zatytułowany: Co widać, a czego nie widać? W ekonomii nieustannie trzeba zadawać sobie to właśnie pytanie, albowiem łatwo jest zauważyć, kiedy ktoś zyskuje na jakiejś zmianie w polityce gospodarczej, a trudniej sprawdzić, czy aby skutkiem tej zmiany inni nie tracą w sumie jeszcze więcej. Zresztą jest to jeden z najważniejszych powodów, dla których społeczeństwa potrzebują ekonomistów: aby pomagali wyśledzić różne nieoczywiste zależności w realnych gospodarkach.

Charles Gide tak przekazuje sposób myślenia Bastiata: podporządkowanie wytwórców spożywcom oznacza po prostu podporządkowanie interesów osobistych interesom zbiorowym. Wytwórca powoduje się tylko swemi osobistemi interesami i goni za zyskiem. Ponieważ jednak wszystko, cokolwiek by wymyślił gwoli powiększenia swych zysków, prowadzi ostatecznie do obniżenia cen, przeto korzyści z tego osiągają spożywcy [konsumenci], to jest cała zbiorowość.

Gide dodaje też, że ostanie zalecenie, jakie Bastiat dał swym uczniom z łoża śmierci, brzmiało: Należy traktować ekonomię polityczną z punktu widzenia spożywców [35] t. 2, s. 29.

Oczywiście także inni klasycy podkreślali moralną doniosłość wolnego rynku jako najlepszej drogi do dobrobytu i pokoju:

Takie są źródła zysku, który mieszkańcy miast mają z wieśniaków, ci zaś z mieszczan: jedni i drudzy tym więcej mogą kupić, im więcej wyprodukują. Miasto otoczone bogatymi wsiami ma licznych i zamożnych klientów, w sąsiedztwie zaś bogatego miasta produkty miejskie mają wyższą wartość. […]

Naród w stosunku do swego sąsiada jest w takiej sytuacji, jak jedna prowincja wobec innej, jak miasto wobec wsi: zainteresowany jest w jego rozwoju, pewien korzyści z jego zamożności. Słusznie Stany Zjednoczone starały się zaszczepić przemysł wśród dzikich plemion, którymi są otoczone: chciały, żeby posiadały one coś na wymianę, gdyż nie otrzymuje się nic od ludów, które nie mają nic do dania. J.B. Say [92] s. 217

Lecz skutki handlu zagranicznego, które są natury intelektualnej i moralnej, przewyższają znaczeniem gospodarcze jego korzyści. Nie można chyba przecenić w obecnym niskim stanie udoskonalenia ludzkości wartości zetknięcia ludzkich istot z osobami niepodobnymi do nich i o sposobach myślenia i działania odmiennych od tych, które są im dobrze znane. Handel zagraniczny jest obecnie tym, czym była kiedyś wojna, głównym źródłem takiego zetknięcia się. […]

Dawniej patriota, o ile nie dosyć rozwinięty kulturalnie, by uważać cały świat za swój kraj, życzył sobie, by wszystkie kraje poza jego własnym były słabe, biedne i źle rządzone. Obecnie widzi on w ich bogactwie i postępie bezpośrednie źródło bogactwa i postępu swego kraju. To handel zagraniczny szybko uczynił wojnę przestarzałą, wzmacniając i pomnażając osobiste interesy, przeciwstawiając się jej w naturalny sposób. J.S. Mill [68] t. 2, s. 232

Co prawda nadal można spotkać się z opiniami o potrzebie zwiększania samowystarczalności państw, a nawet można sobie wyobrazić sytuacje, kiedy częściowe izolowanie się od rynków międzynarodowych jest wskazane. Podobnie na poziomie pojedynczych gospodarstw domowych nie wszystko możemy i nie wszystko powinniśmy pozyskiwać na rynkach. Jednak ogólną i niepodważalną zasadą ekonomii, prowadzącą najkrótszą drogą do wzrostu ludzkiej pomyślności, jest: wolny handel, czyli wolna wymiana.

Centra wzrostu

Skoro możność wymiany prowadzi do podziału pracy, to stopień podziału musi być zawsze ograniczony zakresem wymiany, czyli, innymi słowy, rozległością rynku. Gdy rynek jest bardzo mały, nikt nie znajduje zachęty do tego, by oddać się wyłącznie jednemu zajęciu, a to dlatego, że nie może wymieniać całej nadwyżki produktu własnej pracy, przekraczającej jego własne spożycie, na takie części produktu pracy innych ludzi, jakich potrzebuje.

Istnieją pewne rodzaje zajęć, najbardziej nawet podrzędnego rodzaju, które można wykonywać jedynie w wielkich miastach. Tragarz, na przykład, nie może znaleźć zajęcia i utrzymania gdzie indziej. Wieś jest dla niego zbyt ciasnym środowiskiem; nawet zwykłe miasteczko nie jest dość duże, aby mu zabezpieczyć stałe zajęcie. […]

Jest niemożliwe, aby takie nawet rzemiosło, jak wyrób gwoździ, istniało jako samodzielne zajęcie w odległych centralnych okolicach Wyżyny Szkockiej. Robotnik taki, robiąc 1000 gwoździ na dzień przez 300 dni w roku, wyrobiłby 300 000 gwoździ. Lecz w takiej miejscowości nie można byłoby zbyć nawet tysiąca gwoździ, czyli pracy jednego dnia w roku.

A. Smith, 1776 [99] t. 1, s. 24

Co pocznie energiczny rękodzielnik lub obrotny kupiec w miasteczku słabo zaludnionym i mało ucywilizowanym pewnych dzielnic Hiszpanii czy Polski? Chociaż nie ma konkurentów, będzie targować mało, bo mało się tam wytwarza, podczas gdy w Paryżu, Amsterdamie, Londynie, pomimo konkurencji setek takich kupców jak on, będzie mógł robić olbrzymie obroty. Powód jest prosty: znajduje się w otoczeniu ludzi produkujących dużo w mnóstwie rozmaitych gałęzi, ludzi, którzy robią zakupy za to, co wyprodukowali.

J.B. Say, 1803 [92] s. 216

Aby najskuteczniej ze sobą współpracować, ludzie muszą żyć bliżej siebie, dlatego też gromadzą się w miastach. Wyższa wydajność pracy w miastach oznacza też wyższe dochody. Jak Say zauważył już dawno temu: sprzedaż jednego towaru ułatwia najbardziej produkcja innych towarów. Tam, gdzie dochody są wysokie, wyższa jest też akumulacja kapitału, a tam, gdzie zgromadzono więcej kapitału, będą jeszcze wyższe płace, ponieważ jeszcze wyższa będzie wydajność pracy.

Z czasem, poprzez rozwój transportu i komunikacji, centra wzrostu wychodzą poza granice miast i obejmują całe regiony. Można też powiedzieć, że pojawiają się centra wzrostu wyższego poziomu, kiedy mniejsze i większe aglomeracje powiązane są ze sobą liniami komunikacyjnymi, łańcuchami dostaw, strukturami organizacyjnymi. Jednak pomimo rozwoju technologicznego skupianie się działalności gospodarczej na pewnym obszarze geograficznym nadal ma ogromne znaczenie dla funkcjonowania społeczeństw – jeśli nie ze względu na synergię produkcji, to ze względu na synergię usług. W centrach wzrostu nie tylko zarabia się lepiej, ale i żyje lepiej, ponieważ łatwiej i taniej dostępne są różne usługi ułatwiające bądź uprzyjemniające życie. Mimo ciągłego postępu we współpracy na odległość nieunikniona jest sytuacja, w której nawet duże obszary geograficzne znajdują się niejako na peryferiach wzrostu. Ich gospodarcza rola będzie ograniczana do bycia źródłem zaopatrzenia centrów w surowce, proste produkty i migrujących robotników.

Przyjmijmy, że we współczesnej Europie centrum wzrostu to w przybliżeniu zachodnie Niemcy i okolice. Pobliska Polska odnosi korzyści ze swej lokalizacji, niedostępne dla Portugalii czy Grecji. Możliwe są też bardziej samodzielne, lokalne centra wzrostu, związane z zaawansowaniem określonych branż. Przykładem może być Finlandia albo Szwajcaria. W przypadku dostarczania towarów o względnie niskim koszcie materiałowym i transportowym, a wysokim udziale wyspecjalizowanej pracy i kapitału w całkowitym koszcie produktu, bardziej możliwe jest powstawanie takich lokalnych centrów wzrostu. Dodatkowo ekonomiczną efektywność takich centrów wspiera ścisła współpraca przedsiębiorstw, możliwa przy wysokim poziomie zaufania (por. Marshall [66] t. 1, s. 262). Niegdyś centra wzrostu rozwijały się w pobliżu miejsc wydobycia ważnych surowców, na przykład Zagłębie Ruhry, Zagłębie Górnośląskie. Współcześnie ten model rozwoju traci na znaczeniu ze względu na malejące koszty transportu i inne zmiany technologiczne. Natomiast coraz większe znaczenie zyskują centra wzrostu oparte nie na efektywności produkcji, ale na dostępności wysokiej jakości konsumpcji. Przykładem może być ponownie Szwajcaria albo Dubaj.

Wspomniana ekonomiczna peryferyjność nie jest już tak dotkliwa jak niegdyś. Dzięki nowym technologiom w odległych miejscach można uruchamiać fabryki podzespołów czy centra outsourcingowe. Co prawda nadal będą to podmioty pełniące rolę służebną, lecz w ten sposób centra wzrostu zyskują bardziej rozszerzony charakter i coraz mocniej wiążą się współpracą z peryferiami.

Często jednak do barier geograficznych dochodzą bariery językowe, kulturowe, infrastrukturalne i polityczne – wtedy peryferyjność jest utrwalana i może nabierać znamion ekonomicznej izolacji. Dodatkowo globalna konkurencja o najbardziej pracowitych i utalentowanych powoduje, że kraje z dala od centrów wzrostu będą drenowane z talentów. Jest to nieuniknione, gdyż rozwijanie wiodących technologii albo zapotrzebowanie na najbardziej zaawansowane usługi musi być skoncentrowane w najbardziej zaawansowanych ośrodkach. Fakt ten wydaje się dosyć istotny jako dodatkowe wyjaśnienie, dlaczego niektóre regiony zdają się trwale zostawać w tyle – w świecie XXI wieku wysoko wykwalifikowanym kadrom przypisuje się rolę głównego czynnika rozwoju. Ponieważ te kadry skupiają się w centrach wzrostu, płacowy dystans do peryferiów musi się powiększać.

Zresztą transfer siły roboczej ze wsi do miast czy z krajów uboższych do bogatszych nie jest zjawiskiem nowym. Podobnie jak zaopatrywanie centrów przez peryferia w surowce, żywność i towary niskoprzetworzone. W tym kontekście co najmniej interesującą kwestią jest transfer kapitałów inwestycyjnych w przeciwnym kierunku. Już Smith zauważał, że kapitały inwestowane w wielkich miastach z czasem przynoszą coraz mniejszy zwrot, tak że chętniej przenoszone są na wieś. To samo dzieje się obecnie: względnie korzystniejsze stają się inwestycje kapitałowe w krajach biedniejszych. Ten proces powinien być w jakiś sposób wspierany przez rządy jako zjawisko korzystne dla obu stron. (Dobrym przykładem są fundusze europejskie12, które wsparły ważne inwestycje w polską infrastrukturę i dzięki którym państwo polskie nie jest tak zadłużone, jak by mogło być). Samorzutny eksport kapitału może rozwijać się zbyt wolno we współczesnym dynamicznym świecie. Na przykład przy rosnącej przepaści pomiędzy europejskim centrum a afrykańskimi peryferiami samoistny rozwój odpowiedniej bazy infrastrukturalnej i edukacyjnej może zająć całe pokolenia. Stąd dofinasowanie inwestycji w takich państwach może być obustronnie korzystne. (Trzeba pamiętać, że pomoc dla krajów rozwijających się może mieć skutki przeciwne do zamierzonych, jeśli pośrednio, a czasem bezpośrednio, jest wykorzystywana do umacniania istniejących w nich niekiedy kleptokratycznych struktur władzy).

Zdając sobie sprawę ze zjawiska koncentrowania się działalności gospodarczej, możemy inaczej spojrzeć na współczesne problemy związane z masową migracją do wielkich miast czy do krajów wysoko uprzemysłowionych. Postępująca urbanizacja życia społeczeństw jest procesem nieuniknionym, chociaż rodzi przeróżne trudności związane z potrzebami transportu osobowego, przestrzeni do wypoczynku czy do prywatności. Na dalszych stronach tej książki zastanowimy się, czy ten globalny proces skupiania się ludności nie jest w jakiś sposób dodatkowo sztucznie stymulowany.

Z pojęciem centrów wzrostu wiąże się też zjawisko ekonomicznych nierówności. Skoro w zjawiska rynkowe wpisane są mechanizmy prowadzące do koncentrowania się ludności w miejscach, gdzie wymiana jest najłatwiejsza i najkorzystniejsza, to zbiorowości ludzkie żyjące daleko od tych miejsc muszą być w gorszej sytuacji, nie posiadając tylu okazji do wymiany, specjalizacji i wzrostu produktywności. Na poziomie poszczególnych państw nie zawsze jest to uznawane za istotny problem, ponieważ działa tu z reguły prosty mechanizm niwelujący ten rodzaj nierówności: migracje ludności z peryferii w kierunku centrów wzrostu. Istnieją jednak różne bariery dla takiego przemieszczania się pomiędzy państwami i ludność nie zawsze może poszukiwać bardziej dochodowych zajęć gdzie indziej. W erze globalizacji oznacza to, że całe państwa i regiony mogą być spychane do roli ekonomicznego zaplecza dla obszarów szybko rozwijających się.

Nie chciałbym sprawiać wrażenia, że doszukuję się w tej sytuacji jakiejś niesprawiedliwości. Tak samo jak los obdarza jednostki ludzkie różnymi talentami i słabościami, tak samo różne narody znajdują się w lepszej czy gorszej pozycji do wzrostu bogactwa. W ramach międzynarodowego podziału pracy niektórzy otrzymują gorsze role. Niedogodność ta pochodzi stąd, że specjalizacje przypadające krajom gorzej rozwiniętym czy też będącym w jakimś sensie daleko od centrów wzrostu, są zwykle specjalizacjami mniej dochodowymi. Produkty tych krajów są często łatwo zastępowalne, a więc działają one na niskodochodowych, wysoko konkurencyjnych rynkach. Natomiast międzynarodowe centra wzrostu, generujące popyt na takie niskoprzetworzone dobra, przejmują jednocześnie produkcję dóbr zaawansowanych, wymagających współpracy wielu wykwalifikowanych specjalistów z różnych dziedzin, wyposażonych w unikalny kapitał trwały.

Oczywiście sytuacja tych mniej zamożnych krajów jest i tak lepsza, niż gdyby tej wymiany nie było. Z czasem technologie i umiejętności rozprzestrzeniają się i niezamożne kraje, które dobrze chronią własność prywatną i są otwarte na wolny handel, mogą coraz pomyślniej uczestniczyć w globalnej wymianie i przyspieszać swój rozwój. Obawiałbym się raczej o losy tych zamożnych narodów, których młodzież migruje do miejsc, gdzie zarabia się więcej i żyje taniej. Mam tu na myśli młodych z państw o rozbudowanych systemach usług publicznych i w związku z tym wysokich obciążeniach podatkowych. Pozbywając się sporej części najbardziej produktywnej grupy społecznej, kraje te skazują pozostającą część ludności na konieczność utrzymywania państwa dobrobytu, co jest coraz trudniejsze przy malejącej ilości i jakości siły roboczej. Wtedy z jednej strony możliwości bogacenia się są ograniczane, a z drugiej – obciążenia rosną i migracyjna presja nasila się. (To tylko część współczesnych demograficznych tendencji, którym jeszcze poświęcimy więcej uwagi).

Myślę też, że po przeczytaniu tego podrozdziału nie wydaje się czytelnikowi dziwne, że pomimo małej liczby urodzeń w państwach Europy ceny nieruchomości w aglomeracjach miejskich ciągle rosną, a wioski i miasteczka pustoszeją, choć życie w nich mogłoby być tańsze i wygodniejsze.