Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 377
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wydanie pierwsze
Tytuł oryginału: Blood and Treasure. The Economics of Conflict from the Vikings to Ukraine
Copyright © Duncan Weldon 2025First published in Great Britain in 2025 by Abacus
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania lub przekazywana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób elektroniczny, mechaniczny, fotokopiujący, nagrywający lub inny, bez uprzedniej pisemnej zgody.
Redaktor prowadzący: Anna Śleszyńska
Tłumaczenie: Dagmara MagrytaRedakcja: Dominik ZdortKorekta: Karolina BryknerProjekt okładki i skład: UCAE-book: Robert Waszkiewicz
Fundacja Warsaw Enterprise Institute
Al. Jerozolimskie 30
00-024 Warszawa
ISBN: 978-83-67272-53-7
Mecenas publikacji
Dla Natalie
Wszyscy znamy i pamiętamy wojny wielkiej Rzeczypospolitej i historyczne zwycięstwa – jak Kircholm w 1605 roku, Kłuszyn pięć lat później, Chocim w 1673 roku czy wreszcie odsiecz wiedeńską Sobieskiego. Czytamy o nich książki, oglądamy filmy, żyjemy duchem husarskich szarż, ale rzadko uświadamiamy sobie, jakie były najważniejsze mechanizmy wojen Polski i Europy w średniowieczu czy XVII wieku. Choć wielokrotnie nasi żołnierze dawali przykłady szaleńczego męstwa, to przecież jednym z najważniejszych elementów zarówno ich służby, jak i polityki władców były sprawy finansowe. Mówiąc krótko: skarby i kosztowności. Wszak jednym z największych wodzów Rzeczypospolitej, jednocześnie znanym z upodobania do zdobywania łupów był… sam król Jan III Sobieski.
„Działa wszystkie, obóz wszystek, dostatki nieoszacowane dostały się w ręce nasze. Wielbłądy, muły, bydle, owce… Wezyr uciekł od wszystkiego, że ledwo na jednym koniu i w jednej sukni. Jam został jego sukcesorem, po wielkiej części wszystkie mi się po nim dostały splendory. Mam wszystkie znaki jego wezyrskie, które nad nim noszą; chorągiew mahometańską, którą mu dał cesarz jego na wojnę. Namioty, wozy wszystkie dostały mi się” – pisał ze zdobytego pod Wiedniem obozu tureckiego do królowej Marysieńki. „Nie rzekniesz mnie tak, moja duszo, jako więc tatarskie żony mawiać zwykły mężom bez zdobyczy wracającym, żeś: »ty nie junak, kiedyś się bez zdobyczy powrócił«, bo ten, co zdobywa, na przedzie być musi”.
Miłość do ojczyzny była chwalebna, ale żołnierz, rzadko opłacany w terminie, musiał żyć ze zdobyczy, żeby tym lepiej bronić granic Rzeczypospolitej. Jak legendarny nasz pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek w bitwie pod Lachowicami, kiedy darował życiem młodego Moskala.
„Chrest (krzyż) wziąłem mu piękny bardzo; było na oprawie ze dwadzieścia czerwonych złotych. Nie zabawiłem się koło owego smarkacza i pacierza jednego. Skoczę do owego brodofiasza (innego Moskala), aż on już nago leży, a konia prowadzi towarzysz. Mówię do niego: »Jam nieprzyjaciela z konia zwalił, a ty go bierzesz? Daj go sam, bo tego nabicia (kuli) na ciebie odżałuję, com go na nieprzyjaciela nagotował«. Oddał mi tedy owego konia ślicznego, który był nie moskiewski, ale tych ruskich koni, czerwonogniady, rosły”.
Pieniądz wywoływał wojny, jak choćby ze Szwecją, o ujście Wisły czy późniejszy „Potop”. On też był najlepszym gwarantem zachowania życia w bitwie, czego dowodem pamiętnik Hieronima Chrystiana Holstena z czasów tego ostatniego kataklizmu. Kiedy Polacy wzięli go do niewoli: „towarzysz (husarski) zapytał mnie zaraz czy mam pieniądze, albo mnie zastrzeli. Wyjąłem więc sakiewkę pełną dukatów i dałem mu, wziął mnie więc pod swoją opiekę. Brali mnie za wyższego oficera, bo byłem dobrze umundurowany. Musiałem teraz zsiąść z mego pięknego konia […] dosiąść chłopskiego i tak prawie bez siodła jechać do ich obozu”.
Pieniądze uratowały Zygmunta Druszkiewicza pod Batohem z rąk Kozaków i Tatarów. „Na tureckim siedziałem koniu – pisał – w pancerzu oprawnym i pieniądze przy mnie znaleźli, dwieście czerwonych złotych i to mi dało żywot, że się znowu znajomym dostałem Tatarom. Niewypowiedzianie się o to starali, aby mnie nie ścięli i to też nie mniej pomogło, że umiałem ich język”.
Łup był najpewniejszym zyskiem z boju, przywieziony do kraju mógł znacząco poprawić status jego obecnego właściciela. Dlatego czasem znaczne bogactwa wiezione przez jednych wojaków, stawały się… łupem drugich, jak w 1621 roku w Przemyślu, gdzie chorągiew Gniewosza zaatakowała oddziały zawodowej jazdy – Lisowczyków, odebrała im łupy z wojny trzydziestoletniej, wśród których był, jak pisze jeden z poszkodowanych: „kielich wielki kościelny pozłocisty, sadzony diamentami, rubinami i szafirami, który ten to protestujący w Niemczech gromiąc heretyki zdobył…”.
Dawna wojna czy to w X, czy w XVII wieku była zatem starciem ludzi żyjących w znacznej części nie z żołdu, gdyż ten wypłacano z opóźnieniem, lecz przede wszystkim z łupu. I dla takiej samej zdobyczy była prowadzona. Pieniądz bowiem kształtował politykę, ale także, o czym zapominamy, dawał podstawy egzystencji i utrzymanie całej grupie społecznej znanej od końca średniowiecza jako stan żołnierski w targanej wojnami Europie. Jestem zdania, że wbrew obowiązującemu dziś wśród historyków podziałowi na chłopów, mieszczan i szlachtę, zawodowi wojacy tworzyli po prostu osobną grupę w ówczesnym społeczeństwie. Stan wolnych ludzi, którzy ciągnęli na wojnę razem z rodzinami żyjącymi z łupu ojców i synów i tworzyli swoistą ekonomię wojskową. Gdy bowiem żołnierz zaciężny zdobywał dobra, były one selekcjonowane przez towarzyszącą mu rodzinę, naprawiane i sprzedawane, a pieniądze inwestowane nie tylko w rynsztunek żołnierski, ale i w różne rodzaje przedsiębiorczości.
Oto zatem książka o wstydliwym obliczu wojen. O konflikcie i pieniądzu, który był tego konfliktu podłożem. Książka przedstawiająca zaskakujące wnioski, jak choćby ten, że płacenie daniny nie zawsze oznaczało ruinę płacącego, gdyż zbierający haracz zamawiał za te pieniądze u ograbianego towary i usługi. Opowieść pokazuje ukryte mechanizmy, które zapewne działały w trakcie tworzenia państwa Piastów, późniejszej Polski. To przecież zbrojni wojownicy Mieszka, jego ojca albo dziada wyszli kiedyś z bram grodu Kalisza lub Giecza, aby narzucić daninę i władzę sąsiednim związkom plemiennym. A później zgodnie z powszechną europejską tendencją, dorobili do tego religię i ideologię i utworzyli Polskę, której początki przedstawiają się podobne jak Normandii czy królestw anglosaskich.
Niniejsza książka pokazuje, że Hiszpania mająca dostęp do ogromnych bogactw Nowego Świata zbankrutowała już w XVI i XVII wieku – przez co stała się tym, czym w dzisiejszych czasach Wenezuela, mająca wszak dostęp do złota w płynie, czyli zasobów ropy – i nie była jednak w stanie wykorzystać tego bogactwa dla dobrego bytu swych obywateli.
Duncan Weldon pokazuje mało znane polskiemu czytelnikowi uwarunkowania gospodarcze i polityczne Italii i wynikłe z nich wojny włoskie, które przetaczały się przez Półwysep Apeniński przez cały XVI wiek. Ich zależność od pieniądza, bogatych miast i kondotierów. Z Italii trafiamy na Karaiby, aby zapoznać się z finansowymi podstawami działalności piratów na przełomie XVII i XVIII wieku, gdyż tak jak na wojnach, jej podstawą były zyski i pieniądze z handlu oraz sprzedaży zrabowanych towarów.
Oto świetna praca o tym, jak pieniądz kształtuje historię oraz jak wielką rolę odegrał na przestrzeni dziejów. I jak w XIX wieku zwykli uczestnicy wojen przestali gromadzić bogactwa, gdyż starcia te zmieniły się w brutalne starcia narodów i ich ideologii. To bardzo ważna i pouczająca książka dla Polaków, która jednak może pozbawić nas złudzeń historycznych. Polecam ją z przyjemnością, jako historyk i pisarz.
Jacek Komuda, pisarz, historyk
Czasami archeolodzy mają szczęście – być może największe wtedy, gdy natrafiają na to, co nazywają „skarbem”. Skarb, czyli zbiór cennych przedmiotów, zdecydowanie różni się od śladów codziennego życia, z którymi zazwyczaj mają do czynienia. To cenne przedmioty – biżuteria, srebrne naczynia, monety – często starannie zakopane przez właściciela.
Archeolodzy uwielbiają skarby. Monety, na których wybito datę, zazwyczaj pozwalają na ustalenie momentu, kiedy powstały. Jednak – choć odkrycie skarbu jest wspaniałą wiadomością dla archeologów – samo ukrycie takiego depozytu bogactwa zazwyczaj oznaczało, że tego, kto go zakopał, a z jakiegoś powodu nie zdołał odzyskać, spotkało jakieś nieszczęście.
Ustalenie czasów, z których pochodzą skarby, jest dobrym sposobem na wskazanie, kiedy pojawiały się społeczne napięcia. W całej Europie odnajduje się wiele skarbów datowanych na IX i X wiek – epokę wikingów. Obecność łodzi pełnych rabusiów, grasujących wzdłuż wybrzeży i rzek kontynentu, niewątpliwie sprawiła, że wielu zamożnych obywateli poczuło niepokój. Najbardziej spektakularne znalezisko w Chinach, zawierające ponad 1,5 tony monet z brązu, najpewniej pochodzi z czasów wojen dynastii Jin z dynastią Song toczących się na początku XIII wieku, podczas których kształtowały się północne granice Chin. Badając historię Wielkiej Brytanii, archeolodzy zauważyli dwa wyraźne okresy, kiedy zakopywano majątek. Pierwszy nastąpił pod koniec IV i na początku V wieku, czyli w końcowych latach rzymskiego panowania na wyspie. Drugi – gdy ukrywano jeszcze więcej skarbów – przypadł na połowę XVII wieku. Była to epoka brytyjskich wojen domowych, czas chronicznej niestabilności. To właśnie wtedy do powszechnego użycia weszło dziś dobrze znane na Wyspach wyrażenie „krew i skarb” (blood and treasure). Przelewano wówczas tyle krwi, że wielu ludzi postanowiło zakopać swoje skarby.
Wojny są kosztowne zarówno w wymiarze ludzkim, jak i finansowym. Najzwięźlejszy sposób, jaki dotąd wymyślono, by opisać istotę tego często pomijanego aspektu historii, to właśnie te słowa: krew i skarb. Na pierwszy rzut oka można by przypuszczać, że w zrozumieniu finansowego aspektu takiej kryzysowej sytuacji pomoże nam ekonomia, lecz staje się ona mniej przydatna, gdy chodzi o zrozumienie wymiaru ludzkiego. Jednak, jak sądzę, przekonamy się, że „podążanie za pieniędzmi” jest użytecznym kluczem do zrozumienia tego, jak i dlaczego państwa prowadziły wojny, oraz tego, w jaki sposób je finansowały.
Wojny i konflikty mogą czasami wydawać się najbardziej irracjonalnymi aspektami ludzkiego zachowania, a dyscyplina naukowa kojarzona zazwyczaj z „podmiotami maksymalizującymi użyteczność” – jak ekonomiści sucho określają ludzi – może wydawać się nieprzygotowana do wyjaśnienia tych zachowań. Jednak ekonomia to znacznie więcej niż suche, podręcznikowe podejście. A dwa pojęcia ekonomiczne mają szczególne znaczenie dla zrozumienia konfliktów i wojen: bodźce i instytucje.
Racjonalne spojrzenie na bodźce często pozwala wyjaśnić pozornie nawet najbardziej irracjonalne zachowania – a niewiele rzeczy jest tak irracjonalnych jak wojna. Co najważniejsze, bodźce nie powstają w próżni. Kształtują je szersze konteksty społeczne, kulturowe i polityczne – czyli to, co ekonomiści nazywają instytucjami. W języku ekonomicznym instytucja niekoniecznie oznacza organizację posiadającą adres i numer telefonu, ale raczej oczekiwany sposób postępowania. FBI jest oczywiście instytucją, ale w kategoriach ekonomicznych instytucją jest również przekonanie, że ludzie nie powinni okradać swoich sąsiadów. Instytucje mogą więc być rzeczywistymi organizacjami, ale także szeroko rozumianymi formami postępowania i ogólnymi zasadami funkcjonowania społeczeństwa.
Z biegiem czasu instytucje ulegają zmianom, a wraz z nimi zmieniają się również bodźce. Świat wczesnego średniowiecza w Europie, od którego rozpoczynamy, bardzo różnił się od świata lat 20. XXI wieku, w którym książka się kończy. Instytucje zmieniły się niemal nie do poznania, a wraz z nimi bodźce. Jednak niezależnie od epoki wzajemnie powiązane instytucje i bodźce kształtują i wyjaśniają ludzkie zachowania.
Większość ekonomistów uważa, że różnice w bogactwie między krajami w dużej mierze wynikają z instytucji. Niektóre państwa stworzyły instytucje, które wspierają wzrost gospodarczy i wyższy standard życia, inne nie. Instytucje mają o wiele większe znaczenie niż technologia, klimat czy mnóstwo innych czynników wpływających na czyjeś szanse życiowe.
W długiej historii ludzkości nic nie wpłynęło na kształtowanie się instytucji, a tym samym na wyniki gospodarcze, tak bardzo jak wojny i przemoc. Kluczową instytucją było państwo, a przez prawie całą historię ludzkości prowadzenie wojen i przygotowywanie się do nich – a więc to, co historycy ekonomii czasem nazywają „darem Marsa” – definiowało państwa i ich rozwój. Wojny mają kluczowe znaczenie dla zrozumienia rozwoju instytucjonalnego, a rozwój instytucjonalny ma kluczowe znaczenie dla głównych zagadnień ekonomii. Prowadzenie wojen i rozwój państw postępowały równolegle. To, co obecnie nazywamy państwami i narodami, często jest efektem działań wyjątkowo skutecznych oddziałów wojskowych.
Jak zauważył kiedyś Arnold Toynbee, istnieje ryzyko, iż historia stanie się „po prostu jednym przeklętym faktem następującym po drugim”. Ekonomia i myślenie ekonomiczne dostarczają ram do rozważania, dlaczego rzeczy działy się tak, jak się działy, a więc dostarczają użytecznego zestawu narzędzi do wyjaśniania tego, co czasem wydaje się niewytłumaczalnym ludzkim zachowaniem – i to w sposób wykraczający daleko poza pieniądze i produkcję. Nauki społeczne i historia naturalnie się uzupełniają. Nauka społeczna bez historii jest suchym i często bezużytecznym ćwiczeniem teoretycznym, czymś, co może mieć sens w modelu matematycznym czy podręczniku, ale zazwyczaj nie sprawdza się w prawdziwym świecie. Z kolei historia bez nauk społecznych czy teorii często bywa jedynie listą dat i wydarzeń – czasem interesującą, ale wciąż tylko listą. Połączenie obu pozwala zrozumieć nie tylko, co się wydarzyło, lecz – co ważniejsze – dlaczego się wydarzyło.
Pierwsze państwa zostały zbudowane przez ludzi, których historycy ekonomii grzecznie nazywają „specjalistami od przemocy”, a groźba jej użycia leżała u podstaw większości form wymiany gospodarczej. Niedługo po rewolucji rolniczej niektórzy lepiej zbudowani ludzie zorientowali się, że uprawa roli jest ciężką pracą, podczas gdy grożenie rolnikom i odbieranie im części plonów wymaga o wiele mniej wysiłku wymaga. Ci, którzy mieli to, co ekonomiści nazwaliby przewagą komparatywną w zakresie przemocy, mogli żyć dostatnio. Najlepszym rozwiązaniem dla tych, którzy nie mieli skłonności do przemocy, było oddanie się pod opiekę kogoś, kto mógł ich bronić. Od samego początku przemoc i konflikty miały więc kluczowe znaczenie dla rozwoju społeczeństwa ludzkiego. Ale nawet w świecie przednowoczesnym bodźce i instytucje były istotne.
W świecie współczesnym instytucje są inne, lecz bodźce prowadzące do wojny i przemocy często pozostają te same. Z biegiem czasu wojna i instytucje wzajemnie się kształtowały: rozwój nowych broni, taktyk i technik zmuszał państwa do zmiany sposobu organizacji, a to z kolei wpływało na kształt społeczeństwa.
Po rewolucji militarnej z XVI i XVII wieku wojna stała się droższym przedsięwzięciem. Armie rosły, a konflikty trwały dłużej. Wraz ze wzrostem kosztów prowadzenia walk zmienił się także układ bodźców, które im towarzyszyły. Ewoluujący charakter wojen doprowadził z czasem do przekształcenia zarówno struktury, jak i rozmiarów państw.
W kolejnych rozdziałach tej książki przeanalizujemy ekonomię konfliktu i wojny – od epoki wikingów po współczesne walki na Ukrainie. Wyjaśnimy, dlaczego Czyngis-chan może być uznany za ojca globalizacji, jak złoto i srebro z Nowego Świata paradoksalnie utrzymywały Hiszpanię w biedzie, dlaczego niektórzy ekonomiści postrzegają procesy czarownic jako formę „konkurencji pozacenowej”, w jaki sposób kapitanowie pirackich statków stali się pionierami skutecznego zarządzania zasobami ludzkimi, czemu rozdawanie medali zaszkodziło Luftwaffe podczas II wojny światowej oraz jak teorie ekonomiczne przyczyniły się do tragedii w Wietnamie. Przy okazji zastanowimy się też, dlaczego niektórzy średniowieczni królowie mieli rację, wyposażając swoich wojowników w gorszą broń, czego o zarządzaniu można nauczyć się od Józefa Stalina oraz czy kultura protekcji i kolesiostwa mogła pomóc brytyjskiej Królewskiej Marynarce Wojennej w osiągnięciu potęgi.
Mam nadzieję, że ta książka pokaże również, w jaki sposób ekonomia może pomóc zrozumieć wojnę – z kolei zrozumienie wojny może przyczynić się do lepszego wyjaśnienia współczesnej ekonomii.
Kiedy ktoś przechodzi do historii jako Eryk Krwawy Topór, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że miał on, delikatnie mówiąc, „barwną” karierę. Eryk był królem wikingów w X wieku, dwukrotnie rządził Nortumbrią i najprawdopodobniej był również w różnych okresach królem Norwegii oraz jarlem Orkadów. Jego innym popularnym przydomkiem było fratrum interfector, czyli bratobójca, co z kolei daje pewne wskazówki, w jaki sposób mógł zostać królem Norwegii. Jego panowanie w Nortumbrii można dokładniej datować na podstawie współczesnych mu wzmianek i znalezionych monet, a jego inne słynne przygody pojawiają się w znacznie późniejszych sagach. Niektórzy historycy uważają nawet, że dwie postacie nazywane Erykiem Krwawym Toporem – jedna historyczna, a druga legendarna – z biegiem lat zlały się w jedną. Jeśli rzeczywiście istniało nie dwóch, ale jeden król o przydomku Krwawy Topór, to wiele mówi to o naturze królestwa wikingów. Równie wymowne jest imię niemal współczesnego mu odpowiednika z Orkadów – Thorfinna Rozłupywacza Czaszek.
Historia Eryka Krwawego Topora, ustalona na podstawie niewielu zachowanych współczesnych mu źródeł i późniejszej półlegendarnej tradycji, wygląda mniej więcej tak: Eryk był jednym z około dwudziestu synów króla Norwegii Haralda noszącego dość niezwykły przydomek Pięknowłosego. Z pewnością Erykowi nie brakowało więc braci, których mógł zabić. Być może jako najstarszy syn i najwyraźniej ulubieniec ojca Eryk postanowił zabezpieczyć swoje dziedzictwo, eliminując po kolei rodzeństwo. Ostatecznie udało mu się zostać królem Norwegii, ale jego rządy były surowe, niepopularne i krótkotrwałe. Zanim zakończyła je rewolucja, przy życiu pozostał tylko jeden z braci. Eryk, wygnany z Norwegii, przeprawił się przez Morze Północne, prawdopodobnie przez pewien czas rządził Orkadami, a następnie został piratem i łupieżcą na Morzu Irlandzkim. W ciągu około dziesięciu lat zgromadził majątek, sławę i zwolenników – dość, by w 947 roku zdołał przejąć królewską władzę w Nortumbrii. Rządził z Yorku znaczną częścią północnej Anglii.
Politykę Nortumbrii w połowie X wieku najlepiej można opisać jako chaotyczną. Od końca IX wieku kraj znany obecnie jako Anglia zaczął wyłaniać się z luźnej wspólnoty mniejszych królestw i państewek. Alfred Wielki i jego potomkowie, jako władcy Wessex, nie tylko oparli się najazdom wikingów, ale także stopniowo zaczęli powiększać swoje królestwo. Do nowo powstałego państwa zostały włączone stare anglosaskie królestwa Mercji i Anglii Wschodniej oraz ziemie rządzone przez ponad 100 lat przez duńskich osadników w Midlands. Nortumbria była jednak trudnym przypadkiem. Terytorium to było przedmiotem sporu między królami angielskimi – czyli zachodniosaskimi, wywodzącymi się od Alfreda – a linią wikingów hiberno-nordyckich, związanych ze skandynawskim Królestwem Dublina po drugiej stronie Morza Irlandzkiego.
Mieszkańcy regionu stanowili genetyczną mieszaninę dawnych osadników anglosaskich i skandynawskich przybyszów, żyjących tu od trzech lub czterech pokoleń. Henryk z Huntingdon, późniejszy kronikarz historii Anglii, uważał, że mieszkańcy północy czekali, aż zobaczą, w którą stronę powieje wiatr, zanim zdecydują, kogo poprzeć, wykazując się „swoją typową wiarołomnością”. To surowa ocena, ale nie była nietrafna.
Pierwsze rządy Eryka Krwawego Topora jako króla były krótkie i trwały tylko do 948 roku, kiedy to po roku sprawowania władzy został obalony w wyniku buntu miejscowych Anglików podczas inwazji szkockiej. Trudno było go jednak ostatecznie pokonać. W 952 roku, po następnej serii najazdów na wybrzeża Irlandii, Kumbrii i Szkocji, był gotowy do kolejnej próby przejęcia rządów. Okoliczności jego drugiego panowania są frustrująco niejasne. Kronika anglosaska podaje jedynie, że w 952 roku mieszkańcy Nortumbrii „wypędzili króla Olafa i przyjęli Eryka”, ale w 954 roku zmienili zdanie i postanowili połączyć siły z wnukiem Alfreda Wielkiego, królem Edredem. Narzekania Henryka z Huntingdon na ich wiarołomność wydają się więc czymś więcej niż tylko uprzedzeniami południa wobec północy. Eryk zginął tuż po drugim wygnaniu z Nortumbrii, w bitwie przeciwko Anglosasom w Penninach.
Już same fakty dotyczące życia Eryka – nawet oczyszczone ze wszelkich elementów mitycznych – oraz jego przydomek doskonale oddają istotę tego, co przychodzi nam na myśl, gdy słyszymy słowo „wiking”. Swoją karierę rozwijał po obu stronach Morza Północnego: czasem był królem, a czasem łupieżcą, ale zawsze wojownikiem – specjalistą od przemocy i przywódcą innych specjalistów od przemocy.
Nikt nie jest do końca pewien, dlaczego rozpoczęła się tak zwana epoka wikingów – trwająca od około 800 roku n.e. do XI wieku – i co dokładnie skłoniło młodych mężczyzn ze Skandynawii do rozpoczęcia najazdów na nadmorskie ludy pozostałej części zachodniej Europy. Przez lata proponowano różne wyjaśnienia, od zmian klimatycznych, które zmniejszały plony rolne na dalekiej północy Europy i skutkowały migracjami, po wzmożoną rywalizację o status między lokalnymi skandynawskimi władcami, którzy zaczęli poszukiwać nowych skarbów za morzem. Cokolwiek było tego przyczyną, wkrótce stało się jasne, że wikingowie – użyję współczesnego i dobrze znanego określenia – w tym, co robili, byli naprawdę dobrzy. Europa IX i X wieku nie mogła narzekać na brak konkurujących ze sobą specjalistów od przemocy, więc co odróżniało ludzi północy od reszty?
Możliwe, że młodzi mężczyźni włóczący się po skandynawskich wybrzeżach byli po prostu lepszymi wojownikami niż ci z anglosaskiej Anglii czy frankijskiej Francji. Weźmy Anglosasów za przykład. Około 400 lat przed epoką wikingów to właśnie Sasi byli wikingami swoich czasów, poganami zza Morza Północnego, którzy przypływali łodziami na wybrzeża chrześcijańskiej rzymskiej Brytanii, by grabić i plądrować. W VI i VII wieku niziny Brytanii – obszar, który dziś nazywamy Anglią – były zdominowane przez królestwa anglosaskie. Najlepszym źródłem informacji na temat charakteru wczesnego królestwa saksońskiego nie jest zwykła narracja historyczna, statut czy kronika, ale wielki epos Beowulf. Akcja utworu rozgrywa się wprawdzie w Skandynawii i pojawiają się w nim potwory i smoki, które w rzeczywistym świecie raczej nie stanowiły problemu dla wczesnośredniowiecznych królów, ale mówi on coś bardzo ważnego o naturze władzy w tej epoce.
Gdybyśmy pozbawili Beowulfa poetyckiego charakteru i usunęli wątki fantastyczne, zostałaby prosta opowieść o specjalistach od przemocy i o tym, w jaki sposób rządzili społeczeństwem. Królowie rozdawali złoto i pierścienie, ucztując ze swoimi poddanymi w wielkich dworskich salach. Za władcę cenionego uważano tego, który był skutecznym przywódcą wojennym, i to jemu wielcy wojownicy chcieli służyć. Bitwa w gruncie rzeczy polegała na zdobyciu łupów, które zostaną rozdane zwolennikom. Im więcej łupów zdobył przywódca, tym większą grupę wojowników mógł zgromadzić. A im większą grupę wojowników dysponent złota mógł zgromadzić, tym więcej złota mógł zdobyć, by nadal je rozdawać. Z punktu widzenia specjalistów od przemocy to pozytywna spirala: sukces rodzi sukces. Lub raczej: spirala jest pozytywna do momentu, gdy przestaje taką być. Kiedy król lub wódz przestaje wygrywać bitwy, jego panowanie się kończy.
Nie potrzeba ekonomisty, by w tym modelu gospodarki politycznej dostrzec oczywisty problem. Aby utrzymać poparcie swoich wojowników i poddanych, król musiał nieustannie prowadzić wojny, by zdobywać nowe złote pierścienie i inne skarby do rozdania swoim zwolennikom. Niestabilność i konflikt były wpisane w ten system.
Był to świat, w którym późniejsza idea dziedziczenia tronu z ojca na syna wydawałaby się raczej dziwacznym pomysłem. Potężni wojownicy dobrze wiedzieli, że nie tylko ich dochody, ale wręcz ich życie zależało od zdolności króla do poprowadzenia ich w bitwie. Z reguły nie mieli ochoty zaufać loterii genetycznej i mieć nadzieję, że syn obecnego władcy jakimś przypadkiem okaże się równie biegły w sztuce wojennej jak jego ojciec. Śmierć króla wywoływała więc falę rywalizujących roszczeń do tronu.
Jednak w epoce wikingów sytuacja wyglądała już nieco inaczej. Królestwa anglosaskie były większe i bardziej stabilne. Były też teraz chrześcijańskie. Dziedziczenie tronu z ojca na syna stawało się coraz bardziej powszechne. Choć wojny między królestwami, a zapewne także najazdy i potyczki na granicach, wciąż zdarzały się dość często, to ogólny poziom przemocy z pewnością na przestrzeni wieków zmalał. Istnieje wiele zalet przejścia do modelu gospodarki politycznej, który nie skutkuje niekończącą się wojną Jedyną potencjalną wadą, jak mieli się przekonać Anglosasi w IX wieku, był fakt, że taki system niekoniecznie sprzyjał wytwarzaniu licznych i skutecznych specjalistów od przemocy. Tymczasem wikingowie z czasów Eryka Krwawego Topora wciąż żyli w rzeczywistości bliskiej tej z Beowulfa. Ich świat był zapewne mniej stabilny niż anglosaska Anglia pod koniec VIII wieku, ale z pewnością rodził znakomitych wojowników.
Na sukces wikingów składało się jednak coś więcej niż tylko możliwość korzystania z lepszych wojowników. Mieli również dwie kluczowe przewagi konkurencyjne, które sprzyjały najazdom: wyższy poziom technologiczny na morzu oraz – przynajmniej przez pierwsze 100 lat – brak wiary chrześcijańskiej. Wykorzystanie obu tych przewag można dostrzec podczas jednej z najwcześniejszych i najbardziej znanych wypraw wikingów w tym okresie. Chodzi o najazd na klasztor Lindisfarne na Holy Island u wybrzeży Nortumbrii w 793 roku.
Łodzie od dawna odgrywały ważną rolę w Skandynawii. Trudno sobie wyobrazić, jak ludzie mogliby przez dłuższy czas mieszkać na obszarze usianym wyspami, zatokami i fiordami, nie parając się budową statków. Osady powstawały zazwyczaj na wybrzeżach lub nad jeziorami, nigdy zbyt daleko od morza. Statki budowane przez mieszkańców tych terenów były zazwyczaj szybsze, smuklejsze i lżejsze niż te spotykane w innych częściach Europy, ale – przynajmniej na początku – były napędzane wyłącznie wiosłami. W pewnym momencie, jeszcze przed epoką wikingów, nastąpił przełom technologiczny i mieszkańcy Skandynawii zaczęli wyposażać swoje langskipy (długie okręty) w żagle.
System podwójnego napędu okazał się kluczowym czynnikiem, który przyniósł sukces wczesnym najazdom wikingów. Do tego czasu każdy, kto przemierzał Morze Północne łodzią, zazwyczaj korzystał z dominujących wiatrów, które wprawdzie zmieniały się, ale tylko w nieznacznym stopniu. Łódź żaglowa opuszczająca Skandynawię i zmierzająca do Lindisfarne prawdopodobnie zostałaby zniesiona gdzieś w pobliże południowego wybrzeża Szkocji, a następnie płynęłaby na południe, trzymając się wybrzeża, i dotarłaby do Lindisfarne dzień lub dwa później. Taka metoda podróży jest skuteczna, ale uniemożliwia dotarcie do celu z zaskoczenia. Wikingowie mogli zaś przepłynąć większość trasy na żaglach, a następnie, będąc jeszcze za horyzontem, przejść na wiosła, aby szybko zbliżyć się do celu. Oznaczało to, że mnisi z Lindisfarne zamiast otrzymać dzień lub dwa wcześniej ostrzeżenie, że na północy pojawiły się dziwnie wyglądające i zbliżające się w ich kierunku statki, zostali zaalarmowani – w zależności od pogody i widoczności – co najwyżej kilka godzin przed najazdem. Alcuin, duchowny z Nortumbrii, znany intelektualista mieszkający we Francji za panowania Karola Wielkiego, po usłyszeniu o złupieniu Lindisfarne napisał, że „takiej wyprawy nie uważano za możliwą”.
Nie tylko wybrzeża były narażone na tego typu najazdy. Wąskie stępki langskipów sprawiały, że mogły one pływać zarówno po rzekach, jak i po oceanach. W epoce wikingów rzeki Wielkiej Brytanii stały się dla najeźdźców swego rodzaju autostradami, a wikingowie przemierzali Sekwanę aż do Paryża.
Do tego dochodził brak wiary chrześcijańskiej. W latach 90. VIII wieku chrześcijaństwo było już mocno zakorzenione w zachodniej Europie, a wraz z powszechną wiarą w tego samego Boga pojawił się niemal równie powszechny szacunek dla Kościoła i jego instytucji. Wiara, że miejsca kultu religijnego są święte, sprawiała, że drogocenne skarby były przechowywane w dość odosobnionych i w gruncie rzeczy niechronionych klasztorach i opactwach na wyspach takich jak Iona czy Lindisfarne. Największe oburzenie wśród mieszkańców Europy Zachodniej wywoływała więc nie sama przemoc najazdów, ale skłonność wikingów do atakowania miejsc kultu religijnego.
Minęło zaskakująco wiele czasu od rozpoczęcia najazdów wikingów, nim Europejczycy uświadomili sobie, że stary porządek przestał istnieć. Opactwo Iona zostało założone przez św. Kolumbę w 563 roku i w ciągu następnego półtora wieku stało się ważnym ośrodkiem nauki i nauczania chrześcijańskiego dla Irlandii, Szkocji i północnej Anglii. Zaledwie dwa lata po najeździe na Lindisfarne wikingowie rozpoczęli działania na drugim wybrzeżu Wielkiej Brytanii i złupili Ionę. Kolejny najazd nastąpił w 802 roku. W 806 roku wikingowie zaatakowali klasztor po raz trzeci i zabili sześćdziesięciu ośmiu mnichów w miejscu, które później nazwano Zatoką Męczenników. Zadziwiające, że dopiero czwarty najazd w 825 roku, który zwiększył grono męczenników, sprawił, iż ci, którzy przeżyli, uznali, że mają już tego dość, i przenieśli się do grodupołożonego około 30 kilometrów od morza w głąb Irlandii Północnej.
Gdy patrzymy na pierwsze dziesięciolecia najazdów wikingów, czasem przychodzi nam na myśl XX-wieczny amerykański rabuś Willie Sutton, który – zapytany, dlaczego rabuje banki – miał odpowiedzieć: „bo tam są pieniądze”. Dlaczego wikingowie nieustannie napadali na nadmorskie klasztory? Nie tylko dlatego, że znajdowało się tam mnóstwo skarbów, lecz także z tego powodu, że klasztory bywały często całkiem bezbronne.
Ekonomia wczesnych najazdów wikingów, podobnie jak ponad tysiąc lat późniejsza ekonomia Williego Suttona, nie jest szczególnie interesująca. Rabunek jest w dużej mierze grą o sumie zerowej: jedna osoba (rabuś) zyskuje, a druga (okradziony) traci. Lub, jak w przypadku niektórych biednych mnichów z Iony, nie tylko traci dobytek, ale także ginie w Zatoce Męczenników, nazwanej tak zupełnie niedawno.
Przez pierwsze kilkadziesiąt lat najeźdźcy skupiali się na ruchomym majątku, takim jak monety, srebrne naczynia, biżuteria, złoto – zasadniczo na wszystkim, co można było zapakować do worka i wywieźć na łodzi. Jednak z upływem czasu wikingowie stali się nie tylko bardziej ambitni, ale także sytuacja gospodarcza stała się znacznie bardziej interesująca. W czasach Eryka Krwawego Topora, ponad półtora wieku po najeździe na Lindisfarne, wikingowie nie byli już tylko łupieżcami – chociaż nadal, podobnie jak nasz stary przyjaciel Eryk, parali się tym w znacznym stopniu. Do X wieku wciąż dorywczo zajmowali się piractwem, ale stali się także najeźdźcami i osadnikami. W latach 60. IX wieku taktyka wikingów w Wielkiej Brytanii zaczęła się zmieniać. W 865 roku wysłali tam armię, którą Anglosasi nazwali Wielką Armią Pogan. Nie była to zwykła grupa łupieżców zadowalająca się wrzuceniem do worka inkrustowanych złotem elementów kościelnego ołtarza i zabraniem ich na zacumowany przy brzegu langskip. Była to, jak wskazuje jej nazwa, armia. Armia, która przybyła w celu dokonania podboju.
Współcześni uczeni szacują, że wielkość tej tak zwanej Wielkiej Armii najeźdźców z północy liczyła kilka tysięcy żołnierzy. We wczesnym średniowieczu armie były pod względem liczebności mniej więcej porównywalne z tłumem kibiców drużyny gości na meczu piłki nożnej Premier League. Armia wikingów była z pewnością liczebniejsza od dotąd istniejących. Obrona przed nią wymagała więc zmiany strategii obronnej: uporanie się z kilkoma łodziami pełnymi uzbrojonych łupieżców to coś zupełnie innego niż powstrzymanie kilku tysięcy uzbrojonych najeźdźców rozbijających obóz na twojej ziemi. Pierwsza reakcja była oczywista: zebrać pod bronią kilka tysięcy własnych ludzi i spróbować przepędzić intruzów. Kiedy jednak to się nie powiodło, władcy zmagający się z najazdami zmienili taktykę i spróbowali czegoś nowego: zapłacili wikingom, aby ci zaniechali ataków. Płatności te, znane później pod nazwą danegeldu, zmieniły zarówno sytuację, jak i gospodarkę.
Danegeld i pomysł płacenia najeźdźcom daniny w nadziei, że ci zaprzestaną najazdów, były źle widziane. Rudyard Kipling posunął się nawet do zapisania argumentów przeciw uiszczaniu takiego okupu w formie wiersza:
Nie należy wystawiać żadnego narodu na pokusę,
z obawy, że może ulec i zbłądzić,
więc gdy zażądają od ciebie zapłaty lub będą ci grozić,
lepiej powiedz:
„Nigdy nikomu nie płacimy danegeldu,
bez względu na to, jak błahy to koszt:
bo na końcu tej rozgrywki są ucisk i hańba,
a naród, który w nią gra, jest zgubiony”.
Łatwo jest udzielać rad, aby nigdy nie ulegać tyranom, gdy samemu nie jest się ofiarą przemocy. W obliczu zagrożenia ze strony wikingów decyzja o rozpoczęciu płacenia im okupu była całkiem racjonalna. Alfred Wielki jest obecnie powszechnie kojarzony z twardą polityką oporu wobec agresji wikingów. To słuszne, ale trzeba też pamiętać, że przez większą część swojego panowania uznawał, że płacenie daniny jest rozsądniejszym rozwiązaniem. Od końca IX wieku do połowy XI wieku angielscy królowie często wypłacali najeźdźcom niemałe sumy. Nie byli zresztą jedyni. Po drugiej stronie kanału La Manche frankońscy królowie regularnie ignorowali późniejsze rady Kiplinga, podobnie jak władcy z tak odległych regionów, jak tereny współczesnych krajów bałtyckich, Niderlandów, Półwyspu Iberyjskiego, a nawet obecnej Rosji i Ukrainy.
Ktoś może uznać, że oddawanie wielkich sum pod groźbą przemocy jest dla gospodarki czystą stratą. Jednak takie rozumowanie niekoniecznie ma rację bytu. Dane, do których zdołali dotrzeć badacze epoki, dowodzą, że epoka wikingów nie wiązała się z jakimkolwiek spadkiem aktywności gospodarczej w Europie, a nawet w regionie Morza Północnego, który był najbardziej narażony na działania wikingów. W rzeczywistości było wręcz przeciwnie: w okresie od IX do XI wieku nastąpił silny wzrost produkcji, handlu i liczby ludności, prawdopodobnie szybszy niż w poprzednich stuleciach. Być może więc pojawienie się armii wikingów i płacenie im daniny nie spowodowało spowolnienia gospodarczego, a wręcz przeciwnie – ożywienie działalności gospodarczej.
Aby zrozumieć, dlaczego tak mogło się stać, należy cofnąć się o kilka kroków i zapoznać się z dwiema podstawowymi zasadami ekonomii wczesnego średniowiecza oraz z ogólnymi zasadami płacenia daniny. Weźmy na przykład rok 991. W tym roku Duńczycy odnieśli wielkie zwycięstwo nad Anglosasami w bitwie pod Maldon, która została później uwieczniona w jednym z kolejnych epickich poematów tamtej epoki. Gdy Duńczycy zażądali zwyczajowej już daniny, wódz Anglosasów Byrhtnoth odmówił, co bez wątpienia po wielu latach przypadło do gustu Rudyardowi Kiplingowi. Niestety, anglosaskiemu przywódcy nie wyszło to na dobre. Skandynawowie wygrali kolejną bitwę, Byrhtnoth zginął w walce, a Anglia zgodziła się zapłacić 3300 kilogramów srebra.
Co stało się z tym srebrem? Wikingowie nie zakopali go tak po prostu, jak piraci z dziecięcych kreskówek. Postąpili tak jak Beowulf, który rozdawał złoto swoim podwładnym. Także najeźdźcy z północy podzielili znaczną część zdobytego bogactwa między wojowników. A ci za srebro kupili towary i usługi. Co najważniejsze, wiele z tych towarów i usług nabyli od tych, którzy zapłacili tę daninę.
Jak zauważyli ekonomiści w XX wieku, mechanizmy ekonomiczne dotyczące płatności danin są znacznie bardziej złożone, niż się powszechnie uważa. Po zakończeniu I wojny światowej, kiedy Niemcy musiały płacić wysokie reparacje Wielkiej Brytanii, Francji i innym zwycięskim mocarstwom, John Maynard Keynes i szwedzki teoretyk Bertil Ohlin debatowali nad skutkami tak zwanego „problemu transferu”. I choć polityczna sytuacja Niemiec w czasach Republiki Weimarskiej oraz okoliczności, w jakich znajdował się wczesnośredniowieczny król płacący danegeld, mogą wydawać się zupełnie inne, ekonomiczna istota tego rodzaju fiskalnego transferu z jednego kraju do drugiego aż tak bardzo się nie różni.
Obecnie w międzynarodowej makroekonomii powszechnie uznaje się, że transferowi środków finansowych towarzyszy zazwyczaj – w mniejszym lub większym stopniu – transfer zasobów rzeczywistych. Oznacza to, że po transferze ponad 3000 kilogramów srebra z anglosaskiej Anglii do skandynawskiej armii nastąpił z kolei transfer dużych ilości towarów z Anglii do Skandynawów, ponieważ srebro to zostało wykorzystane do zakupu produktów i usług.
W średniowiecznej rzeczywistości transfery te stają się szczególnie interesujące. W przeciwieństwie do współczesnej gospodarki ówczesny świat funkcjonował – biorąc pod uwagę kategorie techniczno-ekonomiczne – znacznie poniżej swoich możliwości. Typowy mieszkaniec średniowiecznej Europy, tak jak zdecydowana większość ludności, mieszkał na wsi i zajmował się rolnictwem. Nie uczestniczył w gospodarce pieniężnej, takiej jaką znamy dziś. A więc nie pracował za wynagrodzenie, by następnie kupować rzeczy dla siebie i swojej rodziny. Raczej konsumował większość tego, co sam wytworzył, i wytwarzał większość tego, co sam konsumował. Pewna nadwyżka ponad własne potrzeby była konieczna – aby opłacić zobowiązania na rzecz właścicieli ziemskich w naturze lub w postaci przymusowej pracy. Niewielkie tylko ilości pozostawały na sprzedaż. Nowoczesne zasady biznesowe i ekonomiczne, takie jak maksymalizacja zysków, były ówczesnym ludziom nie tylko obce, lecz wręcz całkowicie dla nich niezrozumiałe. Jeśli gospodarka funkcjonuje znacznie poniżej swojego potencjału, jak miało to miejsce w społeczeństwach wczesnego średniowiecza, wówczas podwyższenie podatków może w praktyce stymulować wzrost produkcji gospodarczej. Cofając się więc o krok: jeśli król Anglii zdecydował się opłacić Duńczyków, musiał zebrać pieniądze poprzez podniesienie podatków swoim poddanym. Ci, obciążeni wyższym podatkiem niż w roku poprzednim, mogli trochę ponarzekać, ale musieli przepracować więcej dni, by sprostać zwiększonym wymaganiom. Nadwyżka pochodząca z obszarów wiejskich rosła.
Innymi słowy, płacenie daniny w średniowieczu nie było czystą stratą ekonomiczną. Przeciwnie – poprzez zwiększenie obciążeń podatkowych chłopów mogło pobudzać produkcję i prowadzić do wzrostu gospodarczego. Oczywiście ani król zmuszony do upokarzających wypłat pod groźbą przemocy, ani chłop przymuszony do pracy przez więcej dni w roku nie postrzegaliby tego wzrostu jako powodu do świętowania. Jednak w surowych kategoriach ekonomicznych pojawienie się licznych grup zagranicznych specjalistów od przemocy domagających się danegeldu nie było zjawiskiem całkowicie negatywnym.
Nie jest to jednak ani jedyny, ani najciekawszy aspekt ekonomii wikingów. Płacenie danegeldu lub próby odparcia najeźdźców nie były jedynymi strategiami dostępnymi dla wczesnośredniowiecznych władców. Trzecim podejściem, które stało się powszechne w północnej Europie, była dobrze znana władcom starożytnych Chin technika „wykorzystaj barbarzyńców do walki z barbarzyńcami”. Mówiąc konkretnie – osiedl grupę zagranicznych specjalistów od przemocy na wybrzeżu i miej nadzieję, że powstrzymają oni innych zagranicznych specjalistów od przemocy przed szukaniem szczęścia na twoim terytorium. Właśnie taka strategia doprowadziła do powstania Księstwa Normandii w północnej Francji, a podobny model zastosowali władcy Anglii na początku XI wieku, zatrudniając armie najemnych wikingów.
Wszystko to prowadzi do teorii kojarzonej z amerykańskim ekonomistą Mancurem Olsonem. Jako jeden z ojców założycieli ekonomii instytucjonalnej miał on wiele do powiedzenia na temat natury bandytyzmu, a wikingowie byli pod wieloma względami jednymi z najbardziej skutecznych bandytów w historii. Olson dokonał zasadniczego rozróżnienia między bandytą wędrownym a bandytą stacjonarnym. Obaj są bandytami, jak sama nazwa wskazuje, ale ich motywacje znacznie się różnią. Bandyci wędrowni – na przykład grupa wikingów na statku – po prostu zabierają wszystko, co mogą unieść, i wracają do domu, nie przejmując się szkodami wyrządzonymi okradzionym. Napad bandytów wędrownych, co bez wątpienia mogliby potwierdzić mnisi z wysp Lindisfarne lub Iony, nie był szczególnie przyjemnym doświadczeniem. Jednak gdy bandyta osiada i zaczyna zapuszczać korzenie, sytuacja zaczyna się zmieniać. Zabieranie skarbów z klasztorów i wywożenie ich do Skandynawii było lukratywnym zajęciem, ale w dłuższej perspektywie znacznie bardziej opłacalne było pobieranie podatków na przykład od chłopów z Normandii i przejmowanie części ich nadwyżek produkcyjnych. Stacjonarni bandyci, którzy zamierzają pozostać w danym miejscu przez dłuższy czas, nie mają powodu, aby zabić kurę znoszącą złote jaja. Jeśli już, to woleliby, aby ta kura stała się tłuściejsza i zdrowsza oraz znosiła jeszcze więcej złotych jaj.
Chociaż większość ludzi wolałaby nie być okradana przez jakiegokolwiek bandytę, to jednak mając wybór, zdecydowanie wolałaby bandytę stacjonarnego od wędrownego. Z biegiem czasu bandyci stacjonarni zaczynają coraz bardziej przypominać państwa. Chcąc, aby rozwijały się ich nowe dominia, zaczynają zapewniać ludności to, co ekonomiści nazywają „dobrami publicznymi” – takimi jak prawo i porządek. W końcu kłusownicy zwykle sprawdzają się jako świetni leśniczy. W dłuższej perspektywie wikingowie okazali się doskonałymi budowniczymi państw. Być może najlepszym tego przykładem jest słynny rok 1066. O tron angielski rywalizowało wtedy trzech pretendentów – Harold Godwinson, przywódca wielkiego rodu anglo-duńskiego; Harald Hardrada, król Norwegii, oraz Wilhelm, książę Normandii władający krainą położoną na wybrzeżu Francji – wszyscy oni byli w większym lub mniejszym stopniu tego typu przywódcami, jakich wcześni Anglosasi postrzegali jako wikingów.
Niewielu historyków zaprzeczyłoby twierdzeniu, że Czyngis-chan może być uważany za jedną z najważniejszych postaci w historii świata. Stworzył największe imperium, jakie do jego czasów widział świat, które – w zależności od przyjętych kryteriów – pozostaje drugim lub trzecim co do rozmiarów w historii. Jednak dziedzictwo Wielkiego Chana wykracza daleko poza historię wojskowości czy nawet polityki. Gdyby poproszono nas o sporządzenie listy naprawdę wpływowych postaci w dziejach światowej gospodarki, wielu wskazałoby na wybitnych teoretyków, takich jak Adam Smith, pionier współczesnej myśli ekonomicznej, lub wielkich innowatorów, takich jak Robert Stephenson, wynalazca silnika parowego. Można jednak przekonująco dowieść, że gospodarcze dziedzictwo Czyngis-chana przyćmiewa dorobek większości innych postaci historycznych. Dokonane przez niego polityczne i gospodarcze zjednoczenie Eurazji czyni go ojcem globalizacji, a pośrednio i nieświadomie także dziadkiem rewolucji przemysłowej.
Tak samo jak wcześniej wikingowie, Mongołowie stali się najbardziej skutecznymi i budzącymi strach specjalistami od przemocy swoich czasów. Podobnie jak ich poprzednicy zmienili się z bandytów wędrownych w stacjonarnych i wywarli trwały wpływ na społeczeństwa, z którymi mieli kontakt. Jednak zrobili to na znacznie większą skalę od wikingów i w sposób bardziej jednolity. Zrozumienie Imperium Mongolskiego wymaga uchwycenia jego natury, organizacji społecznej, systemu politycznego oraz wynikającej z nich ekonomii stepów euroazjatyckich, które rozciągają się na przestrzeni około 8000 kilometrów – od ujścia Dunaju do Oceanu Spokojnego, od współczesnych Węgier aż po Chiny. To największy na świecie nieprzerwany obszar traw, w znacznej mierze półpustynny, z długimi, suchymi latami i burzami podczas stosunkowo łagodnych zim. W przeciwieństwie do większości terenów, z którymi graniczy ów obszar, tu gleba i klimat nie nadają się do prowadzenia gospodarki uprawnej na dużą skalę. Główne skupiska ludności Eurazji od dawna pozostają rozmieszczone podobnie jak dziś, koncentrując się na jej zachodnim i wschodnim krańcu – w dzisiejszej Europie i Chinach – oraz na południu, na Bliskim Wschodzie, a więc na wszystkich obszarach, które lepiej nadają się do prowadzenia bardziej wydajnego rolnictwa, a tym samym do utrzymania większej liczby ludności. Osadnicze społeczeństwa graniczące ze stepem postrzegały go w różny sposób. Czasami wydawał się on niemal nieprzekraczalną pustynią traw, prawdziwym końcem świata. Innym razem step był postrzegany bardziej jak ocean – niebezpieczny dla nieprzygotowanych, ale mogący stanowić połączenie z odległymi krainami.
Klimat i geografia stepów nie sprzyjają osiadłym społecznościom rolniczym, które można spotkać w innych częściach Eurazji. Rewolucja rolnicza, oparta na masowej uprawie zbóż w zachodniej Eurazji i ryżu we wschodniej, nigdy tak naprawdę nie nastąpiła na stepach. Zamiast osiadłych społeczności opartych początkowo na wioskach i osadach – z których nieliczne rozrosły się później do miast, a ostatecznie do metropolii – organizacja społeczna w czasach narodzin Wielkiego Chana wyglądała podobnie jak dwa, a nawet 3 tysiące lat wcześniej. Społeczności żyły w koczowniczych grupach, które w ciągu roku przemieszczały się i utrzymywały z łowiectwa oraz pasterstwa.
Nie jest chyba zaskoczeniem, że tak odmienne warunki produkcji w zachodniej i wschodniej Eurazji doprowadziły do powstania bardzo różnych modeli organizacji społecznej. Łowiectwo i pasterstwo nie zapewniały tak wysokich nadwyżek jak osiadłe rolnictwo. Niższe nadwyżki nie były w stanie utrzymać tak licznych elit, z jakimi mieliśmy do czynienia w Europie i Chinach. Z kolei społeczeństwo stepowe było mniej zróżnicowane, a elity były stosunkowo niewielkie. W XII-wiecznej Mongolii nie istniała wielka arystokracja podobna do tej w Europie Zachodniej ani klasa mandarynów znana z ówczesnych Chin. Plemiona miały oczywiście swoich wodzów, którzy bez wątpienia żyli lepiej niż typowi pasterze lub myśliwi, ale różnice w poziomie życia były znacznie mniejsze. W społeczeństwach osiadłych ośrodki ludności mogą stać się zalążkiem większych jednostek politycznych. Na najbardziej podstawowym poziomie elita jednej wsi może podporządkować sobie elitę sąsiedniej. Jeśli proces ten trwa przez kilka pokoleń, powstaje coś, co zaczyna przypominać małe królestwo. Znacznie trudniej przebiega on w środowisku, w którym ludność nie prowadzi osiadłego trybu życia, lecz stale się przemieszcza. W takich społecznościach powstają związki plemienne, które rzadko długo się utrzymują.
Najważniejszą rzeczą, którą należy zrozumieć na temat natury społeczeństwa stepowego, jest fakt, że nie istnieje ono w próżni. Ludy wielkiej równiny euroazjatyckiej od dawna kontaktowały się z otaczającymi je społecznościami. Czasami interakcje te przybierały formę handlu, w ramach którego ludy stepowe dostarczały mięso, skóry lub futra zwierzęce w zamian za produkty rolne lub towary przemysłowe. Innym razem miały one wyraźniej brutalny charakter, a ludy stepowe zabierały to, czego potrzebowały, zamiast wymieniać się dobrami. Jednak niezależnie od tego, czy chodziło o najazdy, czy o handel, mieszkańcy stepów zawsze dążyli do uzyskania dostępu do dóbr wytwarzanych przez osiadłe społeczności w swoim sąsiedztwie.
Właśnie w takim świecie urodził się pod koniec lat 50. lub na początku lat 60. XII wieku Temudżyn, który przeszedł do historii jako Czyngis-chan. Okoliczności jego narodzin i dorastania były naznaczone dwoistością losu. Z jednej strony był synem wodza i potomkiem szczególnie szanowanego przywódcy wojskowego, z drugiej jednak jego ojciec zmarł, gdy Temudżyn był jeszcze dzieckiem, a chłopiec wraz z rodziną został wygnany przez swoje plemię i pozostawiony na stepie. Trudno jest odtworzyć pierwsze dziesięciolecia życia Temudżyna, ale prawdopodobnie część tego czasu spędził on na służbie dynastii Jin w Chinach. Zapiski historyczne z połowy lat 90. XII wieku są liczniejsze i lepiej udokumentowane – wtedy Temudżyn powrócił na stepy i stanął na czele grupy wojowników. Na początku XIII wieku stał się jedynym władcą wschodnich stepów, a około 1206 roku przyjął tytuł Czyngis-chana. Ponad 800 lat później dokładne znaczenie tego tytułu jest nadal przedmiotem sporów. Niektórzy twierdzą, że nie ma on żadnego rzeczywistego znaczenia i jest po prostu imieniem, inni są zdania, że słowo „Czyngis” ma konotacje związane z siłą lub sprawiedliwością; część lingwistów dostrzega w nim tureckie korzenie i uważa, że można je przetłumaczyć jako „władca oceanu”. Biorąc pod uwagę, że mieszkańcy Eurazji wierzyli, iż ocean otacza jedyny znany im ląd na świecie, można to rozumieć jako „władca absolutny”. Jeśli rzeczywiście takie jest znaczenie tego tytułu, to w 1206 roku wydawałby się on skandaliczną przechwałką, ale w momencie jego śmierci w 1227 roku brzmiał już znacznie mniej absurdalnie. W ciągu dwóch dekad od zjednoczenia ludów Mongolii Czyngis-chan podbił północne Chiny i rozszerzył swoje panowanie na zachód, aż po obszary obejmujące dzisiejsze państwa: Gruzję, Ukrainę, Węgry, Iran, Irak, Turcję i północne wybrzeża Bałtyku w Rosji.
Wszystko to rodzi dwa pytania. Co sprawiło, że armie mongolskie odniosły tak oszałamiający sukces? W jaki sposób Czyngis-chan i jego następcy zdołali zorganizować rozproszoną dotychczas grupę plemion koczowniczych w imperium podbijające świat? Odpowiedzi na oba pytania są ze sobą ściśle powiązane: Wielki Chan i jego następcy wykazali się głębokim zrozumieniem tego, co motywuje ludzi do działania, i przekuli tę wiedzę w fundament imperium, gdy stworzyli instytucje, które przetrwały pokolenia.
Kluczowym elementem mongolskiej sztuki wojennej – i ogólnie życia na stepie – był koń. Był on głównym czynnikiem umożliwiającym koczowniczy tryb życia, a także kluczowym narzędziem pozwalającym na hodowlę zwierząt i polowania. Mieszkańcy stepów od najmłodszych lat uczyli się jeździć konno i każdego dnia spędzali wiele godzin w siodle, a ich umiejętności jeździeckie nie miały sobie równych. Podobnie jak liczba koni, którymi dysponowali. W 1206 roku, kiedy Temudżyn został ogłoszony Czyngis-chanem, rządził około milionem ludzi, ale też prawdopodobnie pięcioma milionami koni. Do 1300 roku Imperium Mongolskie posiadało około 10 milionów koni, czyli mniej więcej połowę wszystkich koni na ziemi.
Umiejętność jazdy konnej wyjaśnia w pewnym stopniu zarówno sukcesy taktyczne, jakie armie mongolskie regularnie odnosiły na polu bitwy, jak i strategiczną mobilność, która nieustannie dezorientowała ich przeciwników. Jednak ważniejszym czynnikiem była prawdopodobnie łatwa dostępność wypoczętych koni. Na każdego żołnierza w armii chana przypadało zapewne nawet dwadzieścia zwierząt. Dzięki temu ich wojska mogły posuwać się naprzód z prędkością wręcz 80 lub 100 kilometrów dziennie, podczas gdy ich wrogowie z trudem pokonywali około 15 kilometrów.
Większość armii mongolskich składała się z konnych łuczników, którzy potrafili strzelać szybko i celnie, nie zsiadając z koni. Wykorzystywali swoją przewagę szybkości i mobilności, by kontrolować tempo walki, oddawali kolejne salwy strzał, aż wróg popadał w popłoch, a dopiero potem przystępowali do ostatecznego ataku.
Chociaż Mongołowie byli mistrzami tej formy walki w XIII i XIV wieku, historycznie nie była ona niczym nowym. Zarówno Imperium Rzymskie, jak i chińska dynastia Qin miały już okazję poznać siłę dobrze uzbrojonych łuczników konnych ze stepów. Armia Mongołów Czyngis-chana nie różniła się zbytnio na polu bitwy od Hunów Attyli sprzed około 750 lat.
Wyjaśnienie sukcesu imperium w świecie przedindustrialnym wyłącznie innowacjami taktycznymi, technologią wojskową, a nawet pewnego rodzaju talentem do prowadzenia wojny nigdy nie da pełnego obrazu sytuacji. Sam fakt posiadania przez Mongołów połowy światowej populacji koni jest niezbędnym, ale niewystarczającym warunkiem, by zrozumieć, co osiągnęli. Zrozumienie imperium zbudowanego przez Czyngis-chana wymaga spojrzenia poza pole bitwy.
Czyngis-chan z pewnością miał talent do prowadzenia wojen. Jednak jeszcze większym darem były jego umiejętności organizacyjne. Jego prawdziwym talentem było tworzenie sojuszy politycznych w najtrudniejszych okolicznościach. Metody, dzięki którym to osiągnął, były czasami postrzegane jako forma rewolucji społecznej na stepie. Zasadniczy i niezwykły jak na tamte czasy był fakt, że Wielki Chan był prawdziwym merytokratą. Społeczny awans w imperium, które zbudował, był dostępny dla wszystkich utalentowanych osób, o ile pozostawały lojalne.
Specjalizacja w przemocy była naturalna na stepie. Z jednej strony życie na tych terenach kształtowało ludzi biegłych w jeździe konnej i posługiwaniu się łukiem, z drugiej zaś słabi mieli tu mniejsze szanse na przetrwanie niż w bardziej osiadłych społeczeństwach. Jednak potencjalne korzyści dostępne dla specjalistów od przemocy były stosunkowo niewielkie. Jak już wspomnieliśmy, pasterstwo i łowiectwo po prostu nie generują zbyt dużej nadwyżki ekonomicznej. Napady na bardziej osiadłych sąsiadów mogły okazać się bardziej lukratywne, ale wiązały się też z większym niebezpieczeństwem. Czyngis-chan pokazał, że zjednoczenie plemion koczowniczych i połączenie ich sił może znacznie zwiększyć potencjalny zasób korzyści dostępnych dla stepowych specjalistów od przemocy.
Pierwszym krokiem było zburzenie tradycyjnych struktur opartych na więzach rodzinnych i pokrewieństwie. W zamian za zaakceptowanie miejsca w nowo ustalonej hierarchii sojusznicy uzyskiwali dostęp do nowych źródeł przywilejów i nagród. Z czasem system ten przybrał charakter formalny. Władcy odległych części imperium – a więc ci, którzy stali na samym szczycie hierarchii społecznej – zgodnie z zasadą nazywaną khubi mieli prawo do udziałów w łupach zdobywanych przez innych lokalnych władców. W ten sposób władca mongolskich Chin wysyłał porcelanę i lekarstwa na zachód, do Persji, a ten, kto akurat rządził Persją, wysyłał w zamian przyprawy, klejnoty i perły. Łupy były rozdzielane nie tylko pomiędzy przywódców na szczycie hierarchii, lecz także przekazywane w dół – każdy wojownik otrzymywał swoją część, zależnie od rangi i zasług.
Pod względem ekonomicznym plemiona mongolskie czerpały korzyści z ekonomii skali. Choć każde plemię z osobna było w stanie napadać na swoich sąsiadów i zabierać im łupy, siła wszystkich zjednoczonych plemion była znacznie większa niż suma ich części. Społeczeństwo mongolskie zostało zorganizowane w grupy liczące około tysiąca osób pochodzących z różnych plemion, co oznaczało zerwanie dawnych więzi rodowych i zmianę tradycyjnego porządku opartego dotąd na pokrewieństwie.
Wszyscy Mongołowie w wieku od szesnastu do sześćdziesięciu lat mogli być w każdej chwili wcieleni do wojska. Wielki Chan mógł wystawić armię liczącą około 100 tysięcy żołnierzy – ogromną jak na owe czasy, lecz wciąż niewielką w porównaniu z populacją ludów, które mu podlegały. W efekcie społeczeństwo przeszło przemianę: z niewielkich plemion myśliwych i pasterzy, którzy od czasu do czasu napadali na swoich sąsiadów, przekształciło się w spójną konfederację wyspecjalizowaną już nie w łowiectwie czy hodowli, lecz w ściąganiu danin od sąsiadów i ludów poddanych. Dzięki dysponowaniu 100 tysiącami skutecznych konnych specjalistów od przemocy oraz połową światowej populacji koni Mongołowie przystąpili do budowania swojego imperium.
Charakter imperialnych rządów mongolskich różnił się w zależności od miejsca i uwarunkowań geograficznych, ale najbardziej trafnie byłoby postrzegać je jako państwo oparte na systemie danin. W przeciwieństwie do, powiedzmy, wcześniejszego Imperium Rzymskiego lub późniejszego Imperium Brytyjskiego Czyngis-chan i jego następcy nie byli zainteresowani przede wszystkim kontrolą terytorium ani nie przemieszczali się po Eurazji, mianując własnych administratorów do rządzenia poddanymi ludami. W istocie imperium to najlepiej postrzegać jako system oparty na zasadach przypominających mafijną ochronę. Ludy, które zostały „podbite” – to znaczy pokonane militarnie, ale niekoniecznie okupowane – miały regularnie płacić daninę i dopóki tych płatności dokonywały, mogły robić, co chciały. Na przykład na terenach dzisiejszej Rosji i Ukrainy miejscowi książęta i biskupi nadal sprawowali władzę, a religia pozostawała zasadniczo niezmieniona, o ile władcy regularnie płacili haracz mongolskim panom. Był to czas, o którym w Rosji do dziś mówi się jako o „jarzmie tatarskim”. Natomiast duże obszary Chin i Iranu podlegały bardziej tradycyjnym, bezpośrednim rządom imperialnym, choć w obu przypadkach przy dużym udziale byłych członków lokalnej elity.
Nowi imperialni władcy wykazywali również niezwykłą otwartość na pomysły swoich poddanych oraz umiejętność łączenia ich sił w sposób pragmatyczny. Weźmy na przykład coś tak prostego jak ustalenie daty. Zarządzanie imperium rozciągającym się na obszarze prawie 8000 kilometrów i obejmującym dziesiątki różnych narodów oraz systemów kalendarzowych poważnie utrudniało administrację. Kubilaj-chan założył więc Akademię Badań nad Kalendarzem, do której sprowadził uczonych z całego imperium, by opracowali tabele równoważności dat. Następnie – dzięki wykorzystaniu chińskiej technologii druku – zlecił masowe wydrukowanie i rozesłanie rezultatów badań.
Również w dziedzinie wojskowości Mongołowie byli otwarci na nowe pomysły. Ich model masowej armii konnej był idealny do walk toczonych na stepach i okazał się skuteczny w pokonywaniu ówczesnych konwencjonalnych armii wrogów z Bliskiego Wschodu, Chin i Europy. Jednak Mongołowie generalnie nie byli w stanie zdobywać fortyfikacji ani zamków. Nawet żołnierz wychowany w siodle, mający dostęp do dwudziestu zapasowych koni, nie jest w stanie przeskoczyć muru zamkowego. Dlatego armie mongolskie regularnie zabierały ze sobą chińskich inżynierów i specjalistów od sztuki oblężniczej. Inżynierowie ci zatrudniali lokalną ludność do produkcji katapult i trebuszy potrzebnych do pokonania europejskich lub perskich umocnień obronnych.
Zarówno proces podboju, jak i późniejsze rządy mongolskie bywały brutalne. Ich najazdy na Chiny na początku XIII wieku mogły spowodować śmierć od 20 do 40 milionów ludzi, czyli prawdopodobnie jednej czwartej ówczesnej populacji. Przegląd mongolskich kodeksów prawnych pokazuje, że kara śmierci była zaskakująco powszechna – nawet zwykła kradzież stanowiła przestępstwo karane śmiercią. Pojęcie łupu wojennego nie ograniczało się do towarów takich jak przyprawy, produkty rolne czy metale szlachetne. Niewolnikami mogli zostać zwykli mieszkańcy podbitych ziem. Czasami armie mongolskie wyłapywały rzemieślników, lekarzy, astronomów, matematyków, tłumaczy i wszystkich innych, którzy mogli się przydać, po czym przenosiły ich w inne miejsca imperium. Ta otwartość na nową wiedzę i pomysły nie zawsze była korzystna dla ludzi, którzy mieli przydatne umiejętności.
Nie powinno to nikogo dziwić – w końcu największe korzyści z ochrony zapewnianej przez mafię czerpią sami członkowie mafii. Jednak każdy, kto obejrzał więcej niż kilka odcinków serialu Rodzina Soprano, wie, że istnieją także pewne korzyści płynące z „ochrony” zapewnianej przez gangsterów. Marco Polo, który odwiedził imperium za panowania Kubilaj-chana, był pod wrażeniem istnienia pewnej formy systemu ubezpieczenia społecznego od nieurodzaju i klęsk żywiołowych – czego niemal całkowicie brakowało w ówczesnej Europie. Napisał: „jeśli lud zostanie dotknięty niedostatkiem z powodu niekorzystnych pór roku, burz, szarańczy lub podobnych klęsk, wówczas [właściciel dóbr] nie pobiera podatków w tym roku albo sam zapewnia zboże z własnych zapasów – na żywność i na zasiew”. Podobnie jak każda odnosząca sukcesy grupa osiadłych bandytów Mongołowie zdawali sobie sprawę, że w ich długoterminowym interesie leży dobrobyt ludzi, których okradają.
Jednak ubezpieczenie społeczne nie było jedyną – choć dość znaczącą – zaletą mongolskich rządów. Czyngis-chan i jego następcy poważnie traktowali porządek publiczny i bezpieczeństwo. Szlaki handlowe były patrolowane przez odpowiednik późniejszej policji konnej, a kodeksy prawne zawierały przepisy dotyczące zwrotu skradzionych towarów. Zorganizowano nawet rodzaj biura rzeczy znalezionych dla dóbr przewożonych dawnym Jedwabnym Szlakiem.
Polityczne zjednoczenie Eurazji pod rządami Czyngis-chana i jego następców doprowadziło do głębokich zmian gospodarczych. Współcześni historycy gospodarki czasem nazywają tę epokę Pax Mongolia – okresem względnego pokoju trwającym około stu lat, między rokiem 1250 a 1350, kiedy podróże między Chinami a Europą były stosunkowo bezpieczne.
Koczowniczy stepowy lud od zawsze zajmował się handlem; wymiana zwierząt i produktów pochodzenia zwierzęcego na wyroby rzemieślnicze lub zboże stanowiła podstawę jego egzystencji przez tysiące lat przed powstaniem imperium Czyngis-chana. Jako władcy Eurazji Mongołowie poważnie traktowali również promocję handlu – nie tylko zapewniając bezpieczeństwo na szlakach handlowych, ale także aktywnie dążąc do podniesienia statusu społecznego kupców i przyciągnięcia nowych. W mongolskich Chinach oficjalna pozycja kupców została podniesiona do rangi jednego z najważniejszych zawodów, tuż poniżej urzędników państwowych. Kupcy pełnili funkcję urzędników odpowiedzialnych za import w imperium, często występując jako główni doradcy wodzów wojennych w kontaktach z obcymi potęgami lub miejscową ludnością. Przy pierwszym kontakcie z nowymi kupcami z kraju mogącego stać się partnerem handlowym zwyczajowo płacono im dwukrotnie, a nawet trzykrotnie więcej, niż warte były towary, licząc na to, iż będzie to zachęta do dalszej współpracy.
Nie były to jedyne działania mające na celu promocję handlu. Aby przyspieszyć komunikację w obrębie imperium oraz usprawnić rządy i współdziałanie, wprowadzono system pocztowy jam. Co 30–50 kilometrów budowano stację z zapasowymi końmi, więc posłańcy mogli między nimi galopować, wiedząc, że zawsze będą mieli do dyspozycji wypoczęte wierzchowce. W XIV wieku system ten został udostępniony również kupcom. Marco Polo ponownie był pod wrażeniem: „w każdej ze stacji używanych przez posłańców znajduje się duży i ładny budynek z wygodnymi łóżkami i wszystkimi innymi niezbędnymi artykułami”.
Wprowadzono również coś w rodzaju wspólnej waluty obowiązującej w całym imperium dzięki rozszerzeniu użycia chińskiego pieniądza papierowego, a prawo stanowiło – co nie powinno dziwić nikogo zaznajomionego z mongolskimi kodeksami – że karą za odmowę jego przyjęcia była śmierć. W całym imperium ujednolicono także miary i wagi, co dodatkowo ułatwiło handel.
Marco Polo był może najsłynniejszym europejskim podróżnikiem, który odwiedził Chiny w tamtej epoce, ale nie był jedynym. Połączenie bezpieczeństwa, infrastruktury i otwartości na handel stworzyło pierwszą wielką erę globalizacji. We florenckim podręczniku handlowym napisanym na początku lat 40. XIV wieku odnotowano, że droga lądowa z Krymu do Pekinu była „całkowicie bezpieczna, zarówno w dzień, jak i w nocy”. Chociaż podróż była bezpieczna, to nie była krótka: trwała od ośmiu do jedenastu miesięcy. Biorąc pod uwagę odległości, tylko towary o bardzo wysokim stosunku wartości do wagi pokonywały trasę z jednego końca Imperium Mongolskiego na drugi. Przyprawy, jedwab, futra i niewolnicy przemierzali długie trasy, jednak wszystko wskazuje na to, że istniały też dość rozległe rynki regionalne dla towarów masowych i mniej wartościowych, takich jak zboże, oliwa czy drewno. Choć, rzecz jasna, brakuje szczegółowych statystyk ekonomicznych dotyczących XIII i XIV wieku, warto zauważyć, że pod koniec panowania Mongołów nawet małe miasteczka i wsie płaciły już trybut w srebrze, a nie w towarach. Może to oznaczać, że były one mocno związane imperialnym systemem handlowym, skoro miały możliwości, by zdobyć srebro, a zarazem wskazuje na to, że korzyści z Pax Mongolia odczuwano nawet na poziomie lokalnym.
Ten, kto miał czas, by spędzić prawie dwa lata na podróży z Europy do Chin i z powrotem, mógł osiągnąć ogromne zyski. Florencki podręcznik szacował, że koszty podróży, cła i wydatki związane z zakupami dla typowej karawany handlowej przemierzającej Eurazję z jednego końca na drugi mogły wynieść 3500 florenów, natomiast uzyskane w ten sposób towary można było sprzedać w Europie za około 25 000 florenów. Biorąc pod uwagę potencjalne zyski, nie dziwi, że wielu decydowało się na tę podróż. Doświadczenie zdobyte podczas gromadzenia ogromnych bogactw dzięki handlowi na dalekie odległości w XIII i XIV wieku okazało się bardzo ważne dla rozwoju Europy w późniejszych latach. Podniosło status kupców i zwiększyło ilość kapitału, jakim dysponowali. Być może bez spowodowanego w tym okresie przez Mongołów boomu handlowego nie doszłoby do późniejszych podróży Vasco da Gamy i Krzysztofa Kolumba.
Nie chodziło tylko o przepływ towarów – idee również płynęły w obie strony. Na przykład chińscy lekarze nauczyli się technik chirurgicznych stosowanych po raz pierwszy na Bliskim Wschodzie, podczas gdy ich bliskowschodni odpowiednicy zaczerpnęli od Chińczyków wiedzę z zakresu farmakologii. Mniej korzystne dla przyszłego szczęścia ludzkości było to, że właśnie w tym czasie proch strzelniczy – chiński wynalazek – po raz pierwszy trafił do Europy.
W pierwszym okresie globalizacji rzeczywista liczba podróżujących osób i przewożonych towarów była znacznie mniejsza niż w kolejnych etapach. Unifikacja polityczna i bezpieczeństwo, jakie zapewniała globalizacja, były ważne, ale koszty transportu pozostawały zbyt wysokie w porównaniu z późniejszymi stuleciami. Wpływ globalizacji był jednak głęboki – zwłaszcza jeśli spojrzeć na różnice między dwoma skrajnymi krańcami Eurazji.
Średniowieczna Europa była wystarczająco blisko, aby czerpać korzyści z intensyfikacji handlu, ale wystarczająco daleko, by uniknąć podboju i włączenia do mongolskiego systemu „mafijnej ochrony”. Siły mongolskie wkroczyły do Europy w latach 1220–1240 i choć lekkie jednostki zwiadowcze dotarły prawdopodobnie aż do dzisiejszych Niemiec, to do większości starć doszło na Węgrzech i w Chorwacji. W bitwie na równinie Mohi, stoczonej w 1241 roku w Królestwie Węgier, tradycyjne europejskie siły zbrojne – składające się z opancerzonych rycerzy konnych w towarzystwie piechoty uzbrojonej w kusze i broń białą – poniosły około 10 tysięcy ofiar w walce z mniejszą armią mongolską, co stanowiło prawdopodobnie połowę ich całkowitej liczebności. Europejska taktyka wojskowa po prostu nie była w stanie poradzić sobie z wrogiem tak odmiennym od wszystkich, z którymi walczono przez wieki. Jak zobaczymy w kolejnych rozdziałach, ciężkozbrojny rycerz mógł być przerażającym przeciwnikiem na polu bitwy. Jeśli jednak wróg wykorzystywał przewagę mobilności, utrzymując dystans i nieustannie ostrzeliwując przeciwnika strzałami, rycerze tacy byli praktycznie bezużyteczni.
Mongołowie odnieśli wiele takich zwycięstw nad Europejczykami, ale Europa nigdy nie została przez nich podbita. Przyczynę ostatecznego niepowodzenia ich wypraw na Zachód często tłumaczy się śmiercią chana, która zmusiła armie najeźdźcze do odwrotu w głąb imperium, by rozstrzygnąć kwestię sukcesji. Jest to jednak wyjaśnienie głęboko niezadowalające. Nasuwa się dość oczywiste pytanie: dlaczego nie powrócili? Prawdziwy powód, dla którego Europa nigdy nie została podbita ani obciążona wysokimi daninami, był taki, że znajdowała się po prostu zbyt daleko od centrum władzy mongolskiej. Armie działające na Węgrzech znajdowały się na granicy swoich możliwości logistycznych, a im dalej na zachód się kierowały, tym częściej napotykały tereny niesprzyjające ich taktyce wojny konnej.
Chociaż 10 tysięcy zabitych na równinie Mohi bez wątpienia podważa tę ocenę, to w ogólnym bilansie Europa skorzystała na Pax Mongolia i doświadczyła rozkwitu długoterminowego handlu, a jednocześnie uniknęła wad wynikających z bezpośredniego włączenia do systemu.
Na wschodnim krańcu Eurazji sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Z chińskiego punktu widzenia Pax Mongolia był znacznie mniej korzystny. Pierwsze podboje miały katastrofalne skutki – zginęły miliony ludzi. Chińskie rolnictwo potrzebowało kilku pokoleń, by podnieść się po śmierci chłopów i przekształceniu znacznej części terenów uprawnych w pastwiska oraz tereny łowieckie nowych panów. Przez niemal 150 lat Chińczycy byli zobowiązani do płacenia podatków i danin. Co więcej, jako jedno z najbardziej zaawansowanych społeczeństw w ówczesnym świecie, zyskali znacznie mniej na wymianie idei. Tak zwane cztery wielkie wynalazki – proch strzelniczy, kompas, produkcja papieru i druk – rozprzestrzeniły się z Chin na resztę Eurazji. Trudno wyobrazić sobie cokolwiek równie doniosłego, co Chińczycy mogliby uzyskać w zamian.
Ten zróżnicowany wpływ Pax Mongolia sprawił, że zachodnia Eurazja, a w szczególności Europa, stała się silniejsza gospodarczo i – po dostrzeżeniu potencjalnych bogactw, jakie można było znaleźć za granicą – bardziej otwarta na świat. Jednocześnie nowy porządek osłabił Chiny i sprawił, że stały się one bardziej podejrzliwe wobec osób spoza swoich granic – co zrozumiałe.
Czyngis-chan był ojcem pierwszej wielkiej ery globalizacji i pomógł Europie oraz Chinom wejść na ścieżki, które zdefiniowały następne stulecia globalnej historii gospodarczej – co z pewnością wystarcza, by uznać go za jedną z najważniejszych postaci w dziejach światowej gospodarki.
Z dużym prawdopodobieństwem odegrał też niezamierzoną rolę w rewolucji przemysłowej, która była przełomowym momentem w globalnym wzroście gospodarczym. Wzdłuż dawnego Jedwabnego Szlaku przemieszczały się bowiem nie tylko towary, ludzie i idee, lecz także choroby. Pax Mongolia stworzył zjawisko, które autor jednego z listów nazwał „transeurazjatyckim wspólnym rynkiem mikrobów”. Choroba, którą dziś nazywamy czarną śmiercią, przedostała się Jedwabnym Szlakiem z Chin na Krym, skąd prawdopodobnie trafiła na pokład genueńskiego statku i dotarła do Europy. W rezultacie w latach 1348–1351 zmarło około 25 milionów Europejczyków z populacji wynoszącej około 80 milionów. Krótkoterminowe skutki zarazy – zarówno pod względem ludzkim, jak i ekonomicznym – były bez wątpienia katastrofalne, ale to jedna z długotrwałych konsekwencji miała szczególnie znaczenie: śmierć jednej czwartej populacji spowodowała poważny niedobór pracowników w Europie. Zwiększyło to ich siłę przetargową i doprowadziło do wzrostu płac. W obliczu rosnących kosztów pracy Europejczycy coraz częściej poszukiwali sposobów zastąpienia ludzi kapitałem. Efektem końcowym, kilka wieków później, stało się to, co dziś nazywamy rewolucją przemysłową.
