Truciciel - Bruno Siak - ebook

Truciciel ebook

Bruno Siak

5,0

Opis

Tomasz Berg zabija, żeby przeżyć. Nie ma wyboru: on albo jego ofiara. Cierpliwie odznacza nowych zabitych na kartach Dzinnika Gniewu. Wszystko zmienia się pewnego deszczowego, jesiennego dnia kiedy spotyka osobę odmieniającą jego życie na zawsze.

Zaskakujący thriller kryminalny, który trzyma w napięciu od pierwszych do ostatnich minut. 

"Nie zabijałem, bo czułem się wybrańcem Boga. Nie chodziło o misję do wykonania, nie chciałem władzy ani kontroli, nie pragnąłem pieniędzy ofiar ani seksualnej ekstazy.  Zabijanie miało mi zapewnić zwyczajne życie, takie, którym inni pogardzają. Nie mogłem zostać schwytany i musiałem zabić wiele osób. Śmierć spowodowana trucizną może wyglądać na atak serca, wylew, może imitować wiele chorób, a nawet być uznaną za zwykły wypadek. Mogłem robić to długo. Musiałem robić to długo. Dlatego ją wybrałem."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 315

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Tytuł oryginału: TrucicielAutor: Bruno SiakWszelkie prawa zastrzeżone. Żaden z fragmentów książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)Wydanie I, Warszawa

Projekt okładki: Bruno Siak

Redakcja i korekta: Katarzyna Wróbel

Opracowanie ebooka: Bruno Siak

ISBN: 978-83-937786-2-1

www.brunosiak.pl

www.youtube.com/opowieściSiaka

1

Czułem na sobie oceniający wzrok innych bywalców klubu fitness Royalty. Wielu patrzyło z błąkającymi się na wargach uśmieszkami politowania na moje chuderlawe ciało i tani strój do ćwiczeń, złożony ze zwykłej bawełnianej koszulki, spodenek do biegania i butów bez żadnego logo. Byłem blady, chudy i średniego wzrostu. Podnosiłem mało imponujące ciężary, często dostawałem zadyszki i musiałem odpoczywać, przeglądając kolorowe magazyny z atrakcyjnymi mężczyznami i kobietami o pięknych sylwetkach.

Odstawałem wyraźnie – i to było złe, ale nie na tyle, żeby mogło powodować niebezpieczeństwo. Stanowiłem ciekawostkę, którą szybko się zapomina, tym bardziej że nie pojawiłem się w tej drogiej siłowni w centrum Warszawy pierwszy raz. Ludzie, którzy tu przychodzili, byli pewni, że wysokie wpisowe i opłaty zagwarantują członków o zbliżonym statusie materialnym, ale co jakiś czas trafiali się właśnie tacy jak ja, o których nie wiedzieli co myśleć. Z ostrożności udawali, że nie istnieję.

Chodziłem od maszyny do maszyny, ignorując spojrzenia kobiet obciśniętych legginsami do tego stopnia, że mogłem określić rozmiar ich warg sromowych, wymijałem dźwigających ciężary facetów popijających kreatynę i mieszanki białkowe, ustawiałem najmniejsze ciężary i wykonywałem ćwiczenia. Przechodzili obok mnie, ciągnąc za sobą wstęgę drogich perfum, zaglądali do smartfonów i głośno rozmawiali o swoich samochodach, domach i biznesach. Co chwilę zerkałem w stronę korytarza prowadzącego od męskiej szatni, a także na błyskającą u moich stóp tysiącami świateł Warszawę, rozciągającą się za szklaną ścianą.

Michał Kuciński się spóźniał. Zawsze czekałem na niego na sali ćwiczeń, by mnie nie poznał. Ryzyko było niewielkie, bo zmieniłem się przez lata, ale i tak nie chciałem się rzucać w oczy. W końcu wszedł z ręcznikiem na szyi, opalony, wyprostowany i uśmiechnięty. Koszulka opinała jego mięśnie piersiowe i bicepsy. Przyciągnął wzrok kobiet. Znałem jego rozpiskę lepiej niż on sam. Najpierw pięć minut biegu, potem klatka, mięśnie naramienne i przedramiona. Całość zajmowała jedynie czterdzieści pięć minut.

Obserwowałem go, jak przechodził od maszyny do maszyny przez pierwszy kwadrans. Starałem się, by przebywał w polu widzenia peryferyjnego i rzadko zerkałem na niego bezpośrednio, żeby nie wzbudzać zainteresowania. On mnie nie zauważał albo nie chciał zauważać. Nie wiedział, kim jestem, ale ja doskonale pamiętałem Michała Kucińskiego. Zajmował czternastą pozycję w moim Dzienniku gniewu. Nie znaczy to jednak, że był czternasty w kolejności do zabicia, o nie. Kolejność celów wyznaczały powtarzające się koszmary, a nie pozycja w dzienniku. Michał Kuciński śnił mi się codziennie od czterech miesięcy i był celem numer jeden. Każdego poranka to przez niego budziłem się z ciężarem na piersi i smakiem krwi w ustach. Przez niego musiałem codziennie piłować paznokcie, by nie podrapać się nimi do krwi. To przez niego bałem się zasnąć. Nadeszła jego kolej. Miałem nadzieję, że jego śmierć przyniesie mi ukojenie.

Mieliśmy po trzydzieści sześć lat. Ja byłem seryjnym mordercą z wieloma ofiarami na koncie, a on zajmował dyrektorskie stanowisko w firmie ubezpieczeniowej. Szybko zrobił karierę. Miał drogie auto i wspaniały apartament, lgnęły do niego piękne dziewczyny, a inni mężczyźni patrzyli z podziwem i zazdrością. Był przystojny, nosił drogie garnitury i czarował uśmiechem, który pomagał mu w życiu i interesach. Nie zazdrościłem mu jednak ani nawet nie żywiłem do niego żadnych wrogich uczuć. Nie zabijałbym go, gdybym nie musiał. Jednak musiałem.

Z obserwacji jego konta na Facebooku wywnioskowałem też, że planował wejść w związek małżeński. Znalazł odpowiednią kobietę i nawet się oświadczył. Nic nie wskazywało na to, by czynił to dla pieniędzy. Może chciał się ustatkować i mieć dzieci? Zaznał wielu intymnych związków z pięknymi kobietami, więc trudno mi było znaleźć inne wytłumaczenie.

Pozostał mi ostatni moment, by działać. Zawsze trudniej jest zabić żonatego mężczyznę, wiedziałem to z doświadczenia. Istnieje ku temu po prostu mniej okazji, a śmierć żonatego budzi więcej podejrzeń. Żony bywają bardzo wnikliwe, o wiele bardziej niż policja.

Byłem mordercą, ale nie bestią. Nie chciałem spowodować więcej cierpienia niż to konieczne. Nie zabijałem bowiem dla przyjemności, lecz z konieczności. Ja też chciałem w końcu zacząć żyć. Nie usprawiedliwiam się jednak i wiem, że jestem zły. Gdybym znalazł inne wyjście, tobym je wybrał, ale takie nie istniało.

Poszedłem do szatni, rozebrałem się i udałem się pod prysznic. Długo myłem swoje mizerne spocone ciało, korzystając z wysokiej jakości szamponów i żelów. Nie musiałem się spieszyć i porządnie wymasowałem kark silnym strumieniem wody. Przed zabójstwem denerwowałem się tak, że czułem bez przerwy kwaśny smak w ustach i nie mogłem jeść. Cały czas zerkałem jednak na zegarek na lewym nadgarstku. Chciałem być gotowy w odpowiednim momencie.

Wyszedłem spod prysznica, wysuszyłem dokładnie włosy i otworzyłem swoją szafkę. Każdy z członków klubu dysponował imienną szafką, otwieraną odciskiem palca. Wyjąłem torbę, założyłem bieliznę i zacząłem powoli naciągać skarpetki. Drzwi skrzypnęły, usłyszałem pisk sportowych butów na podłogowych płytkach i do szatni wszedł Kuciński. Pogwizdywał pod nosem. Zdjął koszulkę i otwierając szafkę, zerknął w lustro na swoje napompowane krwią mięśnie ramion, poprzecinane nabrzmiałymi żyłami. Jego muskulatura była imponująca, szczególnie tuż po ćwiczeniach. Gdyby przebywał w szatni sam, pewnie pocałowałby biceps – widziałem niejedno takie zdjęcie na Facebooku. Zerknął na mnie, ale nie rozpoznał twarzy, bo od naszego ostatniego spotkania minęło już dwadzieścia lat. Zresztą niczym się nie wyróżniałem wtedy ani niczym nie wyróżniałem się teraz – ot, szczupły, średniego wzrostu facet, niektórzy mówili, że sympatyczny, ale na pewno nie przystojny, poważny, o twarzy, która nie była stworzona do uśmiechu, blondyn o krótko ostrzyżonych, przerzedzonych włosach.

Michał Kuciński wyjął z szafki ręcznik. Ja założyłem spodnie, a potem namacałem w kieszeni plastikową fiolkę z dwudziestoma gramami paracetamolu. Przekraczała wyraźnie dawkę śmiertelną dla mężczyzny o jego masie, ale nie polegałem jedynie na podaniu jej jednorazowo. Mogła się przecież nie wchłonąć w całości, mógł ją zwymiotować, mogło wystąpić wiele niesprzyjających zdarzeń, które uratowałyby mu życie. Zabezpieczyłem się przed tym i od miesięcy podtruwałem Kucińskiego. Musiałem przecież zyskać pewność, że ostra niewydolność wątroby, która nastąpi w nocy, zakończy się zgonem.

Z tego względu wykupiłem karnet do tego drogiego, ekskluzywnego fitness klubu w zagłębiu biurowców na rondzie Daszyńskiego i przychodziłem tutaj trzy razy w tygodniu. Zawsze po to, by wsypać do białkowego szejka Kucińskiego pięć gramów paracetamolu, aby niszczyć wątrobę kawałek po kawałku. Trułem go od czterech miesięcy. Pewnie czuł jakieś skutki uboczne, najpewniej mdłości lub bóle brzucha, bo widziałem, że zaczął brać objawowe leki na te dolegliwości. Moje kilkumiesięczne podtruwanie na pewno doprowadziło już do nieodwracalnego uszkodzenia wątroby i zabiłoby go mniej niż dwadzieścia gramów, ale ja chciałem mieć pewność, a poza tym za dwanaście dni kończył mi się karnet i nie miałem zamiaru go przedłużać.

Dodatkowym czynnikiem, który zwiększał prawdopodobieństwo śmierci Kucińskiego, był fakt, że tamtego dnia miał zaplanowany wieczór kawalerski najlepszego przyjaciela. Nawet jeśli wystąpiłyby skutki uboczne przedawkowania, będzie je bagatelizował, a gdy w końcu nie da się ich ignorować, będzie już za późno. Ewentualny ból głowy, palpitacje serca i ogólne rozbicie, a nawet drgawki wszyscy przypiszą nadmiernej ilości alkoholu. Bo Kuciński lubił wypić. Może nawet sam będzie je ignorował, żeby nie okazać się mięczakiem? Alkohol spotęguje niszczące działanie paracetamolu, doprowadzi do martwicy i encefalopatii wątrobowej. Pewności, że umrze, nie miałem, ale szanse na przeżycie miał bardzo małe.

Otworzył szafkę i wyjął szejker, w którym przygotowywał napój białkowy. Odmierzył dokładnie dawkę proszku, nalał mleka i zaczął energicznie potrząsać pojemnikiem. Pogwizdywał przy tym i obserwował swój nagi tors w lustrze. Ja w tym czasie guzdrałem się przy torbie, udając, że szukam swojego szejkera. Do szatni wszedł facet w dresie, ale nawet nie patrząc w naszą stronę, udał się do toalety. Odetchnąłem z ulgą. Tam nie będzie mi przeszkadzał.

Kuciński zamknął szafkę, ale szejka postawił na ławeczce i poszedł pod prysznic. Dopiero trzy tygodnie wcześniej dowiedziałem się, dlaczego tak robił. Pochwalił się na fejsie, że odżywka musi się odstać, aby dobrze połączyć się z mlekiem, a poza tym wtedy opada pianka, która mu nie smakuje. Ten jego zwyczaj pozwolił mi go truć bez trudu od miesięcy, byłem więc za to wdzięczny opatrzności.

Wyciągnąłem z kieszeni plastikową tubkę z paracetamolem i ukryłem ją w dłoni. Następnie wyjąłem pojemnik do mieszania odżywki białkowej, który był identyczny z tym Kucińskiego, i odetchnąłem głęboko.

Każdy morderca, a już na pewno seryjny morderca, ma swój rytuał. To kompletny idiotyzm, ale u takich ludzi zabijanie wiąże się z jakąś potrzebą i z reguły morderstwo jest jedynie drogą do jej zaspokojenia. U mnie wyglądało to podobnie. Też miałem rytuał. Tuż przed morderstwem, przed decydującym krokiem, musiałem sobie przypomnieć, za co zabijałem. W moim przypadku wiązało się to z gwałtowną reakcją emocjonalną. Czułem się wtedy tak, jakbym spuszczał ze smyczy agresywnego psa. Nigdy nie wiedziałem, co się stanie. Musiałem jednak to zrobić, bo nie mógłbym znieść myśli, że zabijam bez powodu. To, że zabijałem niewinnego człowieka, nie ulegało wątpliwości, bo Michał Kuciński nie zasługiwał na śmierć, ale nie chciałem zabijać niepotrzebnie. Chociaż tyle mogłem dla niego zrobić – upewnić się, że jego śmierć okaże się do czegoś przydatna.

Zamknąłem oczy i przywołałem wspomnienie sprzed dwudziestu lat. Przeniosłem się na korytarz liceum ogólnokształcącego. Jeden z uczniów przyniósł laptop i pokazywał coś na ekranie. Otaczał go tłum kolegów i koleżanek. Chłopakiem, który trzymał komputer, był Kuciński. Nienawidziłem go wtedy, bo odebrał mi dziewczynę, którą skrycie kochałem od pierwszej klasy. Ubóstwiałem Elżbietę, chociaż nie była ładna i miała lekką nadwagę. Pochodziła z niezbyt zamożnej rodziny i zachowywała się tak, jakby w otaczającej nas rzeczywistości znajdowała się mimochodem i przez przypadek. Kochałem ją i wydawało mi się, że ona też mogła mnie pokochać. Pisałem dla niej wiersze, fantazjowałem o tym, co zrobię już niedługo, by z nią być, ale przez trzy lata nie uczyniłem nic. Ubiegł mnie Michał Kuciński. Już wtedy miał imponującą kolekcję rozkochanych i porzuconych dziewcząt. Nie uwodził wszystkich, wybierał raczej te atrakcyjne. W tym przypadku zrobił jednak wyjątek – z powodu ust Eli. Miała wydatne, zmysłowe usta, o których marzyłem, by je całować, a on chciał je widzieć owinięte wokół swojego penisa. To właśnie prezentował na ekranie laptopa: krótki film, w którym dziewczyna, moja miłość, z wyrazem uwielbienia na twarzy spełnia jego seksualne fantazje, a on wydaje jej komendy jak psu.

Wspomnienie tamtej chwili rozgrzało mi krew. Ciśnienie podskoczyło gwałtownie i zacząłem się dusić. Byłem bliski omdlenia, ale ostatkiem woli opanowałem oddech. Otworzyłem oczy, powoli wciągałem i wypuszczałem powietrze. Potrzebowałem kilkunastu sekund, żeby się uspokoić.

– Wszystko w porządku, stary? – usłyszałem głos za plecami. Odwróciłem się, przeklinając w myślach swoją nieostrożność.

– Tak – uspokoiłem spoconego dwudziestolatka, który przyszedł wyjąć izotonik ze swojej szafki. – To taki specjalny sposób oddychania. Na pewno słyszałeś. Sariki breathing – wymyśliłem na poczekaniu.

– Jasne, jasne. – Pokiwał z powagą głową i wyszedł pospiesznie z szatni.

Szybko podszedłem do szafki Kucińskiego, zamieniłem szejki i usiadłem w swoim kącie. Spokojnie wsypałem paracetamol i dokładnie rozmieszałem go drewnianym patyczkiem. Potem znowu zamieniłem pojemniki. Nikt mnie nie widział. Wszystko było gotowe.

Zacząłem się w pośpiechu ubierać. Nie chciałem czekać na Kucińskiego i obserwować, jak wypija truciznę, bo mogło mnie to nawiedzać w snach. Zawsze bałem się wyrzutów sumienia. Jak dotąd niepotrzebnie.

Wiedziałem, że wszystko, co mnie interesowało, znajdę na Facebooku, łącznie ze zdjęciami Kucińskiego, na których będę mógł dostrzec postępującą żółtaczkę. Spakowałem się więc do klubowej torby, którą dostałem, płacąc wpisowe w wysokości mojego miesięcznego czynszu, i wyszedłem z siłowni. Zjeżdżając windą kilkadziesiąt pięter na parking podziemny, czułem ulgę. Może dzisiejszej nocy wszystko się skończy? Nie wierzyłem w to, ale miałem taką nadzieję.

Kuciński nie zasługiwał oczywiście na śmierć za skłonienie dziewczyny do świadczenia pomniejszych czynności seksualnych. Nie zmuszał jej. Uczyniła to, ponieważ ją uwiódł. Gdyby jakaś wszechmocna ręka wymiotła z powierzchni Ziemi każdego, który uwiódł inną osobę dla swojej przyjemności, świat stałby się pustym miejscem, a rasa ludzka straciłaby na powabie i uroku. Kuciński nie zasłużył na śmierć i to nie on jest potworem. Ja jestem potworem. Żaden z bohaterów Dziennika gniewu nie zasługiwał na śmierć. Wszyscy powinni żyć, ale ja i tak ich zabijałem.

Kucińskiego żałowałem jednak mniej niż poprzednich. Amatorski film pornograficzny, który nakręcił, miał niską jakość, ale to były początki dwudziestego pierwszego wieku i żyliśmy w małym, prowincjonalnym miasteczku. Elżbieta stała się obiektem wyzwisk, niewybrednych żartów, seksualnego molestowania i ostracyzmu. Cierpienie, które przeżywałem ja, było przy jej cierpieniu jak szczypanie w sutek przy biciu nabijaną gwoździami maczugą. Do tego ja doświadczałem tego od zawsze, a na nią spadło to nagle i było spowodowane przez osobę, której zaufała, a może nawet kochała. Dziewczyny przecież bardzo szybko się zakochują. Po tym, jak cała szkoła obejrzała film, Elżbieta wraz z rodziną wyprowadzili się z miasta. Wiem, że chciała popełnić samobójstwo. To była skromna i dobra osoba.

Moja miłość do niej przetrwała kolejne trzy lata. Dziewczyna stała się moją obsesją. Po wielu staraniach odnalazłem ją w dużym mieście, trzysta kilometrów od mojej rodzinnej miejscowości. Pracowała w sklepie spożywczym. Po trzech latach byłem nieco starszy i sporo mądrzejszy. Zrobiłem zakupy, podszedłem do kasy, którą obsługiwała, i kiedy nabijała towary na rachunek, zaprosiłem ją do kawiarni. Na początku rozpromieniła się, ale potem mnie rozpoznała. Wrócił ból, wstyd i niechciane wspomnienia. Widziałem, jak jej twarz się zmienia, jak jej pełne usta wykrzywiają się do płaczu, jak jej dłonie zaczynają drżeć. To nie miało sensu. Ona zaznała w tamtym miejscu spokoju i bała się go utracić. Dla niej byłem na zawsze związany z cierpieniem, którego doznała w liceum. Doskonale ją rozumiałem. Nie próbowałem niczego tłumaczyć. Zapłaciłem, zabrałem zakupy i zapewniłem, że już nigdy nie pojawię się w jej życiu ani nikomu niczego nie powiem. Ucieszyła się z tego.

Michał Kuciński zajmował w moim dzienniku aż pięciu stron. Kiedy rysowałem jego śmierć, nie przewidziałem, że umrze na chorobę pijaków – zwykłą i mało efektowną ostrą niewydolność wątroby. W Dzienniku gniewu życzyłem swoim ofiarom bardziej krwawego końca, takiego, jakiego pragną dla swoich ofiar prawdziwi seryjni mordercy, lubujący się w bólu, makabrze i cierpieniu.

Na pierwszym rysunku Kuciński wisiał nagi na suchej gałęzi na skraju lasu. Patrzył na świat pustymi oczodołami, szarpał się jeszcze ostatkiem sił, a z ust wystawał mu nienaturalnie długi język. Na ramionach siedziały kruki, dłubiąc dziobami w jego twarzy, a na nogach wisiały uczepione wilki, pożerając powoli kończyny.

Na drugim rysunku leżał na blaszanym, rzeźniczym stole z odciętymi rękami, nogami i szpilkami wbitymi w oczy oraz genitalia. Na kolejnej stronie narysowałem go nadzianego na metalowy drąg, który wbijał się w krocze i wychodził z ciała w połowie szyi, umazany czarną niemal, gęstą krwią.

Czwarta strona przedstawiała Kucińskiego w gorejących płomieniach z wykrzywioną bólem twarzą. Wyciągał przed siebie ręce, jakby pragnął śmierci. Na ostatnim rysunku trzymał wylewające mu się z jamy brzusznej wnętrzności. Wokół niego skakały psy, które wyszarpywały sobie nawzajem jego jelita.

Oczywiście nawet nie marzyłem, że Kuciński umrze w sposób, jaki przedstawiłem w Dzienniku gniewu. Nawet tego nie chciałem. Ile byłoby z tym kłopotu! I policja, mimo najszczerszych chęci, nie mogłaby uznać odciętych kończyn pozostawionych na zakrwawionym stole za samobójstwo czy wypadek. Wolałem czyste i eleganckie w swojej prostocie przedawkowanie paracetamolu. Takie rzeczy zdarzają się przecież cały czas.

Rozległ się miły dla ucha dźwięk i drzwi windy się rozsunęły. Znalazłem się w garażu podziemnym. Gdy włożyłem kluczyk w drzwi mojego starego, ale niezawodnego land rovera discovery, byłem już całkowicie spokojny. Może nie zabijałem jak seryjny zabójca, ale samochód miałem idealny do tego, żeby wozić ciała do lasu i je tam zakopywać. Uruchomiłem silnik i wyjechałem z parkingu. Miasto lśniło od różnokolorowych świateł. Błyszczało zwilżone deszczem.

Skierowałem się na południe. Mieszkałem po drugiej stronie Warszawy, w starym bloku, daleko na przedmieściach. Miałem do dyspozycji czteropokojowe mieszkanie. Luksus, ale było mnie na niego stać. Rata kredytu nie masakrowała mojego budżetu dzięki temu, że całe oszczędności przeznaczyłem na wkład własny. Mieszkanie kupiłem w momencie, w którym postanowiłem, że zacznę zabijać. Każdy seryjny zabójca potrzebuje odrobiny prywatności. Tak jest łatwiej.

Wiedziałem, jak spędzę wieczór. Planowałem wpatrywać się w ekran komputera, czekając na posty Kucińskiego. Byłem pewien, że opublikuje wiele zdjęć, a ja miałem zamiar liczyć każdy z drinków, wiodący go ku śmierci. Może kiedy wpadnie w śpiączkę, jego przyjaciele pomyślą, że się po prostu upił, zrobią mu zdjęcie, opublikują na fejsie i nie odwiozą go do szpitala, tylko zostawią na łóżku, żeby się wyspał? A on umrze.

Wiele osób, gdyby dowiedziało się, jak zabijam, uznałoby mnie za tchórza. Powinienem przecież wyśledzić Kucińskiego w ciemnym zaułku i zatłuc go pałką albo wsadzić mu nóż między żebra – to jest prawdziwe zabijanie! A trucizna to sposób dla tchórzy i kobiet. Nie uważam się za tchórza, bo zabicie nożem czy pałką jest równie tchórzliwe jak uśmiercenie kogoś za pomocą trucizny. Ja nie czułem po prostu potrzeby, aby krwawo rozprawiać się ze swoimi ofiarami. Ja potrzebowałem jedynie rezultatu, a sam proces mnie nie interesował. Zadawanie śmierci trucizną było o wiele prostsze. W polskich warunkach rodziny zmarłych rzadko zgadzały się na sekcję zwłok, więc żadne z moich otruć nie zostało wykryte. Ofiary najczęściej nie miały wrogów i chociaż otrułem już wiele osób, nigdy nie podejrzewano zabójstwa.

Gdy dojechałem przed blok, znowu przekonałem się, że ktoś zajął moje miejsce parkingowe. Zapamiętałem numer rejestracyjny i zakląłem pod nosem. Miałem mdłości od zbyt wysokiego ciśnienia i nie cieszyła mnie perspektywa kilkusetmetrowego spaceru w ulewnym deszczu, ale nie miałem wyboru. Gdy w końcu zaparkowałem samochód na skraju osiedla, odczekałem w fotelu kierowcy kilka minut w nadziei, że ulewa straci na intensywności, ale zamiast tego rozpętała się burza. Niechętnie opuściłem auto i udałem się w kierunku budynku, w którym mieszkałem. Wszedłem po schodach na trzecie piętro, przystając co kilka kroków i próbując uspokoić oddech. Gdy nachyliłem się, by włożyć klucz do zamka, zakłuło mnie w sercu, bo zauważyłem, że drzwi stały uchylone. W pierwszej chwili pomyślałem, że zapomniałem je zamknąć, ale to przecież nigdy mi się nie zdarzało. Na farbie obok zamka dostrzegłem zadrapanie. Ukląkłem, by się lepiej przyjrzeć. Oprócz długiej na dziesięć centymetrów rysy odnalazłem kilka mniejszych. Trudno mi jednak przychodziło uwierzenie we włamanie. Jeden z moich zamków był niemal w stu procentach odporny na otwarcie wytrychem. Też nie potrafiłem sobie z nim poradzić, chociaż miałem wieloletnią praktykę. Ten zamek mógłby pokonać jedynie wirtuoz i potrzebowałby sporo czasu, a taki nie ryzykowałby dla niepewnego łupu.

Postanowiłem jednak zostawić analizę śladów na później i przekroczyłem próg mieszkania. I tak nie byłem w stanie się skupić. Przy każdym uderzeniu serca czułem, że coś gniecie mi istotę szarą mózgu. Zamknąłem za sobą drzwi i poszedłem do salonu. Tam stało biurko z laptopem, służącym mi do pracy. Zniknął. Namacałem poręcz fotela i usiadłem. W pamięci mojego laptopa znajdowały się poszlaki. Gromadziłem tam dane dotyczące warunków otrzymywania botuliny, ekstraktów z trujących grzybów, procesu odzyskiwania rtęci, a także informacje związane z moją najnowszą tojadową toksyną, doskonale imitującą zawał serca. Wiedza ta była jednak do odtworzenia i nie znajdowały się tam dane o moich ofiarach, które zawsze trzymałem w formie papierowej, a po potwierdzonej śmierci paliłem wszystkie notatki.

Kiedy tylko sufit przestał mi wirować przed oczami, wstałem z fotela i udałem się do kuchni, by połknąć tabletkę na obniżenie ciśnienia krwi. Czułem, że w każdej chwili groził mi wylew. Po zażyciu leku wróciłem do salonu i usiadłem w fotelu. Gdy ból głowy ustąpił, rozejrzałem się. Na podłodze leżały ubrania, pościel i ręczniki. Złodziej musiał się bardzo spieszyć lub miał małe doświadczenie, bo najbardziej wartościowa rzecz w mieszkaniu – drukarka 3D razem z drogimi filamentami – stała nietknięta na specjalnym, odpornym na wysokie temperatury, blacie.

Zniknął za to wysokiej klasy aparat fotograficzny z dwoma obiektywami, cztery przenośne dyski oraz zapasowy telefon komórkowy. Zbadałem skrytkę, w której ukrywałem Dziennik gniewu. Wziąłem z biurka nóż do rozcinania papieru, wsadziłem w szparę, by podważyć dno, i odetchnąłem z ulgą. Był tam. Leżał tak, jak go zostawiłem. Przekartkowałem pospiesznie strony. Wydawał się nienaruszony. Nie zauważyłem żadnych śladów, które wskazywałyby na to, że ktoś go wyjmował. Zresztą po co włamywaczowi stary zeszyt z rysunkami i gryzmołami na marginesach?

Kiedy tylko odzyskałem siłę w nogach, udałem się do laboratorium. Drzwi do tego pokoju były wzmocnione blachą, uszczelnione i zamykane na zamek, do którego klucz wisiał na haczyku pod biurkiem. To w laboratorium trzymałem aparaturę do pozyskiwania toksyn. Zawsze stosowałem zasady bezpieczeństwa i wchodziłem tam w rękawiczkach, masce oraz ubraniu ochronnym. Tamtego dnia, mimo nadzwyczajnych okoliczności, nie zrobiłem wyjątku. Nauczyło mnie tego kilka poważnych zatruć i jedna tygodniowa hospitalizacja. Nawet niewielkie drobiny i opary substancji, które tam zgromadziłem, mogły zabić.

Wszystkie pojemniki do pozyskiwania botuliny okazały się nienaruszone. Obejrzałem termometry, higrometry – nikt przy nich nie majstrował. Zapasy rtęci, metali ciężkich, morfiny oraz etorfiny pozostały nietknięte. To samo z ekstraktami z grzybów i suszami roślinnymi – wszystkie słoiki stały na swoich miejscach. Uprawa kulczyby, winobluszczu, tojadu i szaleju także były nietknięte. W szufladzie nie brakowało żadnego ze słoików z gotowymi truciznami i toksynami, a także narzędzi zbrodni: pierścieni, bransolet i pistoletu ze strzałkami do zdalnej aplikacji trucizn, toksyn i anestetyków. Czyżby włamywacz nie wierzył, że w tym pomieszczeniu znajdzie pieniądze? A może go ktoś wypłoszył?

Poczułem, że ciśnienie krwi znowu rośnie. Musiałem uważać i nie wpadać w panikę. Wyszedłem z laboratorium i udałem się pod prysznic, by zmyć z siebie ewentualne toksyny. Potem usiadłem na krześle przy biurku i wyjąłem z szuflady automat do mierzenia ciśnienia. Włożyłem ramię w rękaw, a po badaniu odczytałem wynik. Sto sześćdziesiąt pięć na sto trzydzieści. Nie było źle, tabletka ratunkowa, której zadaniem było obniżenie ciśnienia, za cenę długiej listy efektów ubocznych, zadziałała.

Odetchnąłem. Spróbowałem oczyścić umysł i spokojnie pomyśleć. W tym włamaniu i kradzieży było wiele dziwnego. Odszedłem od biurka i usiadłem w fotelu. To w nim czytałem książki i łączył się on tylko z dobrymi wspomnieniami. Przez kilka minut skupiłem się jedynie na oddechu. Zrobiło mi się zimno i pomyślałem, że trzeba zamknąć drzwi balkonowe.

Ruszyłem do nich i nagle poczułem ciężar w piersi. Jak mogłem tego nie zauważyć? Przecież zawsze zamykam wszystkie okna przed wyjściem. Czy to włamywacz je otworzył? Wszedłem na balkon i oparłem się o metalową barierkę. Spojrzałem na wypalony trawnik poniżej. Nadal padało, ale już mniej intensywnie i na dole pojawiło się kilka gołębi. Pani Halina spod dwójki kupowała chleb głównie dla tych ptaków. Co wieczór wychodziła na trawnik i otaczała ją chmara leniwych, spasionych gołębi, wzbijając w powietrze chmurę kurzu i wyschniętych odchodów.

Spojrzałem na blaszany parapet. Był pokryty odchodami od brzegu do brzegu. Deszcz nie zmył ich nawet w części. Postanowiłem wrócić do mieszkania, ale drgnąłem, bo zauważyłem coś dziwnego. W dwóch miejscach pod boczną ścianką balkonu ptasie odchody były rozgniecione. Wydawało mi się, że w jednym miejscu widzę odciśnięty wzór podeszwy. Czyżby włamywacz dostał się do mieszkania, wchodząc od dołu po balkonach? Było to oczywiście technicznie możliwe, ale mało prawdopodobne. Zbyt wielu ludzi chodziło przed blokiem i na pewno któryś z lokatorów dostrzegłby złodzieja wspinającego się po budynku. Nie. Rozgniecione odchody znajdowały się tylko po prawej stronie, jakby ktoś postawił stopę, przechodząc od sąsiada. Wychyliłem się i spojrzałem na balkon Kryńskich. Na parapecie po drugiej stronie nie dostrzegłem odchodów, widocznie ktoś go regularnie mył, ale i tak miałem pewność, że znalazłem swojego włamywacza. Wcale mi jednak nie ulżyło. Wręcz przeciwnie.

Wróciłem do salonu, zamknąłem starannie drzwi balkonowe i usiadłem przy pustym biurku. W skradzionym laptopie miałem niedokończone prace nad zleceniami, warte co najmniej kilkanaście tysięcy złotych. Oprócz tego zniknęły kosztowne rysownicze akcesoria, takie jak maty, pióro elektroniczne i pędzel. Pracowałem jako rysownik freelancer od trzech lat. Czekałem na to całe życie i właśnie zbliżałem się do momentu, w którym moja praca przestała przeżerać gromadzone przez całe życie oszczędności. Nie mogłem tego tak zostawić. Musiałem odzyskać komputer.

Naprzeciwko mnie mieszkała samotna matka z nastoletnią córką. Nie podejrzewałem, żeby pięćdziesięcioletnia kobieta łaziła po balkonach, szczególnie że była już ciężka i nosiła kuse sukienki i spódnice. Kradzieży dokonała na pewno córka. To by zresztą do niej pasowało. Nie należała do grzecznych dziewczynek. Ubierała się na czarno, wiele razy widziałem ją z papierosem i często czułem od niej alkohol. Była chuda, wysoka i pewnie sprawna fizycznie. Nie miałaby problemu, by przedostać się na mój balkon.

Musiałem działać szybko. W piątkowy wieczór jej wiecznie umalowana i opalona matka na pewno poszła na miasto, ale dziewczyna prawdopodobnie siedziała w mieszkaniu. Liczyłem na to. Gdybym ją zastał, planowałem powiedzieć jej wprost, że wiem, że mnie okradła, i że będzie miała duże kłopoty, jeśli wszystkiego nie odda. Jeżeli odda, zapomnę o sprawie i będziemy sobie nadal na klatce mówić „dzień dobry”.

Zabrałem plecak, wyszedłem z mieszkania i stanąłem przed drzwiami Kryńskich. Nacisnąłem dzwonek i trzymałem o kilka sekund za długo, niż nakazywała etykieta. Nasłuchiwałem potem kroków, ale niczego nie usłyszałem. Wyjąłem zestaw wytrychów. Zawsze nosiłem go przy sobie. Drzwi mieszkania chronił standardowy zamek deweloperski, który pewnie miał już ze trzydzieści lat. Otworzyłem go w dziesięć sekund.

W środku czuć było intensywny zapach kobiecych perfum. Wystrój cukierkowo-bufiasto-pomponowy, pasujący do matki, ale nie do córki. Poszedłem wprost do pokoju dziewczyny. Poznałem go po pomalowanych na czarno drzwiach. Powiesiła na nich plakat mężczyzny z bliznami i czerwonymi tęczówkami. Nacisnąłem aluminiową klamkę i wszedłem do środka. Laptop leżał na łóżku przykryty czarnym swetrem. Nie starała się nawet, by go porządnie ukryć. Może myślała, że uwierzę w pozorowane włamanie i dlatego nie musi się niczego obawiać. Spakowałem laptop do plecaka i rozejrzałem się po pokoju. Pod oknem stało biurko, a na nim leżał otwarty zeszyt i równo ułożone podręczniki do pierwszej klasy liceum. Dziewczyna miała zaskakująco staranne pismo jak na taką czarną buntowniczkę. Zamknąłem zeszyt i przeczytałem imię i nazwisko, widniejące na okładce. Miała na imię Ewa. Przeniosłem wzrok na regały zajmujące całą ścianę naprzeciwko łóżka. Pocięła je czymś ostrym, pewnie nożem, a rysy wypełniła czarnym atramentem. Rysunek na meblościance przedstawiał maszerujące zgodnie w jednym kierunku ludzkie szkielety.

Przeszukałem szuflady i szafki. Znalazłem akcesoria do laptopa i karty pamięci. Brakowało już tylko aparatu fotograficznego. Otworzyłem szafę. Garderoba dziewczyny wyglądała tak, jakby należała do grabarza – wszystko czarne. Kiedy zacząłem przesuwać wieszaki, poczułem jednak, że ćwiekowane spodnie, trupie bluzy, kościane koszule i spódnice z łańcuchami miały świeży i przyjemny zapach. Ta nastoletnia złodziejka lubiła stylistykę brudu, ale już nie sam brud. Aparatu fotograficznego nie znalazłem. Pomyślałem, że już zdążyła wystawić wszystkie rzeczy na portalu aukcyjnym i wyszła się spotkać z kimś, kto chciał kupić mój sprzęt.

Przed opuszczeniem mieszkania, bardziej z ciekawości niż nadziei odnalezienia aparatu, zajrzałem do salonu. Na środku stało okrągłe łóżko, przykryte różową kapą i przyozdobione dwiema poduszkami w kształcie serca. Na szafkach dostrzegłem rzeźby kobiet w wyuzdanych pozach i zapachowe świece. Na ścianie naprzeciwko łóżka zawieszono duży, płaski telewizor. Wszędzie stały też fotografie z czasów rozkwitu urody Marioli Kryńskiej. Była wtedy znacznie zgrabniejsza. Na każdym niemal zdjęciu miała wysunięte do pocałunku usta. Na największej fotografii była kompletnie naga, zasłaniała dłońmi jedynie sutki i prezentowała krągłe pośladki. Bez większych nadziei przeszukałem szuflady. Znalazłem tam tylko skąpą bieliznę erotyczną, wiele rodzajów pończoch i podwiązek oraz cały zestaw przebrań sekretarek, pokojówek, uczennic z porządnych angielskich szkół, zakonnic, kucharek, policjantek i żołnierek. Dziwne, ale wszystkie wydawały mi się o trzy rozmiary za małe dla pani tego domu. Może po prostu trzymała je już tylko z sentymentu?

Były również prezerwatywy, lubrykaty oraz imponująca kolekcja czasopism i filmów pornograficznych. Wśród tego wszystkiego nie znalazłem oczywiście mojego aparatu fotograficznego. Nie wchodziłem już do kuchni ani do sypialni Marioli. Czułem, że nic tam nie znajdę. Wróciłem tylko do pokoju nastolatki i napisałem do niej wiadomość, że czekam na swój aparat.

Zamknąłem drzwi wytrychem i wróciłem do siebie. Uruchomiłem laptop. Wszystko działało. Wszedłem na fejsa. Michał Kuciński zdążył opublikować już trzy posty. Na pierwszym zdjęciu miał na kolanach młodą striptizerkę. W dłoni trzymał wysoką szklankę z jakimś błękitnym drinkiem. Uśmiechał się. Powiększyłem fotografię, ale nie dostrzegłem żadnych oznak zatrzymania pracy wątroby ani w gałkach ocznych, ani na skórze. Na drugim zdjęciu wyglądał już na pijanego. Pozostali koledzy trzymali się lepiej, a nawet wyglądali na całkowicie trzeźwych. Impreza przeniosła się w inne miejsce. Na trzecim zdjęciu zauważyłem już, że białka oczu Kucińskiego się zażółciły. Skóra pewnie też zmieniła odcień, ale opalenizna maskowała ten objaw.

Zamknąłem laptop i wyjrzałem przez okno. Na zewnątrz ulewa znowu przybrała na intensywności. Lubiłem patrzeć na deszcz, bo po nim wszystko wydawało się o wiele czystsze.

Musiałem pomyśleć nad jakimś sposobem zabezpieczenia drzwi balkonowych. Uruchomiłem smartfon i poszukałem firmy, która wstawia kraty. Nie mogłem dopuścić, aby ta gówniara znowu coś zwinęła. Moje serce stopniowo się uspokajało. Znowu zmierzyłem ciśnienie: sto trzydzieści na sto – w moim przypadku to była norma.

Usiadłem w fotelu i czekałem, patrząc na strugi deszczu za oknem. I tak nie mogłem się na niczym skupić. Sięgnąłem po pilnik i zacząłem piłować paznokcie. Zawsze dbałem, żeby strzyc je maksymalnie krótko.

Czułem narastające zmęczenie, ale nie chciałem zasypiać. Wiedziałem, że będę śnił koszmary, a moje koszmary były realne jak życie. Odnosiłem wrażenie, że nie trwały cztery czy pięć godzin – bo tyle zazwyczaj spałem, lecz wiele dni, a czasem nawet tygodni. Zaś przez te tygodnie wewnątrz snu wciąż na nowo i na nowo przeżywałem najgorsze chwile w życiu.

Za każdym razem budziłem się zlany potem i wyczerpany. W ustach czułem smak krwi, a pod paznokciami miałem skrawki własnej skóry. Najczęściej rozdrapywałem brzuch. Czasami zaczepiłem o sutek. To było szczególnie bolesne.

Za każdym razem gdy wstawałem, bolało mnie też gardło, bo krzyczałem przez sen. Próbowałem sobie również wyrywać włosy, więc dbałem o to, by obcinać je niemal przy skórze.

Odkładałem pójście do łóżka, chociaż wiedziałem, że to bezsensowne. Koszmary śniłem każdej nocy. To był ciąg bólu, upokorzenia i cierpienia. Koszmary miały jednak zawsze jednego bohatera do momentu, w którym nie dowiedziałem się o jego śmierci. Czułem, że dzisiejszej nocy, pierwszy raz od wielu dni, będzie to ktoś inny niż Michał Kuciński. Głęboko w moim sercu tliła się także nadzieja, że jakimś cudem nie został już nikt.

Drgnąłem, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Była dwunasta w nocy. Nikt mnie nigdy nie odwiedzał o tej porze. Nie. Nikt mnie nie odwiedzał o żadnej porze. Mogła to być tylko jedna osoba. Wstałem od biurka, podszedłem do drzwi i zajrzałem przez wizjer. Na klatce stała Ewa Kryńska.

2

Ewa miała delikatne rysy, smukłą szyję i drobną, nieco chłopięcą budowę ciała. Odgarnęła z twarzy sięgające ramion mokre, proste włosy. Nawet ja dostrzegałem, że je farbowała. Taki odcień czerni nie był naturalny dla kobiet o bladej karnacji.

Patrzyła bezczelnie na wizjer i podgryzała jeden ze sznurków zwisających z kaptura o trzy rozmiary za dużej czarnej bluzy. Krótkie dżinsy opinały jej pośladki, a nogi zakrywały siatkowe rajstopy. Jej ubrania były tak przemoczone, że wyżymając je, wypełniłbym wiadro.

Otworzyłem drzwi ze złowrogą miną i zmarszczonymi brwiami. Milczałem i czekałem, aż się odezwie. Nic sobie z tego nie robiła. Nie próbowała nawet ukryć mojego aparatu. Żuła gumę i przekładała go niedbale z ręki do ręki. Bałem się, że urządzenie zaraz spadnie na podłogę. Szacowałem, że dziewczyna mierzyła nie więcej niż sto siedemdziesiąt centymetrów. Patrzyła na mnie tak obojętnie, jakbym był sprzedawcą w sklepie warzywnym, który właśnie odważa ziemniaki.

– Przyszłam oddać – mruknęła, a głos jej nawet nie zadrżał. Wyciągnęła rękę z aparatem. Miała smukłe i długie palce z krótkimi paznokciami, pomalowanymi na granatowo. – Kupiec zrezygnował w ostatniej chwili – wytłumaczyła, wzruszając ramionami. – Nie chciało mu się ruszyć dupy z domu, bo ulewa, więc chyba masz szczęście. Mnie się już nie chce z tym pierdolić.

Pomyślałem wtedy, że to wyjątkowo bezczelna dziewucha z rodzaju takich, które manipulują ludźmi, a potem wypluwają ich przeżutych, nie oglądając się za siebie. Na twarzy błąkał jej się cwaniacki uśmiech. Miała cienkie wargi, jakby stworzone do złośliwej riposty. Nos, mały i trochę zadarty, marszczył się, gdy prawdziwie się śmiała. Oczy miała duże i intensywnie zielone, nawet nieco naiwne, ale wiedziałem, że to kamuflaż. To była diablica. Nie malowała twarzy, nawet ust, jedynie oczy. Pogrubiała rzęsy i nakładała czarne cienie.

Odebrałem od niej aparat i sprawdziłem, czy działa. Musiałem uruchomić kilka różnych funkcji i zajęło mi to trzy minuty. Zerkałem przy tym na nią podejrzliwie, ale dziewczyna zdawała się w najmniejszym stopniu nie niecierpliwić. Stała po prostu nieruchomo na klatce schodowej i ociekała wodą. Musiało być jej zimno, ale nie poskarżyła się ani słowem. Podwinęła nawet rękawy bluzy i ukazała pokryte gęsią skórką i delikatnymi ciemnymi włosami przedramiona. Z nudów sięgała do szyi przyozdobionej skórzaną obrożą. Zwisała z niej chromowana czaszka z różą w zębach. Bawiła się tą czaszką i najwyraźniej nie miała zamiaru odejść.

– Czytałaś już moją wiadomość na biurku? – zapytałem, gdy upewniłem się, że aparat jest sprawny.

– Nie, nie czytałam. – Na początku wydawała się zaskoczona, ale szybko odzyskała rezon. – Hej. To znaczy, że nie przekonała cię rysa na drzwiach, że to włam? To dziwne, bo w sieci pisali, że tacy jak ty mają iloraz inteligencji na poziomie osiemdziesiąt dziewięć. To znaczy mediana na poziomie osiemdziesiąt dziewięć. To przecież niedużo, nie?

– Nie rozumiem – przerwałem jej ze złością. – Tacy jak ja, czyli kto? Co ty niby o mnie wiesz, złodziejko?

– Tak właśnie – uśmiechnęła się, wypuściła z palców czaszkę i wyjęła z kieszeni bluzy smartfon. – Tacy jak ty…

– Jak ja, czyli kto?! – krzyknąłem. Ta bezczelna dziewucha działała mi na nerwy. Serce przyspieszyło mi gwałtownie i zakręciło mi się w głowie. Wyciągnąłem gwałtownie rękę, by nie upaść, i uderzyłem dłonią we framugę drzwi tuż obok jej twarzy. Źrenice rozszerzyły jej się ze strachu. Otworzyła usta, jakby chciała krzyknąć, ale zdołała się powstrzymać. Ta diablica miała jednak jakieś ludzkie odruchy. Jej strach pozwolił mi się uspokoić. Ona jednak odzyskała panowanie nad sobą szybciej niż ja.

– Jak to: kto? – szepnęła, mrużąc wielkie zielone oczy jak podenerwowany kot. – Naprawdę chcesz, żebym odpowiedziała na to pytanie na klatce schodowej? Już wszystkich pobudziłeś tym wrzaskiem, a tutaj ściany mają uszy, wiesz? Stare, zwiędłe uszy… A te uszy nie mają nic lepszego do roboty, niż słuchać.

Przemyślałem jej słowa i chociaż mój umysł nie pracował wtedy sprawnie, zrozumiałem, że ma rację, i oparłem się plecami o ścianę, robiąc jej miejsce, by weszła do środka. Nie wahała się. Przeszła przez przedpokój, zostawiając błotniste ślady, i rozsiadła się w fotelu w salonie. Gdy dostrzegła mokrą i brudną podłogę, którą po sobie zostawiła, wydała się szczerze zmartwiona.

– Jeśli dasz szmatę, to wytrę, jak będę wychodzić – zaproponowała, a potem założyła nogę na nogę, zaplotła dłonie na kolanie i zaczęła rozglądać się po pokoju, jakby była tam po raz pierwszy. Przyniosłem z łazienki brudny ręcznik i rzuciłem go na jej kolana. Złożyła go starannie i umieściła na podłokietniku.

– Wcześniej nie obejrzałaś sobie dokładnie mojego mieszkania? – zapytałem złośliwie, bo wciąż rozglądała się, jakbym na ścianach miał porozwieszane dzieła Van Gogha i Rembrandta.

– Nie. To było moje pierwsze włamanie i taka poważna kradzież. Zdarzała się drobnica w supermarkecie, ale to co innego. Sklepy nas też okradają, więc nie czułam, żebym robiła coś złego. Tutaj byłam tak spanikowana, że prawie nic nie pamiętam. Brałam jak na wyprzedaży dziewięćdziesiąt procent. Wiesz, wtedy nawet się nie patrzy na rozmiar, tylko chwytasz tyle szmat, ile uniesiesz, i idziesz do kąta mierzyć – zachichotała.

Kiedy przestała się śmiać, patrzyłem na nią ponuro przez kilkanaście sekund. Starałem się, by na mojej twarzy nie poruszył się nawet jeden mięsień.

– Nie mam takich doświadczeń – odpowiedziałem, kiedy cisza wybrzmiała już odpowiednio długo.

– Nie zamykasz balkonu? – zapytała, wskazując w stronę okien. – Woda ci się naleje do środka. Niezła ulewa tam na zewnątrz. I do tego zimno.

Zamknąłem balkon, a ona w tym czasie zdjęła przemoczoną bluzę. Pod spodem miała sprany czarny podkoszulek z kościotrupem. Pod rysunkiem widniał napis: „I’m alone to the bone”. Z rękawów wystawały ramiona cienkie jak patyki i przez to wydawało mi się, że cierpi na zapalenie stawów łokciowych. Nie nosiła stanika i pod koszulką wyraźnie można było zauważyć drobne piersi. Koszulka nie należała do tych wywleczonych i wiszących, lecz ze streczem, dzięki czemu mocno przylegała do ciała.

Zdjęła bluzę specjalnie, by zaprezentować swoje piersi i coś przez to uzyskać. Byłem tego pewien. Pomyślałem, że muszę na nią bardzo uważać. Wiedziała, jak korzystać ze swojego ciała.

Usiadłem na krześle za biurkiem i patrzyłem na nią bez słowa. Zdawała się nie przejmować moim milczeniem. Odchyliła się wygodnie w fotelu i zaczęła oglądać własne paznokcie. Była bardzo atrakcyjna. Mimo złości musiałem mocno się nagimnastykować, by skierować myśli na aseksualne tory.

– Wiem, wiem. – Pokiwała głową. – Ciężko jest… – mruknęła, jakby dokładnie wiedziała, z czym walczę.

– Ile ty masz lat? – zapytałem, bo chciałem skoncentrować się znowu na kwestii kradzieży.

– Piętnaście. Za mało, by pić piwo, ale wystarczająco dużo, żeby się pieprzyć. No i za morderstwo mogę trafić do więzienia, a nie do poprawczaka. Tutaj lipa. Chyba znasz dobrze prawo w tym zakresie?

– Jak każdy – odpowiedziałem, cedząc słowa. Naprawdę chciałem już, żeby sobie poszła. – Dobra, posłuchaj, Ewa, mam propozycję.

– O, znasz moje imię! – ucieszyła się. – To miło z twojej strony. A więc zamieniam się w słuch.

– Przeczytałem twoje imię na okładce zeszytu do biologii, który leżał na twoim biurku, ale nie to jest teraz ważne, dziewczyno. Chyba wiesz, że to, co zrobiłaś, może cię wpędzić w poważne kłopoty.

– Naprawdę? – zakpiła i wydęła wargi. – Ale chyba mogę coś zrobić, aby tych kłopotów nie było? Jestem gotowa na wszystko.

Poczułem jednocześnie seksualne podniecenie i wstyd, że się pojawiło. Zaraz po wstydzie wstrząsnął mną gniew zmieszany z odrazą.

– Daruj sobie te gierki.

Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech już jej nie wyszedł. Coś na twarzy zadrżało. Nie spodziewała się tych słów.

– A więc byłeś, sąsiad, w moim pokoju? Słuchaj, a jak ty w ogóle wszedłeś do mieszkania? Bo zamknęłam balkon. Drzwi też były zamknięte. Klucz przekręciłam nawet dwa razy. Otworzyłeś wytrychem? Tak nie robią normalni ludzie, wiesz? To się nazywa włamanie.

– Musiałem odzyskać rzeczy, które ukradłaś.

– No, ukradłam – potwierdziła i się roześmiała. Odzyskała rezon po chwili niepewności. – To był mój pierwszy raz i przysięgam, że na pewno ostatni, ale o tym później. To, dlaczego ostatni. Widzisz, jakie to dziwne? To przeznaczenie. Opowiem ci, jak to było. Wiesz, paliłam sobie na balkonie i patrzę na dół, a ty na parkingu wsiadasz do samochodu. Wtedy wychyliłam się i zajrzałam do ciebie, a tam bezczelnie otwarte drzwi balkonowe. Wychyliłam się jeszcze bardziej, a tam lśniący, nowy laptop i nawet wygaszacz jeszcze się nie włączył. Musiałeś się naprawdę spieszyć, że tak stamtąd wybiegłeś. Sprawa życia i śmierci, nie? Przejście do ciebie to była łatwizna. Ale to były emocje! Czułam się jak w jakimś sensacyjnym filmie. I wiesz, że nawet na początku nie chciałam niczego kraść? Tak naprawdę byłam tylko ciekawa, co tam ten mój samotny sąsiad w średnim wieku ma w tym swoim laptopie. Od razu usiadłam i zaczęłam grzebać. Pornografia? Brak. Listy miłosne? Brak. W historii przeglądanych stron nic ciekawego. Taka byłam rozczarowana brakiem typowych brudów, że postanowiłam cię okraść. Zaczęłam od regału, a tam od razu w pierwszej szafce znalazłam twój zeszyt z rysunkami. Dziwna sprawa. Widać, że to stare. Pewnie jakbyś to po prostu położył na stercie starych gazet, tobym nie zwróciła uwagi, ale ty musiałeś w tym podwójnym dnie szafki. W takim razie rozsiadłam się wygodnie i zaczęłam oglądać. Wiedziałam, że mam sporo czasu, bo wyjechałeś z torbą do tego klubu dla bogali. A właśnie… dlaczego tam chodzisz? Przecież nie jesteś bogalem? Szukasz tam jakichś lasek do podrywu? A nie, nie. Kogo ty byś poderwał?

– Lubię komfort i higienę – wymamrotałem. Ewa uświadomiła mi, jak wiele błędów popełniłem. Musiałem to zmienić.

– Tak, to by się zgadzało. – Pokiwała głową, znowu odrzuciła mokre włosy na plecy i strzeliła palcami. – Lubisz komfort. Ale wracając do mojej opowieści… Wiesz, muszę się wygadać, wyrzucić te wszystkie emocje. Nieczęsto spotyka się jednego z was tak po sąsiedzku. Jak w filmie kryminalnym – zachichotała nieszczerze.

Wyczułem, że nie było jej wtedy wesoło i zbyłem jej zaczepki milczeniem, ale w środku gotowałem się ze złości. Do dzisiaj nikt nie widział Dziennika gniewu i chciałem, aby tak pozostało. A ta diablica od razu go znalazła.

– Bardzo ciekawy ten twój zeszyt – kontynuowała. – Na początku trochę chaotyczny, ale byłeś wtedy małym chłopakiem. Tanie kredki, niewprawna ręka, jednak później coraz bardziej uporządkowany i technika lepsza. Zawsze imię i nazwisko, czasami jakieś notatki. Niby bez sensu, jakiś urywane słowa, ale w końcu połapałam się, że tam wypisałeś ich winy. I zawsze imię i nazwisko. Dlaczego imię i nazwisko? Bałeś się, że je zapomnisz? I czasami przy tych wszystkich poćwiartowanych, uduszonych, powieszonych, spalonych i rozerwanych ciałach w lewym górnym rogu pojawiał się krzyżyk. Po co? – zapytała, unosząc brew.

Miałem już tego dość, ale nie przerywałem jej, bo chciałem dowiedzieć się, co wie, a czego nie wie.

– No dobra, nie musisz odpowiadać, bo to przecież oczywiste. Tych z krzyżykiem zabiłeś. I wiesz, co dalej? Tak sobie przeglądałam i przeglądałam, i nagle coś mi wpadło w oko. Nie. Ktoś mi wpadł w oko. Walery Kłos. Takie imię przecież rzadko się spotyka, prawda? Jedynie w jakichś dziwnych powieściach może… Gdzie ja je słyszałam, gdzie ja je widziałam? I nagle sobie przypomniałam. – Założyła włosy za ucho i postukała się w skroń. Miała małe uszy, przekłute kolczykiem przedstawiającym skrzyżowane piszczele. Bardzo lubiła się ozdabiać przedmiotami przypominającymi ludzkie szczątki. – Zajarzyłam, że przecież miałeś w historii odwiedzonych stron informacje o jego pogrzebie. Coś mnie tknęło i uruchomiłam fejsbuka. To było pewne, że taki ramol jak ty ma konto na fejsie. No i oczywiście taki ramol jak ty ma hasło na pulpicie w jakimś pliku tekstowym, bo inaczej nie potrafi zapamiętać. No i miałeś taki plik o nazwie „zakupy.txt”, ale jakoś mnie nie zmyliłeś.

Miałem wtedy ochotę tłuc jej głową o ścianę.

– Nie publikuję postów – burknąłem. – Tylko czytam.

Uśmiechnęła się, prezentując drobne, lśniące zęby.

– No i masz wieeeelu znajomych. – Rozłożyła ramiona, pragnąc zobrazować liczbę moich kontaktów. – A przecież nie wyglądasz mi na takiego towarzyskiego. Raczej na samotnego zboka i przegrywa. Ty wychodzisz tylko śmieci wynosić. Ciągle widzę cię w drodze do śmietnika. No, ale nie to jest ważne. – Machnęła lekceważąco dłonią. – Ważne jest to, że masz kilku znajomych, którzy nie żyją. Sześciu truposzy z twojego zeszytu. I to są młode truposze. Naprawdę wybuchły emocje, jak to odkryłam. Gorąco mi się zrobiło i chciałam w pierwszej chwili rzucić łup i uciec, ale coś mnie powstrzymało.

– Ludzie umierają – mruknąłem, ale nie potrafiłem ukryć zmieszania. – Młodzi, starzy, wszyscy.

– No umierają, pewnie. Ale słuchaj dalej, co odkryłam. Najlepsze jest to twoje domowe laboratorium. Te rośliny. Wiesz, że istnieje aplikacja do wyszukiwania obrazem? Inaczej nigdy bym się nie domyśliła, co to za roślinki tam uprawiasz. Zbadałam trzy – wszystkie trujące! Wywołują paraliż mięśni, zatrzymują pracę serca, duszą, rozpuszczają flaki i zawsze na końcu zabijają. No i jeszcze te dziwne pojemniki z tym białym czymś. I ten kombinezon, i maska, jakby tam było coś, co może zabić. Znowu się wystraszyłam, wtedy to już nie na żarty. Wszystko wskazywało, że jesteś zdrowo pojebanym czubkiem albo seryjnym mordercą. Zabrałam więc wszystko, co mogłam opylić, i uciekłam, ale teraz już ochłonęłam i się nie boję – wyznała i chwyciła znowu w palce czaszkę zwisającą z obroży. Milczała i patrzyła na mnie wyczekująco.

– Nie jestem seryjnym mordercą – wymamrotałem, marszcząc brwi. Jeszcze do końca nie pozbierałem się po jej tyradzie. Obnażyła mnie w dwie minuty. A ja myślałem, że jestem przebiegły.

– O, jesteś, jesteś – zaprzeczyła kilkukrotnie, kiwając głową. – Ale nie takim idiotą, co wali baby młotkiem w ciemnej uliczce, a potem gwałci stygnące ciała. Ty jesteś tym mądrzejszym i przez to bardziej niebezpiecznym.

Westchnąłem głęboko. Ta mała diablica nie była głupia. Tylko skąd brała taką pewność? Może blefowała?

– Wiesz, że zabijam i tak sobie tutaj przyszłaś pogawędzić? Nie boisz się?

– No nie, teraz już nie. – Podrapała się po nosie, co oznaczało pewną nerwowość. – Na początku strasznie się bałam, że mnie poćwiartujesz i rozpuścisz w wannie, a ja nie chcę umierać w taki sposób. Ja chcę zasnąć i się więcej nie obudzić. Tak sobie wymarzyłam. Zresztą już napisałam mail do wszystkich, że jakby mi się zmarło, to winny jest sąsiad spod osiemnastki. To też patent z filmów. Niezłe co? Mogę ci tego maila pokazać. Strasznie długi i z opisami, jak mnie molestowałeś, gwałciłeś, a potem otrułeś. Sekcja potwierdzi, że byłam gwałcona. Ale nie bój się. Opóźniłam wysłanie. Wyjdzie jutro o jedenastej pięć. Wątpię, że umiesz złamać hasło na Gmailu. Mam naprawdę mocne i zapisane jest jedynie tutaj – puknęła palcem w skroń – a nie w jakimś pliku tekstowym na pulpicie. Dlatego ty nigdy…

– Czego ty ode mnie chcesz!? – przerwałem jej. – Pieniędzy chcesz? No czego?

– No, teraz rozmawiamy. Ale nie. – Wzruszyła ramionami. – Po co mi pieniądze? Wcześniej potrzebowałam siana, bo chciałam kupić jakieś dobre tabletki, żeby zasnąć i się nie obudzić… – Oderwała wzrok od mojej twarzy i przeniosła go na ścianę. – Ale teraz nie, kiedy już wiem, kim jesteś – westchnęła i wyraźnie posmutniała.

– To czego chcesz? – zapytałem już spokojniej, bo zrozumiałem, do czego zmierzała. Wyczułem to w tonie jej głosu. Stracił tę zaczepną nutę. Obnażyła się przede mną i teraz mówiła prawdę.

– Masz chyba jakieś coś, co mnie bezboleśnie zabije? – zapytała. – Przecież trujesz ludzi, nie? Bez obawy – uniosła rękę w uspokajającym geście – napiszę list i wszystkim wyjaśnię, że chciałam się zabić i dlaczego, i że jesteś miłym panem, który zawsze mi dawał na fajki.

– Nie wspominaj o mnie tam – syknąłem.

– Luz! Żartowałam przecież. – Przewróciła oczami. – Strasznie spięty jesteś jak na mordercę.

Zacisnąłem szczęki. Pieprzona diablica. Nie wiedziałem, co robić.

– No i jak będzie? – zapytała po długiej chwili.

– Nie wyglądasz na taką, co chce się zabić. – Spróbowałem zyskać na czasie. – Jakoś ci tak za wesoło. To mi śmierdzi.

Pokiwała głową i nagle rysy jej twarzy zwiotczały. Z warg zniknął sztuczny uśmieszek.

– Dobrze. – Nabrała powietrza w płuca i powoli je wypuściła. – W takim razie powiem ci prawdę. To wszystko – wskazała na siebie – to tylko maska. Utwardzałam ją przez lata, więc wielu potrafię zmylić, ale w środku jestem jak cuchnąca galareta. Bez tej zewnętrznej skorupy już dawno bym się rozleciała na kawałki. Uważasz, że powinnam płakać i się wysmarkiwać tutaj tobie w rękaw? Nie. Tacy to tylko na pozór chcą się zabić, ale się boją i liczą na jakiś cud. Ja wiem, że cudu nie będzie. A maskę mam od tak dawna, że zapomniałam już, że ją noszę. Tylko w nocy… – Przerwała i machnęła ręką, jakby chciała zaznaczyć, że temat jest zakończony. – Dobra. Słuchaj… A jak ty w ogóle masz na imię?

– Tomasz.

– Słuchaj, Tomasz – podjęła na nowo. – Decyzja została podjęta. Nie chcę się przechwalać, ale mam teraz twoje jaja w łapie. Albo mi pomożesz, albo przyjdzie tu policja. Przecież mnie teraz nie zabijesz, co?

– W ogóle nie chcę cię zabijać. I śmierdzi mi ta twoja ochota na samobójstwo. Po co ci ta trucizna? Dlaczego w ogóle chcesz się zabić?

Zamiast odpowiedzieć zaczęła tępo patrzeć w ścianę. Jej oczy zaszkliły się. Zmarszczyła brwi. Wstała i zrzuciła ręcznik do wycierania podłogi na dywan.

– Mogę ci udowodnić, że jest powód – szepnęła i spuściła głowę. Mokre czarne włosy utworzyły wokół jej twarzy zasłonę. – To mi nie zaszkodzi. – Ton głosu dziewczyny zmienił się, jakby coś ścisnęło ją za gardło. Wstała z fotela i odetchnęła głęboko.

– Poczekaj tu, zaraz wrócę, nie ruszaj się.

Odprowadziłem ją do drzwi. Wyparowała z niej cała nerwowa energia, która jeszcze przed kilkoma minutami buchała z niej jak z garnka wrzątku. Przed wyjściem na klatkę schodową odwróciła się i jeszcze raz poprosiła, żebym poczekał, ale tak cicho, że słowa odczytałem jedynie z ruchu warg.

Wróciłem do salonu i usiadłem na łóżku, próbując się uspokoić. W piersi pulsowało gorąco, a w ustach czułem kwaśny smak. Chciałem ułożyć jakiś plan działania, ale gdy Ewa wróciła po kilku minutach, nadal siedziałem z twarzą ukrytą w dłoniach, nie zdoławszy sformułować pojedynczej sensownej myśli.

– Masz – rzuciła stertę płyt DVD na łóżko obok mnie. Plastikowe pudełka zaklekotały żałośnie. Jedno pękło. Na grzbietach czarnym markerem zapisano rok. Wybrałem najstarszą płytę i patrząc na Ewę, włożyłem ją do czytnika w laptopie. Usiadła znowu w fotelu, ale nie rozparła się na nim jak poprzednio. Złączyła kolana, zgarbiła się i oplotła klatkę piersiową ramionami, jakby rozbolał ją brzuch.

– No dalej – ponagliła mnie zmienionym przez wzruszenie głosem. – Oglądaj. Ja tutaj posiedzę. Nie chcę patrzeć.

Przeniosłem wzrok na ekran. Płyta zawierała kilkadziesiąt kilkuminutowych plików wideo. Uruchomiłem pierwszy i stwierdziłem, że to nakręcona amatorską kamerą pedofilska pornografia. Ewa miała na nim nie więcej niż trzy lata. Rozpoznałem ją bez trudu. Zamykała kurczowo oczy, ale uśmiechała się. Ktoś jej kazał się uśmiechać. Uruchomiłem losowo cztery filmy. Na każdym zobaczyłem innego mężczyznę. Serce zaczęło mi szybciej bić. Nagrania były ohydne. Wyjąłem płytę z czytnika i długo nie miałem odwagi spojrzeć Ewie w oczy. Kiedy w końcu podniosłem na nią wzrok, zasłoniła twarz włosami i patrzyła na swoje stopy.

– Wtedy miałam trzy albo cztery lata – szepnęła. – Zmusza mnie do tego, odkąd pamiętam. Nazywała to moją pracą. Utrzymuję w ten sposób ją i siebie. Ona nigdy nie pracowała.

Nie chciałem oglądać więcej, ale wziąłem jeszcze jedną płytę. Musiałem mieć pewność. Rok na grzbiecie pudełka wskazywał, że Ewa miała wtedy dziesięć lat. Znowu kilkanaście filmów, tym razem dłuższych. Kamera była już rozstawiona stabilnie na statywie, a nagrania lepszej jakości. Bez wątpienia znajdował się na nich Ewa.

– Możesz to już zabrać – odchrząknąłem, wyłączając komputer. – Nie potrzebuję więcej dowodów.

Zabrała płyty z biurka, usiadła w fotelu i położyła je sobie na kolanach.

Milczała przez kilka minut, pozwalając mi pozbierać myśli.

– I co teraz? – zapytała drżącym głosem. Skubała nerwowo zębami dolną wargę, a w palcach miętosiła naszyjnik z czaszką. – Dasz mi truciznę?

– A może po prostu przestań to robić – odparłem, ignorując jej pytanie. – Nie jesteś już dzieckiem. Przestań to robić. To nie twoja wina… – Wskazałem palcem na płyty. – To, co się działo, to nie twoja wina. Jesteś ofiarą.

– A może już nie chcę być ofiarą! – krzyknęła nagle tak gwałtownie, że drgnąłem na krześle.

Spojrzała mi w oczy i mimo łez na policzkach na jej ustach znowu pojawił się kpiący uśmieszek.

– O, widzę, że ty z tych, co radzą wziąć się w garść, spojrzeć na jasną stronę świata, na szklankę, która jest do połowy pełna, i takie inne pierdoły.

– Ja nie…

– Myślisz, że nie próbowałam? – Przerwała mi. – Chciałam z tym skończyć, pierwszy raz, jak miałam jedenaście lat. Przez kilka tygodni oni… przestali przychodzić, bo Mariola nie wiedziała, co robić. Ale potem skończyły się pieniądze. Ona naprawdę wydała wszystko. Bardzo dużo piła. Ciągle chodziła pijana. Zaczęli dzwonić o niezapłacone rachunki i wyłączyli prąd. Nie miałyśmy jedzenia. I tak bym wytrzymała, bo koleżanka ze szkoły mnie trochę dokarmiała, a czasami chodziłam do jadłodajni dla bezdomnych, ale matka zaczęła mi grozić, że to wszystkim pokaże. – Wskazała podbródkiem na płyty, które trzymała na kolanach. – Te nagrania. Nie wiedziałam o nich. Zamykałam wtedy oczy jak oni… Zawsze zamykałam oczy. – Przerwała nagle i zakryła twarz dłońmi. Raz, i tylko raz, podskoczyła jej klatka piersiowa. Szloch był tak cichy, że nic nie usłyszałem, chociaż siedziałem dwa metry od niej. Wiele, wiele nocy nauczyło ją płakać w ten sposób. Szybko odjęła dłonie od twarzy. Udało jej się powstrzymać łzy.

– Sorry za to – szepnęła z taką miną, jakby przepraszała za kichnięcie. – Czasami tak mi się zdarza. To tylko kawałek mięsa. – Pokazała na siebie. Przekrzywiła głowę i popatrzyła w sufit, jakby tam szukała ukojenia. – Ja jestem gdzie indziej, a to tutaj to jest kawałek mięsa wiszący na kościach. Mnie tu już dawno nie ma.

– Nie rób tego – poprosiłem, bo naprawdę zrobiło mi się jej żal. – To złe wyjście, uwierz mi. To jest…

– Decyzja zapadła. Już po wszystkim, od dawna. – Pokręciła głową. – Nadal to robię… – Wskazała na pudełka z płytami. – Ona mnie zmusza i to musi się skończyć. Tylko tak się może skończyć.

– To uciekaj. Odejdź od niej. Ja ci pomogę i dam pieniądze.

– Gdzie? Na ulicę? Nie mam żadnej rodziny. Nie znam ojca. Gdzie mam iść? Do domu dziecka? Do bezdomnych? Tam mnie i tak będą gwałcić, a może w końcu zabiją. A zresztą zapowiedziała mi, że jak ucieknę, to aplołduje te nagrania na wszystkie serwisy porno, jakie zna. Będę sławna.

– Problem nie jesteś ty, tylko twoja matka – stwierdziłem, ale Ewa przerwała mi gwałtownie. Przeniosła na mnie wzrok. Teraz rządził nią głównie gniew.

– Nie zabiję własnej matki – wycedziła powoli. – Może ty trujesz ludzi i się z tego cieszysz, pojebie, ale ja nie mogłabym jej otruć. – Zresztą jeden taki chciał mnie kupić. Miał kasę. Pokazywał gotówkę. Jakby mnie taki zabrał i zamknął gdzieś, a moja matka by milczała, to myślisz, że ktoś by coś zauważył? Dawał dużo pieniędzy, ale ona mnie nie sprzedała. Sama słyszałam. Nie pozwala mnie bić ani dusić, tylko samo… – Przełknęła ślinę z wysiłkiem, jakby nagle spuchło jej gardło. – Widziałeś sam.

Milczeliśmy długo. Ewa skuliła się w fotelu, a ja wbiłem wzrok w kwiatowe wzory starego dywanu, który leżał na podłodze. Wiedziałem, że nie będę w stanie jej przekonać. Rozgryzła mnie, byłem przegrywem chowającym się przed ludźmi, więc jak miałem odwieść zdecydowaną nastolatkę od samobójstwa? Próbowałem gorączkowo wymyślić jakiś inny sposób, by uniknąć mieszania się w sprawy Kryńskich, ale nic nie przychodziło mi do głowy.

– Nie masz wyboru – szepnęła, jakby słyszała moje myśli. Nie patrzyła na mnie, tylko na ścianę nad łóżkiem. – Daj mi truciznę, taką, która mnie zabije szybko i bezboleśnie. Jak umrę, to nic się nie stanie. Będzie tylko pustka. Ja chcę takiej pustki. Tu już mnie nic dobrego nie czeka.

– Nie rób tego, dziewczyno… – poprosiłem, ale nie potrafiłem znaleźć żadnego argumentu, żeby ją przekonać. Gdybym zaczął tłumaczyć, że całe życie przed nią i że wszystko się jakoś ułoży, znowu by mnie wyśmiała. Przechodziłem przez coś podobnego jak ona, gdy byłem nastolatkiem. Też chciałem się zabić. Gdybym miał szybką truciznę, tobym ją wtedy połknął. Ale żyła jeszcze moja matka. Nie chciałem, żeby się obwiniała. Ona zawsze obwiniała siebie o wszystko. Ojciec uczyniłby z jej życia piekło.

– Decyzja już dawno podjęta – odparła, prostując się w fotelu. – Z tobą czy bez ciebie i tak to zrobię. Wiem, że dla ciebie byłoby lepiej, jakbym z tym zaczekała. Zwinąłbyś te swoje wszystkie trutki, pozbył się dowodów i wyprowadził. Ale to niemożliwe. Masz czas do jutra rana. Będę pilnowała, czy czegoś nie wywozisz i czy nie uciekasz. Jeżeli coś zauważę, zadzwonię na policję, że produkujesz narkotyki. A może jeszcze powiem, żeby zbadali ciało Walerego na obecność trucizny. Pewnie to oleją, ale kto wie? Może trafię na takiego, który chce się wykazać?

Wystraszyła mnie tą groźbą. Poczułem, że brakuje mi powietrza. Miałem wrażenie, że ktoś wsadził mi głowę w imadło i cały czas przykręcał śrubę. Nie bałem się więzienia, nie, to było bez znaczenia. W więzieniu pożyłbym najwyżej kilka miesięcy, a potem umarłbym na wylew. Bałem się tylko tego, że nigdy nie pozbędę się strachu przed nocą.

– Co ci jest? – Usłyszałem gdzieś z daleka głos Ewy. Pochylała się nade mną, by mi zajrzeć w oczy. – W porządku? Co ty, zawał masz?

– Nie – wychrypiałem. – Zaraz mi przejdzie.

Wzruszyła ramionami, po czym odnalazła na podłodze szmatę i schyliła się, by zetrzeć błotniste ślady swoich trampek. Potem zaniosła ją do łazienki i umyła ręce.

– Słuchaj – gdy wróciła i usiadła w fotelu, spróbowałem ją odwieść od powziętych planów – nie sugerowałem wcześniej, żeby zabić twoją matkę. Można ją przekonać, porozmawiać, a może nawet wystraszyć. Może dałoby się inaczej?

– Decyzja zapadła – powtórzyła, a na jej stężałej twarzy nie drgnął nawet mięsień. Zielone oczy patrzyły zimno. Masz czas do jutra – westchnęła i podniosła płyty z filmami. – Jutro do jedenastej. Matki nie będzie od dziesiątej, bo ma fryzjera. Jak nie chcesz przyjść, to przerzuć truciznę na balkon. Jutro nie idę do szkoły.

Wyszła bez pożegnania, a ja długo jeszcze siedziałem w salonie z kwaśnym posmakiem w gardle i uczuciem gorąca w piersi. Chciałbym być lepszy w wyczuwaniu ludzi, ale nie potrafiłem odczytać najprostszych pragnień. Podobno przy nastolatkach wysiadali nawet najlepsi psychoanalitycy i pewnie gdybym znał się na ludziach, to i tak nie miałbym pewności. Jednak z filmami nie mogła mnie oszukać. Przyniosła wiele płyt z wielu lat. Nie wiedziała, ile ani jakie nagrania wybiorę do obejrzenia. To był pewnik – Mariola Kryńska sprzedawała swoją córkę od najmłodszych lat jej życia pedofilom i zboczeńcom.

Ewa miała rację – nie dała mi wyboru.

Zdecydowałem, że podam jej tabletki z morfiną, dla pewności pięć gramów, chociaż pewnie wystarczyłyby dwa, ale wcześniej środki przeciwwymiotne, żeby przez pierwsze stadium zatrucia przeszła w miarę bezboleśnie. Pomyślałem, że morfina będzie do niej pasowała. Nawet nikt nie zastanowi się, skąd ją miała. Na czarnym rynku można było dostać ją bardzo łatwo. Nawet ja zdołałem dotrzeć do odpowiednich ludzi, by ją kupić.

Wstałem z łóżka i poszedłem przygotować truciznę. Przebrałem się w foliowy skafander, założyłem maskę i rękawice. Zawsze stosowałem protokół, gdy wchodziłem do laboratorium. Zbyt wiele razy się zatrułem. Nie miałem dużo pracy – gotowe kapsułki wystarczyło jedynie wypełnić proszkiem. Przygotowanie odpowiedniej dawki zajęło mi kilkanaście minut. Musiałem zrobić wszystko precyzyjnie. Problem w tym, że chciałem, by jedną tabletkę, tę ze środkiem przeciwwymiotnym, przyjęła godzinę przed dawką morfiny. Nie mogłem zostawiać żadnych śladów, więc musiałem ją o tym poinformować osobiście. Wszelka korespondencja, papierowa czy elektroniczna, mogła doprowadzić do mnie policjantów.

Od wyjścia Ewy nie minęła nawet godzina. Postanowiłem od razu dostarczyć jej morfinę i poinformować, żeby wcześniej zażyła środek przeciwwymiotny. Włożyłem obie tabletki do foliowej torebki, wyszedłem z domu i zapukałem do mieszkania Kryńskich.

– Tak, już idę – usłyszałem za drzwiami. – Zakląłem w myślach, bo to nie był głos Ewy. Nie miałem już jednak czasu na ucieczkę. Zdążyłem jedynie schować tabletki z trucizną do kieszeni. Otworzyła mi blisko pięćdziesięcioletnia, nieco otyła, ale nadal atrakcyjna kobieta. Miała na twarzy dużo makijażu i sztuczny uśmiech, przyklejony do pełnych, powiększonych zapewne dzięki chirurgii plastycznej, ust.

– No, no, sąsiedzie – wycedziła powoli, przesadnie poruszając ustami, jakby chciała mi je zaprezentować w pełnej krasie. Kiwała mi jednocześnie groźnie palcem przed nosem, jakby karciła niegrzeczne dziecko. – Późno już. Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – zapytała nieco bełkotliwie. W obłoku duszących, intensywnych perfum, który buchnął z mieszkania, wyczułem wyraźnie alkohol. Oparła dłoń wysoko o framugę drzwi i opuściła jedno biodro. Skórzana spódnica zaskrzypiała, jakby miała się za chwilę rozerwać. Kobieta sięgnęła dłonią do pereł, wiszących nad głębokim dekoltem ciasnej bluzki.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wyciągnąłem w jej stronę rękę.

– Tomasz Berg – przedstawiłem się. – Jestem sąsiadem z naprzeciwka.

Wyciągnęła swoją dłoń tak, jakby chciała, żebym ją ucałował, ale tylko delikatnie nią potrząsnąłem.

– Mariola Kryńska – odparła i posłała mi cierpki uśmiech. – A więc co pana sprowadza, sąsiedzie, po tylu latach? I to w nocy? – zapytała, wzdychając. Była zapewne rozczarowana moimi manierami.

– Przepraszam za późną porę, ale usłyszałem, że pani niedawno wróciła, i przyszedłem zapytać, czy ma pani może coś przeciwbólowego?

Zmarszczyła brwi. Myślenie przychodziło jej z trudem. Była bardziej pijana, niż mi się początkowo wydawało.

– Mam, na pewno. Zawsze noszę coś ze sobą. – Cofnęła się do przedpokoju i wzięła do rąk małą skórzaną torebkę. Pogrzebała w niej i po chwili podała mi blister.

– Ratuje mi pani życie, sąsiadko. – Popatrzyłem na tabletki paracetamolu i ukłoniłem się.

– Głowa boli? – zapytała, gdy giąłem się już w ukłonach pożegnalnych.

– Tak, głowa. – Dotknąłem czoła i zmrużyłem oczy. – Nie mogę przez to spać. Potworne, to jest potworne.

– Mnie też często boli i rozumiem pana, panie Tomaszu – westchnęła. – Proszę się nie wahać, jakby pan jeszcze chciał kilka albo inne. Mam wiele różnych tabletek.

– Nie, te są dobre – odpowiedziałem, zerkając na blister. Wezmę ze dwie i będzie dobrze.

– Niech pan za dużo nie bierze, bo pęknie panu wątroba. Najwyżej sześć tabletek na dobę. Wie pan, że to trucizna?

– Tak, ale każdy czasem musi zażyć truciznę, pani Mariolu – bąknąłem i od razu pożałowałem tych słów. Następnego dnia rano mogła je sobie przypomnieć i przez to wpędzić mnie w kłopoty.

Zamrugała powiekami i zmarszczyła brwi.

– Co pan ma na myśli?

No i proszę. Doigrałem się.

– Każdego czasem boli i musi połknąć tabletkę – wytłumaczyłem i uniosłem blister na wysokość oczu.

– No tak – odparła i jej rysy twarzy się rozluźniły. – Ale proszę mi mówić po imieniu, dobrze?

– I wzajemnie, Mariolu. Jestem Tomasz. Nie lubię zdrobnień.

– Dobrze, Tomaszu – uśmiechnęła się. Miała naprawdę magnetyczny uśmiech. Z takim repertuarem uśmiechów i seksownych ruchów mogła być atrakcyjna nawet dla dużo młodszych mężczyzn.

Cofnąłem się o krok i ukłoniłem.

– Jesteś mi winien odwiedziny za tę przysługę, pamiętaj! – Pogroziła palcem uzbrojonym w długi paznokieć, ozdobiony klasycznym francuskim manikiurem.

– Oczywiście, jestem zobowiązany – zgodziłem się natychmiast i znowu pożegnalnie się ukłoniłem.

– Zapraszam jutro wieczorem.

– Może pojutrze, bo jutro akurat…

– To pojutrze o dwudziestej – zaproponowała niespeszona poprzednią odmową.

– Dobrze – zgodziłem się bez wahania. Miałem nadzieję, że wizyta stanie się nieaktualna, gdy Kryńska odkryje, że jej córka jest martwa. Zresztą i tak nie zamierzałem się u niej zjawić.

Wróciłem z ulgą do siebie. Gdy znalazłem się za drzwiami mieszkania, oparłem się o nie, jakbym uciekł groźnemu, śliniącemu się psu.

W salonie czekała na mnie Ewa. Znowu zapomniałem o zamknięciu drzwi balkonowych. Stała boso za biurkiem, mokra od deszczu i wyglądała jak duch. Miała na sobie tylko koszulę nocną z rysunkiem zakapturzonej kostuchy z kosą. Na przodzie widniał napis: „Never fear the inevitable”.

– Masz dla mnie truciznę? – zapytała, wyciągając rękę.

Skinąłem głową. Wyjąłem foliową torebkę z morfiną z tylnej kieszeni spodni i położyłem ją na otwartej dłoni Ewy.

– Mniejszą tabletkę weź godzinę przed większą, żeby nie czuć mdłości i żeby wszystko poszło w miarę bezboleśnie. Potem połykasz tę drugą i kładziesz się spać. Już się nie obudzisz.

Poczułem dziwne zimno na karku, gdy wypowiedziałem ostatnie zdanie.

– Co to za trucizna? – zapytała, podnosząc foliowy woreczek.

– Morfina.

– O, morfina – szepnęła i pokiwała głową, przyglądając się tabletkom. – Oldskulowo… – Uśmiechnęła się lekko. – Nie jakieś głupkowate syntetyki.

– Tak – przyznałem. – Oldskulowo.

Przez chwilę tak tam stała. Wyraźnie posmutniała, zgarbiła się i wydała mi się słaba i krucha.

– Dobra, dzięki – westchnęła głęboko. Przez całą rozmowę nie spojrzała mi w oczy. – To idę…

– Ewa, posłuchaj. – Zatrzymałem ją, gdy jedną nogą przekroczyła próg balkonu. Odwróciła się i spojrzała na mnie, ale nadal nie w oczy. Błądziła wzrokiem po mojej twarzy i nie wiedziała, gdzie się zatrzymać.

Przełknąłem z wysiłkiem ślinę. Takie wyznania przychodziły mi z trudem.

– Naprawdę miło mi było cię poznać. Nie zasłużyłaś na to, co cię spotkało, i źle, że taki koniec wybrałaś… – Przerwałem, szukając odpowiedniego słowa. – Jesteś wartościowym człowiekiem. Wartościową dziewczyną.

Usta jej drgnęły, ale nic nie odpowiedziała. Zniknęła bez słowa w mroku.

Gdy odeszła, poczułem ciężar, ale pocieszałem się, że nic nie mogłem zrobić. Miałem przeczucie, że nie blefowała, i gdybym nie dał jej trucizny, poinformowałaby policję.

Przed położeniem się do łóżka uruchomiłem jeszcze ostatni raz komputer. Michał Kuciński nie opublikował już postów. Pomyślałem, że zapadł w śpiączkę i do rana umrze gdzieś pod kołdrą w łóżku jednego ze swoich przyjaciół. Nie miałem jednak stuprocentowej pewności i wiedziałem, że dzisiejszej nocy to on będzie głównym bohaterem moich koszmarów.

3

Obudziłem się mokry od potu. Duszący ciężar gniótł mi klatkę piersiową i nie pozwalał nabrać powietrza, a w ustach czułem smak krwi. Ciało spuchło i zdrętwiało jednocześnie. Przekręciłem się na bok i pokonując sztywność mięśni, wyjąłem osłony, które zakładałem na zęby, by podczas snu nie zetrzeć ich do dziąseł i nie odgryźć sobie języka.

Gdy podniosłem się z łóżka, poczułem pieczenie na skórze. W nocy rozdrapałem stare strupy i zrobiłem kilka nowych. Podwinąłem piżamę. W kilku miejscach musiałem ją oderwać od ran. Syknąłem i sięgnąłem po plastry. W szafce trzymałem szpulę wraz ze środkiem antyseptycznym w sprayu. Obficie spryskałem zakrwawioną skórę, potem odciąłem nożyczkami odpowiednio duże opatrunki. Zaklejenie wszystkich zadrapań zajęło mi kilka długich, bolesnych minut.

Koszmary okazały się gorsze niż zwykle. Sądziłem, że spowodował to stres wywołany przez Kryńską. Jak się spodziewałem, rolę kata odgrywał Kuciński, ale coś mówiło mi, że był to ostatni rozbłysk spadającej gwiazdy. Nieżywi nie pojawiają się w moich snach. Ta zasada zawsze się sprawdzała. Tym razem oprócz niego w moim koszmarze pojawiła się Ewa Kryńska – i to mnie przeraziło.

Jak każdej nocy od czterech miesięcy, wszystko rozpoczynało się na szkolnym korytarzu mojego dawnego liceum. Kuciński, otoczony wianuszkiem kolegów i zwykłych ciekawskich, pokazywał ekran laptopa. Podszedłem bliżej. Nie chciałem widzieć, co tam pokazuje, ale on specjalnie odwrócił urządzenie w moją stronę. Spodziewałem się twarzy Elżbiety, ale zamiast niej w filmie ukazała się Ewa Kryńska. Eksplodowałem gniewem i nienawiścią. Krzyczałem, tupałem i wykrzykiwałem obelgi – robiłem to, na co nigdy nie odważyłbym się w rzeczywistości. Kuciński początkowo śmiał się, a potem pchnął mnie na ścianę i zaczął bić. Miał nade mną przewagę wzrostu i siły. Jego pięści były jak uderzenia stalowego pręta, a moje biły w kamienny mur.

Inni uczniowie zamienili się w świnie – wielkie, tłuste knury z długimi kłami. Zaczęły kwiczeć tak głośno, że pękały mi uszy, tratować ostrymi racicami, a potem ogryzać nogi i ręce ze skóry i mięśni. Krzyczałem tak głośno, aż zdarłem gardło, ale niczego nie mogłem zrobić.