Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 529 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trawers - Remigiusz Mróz

Finał bestsellerowej trylogii z komisarzem Forstem autorstwa Remigiusza Mroza, najgorętszego nazwiska polskiego kryminału.
Wszystkie pożary zgasły. Zostały tylko zgliszcza.
Grupa uchodźców miała zostać w Kościelisku tylko przez trzy dni. Wójt zakwaterował ich w sali gimnastycznej, czekając, aż rząd znajdzie dla nich stałe miejsce pobytu.
Wszystko zmieniło się, gdy przypadkowy turysta został odnaleziony martwy na szlaku prowadzącym na Czerwone Wierchy. Odcięto mu opuszki palców, wybito wszystkie zęby, a w ustach umieszczono syryjską monetę. Czy Bestia z Giewontu powróciła? A może to któryś z uchodźców jest winny? Rozpoczyna się nagonka medialna, a wraz z nią śledztwo prowadzone przez Dominikę Wadryś-Hansen.
Tymczasem Wiktor Forst wsiąka coraz bardziej w więzienny świat, zupełnie nieświadomy tego, że na wolności jest ktoś, kto liczy na jego ratunek…

Opinie o ebooku Trawers - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Trawers - Remigiusz Mróz

 

 

 

 

Ratownikom TOPR.

I nie trzeba dodawać, za co.

 

 

 

Kto jestem, to mnie dzisiaj tajemnicą...

Mój zakon dziwny, mój klasztor wspaniały!

Jam jest... – i wskazał na tatrzańskie skały.

– Mnich,Seweryn Goszczyński

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

1

Wiktor Forst nie odrywał wzroku od strzykawki. Umieścił końcówkę igły przy żyle, zaciskając gumową opaskę nieco mocniej. Potem powoli przycisnął tłok i obserwował, jak ciemny płyn znika z przezroczystego korpusu.

Ledwo komisarz wypuścił opaskę spomiędzy zębów, kompot dostał się do krwiobiegu, wywołując poczucie błogości, spokoju i odprężenia. Forst zamknął oczy, mając wrażenie, jakby po ciężkim, długim dniu w końcu wziął gorącą kąpiel. Ułożył się na więziennej pryczy i zatopił w idyllicznym upojeniu.

Efekt ten stanowił jedną z największych zalet heroiny, jednak dla Forsta ważniejsze było to, że narkotyk tłumił ból. Zupełnie i bezwzględnie. Migrena, która towarzyszyła Wiktorowi, od kiedy pamiętał, znikała w okamgnieniu. Żaden inny środek nie działał na niego w taki sposób, w dodatku dzięki niemu Forst nie myślał o tym wszystkim, przez co trafił do więzienia.

Początki były trudne. Nigdy wcześniej nie próbował nawet marihuany, nie mówiąc już o dawaniu sobie w żyłę. Towar przemycono mu w sztyfcie Old Spice. Zaskakujące, ile można było w nim zmieścić. Pierwsza przesyłka zawierała trochę kompotu, dwumililitrową strzykawkę i pięć igieł jednorazowych. Wszystko było starannie owinięte folią i umieszczone tuż pod częścią kosmetyczną.

Forst szybko zabrał się do roboty, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Miał do odsiedzenia dwadzieścia pięć lat, wyczerpał drogę odwoławczą i nie mógł liczyć na przedterminowe warunkowe zwolnienie. Mógł za to mieć nadzieję, że dzięki heroinie na dobre zapomni o wszystkich swoich problemach. Przede wszystkim o migrenie, ale także o bólu, którego istnienia nie był nawet świadomy.

Wymiotował, niemal tracił przytomność, żałował, że podjął taką, a nie inną decyzję. Każdy kolejny raz był jednak błogosławieństwem. Wiktor w końcu przestał myśleć o Oldze Szrebskiej, jej grobie na Powązkach, Bestii z Giewontu i człowieku, którego zabił na Ukrainie. Człowieku, przez którego trafił za kratki.

Przypuszczał, że przeszłość już go nie dogoni. Nie tutaj, nie teraz, gdy wreszcie znalazł sposób, by raz na zawsze odciąć się od wszystkiego.

Był w błędzie. I przekonał się o tym, kiedy dostał którąś z kolei przesyłkę. W paczce znajdowało się kilka rzeczy niebudzących podejrzeń – trochę jedzenia, pasta do zębów, szczoteczka i gąbka do mycia. Jedzenie i pasta zostały skrupulatnie sprawdzone, natomiast żaden ze strażników nie zainteresował się gąbką. Przynajmniej nie na tyle, by zobaczyć niewielkie nacięcie, dzięki któremu do środka włożono parę porcji kompotu.

Forst czekał na przesyłkę z niecierpliwością, ale kiedy tylko odwinął folię z gąbki, natychmiast zapomniał o tym, co znajduje się w środku. Zapach uderzył go jak obuch. Znajomy, stanowczo zbyt znajomy. Surrealistyczny, jakby pochodzący z zupełnie innego świata.

Przez chwilę wmawiał sobie, że to nieprawda, że się pomylił. Ostatecznie jednak nie miał wątpliwości. Gąbka została skropiona perfumami Kenzo Amour. Takimi samymi, jakich używała Olga.

Umysł wzbraniał się przed implikacjami tego odkrycia, ale kiedy początkowy szok minął, Forst zrozumiał, że Bestia z Giewontu jeszcze z nim nie skończyła.

 

 

2

Wyglądał coraz gorzej. Jeszcze miesiąc temu Edmund Osica był przekonany, że jego dawny podkomendny nie może już bardziej wychudnąć. Teraz jednak był zmuszony zmienić zdanie. Forst miał zapadnięte policzki, ręce i nogi cienkie jak patyki i wyraźnie widoczne żebra.

Usiadł naprzeciw Edmunda i popatrzył na niego pustym wzrokiem. Przez moment milczeli. Potem Wiktor odchrząknął i rozejrzał się po sali widzeń.

– Miło, że pan wpadł, panie inspektorze.

Osica zacisnął usta.

– Nie bądź bezczelny, Forst – powiedział. – Przychodzę tutaj co tydzień, ale o ile mnie pamięć nie myli, to pierwszy raz, kiedy zdecydowałeś się wyjść z celi.

Wiktor wzruszył ramionami.

– Tylko tyle masz mi do powiedzenia?

– A czego więcej potrzeba?

– Przydałoby się kilka słów wyjaśnienia.

– W takim razie proszę bardzo: nie przychodziłem, bo nie widziałem w tym celu.

– Cel jest taki, żeby…

– Nie wyjdę stąd przed czasem, nie uda się zmienić kary i nie mam co liczyć na przeniesienie w lepsze miejsce. Nasze rozmowy nic by nie zmieniły.

Miał rację. Sąd i tak poszedł mu na rękę, włączając do wyroku skazującego elementy decyzji klasyfikacyjnej – dzięki temu został przeniesiony do zakładu typu półotwartego dla osób odbywających karę po raz pierwszy. Nie było tutaj zakapiorów, którzy zabiliby go bez mrugnięcia okiem… a jedynie tacy, którzy przez moment się zastanowią, zanim to zrobią.

Osica przyjrzał się Forstowi. Po przejściach w areszcie przy Montelupich były komisarz miał nieco przekrzywioną szczękę. Prawy kącik ust lekko się uniósł, sprawiając wrażenie, jakby Wiktor nieustannie uśmiechał się pod nosem. Inspektor nie dostrzegł jednak żadnych świeżych ran ani siniaków. Wyglądało na to, że Forst radzi sobie na Podgórzu całkiem nieźle.

Nie licząc narkotyków. Edmund nie potrzebował wyników badania krwi, by dojść do wniosku, że Wiktor coś bierze. Był ospały, źrenice miał zwężone, wzrok mętny, a skórę bladą. Tu i ówdzie Osica widział żółtawe wypryski, które pokrywały cerę większości ćpunów. Skrajne wychudzenie i nieustanne drapanie się w zgięciu łokcia rozwiewały wszelkie wątpliwości.

Edmund poprawił się na krześle, niemal żałując, że tu przyszedł. Nie mógł nic zrobić dla Forsta. Rozmowa w niczym nie pomoże, a jeśli chodziło o przysługi w służbie więziennej, wszystkie już wykorzystał. Wiktor także o tym wiedział… a mimo to tym razem postanowił się z nim spotkać.

Osica ściągnął brwi, wbijając wzrok w oczy skazańca.

– Co się zmieniło? – zapytał.

– Wszystko się zmienia, panie inspektorze. Tyle że na zewnątrz, bo tutaj… – Urwał i rozłożył ręce.

– Więc dlaczego zmieniłeś zdanie co do rozmowy?

– Bo potrzebuję pomocy.

– W czym? – zapytał Edmund i zniżył głos. – Chcesz pieniędzy? Papierosów?

– To nie ma tu znaczenia.

– Słyszałem co innego. To waluta, Forst, powinieneś…

– Na walutę pochodzącą ode mnie obowiązuje embargo, panie inspektorze – przerwał mu i westchnął. – Nikt nie przyjmie czegokolwiek od byłego policjanta. Chyba że mówimy o zaproszeniu do bitki. To przyjmują wyjątkowo chętnie.

Osica odchrząknął i znów się poprawił. Miał wrażenie, że usiadł na wyjątkowo niewygodnym krześle.

– Więc o co chodzi?

– O pomoc na zewnątrz.

Nie brzmiało to najlepiej. Znając Forsta, mogło chodzić wyłącznie o działania wbrew prawu. Edmund właściwie nie miałby nic przeciwko, gdyby nie to, że był pod lupą. Po tym, jak jego podwładny został skazany niemal na najwyższy wymiar kary, komendant rejonowy patrzył na niego nieufnie. Właściwie należało uznać za cud, że Edmund nie wyleciał z pracy.

– A konkretnie? – spytał Osica. – Czego oczekujesz?

– Dostałem niedawno pewną przesyłkę.

– Jaką?

– Z kilkoma artykułami pierwszej potrzeby.

– Z heroiną, tak?

Forst uniósł brwi.

– Drapiesz się po miejscu, gdzie dajesz sobie w żyłę – wyjaśnił Edmund, wskazując przedramię. – Początkujący tak mają. Jak zaczniesz strzelać w okolice kostki, gdzie skóra jest najcieńsza, będziesz się bardziej pilnować.

– Nie biorę heroiny.

Osica uniósł wzrok, trwał przez chwilę w bezruchu, a potem pstryknął palcami.

– Nie, oczywiście, że nie. Przynajmniej nie czystą – przyznał. – Jest za droga. Ty kupujesz kompot, nasz polski wynalazek z lat siedemdziesiątych. Chwała dwóm studentom chemii, którzy wynaleźli ten tańszy substytut.

Forst milczał.

– Powiesz mi, co było w tej przesyłce?

– Gąbka spryskana perfumami Olgi.

– Że co proszę?

– Ktoś wysłał mi jasną wiadomość.

Osica otworzył usta, ale się nie odezwał. Wciągnął głęboko powietrze, a potem pokręcił głową, jakby właśnie usłyszał największą głupotę.

– Wydawało ci się, Forst.

– Nie.

– W tym przesiąkniętym smrodem miejscu wszystko, co pachnie nieco lepiej, musi przywodzić na myśl najmilsze znane ci…

– To jej perfumy.

Ręka drgnęła Wiktorowi, gdy znów poczuł potrzebę, by podrapać się w miejscu iniekcji. W porę jednak się zmitygował, po czym zaczął odwijać zakasany rękaw. Osica wbijał wzrok w jego oczy i czekał na więcej informacji.

Szybko jednak zrozumiał, że musi je wyciągnąć z komisarza.

– W porządku… – podjął. – Załóżmy, że masz rację.

– Nie musimy zakładać. Tak jest.

– Niech będzie. W takim razie wytłumacz mi, po co ktokolwiek miałby przysyłać ci coś takiego?

– Są dwie możliwości.

Osica sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale nie miał zamiaru o tym wspominać. Może ta namiastka śledztwa okaże się terapeutyczna? Może dzięki temu choć na moment Forst zyska cel? Nie, to mrzonki, nie było sensu się oszukiwać. Wiktor dawno popadł w apatię, z której prawdopodobnie już nie wyjdzie.

– Albo Bestia z Giewontu chce sobie ze mnie zadrwić, albo Olga żyje.

– Słucham?

– Chyba nie sądzi pan, że zabójca rzeczywiście powiesił się w górach, jak każą nam myśleć media?

– Nie, Forst, nie. Co do tego nie mam wątpliwości. Ale…

– Olga.

– Tak – odparł Osica i wypuścił ze świstem powietrze. – Rozumiem, że narkotyki przepełniają cię… optymizmem czy pogodą ducha, ale to wyjątkowe brednie, nawet jak na ciebie.

Znów zaległa cisza. Edmundowi przemknęło przez myśl, że istnieje jedna zasadnicza różnica między Forstem a typowymi ćpunami. W przypadku tych ostatnich rozmowom zawsze towarzyszył rozbiegany wzrok, nerwowość i nadpobudliwość. Tymczasem Wiktor patrzył mu prosto w oczy i miał kamienny wyraz twarzy.

– Rozumiesz, co mam na myśli…

– Rozumiem, panie inspektorze.

– Więc skąd ten wniosek?

– Stąd, że Bestia z Giewontu nie bawi się w półśrodki.

– Hę?

– Zwykłe gry nie robią na tym człowieku wrażenia. Nie dostarczają mu odpowiednich emocji. Zakładam więc, że nie pogrywałby sobie ze mną w ten sposób. Nie przysyłałby mi perfum tylko po to, żeby się ze mną podrażnić.

Edmund głośno przełknął ślinę. Było to logiczne założenie, ale stanowczo niewystarczające, by wysuwać tak daleko idące wnioski.

– Miałem sporo czasu, by się nad tym zastanowić.

– Nie wątpię.

– I to jedyna sensowna konkluzja.

Osica podrapał się po głowie. Czuł się dziwnie bez czapki oficerskiej i munduru, ale wyszedł z założenia, że lepiej będzie, jeśli zjawi się na Podgórzu w stroju cywilnym. Jego żona zwykła mawiać, że wygląda wtedy dziwnie – i tkwiło w tym ziarno prawdy. Edmund znacznie lepiej czuł się w swoim… naturalnym ubiorze.

Spojrzał na Forsta. Zaletą odbywania kary w zakładzie typu półotwartego było to, że mógł nosić typowe dla niego czarno-czerwone koszule w kratę. Gdyby trafił tam, gdzie w istocie było jego miejsce, musiałby nosić czerwony strój oznaczający „enkę”, więźnia niebezpiecznego.

– Masz za dużo czasu na myślenie, Forst.

– To prawda. Ale dzięki temu wiem, że ona żyje.

Edmund nie słyszał nadziei w jego głosie. Nie widział też jej w oczach skazańca. Dostrzegał za to pewność. Uznał, że być może nie powinien się dziwić – racjonalność opuściła Wiktora zapewne na długo przed tym, jak trafił na Podgórze.

– Załóżmy, że masz rację – powtórzył Osica. – W jakim celu Bestia z Giewontu miałaby ci przysyłać tę wiadomość?

– By się nade mną znęcać.

– Mówiłeś, że nie bawi się w takie gierki.

– To nie gierka. To katorga, panie inspektorze.

– No dobrze… – odparł Edmund i potarł skronie. – Ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie. Dlaczego to robi?

– Nie wiem. Jestem na jego celowniku od czasu, kiedy wyciągnąłem tamtą monetę z ust ofiary na Giewoncie. I od tamtej pory nie udało mi się ustalić, dlaczego ja.

Osica także wiele razy zadawał sobie to pytanie. Było jednym z tych, na które nie istniała żadna dobra odpowiedź.

– Jego motywacje zresztą mnie nie interesują – dodał Wiktor. – Chcę tylko, by znalazł pan Olgę.

– Na miłość boską… czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Pogrzebałeś ją. Byłem tam, Forst.

– Chowaliśmy zamkniętą trumnę.

– Tak, ale…

– W dodatku akta sprawy mówią, że nie sprawdziłem jej pulsu w szpitalu.

– Akta sprawy mówią? To sam nie pamiętasz?

– Nie – przyznał Wiktor i po raz pierwszy spuścił wzrok. – Tamte chwile widzę w pamięci jak przez mgłę. Wydaje mi się, że sprawdziłem puls na przegubie ręki, ale…

Osica sądził, że za moment dokończy, jednak Forst zamilkł.

– To nie ma znaczenia – ocenił podinspektor. – Stwierdzono zgon, zamknięto ją w kostnicy, a potem opuszczono w trumnie do ziemi.

– Najwyraźniej nie.

– Sugerujesz, że ktoś w magiczny sposób przeniósł ją gdzie indziej?

– Nie ma w tym żadnej magii, panie inspektorze. Przeciwnie.

Edmund wiedział już doskonale, o co poprosi go były podkomendny. Nie musiał nawet werbalizować swojej prośby, by wszystko stało się jasne. Obaj zdawali sobie z tego sprawę.

Forst podniósł wzrok.

– Dowie się pan, czego może? – zapytał.

– Ależ…

– Nigdy o nic pana nie prosiłem, panie inspektorze.

Osica przypuszczał, że to prawda. Ilekroć Wiktor ładował się w kłopoty, zazwyczaj zdawał się albo tym nie przejmować, albo czerpać z tego satysfakcję. Nigdy nie znalazł się w na tyle opłakanej sytuacji, by prosić o pomoc.

– Teraz to robię – dodał. – I proszę, żeby miał pan otwarty umysł.

– W porządku.

– Trzeba to prześledzić. Od początku do końca.

– Zrobię tak, Forst – zapewnił go Edmund. – A gdybyś czegoś potrzebował…

– Potrzebuję tylko tego.

Zanim Osica zdążył odpowiedzieć, więzień się podniósł. Kilku strażników natychmiast się nim zainteresowało, a jeden ruszył w jego stronę. Chwycił za pałkę umocowaną do pasa i sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał krzyknąć, by skazany wrócił na miejsce. Szybko jednak zrozumiał, że Wiktor Forst załatwił już wszystko, co miał do zrobienia, i postanowił wrócić do celi.

Na odchodnym były komisarz obrócił się jeszcze przez ramię i posłał Edmundowi szybkie spojrzenie. Niewypowiedziany przekaz, który Osica dostrzegł w jego oczach, był jasny: liczę na ciebie.

 

 

3

Dyżury zdarzeniowe były zmorą wszystkich prokuratorów rejonowych. Nie miało znaczenia, czy jest weekend, dzień ustawowo wolny od pracy, środek nocy czy Wigilia. Zabójcy niespecjalnie przejmowali się kalendarzem, a śledczy musiał stawić się na miejscu, ilekroć dochodziło do zdarzenia ze skutkiem śmiertelnym.

Dominika Wadryś-Hansen sądziła, że już dawno ma to za sobą. Od kiedy została awansowana do prokuratury okręgowej, skończyły się obowiązki poza godzinami pracy. Przynajmniej do czasu, aż zmieniono prawo. Teraz zarówno prokuratorzy okręgowi, jak i apelacyjni musieli obsługiwać dyżury zdarzeniowe.

Do Kościeliska dojechała w niewiele ponad godzinę. Normalnie byłoby to absolutnie niemożliwe, ale nocą droga z Krakowa była niemal pusta. Krajowa siódemka zdawała się prosić kierowców o to, by przekraczali dozwoloną prędkość. I większość z pewnością to robiła, ale nie Dominika. Była legalistką niemal w każdym aspekcie życia – jedną z tych idealistek, prokuratorek na wymarciu, na które wszyscy inni członkowie palestry patrzyli z pewną podejrzliwością.

Może byłoby tak nawet bez jej zamiłowania do przestrzegania prawa. Już samym wyglądem wysyłała wszystkim wokół sygnał, że należy podchodzić do niej z rezerwą. Zawsze nosiła najlepsze garsonki, nawet kiedy miała uczestniczyć w przesłuchaniach doprowadzanych czy posiedzeniach w sprawach tymczasowego aresztowania. Nienaganny kok, stonowane perfumy i nierzadko nachalny savoir-vivre dopełniały obrazu i sprawiały, że Wadryś-Hansen pozostawała zawsze nieco z boku, poza głównym nurtem krakowskich jurystów.

Gdyby było inaczej, może dostałaby lepsze dyżury. Może tej nocy nie musiałaby jechać ponad sto kilometrów tylko po to, by dokonać oględzin zwłok na miejscu zdarzenia. Nie chodziło o nic wielkiego – śmierć gwałtowna gdzieś w Kościelisku. Niewiele było jeszcze wiadomo, ale Dominika spodziewała się, że to rezultat jednego z dwóch scenariuszy. Albo pechowy turysta wypił za dużo i został potrącony przez samochód, albo ktoś został zbyt długo w górach i zmarł w wyniku hipotermii.

W zimie ta druga ewentualność zdawała się bardziej prawdopodobna.

Wadryś-Hansen zjechała w lewo ze Strzelców Podhalańskich, tuż przed Gospodą Harnaś. Turyści zostawiali samochody po prawej stronie, na parkingu Kirzańka, ale na nią czekał otwarty szlaban przy kasie biletowej. Zatrzymała się przy nim, pokazała policjantowi bordową legitymację służbową, a potem pojechała dalej.

Z głośników sączyła się muzyka Portishead. Powolne, delikatne, lekko psychodeliczne dźwięki idealnie współgrały z wszędobylskim śniegiem. Po chwili Wadryś-Hansen opuściła oświetloną część szlaku i tylko dwa biksenonowe światła rozganiały mrok. Prokurator podgłośniła nieco wokal Beth Gibbons i zwolniła. Miała wrażenie, że każdy dźwięk odbija się ogłuszającym echem w otaczającej ją ciszy.

Kawałek za Wyżnią Kirą Miętusią wypatrzyła inne samochody. Nie było trudno, czerwono-niebieskich rozbłysków nie dało się pomylić z niczym innym. Zaparkowała obok wozu techników kryminalistycznych, założyła skórzane rękawiczki i wyszła z samochodu.

Spojrzała pod nogi. Może i miała niewielką obsesję na punkcie ubioru, ale nie była samobójczynią. Zamiast szpilek bodaj po raz pierwszy w życiu założyła do pracy ciężkie, porządne buty.

Ruszyła spokojnym krokiem w górę szlaku. Z tego miejsca na pierwszy z Czerwonych Wierchów, Ciemniak, było mniej więcej pięć kilometrów, jakieś cztery godziny drogi. Nie, cztery godziny w lecie, poprawiła się w myśli Dominika. W warunkach zimowych ten czas znacznie się wydłuży. Ściągnęła poły płaszcza, a potem sięgnęła po latarkę. Miała nadzieję, że zwłoki znaleziono gdzieś niedaleko.

Nie pomyliła się. Ofiara znajdowała się na polanie Upłaz, mniej więcej na wysokości tysiąca trzystu metrów. Wadryś-Hansen dotarła tam po godzinie. Przywitała się z technikami kryminalistycznymi, którzy rozstawili już cały sprzęt i czekali tylko na to, by prokurator formalnie rozpoczęła czynności na miejscu zdarzenia.

– Co mamy? – zapytała Dominika, mijając jedną z jeszcze wyłączonych lamp kryminalistycznych UV. Jak większość, tak i ta zapewne działała na baterii najwyżej dwie i pół godziny. Należało oszczędzać światło, dopóki nie zabiorą się do konkretów.

– Mężczyzna. Około trzydziestoletni. Brak dokumentów.

Wadryś-Hansen spojrzała na policjanta, który zabrał głos. Pamiętała go ze sprawy Forsta, choć nie mogła przypomnieć sobie, jak się nazywa. Zerknęła na plakietkę z nazwiskiem. Gomoła. Dwie gwiazdki na pagonach informowały, że ma stopień podkomisarza.

– Kto go odnalazł?

Funkcjonariusz wskazał na siedzącego w oddali chłopaka. Obok niego stała kobieta w mundurze i spisywała zeznania.

– Fotograf, który rzekomo zamierzał uwiecznić wschód słońca na tle grani Tatr Wysokich. Miał zamiar rozstawić się przed świtem na Czerwonych Wierchach.

Wadryś-Hansen przez chwilę patrzyła na chłopaka. Robiła to tylko po to, by odwlec nieco moment przyjrzenia się zwłokom. Już z oddali było widać, że wydarzyła się tutaj tragedia. Rozbryzgi krwi na śniegu wyglądały, jakby ktoś zrzucił wiadro czerwonej farby na ulicę. Trudno było uwierzyć, że to wszystko może pochodzić od jednego człowieka. Z drugiej strony w ciele ludzkim płynęło od pięciu do sześciu litrów krwi. Wystarczyło przeciąć dwie czy trzy tętnice, by śnieg wokół nagle zmienił barwę.

– Nie miał przy sobie żadnych rzeczy? – zapytała Dominika.

Gomoła potarł ręce, a potem wsunął je do kieszeni.

– Plecak. – Wskazał kilka metrów dalej.

Wadryś-Hansen zobaczyła kawałek taśmy policyjnej, ale resztę zasłaniała jej grupa ludzi. Błyskały flesze, trwały ciche rozmowy. Technicy skrupulatnie utrwalali każdy, nawet najmniej istotny szczegół. Jeden z nich nagrywał wszystko niewielką kamerą.

– W środku znaleźliśmy portfel, ale bez pieniędzy i dokumentów.

– A karty?

– Słucham?

– Karty zniżkowe do sklepów, do fryzjera, do fitness clubu, biblioteki…

– Nic.

Dominika ściągnęła ramiona i rozejrzała się. Księżyc tej nocy chował się za chmurami, nieprzenikniona czerń zdawała się wypełniać całą polanę. Kawałek dalej nad Upłazem górował Kominiarski Wierch i masyw Stoły, ale nie sposób było dostrzec nawet najbliższego wzniesienia. Świat zdawał się zaczynać i kończyć w miejscu, gdzie teren oświetlały lampy kryminalistyczne.

Wadryś-Hansen obróciła się. Za dnia po drugiej stronie rozciągałby się widok na Giewont. Wzdrygnęła się, przypominając sobie, co zdarzyło się tam w zeszłym roku. Kiedy tylko dostała wezwanie, pomyślała, że Bestia wróciła. Szybko jednak zmitygowała się i powtórzyła sobie w duchu, że to niemożliwe.

Owszem, człowiek, który powiesił się na Szatanie, w jej mniemaniu nie był prawdziwym zabójcą. Nie sądziła jednak, by ten kiedykolwiek wrócił. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zaszył się gdzieś na dobre, zadowolony, że media i organy ścigania są święcie przekonane o jego śmierci.

– Pani prokurator?

Dominika uświadomiła sobie, że Gomoła coś do niej mówił.

– Tak?

– Powiedziałem, że nie idzie go zidentyfikować.

– Tak, słyszałam. Nie ma przy sobie żadnych…

– Stracił o wiele więcej niż same dokumenty – wpadł jej w słowo podkomisarz.

Nie lubiła tego. Nie, było to niedomówienie. Wadryś-Hansen nie znosiła, gdy ktoś nie miał na tyle cierpliwości, by z wtrąceniem swoich trzech groszy doczekać do końca czyjejś wypowiedzi. Nie pomagało jej to w pozbyciu się łatki wyniosłej damy rodem z serialu „Downton Abbey”, ale zasady były zasadami.

– Co ma pan na myśli?

– Proszę spojrzeć – odparł Gomoła i wskazał na zwłoki.

Dominika spuściła wzrok. Najwięcej krwi znajdowało się w okolicach szyi i rąk. Nic dziwnego, tam najłatwiej było dobrać się do tętnic. Płynąca z niej posoka była żywoczerwona i wyraźnie kontrastowała z bielą śniegu.

– Odcięto mu opuszki palców – dodał podkomisarz.

– Słucham?

– Niech się pani przyjrzy.

Wadryś-Hansen uznała, że najwyższa pora to zrobić. Nabrała tchu, a potem skierowała snop światła z latarki na zwłoki. Pochyliła się, przyglądając się najpierw twarzy. Oczy były szeroko otwarte, wbite w bezgwieździste niebo. Rogówki zmętniały, jakby pokryły się warstwą mgły. Było w tym coś symbolicznego, jakby opadła kurtyna zamykająca życie tego człowieka.

Dominika nie potrafiła oszacować, jak wiele krwi straciła ofiara, ale z pewnością plamy opadowe nie będą tak rozległe, jak zwykle. W dodatku niska temperatura zrobi swoje – gdy odwrócą ciało na stole sekcyjnym, nie zobaczą tradycyjnej ciemnej barwy. Mróz wywoływał reoksydację hemoglobiny i sprawiał, że livores mortis stawały się różowawe.

Przełknęła zgęstniałą ślinę, starając się wrócić myślami do tego, co tu i teraz. Na dokładniejsze analizy będzie jeszcze pora, w tej chwili musiała skupić się na tym, kim był ten człowiek, a ponadto jak i kiedy umarł.

Stężenie pośmiertne jeszcze nie nastąpiło, co przy temperaturze poniżej zera nie było niczym dziwnym. Zwłoki znajdowały się w takiej samej pozycji, jak wtedy, gdy miejsce zdarzenia opuszczał zabójca. Mięśnie się nie skurczyły, kolana nie podkuliły, dłonie nie zacisnęły, a łokcie nie zgięły. Twarz się nie zmieniła. Wadryś-Hansen patrzyła na wyraz, z którym umarł ten człowiek.

Sprawiał wrażenie spokojnego, ale Dominika wiedziała, że to wyłącznie złuda. Oświetliła zamarzniętą twarz.

– Z kartą dentystyczną też będzie problem – odezwał się Gomoła.

– To znaczy?

– Ktoś wybił mu wszystkie zęby.

Usta były zamknięte, nie sposób było tego stwierdzić. Prokurator odwróciła głowę i posłała policjantowi krótkie spojrzenie.

– Ruszaliście ciało?

– Nie, oczywiście, że nie.

– Więc skąd wiecie, że został pozbawiony zębów?

Podkomisarz wskazał na bok. Wadryś-Hansen skierowała tam latarkę i zobaczyła niewielkie żółtawe elementy, które odcinały się na śnieżnobiałym podłożu. Kawałki siekaczy lub kłów.

– Zostawił tylko strzępki – odezwał się Gomoła. – Technicy nie łudzą się, że cokolwiek uda się z tego wyciągnąć. Nie złożymy nawet połowy zęba.

Dominika zaklęła w duchu. Zanim jednak zdążyła zastanowić się nad tym, dlaczego ktokolwiek miałby działać w taki sposób, zamiast po prostu zmiażdżyć szczękę, podszedł do niej biegły lekarz.

Przedstawił się jako Patryk Urban, po czym postawił torbę z zestawem kryminalistycznym obok jednej z lamp. Wyciągnął z niej niewielką szpatułkę i odpakował z folii.

– Możemy otwierać usta? – zapytał. – Czekaliśmy z tym na panią.

– Oczywiście.

Urban ostrożnie umieścił przyrząd między wargami denata, a potem odchylił delikatnie żuchwę.

– Muszę zobaczyć, czy usunięto wszystkie zęby czy tylko… – Nagle urwał i zamarł.

Dominika cofnęła się o półkroku, a Gomoła wydał z siebie cichy jęk, jakby widok sprawił mu fizyczny ból.

– Kurwa mać… – powiedział.

– To… – zaczął Patryk. – To niemożliwe – dodał, obracając się do Wadryś-Hansen. – Przecież ten człowiek zabił się na Słowacji. A drugiego… drugiego wpakowaliście do więzienia.

Prawdę powiedziawszy, Wiktora skazano za zupełnie inne przestępstwo, ale Dominika nie miała zamiaru o tym wspominać. Wbijała wzrok w monetę, która tkwiła w dziąśle ofiary. Ktoś wsunął ją tam z niemałą siłą, wyglądała, jakby zajęła miejsce zębów.

Przez moment trwała niczym niezmącona cisza. Polana Upłaz nagle zdawała się przenieść w osobliwe oko cyklonu. Nie słychać było nawet typowych dźwięków nocy. Powietrze jakby na moment stężało, wiatr zupełnie ucichł.

Prokurator nachyliła się nad otwartymi ustami zmarłego. Lekarz poprawił ułożenie lampy, by świeciła prosto w jamę ustną. Włożył szpatułkę głębiej, odsunął język, a potem przyjrzał się monecie.

– Arabskie napisy i symbol orła. Nic więcej nie widzę.

– Poproszę o zdjęcia – zwróciła się do jednego z techników Dominika.

Szybko obfotografował to, co znajdowało się w ustach zmarłego, a potem wyciągnął znalezisko i umieścił je w woreczku na dowody.

Gomoła nachylił się do Wadryś-Hansen.

– To możliwe? – szepnął.

– Wszystko jest możliwe, komisarzu.

– Ale to…

– Może to być naśladowca – zauważyła Dominika.

Nie zdążyła się nad tym zastanowić, ale właściwie było to dość logiczne założenie. Nie przypuszczała, by Bestia z Giewontu miała wrócić tak szybko. Kiedyś owszem, ale jeszcze nie teraz. Rozpoczynał się dopiero okres, który w nomenklaturze anglosaskiej dotyczącej seryjnych zabójców określano jako cooling-off period. Morderca uspokajał się, wracał do normalności, do swojego zwykłego życia. Na nowo zaczynała narastać w nim żądza zabijania i Dominika sądziła, że minie jeszcze sporo czasu, nim Bestia znów uderzy. Nie sposób było stwierdzić ile. Jeden z najbardziej wynaturzonych seryjnych zabójców, Dennis Rader, zamordował dziesięć osób na przestrzeni trzydziestu lat.

– Tak, może mieć pani rację… – burknął Gomoła.

Wadryś-Hansen nawet na niego nie spojrzała. Skupiała się na ofierze.

– Nawet gdyby Bestia z Giewontu żyła, nie zabijała przecież w ten sposób – ciągnął podkomisarz. – Tamten facet polował na szczytach, nie tutaj. I nie robił tyle burdelu.

Z tym Dominika mogłaby polemizować.

– Był… jak by to ująć… subtelny.

– Subtelny?

– Wie pani.

– Nie, nie wiem. W moim przekonaniu nie było nic subtelnego w jego czynach.

– A jednak popełniał je z klasą.

Wadryś-Hansen nie miała najmniejszej ochoty kontynuować tej rozmowy. Przypominała sobie zresztą, że Gomoła nie miał zbyt dobrej opinii wśród kolegów po fachu. Przełożeni natomiast darzyli go sympatią, zapewne dlatego, że ochoczo wypełniał każdy rozkaz.

Dominika chętnie widziałaby tu Osicę. Był to najprawdopodobniej jedyny człowiek, który podzielał pogląd, że Bestia z Giewontu nadal jest na wolności. Nie licząc Forsta. Ale jego należało usunąć z jakiegokolwiek równania.

– To nie w stylu tamtego gościa – dorzucił jeszcze Gomoła. – Musi mieć naśladowcę.

– Mhm.

– Co mnie wcale nie dziwi. Mało jest zwyrodnialców na świecie? Jeden podpatrzył drugiego i od razu zachciało mu się czegoś podobnego. Może nawet znaleźli się i tacy, co wielbili Bestię.

– Z pewnością.

– W dodatku kilku objawiło się podczas procesu, prawda? – kontynuował podkomisarz, wyciągając paczkę tanich papierosów. – Wyszło tam, że to jakaś sekta. Starochrześcijańska.

– Synowie Światłości.

– O, właśnie. Podobno Bestia kierowała tą grupą. Prawda to?

– Być może.

– W takim razie to mógł być któryś z członków tej sekty – oznajmił rzeczowym tonem Gomoła i zapalił.

Dominika w pierwszej chwili była gotowa przyjąć tę możliwość, ale kiedy zobaczyła monetę, zmieniła zdanie. Wyglądała na nową. Jak bilon, który nadal jest w obiegu. Owszem, miała arabskie napisy, ale nie przywodziła na myśl starożytnych monet, które wykorzystywali Synowie Światłości.

Patryk Urban w końcu wycofał szpatułkę, zawinął ją w folię i schował do torebki na odpady. Podniósł wzrok na prokurator.

– Co teraz?

– Teraz czas na opis – odparła Dominika i westchnęła. Wyciągnęła notatnik, starając się nie słuchać kolejnych hipotetycznych scenariuszy podsuwanych przez Gomołę. Zaczęła spisywać wszystko, czego wymagało prawo. Skrupulatnie omówiła wygląd i ułożenie zwłok, otoczenie i przedmioty znajdujące się w pobliżu, a potem zwróciła się do lekarza o oszacowanie czasu zgonu, przyczyny i rodzaju śmierci.

Wszystko odbywało się tak jak zawsze. Spokojnie, urzędowo, bez zbędnych emocji. Mimo że wyobraźnia mogła wskoczyć na wysokie obroty, wszyscy zgromadzeni byli profesjonalistami, zachowywali się tak, jak powinni.

Po chwili zrobili przerwę. Gomoła palił już trzeciego papierosa.

– Rozbieramy? – zapytał Patryk Urban.

– Nie ma przesłanek.

– Rozumiem.

– Przyjrzymy się dokładniej w prosektorium – odparła Dominika. – Na tym etapie widać jakieś znaki szczególne? Zmiany chorobowe?

– Nie.

Wypełniła odpowiednią rubrykę w formularzu. Potem zaczęła wpisywać szereg informacji w kolejnych. Płeć, przybliżony wiek… i wszelkie inne aspekty, które nie miały już teraz wielkiego znaczenia. Skończywszy, wiedziała, że tak naprawdę to dopiero początek papierkowej roboty. Czekał ją jeszcze protokół z oględzin, w którym musiała opisać wszystko, co się działo, i wszystkich, którzy brali udział w czynnościach.

Odwróciła się do techników.

– Zbierzcie próbki do badań – powiedziała. – Robactwo, śnieg, odciski, każdy kawałek zęba… nic nie pomijajcie.

Przyglądała się im, kiedy starannie zaczęli wykonywać polecenia. Przykładali miarkę centymetrową do każdego odnalezionego przedmiotu, robili zdjęcie, a potem zabezpieczali dowód. Wadryś-Hansen była zadowolona, trafili jej się fachowcy. Musiała oddać nawet Gomole, że zapalił dopiero wtedy, gdy zrobili już najważniejsze rzeczy – podstawowym grzechem policjantów na miejscu zdarzenia była kontaminacja go popiołem lub dymem w przypadku mieszkań.

Dominika obserwowała, jak technicy zabezpieczają monetę. Podchodzili do niej ostrożniej niż do pojemnika z najbardziej promieniotwórczym izotopem uranu.

Wadryś-Hansen na moment przymknęła oczy i głęboko wciągnęła nocne, rześkie powietrze. Próbowała wyobrazić sobie człowieka, który stał tutaj przed nią. Zabił swoją ofiarę, pozbawił ją cech pozwalających na identyfikację, umieścił w ustach obola.

Dlaczego to zrobił? Po co tyle zachodu?

Czyżby Bestia z Giewontu rzeczywiście wróciła? A jeśli tak, to co miało oznaczać to morderstwo?

Dominika przypuszczała, że odnalezienie odpowiedzi okaże się wyjątkowo trudnym zadaniem. Z pewnością łatwiej byłoby, gdyby miała na podorędziu specjalistę od tropienia Bestii. Ale umieściła tego człowieka za kratkami. Niemal na całe życie.

 

 

4

Poranki znosił coraz gorzej. Miejsca po wkłuciach z każdym dniem swędziały coraz bardziej, a ledwo rozbudzony organizm natychmiast zaczynał domagać się kolejnej dawki kompotu.

Wiktor Forst z trudem się podniósł. Usiadł na pryczy i potarł skronie. Kiedyś za ojcem mawiał, że migrena jest jak pociąg towarowy przewalający się gdzieś z tyłu głowy. Teraz jednak był skłonny przychylić się do metafory z Pendolino. Ból pojawiał się znikąd, przeszywał mu ciemię jak błyskawica i zanim Forst zdążył ocenić jego rozmiar, było już za późno, by choćby zebrać myśli.

Sięgnął pod pryczę i wymacał niewielki pakunek. Zacisnął opaskę, przygryzł ją i naciągnął, a potem wstrzyknął sobie kompot. Efekt był natychmiastowy – i dopełniał jego koncepcję z Pendolino. Ból znikł tak szybko, jak się pojawił.

Wiktor rozejrzał się. Pozostali więźniowie jeszcze spali, żadnego z nich nie budziła migrena, wyrzuty sumienia ani przekonanie o tym, że przez kilka błędnych decyzji na wolności pozostał zwyrodnialec zagrażający życiu niewinnych osób.

Osadzonych w pomieszczeniu było osiemnastu, co stanowiło pewnie uchybienie jakiejś unijnej normy. Formalnie cela była czternastoosobowa, ale dostawiono kilka łóżek. Forst obawiał się, że w takiej sytuacji niełatwo będzie mu aplikować sobie narkotyk, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.

Właściwie wpisywało się to w pewien schemat tego, jak go traktowano. Kiedy przebywał na Montelupich, udało mu się zyskać nieco szacunku. Zniósł pobicie do nieprzytomności, trafił do szpitala, a potem po prostu wrócił do celi. Nie prosił o przeniesienie, nie zająknął się słowem przed władzami aresztu. Dzięki temu fakt, że w poprzednim życiu był stróżem prawa, zszedł na drugi plan. Liczyło się to, że nie doniósł.

Na Podgórzu traktowano go jak powietrze. Nikt się do niego nie odzywał, rzadko kiedy którykolwiek z osadzonych choćby na niego spojrzał. Zupełnie inaczej byłoby w zakładzie karnym typu zamkniętego – i Forst mógł tylko dziękować sędziemu, który zadbał o to, by ostatecznie trafił tutaj. Innych skazanych na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności można było policzyć na palcach jednej ręki. Dzięki temu Forst mógł cieszyć się pewnym respektem. Trafił wszak za kratki za wyjątkowo parszywy czyn.

Wyrok, który dostał, w zasadzie wykluczał możliwość, by odsiadywać karę w takim miejscu – mogłoby się to stać tylko po jakimś czasie, gdyby więzień sprawował się dobrze, a sąd penitencjarny postanowiłby to docenić. Raz w życiu los jednak się do niego uśmiechnął. A może nie była to zasługa losu, tylko zwykłego ludzkiego poczucia sprawiedliwości – kara miała pełnić określone funkcje, a nie stanowić wyrok śmierci.

Wiktor spędzał każdy dzień w podobny sposób. Wypożyczał książki, a potem siadał na pryczy i czytał od świtu do zmierzchu. Nie podnosił wzroku, nawet gdy wywiązywała się mniejsza lub większa sprzeczka. Roztoczył wokół siebie aurę tajemniczości, która z pewnością działała na jego korzyść. Nie robił jednak tego świadomie. Lektury były jego ucieczką.

W celi formalnie musiał przebywać od dwudziestej drugiej do szóstej rano. Była to niewątpliwa zaleta zakładu półotwartego. W innym ośrodku bowiem więźniowie zostawali zamykani na dwadzieścia dwie godziny w ciągu dnia. Wychodzili raz w tygodniu do łaźni, a oprócz tego spędzali godzinę na spacerniaku i na zajęciach w świetlicy.

Tutaj było inaczej, ale Forst z tego dobrodziejstwa nie korzystał. Podczas gdy inni osadzeni uczestniczyli w zajęciach kulturalno-oświatowych, czasem nawet poza murami aresztu, Wiktor siedział w celi i czytał.

Początkowo interesował się nim „wychowek”, jak osadzeni określali wychowawcę. Po pewnym czasie dano mu jednak spokój. Zresztą Forst przypuszczał, że bardziej przydałby mu się psycholog, może nawet psychiatra. Być może administracja więzienia doszła do podobnego wniosku.

Ten dzień miał nie różnić się od innych. Po porannym strzale miejsce migreny zajęła błogość, a kilka godzin później Wiktor został sam w celi. Usiadł przy stoliku pod okratowanym oknem i zaczął czytać. Starał się trzymać z dala od kryminałów, styczności ze zbrodnią miał aż nadto w całym swoim zawodowym życiu. Nie było to jednak łatwe, bo duża część z 5791 woluminów stanowiła tego typu literaturę. Koniec końców od pewnego czasu Raymond Chandler zdawał się wyciągać rękę spomiędzy innych książek i chwytać uwagę Forsta.

Tym razem Marlowe ruszał tropem pewnej monety i temat niespecjalnie leżał Wiktorowi. Nadal była to jednak wyśmienita powieść z gatunku hardboiled, którą trudno byłoby odłożyć każdemu, kto cenił sobie cynizm i mroczną atmosferę.

Mimo to Forst w pewnym momencie był zmuszony zamknąć książkę. Najpierw usłyszał kroki, potem ciężki oddech, a ostatecznie zobaczył, że obok stolika zatrzymał się jeden z wychowków.

Na Podgórzu było ich siedmiu. Na jednego przypadało jakichś trzydziestu więźniów, co właściwie było kpiną, ale w skali kraju i tak stanowiło wynik godny pochwały. Niewiele było zakładów z lepszą statystyką.

Dzięki temu łatwo odpuszczali, jeśli odpowiednio się do nich podeszło. Wystarczyło pokazać im, że więzień jest na prostej drodze do resocjalizacji i że najlepsze, co mogą zrobić, to zostawić go samemu sobie. Spokojny były komisarz spędzający całe dnie na czytaniu książek z pewnością napełniał ich optymizmem.

– Co czytasz, Wiktor?

– Chandlera.

– Ciekawe. Znajdujesz w nim odniesienia do siebie? Do swojej sytuacji?

Kiedyś jedna z kobiet, które niefortunnie spędziły z nim noc, twierdziła, że jest łudząco podobny do któregoś aktora grającego Marlowe’a, ale Forst przypuszczał, że po ostatnich przejściach wystarczyłby rzut oka, by zmieniła zdanie.

– Nie, nie znajduję.

– Dlaczego?

Wiktor zaczerpnął tchu. Zaczynało się – teraz rozmowa pójdzie utartym torem, który przywodził na myśl rozmowy w szkolnych ławach.

– W poprzednich tomach Marlowe był cynikiem, ale w tym dodatkowo jest… błędnym rycerzem. Kieruje nim jakieś spaczone poczucie sprawiedliwości, ratuje damę w opałach.

– A więc…

– A więc nie pasuje, bo ja jestem wyłącznie cynikiem.

Wychowawca uśmiechnął się i stanął przy oknie. Forst podniósł się, podszedł do swojej pryczy, a potem wysunął spod niej plastikowe pudło. Na znajdujących się w nim rzeczach osobistych położył książkę, po czym wsunął skrzynkę z powrotem. Stanął obok przybysza i poczuł, że robi mu się gorąco.

Ubranie miał nieświeże już od kilku dni. Kąpiel w areszcie na Podgórzu przysługiwała więźniom raz w tygodniu – i było to minimum określone przez polskie prawo. Nikt nie wiedział, dlaczego nie stwarzano takiej możliwości częściej, warunki ku temu z pewnością były.

Wiktor zastanawiał się, co powiedzieć, by spławić natręta jak najprędzej – i na możliwie jak najdłużej.

– To przygnębiająca postać – odezwał się wychowek. – Ale przywodzi też na myśl bohaterów z romantyzmu.

– Być może.

Mężczyzna obrócił się do niego, przez moment się zastanawiał, a potem machnął ręką i sięgnął do kieszeni.

– Mniejsza z Chandlerem. Nigdy go nie lubiłem – powiedział, wręczając Forstowi list. – Tym razem nieotwierany, co zapewne cię ucieszy.

– Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

– Nie traktujesz tajemnicy korespondencji jako przysługującego ci prawa?

– Straciłem wszystkie prawa, kiedy pociągnąłem za spust.

Wychowawca zdawał się zaskoczony taką odpowiedzią. Zmrużył oczy, jakby starał się ocenić, czy więzień rzeczywiście tak myśli. Forst szybko potrząsnął głową i odebrał kopertę.

– Dziękuję – powiedział. – Za przekazanie. I za zaufanie.

Mogli, ale wcale nie musieli otwierać korespondencji osadzonych. Cenzura była jedynie fakultatywna, w przeciwieństwie do zakładów zamkniętych, gdzie z zasady otwierano wszystkie koperty. Tutaj robiono tak tylko względem tych najbardziej podejrzanych typów. A Forsta dotychczas postrzegano jako jednego z nich.

Było coś przyjemnego w myśli, że jest jednym z najbardziej niebezpiecznych więźniów w pawilonie, a być może nawet na całym Podgórzu. Uśmiechnął się w duchu. Skłonił się wychowawcy i usiadł przy stoliku z zamkniętą kopertą. Poczekał, aż mężczyzna opuści celę, a potem rozerwał brzeg.

W środku znajdowała się złożona na pół kartka A4. Z zewnątrz nie była opatrzona żadnymi informacjami, sama koperta zaś informowała jedynie o adresacie. Władze więzienia jednak z pewnością wiedziały, kto jest nadawcą.

Wiktor przypuszczał, że to Osica wysłał list. Wprawdzie każdemu przysługiwały trzy widzenia w miesiącu, ale lekkomyślnie byłoby wykorzystywać je za każdym razem, gdy Edmund na coś wpadł.

A być może teraz w istocie tak było. Osica nie należał do najbardziej rzutkich policjantów – zresztą gdyby nie błyskawiczna kariera w milicji pod koniec PRL-u, zapewne nigdy nie zaszedłby tak daleko – ale można było na nim polegać. Forstowi przemknęło przez myśl, że jest to bodaj jedyny człowiek, którego może nazwać przyjacielem.

Odsunął tę myśl. Była dojmująca.

Wiktor nabrał tchu i rozłożył kartkę. Znajdowała się na niej lapidarna informacja, zapisana charakterystycznym, cienkim krojem ostatnio tak popularnej Helvetiki. Komisarz wbijał wzrok w napis, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.

„Wybacz, że nie wstała” – głosił lapidarny przekaz.

To bynajmniej nie Osica był nadawcą listu. Forst skarcił się w duchu za nadmierny optymizm – na swoje usprawiedliwienie miał jedynie to, że nie spodziewał się, by Bestia z Giewontu nawiązała tak bezpośredni kontakt. Inną rzeczą było skropienie perfumami gąbki, inną wysłanie mu wiadomości.

Nie miał wątpliwości, że to zabójca. Przekaz nie pozostawiał miejsca na najmniejsze wahanie, nawet jeśli nie był podpisany.

Nadawca odnosił się do epitafium na grobie Olgi Szrebskiej. W testamencie dziennikarka kazała wyryć sobie na nagrobku: „Witaj! I wybacz, że nie wstanę”. Podczas pogrzebu wywołało to w nim rozrzewnienie, a z drugiej strony jakiegoś rodzaju pocieszenie z powodu dystansu, jaki Olga miała do śmierci. Teraz jednak brzmiało to jak drwina.

Wzdrygnął się na myśl o tym, co musiało się z nią dziać przez cały ten czas. Dotychczas robił wszystko, by się nad tym nie zastanawiać, ale wiedział, że w końcu umysł sam zacznie tworzyć scenariusze.

Zaklął w duchu. Musiał skupić się na liście.

Stanowił ni mniej, ni więcej, jak potwierdzenie tego, że Szrebska nadal żyje. Bestia kpiła z niego, a on mógł dopowiedzieć sobie resztę przekazu. „Wybacz, że nie wstała, choć wcale nie była martwa”. Tak, to był prawdziwy sens tych słów. Forst tropił tego człowieka na tyle długo, poznał go na tyle dobrze, że nie miał żadnych wątpliwości.

A może to narkotyki przez niego przemawiały? Może Osica miał rację, twierdząc, że to tylko pobożne myślenie?

Wiktor pokręcił głową i potarł oczy. Jeszcze raz spojrzał na kartkę papieru, jakby dziwił się, że nie zniknęła i jednak okazała się czymś realnym. Złożył ją, a potem umieścił w książce Chandlera. Położył ją na pryczy, rozejrzał się, po czym sięgnął po oprzyrządowanie do kompotu.

Po chwili zrobiło mu się lepiej. Zastanawiał się, czy wychowek nie zauważył oznak dawania sobie w żyłę. Zapewne nie, inaczej nie omieszkałby o tym wspomnieć. Potem zgrywałby dobrego kumpla, który chętnie zatrzyma to odkrycie dla siebie, jeśli tylko Forst się opamięta.

Wiktor prychnął i spojrzał w kierunku otwartych drzwi.

– Pierdol się – powiedział.

Sam nie wiedział, kto był adresatem tych słów. Być może on sam.

Położył się na pryczy i wbił wzrok w starannie pomalowany, biały sufit. Warunki tutaj różniły się od tych w Czarnym Delfinie. Tam wszystko było przegniłe, spleśniałe, śmierdzące i odpychające. Podgórze w porównaniu z tamtym miejscem stanowiło miłą odmianę – państwo wprawdzie niewiele mogło zrobić, by poprawić politykę penitencjarną, ale chociaż malowano ściany. Tyle potrafiono.

Wiktor nie mógł zebrać myśli. Kilka słów zapisanych na kartce papieru zdawało się przybrać fizyczny kształt i uderzać go raz za razem jak obuch. Każde słowo odbijało mu się echem w umyśle jak ogłuszający gong rozbrzmiewający tuż obok.

Forst zaklął pod nosem i usiadł. Obrócił się, oparł o ścianę i zwiesił nogi na pryczy.

Wracało jedno z pytań, które dotychczas udawało mu się upchnąć gdzieś w zakamarkach umysłu dzięki kompotowi. Jak to możliwe? Jak zabójca sprawił, że Olga przeżyła? Scenariuszy było wiele, ale żaden nie wydawał się wykonalny.

Forst zastanawiał się nad tym przez jakiś czas. Nie wiedział, ile go upłynęło – może godzina, półtorej, a nawet dwie. Tutaj było to pojęcie względne, szczególnie w ciągu dnia, gdy więźniowie mogli opuszczać celę. Nic nie nadawało rytmu codziennej egzystencji, wszystko nikło w apatycznej monotonii. Wszystko, łącznie z odpowiedzią na pytanie, które dręczyło Wiktora.

Nie było ono zresztą jedynym. Zastanawiał się także nad tym, jak opuścić mury Podgórza. Gdyby dostał mniejszy wymiar kary, mógłby to zrobić najwcześniej w połowie odsiadki. W przypadku dwudziestu pięciu lat pułap podnoszono jednak do piętnastu lat.

W dodatku sąd musiałby powziąć przekonanie, że skazany nie popełni już więcej przestępstwa. Forst nie sądził, by ktokolwiek mógł okazać się takim optymistą.

Trudno, będzie musiał liczyć na Osicę.

A może nie? Może istniał jakiś sposób, by wyjść z więzienia przed czasem? Były jeszcze dwie drogi formalne, o których od czasu do czasu myślał. Żadna z nich nie była zbyt prawdopodobnym scenariuszem.

Mimo to…

Forst poderwał się z pryczy. Uznał, że jeśli nie spróbuje, nigdy nie dowie się, czy w istocie istniała jakaś szansa. Przynajmniej nie będzie siedział bezczynnie i zadręczał się myślami o Szrebskiej, skupi się na czymś innym.

Wyszedł na korytarz i natychmiast przykuł uwagę klawisza. Mężczyzna zgromił go wzrokiem i mechanicznie sięgnął do pałki umocowanej do pasa.

Strażnicy początkowo traktowali go jak najgorszego kundla, ale ich podejście zmieniało się podobnie, jak w przypadku więźniów. Im dłużej był spokojny, im więcej czasu siedział z nosem w książce i roztaczał wokół siebie mgiełkę enigmatyczności, tym przychylniejsi się stawali.

– Co jest, Forst?

– Muszę skorzystać z telefonu.

– Ty?

Wiktor wzruszył ramionami.

– Nie widziałem jeszcze, żebyś gdzieś dzwonił.

– Na każdego w końcu przychodzi pora.

Klawisz sprawiał wrażenie, jakby nie rozumiał.

– Z kim chcesz się kontaktować, co? – spytał. – Nie masz rodziny, z tego co wiem.

– Nie mam.

– Znajomych chyba też nie?

Forst pokiwał głową. Ostatnia osoba, którą mógł w ten sposób nazwać, skończyła zmasakrowana w opuszczonym słowackim budynku.

– Więc gdzie chcesz dzwonić?

– Do kancelarii Żelazny & McVay.

– Gdzie?

Wiktor pamiętał, że Olga polecała mu kiedyś prawniczkę z tej firmy. Wprawdzie, o ile go pamięć nie myliła, adwokat pracowała w Warszawie, ale wiedział, że kancelaria ma także krakowską filię. Być może udałoby się ściągnąć obrończynię tutaj.

– Co ty kombinujesz?

– Nic.

– Zamarzyło ci się wcześniejsze wyjście?

– Być może. Mam jeszcze…

– Masz to ty, Forst, zupełnie płonną nadzieję. Ale jak chcesz się kopać z koniem, proszę bardzo – odparł funkcjonariusz i skinął na niego. Poprowadził go do aparatu telefonicznego, a potem stanął obok.

Wiktor zmierzył go wzrokiem.

– Coś nie pasuje? – spytał klawisz.

Były komisarz się nie odezwał. Sięgnął po słuchawkę, a potem rzucił okiem na wykaz numerów na kartce leżącej obok aparatu. Sto osiemnaście dziewięćset trzynaście. Kiedyś nikt nie musiał posiłkować się takimi pomocami, żeby dodzwonić się do biura numerów. Teraz cudem było, że takie miejsce jeszcze w ogóle istnieje.

Forst szybko uzyskał to, czego potrzebował, a potem zadzwonił do siedziby kancelarii Żelazny & McVay przy Złotej 59. Odebrała kobieta, która przedstawiła się jako Anna, nazwisko mu umknęło. Wyłuszczył sprawę i przypuszczał, że będzie musiał się nagimnastykować, chcąc ustalić, o którą prawniczkę chodziło Oldze. Rozmówczyni jednak szybko załapała.

– Joanna Chyłka?

– Nie wiem. Możliwe.

– Mówi pan, że szuka… jak pan to określił, najtwardszej sztuki?

– Tak.

– W takim razie z pewnością chodzi o mecenas Chyłkę.

– Możliwe.

– Już pana łączę.

Forst nabrał tchu i spojrzał na klawisza. Ten patrzył na niego leniwie, dłubiąc w ustach. Robił to tak ostentacyjnie, że trudno było uznać, by coś rzeczywiście zaklinowało mu się między zębami.

– Joanna Chyłka – rozległ się głos w słuchawce. Zdecydowany, twardy, ale niepozbawiony seksapilu. Wiktor natychmiast wyobraził sobie jedną z tych kobiet sukcesu, które rozpoczynały dzień od espresso, a kończyły wygraną sprawą.

– Dostałem namiar na panią od…

– Tak, tak. Anka z Recepcji mi powiedziała – wpadła mu w słowo. – Od Olgi.

– Znałyście się, jak rozumiem.

– Dobrze pan rozumie. Jak na policjanta, całkiem nieźle.

– Nie pracuję już w policji.

– Ano nie, rzeczywiście – odparła pod nosem. – A szkoda, bo przydałoby się kilku takich jak pan. Zmniejszyłoby się bezrobocie w tanatologii, usługach cmentarnych i w kamieniarstwie. Choć z drugiej strony… oni nigdy nie narzekają na brak pracy, prawda?

– Prawda.

Joanna westchnęła do słuchawki.

– Szuka pan nowego obrońcy? Gabert nie podołał?

– Była pani chwalona. A ja potrzebuję niekonwencjonalnego podejścia.

– Rozumiem.

– Więc jest pani zainteresowana?

– Nie. Nie przyjmuję przegranych spraw, nawet jeśli potencjalny klient wygląda jak buntowniczy rockman.

– Słucham?

– Widziałam pana w telewizji. Fajne koszule.

– Niech pani posłucha…

– Szkoda czasu – oceniła. – Sprawy i tak nie wezmę, ale udzielę panu darmowej porady telefonicznej. Niech pan zainteresuje się ułaskawieniem. Mamy sprzyjający klimat polityczny.

– Co takiego?

– Posłał pan w trzy diabły zbrodniarza OUN-UPA, prawda? To dość patriotyczne.

Forst potarł skroń i uznał, że popełnił błąd. Prawniczka może i działała nieco poza ramami systemu, jeśli wierzyć mediom, ale najwyraźniej nie miała zapędów samobójczych. Przynajmniej nie na tyle, by przyjmować sprawę przegraną już przez innego adwokata.

– Zostaje panu jeszcze skarga do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

– Mhm.

– Choć nawet pozytywne rozstrzygnięcie nie zmieni wyroku. Stawiałabym więc na ułaskawienie, o ile prezydent spojrzy na pana przychylnym okiem. A to z kolei zależy od tego, czy bronił pan krzyża i uczęszczał na miesięcznice.

– Słucham?

– Życzę powodzenia i trzymam kciuki! – dodała, a potem się rozłączyła.

Wiktor spojrzał na telefon, na strażnika, a potem zawiesił wzrok na ścianie przed sobą. Jeśli ta rozmowa w czymkolwiek mu pomogła, to jedynie w pogodzeniu się z tym, że wyczerpał całą drogę odwoławczą.

Właściwie dał mu to już do zrozumienia Tadeusz Gabert, który bronił go w obydwu instancjach, ale nie szkodziło zasięgnąć drugiej opinii.

– Skończyłeś, Forst?

Pytanie zawisło w powietrzu jak smród. Owszem, skończył. I to na dobre.

 

 

5

Gong rozbrzmiał jak preludium przed walką bokserską. Osica otworzył oczy i odrzucił kołdrę, uzmysławiając sobie, że dzwoni telefon. Powinien wreszcie zmienić dzwonek, ale wciąż o tym zapominał.

– Tak? – mruknął do słuchawki.

– Dzień dobry, panie inspektorze.

Rozpoznał głos Dominiki Wadryś-Hansen bez problemu. Od czasu, kiedy zapadł ostateczny wyrok w sprawie Forsta, kontaktowali się regularnie. Początkowo Edmund był nieufny, ale ostatecznie zrozumiał, że prokurator rzeczywiście jest przekonana, iż popełniła błąd.

Przyznała, że postawienie Forstowi zarzutu zabójstwa turystów było pomyłką. Wiedziała, że Bestia z Giewontu nadal jest na wolności – właściwie to ona przekonała do tej wersji Edmunda. W dodatku wciąż utrzymywała, że jej mąż trafił na trop jakiegoś spisku i dlatego nagle zniknął.

Osica był innego zdania. Gjord Hansen wrócił do ojczyzny, bo miał dosyć ciągłych kłótni małżeńskich, domowego drylu i prawdopodobnie szeregu innych rzeczy, na które się nie pisał.

– Dzwonię za wcześnie?

– Skąd – odburknął Edmund. – Jest dopiero piąta.

– Jestem w Zakopanem i pomyślałam, że…

– O tej porze? Co pani tutaj robi?

Poniewczasie uświadomił sobie, że popełnił faux pas. Niewiele było rzeczy, które irytowały Wadryś-Hansen bardziej niż przerywanie w pół zdania.

W słuchawce zaległa cisza. Obawiał się, że będzie musiał posypać głowę popiołem – trudno było powiedzieć, który raz w trakcie ich krótkiej znajomości. Odchrząknął, przygotowując się do zażegnania kryzysu, ale nie zdążył podjąć tematu.

– Było zabójstwo na szlaku.

– Słucham?

– Nic pan nie wie?

– Nie, przecież dopiero co mnie pani obudziła, na litość boską.

Podniósł się i ruszył w stronę łazienki. Kolana zatrzeszczały, jakby miały się pod nim ugiąć. Od pewnego czasu rozpuszczał sobie preparaty z glukozaminą, ale na niewiele się zdawały. Widocznie tak musiało być. Co stare, to skrzypi.

Osica położył telefon na półeczce pod lustrem i włączył głośnik. Kiedy Dominika wyjaśniała mu pokrótce, co się zdarzyło, podinspektor mył zęby, raz po raz mrucząc pod nosem.

– Słucha mnie pan?

Wypluł pastę do umywalki.

– Tak.

– Ma pan teraz czas, żeby się spotkać?

– Tylko się ogolę.

Sięgnął po piankę i szybko rozsmarował ją na policzkach i pod brodą.

– Gdzie możemy się umówić? – zapytała Wadryś-Hansen.

– W komendzie.

– Wykluczone. Nie chcę, żeby…

– Widziano nas razem? To niemal romantyczne. – Osica pociągnął maszynką po policzku.

Przez moment na linii trwała cisza.

– Jeszcze raz pan mi przerwie, inspektorze, a nie będziemy mieli o czym rozmawiać.

– A, tak, przepraszam. – Wysunął szczękę, co zniekształciło trochę jego głos. – I w takim razie możemy odwiedzić McDonalda.

– McDonalda?

– A co innego jest otwarte o tej porze?

– Myślałam bardziej o tym, byśmy spotkali się u pana.

– U mnie… – mruknął Osica, odginając głowę i goląc podbródek. – Nie wiem, czy to dobry pomysł.

– Mogę być za kwadrans.

– No cóż…

– W takim razie do zobaczenia.

Rozłączyła się, zanim zdążył powiedzieć, by przygotowała się na estetyczny szok. Dom od dawna był nieremontowany, a ogród tak zapuszczony, że z ulicy przywodził na myśl opuszczoną posesję. Elewacja wołała o pomstę do nieba, a dach nie spełniał już chyba wymogów prawnych – eternit pokrywający połać dawno powinien zniknąć. Osica jednak specjalnie się tym nie przejmował.

Skończył się golić, opłukał twarz i wytrząsnął z buteleczki Warsa ostatnie krople płynu po goleniu. Poklepawszy się po policzkach, w końcu poczuł się rozbudzony. Założył mundur i nastawił wodę. Szybki telefon na komendę pozwolił mu rozeznać się w sprawie, ale szczegóły chciał usłyszeć od Dominiki.

Kawa była już gotowa akurat na przyjazd Wadryś-Hansen. Prokurator uścisnęła mu dłoń i weszła do kuchni, uważnie się rozglądając.

– Obawia się pani czegoś?

– Wszystkiego.

– Mój dom się nie zawali.

Spojrzała na niego z powątpiewaniem, a potem zajęła miejsce przy stole. Otaksowała blat, ale nie odezwała się słowem. Osica pomyślał, że mógł chociaż uprzątnąć okruchy chleba.

Podał gościowi kawę i usiadł naprzeciwko. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu Edmund napił się i kaszlnął.

– Więc Bestia wróciła? – spytał.

– Właściwie na to nie wygląda.

– Nie?

– Modus operandi jest inny. Jedyna cecha wspólna to moneta.

– Jedyna, ale dość wymowna.

– Być może – odparła Dominika i spróbowała kawy. Szybko odsunęła kubek. – Ale nie jestem gotowa przyznać tego na pewno. Tym bardziej, że wszyscy inni są przekonani, iż ten człowiek nie żyje.

– A ten, który z nim współdziałał, siedzi w więzieniu.

– Otóż to.

– Może więc najwyższa pora to wyprostować?

– Nie mamy dowodów, inspektorze. A nawet gdyby udało nam się przekonać kogokolwiek, w niczym nie pomogłoby to pańskiemu przyjacielowi.

– Wypraszam sobie.

– Słucham?

– W żadnym wypadku nie nazywajmy tego sukinsyna moim przyjacielem. Przestrzelił mi dłoń, nie pamięta pani?

Dominika uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową, jakby miała do czynienia z wyjątkowo niesfornym dzieckiem.

– Dążę do tego, że tylko byśmy się zbłaźnili – podjęła. – W tej chwili wszyscy będą traktować to zabójstwo jako naśladownictwo. Może zresztą całkiem słusznie, nie sposób przesądzić.

Osica pokiwał głową. Rzeczywiście, gdyby zaczęli rozgłaszać wszem i wobec, że prawdziwy zabójca nadal jest na wolności, uznano by ich za wariatów. Szczególnie jeśli Dominika zaczęłaby rozwodzić się nad tym, co w jej przekonaniu spowodowało nagłe zniknięcie Gjorda Hansena.

– No dobrze… – mruknął Edmund. – Co to za moneta?

– Jeszcze to ustalamy.

– Kto od nas się stawił?

– Podkomisarz Gomoła.

– O, niebiosa…

– Źle?

– To zależy. Z punktu widzenia zabójcy bardzo dobrze.

– Nie może pan dokonać jakichś zmian personalnych?

– Nie, absolutnie nie. Wszyscy patrzą mi teraz na ręce, nie mogę podpaść nawet swoim podkomendnym. Absurdalna sytuacja.

– Współczuję.

– Sam sobie na to zasłużyłem, zeznając na korzyść tego skurczybyka w sądzie – odparł Edmund i pociągnął łyk kawy. Smakowała całkiem nieźle. Nie rozumiał, dlaczego prokurator wybrzydza. Może leżało to w jej zawodowej naturze. – Ale mniejsza z tym. Co jest na monecie? Herkules? Demetriusz? Chrystus?

– Orzeł.

– Taki jak na pięciozłotówce?

– Nie. Przywodzi na myśl raczej tego amerykańskiego. Oprócz tego wokół wybito napisy w języku arabskim, których niestety nikt z obecnych na miejscu zdarzenia nie potrafił rozszyfrować.

– To nie problem.

– Owszem – przyznała Dominika. – Zaraz zresztą powinniśmy wiedzieć coś więcej.

– Mhm. A co jest na rewersie?

– Jeszcze więcej arabskich napisów. A do tego jakieś ruiny.

– Ruiny?

– Zniszczone kolumny, na moje oko porządku korynckiego.

Osica nie miał pojęcia, czym różnią się od innych, ale pokiwał głową ze zrozumieniem. Mimowolnie wyobraził sobie monetę w ustach zmarłego, a zaraz potem zobaczył oczami wyobraźni samo ciało. Wzdrygnął się.

– Kawałki zębów nie do złożenia? – zapytał.

– Nie. Zbyt mało znaleźliśmy ich na miejscu.

– I po opuszkach też nie ma śladów?

Dominika pokręciła głową. Przez moment wbijała pusty wzrok w kubek z parującą kawą i ostatecznie po niego sięgnęła.

– Znaleźliście jakieś wydzieliny?

– Nie.

– I rozbryzgi krwi świadczą o użyciu wyłącznie noża?

– Tak – potwierdziła Wadryś-Hansen i westchnęła. – Nie ma żadnych śladów świadczących o przepychance, bijatyce czy użyciu innych narzędzi. Wygląda na to, że ofiara została pozbawiona przytomności, a potem…

– Upuszczono jej krew.

– Najwyraźniej. Więcej będziemy wiedzieć po badaniach toksykologicznych i mechanoskopijnych. I może już wystarczy tego wypytywania?

– Oczywiście.

Osica przez chwilę wodził wzrokiem po kuchni. Powinien umyć szafki, na niektórych widać było żółtawe zacieki. Kurz zbierający się na nich zapewne można by ściągać już szuflą.

– A DNA?

– Wyniki będą standardowo za dwa tygodnie. Ale co nam po nich? Nie mamy żadnego materiału porównawczego.

– Jeszcze nie.

– Jest pan optymistą – powiedziała cicho. – Ja zakładam, że skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, by pozbawić ofiarę tożsamości, z pewnością zadbał o to, byśmy łatwo jej nie zidentyfikowali.

– Wiele rzeczy mi w życiu zarzucano, pani prokurator, ale optymizmu chyba jeszcze nie.

Miał nadzieję, że wywoła na twarzy Dominiki choćby blady uśmiech, ale kąciki ust nawet nie drgnęły. Osica złożył to na karb niewyspania i ciężkich przeżyć podczas oględzin.

– Miejsce ma jakieś znaczenie? – spytał.

– Trudno powiedzieć. To szlak na Czerwone Wierchy, nic wielkiego w porównaniu z tym, gdzie wcześniej grasowała Bestia.

– A sama polana?

– Upłaz? Kilkanaście hektarów, dawniej miejsce pasterskie, ostatni szałas spłonął w dziewięćdziesiątym czwartym. Nic konkretnego.

– Ale widać z niej Giewont.

– Tak – przyznała Dominika i ściągnęła brwi. – Widać z niej Giewont.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Właściwie był to mało znaczący fakt – niewystarczający, by na tej podstawie wysnuć jakieś wnioski. Z drugiej strony niewiele było trzeba, by połączyć jedno z drugim.

– W porządku… – zaczął Edmund i przeciągnął dłonią po świeżo ogolonym policzku. – Załóżmy wersję najbardziej logiczną.

– Że to Synowie Światłości? – dopowiedziała Wadryś-Hansen. – Możliwe. Nie wiemy, jak liczna była ta grupa ani…

– Jest. Jak liczna jest.

– Owszem – przyznała przez niemal zaciśnięte usta. – Nie wiemy też, do czego dąży. Ale przychylam się do wersji, że jeśli Bestia nie wróciła, to któryś z nich jest sprawcą. Raczej nie przypadkowy copycat.

– Sensownie.

– I przy takim założeniu wszystko wraca do Gjorda.

– Że co proszę?

– Mój mąż wpadł na ich trop.

– Przynajmniej tak pani przypuszcza…

– Wiem to, panie inspektorze – podkreśliła. – Gjord zniknął, gdy tylko zaczął drążyć w sprawie. A zaraz potem nastąpiły przesunięcia w urzędzie wojewódzkim.

– To mało znaczący szczebel. Zbyt mało, bym uwierzył, że ma jakiekolwiek znaczenie.

Po raz pierwszy powiedział jej to wprost i musiał zmierzyć się ze stanowczym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Nie prokuratorskim, raczej jednym z tych, które miały w zanadrzu porzucone kobiety.

– Gjord nie zostawiłby dzieci.

– Przypuszczam, że to samo mówi każda inna żona, gdy mąż zdecyduje się zwinąć manele.

– Niech pan mi wierzy, inspektorze. To nie był ten rodzaj człowieka. Prędzej można byłoby spodziewać się czegoś takiego po mnie.

Wstała, a potem podeszła do okna. Wyjrzała na zarośnięty ogród i głęboko nabrała tchu.

– To on zajmował się wszystkim w domu, bawił się z dziećmi i tak dalej. Ja w tym czasie dbałam o ich przyszłość.

Zaniedbując teraźniejszość. Osica znał to z autopsji.

– Rozumiem.

Odwróciła się i posłała mu długie spojrzenie.

– Od kiedy wyjechał, nawet do nich nie zadzwonił. Wszystko załatwialiśmy drogą pocztową lub mailową, a wyrok sądu rodzinnego nastąpił bez udziału strony przeciwnej.

Operowała tylko suchymi, prawniczymi formułkami, ale Edmund słyszał w jej głosie pobrzmiewające jeszcze roztrzęsienie. Wprawdzie była jedną z tych silnych kobiet, które po prostu przekładały nogę nad kłodami rzucanymi im przez życie, ale… cóż, Osica zdążył poznać ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że niespecjalnie sprawdza się w roli matki. Nawet ze wsparciem męża radziła sobie w porywach średnio, a teraz musiało być jeszcze trudniej.

– Gjord rozmawiał z wicewojewodą Kajdrowiczem – ciągnęła. – Niedługo po tym Kajdrowicza i kilku innych urzędników przeniesiono w inne miejsce.

– Tak, tak. A później wicewojewoda w ogóle zniknął.

– Zgadza się.

– Słyszałem to już, ale i tym razem mnie to nie przekonuje.

Wadryś-Hansen nie wyglądała na zadowoloną.

– Niemądrze grzebać w polityce – dodał Edmund. – Szczególnie jeśli to właśnie tam tkwią odpowiedzi.

Dominika sięgnęła po szmatkę leżącą na skraju zlewozmywaka, przetarła parapet, a potem na nim przysiadła. Skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła na gospodarza spode łba.

– Dotrę do prawdy, panie inspektorze – zapewniła go. – Ale najpierw muszę dowiedzieć się, co wydarzyło się na polanie Upłaz.

– Słusznie. Jedno może prowadzić do drugiego.

– A pan mi w tym pomoże – dodała.

– Ja?

– Nie może pan odsunąć Gomoły, ale z pewnością może nadzorować jego działania.

Zasadniczo nic nie stało temu na przeszkodzie. Osica musiał uważać, by nie podpaść komukolwiek, ale gdyby naprawdę się postarał, mógłby uczestniczyć w dochodzeniu. Gomoła był jednym z najbardziej leniwych funkcjonariuszy i nie będzie trudno przekonać go, że warto trochę odpocząć.

– Co pan na to?

– Na co konkretnie?

– Na tandem.

– Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł, ale nie ma pani chyba zbyt dużego wyboru. Zamknęła pani mojego najlepszego dochodzeniowca w więzieniu.