Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
TRAJEKTORIE to wielowarstwowa opowieść o literackich zmaganiach, buncie przeciwko mierności i poszukiwaniu sensu w świecie rządzonym przez sztywne hierarchie. Waldemar Kubas prowadzi czytelnika przez oniryczną plażę, młodzieńcze zauroczenia, aż po mroczne „targopola” – współczesne rynki poezji zdominowane przez układy. Wstrząsającym etapem tej podróży jest pobyt w „sanatorium” – ukazanym z kafkowską precyzją oddziale zamkniętym, gdzie pod maską kuracji system próbuje złamać niepokorną jednostkę. To intymny zapis doświadczeń narratora – Rajmunda Krantza, głównego bohatera opowiadań, który demaskuje mechanizmy władzy i środowiskowej pychy. Czy w rzeczywistości pełnej banicji i prowokacji jest jeszcze miejsce na bezinteresowny zachwyt sztuką?
TRAJEKTORIE to hipnotyzująca podróż przez meandry ludzkiego losu – od słonecznych, onirycznych plaż, po mroczne korytarze „sanatorium”. Waldemar Kubas tworzy przejmujący portret artysty uwikłanego w system, który zamiast wspierać, próbuje złamać każdego, kto nie pasuje do narzuconych schematów. Wstrząsający opis pobytu na oddziale zamkniętym staje się tu metaforą walki o zachowanie własnej twarzy w świecie pełnym opresji i układów. To literatura buntu i melancholii, zadająca fundamentalne pytanie: czy w rzeczywistości rządzonej przez cynizm jest jeszcze miejsce na ocalenie wrażliwości?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 487
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki: EJ Design
Projekt graficzny środka, skład: EJ Design
Redakcja techniczna, korekta: Magdalena Misuno
Copyright © by Waldemar Kubas 2026
Copyright © by Pan Wydawca 2026
ISBN 978-83-68622-39-3
wydanie 1
Gdańsk 2026
Pan Wydawca sp. z o.o.
ul. Wały Piastowskie 1/1508
80-855 Gdańsk
PanWydawca.pl
Minęło południe. Nad brzeg morza przyszedłem późnym rankiem i już od dwóch godzin budowałem zamek z piasku. Lubię mitrężyć czas na rzeczy bezużyteczne i to był któryś już z kolei zamek w mojej karierze budowniczego. Naturalnie nie jestem w tych swoich upodobaniach jedyny. Ludzi zajmujących się rzeczami, z których nie ma pożytku, jest więcej, i czasem tworzą różne stowarzyszenia czy kluby. Mam usposobienie indywidualisty i tym samym nie przynależę do żadnej z grup. Dzień, o którym piszę, jawił się piękny i słoneczny, lecz stosunkowo niska temperatura sprawiła, że plaża była opustoszała. Ze swojego miejsca w pobliżu wydm widziałem jakieś pojedyncze osoby, siedzące na miękkim piasku lub rozpostartym kocu, w takich strojach, jak przyszły, na razie więc jeszcze nierozebrane i najwyraźniej wyczekujące na silniejszy dotyk słońca, które by umożliwiło opalanie się lub może nawet morską kąpiel. Prócz owych singli rozpoznałem również rodziców z dziećmi, które, podobnie jak ja, z upodobaniem wznosiły swoje malownicze budowle. Ponieważ zajmowałem miejsce nieopodal brzegu, raz po raz obok mnie przechodzili spacerowicze. Mężczyźni przeważnie z podwiniętymi nogawkami i na bosaka szli żwawym krokiem po złotym piasku. Podobnie kobiety, zdjąwszy lekkie obuwie, w swoich pięknych zwiewnych sukniach podążały brzegiem morza, jedne ze wschodu na zachód, drugie w kierunku przeciwnym. Ale różnice płci dawały o sobie znać również pod innym względem. W przeciwieństwie do mężczyzn kobiety szły wolniej i dostojniej i jakby delektowały się spacerem. W trakcie tej miłej przechadzki fale morskie delikatnie muskały ich stopy, co najwyraźniej sprawiało im przyjemność.
Absorbowała mnie przede wszystkim moja praca i całą resztę dostrzegałem kątem oka i niejako mimochodem. Owa reszta podczas budowlanego zapału była czymś w rodzaju zmieniającego się tła i zaledwie dostrzegalna. Ale kiedy już budowla dobiegała końca, w pobliżu przeszła młoda dama z parasolką. Znałem ją z widzenia od niedawna. Jej różowa parasolka, pięknie zestrojona z zielonkawym odcieniem sukni, nie tyle chroniła przed słońcem, które tego dnia ogrzewało dość skąpo, co przydawała damie szyku i elegancji. Gdy zobaczyła mój zamek z piasku, przystanęła pełna zaciekawienia. Przyjrzała mu się z widoczną aprobatą, uśmiechnęła do mnie, powiedziała, że ładny, i po chwili poszła dalej. Jej przyjazne słowa i wesoły uśmiech mile połaskotały moją próżność. Gdy oddaliła się dama z parasolką, za niedługą chwilę przeszło paru innych spacerowiczów, rzucili okiem na warowny zamek z piasku, otoczony fosą, ale nikt z nich nie przystanął.
Byłem trochę zaskoczony, gdy w pewnej chwili przed moim zamkiem pojawił się policjant mający strzec porządku na plaży. Te kilkoro małych dzieci rozlokowanych w różnych jej punktach, które zresztą pozostawały pod czujną opieką rodziców, jak również przechadzający się brzegiem morza pojedynczy spacerowicze, których też nie było wielu, nie mówiąc już o tym, że wyglądali na ludzi kulturalnych i nie budzili niczyich obaw, jednym słowem, wszyscy razem zdawali się nie stanowić dostatecznego powodu czy też racji, by w tym miejscu potrzebny był policjant. No, ale licho nie śpi.
Powróciłem nad morze po kilku latach nieobecności i pamiętałem policjanta ze swojego wcześniejszego pobytu w tych stronach. Z pewnych względów, o których nie będę teraz mówił, tamta pierwsza eskapada przyniosła mi rozczarowanie i w rezultacie okazała się dość krótka. Ale w miarę jak czas mijał, zdecydowałem się wrócić na dawne miejsce. Poniekąd przymusiły mnie do tego same okoliczności. Powiem wprost. W zatrważającym tempie kurczy się liczba plaż, na które mam jeszcze wstęp. Wiąże się to z moim popędliwym, wysoce porywczym usposobieniem czy charakterem. Dwa ostatnie określenia to eufemizmy, mające na celu ukrycie czy przynajmniej częściowe przesłonięcie niewygodnej prawdy o defekcie psychicznym w mojej osobowości. Krótko mówiąc, bardzo łatwo mnie zdenerwować, wyprowadzić z równowagi. Jak na zawołanie puszczają mi nerwy i wówczas w sprowokowanej awanturze jej sprawcę nie tylko wyzywam od najgorszych, ale czasem przykładnie karzę dotkliwym pobiciem. Z tego powodu plaże w większej części są już dla mnie pozamykane. Dokładniej mówiąc, mam na nie okresowy zakaz wstępu, a na niektóre wręcz dożywotni. W środowiskowej nowomowie tę ostatnią sytuację nazywa się całkowitym zbanowaniem. (Ten neologizm, by nie powiedzieć, potworek językowy, najwyraźniej pochodzi od słowa banicja). I chociaż nie takie były moje zamiary i intencje, krok po kroku i niepostrzeżenie, w rozrastającej się sieci prywatnych plaż, od pewnego czasu zacząłem uchodzić za zwykłego chuligana, który po pijanemu wszczyna burdy i bijatyki. W tym aspekcie można by mnie porównać do stadionowego kibola, rzucającego przekleństwa, okładającego kijem bejsbolowym kibica drużyny przeciwnej i demolującego stadion…
Ale wracając do rzeczy. Dyżurny policjant nie przeszedł obojętnie koło mojego zamku. Wyraźnie zainteresował się budowlą. Obejrzał ją ze wszystkich stron, pokręcił głową, po czym rzekł, że „on osobiście ma inne poczucie moralności”, a „zamki kojarzą mu się z książęcą rozpustą”. Pojednawczo dorzucił, „bym mu wybaczył takie jego podejście do sprawy”. U ludzi cenię uczciwość i bez wahania darowałem winowajcy cierpki przytyk, co zresztą udokumentowane jest w materiałach archiwalnych obiektu plażowego.
Bez zbędnych słów uznaliśmy sprawę za zamkniętą, a policjant skierował swoje kroki w inną stronę. Ale nie odszedł zbyt daleko. Może głównie dlatego, że na plaży panował idealny spokój i nie była potrzebna jakakolwiek interwencja. W rezultacie stróż porządku, nieprzepracowany i zadowolony ze swego status quo, cały czas kręcił się w pobliżu miejsca, gdzie dumnie piętrzył się mój warowny zamek. Tymczasem obok przechodzili coraz to nowi spacerowicze. W przeciągu godziny przeszło kilkunastu, ale pośród nich nie było kogoś, kto by się zatrzymał na dłużej i bliżej zainteresował wyniosłą budowlą. Zrobił to dopiero kolejny przechodzień. Już na pierwszy rzut oka – cwaniak plażowy. Podobnie jak policjanta, jego też zapamiętałem ze swojego wcześniejszego pobytu nad morzem przed paroma laty. Natomiast całkiem niedawno, bo przed kilkoma dniami, kiedy z prawdziwą fantazją, ale i w pełni metodycznym zaangażowaniem wznosiłem jeden ze swoich nowych zamków, niczym cień stał przy mnie ów zawołany cwaniak i przypatrywał się pracy. A gdy już ukończyłem budowlę, skrzywił się na twarzy, chrząknął i cierpko orzekł, że „źle podobierałem ziarnka piasku i występują liczne szczeliny, a to oznacza, że wiatr będzie gwizdał i przenikał mury”. Masz ci los. Znalazł się znawca sztuki budowlanej! Czarno na białym było widoczne, że plażowy cwaniak szuka zaczepki, jest czystej wody prowokatorem i chce mnie wyprowadzić z równowagi. Wprost mu powiedziałem, co myślę o jego podłych poczynaniach. Nie odezwał się słowem i niebawem odszedł. Nie powrócił też tamtego dnia, by mnie dalej dręczyć, i sądziłem naiwnie, że już nigdy nie przyczłapie i że odtąd w spokoju i ciszy będę mógł wznosić swoje zamki z piasku.
Jakże się myliłem! Podlec przywlókł się za kilka dni, owego pamiętnego dnia, o którym opowiada ta właśnie historia. Obmierzły przybłęda zjawił się jak gdyby nigdy nic, gdy budowałem swój kolejny zamek. Kątem oka pilnie obserwowałem jego zachowanie i poczynania. Miał na sobie szkarłatne szorty i czarny T-shirt z nadrukiem. Na piersiach koszulki widniała biała czaszka, a pod nią dwa skrzyżowane piszczele. Właściciel tego straszaka swoim zwyczajem postał przez chwilę i pogapił się, po czym odchodził. I znowu za chwilę wracał. W międzyczasie strzelał oczami i oglądał się za każdą ładną dziewczyną. Próbował tę i inną poderwać, ale wydaje się, że nic mu z tego nie wyszło. W końcu wrócił, by wcielić w życie swój nikczemny plan, który zrodził się w jego pokrętnym umyśle pewnie jakiś czas temu. I kiedy na budowli zatknąłem ostatnie czerwone chorągiewki, stanął w rozkroku, zapalił papierosa i wycedził przez zęby, że „zamek ma za dużo okien”. I dodał, że „w warownym zamku wystarczyłoby jedno”. W tych paru słowach zawierał się i ucieleśniał jego szatański plan, którego źródłem była zżerająca go zawiść. Tym razem nie wytrzymałem. Swoją kretyńską opinią wyprowadził mnie z równowagi na dobre. Skierowałem w jego stronę lawinę wyzwisk i rzuciłem się na niego z pięściami. Biłem na oślep i okładałem, gdzie popadło. Nie panowałem już nad sobą. Tak była dla mnie dotkliwa i deprymująca ta jego debilna, a zarazem nikczemna i pełna prowokacji wypowiedź: „Zamek ma za dużo okien, wystarczyłoby jedno”. Stwierdzenie z gruntu nieprawdziwe, piramidalnie głupie, bezwzględnie idiotyczne. A jednak swoją tak perfidnie skalkulowaną wypowiedzią ściągnął na mnie niewyobrażalną rozpacz i ogrom cierpienia, których niepodobna wyrazić słowem. To tak, jakby mi się ziemia zapadała pod nogami i otworzyły wrota piekieł. Było mi już wszystko jedno. On albo ja! Na szczęście nie miałem przy sobie broni, bo bym drania zamordował z zimną krwią. Zgładził bez zmrużenia oka i dał kres jego podłości raz na zawsze.
Z boku przypatrywał się wszystkiemu i przysłuchiwał policjant plażowy, kręcący się w pobliżu. Ale nie uznał za stosowne, kiedy jeszcze była ku temu pora, poskromić i przywołać do porządku cwaniaka prowokatora. Natomiast gdy miarka się przebrała i rzuciłem się z pięściami na drania i chciałem go rozszarpać na kawałki, stróż porządku sporządził służbową notatkę z zaistniałego incydentu, w której mnie uznał za winnego całego tego zajścia i jednocześnie postulował u władz plaży o surowe ukaranie winowajcy. „Droga Administracjo, należałoby coś z tym wykroczeniem zrobić…” – tak brzmiała końcowa sentencja jego notatki służbowej, która dla mnie miała posmak donosu.
Krótko po oddaleniu się z miejsca zdarzenia prowokatora pod moim zamkiem pojawiła się przedstawicielka Administracji, do której między innymi policjant wystosował swoją notatkę służbową. W tamtym wcześniejszym okresie mojego goszczenia na plaży przed paroma laty nie było jej w zarządzie ani też nie współtworzyła grona zwykłych użytkowników. Była więc teraz dla mnie osobą nową. Prawdopodobnie jej pozycja we władzach owego nadmorskiego obiektu nie była na tyle silna, by mogła udzielić mi surowej nagany. Zrekompensowała więc sobie ów brak krytyką mojej budowli, twierdząc, że przerost jednego z elementów konstrukcyjnych zamku działa na nią przygnębiająco. Miała na myśli zbyt częste, jej zdaniem, występowanie wykuszów w wielu oknach zamkowych. Wziąłem to na karb jej niewiedzy, by nie rzec głupoty, i nie wdawałem się w kolejną awanturę. Zwłaszcza że, czując się być może niezręcznie z tą swoją krytyką na wyrost, starała się być potem nad wyraz miła i powiedziała coś o dziwnym imieniu (moim?), ale nie bardzo zrozumiałem, o co jej chodzi.
Na tym nie koniec wizyt. Minął jakiś czas i pod moim zamkiem zagościł starszy pan. Miał na sobie długie białe spodnie i beżową koszulkę z wizerunkiem Gandhiego. Był to jeden z zarządców plaży, zarazem wysoko postawiony przedstawiciel Administracji. Owego szacownego męża pamiętałem jeszcze z dawnych czasów. Utkwiło mi w pamięci, że w wolnych chwilach zajmował się struganiem świątków. Od północy plażę otaczał las sosnowy, więc materiału w postaci drewna nie brakowało i strugacz mógł korzystać do woli z dobrodziejstwa natury i oddawać się swojemu ulubionemu hobby. Choć jako wysokiej rangi funkcjonariusz łatwo mógł mi się narazić już w tamtym wcześniejszym okresie, to jednak nic podobnego nie miało miejsca i wspominałem go jak najlepiej. I tym razem przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Starszy pan nie zganił mojego zachowania na plaży, jak można by się spodziewać. Inaczej mówiąc, nie uznał, że to tylko ja zasługuję na potępienie czy też surową naganę. I sprawiedliwie zaapelował do obu stron konfliktu o powściągnięcie emocji. Oczywiście po raz wtóry zaskarbił sobie tym moją sympatię. Ale nie tylko tym. Układny starszy pan do pewnego stopnia pochwalił mój warowny zamek. Powiedział, że jego romańska architektura nawet mu przypadła do gustu. Czy muszę dodawać, że było mi z tego powodu bardzo miło?
Upłynęła dłuższa chwila i przeszła w pobliżu ładna blondynka. Ubrana była w karmazynową spódnicę mini i żółtą bluzkę z krótkim rękawkiem. Lekka różowa apaszka na szyi jeszcze przydawała jej wdzięku, którego jej nie brakowało. Tak samo jak tamtą damę z parasolką, znałem ją z widzenia od niedawna. Ilekroć przechodziła koło moich zamków, zatrzymywała się na moment, by się im przyjrzeć z ciekawością, a potem na odchodnym wesoło rzucała mi kolorową plażową piłkę, którą radośnie odbijałem. Tym razem stwierdziła, że nic nie rozumie z tego, co się tu wydarzyło przed paroma chwilami, ale jest tym wszystkim zszokowana. Być może ten mój opis wydarzeń, który tu sporządzam w kilka dni po zaistniałym incydencie, gdyby go znała, ułatwiłby jej zrozumienie.
Krótko po przejściu tamtej ładnej blondynki do mojego zamku zbliżyła się równie młoda i urocza dziewczyna. Miała na sobie niebieską suknię midi. Podobnie jak paru innych bywalców znałem ją jeszcze z tamtych swoich pierwszych wycieczek na plażę przed kilkoma laty. Już wtedy zrobiła na mnie duże wrażenie. Była Amerykanką. Na jednym z tamtejszych uniwersytetów prowadziła lektorat z języka polskiego. Z jakichś powodów upodobała sobie właśnie to morze i tę plażę i regularnie korzystała z ich uroków. Podobnie jak tamta młoda dama z parasolką, pełna elegancji i wytworna Amerykanka też należała do osób bywałych w świecie. Wzdłuż i wszerz przemierzyła obie Ameryki i Australię. Ale stary kontynent, Europa, też ją nęcił. O ile się nie mylę, obie damy wywodziły się z rodów, w których przodkowie należeli do różnych nacji. Ich poglądy na sztukę nie ograniczały się do jednej teorii i jednej estetyki, i nie pozwalały się zamknąć w ciasnych szufladkach z góry przyjętych zasad i reguł.
Zapadał wieczór i w swoim zamku pozapalałem wszystkie światła. W jednym momencie niezliczone okna zamkowe zabarwiły się na pomarańczowo. Jasnowłosa Amerykanka, podziwiając mój rozświetlony zamek, usłyszała dochodzącą z jego komnat muzykę z epoki. Przejmująco piękna pieśń trubadura, z charakterystycznym lejtmotywem, dobiegała z zamku i przepełniała jej wrażliwą duszę. Byłem wdzięczny uroczej Amerykance, że rozpoznała tę szlachetną pieśń i że się nią zachwyciła. Od początku bowiem mój plan architektoniczny zakładał takie proporcje w elementach konstrukcyjnych zamku, by jego akustyka była możliwie doskonała i by każdy najsłabszy, najcichszy dźwięk pieśniarza, dochodzący z odległej przeszłości, mógł być słyszalny dla nieskrępowanego przesądami wolnego ducha i jednocześnie wrażliwych uszu odbiorcy.
Owego dnia, zanim przed moim zamkiem stanął właściciel plaży, w obu kierunkach przeszło kolejnych paru spacerowiczów. Wśród nich kobiety i mężczyźni. Z marszu rzucili okiem na piętrzącą się budowlę, ale nikt nie pochwalił budowniczego. Większość z mijających mnie osób znałem tylko z widzenia, jednak z dwiema czy trzema spośród nich zetknąłem się bliżej. Myślę tu o utalentowanej kobiecie architekcie, jednocześnie bardzo płodnej, oraz równie utalentowanym i płodnym inżynierze. Skądinąd wiadomo, że płodność w sztuce nie zawsze idzie w parze z wysokimi walorami artystycznymi. Jak było w tych przypadkach, nie mnie oceniać. Nie liczyłem, że ów wzięty inżynier zaszczyci mnie jakimś dobrym słowem odnośnie mojej unikalnej sztuki budowlanej. Zwłaszcza że kopie swoich zamków rozlokowywał na wielu różnych plażach i najwyraźniej nie miał ani czasu, ani chęci, by oglądać cudze budowle, choćby nawet tak pomysłowe jak moja. A już na pewno brakowało mu czasu na to, żeby je opiniować. Robił to zupełnie sporadycznie i swoim wejrzeniem oraz dobrym słowem zaszczycał tylko tych adeptów sztuki budowlanej, którzy, jego zdaniem, prezentowali najwyższy poziom, nie przerastając jednak jego własnych umiejętności. Nie liczyłem więc, że łaskawym okiem wejrzy na mnie czy też na moje dzieło ów wprawny inżynier, ale w swoich naiwnych oczekiwaniach zawiodłem się na znajomej architektce. Miałem oczywiście świadomość, że mój nowy zamek, podobnie zresztą jak wszystkie poprzednie, wobec jej misternych konstrukcji nie tyle może przypomina stajnię Augiasza, co najprawdopodobniej ona sama tak to właśnie widzi. Jednak od dawna zasypywałem ją komplementami, które były szczere i bez wyrachowania, a teraz, będąc w biedzie, po cichu żywiłem nadzieję, że w odruchu serca, wspaniałomyślnie powie coś miłego. O, słodka naiwności! Przyzwyczajona pławić się w hołdach, w końcu zatraciła poczucie realizmu. Ciesząc się sławą pierwszej damy wąskiego grona architektów na paru lokalnych plażach, uwierzyła, że jest nią naprawdę w skali globalnej. Najwidoczniej przewróciło się jej w głowie z nadmiaru wiernopoddańczych zachwytów, a serce w godzinie próby okazało się zwykłym kamieniem. Nie potrafiła wydusić z siebie jednego dobrego słowa. Byłem dla niej jednym z nic nieznaczących komplemenciarzy, których ona liczyła na pęczki.
Na koniec przed moim warownym zamkiem pojawił się, wspomniany już, właściciel plaży i główny Administrator całego obiektu. Miał na sobie niebieskie dżinsy i biały T-shirt z rysunkiem żaglowca. Był to pięciomasztowiec. Głowę Administratora zwieńczał słomkowy kapelusz. Mieszkał w okazałej posesji na skraju lasu sosnowego i po pomarańczowych światłach bijących z wnętrza zamku zorientował się, że jeszcze przebywam na plaży. Choć nie mógł wiedzieć, że zamierzałem pozostać na miejscu przez całą noc, ponieważ obawiałem się, że tamten obmierzły prowokator wróci z bandą opryszków i będzie chciał obrócić mój zamek w perzynę, jednym słowem, zrównać go z ziemią. Wizyta właściciela plaży nie była oczywiście dla mnie zaskoczeniem. Spodziewałem się jej w każdej chwili. I liczyłem się z najgorszym. Właściwie nie brałem pod uwagę innej opcji. Regulamin plaży w takich okolicznościach przewiduje dożywotni zakaz wstępu na strzeżony obiekt. I sądziłem, że właściciel ośrodka przybył tylko w tym celu, by mi to osobiście oznajmić. Jakież było moje zdziwienie, gdy nie usłyszałem podobnego wyroku. Właściciel plaży nie pozwolił się skrępować przepisami, które sam wcześniej wykoncypował, sporządzając regulamin, co mogło o nim dobrze świadczyć. Oczywiście mój postępek, a więc ową karczemną awanturę i bijatykę na plaży, surowo napiętnował. Ale nie skończyło się banem, jak to się określa w środowiskowym żargonie, czyli po prostu banicją. Tak czy inaczej, moja coroczna bytność na plaży stoi pod wielkim znakiem zapytania. Zanim do tego jeszcze wrócę, chciałbym nadmienić, że właściciel plaży nie omieszkał wyrazić swojej opinii odnośnie do mojego zamku. Nie była to jednak ocena dla mnie przychylna. Autorytatywnie oznajmił, że mój zamek nie zawiera w swej bryle zbyt wielu elementów artystycznych i w całości nie jest dobrze zbudowany. Jednocześnie podkreślił, że choć nie ma nic przeciwko zamkom wznoszonym przez amatorów, to przecież moja budowla, z racji pewnych charakterystycznych dla siebie elementów konstrukcyjnych, jak i tych czerwonych świateł w oknach, zdaje się bardziej pasować na przybytek rozpusty niż prawdziwej sztuki. „I tu zgadzam się z moim policjantem” – dodał. Zatem opinię właściciela plaży na temat mojego zamku trudno byłoby uznać za pozytywną. Ale nie jest ona dla mnie powodem do zmartwienia, mimo że suweren plaży sam też jest budowniczym zamków. Wypracował sobie własny styl i w środowisku znawców sztuki, regularnie odwiedzających plażę, cieszy się sławą nie lada architekta. Wszelako ta sama łatwość tworzenia, jaką posiadają wspomniani wyżej budowniczowie, może jednak budzić pewne wątpliwości, czy jego zamki przedstawiają najwyższy poziom artystyczny.
Wspomniałem, że moja dalsza, regularna bytność na plaży stoi pod wielkim znakiem zapytania. Dlaczego? Otóż dłuższy pobyt nieuchronnie wiąże się z różnego rodzaju niedogodnościami i udrękami. I to sprawia, że co rusz staję przed dylematem, czy raz jeszcze zagościć na plaży. Już po raz drugi Amerykanka (prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie), jej wdzięk i mądrość sprawiają, że znowu na krótko powracam. Może tylko po to, żeby na tablicy ogłoszeń przykleić ten oto tekst. Ale może przede wszystkim moja dalsza obecność na plaży stoi pod wielkim znakiem zapytania dlatego, że nie mogę spełnić oczekiwań właściciela owego nadmorskiego obiektu. Przykro mi, ponieważ tenże właściciel potraktował mnie dość łagodnie. Ja natomiast nie mogę odpłacić się tym samym wobec moich nieprzyjaciół. Krótko mówiąc, nie zamierzam przeprosić ani plażowego cwaniaka, ani policjanta. Plażowy cwaniak i prowokator od dłuższego czasu szukał zwady, klasycznej zaczepki, aż w końcu wyprowadził mnie z równowagi. Miał w tym swój określony cel. Jeśli chodzi o policjanta, jako stróż porządku nie stanął na wysokości zadania i na całej linii zawiódł moje zaufanie. Dla mnie rozstrzygające znaczenie ma nie to, kto jakiej użył broni w zaistniałym konflikcie, ale kto go sprowokował, kto wywołał wojnę.
Tymczasem po paru chłodniejszych dniach robi się coraz cieplej. Za chwilę wakacje i pełnia sezonu. Plaża, którą od niedawna jej właściciel utrzymuje z wolnych datków ludzi dobrej woli, zaludni się i zaroi od żądnych wrażeń wczasowiczów i turystów, którzy przelotnie zagoszczą na tym obiekcie. Wszystko to pozwala spoglądać w przyszłość z niejakim optymizmem.
