Toń - Ishbel Szatrawska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Toń ebook

Szatrawska Ishbel

4,4

92 osoby interesują się tą książką

Opis

Nowa książka Ishbel Szatrawskiej!

Kiedy Eichmedien stały się Nakomiadami? Kiedy Rastenburg był Rastemborkiem i kiedy stał się Kętrzynem? Carlshof – Karolewem, a Groß Stürlack – Sterławkami?

Powieść „Toń” opowiada losy kilku pokoleń rodziny związanej z dawnymi Prusami Wschodnimi, gdzie od wieków mieszały się tożsamość polska, mazurska, niemiecka i litewska: Historię babki Janki, arystokratki Gudrun i jej ukochanego Maxa – niemieckiego chirurga, ciotki Gertraud, syna Janki – Wolfa, i wreszcie Alicji – najmłodszej z rodziny, antropolożki, która musi zmierzyć się z koniecznością sprzedaży rodzinnej siedziby nad Gubrem – domu pełnego wspomnień i naznaczonego tajemnicą.

Śledzimy losy bohaterów i bohaterek, począwszy od czasów wojny, katastrofy Königsbergu i Rastenburga, sowieckiej nawałnicy, przez komunistyczną Polskę – już odmienioną, gdzie o przeszłości nie mówi się wcale lub mówi się szeptem – aż do czasów współczesnych, w których rozgrywa się nowy uchodźczy dramat

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 555

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (36 ocen)
20
13
1
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
weronikareron

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham tych bohaterów i skomplikowaną historię tych ziem.
00
Remedios24

Dobrze spędzony czas

Niezwykła historia zwykłej dziewczyny o ogromnej woli życia. Historia ziemi, która przyjmie każdego, zawsze gotowa na zmianę warty. Książka prowokuje do poszukiwań w historycznych źródłach kolejnych wiadomości o nieznanych wydarzeniach z czasów II wojny światowej. Sporo myśli, wyobrażeń,refleksji o ludziach, upadku miasta i kultury, którą sobą reprezentowało, wojnie i niezmiennym trwaniu natury, ziemi, lasu...
00
Olajanuszkiewicz

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonała!
00
Dzazik

Nie oderwiesz się od lektury

świetnie napisana proza. Dobrze się czyta.Zarwane 2 wieczory i po sprawie
00
schwarzfrau

Nie oderwiesz się od lektury

polecam, mocno wciąga
00

Popularność




Copyright © Ishbel Szatrawska, 2023

Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków

Wydanie I

Warszawa 2023

Mięso końskie używają na pokarm, piją też mleko i krew koni, tak że nawet, jak powiadają, upijają się niemi. Ludzie tam mają błękitne oczy, cerę czerwoną, włosy długie. Prócz tego niedostępni z powodu błot, nie cierpią pośród siebie żadnego pana.

Helmold, Kronika sławiańska z XII wieku. Księga pierwsza, przeł. J. Papłoński

– Nie bierz od Niemca.

Alicja zastygła, ściskając w dłoni czekoladowy cukierek w kolorowym papierku. Nie musiała się odwracać. Wiedziała, że babka Janka stoi na ganku z papierosem w dłoni, posągowa, groźna. Choć lato było tego roku typowo pruskie, niezbyt ciepłe, pochmurne, z ciągłymi podmuchami lodowatego wiatru z północy, poczuła, że robi jej się gorąco.

– Nie bierz od Niemca. Nie jesteś małpa.

Głos babki rozciął powietrze jak nożem. Patrzyli na nie wszyscy: sąsiedzi Piekutów, ich dzieci i grupa niemieckich turystów, którzy przyjechali z rowerami na, jak to nazywali dorośli, wycieczkę sentymentalną. Musiał to być szczególny rodzaj wycieczki – znaczenia tej nazwy Alicji nie udało się jeszcze rozwikłać.

Z przepraszającym uśmiechem i zaskakująco dobrym akcentem wyszeptała: „I’m sorry” i oddała cukierek. Stary Niemiec przeniósł wzrok z niej na stojącą w oddali kobietę. Babka się nie poruszyła. Jej drobna, szczupła postać zdawała się górować nad zebranymi. Niemiec zrozumiał, że dyskusja nie ma sensu.

Alicja wiedziała jednak, że kontrakt został zawarty już w chwili, w której podeszła do grupy i zaczepiła turystów z rozbrajającą dziecięcą bezpośredniością. Wiedziała więc, co się stanie. Babka odwróci się i skryje w czeluściach wielorodzinnego domu z brunatnej cegły, a ona dogoni Niemców, gdy będą spacerować wzdłuż stajni. Była jedynym dzieckiem na podwórku, które umiało sklecić kilka zdań po angielsku. Była jedynym dzieckiem, które umiało się dogadać. To od jej zręczności i umiejętności zależało, czy gromada urwisów ze Stada Ogierów dostanie słodycze od przybyszy. Babka była honorowa. Nie brała od innych, dawała, gdy ją o to poproszono, jeśli pożyczała, oddawała z nawiązką. Alicja miała tylko dziesięć lat, ale już wtedy wiedziała, że nie ma honoru. Nie da się tego pogodzić: mieć honor i zjeść ritter sporta.

Na gdańskim lotnisku wszystko poszło zaskakująco szybko. Sprawdzili dokumenty, paszport covidowy i ani się Wolf obejrzał, a już siedział w samochodzie z wypożyczalni. Najpierw zadzwonił do Kathleen.

– Jestem na miejscu – rzucił, gdy tylko odebrała.

– Great – odpowiedziała z tym swoim wyrazistym akcentem. – Właśnie wróciłam ze sklepu. Poleciałam po zakupy, żeby nie było jak rok temu. Nie miałam w domu nawet paczki ciastek.

– Zostaw mi parę shortbreadów.

Zaśmiała się. W słuchawce w uchu zatrzeszczało. Czekał w ciszy, aż znikną zakłócenia, gdy w samochodzie rozległ się monotonny głos GPS-u.

– Prowadzisz – powiedziała zniekształconym głosem. – Kończę. Odezwij się do Alicji.

Nie chciał dzwonić do Alicji. Rozmawiał z nią od prawie trzech miesięcy i czuł, że niczego nie udało mu się wskórać. Nie trafiały do niej żadne argumenty. „Dom trzeba sprzedać” – powtarzał. Próbowała go wziąć na litość i celowała w czułe punkty, bo nie była w stanie racjonalnie go przekonać. Dyskutowali o tym od sierpnia i nie wiedział, jak przemówić jej do rozumu. Tłumaczył, że w domu od lat nikt nie mieszkał. Po śmierci Janki, a potem ciotki Gertraud, która przeniosła się do niego na ostatnie lata życia, nie było sensu go dalej utrzymywać. Do Alicji nic nie docierało. Tak minęły sierpień, wrzesień i październik. Zdążył znaleźć kupca, notariusza, zorganizował nawet oględziny domu bez konieczności przylotu ze Szkocji. Zgodziła się na przyjazd i sprzątanie. To już coś. Wziął kilka wdechów, skręcił na południe i zadzwonił dopiero za Tczewem.

– Cześć, tato – zmęczony głos.

– Zgadnij, gdzie jestem – zagadnął wesoło. – Przejeżdżam przez Nogat. I patrzę na zamek w Malborku.

Spojrzał szybko na drugą stronę rzeki.

– W Malborku? – zdziwiła się. – Nie jedziesz na Nowy Dwór Gdański?

– GPS pokazuje straszne korki, więc pruję na Malbork, potem Elbląg i normalnie, wzdłuż granicy.

– Uważaj na siebie. Akcja Znicz i te sprawy…

Westchnął.

– Wiem, mam siedemdziesiąt pięć lat, refleks dziadka…

– Tato – wtrąciła. – Mówię serio.

Nagłą ciszę przerywał stukot łączeń na moście. Baszty zamku wyłaniały się z szarej mgły, jakby wyrastały z kłębów dymu.

– W ogóle nie powinniśmy rozmawiać. Skup się na drodze.

Znów niezręczna cisza.

– Kiedy wyjeżdżasz?

– Jutro – powiedziała krótko i twardo. Chciała skończyć rozmowę.

– Sama?

– Oczywiście, że sama…

– A Jarek?

– Tato, daj spokój – syknęła. – Będę jutro, dam znać, jak przesiądę się w Olsztynie.

Rozłączyła się po chwili. Zdążył tylko wymamrotać niezdarne „kocham cię”. Przepołowione zawisło gdzieś między nadajnikami.

Chodziło o dom. Oczywiście, że chodziło o dom. O budynek, o miejsce, o wszystko. Chciał postąpić rozsądnie, a czuł się tak, jakby miał ją z czegoś ograbić. Oboje nosili w sobie jedną jedyną przestrzeń. Tę, w której zapach ciężkiej żywicy był tak intensywny, że łaskotał w nosie, a świat miał błękitnawy odcień, nawet w promieniach letniego słońca, jakby nad wszystkim, jak okiem sięgnąć, unosił się duch lodowca.

Nie był pewien, jakie było jego pierwsze wspomnienie. Skrzypienie nieheblowanych desek, kiedy przechodziło się z dużego pokoju do kuchni? Zapach kopru i czosnku z niej dochodzący? A może głos matki? Słyszał go wyraźnie przez całe życie: „Wolf, nie ruszaj, zostaw, bo się sparzysz!” – musiało to być jedno z najwcześniejszych wspomnień, bo głos Janki był bardzo młody, dziewczęcy, wtedy jeszcze lekko zaciągała. Zaśpiew wyrugowała kilka lat później, nigdy właściwie nie wiedział dlaczego.

Dom stał na uboczu. Trzeba było odbić z drogi w las i iść kawałek w stronę rzeki. Murowany, niski budynek zdawał się nieco przysadzisty, gdy stał tak nieopodal wąwozu, w którym szemrał Guber. Nie był to piękny dom, ale był po mazursku solidny. Pobielany, nietypowy nawet w swoim najbliższym otoczeniu, w którym wszystko wznoszono z czerwonej cegły, stał na morenowym pagórku, z którego stromym zboczem schodziło się nad rzekę, a dalej, na drugim brzegu, była już tylko posępna pruska puszcza, morze świerków, sosen i modrzewi ciasno zbitych w osobliwy mur. Strzeliste wierzchołki drzew jak orszak gotyckich wież skrywały dalszą drogę, którą po trzydziestu czy czterdziestu minutach marszu można było zawędrować do PGR-u w Nakomiadach.

Nigdy nie dociekał, dlaczego mieszkał tam sam z matką. Słyszał wiele lat temu, że władze chciały dokwaterować lokatorów. W domu było w końcu pięć izb – długi i wąski mógłby pomieścić całkiem pokaźną rodzinę. A jednak – czy to z woli władz, czy z własnej – nikt się nigdy do nich nie wprowadził. Po wsiach gadano, że nikt nie chciał u nich zamieszkać. Nie dopytywał dlaczego. Był sam z matką i wieczorami odwiedzał ich tylko Stary Marcin, kochanek matki, o czym wiedzieli wszyscy w okolicy i nikt tego nie komentował. I jeszcze paru zaufanych przyjaciół.

Z wczesnego dzieciństwa pamiętał też babkę. Szczupła i słaba, od lat coraz bardziej podupadała na zdrowiu, zmieniała tylko miejsce, gdzie wygrzewała kości, latem przesiadywała przed domem, zimą, owinięta w koc, zatapiała się w starym, głębokim fotelu, o którym sama mówiła, że ten to jeszcze Niemca pamięta. Nie pomagała matce, nie miała na to siły, tajemnicza choroba toczyła jej życie kolejny rok, kolejny i jeszcze kolejny. Czasem brała do rąk igłę, kolorowe nici i w milczeniu haftowała – dzikie zwierzęta, czerwone słońca, egzotyczne kwiaty. Mówiła cicho, jakby wciąż się czegoś bała. Zapamiętał, że zawsze miała dla niego cukierki, które wyciągała w najmniej oczekiwanych chwilach.

Janka radziła sobie sama. W zasadzie zawsze była sama. Nawet mimo tego, że za dnia drzwi do domu prawie się nie zamykały i raz po raz do izby wtaczały się okoliczne baby, po czym dom rozbrzmiewał terkotem singera. Taką ją pamiętał. Drobną, pochyloną nad maszyną, skupioną na ściegu. Nieobecną.

Co jeszcze pamiętał?

Rok czterdziesty ósmy, może dziewiąty. Mógł mieć trzy albo cztery lata. A jednak to wspomnienie wryło mu się w mózg i zostawiło w nim bolesną, rozoraną bruzdę.

Jechali do wsi, powoził Stary Marcin. Wychudzona szkapa z trudem ciągnęła wóz pod górę. Wolf był malutki, miał nieskoordynowane ruchy. Przy każdym szarpnięciu bezradnie próbował chwycić się brzegu i za każdym razem Janka chwytała go za kołnierz.

– Siedź grzecznie i nie wychylaj się – ostrzegała kilkakrotnie.

Nie słuchał, jakby nie rozumiał tego, że może sobie nabić guza.

Droga była zasypana świeżym śniegiem, w oddali majaczyły dachy wsi. Groß Stürlack, jak wtedy mawiała matka, choć stawała się już Sterławkami i prawie nikt nie wracał do jej dawnej nazwy. Powietrze było mroźne i rześkie. Marcin siedział na koźle i w zamyśleniu patrzył przed siebie. Klacz parsknęła kilka razy zaniepokojona, więc zwolnili. We wsi stała wojskowa ciężarówka i jeszcze jeden samochód. Chłopiec spojrzał na matkę pytająco, nie zareagowała. Oboje z Marcinem patrzyli w stronę wsi, dziwnie milczący.

Między chałupami kręciła się niewielka grupa żołnierzy. Wzdłuż drogi leżały ubrania, buty, przedmioty codziennego użytku. W hałdzie śmieci stali ludzie, którzy pospiesznie i z wprawą przeszukiwali płaszcze, spodnie, koszule, a co lepsze pakowali do płóciennych worków. Czuć było mieszankę podniecenia i strachu, która natychmiast zaczęła mu się udzielać. Matka i Marcin siedzieli na wozie niczym dwa posągi. Na drodze pośrodku wsi klęczał starzec. Jego rzadkie siwe włosy złowróżbnie powiewały na wietrze. Żołnierz mówił coś, czego Wolf nie mógł usłyszeć, dojrzał za to rodzinę starca, prawie same kobiety. Żołnierze krzyczeli, jeden szarpał się z młodą dziewczyną.

– Wolf – odezwała się nagle matka. – Nic teraz nie mów.

Jeden z żołnierzy zatrzymał ich gestem ręki.

– Co wy za jedni? – zapytał.

Szelest polszczyzny zabrzmiał nagle dziwnie obco.

– Tutejsi – odpowiedział Marcin.

Matka milczała, przycisnęła go mocno do siebie.

– Tutejsi? – Żołnierz się zaśmiał. – Lubicie żarty, gospodarzu. A dokumenty jakieś macie?

Wolf słuchał jej szybkiego tętna i nie odrywał wzroku od starca przy drodze. Ten dostrzegł to i odwzajemnił spojrzenie. Chłopiec nie rozumiał, co się dzieje, instynktownie jednak wyczuł napięcie. Stary miał nieduże, blisko osadzone, błękitne oczy. Głębokie zmarszczki orały jego czoło i obwisłe policzki, jakby całą postać przygniatał niewidoczny ciężar. Szczeciniasty podbródek drżał lekko i Wolf pomyślał, że stary chce mu coś powiedzieć, ale nie może wydać z siebie głosu.

Żołnierz przeglądał dokumenty.

– Marcin Skiba, tak? – zamruczał, po czym spojrzał na matkę. – Żona?

– Jak Bóg da – odpowiedział Marcin.

– Nazwisko?

– Lakis – głos matki brzmiał zadziwiająco spokojnie. – Janina Lakis.

– Czego tu szukacie?

– Jedziemy do majątku.

– Do Eichmedien? Skąd?

– Z chałupy jeszcze przed zjazdem na Carlshof. Znad Gubra.

– Tędy? Przez Groß Stürlack? Szkoda czasu, trzeba było jechać przez las. Szlaki znacie? Wiecie, gdzie jechać, żeby przekroczyć Guber?

Rozmowa się przeciągała. Żołnierz żywo gestykulował, drapał się po głowie, obracał wokół własnej osi, wskazując palcem kierunek. Matka uspokoiła się, ale trzymała Wolfa w żelaznym uścisku. Chłopczyk patrzył z fascynacją na żołnierza, który kręcił się jak żywa zabawka w powtarzalnej sekwencji ruchów: palec do góry, palec wycelowany na wprost, obrót; coraz bardziej oniemiały, śledzący uważnie całą scenę okrągłymi ze zdumienia oczami, w końcu wybuchł żywiołowym dziecięcym śmiechem, przerywając dyskusję mężczyzn. Starał się przy tym kucać i wstawać, wciąż uwięziony w ramionach matki, a zanosił się śmiechem tak, że nawet po twarzy starca przemknął ledwie zauważalny skurcz mięśni. Żołnierz wyszczerzył zęby rozbawiony.

– Wesoło ci, urwisie? – zagaił. – A jak ci na imię?

– Jedźmy! – przerwał nagle Marcin. – Będzie mi potem baba ciosać kołki na głowie.

Żołnierz podniósł rękę wysoko, na szczycie pagórka poruszyła się grupa mężczyzn. Koła wozu na powrót zaczęły się obracać mozolnie w grudach śniegu. Matka nie puszczała go, trzymała go blisko piersi. Wyglądał z zaciekawieniem zza poły jej kożucha, obserwując mijane twarze. Nie zwracały na nich uwagi. Dopiero, gdy chwiejąca się furmanka zaczęła ponownie kołysać się w dół, usłyszał jeden, urwany krzyk dziewczyny, ostry jak brzytwa. Matkę przeszedł dreszcz, ale jej powieki pozostały nieruchome.

Nie wiedział, dokąd jechali i po co. Ludzie wydawali się jednakowi, poszarzali, zmarznięci, czymś poruszeni. Widział słup ognia, który grzmiał rozedrganym płomieniem wśród wszechobecnej bieli. Wracali znowu wozem, nocą, ale w Groß Stürlack nie było już ani żołnierzy, ani ludzi, zostały tylko sterty szmat, których nikt nie zdecydował się wziąć. Mokre od śniegu, wymieszane wyglądały jak kotłujące się zwierzęta. W Mertenheimie zatrzymał ich kolejny patrol i rozmowa przebiegła niemal identycznie. Proste pytania, szeleszczący język, tak inny od matczynego zaśpiewu. Ale tym razem żołnierz nie żartował. Przekrzywiał głowę i przyglądał im się badawczo. Powtórzył nazwisko matki kilkakrotnie i kącik jego ust podniósł się na chwilę do góry.

Dojechali do chałupy późną nocą. Spali razem pod owczymi skórami, a o poranku Stary Marcin dał matce strzelbę.

– Tu jest muszka, tu szczerbinka – jego niski głos był bliski szeptu. – Widzisz? Oprzyj kolbę o ramię. Musisz wyrównać oddech, inaczej nie trafisz.

Wykonywała wszystkie czynności powoli i z namysłem, była śmiertelnie spokojna.

– Jeśli będziesz czuła, że się chwiejesz, zaprzyj się na czymś. Użyj tylko wtedy, jeśli będziesz wiedziała, że trafisz.

Kiwnęła głową.

– A najlepiej bierz dzieciaka i uciekaj przez las. Strzel raz w powietrze. Usłyszę.

– A matka? Przecież matka nie da rady – wtrąciła.

Zamilkł. Patrzyła na niego pytająco, uporczywie, jej nozdrza drgały coraz szybciej. W końcu znieruchomiała i spojrzała mu głęboko w oczy, jakby chciała potwierdzić, że jest gotowa nawet i na to.

Przez kilka kolejnych dni Stary Marcin odwiedzał ich popołudniami i czekał do zmierzchu. Ale noc spędzał u siebie. Janka cierpliwie spoglądała na horyzont, przeczuwając, że niechciana wizyta była nieuchronna. Podłogę przy łóżku matki wyściełała szmatami.

– Musisz się sturlać – powiedziała. – Od razu, jak tylko przyjdą.

– Na co nam to było? – lamentowała babka. – Trzeba było zostać u swoich, a nie iść na poniewierkę.

– Szmaty po to, żeby się nie potłuc – Janka była niewzruszona. – Padaj od razu na ziemię. A najlepiej wejdź pod łóżko.

Babka złorzeczyła na wojnę, dom, Niemców i Polaków, a potem ucichła. Wszystko ucichło, jakby cały dom pogrążył się w oczekiwaniu.

Minęło jeszcze kilka dni i Janka wybrała się piechotą do Carlshofu z nadzieją, że wymieni kilka sprzętów na zeszłoroczne ziemniaki. W karczmie panował gwar, cywile pili z żołnierzami, wszyscy nosili te same ubrania, każda część garderoby z innego źródła, kożuch przywieziony na grzbiecie diabli wiedzą skąd, spodnie znalezione, sweter z rabunku lub ze szmuglu, zmęczony, falujący tłum, w który Janka wpłynęła zygzakiem, omijając co bardziej podpitych jegomości. Zalatywało bimbrem, stęchlizną i terpentyną. Zauważyła go pod przeciwległą ścianą. Miał na sobie ten sam mundur, tę samą kurtkę i uśmiechał się zupełnie już jawnie. Natychmiast się wycofała i pędem ruszyła do wyjścia. Nie gonił jej, miał czas i doskonale wiedział, że w końcu się spotkają.

Biegła, nie odwracając się za siebie. Ślizgała się po oblodzonej drodze. Gdy wpadła do domu, nie mogła złapać tchu. Od progu rzuciła się na resztki mebli, które w nim zostały.

– Co się stało? Dziewczyno, czyś ty się szaleju najadła? – zawołała babka.

– Matka na ziemię! Wolf do mnie! – zakomenderowała Janka, sapiąc z wysiłku.

Zabarykadowała drzwi i przesunęła stół pod ścianę.

– Wolf – wyszeptała, chwytając go za przegub. – Musisz się schować pod stołem, rozumiesz? Mama da ci pierzynę, zawiniesz się i będziesz tam leżał, rozumiesz, co mówię? Nie możesz się odzywać, nie możesz nawet pisnąć. Spójrz na mnie.

Chłopiec patrzył na nią przerażony.

– Nic nie mów, to bardzo ważne. Nawet jeśli będzie ci się chciało płakać. Zawiń się i nie wychodź, dopóki po ciebie nie przyjdę.

Ułożyła go w pierzynie, zacisnął piąstki na jej swetrze. Delikatnie rozwarła je i ukryła go w pościeli. Usiadła na stole i przymierzyła się do strzału. Jej drobne stopy wisiały nad ziemią, patrzył na nie spomiędzy fałd pierzyny. Czekali.

Żołnierze pojawili się dwie godziny później. Zapowiedział ich warkot silnika. Nie była pewna, ilu ich było. Jej wzrok bacznie przemieszczał się od drzwi do zasłoniętego okna. Słyszała chrzęst kamieni pod ich stopami i każdy oddech. Trzymała broń mocno i pewnie. Ktoś gwizdnął. Przeniosła wzrok w tę stronę. Strzelbą nadal celowała w wejściowe drzwi. Ani drgnęła. Jej oddech niemal zamarł, jakby skamieniała. W pierzynie było gorąco, ale chłopiec bał się poruszyć. Utkwiła nagle wzrok w jednym punkcie i przeniosła palec na spust. Był tam. Czuła go. Wiedziała, w którym stał miejscu, tuż przed drzwiami. Czekała. Na jakikolwiek szmer. Na próbę otwarcia drzwi. Wystarczy jeden sygnał. Ale on chyba też ją wyczuł. Jak zwierzę, które, wcześniej nieruchome, płoszy się sekundę przed strzałem. Była zniecierpliwiona, gotowa do bezszelestnego zsunięcia się ze stołu, bo naprężyła nogi tak, by dotknąć podłogi czubkami stóp. Wstrzymała oddech i w skupieniu poprawiła cel. I wtedy Wolf uzmysłowił sobie, że jego matka byłaby w stanie kogoś zabić. Odsunęła palec od spustu i ponownie go zbliżyła, jakby odliczała. Raz. Dwa.

Usłyszeli szybkie kroki, które rozległy się za drzwiami, ponowny gwizd i odpalanie silnika. Po chwili jego warkot przesunął się w stronę wyjazdu na szosę i się oddalił. Siedziała jeszcze długo w tej pozycji, jakby chciała nabrać pewności, że intruzi odjechali i nie zastawili na nią żadnej pułapki.

Kiedy Eichmedien stały się Nakomiadami? Kiedy Rastenburg był Rastemborkiem i kiedy stał się Kętrzynem? Carlshof – Karolewem, Groß Stürlack – Sterławkami? Chyba jakoś szybko, jakby władze były przekonane, że słowa uczynią z chaosu realny świat, a ten rodził się w bólach. Z czasem było coraz mniej bandyterki, a coraz więcej biurokracji, ale wciąż dokuczała im bieda. Żyli z krawiectwa – matka szyła, odkąd Wolf pamiętał, a terkot singera był jednym z najwcześniejszych wspomnień, które zachowały się z czasów dzieciństwa. To, co uszyła, usiłowała wymienić – jeśli nie na pieniądze, to na ziemniaki, spirytus, cukier, cokolwiek, co dało się zjeść. Babka zwykle była zbyt słaba, by pomóc. Najczęściej odwiedzał ich Stary Marcin, który przychodził z Nakomiad pieszo przez las lub przyjeżdżał wozem, i okoliczne kobiety, na ogół po to, by zamówić ślubne stroje, bo na codzienną odzież nikt nie tracił pieniędzy.

Matka nie była lubiana. Małomówna i skryta, nie wzbudzała zaufania. Powoli wokół niej zaczął się jednak tworzyć krąg osób, wszystkich przetrąconych przez wojnę, jak ona sama. Po okolicy raz po raz krążyły opowieści z regionu o napaściach Kurpiów, bandytach, nadużyciach władz.

– Za Szczytnem przyjechali we czterdziestu – powiedziała ściszonym głosem korpulentna kobieta. Janka upinała materiał na jej córce, trzymając szpilki w ustach. – Baby zgwałcili, chłopów wystrzelali, nakradli, czego się dało. A jak trafili na jaką machinę po Niemcu i nie wiedzieli, do czego ona, umyślnie zepsuli. Taka swołocz. Ja chciałam pokoju, Bóg mi świadkiem, jak chciałam, ale tak to nawet za wojny nie było.

Babka kiwała głową ze zrozumieniem. Janka milczała.

– Pani krawcowa – zagaiła kobieta ściszonym głosem. – A zrobicie więcej materiału z przodu. Wiecie… na brzuch. Żeby mi córka przed ołtarzem wstydu nie narobiła.

– Nie wasz wstyd i nie córki – mruknęła, nie wyciągając szpilek z ust. Ale jakaś hardość w jej ruchach spowodowała, że kobieta się skuliła.

– Pani krawcowa… kiedy w kościele…

– Kościół nic nie powie. Mamy Polskę Ludową.

Kobieta zmierzyła Jankę wzrokiem. Matka bez słowa upinała materiał.

– Będzie dobrze – powiedziała nieco łagodniej. – Będziecie zadowoleni.

– Dzięki Bogu – westchnęła kobieta.

Dziewczyna stała nieruchomo i nie tylko bała się odezwać, ale też na nikogo nie podniosła wzroku.

– Co się tak w ziemię gapisz? – Janka spojrzała na jej twarz i uśmiechnęła się krzywo. – Myślisz, że tam diabła wypatrzysz?

– No powiedz cioci. – W dłoni Stankiewiczowej błysnęła landrynka. – Jak wszystko cioci powiesz, dostaniesz nagrodę.

W izbie panował zaduch. Piekut siedział pod oknem i próbował skleić rozbity dzban.

– Wolf. – Widziała, że chłopak nie może się skupić, więc starała się być cierpliwa. – Dostaniesz cukierka od cioci. Chcesz?

Co za bachor. Normalnemu dziecku aż zaświeciłyby się oczy, a ten nic. Jak lalka. Dreszcz przebiegł jej po plecach.

– Pyszny cukiereczek. Chcesz?

– Chcę – powiedział cicho.

– Dobrze, ale najpierw musisz z ciocią porozmawiać.

Wbił wzrok w ziemię.

– Przychodzi ktoś do twojej mamy?

– Matka da mu spokój – odezwał się Piekut.

– Nie wtrącaj się! Powiedz, kochaneczku, kto odwiedza mamę?

Zamyślił się.

– Panna młoda! – wykrzyknął.

– Po sukienkę, tak?

– Tak!

– A wieczorem? Jak jest noc, słoneczko już śpi, to kto przychodzi?

– Uważajcie, matka! Jak się Stary Marcin dowie, to matkę spierze na kwaśne jabłko.

– Nie spierze, nie spierze – zaskrzeczała Kozłowska, babina skoligacona z teściową Piekuta. – Jedno spojrzenie starcza, żeby wyrozumować, że on nigdy na nikogo ręki nie podniósł.

– To wy będziecie pierwsi! – huknął Piekut.

Babiny usiadły bliżej Wolfa, co jeszcze bardziej go zmieszało.

– Kto do matki przychodzi, gołąbeczku? Jak już noc zapadnie.

– Stary Marcin.

– Oj matka, z ogniem igracie.

– A z ogniem, właśnie z ogniem, bezbożniku! – zaskrzeczała znów Kozłowska.

– Dobrze. – Stankiewiczowa potarła czoło i przysunęła się jeszcze bliżej. – Ale oprócz Marcina. Przypomnij sobie. Kto jeszcze?

– Czterej muszkieterowie.

Zamilkły.

– Co?

– Czterej muszkieterowie.

– Na brydża chodzimy! – Piekut był już wyraźnie zirytowany. – Marcin, Sommer, Szulc i ja. Da mu matka spokój!

– Głupiego chłopa se ta twoja córka wzięła. – Kozłowska się przeżegnała. – Jeszcze z tego nieszczęście będzie.

– I w karty grają, tak?

Wolf pokiwał głową.

– A oprócz nich, kto jeszcze?

Czuł, że się zaraz rozpłacze, i nie chciał już żadnej landrynki.

– Chcę siusiu – wyjąkał.

– Spytaj, czemu matki nigdy żeśmy w kościele nie widzieli.

– A wy głupia jesteście, Kozłowska – żachnęła się Stankiewiczowa. – Nie chodzi, bo Karaimka.

– Staszek mówi, że Żydówa – odparowała.

– Staszek głupoty opowiada. Sommer Żyd, to wiadomo. I że on z Wilna, to też wiadomo. Ale ona z Troków, Karaimka. Albo Ruska.

– Ruska nie. Prędzej Litwinka.

– Wszystko jedno, diabelskie nasienie.

– I nie z Troków, tylko ze dworu – Kozłowska nie dawała za wygraną. – Nic nie wiecie. Ze dworu, a starzy państwo to żadna rodzina, tylko dziedzice, co razem wozem uciekali.

– Wóz i szkapę kupili od Niemki i to potem, pociągiem jechali jak wszyscy.

– Mogę już iść? – wymamrotał błagalnie.

– Zaraz pójdziesz. I dostaniesz cukierka. Powiedz tylko, kto jeszcze do twojej matuli przychodzi? Może ładnie ubrany? Jaki pan, co stuka obcasami? I falbanki ma? I surducik? Znasz takiego pana?

– Takie to do państwa – powiedziała Kozłowska ze znawstwem. – Do niej musi smoluch.

– Niech mnie ręka boska broni, zaraz was rozpędzę, głupie baby – warknął Piekut już przez zęby.

– Będziesz jeszcze żałował! Kart mu się zachciało i z innymi bezbożnikami do niej łazi.

– Nieszczęście na nas wszystkich sprowadzisz!

Piekut skończył kleić dzban i odstawił go ostrożnie na stół. Okrążył go kilka razy, sprawdzając pod światło, czy jest jak trzeba.

– Ja wam mówię, Maryniu. – Kozłowska pokręciła głową. – Diabelską sztuką Niemca omotała. Pazerne toto, ino jej o dom chodziło. I wszystko sobie w czas przemyślała. I podstępem Niemca zwiodła, młodego i starego.

Zawisł nad nimi cień. Podniosły głowy. Piekut stał nad nimi z groźną miną.

– Won mi stąd obie! Zostawcie chłopaka w spokoju, bo skórę wygarbuję. I jednej, i drugiej.

Teściowa Piekuta wstała jak niepyszna, Kozłowska drobiła tuż za nią.

– Głupiś! – zawołała już w drzwiach. – Zarazę na dom sprowadzisz!

– Won mi stąd! – odkrzyknął. – Głupie babiska! A żebym was tu więcej nie widział!

Ochłonął i pogłaskał chłopca po głowie.

– Zmykaj. I pamiętaj: jak obiecują cukierka, nie bierz i uciekaj.

Lato tego roku było osobliwe. Zwykle grzało słońce, a w czerwcu, jeśli się człowiek obrócił w stronę północy, blada plama na nieboskłonie świadczyła, że w nieco odleglejszych wsiach i miastach nastał czas białych nocy. Pokazywali sobie tę plamę wzajemnie i zachodzili w głowę, jak też ludzie śpią i pracują, kiedy im w nocy dnieje. Ale nawet jeśli latem było ciepło i bezchmurnie, od północy wiał chłodny, wilgotny wiatr, który nocą potrafił tak przeszyć, że ludzie nieraz musieli wkładać wełniane swetry. Tego roku wiatr się nie pojawił i parne lato wszystkim dawało się we znaki.

W sierpniu w Nakomiadach trwała młócka i przez wiele dni drobinki słomy unosiły się w powietrzu. Czuli ją wszyscy na skórze, we włosach, w nosie, szczypała w oczy. W spiekocie mężczyźni pracowali bez słowa i tylko czasem Stary Marcin, któremu pot spływał strugą po koszuli, prostował się, przecierał twarz i gdy dostrzegał Wolfa, puszczał do niego zawadiacko oko. Chłopiec się śmiał i biegł z innymi dziećmi za stodołę.

Wieczorem dorośli jedli kartofle i pili, a matka przychodziła, by go odebrać. Rzadko siadała z ludźmi do stołu, ale też rzadko ją zapraszano.

– Idziemy do domu. Pora spać – mówiła.

– Mamooo! Jeszcze jest jasno! – protestował.

Dorośli śmiali się, że bystrzak z niego, a Marcin lub ktoś inny z centralaków opowiadał, że na południu w lecie ściemnia się wcześniej, więc dzieci nie pałętają się po obejściu do dziesiątej.

– Latem na Litwie jak tutaj, też późno zmierzcha – mówił Piekut i wtedy wilniucy kiwali głowami i opowiadali, że za to w zimie dnia prawie nie ma i wszystko spowijają ciemności.

Czasem się poddawała. Zostawiała go w Nakomiadach albo pod opieką Skibów, czyli Starego Marcina i jego żony, albo u Piekutów i wtedy wracała po niego dopiero rano. Podskakiwał z radości, a dorośli śmiali się serdecznie i głaskali go po głowie.

– Z kim się bawisz? – pytała. – Z Tadkiem czy z Pawłem? U kogo mam cię zostawić?

– Co ty, Janka? – Piekut nie wierzył własnym uszom. – Położymy chłopaków w stodole. Niech harcują, póki młode.

– Może myszy przegonią – śmiała się Piekutowa.

– Przecież z wrażenia i tak nie zasną.

Uśmiechnęła się ciepło, co nie było przecież częste, przytuliła go krótko i delikatnie od siebie odepchnęła.

– No idź, idź – mówiła cicho. – Tylko bądź grzeczny, słuchaj starszych i nie rób głupstw. Żadnych zapałek. I nie ma samotnego chodzenia nad wodę. Zrozumiano?

A potem oddaliła się bez słowa, drobna, niewysoka, z długim, czarnym warkoczem, który podrygiwał w takt jej kroków, odprowadzana przez złe spojrzenia starszych kobiet. W jej obronie stawała tylko babka Piekutowa, zapewne dlatego, że chciała zrobić na złość teściowej syna.

Spali więc w stodole we trzech, on, Tadek Piekut i Paweł, najmłodszy z synów Starego Marcina, bo bracia mieli już więcej obowiązków i zupełnie inne rozrywki.

Tadek wiercił się, sapał i wciąż narzekał, że mu gorąco, więc o spaniu nie było mowy. Wygłupiali się, szturchali, a Paweł uplótł ze słomy małego konika.

– Ale krzywy! – Tadek się zaśmiał.

– Sam jesteś krzywy – odparował Paweł i schował konika za pazuchę.

– To nawet nie jest koń! Prawdziwy koń to taki, co na nim jeżdżą rycerze.

– A boś ty widział rycerza.

– A widziałem – odpowiedział Tadek. – W zagajniku za dworem.

– To nie dwór, tylko pałac – wtrącił się Wolf. – Mama mi powiedziała.

– No to za pałacem. – Tadek wzruszył ramionami. – Wychodzi raz na jakiś czas. Tylko zimą i latem, nigdy wiosną i nigdy, przenigdy nie wychodzi jesienią. Wychodzi po północy z wielkim psem, ma topór…

– Kto? Pies?

Zaśmiali się.

– Głupki z was. Jak przyjdzie, to nie będzie wam wesoło.

Tadek brzmiał śmiertelnie poważnie. Przeszedł ich dreszcz.

– I co ten rycerz? – wyszeptał Wolf. – Jak wygląda?

– Jest potężny i silny. Ma topór, miecz, pod pachą trzyma hełm i chodzi cały w zbroi z białym płaszczem na plecach, bo to Krzyżak.

– Pająk?

– Cymbał – prychnął Tadek. – To taki rycerz, co niczego się nie boi i walczy tak długo, że aż umiera. I już ich nie ma, bo wszyscy umarli.

– Widziałeś ducha? – zapytał Paweł szeptem.

– Obaj są duchami. Rycerz i wielki pies. Rycerz też jest wielki.

– I co? Mówił coś?

– Nic a nic. – Tadek struchlał. – Bo ten rycerz nie ma głowy.

Zamilkli przerażeni.

– Jak to? – wydusił z siebie Wolf. – Duch bez głowy?

– No, mówię. Głowy nie ma, jest tylko zbroja.

– To po co mu hełm, skoro nie ma głowy?

Tadek zamyślił się na chwilę.

– Nie wiem – powiedział bezradnie. – Może ktoś ją odrąbał? Może głowa jest w tym hełmie?

Wolf wyobraził sobie hełm ze spozierającymi oczami i zadrżał ze strachu.

– A było coś słychać? Bo może głośno dyszał, a to by znaczyło, że głowa jest w hełmie – zauważył rezolutnie Paweł. – Słyszałeś coś? Głowa coś mówiła?

– Przecież tłumaczę, że głowa nic nie mówi. Za to, jak rycerz idzie, to mu zbroja chrzęści.

Milczeli.

– A może hełm jest pusty? Może rycerz zgubił głowę i jej szuka?

– Może.

– Tadek – głos Wolfa nagle zadrżał. – A widział cię?

– No jak, jak nie ma głowy?

– A ta w hełmie?

– No właśnie! A ta w hełmie?

Tadek nie wiedział, co powiedzieć, więc naradzili się i ustalili, że wymkną się ze stodoły i pójdą za pałac, by odszukać ducha. Głosy dorosłych ucichły i tylko w kilku oknach paliło się słabe światło, więc mogli przejść niepostrzeżenie. Za pałacem zaszyli się w wysokiej trawie i rozglądali się, każdy w inną stronę, żeby nie przegapić nadejścia rycerza. Strach ich przy tym oblatywał i Wolf czuł drżenie każdego z nich. Siedzieli długo, na tyle długo, że pogasły nieliczne światła w pałacu i w chałupach. I choć byli wystraszeni, zaczynały im się kleić oczy. Ziemia wciąż była ciepła, tylko chłodne źdźbła traw świadczyły, że nadeszła głęboka noc. Uradzili, że jeden zostanie na czatach, a pozostali się zdrzemną. Ciągnęli losy i padło na Wolfa. Protestował krótko, bo nie chciał, by go wzięli za tchórza, ale czuł się jak wtedy, gdy zbyt głęboko zanurzał się w wannie i woda dostawała mu się do uszu i nosa. Wyskakiwał wtedy i łapał powietrze gwałtownym, charczącym haustem. Janka wyciągała go z wody i trzymała za nogi głową do dołu. Ale teraz matki nie było w pobliżu, nie znajdowała się nawet w jednym z mieszkań, które urządzono w budynkach dawnego majątku, była hen daleko i dzieliła ich prawie godzina drogi. Zadrżał i się skulił. Chłopcy spali jak zabici.

Księżyc niespiesznie przesuwał się po nieboskłonie, noc była widna i ciepła. Między świerkami bezszelestnie mignęło skrzydło sowy. I wtedy chłopiec poczuł ziąb, może dlatego, że miał mokre od rosy buty, a może przez zmęczenie, chłód rozlewał się jednak po całym ciele tak, jakby nagle przyszła zima i wszystko zastygło pod grubą taflą lodu. Potarł ręce, ale, co dziwne, nawet ich nie poczuł. W leśnej głębinie usłyszał chrzęst zbroi. Błysnęła wśród gałęzi złowrogo. Zdawało mu się, że ujrzał oczka pawich piór. Głos najpierw mu uwiązł, a potem wydobył się z gardła rozdzierającym, dziecięcym piskiem.

Paweł i Tadek zerwali się na równe nogi, w pałacu i chałupach zapaliły się światła, a on darł się wniebogłosy jednym przeciągłym wrzaskiem, który zdawał się nie mieć końca, wrzaskiem, którym walczył o życie. Wiedział, że rycerz przyszedł właśnie po niego i zanim się pojawił, już go oplótł wiecznym mrozem.

– Nie zostaniesz już na noc w Nakomiadach – oznajmiła Janka. – Póki nie ukończysz dziesięciu lat, nie będziesz spał poza domem, zrozumiano? – Siedział skruszony na taborecie i bał się odezwać. Nie był w stanie jej powiedzieć, co go przeraziło. Janka krzątała się po domu i z hałasem przestawiała sprzęty. – Obudziłeś wszystkich w majątku. Co ja gadam?! W całej okolicy!

Sądził, że złamanie tajemnicy na zawsze zaciążyłoby na jego losie i odtąd rycerz będzie powracał każdej nocy, mącąc im w głowach i stukając w szyby okien. Bezradnie patrzył w talerz załzawionymi oczami.

– Nie mam czasu na tę dziecinadę – mruknęła bardziej do siebie. – Wszędzie zmiany, w Rastemborku uruchomili cukrownię i cegielnię, organizują robotę po wsiach, przyjeżdża coraz więcej ludzi, a ty mi będziesz głowę zawracał.

– Mamo – przerwał jej nagle jasnym, pewnym głosem. – Gdzie jest tata?

Znieruchomiała. Patrzyła na niego długo i jakoś żałośnie, ale po chwili uspokoiła się i jej twarz złagodniała.

– Była wojna – powiedziała powoli. – W Nakomiadach jest dwójka dzieci z matką, Adaś i Mania. Wiesz które?

Skinął głową.

– Też nie mają taty. Nic w tym dziwnego.

– Paweł mówi, że jego bracia mu powiedzieli, że jak ktoś nie ma taty, to pewnie Ruski albo Niemiec.

– Bzdury – burknęła i z głośnym szurnięciem przysunęła stopą wiadro na obierki. Gdy wzięła do ręki pierwszego kartofla, zamyśliła się. – Jakby ktoś ci mówił, żeś Ruski, to mu przyłóż. Pozwalam. A jakby mówił, że Niemiec, to poprawiaj, że nie Niemiec, tylko tutejszy.

Obserwował jej szybkie, nerwowe ruchy. Odczekał chwilę i w końcu nabrał powietrza do płuc.

– To gdzie on teraz jest? – wyszeptał.

– Nie wiadomo – odparła, nie podnosząc wzroku znad wiadra. – Pewnie nie żyje.

Czekał jeszcze. Sam nie wiedział, na co. Uniosła twarz i przyjrzała mu się ze spokojem.

– Synu, już ci powiedziałam. Była wojna – powtórzyła z naciskiem. – Jest dużo dzieci takich jak ty.

Nie wszystko rozumiał, ale pojmował, że świat kotłował się i przepoczwarzał, mielił i wypluwał jednych, a drugich oszczędzał i że był przy tym nieprzewidywalny i okrutny niczym szkwał. Niczego mu nie mówiła, ale czuł jej obawy, bo ilekroć spotykali kogoś obcego, trzymała go mocniej za rękę, jakby się bała, że oderwą go od niej siłą. Nie była wylewna, a jednak miała w zwyczaju zawijać go w pierzynę i przytulać do snu. Za każdym razem robiła to tak, jakby miało się to stać po raz ostatni.

– Nikt mi ciebie nie odbierze – szeptała mu wtedy do ucha.

Zauważył, że niektóre dzieci, a nawet i całe rodziny znikały z dnia na dzień, i przyszło mu do głowy, że to sprawka rycerza bez głowy. Milczał jednak zapamiętale, przekonany, że jeśli piśnie choćby słówko, widmo niechybnie się na nim zemści.

A jednak odwiedzali ich mężczyźni i choć nigdy nie był świadkiem, by matce ktokolwiek czynił z tego powodu wyrzuty, wyczuwał niechęć okolicznych kobiet i dostrzegał, jak mierzyły Jankę surowym wzrokiem. Przychodzili Piekut i Stary Marcin. Do tego Willy Szulc i Sommer, którego imienia nikt nie znał. Pierwszy był Niemcem, ale coś podpisał i Niemcem być przestał. Pracował w wytwórni drożdży w Kętrzynie, a mieszkał w Karolewie z polską żoną. O drugim mówili, że Żyd z Wilna, ale nikt nie wiedział, czy to prawda. Prawdą za to było, że Sommer był stary jak babka Piekutowa, pracował w księgowości i mówił, że mieszka nie na Skłodowskiej-Curie w Kętrzynie, tylko na Hochmeisterweg w Rastenburgu, przez co wszyscy pukali się w głowę, że z Sommera prowokator. Ani jeden, ani drugi nie mieli dzieci, choć Szulc podobno opiekował się bratankiem, a ludzie gadali, że miał nawet dwóch, tylko jeden nie wrócił z wojny.

Z tej czwórki Piekut i Sommer pochodzili z Wileńszczyzny, no i jeszcze matka; Szulc, teraz był autochtonem, a o Marcinie mówili „centralak”. Przychodzili do Janki regularnie przez wiele lat, by pić wódkę i grać w brydża. Stary Marcin i Piekut szli z PGR-u drogą przez las. Sommer szedł z Kętrzyna i po drodze zgarniał Szulca z Karolewa. Rzadko się zdarzało, by ktoś przyszedł za wcześnie. Zazwyczaj spotykali się przed domem o tej samej wieczornej porze.

Babka ich nie lubiła.

– Banda z piekła rodem – mruczała pod nosem.

– Niech się matka nie wtrąca w nie swoje sprawy – odpowiadała Janka stanowczo. – A ty nie podsłuchuj, jak rozmawiają dorośli.

Wolf czerwienił się i wbijał wzrok w ziemię. Gdy zasypiał, pod powiekami majaczyły mu sceny, w których matka walczyła z niezwyciężonym duchem rycerza bez głowy. Była inna od wszystkich znanych mu kobiet, które całe dnie spędzały na ciężkiej pracy w polu. Przychodzili do niej ludzie, by szyła im nowe ubrania, przychodzili coraz liczniej, zwierzali się ze swoich trosk, plotkowali. Gdy siadała do maszyny, rozpędzała igłę stopniowo, przez co singer przechodził od mozolnego kuśtykania po terkot karabinu i ten monotonny, nieludzki dźwięk wypełnił całe jego dzieciństwo i młodość. Gdy szyła, zapominała o bożym świecie. Tkanina zdawała się sunąć bez jej pomocy, płynęła jak woda, falowała, tworzyły się w niej wiry. Jakby matka zszywała cały świat.

Ludzie przychodzili i opowiadali, kto się ożenił, kto zmarł, kto wypłynął na jezioro, utonął i co było przyczyną tak okrutnej śmierci.

– Topich – mawiała ciotka Gertraud.

– Zabobon – ucinała krótko matka.

Zimy były mroźne, dostawy do sklepów wciąż marne. Świat się jednak powoli uspokajał. Nikt już nie zaczepiał Janki ani w karczmie, ani w kolejce. Rastenburg stał się Kętrzynem, Eichmedien – Nakomiadami, Carlshof – Karolewem. Wszyscy mówili po polsku. Niektórzy z twardym akcentem, jak Szulc, inni z lekkim zaśpiewem, jak Sommer. Matka pracowała i pracowała, a pod nosem powtarzała wciąż te same zdania, raz i jeszcze raz, i ponownie, jakby wymiatała z nich ostatnie okruchy, po których można by dociec jej genealogii.

Byli biedni. Wiele razy czaili się przy torach na obrzeżach Kętrzyna w oczekiwaniu na nadjeżdżający transport węgla. Zbierali z torów to, co spadło, i tyle, ile zdołali wrzucić do worka, nim przegonił ich któryś z pracowników kolei. Zawsze udawało im się zbiec i mimo ciężaru skradzionych brył z lekkością osuwali się w dół nasypu, i potem znów, pod górę, wpływali na morenowe pagórki. Szedł za nią posłusznie, trochę przestraszony kradzieżą i tym, że w pośpiechu umazała sobie twarz sadzą, a on nie śmiał jej o tym powiedzieć. Śnił wtedy o pożarach. Drobna sylwetka matki pewnie siedziała na końskim grzbiecie, gęsty czarny dym wznosił się hen, hen, nad szczyty drzew, a słup ognia buchający z odległej chałupy barwił wyznaczony ścianą lasu horyzont straszną, czerwoną łuną.

– Dlaczego nie chodzimy do kościoła? – zapytał kiedyś ciotkę Gertraud.

– Wielu ludzi nie chodzi do kościoła – odpowiedziała ze stoickim spokojem i wtedy taka odpowiedź mu wystarczała, może dlatego, że miał tylko sześć lat. – Mogę cię zabrać, zobaczysz, jak tam jest – zaproponowała.

Jance było to obojętne.

– Niech idzie – powiedziała bezbarwnym głosem. – Sam zobaczy, że to żadne cuda. Znudzi się i odechce mu się na całe życie.

Religią w okolicy nie zaprzątano sobie zbytnio głowy. Oczywiście każdy obchodził święta i przyjmował sakramenty, wiadomo było też, kto katolik, kto protestant, a kto chodzi po poradę do popa. Poza zabobonną starszyzną nikogo jednak nie dziwiło, że Janki na nabożeństwach nie widywano, a Wolf nie był chrzczony. W młodszych pokoleniach ambiwalencja religijna zdawała się powszechna.

– Poszedłbyś raz – męczyła Piekuta teściowa. – Komunię świętą przyjął.

– Od tego bałwana? – Piekut krzywił się, jakby jadł skisłe jagody. – Ksiądz Józef to był ksiądz! Pomocny, cierpliwy, zawsze dobre słowo dla człowieka znalazł. Na Litwie to byli księża! A ten? Przybłęda jakiś. Do centralaka chodził nie będę.

– Toż Stary Marcin centralak i wódkę z nim pijesz! – oponowała.

– Stary Marcin to swój chłop. A ksiądz się musi w moich sprawach rozeznawać. Co on wie, jak on z Płocka czy skąd tam? Da matka spokój! Do dziada z Mazowsza chodził nie będę!

Gertraud była protestantką, ale chadzała tylko do Świętego Jerzego. Ludzie łapali się za głowy, bo do Kętrzyna był kawał drogi i w zimie musiała przebyć z Karolewa niemały dystans. Opatulała się w kożuch i co niedziela brnęła przez śnieg do ulubionego kościoła.

Janka wyszykowała więc Wolfa na mszę i poszedł z Gertraud do Kętrzyna.

Kościół wydał mu się przerażający i fascynujący. Wielki, z czerwonej cegły, z masywnym murem obronnym, był jak twierdza gotowa do oblężenia. Msza okazała się nudna. Ludzie wstawali, siadali, klękali, śpiewali, a facet w sukience stał plecami do zebranych, co wydało mu się niegrzeczne, długo gadał w obcym języku i nic nie szło z tego zrozumieć. Ciotka Gertraud zdawała się zmartwiona. Spoglądała na niego co chwilę, gdy wiercił się w ławie, i uśmiechała się do zebranych przepraszająco.

– Kto to? – wyszeptał, wskazując palcem na ambonę.

Na barierce widniały malowidła, stare portrety naburmuszonych mężczyzn, patrzących na nich z wyrazem dezaprobaty.

– To Marcin Luter. A ten obok to Filip Melanchton – odszepnęła ze swoim charakterystycznym, twardym akcentem.

– To księża?

Gertraud panicznie rozejrzała się po głównej nawie, bo nie wiedziała, co powiedzieć.

– Reformatorzy – odparła, po czym poprawiła się w ławie i złożyła ręce na kolanach tak, jakby była wyjątkowo zadowolona z udzielonej odpowiedzi.

Nic z tego nie zrozumiał i w drodze do domu jęczał, że msza była nudna i bolą go nogi.

– Strata czasu – powiedział matce od progu, a Janka z trudem powstrzymała śmiech, bo słowa zabrzmiały nad wyraz dorośle. A może dlatego, że się tego spodziewała?

Przed Elblągiem zgłodniał. Na stacji benzynowej tłoczyły się TIR-y. Tablice polskie, rosyjskie, litewskie, łotewskie, artykuły spożywcze, meble, chemia gospodarcza z Niemiec. Wybrał numer Alicji, ale odrzuciła połączenie i przeszło mu przez głowę, że w ogóle nie zamierzała przyjechać. Będzie na nią czekał w wyziębionym, pustym domu, a ona nigdy się nie pojawi. Piękne podsumowanie trzech miesięcy telefonów i maili.

– Jakie sosy do hot doga? – dziewczyna w masce zapytała po raz trzeci.

Ocknął się i odruchowo poprawił maskę na twarzy. Parujące jedzenie tkwiło w szczupłej dłoni obleczonej w ciasno przylegającą gumową rękawiczkę. Ekspedientka uniosła brwi pytająco.

– Jakiekolwiek – odpowiedział. – Może być ketchup, może być musztarda…

– Do wyboru ketchup, musztarda, majonez, czosnkowy, BBQ, tysiąc wysp, algierski, arabski, teksański, jalapeño – wyrecytowała na jednym wydechu.

– Ketchup, niech będzie ketchup.

Za uchylonymi drzwiami prowadzącymi do kanciapy stało składane krzesło, na którym dojrzał kolorowy plecak i niedbale rzucony szalik. Spod krzesła wystawały płozy.

– Jeździ pani na łyżwach?

Spojrzała na niego zaskoczona, a potem odwróciła się w stronę kanciapy.

– To mojej córki. Muszę naostrzyć, bo niedługo sezon.

Trudno było stwierdzić, ale pod maską chyba się uśmiechała.

– A pan jeździ? – serdeczny, ciepły głos. Zwykły small talk.

– Nie – wyszeptał przepraszająco. – Matka mi nie pozwalała.

Zacisnął dłoń na hot dogu i skierował się w stronę drzwi. Miał sześć lat. Luty, Dejguny, mężczyźni z okolicznych wsi i oni, jedyna kobieta i jedyne dziecko w grupie. Chłopi cięli przeręble, a potem łowili ryby specjalnymi hakami. Od brzegu docierał do niego zapach palonej żywicy i trzeszczących w płomieniach świerkowych gałązek. Janka gotowała, miała za to dostać przydział ryb. Obserwował połów, a potem zmarzł i się znudził, więc ślizgał się bezmyślnie, ignorując krzyki matki, że zmarnuje buty. Niewiele pamiętał. Jej zdenerwowany głos, chrzęst pękającego lodu. Pod stopami rosła złowieszcza pajęczyna. Chyba krzyknął, ale po latach nie był tego pewien. Pamiętał tylko głuchy plusk wody i toń ostrą jak brzytwa. I że pęczniał i twardniał jak skała, jakby wszystko po kolei, kożuch, spodnie, czapka, buty, a potem dłonie, twarz, stopy zamieniały się w kamień.

Nie pamiętał, co się później działo. Mówili potem, że zaraz za nim do wody skoczył Stary Marcin. Że matka była bezradna, a potem płakała i że wieźli go wozem do chałupy Kluga, Niemca, który żył głęboko w lesie. Rozgrzewali go i owijali, chuchali i chuchali, a matka wciąż płakała i płakała. Tak gadano, choć ciężko mu było w to uwierzyć. Zdawała mu się nieustępliwa, niezmienna, jakby nie znała strachu. Ale czegoś musiała się bać, skoro nigdy nie pozwoliła mu pójść na łyżwy.

Po wypadku na Dejgunach Wolf spoważniał i dziwnie wydoroślał. Zaczął też zauważać rzeczy, na które wcześniej nie zwracał uwagi. To, że matka bywała naiwna, nawet trochę dziecinna. Że była pyskata i zdecydowana, ale wieczorami, gdy nie miała już żadnych obowiązków, miękła. A im częściej i dłużej bywał u nich Stary Marcin, tym bardziej matka miękła i nagle stawała się delikatna i krucha, co bardzo go zawstydzało. Zmieniał się zapach domu, zmieniały się jego odgłosy. Umiał rozpoznać skrzypienie desek pod stopami matki, lekkie i niemal niedosłyszalne, i pod ciężkim, wyrazistym chodem Starego Marcina.

Tego samego roku, w czasie pierwszych roztopów zmarła babka. Zasuszyła się, skurczyła i stężała w fotelu niczym ogryzek jabłka. Pochowali ją w niewielkim, wiejskim gronie, na polanie za stodołą. Kobiety zawodziły, ale Janka szybko im przerwała i zaprosiła zebranych na stypę.

Bez babki dom stał się żywszy i ciekawszy, bo choć byli teraz tylko w dwójkę, wciąż przychodził do nich Stary Marcin. I może Wolf nie rozumiał jeszcze, co oznaczały ich nocne szepty, które dobiegały do jego izby w kształcie tak stłumionym, że nie dało się rozpoznać słów, skrzypienie łóżka, przelotne spojrzenia, które wychwytywał o poranku przy śniadaniu, wiedział jednak, że jest szczęśliwy, i czekał na każde przyjście Starego Marcina. Rozpierała go radość, gdy wisiał w Marcinowych ramionach głową w dół i gdy czuł zapach jego włosów, a włosy Marcina pachniały wiatrem. Czuł się wtedy wolny i szczęśliwy. Dostawał od Marcina malutkie wagoniki wystrugane kozikiem, które dołączał do lokomotywy zrobionej ze starej cynowej puszki. Tarzali się w trawie, łapali komary w locie i rzucali kamykami do Gubra. Janka przyglądała im się i śmiała się wesoło, czasem potykała się o cynową lokomotywę i klęła słowami, których nie pozwalała mu używać. Czasem patrzyła na ich wygłupy, przechodził ją dreszcz i szybko odwracała wzrok. I to rozumiał aż nadto dobrze, bo wiedział, że szczęście jest zawsze tylko połowiczne, a Marcin dzieli je między ich dom a dom w Nakomiadach, w którym miał inną rodzinę i innych synów. Nigdy nie odważył się spytać o to Pawła, ale często myślał o tym, że Paweł wszystko wie i wszystko rozumie, może nawet rozumie lepiej od niego samego. Dogadywali się w lot, bawili się albo patrzyli w niebo. Myślał wtedy, że doszło do jakiejś pomyłki i to on jest prawdziwym bratem Pawła, a nie jego starsi bracia, których Paweł w ogóle nie obchodził.

Papier, w którym trzymał hot doga, rozmiękł. Nie dojadł. Wyrzucił resztkę do kosza i wsiadł do samochodu. Jeszcze raz wybrał numer Alicji.

– Odbierz, odbierz, odbierz – wyszeptał szybko.

Głucha cisza. Dojmujące poczucie absurdu. Może chciała się na nim zemścić, a może zwyczajnie nie miała czasu.

Przejrzał trasę od końca. Guber, Karolewo, gdzieś dalej zawsze majaczył Wilczy Szaniec. Kętrzyn. Mimowolnie się uśmiechnął. Paweł miał iść do szkoły w PGR-ze, a on pewnie trafiłby do Karolewa. Stanęło na Kętrzynie, bo nie chcieli się rozdzielić z Tadkiem. Jego rodzina przeprowadziła się na teren Stada Ogierów, bo Piekut dostał pracę przy koniach. Zresztą całe lata później ojciec Tadka miał zginąć przez te cholerne konie. Nieszczęśliwy wypadek, nie dało się go odratować, czaszka pękła w kilku miejscach. Do dziś Wolf zastanawiał się, jak to było możliwe. Taki doświadczony masztalerz. No ale Piekut miał już swoje lata. Nie ten refleks, nie ta siła.

Włączył się do ruchu i zaraz utknął w korku. Poboczem niespiesznie turlał się rowerzysta. O, jak śmigali kiedyś na dużych, niewygodnych rowerach, ledwo dosięgając pedałów. Przez całe wakacje przed rozpoczęciem szkoły Paweł codziennie przyjeżdżał z Nakomiad i razem wyruszali do Kętrzyna. Chcieli udowodnić dorosłym, że poradzą sobie z dojazdami. Zasuwali do Tadka dzień w dzień. Kawał drogi, szczególnie upierdliwej zimą, ale nic nie było w stanie ich zniechęcić. Pedałowali jak szaleni. Skrzypiały ciężkie metalowe ramy, przednie koła tarły o dynamo.

– Kętrzyn – powiedział raz głośno. – Dziwne. Czemu nie Rastembork?

– Sommer mówi „Rastenburg” – odparł Paweł. – I Szulc też tak mówi. Ale Szulc to Niemiec.

– Nieprawda! Szulc jest tutejszy.

– Mama mówi, że Niemiec. – Paweł wyprostował się z wysiłkiem, nacisnął mocniej na pedały i stęknął. – A Piekut mówi, że Mazur i że Mazur to ni pies, ni wydra.

– No ale czemu nie Rastembork? Jak byłem mały, tak się mówiło.

Mijali cmentarz i bunkry, w oddali widzieli już bramę do Stada Ogierów, za którą tłoczyły się olbrzymie dęby.

– Chodzi chyba o tę… no… – Paweł wzruszył ramionami. – Polskość czy coś tam.

– Jak może chodzić o polskość, skoro wszyscy wiedzą, że Kętrzyn był Rastenburgiem?

– Rastemborkiem.

– Wszystko jedno.

Tadek wylegiwał się w parku obok głównej ujeżdżalni, a właściwie to przypalał lupą mrówki, które spalały się na maleńkie wiórki i biegały w panice w tę i we w tę. Przyglądali się przez chwilę widowisku, a potem pokłócili się o to, czy można wrzucić czerwone mrówki do czarnych i wywołać między nimi wojnę. Park był chłodny i otulał ich zawiesistą mgłą. Otaczał ich zapach siana i końskiego potu. Ruszyli przed siebie, wdychając ostatki lata skrzącego się przytłumionym światłem sierpniowego słońca. Na dolnej ujeżdżalni zauważyli grupę mężczyzn w chmurze piachu i kurzu wydobywających się spod końskich kopyt. Przeszli przez ogrodzenie i przykucnęli na wzniesieniu okalającym teren.

– Czyje to bachory?! – ryknął jeden z mężczyzn, wysoki, z sumiastym wąsem. – Won mi stąd, zanim was stratują!

– Moje! – odkrzyknął Piekut i gestem nieznoszącym sprzeciwu wskazał im miejsce pod drzewem, na które pospiesznie się przenieśli.

Mężczyźni zaganiali dwa konie. Jeden wierzgał wyraźnie zdenerwowany. Piekut podszedł do niego z boku i chwycił za kantar. Klacz szarpnęła, ale Piekut nie puszczał. Mocował się z nią chwilę, a pot ściekał mu po plecach szeroką strugą. Pozostali masztalerze obchodzili ich ostrożnie. Piach wzbijał się w powietrze w rytm podrygujących pęcin. Piekut otarł czoło wierzchem jednej dłoni i szybko przeniósł ją na kantar. Wzmocnił chwyt. Klacz drobiła w miejscu. Grzywa falowała w takt jej kroków. Szukała chwili słabości. Czekała, aż człowiek poluzuje uścisk. Mierzyli się wzrokiem.

– Człowiek chciał pracować z trakenami, szlachetne to, wrażliwe, a w stadzie dużo zimnokrwistych i weź się teraz mocuj z toną mięsa.

– Trakenów mało i więcej nie będzie. Szwaby wywiozły, Ruskie rozkradły.

– No, no, kolego towarzyszu – rzucił ostrzegawczo wysoki, ale zaśmiał się pod wąsem.

Ogier wspiął się na zad klaczy.

– No dalej, kurwa! – krzyknął Piekut. – Chwyć go za fujarę!

Klacz wierzgnęła. Ogier natychmiast się zsunął. Parsknęła ostrzegawczo i potrząsnęła łbem. Piekut obszedł ją po półokręgu. Ogier niemrawo, z wysiłkiem wspiął się na nią, ale znów wierzgnęła i odskoczył.

– Gówno! – odezwał się znów ten wysoki. – Uwzięła się!

– Panie kierowniku, to jej pierwsze krycie! – krzyknął ktoś z tłumu.

Piekut wciąż krążył wokół klaczy, podchodził bliżej, cofał się i robił uniki, gdy na niego napierała. Jej chrapy rozszerzały się gwałtownie. Patrzyli oniemiali na jej szeroko otwarte, przerażone, jakby ludzkie oczy. A potem ogier wspiął się ponownie, niski facet w gumiakach i rękawicach szybkim ruchem chwycił go za prącie i wcelował. Ogier wszedł, zwalisty, zmęczony. Jego przednie nogi sterczały śmiesznie nad grzbietem klaczy, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Po chwili wyszedł, a klacz gwałtownie parsknęła. Piekut natychmiast zacisnął dłoń na uwiązie. Podwinęła wargi i kilkakrotnie wysunęła język szybkimi, nerwowymi ruchami. Odprowadził ją na odległość dwóch kroków i zatrzymał się. Drugi masztalerz ruszył z ogierem w stronę ogrodzenia. Łysy grubas dostrzegł nagle ich miny.

– Co chłopaki? Końskiego chuja żeście nie widzieli?

Mężczyźni roześmiali się wesoło. Piekut znów otarł pot z czoła i ostrożnie podszedł do klaczy, która drgnęła, gdy dotknął jej kłębu. Nie odsunęła się jednak, więc powoli gładził ją po szyi. Uspokajała się, choć wciąż wywracała oczami, niepewna dalszego losu.

– Samo życie – rzucił do nich kierownik. – Siła natury, chłopaki! Ale poród? To dopiero jest widok!

– Jak teraz są ledwo żywi, to przy porodzie nam pomdleją. – Grubas się zaśmiał.

– Nie pomdleją. Zobaczą, jak źrebak próbuje pierwszy raz ustać na nóżkach, i się zakochają.

– To już nie u nas – przerwał facet w rękawicach. – Tu same ogiery. Źrebaka zobaczą za Maklowanami.

– No już, spływajcie!

Wstali i powoli ruszyli w stronę płotu.

– Dlaczego nie zwialiśmy? – spytał potem Pawła, gdy pedałowali drogą na Karolewo. – Przecież chcieliśmy. Każdy z nas.

– Żeby nie wyjść na tchórzy, to jasne – odparł Paweł.

– Ale i tak jesteśmy tchórze. Słyszałem, jak ci waliło serce.

– A twoje to nie?

– Moje też.

Paweł zamyślił się na chwilę i zwolnił.

– Wiesz… – powiedział z powagą. – To było przecież niebezpieczne.

Sierpień był duszny. Od samego początku był kurewsko duszny. Dziwne telefony od ojca, który kluczył i kluczył, jakby nie umiał powiedzieć wprost, co go gryzło. Ledwie znów się zeszli z Jarkiem, od razu zaczęli się kłócić. Potem chwila oddechu, nawet dobry czas, zbliżali się do siebie ostrożnie, aż czmychnął do Radomska na jakąś fuchę. Była zła. Uważała, że od niej uciekał, i wstydziła się przyznać, że wciąż jej na nim zależało. Skupiła się na pracy. Sprawdzała magisterki, odliczała dni do sesji poprawkowej, spisywała wywiady, które nagrała podczas ostatniego wyjazdu. Monotonne starcze głosy powoli dobierały słowa, z odmętów pamięci wyławiały wojenne obrazy. Wszystko nakładało się na siebie, dni stapiały w jedno. A potem zalały ją obrazy mężczyzn, kobiet, dzieci i rozpaczliwe posty z prośbami o pomoc. Scrollowała ten horror niemal bez przerwy – strony organizacji pomocowych, relacje aktywistów, wypowiedzi prawników – i czuła narastające przerażenie. Ojciec znów zadzwonił, ale nie mógł wydusić z siebie więcej niż zwyczajowe: „za dużo pracujesz, Alicjo”, „uważaj na siebie, Alicjo”.

– Tato, czy ty wiesz, co tu się dzieje? – spytała wyraźnie zirytowana.

Opowiadał coś o Brexicie i kolejkach w urzędach. Jak dziecko we mgle.

Dwa tygodnie później Jarek wrócił z Radomska, pospiesznie ją pocałował, wziął prysznic i zaczął przepakowywać plecak.

– Jadę na granicę – oznajmił.

Czuła, że się rozpłacze.

– Teraz? – spytała słabym głosem.

– A kiedy? Trzeba działać. Natychmiast.

Wzięła kilka wdechów. Jak to powiedzieć? Jak to, kurwa, powiedzieć, żeby nie wyjść na samolubną, nieczułą sukę? Jak się nie czepiać? Znów wpadnie w te same tryby, polski passive aggressive, typowy babski foch.

– Dlaczego zawsze stawiasz mnie w takiej sytuacji? – shots fired.

– W jakiej sytuacji?

– W takiej jak teraz.

– Czyli jakiej?

Chyba naprawdę nie rozumiał, o co jej chodzi. Metodycznie zbierał ubrania i przybory, które po chwili niknęły w plecaku jak w wielkiej rozwartej paszczy.

– Nie mieści mi się w głowie, że tego nie widzisz – wycedziła.

– Ala, ja naprawdę nie wiem, co masz na myśli. W jakiej sytuacji?

– W chujowej. Zawsze mnie w niej stawiasz.

Znieruchomiał. Spojrzał jej w oczy ostrożnie, powoli, gotów do natychmiastowego odwrotu.

– Uważasz, że nie powinienem jechać?

– Uważam, że dobrze by było, jakbyś to ze mną przedyskutował.

– No ale chyba w tej kwestii jesteśmy zgodni? – był szczerze zdziwiony.

– Nie! Nie o to chodzi! Chodzi o to, że zawsze stawiasz mnie przed faktem dokonanym! O to chodzi!

– Tam są ludzie, potrzebują pomocy. – Wrócił do pakowania. – Tu naprawdę nie chodzi o nas.

– Mógłbyś się ze mną chociaż… nie wiem… skonsultować? Przyszło ci to w ogóle do głowy? Po prostu przyjeżdżasz i mi to oznajmiasz.

Zapiął kieszenie i zatrzaski, zarzucił plecak na jedno ramię i rozbrajająco się uśmiechnął. Nie rozumiał jej i najgorsze było to, że nie ściemniał. Jego uśmiech był szczery.

– Nie martw się – powiedział wesoło i pocałował ją w policzek. – Pomogę, rozejrzę się, czego tam trzeba, to tylko taki… rekonesans. I wrócę za tydzień.

Miała ochotę powiedzieć, że może nie wracać wcale. Ale nic nie powiedziała. Wyszedł.

A potem nastąpiły straszne dni, które tylko wzmogły jej poczucie zagubienia. Czuła się tak, jakby wpadła w czarną dziurę bez dna. Wśród znajomych trwały burzliwe dyskusje, media grzały temat niemal bez przerwy. Gubiła się w teoriach spiskowych, wstydziła się przyznać przed samą sobą, że tęskniła za Jarkiem i zwyczajnie się o niego martwiła. „Załóż signala” – napisał jej na messengerze. Zmroziło ją. Od razu zaczęła myśleć o pegasusie, podsłuchach, aresztach. Ale ściągnęła aplikację i od tej pory kontaktowali się tylko przez signala, krótkimi, rzeczowymi zdaniami. Nie chciała być podła, więc nie napisała, że z nim zrywa, choć parę razy była tego bliska. Wklepywała w komórkę: „Masz mi się więcej nie pokazywać na oczy” lub coś podobnego, a potem wszystko kasowała. Przypominała sobie, jak w jakiejś dyskusji stwierdził, że nie ma ani jednego kraju, za który warto umierać, czym rozjuszył ich znajomych. Wtedy była z niego dumna. Nie wierzyła w państwo, polskość, w te wszystkie banialuki o składaniu jednostki na ołtarzu wielkiej i najczęściej bzdurnej idei. Teraz miotała się od wzruszenia do wściekłości. Ktoś tym ludziom musiał pomóc, ale dlaczego właśnie on? Postawa altruistyczna i jednocześnie kompletnie samolubna. Ucieczkowość. Niedojrzałość. Może przed nią uciekał, Boże, czy naprawdę była tak beznadziejna, zawsze przecież miała nadzieję, nawet po kilkunastu latach, że tym razem, jak się już zejdą, to na amen, że nie będzie już musiała przeżywać zawodu i goryczy rozstania, że skończy się ta durna, bezdennie wściekła tęsknota. Dlaczego nie mogli się dogadać?

Jakoś wtedy, z końcem sierpnia zadzwonił ojciec.

– Sprzedaję dom – oznajmił.

Wymamrotała coś nieskładnie i się rozpłakała. Ojciec spanikował, wyjątkowo niezgrabnie wpadł w troskliwy ton, rozłączył się. Ale się nie poddał.

Dzwonili do siebie parokrotnie. Myślał racjonalnie i takie też przedstawiał argumenty. Wiedziała, że miał słuszność, ale nie umiała się z tym pogodzić. Rzadko tam bywała – od studiów coraz rzadziej, odkąd zaczęła pracę na uczelni, pojawiała się zaledwie raz do roku, najwyżej dwa, a odkąd w dwa tysiące jedenastym zmarła babka, właściwie w ogóle. Oczywiście jej to wypomniał.

– Minęło dziesięć lat – powiedział. – To pewne, że ani ty, ani ja nigdy tam już nie zamieszkamy.

Rozgrzana komórka parzyła ją w ucho. Milczała. Nie miała na to żadnej riposty.

Zadzwoniła dwa dni później.

– Pamiętasz? – zapytała. – Jak jeździliśmy do babki Janki pociągiem, a potem samochodem? Mijaliśmy te wszystkie miejscowości i żartowaliśmy z ich nazw? Jak je germanizowaliśmy? Czasem na chama, co było bardzo śmieszne, bo jeśli nie znaliśmy oryginalnej nazwy, po prostu ją wymyślaliśmy? I jak się rozkręcaliśmy i wymyślaliśmy nazwy nawet dla tych miejsc, których zupełnie nie mijaliśmy, tych przy bocznych drogach?

– Alicjo… – westchnął.

– Krämersdorf, Bischofsburg, Sorquitten, Sensburg, Korschen, Rastenburg, Steinort, Czerwonken.

– Alicjo – powtórzył.

– Pamiętasz, jak się śmialiśmy z nazwy Czerwonken? A potem się okazało, że po niemiecku ona nazywała się Rothfließ. Pamiętasz?

– Pamiętam.

– Już nigdy nie pojedziemy tą trasą – powiedziała z nieskrywanym żalem. – I nigdy nie będzie tej wyliczanki.

– I tak by jej nie było – odparł chłodno. – Kiedy ostatnio byłaś na Mazurach?

– A ty? – natychmiast się odgryzła.

Wkraczali na pole minowe. Rozmowa zmierzała w stronę wzajemnych docinków, więc litościwie ją przerwała. Ale po paru dniach dyskusja rozgorzała na nowo.

– Szukam kupca.

– Tato, kto kupi stary dom na końcu świata? W dodatku w takiej sytuacji, kiedy nie wiadomo, czy kryzys był, czy jest, czy dopiero będzie?

– Kupiec się znajdzie – odparł ze stoickim spokojem. – A kryzys trwa i może tak trwać i dekadę.

– Ale po co się z tym spieszyć?

– Spieszyć? – zdziwił się.

Zamilkła. Na pewno pomyślał, że nie wiadomo, ile jeszcze pożyje. Na pewno pomyślał, że była naiwna i nigdy się nie zastanawiała nad tym, jak to jest, mieć bliżej osiemdziesiątki niż siedemdziesiątki, jak to jest, gdy jest się mężczyzną i całkiem niedawno przekroczyło się średnią przeżywalność, jak to jest być seniorem w świecie walczącym z pandemią. Próbowała zmienić temat, ale nie dał się wyprowadzić w pole.

– Ciotka Gertraud nie żyje od czterech lat. Dom stoi pusty i niszczeje – powiedział na koniec.

Dzwonił jeszcze raz, ze dwa tygodnie później, tylko po to, by ją poinformować o tym, że ma dwóch potencjalnych kupców i dogadał się z Pawłem, który przyjdzie z Nakomiad i pokaże im dom.

– Co u Jarka? – zapytał nagle.

Przygryzła dolną wargę, żeby niczego nie odwarknąć.

– Zeszliście się czy…

– W zasadzie to nie wiem – weszła mu w słowo.

– Alicjo, jestem starym człowiekiem, mów do mnie dużymi literami.

– Zawsze mnie o to pytasz, nie wiesz, jak z nim jest? – brzmiała na rozżaloną. – A pytasz nie ze względu na mnie, tylko dlatego, że go lubisz.

– Lubię go dlatego, że go kochasz – odparował. Wiedział, że nie była na to gotowa.

Patrzyła na palce swoich stóp, przeciągając ciszę.

– Zeszliśmy się i się znowu kłócimy, więc pewnie się rozstaniemy – powiedziała w końcu. – Czy taka odpowiedź jest dla ciebie wystarczająco jasna?

– Tak. – Był wyraźnie smutny.

– Tato, nie ułatwiasz sprawy, wiesz? Na uczelni wszystko się jebie, z Jarkiem się jebie, w Polsce się jebie, na świecie… ja naprawdę nie wiem, co się wokół mnie dzieje, nie nadążam, nie mam siły. I w takim momencie dzwonisz i po prostu podejmujesz decyzję. Że sprzedasz dom. Dom twojego dzieciństwa i mojego dzieciństwa, tato. Nie jakiś tam dom. Ten dom. Ten jeden jedyny.

– Już nie przesadzaj – mruknął. – Ile wakacji tam spędziłaś?

– To jest naprawdę kiepski czas na takie decyzje – starała się brzmieć stanowczo. Bała się, że zacznie ją pytać o problemy, że niczego nie będzie umiała mu wyjaśnić.

– Na takie decyzje nigdy nie ma dobrego czasu – powiedział sucho.

Myślała, żeby przegadać to z matką. Jak na rozwodników z trzydziestoletnim stażem matka całkiem nieźle orientowała się w jego sprawach, ale Alicja nie zdecydowała się ani na wizytę, ani na telefon. W internecie krążyły nowe zdjęcia z granicy, nagrywane telefonami filmiki, artykuły, płomienne odezwy. Jakby teraz poszła do matki, mogłaby powiedzieć o jedno słowo za dużo.

Wolf i Jola nie byli dobranym małżeństwem. Zeszli się przypadkiem i może nigdy nie wzięliby ślubu, gdyby nie to, że Jola zaszła w ciążę – podobno kiedy byli na kajakach w jego rodzinnych stronach, choć to mogła być opowiastka zmyślona przez matkę, bo innym razem mówiła, że właściwie nie wie, kiedy to się stało. Zawsze lubiła zmyślać.

Nie kłócili się, Alicja wyczuwała jednak między nimi pewien rodzaj dystansu, jakiś chłód, który sprawiał, że jej dzieciństwo zależne było od tego, w jakim byli nastroju, czy się akurat dogadywali, czy też unikali. Matka nie umiała zajmować się dziećmi i w każde wakacje niecierpliwie odliczała dni i tygodnie do początku roku szkolnego. Oczywiście, starała się być czuła, ale nie umiała tego okazać. Nadrabiała zabawkami z Peweksu. Jej rodzina kiwała głowami i stwierdzała jednogłośnie, że Alicja jest dzieckiem wyjątkowo zadbanym, zaopiekowanym i dostaje od rodziców wszystko, co najlepsze.

Więc takie buty: chłodna matka, ojciec pracoholik na wiecznym dorobku. Jedno z wielkiego miasta, drugie z biedy. Pieniądze za drobne prace domowe, pieniądze za dobre oceny, ciągle pieniądze. Rozpaczliwie chciała być doceniona. Chodziła jak w zegarku. Jak w pruskim wojsku. Tak pracowała i tak wykładała. Podczas wykładów pozwalała sobie na pasję i swobodę. Studenci ją za to kochali, ale to był jedyny przejaw szaleństwa. Reszta jak spod igły, wyśrubowane standardy. Antropolożka. Zabawne. Pół świata wyobrazi sobie nawiedzoną białą dziunię z henną na dłoniach, która jedzie w tropiki, żeby przyćpać i zrobić selfie, jak pląsa w rytualnych tańcach. A ona, czy to na wsi, zbierając wywiady, czy na uczelni, niezależnie od tego, czy siadała przed starowinką czy studentem, skrupulatnie wykonywała swoją buchalteryjną robotę. Chciała spać w jurcie lub lepiance, jak w powieściach Szklarskiego, które pochłaniała w dzieciństwie. Wiecznie grzebała w papierach.

Wolf i Jola. Dziwne małżeństwo, właściwie niemożliwe. Obfitość rodziny matki i jej rodowych zasobów wzbudzała w nim poczucie wstydu. Wielki pochód fotografii i dóbr materialnych, każdy, nawet najbardziej obszczany zaułek nabrzmiały wielką, krakowską historią. Ze strony ojca – niekomfortowa pustka. Czarna dziura.

– A o co tu pytać? – Wzruszała ramionami babka, ilekroć Alicja próbowała z niej wyciągnąć jakieś informacje. – Była wojna i zabrała mnóstwo ludzi. Źle było.

– Ale ty przecież przeżyłaś, babciu – wypaliła raz po długiej ciszy, w której zbierała się na odwagę.

Janka skrzywiła się na ułamek sekundy i wróciła do wałkowania ciasta.

– Jeden przeżył, drugi nie przeżył – odpowiedziała. – Wot, cała historia. Nic szczególnego.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.