Od Lukova z miłością - Mariana Zapata - ebook
BESTSELLER

Od Lukova z miłością ebook

Mariana Zapata

4,5

46 osób interesuje się tą książką

Opis

Mistrzyni slow-burn romance powraca!
Jasmine Santos zdecydowanie nie określiłaby swojej kariery łyżwiarskiej jako udanej. Niezliczona liczba złamanych kości i obietnic to jej idealne podsumowanie.
Jeżeli ktoś zapytałby kobietę, czy czegoś komuś zazdrości, to bez wahania powiedziałaby, że kariery łyżwiarza Ivanowi Lukovowi, którego nienawidzi i w myślach nazywa szatanem. Wydaje się, że mężczyzna osiągnął wszystko, w przeciwieństwie do Jasmine.
W dodatku jest aroganckim, nadętym dupkiem i niestety bratem najlepszej przyjaciółki Jasmine. Więc kiedy dziewczyna otrzymuje propozycję, która może zmienić jej karierę łyżwiarki, szczęka opada jej na podłogę. A właściwie na taflę lodu.
Bo oto sam Ivan Lukov składa tę propozycję.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    Opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 727

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (1301 ocen)
863
310
96
24
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Sylwiajabl
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

dobra książka. jedyna moja uwaga - za długie i zbyt częste wtrącenia rozmyśleń bohaterki w trakcie dialogów. męczyło mnie to zwłaszcza w początkowym etapie książki. Historia przez to nabiera rozpędu dopiero po przeczytaniu kilku rozdziałów.
160
paaula29

Całkiem niezła

Moim Zdaniem trochę dziecinada. Mając ponad 25 lat a wyzywają się na poziomie podstawówki, trochę to odstrasza od czytania. Ogólnie zamysł historii ciekawy tylko niestety główni bohaterowie to trochę porażka
101
oligatorka22

Z braku laku…

Ja nie wiem skąd te megq pozytywne komentarze - przeciągane wywody bohaterki, poprostu nuda
Ruddaa
(edytowany)

Z braku laku…

chyba jestem roczarowana :/ Szczerze to nudzilo mnie czytanie tej książki. A po Kulti spodziewałam sie czegoś zupełnie innego. MASAKRYCZNIE DLUGIE OPISY!!!! Zdecydowanie za mało dialogów. No i sama osobiscie lubie czasem "rzucić miesem" ale mam wrażenie, że tu było tego zdecydowanie za duzo i kompletnie nie pasowalo do fabuły ksiazki. Juz nie wspomne o tym, że bohaterzy byli przed 30-stką a zachowywali się jak dzieciaki z gimbazy.
51
wnekkar

Dobrze spędzony czas

pomijając fakt ze dorośli ludzie mają odzywki na poziomie podstawówki i nudę na początku książki to fajnie i szybko się czytało. tak naprawdę dopiero od połowy zaczęło robić się ciekawie
51

Popularność




Tytuł oryginału

From Lukov with Love

Copyright © 2018 by Mariana Zapata

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Joanna Błakita

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-224-2

Rozdział pierwszy

ZIMA/WIOSNA 2016

Po piątym z rzędu bolesnym upadku na tyłek dotarło do mnie, że powinnam dać sobie na wstrzymanie.

Przynajmniej jeśli chodzi o ten dzień.

Jutro moje pośladki znów będą w stanie znieść kolejne dwie godziny upadków. I pewnie właśnie tak to będzie wyglądać, jeśli nie dowiem się, co – do cholery – robię źle. To już drugi dzień, jak nie udało mi się poprawnie wykonać choćby jednego pieprzonego skoku.

Przekręcam się na pośladek, który obiłam mniej razy, wypuściłam powietrze z frustracją, i cudem zdołałam zdusić w sobie gwałtowną chęć wykrzyczenia „kurwa mać”, po czym odchyliłam głowę, żeby sufit mógł zobaczyć to, co działo się na mojej twarzy. Niemal natychmiast zrozumiałam, że to była pierdolona pomyłka. Wiedziałam przecież, co zwisało z sufitu tego obiektu w kształcie kopuły. To samo, na co musiałam patrzeć przez ostatnie trzynaście lat.

Transparenty.

Transparenty zwisające z belek.

Transparenty z nazwiskiem tego samego dupka.

IVAN LUKOV. IVAN LUKOV. IVAN LUKOV.

I jeszcze więcej Ivana Lukova.

Były tam również inne nazwiska – nieszczęśliwych dusz, z którymi współpracował przez lata – ale to właśnie jego dosłownie samo rzucało się w oczy. I to nie dlatego, że brzmiało tak jak to, które nosił jeden z moich najulubieńszych ludzi na świecie, ale dlatego, że przypominało mi o istnieniu Szatana. Byłam wręcz pewna, że rodzice adoptowali go prosto z piekła.

Ale w tym momencie nic innego nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia, liczyła się tylko obecność tych wiszących nade mną szmat.

Pięć transparentów z błękitnego materiału odpowiadających każdemu ze zdobytych przez niego tytułów mistrza kraju. Dwa czerwone za mistrzostwa świata. Dwa maślanożółte za złote medale Igrzysk Olimpijskich. I jeden srebrzysty upamiętniający srebrny medal mistrzostw świata, który można było oglądać w gablocie z trofeami przy wejściu do budynku.

Ambitniak. Dupek. Jełop.

I tylko jakiemuś pieprzonemu cudowi zawdzięczałam to, że nie powiesili jeszcze więcej tego gówna, by uwiecznić każde mniejsze lub większe zawody, które wygrał na przestrzeni lat, bo wtedy cały ten sufit byłby upstrzony kolorami, a ja codziennie puszczałabym pawia.

Tyle transparentów… i na żadnym z nich nie było mojego nazwiska. Nawet na jednym. Nieważne, jak bardzo się starałam, jak ciężko trenowałam, zero. Bo nikt nigdy nie pamięta o tym, kto zajął drugie miejsce. Chyba że było się Ivanem Lukovem. A ja nim zdecydowanie nie byłam.

Zazdrość, której nie miałam prawa czuć, ale której nie mogłam też całkowicie zignorować, przeszywała mnie na wylot, a ja naprawdę nienawidziłam tego uczucia. Tak kurewsko go nienawidziłam. Martwienie się tym, co robią inni, było stratą czasu i energii – nauczyłam się tego już jako dziecko, gdy inne dziewczynki miały ładniejsze kostiumy i nowsze łyżwy ode mnie. Zazdrość i zgorzknienie cechowało ludzi niemających nic lepszego do roboty. Wiedziałam o tym. Marnowanie czasu na porównywanie się z innymi oznaczało marnowanie własnego życia. To też wiedziałam.

I nigdy nie chciałam być kimś takim. A już zwłaszcza nie z powodu tego dupka. Prędzej zabrałabym ze sobą do grobu te trzy sekundy zazdrości, niż powiedziała komukolwiek, co te transparenty mi zrobiły.

Właśnie z tą myślą, przypomnieniem, jak chcę żyć, przekręciłam się na kolana, żeby przestać patrzeć na te głupie kolorowe szmaty.

Oparłam dłonie o lód, stękając, podciągnęłam nogi pod siebie – balansowanie na płozach było moją drugą naturą – i w końcu wstałam. Znowu. Piąty pieprzony raz w ciągu mniej niż piętnastu minut. Lewa kość biodrowa, pośladek i udo promieniowały tępym bólem i wiedziałam, że jutro będzie jeszcze gorzej.

– Ja pierdolę – mruknęłam pod nosem, tak, żeby nie usłyszała mnie żadna z młodszych dziewczyn jeżdżących wokół. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, było to, żeby któraś z nich podkablowała mnie do dyrekcji. Znowu. Małe kapusie. Jakby nigdy nie słyszały żadnych przekleństw, oglądając telewizję, idąc ulicą czy jadąc do szkoły.

Strzepując drobinki lodu pokrywające mój bok po ostatnim upadku, wzięłam spokojny wdech i stłumiłam narastającą w moim wnętrzu frustrację. Frustrację na wszystko – na siebie, na swoje ciało, na swoją sytuację, na swoje życie, na inne dziewczyny, których nie mogłam, kurwa, przekląć. I tak ogólnie – na cały dzisiejszy dzień. Zaczynając od tego, że zaspałam i nie byłam w stanie wykonać skoku, przez dwukrotne wylanie kawy na koszulę w pracy, otarcie się o złamanie rzepki podczas otwierania drzwi samochodu, aż po drugą sesję równie gównianego treningu…

Zapomnienie o tym, że w wielkim planie życia kilka nieudanych skoków pośród tych wszystkich udanych, które wykonywałam od dziesięciu lat, nic nie znaczyło, przyszło mi na szczęście z łatwością. To był tylko nieudany dzień. Po prostu kolejny nieudany dzień. I to nie było coś, co się jeszcze nigdy zdarzyło. Zawsze mogło być gorzej. I na pewno będzie – gdzieś, kiedyś. Bo gdy wszystko wydaje się sprzyjać, przyjmowanie rzeczy za pewnik jest takie łatwe. Jednak dopiero wtedy, gdy zaczynasz brać za pewnik najbardziej podstawowe rzeczy, życie postanawia dać ci do zrozumienia, że jesteś niewdzięcznym idiotą.

A rzeczą, którą jeszcze dziś rano uważałam za oczywistą formalność, był potrójny salchow – skok, który wykonywałam od lat. Nie był to najłatwiejszy skok w łyżwiarstwie figurowym – polega on na wykonaniu w powietrzu trzech obrotów zaczynających się od najazdu tyłem z wewnętrznej krawędzi ostrza łyżwy, a kończących się lądowaniem na zewnętrznej krawędzi ostrza łyżwy nogi przeciwnej. W normalnych okolicznościach było to dla mnie czymś całkowicie naturalnym.

Ale najwyraźniej nie dziś i nie wczoraj.

Pocierając powieki grzbietami rąk, wzięłam głęboki wdech, po czym powoli wypuściłam powietrze, wykonując jednocześnie krążenia barkami i powtarzając sobie w myślach, że muszę się uspokoić i wrócić do domu. Zawsze był przecież następny dzień.

A praktyczna, i jednocześnie złośliwa, część mojego mózgu przypomniała mi od razu, że w najbliższym czasie i tak nie czeka mnie udział w żadnych zawodach.

I tak, jak za każdym razem, gdy myślałam o tym jakże cudownym fakcie, mój żołądek zacisnął się pod wpływem czystej złości… i czegoś, co wydawało się bardzo bliskie rozpaczy.

I tak jak postępowałam przy wszystkich okazjach, gdy to się działo, zepchnęłam oba te uczucia daleko, daleko, daleko w głąb siebie, tak daleko, że nie mogłam ich zobaczyć, dotknąć ani poczuć. Roztrząsanie ich nie ma żadnego sensu. Wiedziałam o tym. Absolutnie żadnego.

Nie miałam zamiaru się poddać.

Ponownie wzięłam głęboki wdech i ponownie wypuściłam wolno powietrze, pocierając jednocześnie nieświadomie ten bardziej błagający o litość pośladek, i po raz ostatni tego dnia obrzucając lodowisko spojrzeniem. Widok dużo młodszych ode mnie dziewczyn, które wciąż usilnie starały się wyciągnąć jak najwięcej z trwającego wciąż treningu, sprawił, że ledwo powstrzymałam się od zmarszczenia brwi. Trzy dziewczyny były mniej więcej moimi rówieśniczkami, ale wszystkie pozostałe miały po kilkanaście lat. Może nie były aż tak dobre – a przynajmniej nie tak dobre, jak ja w ich wieku – ale przynajmniej robiły, co mogły. Miały przed sobą całe życie. Bo tylko w łyżwiarstwie figurowym, no i może jeszcze w gimnastyce artystycznej, można było zostać uznanym za zabytek w wieku dwudziestu sześciu lat.

Tak, musiałam wrócić do domu, położyć się na kanapie przed telewizorem i zapomnieć o tym gównianym dniu. Przecież urządzanie imprezki z użalaniem się nad sobą jako głównym punktem programu nigdy nie przynosiło niczego dobrego. Nigdy.

Dotarcie do niskiej bandy otaczającej lodowisko jednocześnie uważając, by nie zderzyć się z żadną z pozostałych na tafli osób, nie zajęło mi więcej niż kilka sekund. Chwyciłam ochraniacze na płozy leżące w tym samym miejscu, w którym zawsze je zostawiałam, i zanim weszłam na twarde podłoże, wsunęłam je na szerokie na cztery milimetry ostrza przyczepione do moich białych butów.

Próbowałam zignorować uczucie ucisku w klatce piersiowej, które najprawdopodobniej spowodowane było frustracją z powodu tak wielu upadków, choć mogło też zupełnie czymś innym.

Nie zamierzałam pogodzić się z faktem, że być może marnuję czas, przychodząc dwa razy dziennie na treningi do Kompleksu Lodowo-Sportowego Lukova z nadzieją, że jeszcze kiedyś wystąpię na zawodach, bo sama myśl o poddaniu się wydawała się równoznaczna z przyznaniem, że zmarnowałam ostatnie szesnaście lat życia. Że poświęciłam swoje dzieciństwo na próżno. Że poświęciłam przyjaźnie, znajomości i normalne ludzkie doświadczenia okresu dorastania dla marzenia, które kiedyś było tak wielkie, że nic i nikt nie było w stanie mnie go pozbawić.

Nie chciałam też myśleć, że moje marzenie o zdobyciu złotego medalu… a przynajmniej o zdobyciu mistrzostwa świata, czy choćby mistrzostwa kraju… zostało rozbite na drobne fragmenty wielkości konfetti, których wciąż kurczowo się trzymałam, choć jakaś część mnie zdawała sobie sprawę, że to wszystko bardziej mi szkodzi, niż pomaga.

Nie.

To była tylko jedna z tych myśli i możliwości, od których niemal codziennie bolał mnie brzuch i które tak często przyprawiały mnie o mdłości.

Musiałam się wyciszyć. A może oddać sesji masturbacji. Cokolwiek, co mogłoby mi pomóc.

Otrząsając się z tego okropnego uczucia przepełniającego moje trzewia, obeszłam lodowisko i poszłam dalej korytarzem prowadzącym do szatni, zauważając dopiero teraz, jak wielu ludzi jest już w ośrodku. Wokół tafli kręcili się już rodzice i dzieci przygotowujące się do wieczornych zajęć – tych samych, na których zaczynałam w wieku dziewięciu lat, zanim przeszłam do treningów w mniejszych grupach, a potem do indywidualnych lekcji z Galiną. Stare dobre czasy.

Celowo nie podnosiłam głowy, żeby nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego, i szłam dalej, mijając inne osoby, które również robiły wszystko, byle tylko uniknąć mojego spojrzenia. Grupę czterech nastolatek stojących blisko siebie i udających, że się rozciągają, zauważyłam dopiero, gdy szłam korytarzem w kierunku miejsca, gdzie zostawiłam swoje rzeczy. Z pewnością udawały, ponieważ nie można się dobrze rozciągnąć, jeśli całą uwagę skupia się na gadaniu.

A przynajmniej tak mnie uczono.

– Cześć, Jasmine! – Przywitała się jedna z nich, sympatyczna dziewczyna, która odkąd pamiętam, zawsze bardzo się starała, żeby być dla mnie miła.

– Cześć, Jasmine. – Zawtórowała jej dziewczyna stojąca obok.

Nie mogłam nie odpowiedzieć choćby zwykłym kiwnięciem głową, nawet jeśli w myślach odliczałam już tylko czas, jaki dzielił mnie od powrotu do domu, przygotowania jakiegoś posiłku albo odgrzania w mikrofalówce czegoś, co zrobiła mama i, co najbardziej prawdopodobne, bezczynnego oglądania telewizji. Może gdyby trening przebiegł lepiej, chciałabym zrobić coś innego, na przykład pobiegać albo pójść do siostry, ale… na to się nie zanosiło.

– Udanego treningu – mruknęłam do tej sympatycznej dwójki dziewczyn, taksując szybkim spojrzeniem dwie pozostałe, stojące naprzeciwko w milczeniu.

Wyglądały znajomo. Domyśliłam się, że muszą być zapisane na mające się niedługo rozpocząć zajęcia dla średniozaawansowanych łyżwiarzy. Nie miałam najmniejszego powodu, by poświęcać im choćby odrobinę uwagi.

– Dzięki, nawzajem! – krzyknęła dziewczyna, która odezwała się do mnie pierwsza, po czym gwałtownie zamknęła usta, a jej twarz przybrała taki odcień czerwieni, jaki w przeszłości widziałam tylko u jednej osoby: mojej siostry.

Uśmiech, który pojawił się na moich ustach, był szczery i niespodziewany – ta dziewczyna sprawiła bowiem, że pomyślałam o Squirt – po czym otworzyłam ramieniem wahadłowe drzwi przebieralni. Zdążyłam zrobić krok do środka, a moje ramię wciąż powstrzymywało drzwi przed zamknięciem, kiedy usłyszałam:

– Nie wiem, dlaczego tak się cieszysz na jej widok. Może i była dobrą solistką, ale zawsze zawodziła w najważniejszych momentach, a jej kariera w parach to przecież nic nadzwyczajnego.

I… zamarłam. W miejscu. Z jedną nogą w szatni, a drugą na korytarzu. A potem zrobiłam coś, co od razu uznałam za zły pomysł: wytężyłam słuch.

Podsłuchiwanie nigdy nie wychodziło nikomu na dobre, ale i tak nie mogłam się powstrzymać.

– Mary McDonald jest lepsza w parach…

Oddychaj, Jasmine. Oddychaj. Trzymaj język za zębami i oddychaj. Pomyśl o tym, co chcesz powiedzieć. Pomyśl o tym, jak daleko zaszłaś. Pomyśl o…

– …gdyby było inaczej Paul nie wybrałby jej jako partnerki w ostatnim sezonie – dokończyła dziewczyna.

Napaść była niezgodna z prawem. Ale czy przywalenie wrednej nastolatce byłoby jeszcze gorszym przestępstwem?

Oddychaj. Myśl. Bądź milsza.

Żyłam już na tyle długo, że powinnam być mądrzejsza. Wiedziałam o tym. Byłam na tyle dorosła, by nie obrażać się na jakąś nastoletnią pindę, która prawdopodobnie nie przeszła jeszcze okresu dojrzewania, ale…

Cóż, moja kariera w parach była bolesnym punktem. A „bolesny punkt” oznaczał w tym przypadku krwawiący pęcherz, który nie chciał się zagoić. Mary McDonald i Paul Jebany Dupek Do Spalenia Żywcem? Naoglądałam się późnymi wieczorami, gdy nie mogłam zasnąć, wystarczająco dużo Brady Bunch1, by doskonale zrozumieć, dlaczego Jan tak bardzo nie dogadywała się z Marcią. Ja też nienawidziłabym tej francy. Tak samo jak nienawidziłam Mary McDonald.

– Widziałaś w internecie te wszystkie filmiki o niej? Moja mama mówi, że ma złe usposobienie i dlatego nigdy nie wygrała, sędziowie jej nie lubią. – Druga dziewczyna próbowała szeptać, ale bezskutecznie, bo słyszałam ją bardzo wyraźnie.

Nie musiałam tego robić. Nie musiałam robić niczego. To jeszcze dzieciaki, próbowałam sobie wmówić. Nie znały całej historii. Nie znały nawet jej części. Większość ludzi jej nie znała i nigdy nie pozna. Pogodziłam się z tym i przebolałam już dawno.

Ale wtedy jedna z nich odezwała się ponownie, a ja wiedziałam od razu, że nie będę w stanie dłużej milczeć i pozwalać, by powtarzały dalej te same bzdury. Istnieje granica tego, ile można znieść w ciągu jednego dnia, a ten dzień już i tak nie należał do najlepszych.

– Moja mama powiedziała, że jedynym powodem, dla którego wciąż tu trenuje, jest to, że przyjaźni się z Kariną Lukov, ale podobno ona i Ivan nie mogą się dogadać…

Byłam cholernie blisko parsknięcia śmiechem. Ivan i ja nie możemy się dogadać? Tak właśnie to określano? Dobra.

– Ona jest trochę sukowata.

– Nic dziwnego, że po tym, jak Paul ją zostawił, nie mogła znaleźć sobie innego partnera.

I stało się.

Może gdyby nie wypowiedziały ponownie imienia na „P”, udałoby mi się zachować bardziej dojrzale, ale pieprzyć to, mój metr sześćdziesiąt wzrostu dawał mi niezłe usprawiedliwienie, by zachować się jak niedojrzała gówniara.

Zanim zdążyłam powstrzymać samą siebie, odwróciłam się i wyjrzałam na korytarz. Cztery laski stały w tym samym miejscu.

– Co powiedziałyście? – zapytałam powoli, zachowując „wy, pozbawione talentu bździągwy, które nigdy nie podskoczycie wyżej gównianego poziomu, na którym jesteście”dla siebie. Upewniłam się, że patrzę dokładnie na te dwie, które się ze mną nie przywitały, a których głowy teraz odwróciły się gwałtownie w moim kierunku, gdy tylko zaczęłam mówić.

– Ja… ja… ja… – jąkała się jedna z nich, podczas gdy druga wyglądała, jakby zaraz miała zesrać się w ten swój trykot i rajstopy. I dobrze. Miałam nadzieję, że tak się stanie. I że konsystencją będzie to przypominało biegunkę, która dostanie się dosłownie wszędzie.

Wpatrywałam się w każdą z nich chyba przez minutę, obserwując, jak ich twarze robią się czerwone i czerpiąc z tego odrobinę przyjemności… ale nie tak dużą, jak wtedy, gdybym nie była jednak bardziej wkurzona na siebie niż na nie.

Uniosłam brwi, i rozciągnęłam usta w grymasie przypominającym uśmiech, ale wcale nim niebędącym.

– Tak właśnie myślałam. Powinnyście iść już na trening, żeby się nie spóźnić. – Przechyliłam głowę w kierunku tunelu wyglądającego jak hala, którym przed chwilą przeszłam z lodowiska do szatni. Jakimś cudem powstrzymałam się przed dodaniem na końcu „wy głupie cipy”.

W niektóre dni zasługiwałam na medal za swoją cierpliwość do idiotów. Gdyby tylko organizowano zawody w tej dyscyplinie, miałabym duże szanse na zwycięstwo.

Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że nigdy już nie zobaczę dwóch osób poruszających się tak szybko – chyba że podczas oglądania sprinterek na Igrzyskach. Dwie miłe dziewczyny wyglądały na lekko przerażone, rzuciły mi szybkie niespokojne uśmiechy i ruszyły za tamtą dwójką, szepcząc do siebie Bóg wie co.

To właśnie z powodu takich dziewczyn jak ta parka gówniar szybko przestałam próbować zaprzyjaźniać się z innymi łyżwiarkami figurowymi. Małe pizdy. Pokazałam środkowy palec oddalającym się w głębi korytarza sylwetkom, ale nie poprawiło mi to nastroju.

Musiałam jakoś to z siebie wyrzucić. Bardzo, naprawdę bardzo, tego potrzebowałam.

Weszłam w końcu do szatni i opadłam na jedną z ławek przed rzędem szafek, wśród nich znajdowała się moja; ten krótki spacer od lodowiska sprawił, że ból w biodrze i udzie stał się silniejszy. Zdarzało mi się upadać o wiele mocniej i boleśniej niż dzisiaj, jednak nawet świadomość tego faktu za nic nie sprawi, że ktokolwiek „przyzwyczai się” do bólu. Jedyne, co można osiągnąć, jeżeli przydarza się to regularnie, to szybsze przechodzenie nad tym do porządku dziennego. Prawda była jednak taka, że nie trenowałam tak jak kiedyś. Nie trenowałam, bo zwyczajnie nie mogłam – tak to jest, gdy nie ma się partnera do ćwiczeń ani trenera, który każdego dnia godzinami poprawia błędy – i dlatego moje ciało zapomniało już, co może wytrzymać.

Był to kolejny gówniany znak, że czas i życie płyną dalej, nawet jeśli ja tego nie chcę.

Wyciągnęłam nogi przed siebie, ignorując kilka starszych nastolatek, które zgromadziły się po przeciwnej, najbardziej oddalonej od wejścia stronie pomieszczenia, ubierając się, poprawiając buty i cały czas rozmawiając. Nie spojrzały na mnie, a ja jedynie zerknęłam w ich stronę kątem oka. Rozwiązując sznurówki, przez sekundę zastanawiałam się nad wzięciem prysznica, po czym doszłam do wniosku, że to niepotrzebne zajęcie, skoro mogę poczekać dwadzieścia minut i przebrać się, a następnie wziąć prysznic w swojej własnej łazience, która ma odpowiednie dla takiego miejsca rozmiary. Zdjęłam prawą białą łyżwę, po czym ostrożnie ściągnęłam bandaż w cielistym kolorze, którym owinięta była moja kostka i kilka centymetrów łydki powyżej.

– O mój Boże! – Jedna z nastolatek z drugiej strony pomieszczenia krzyknęła na tyle głośno, że nie było możliwości, aby nie przedarło się to do mojej świadomości. – Nie żartujesz, co?

– Nie! – odpowiedział jej inny głos, a ja rozsznurowałam lewą łyżwę, starając się nie zwracać na nie uwagi.

– Poważnie? – Kolejny głos, a może ten sam, który usłyszałam jako pierwszy. Nie byłam pewna. Przecież wcale nie próbowałam przysłuchiwać się ich rozmowie.

– Poważnie!

– Poważnie?

– Poważnie!

Przewróciłam oczami i dalej próbowałam je ignorować.

– Nie!

– Tak!

– Nie!

– Tak!

Nie byłam w stanie ignorować tego typu gówna. Czy kiedykolwiek byłam aż tak irytująca? Tak dziewczęca? Niemożliwe.

– Gdzie to usłyszałaś?

Byłam w trakcie wpisywania kodu do zamka szyfrowego mojej szafki, kiedy wybuchła kakofonia głosów. Odruchowo obejrzałam się przez ramię i spojrzałam na dziewczyny. Jedna z nich wyglądała tak, jakby nawąchała się speedu: szczerzyła zęby i miała wyciągnięte na boki ręce, którymi poruszyła nagle i głośno klasnęła. Inna dziewczyna trzymała obie dłonie ze splecionymi palcami tuż przed swoimi ustami i odniosłam wrażenie, że cała się trzęsie.

Co, do ciężkiej cholery, było z nimi nie tak?

– Usłyszałam? Widziałam, jak wchodził z trenerką Lee.

O rany.

Oczywiście. O kim innym miałyby rozmawiać?

Nie chciało mi się nawet wzdychać ani przewracać oczami, odwróciłam się z powrotem do swojej szafki i wyciągnęłam sportową torbę, którą otworzyłam od razu, jak tylko położyłam ją na ławce obok. Wyciągnęłam telefon, klucze, klapki i małego batonika Hershey’s, którego trzymałam właśnie na takie dni jak ten. Rozdarłam opakowanie, włożyłam cały do ust, po czym sięgnęłam po telefon. Zielona dioda w rogu ekranu mrugała, sygnalizując mi, że mam nieprzeczytane wiadomości. Odblokowałam telefon, zerkając jednocześnie przez ramię. Nastolatki wciąż skrzeczały i sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały dostać ataku serca z powodu Ćwoka. Olałam je i nie spiesząc się, przeczytałam wiadomości na grupowym czacie, które ominęły mnie podczas treningu.

Jojo: Chcę iść dziś wieczorem do kina. Ktoś chętny?

Tali: Zależy. Na jaki film?

Mama: Kochanie, Ben i ja pójdziemy z tobą.

Seb: Nie. Dziś wieczorem mam randkę.

Seb: James nie chce iść z tobą? Wcale mu się nie dziwię.

Jojo: Nowy film Marvela.

Jojo: Seb, mam nadzieję, że złapiesz jakiegoś syfa.

Tali: Marvel? Nie, podziękuję.

Tali: Seb, też mam nadzieję, że złapiesz chorobę weneryczną.

Mama: CZY MOGLIBYŚCIE BYĆ DLA SIEBIE MILI?

Seb: Wszyscy możecie się wypchać, oprócz mamy.

Ruby: Poszedłbym z tobą, ale Aaron źle się czuje.

Jojo: Wiem, że byś poszedł, Squirt. Kocham Cię. Następnym razem.

Jojo: Mamo, to idziemy. 7:30 pasuje?

Jojo: Seb – [emotek ze środkowym palcem]

Jojo: Jas, idziesz też?

Uniosłam głowę, gdy dziewczyny w szatni zaczęły wydawać z siebie odgłosy, których sama chyba nie byłabym w stanie wytworzyć, zastanawiając się, co też, do cholery, się z nimi dzieje. Jezu Chryste, zachowywały się tak, jakby Ivan nie trenował tu pięć dni w tygodniu przez ostatnie milion lat. Samo spotkanie go na korytarzu nie było przecież aż tak ekscytujące. Wolałabym patrzeć, jak farba schnie na świeżo pomalowanej ścianie.

Ruszając palcami u stóp, przyjrzałam się jasnoróżowym paznokciom i świadomie zignorowałam siniaka, który pojawił się tuż obok najmniejszego palca u nogi, oraz wskazujące na początek pęcherza zaczerwienienie powstałe obok dużego palucha, prawdopodobnie od szwu założonych dzień wcześniej rajstop nowej marki.

– Co on tu robi? – Nastolatki wciąż rozmawiały, przypominając mi, że muszę jak najszybciej wyjść z tego pomieszczenia. Naprawdę doszłam już do granicy tego, co mogłam dzisiaj wytrzymać.

Spojrzałam znów na swój telefon, próbując zdecydować co robić: pójść do domu i obejrzeć film czy zacisnąć zęby i pójść do kina z bratem, mamą oraz Benem – lub, jak nazywaliśmy go w tajemnicy, z numerem cztery?

Wolałabym wrócić do domu i nie siedzieć w weekend w zatłoczonej sali kinowej, ale…

Siedziałam przez chwilę z dłońmi zaciśniętymi w pięści, a następnie napisałam odpowiedź.

Pójdę, ale najpierw muszę coś zjeść. Teraz jadę do domu.

Potem uśmiechnęłam się i dodałam kolejne zdanie.

Seb, trzeci głos, że coś złapiesz. Tym razem celuj w rzeżączkę.

Położyłam telefon między nogami, wyjęłam kluczyki do samochodu z kieszeni torby, złapałam japonki i ostrożnie włożyłam łyżwy do specjalnego ochronnego futerału wyłożonego sztucznym futrem i cienką pianką, który mój brat Jonathan i jego mąż kupili mi wiele lat temu. Zapięłam torbę, wsunęłam stopy w japonki i stanęłam prosto z westchnieniem, które sprawiło, że poczułam ucisk aż w piersi.

To nie był mój najlepszy dzień, ale postanowiłam, że stanie się lepszy.

Musi.

Dobra wiadomość była taka, że jutro nie musiałam pracować, a w niedziele zazwyczaj nie pojawiałam się też na lodowisku. Moja mama pewnie zrobi naleśniki na śniadanie, a ja miałam w planach wyjście do zoo z bratem i bratanicą, bo akurat przypadał jego dzień. Przez łyżwiarstwo figurowe ominęło mnie już wystarczająco dużo chwil w jej życiu, a aktualny nadmiar wolnego sprawiał, że starałam się to nadrobić. Takie podejście było dla mnie zdecydowanie lepsze niż zastanawianie się nad tym, co jest powodem tego, że mam więcej czasu. Starałam się myśleć bardziej pozytywnie, ale nie byłam w tym jeszcze zbyt dobra.

– Nie wiem – oznajmiła jedna z dziewczyn. – Ale zwykle nie pojawia się przez miesiąc lub dwa po zakończeniu sezonu, a minęło raptem ile? Tydzień od mistrzostw świata?

– Ciekawe, czy rozstał się z Mindy.

– A niby dlaczego miałby tak zrobić?

– Nie wiem. A dlaczego rozstał się z każdą z tych przed nią?

Od chwili, gdy jedna z nich wypowiedziała nazwisko trenerki Lee, wiedziałam już, o kim wciąż rozmawiają. Tylko jedna z osób, które były związane z KL, jak większość z nas nazywała Kompleks Lodowo-Sportowy Lukova, albo w skrócie Kompleks Lukova, mogła cieszyć się u tych dziewczyn takim poważaniem i poklaskiem. Był to ten sam facet, którego szanowali i wielbili wszyscy wokół. A przynajmniej wszyscy poza mną. I każdą inną osobą z mózgiem. Ivan Lukov.

Albo, jak lubiłam go nazywać, zwłaszcza stojąc z nim twarzą w twarz – syn Szatana.

– Powiedziałam tylko, że go widziałam. Nie wiem, co on tu robi – usłyszałam. – On nigdy nie przychodzi bez powodu, Stacy. No, weź połącz kropki.

– O mój Boże, czy on i Mindy się rozstali?

– Jeśli tak, to ciekawe, z kim będzie jeździł.

– To może być każda.

– O w mordę, dałabym wszystko za zostanie jego partnerką – rzuciła jedna z dziewczyn.

– Przecież nie masz zielonego pojęcia o jeździe w parze, idiotko – odpowiedziała inna z szyderczym prychnięciem.

Nie słuchałam zbyt uważnie, ale mój mózg cały czas łączył fragmenty ich komentarzy, które wpadały jednym, a wypadały drugim uchem.

– Czy to aż takie trudne? – odezwała się kolejna, a w jej głosie słychać było dumę. – Ma najlepszy tyłek w kraju i wygrywa z każdym. Dla mnie brzmi to łatwo jak pójście na spacer do parku.

Znowu przewróciłam oczami, zwłaszcza na tę wzmiankę o tyłku. Ostatnią rzeczą, jaką ten idiota potrzebował usłyszeć, był komplement skierowany w jego nadęte ego. Laska pominęła jednak to, co w Ivanie było najistotniejsze. To, że był cudownym-łamane-przez-skarbem świata łyżwiarstwa figurowego. Chłopcem z plakatu Światowego Związku Łyżwiarskiego reklamującym łyżwiarstwo w parach. Cholera, łyżwiarstwo w ogóle. Był „łyżwiarskim królewiczem”, jak nazywali go niektórzy. Gdy był nastolatkiem, ludzie mówili o nim „cudowne dziecko”.

To człowiek, którego rodzina posiadała ośrodek, w którym trenowałam przez ponad dziesięć lat. Był też bratem jednej z moich najbliższych przyjaciółek.

Człowiekiem, który od ponad dziesięciu lat ani razu nie powiedział do mnie miłego słowa. Takiego właśnie go znałam. Widywałam tego dupka codziennie przez lata, a on tylko od wielkiego dzwonu wykłócał się ze mną o jakieś głupoty. Mężczyzna, z którym nie potrafiłam rozmawiać, żeby nie skończyło się to wyzwiskami z mojej lub jego strony.

Tak… Również nie rozumiałam powodu, dla którego był w Kompleksie Lukova zaledwie tydzień po zdobyciu trzeciego tytułu mistrza świata i kilka dni po zakończeniu sezonu – podczas gdy powinien odpoczywać lub wyjechać na jakieś wakacje. Przynajmniej odkąd sięgam pamięcią, tak właśnie robił każdego roku.

Czy obchodziło mnie, że był tak blisko? Nie. Gdybym naprawdę chciała wiedzieć, co się dzieje, mogłabym zwyczajnie zapytać Karinę. Ale nie zamierzałam pytać. Nie miałam takiej potrzeby.

Bo przecież Ivan i ja nie planowaliśmy w najbliższym czasie ze sobą rywalizować… ani nigdy więcej, jeśli sprawy dalej będą się toczyć tak, jak do tej pory.

I gdy tak stałam w przebieralni, tej samej, z której korzystałam przez ponad połowę swojego życia, coś mi podpowiadało, nawet jeśli nie chciałam w to wierzyć – nigdy, przenigdy – że może właśnie o to chodziło – oto nadchodzi mój koniec. Po tak długim czasie, po tak wielu miesiącach spędzonych z samą sobą… moje marzenie mogło się skończyć.

A ja nie miałam ani jednej pieprzonej rzeczy, którą mogłabym się pochwalić.

Rozdział drugi

– Wiesz już?

Mocniej ściągnęłam sznurowadła w bucie i zawiązałam końce w węzeł wystarczająco ciasny, by przetrwał następną godzinę. Nie musiałam patrzeć w bok, by wiedzieć, że na ławce w szatni, przed swoimi szafkami, siedzą dwie nastolatki. Były tam każdego ranka, zazwyczaj nie robiąc nic poza pierdzeniem w trykoty. Gdyby tyle nie gadały, mogłyby spędzać więcej czasu na lodzie, ale miałam to gdzieś. To nie ja płaciłam za ich czas na lodowisku. Jeśli miałyby taką mamę jak moja, szybko oduczyłyby się obijania po kątach.

– Mama powiedziała mi wczoraj wieczorem – odparła wyższa z nich, podnosząc się wreszcie z ławki.

Ja też wstałam, skupiona na czekającym mnie treningu. Zaczęłam kręcić barkami w tył, mimo że spędziłam poprzednie sześćdziesiąt minut na rozgrzewce i rozciąganiu. Może i nie jeździłam już na łyżwach sześć czy siedem godzin dziennie jak kiedyś – rozciąganie przez co najmniej godzinę było wtedy absolutną koniecznością – ale stare nawyki umierały powoli. A cierpienie z powodu naciągniętego mięśnia przez kilka dni lub tygodni nie było warte tego czasu, który bym zaoszczędziła, pomijając rozgrzewkę.

– Powiedziała, że słyszała, jak ktoś mówił, że chyba kończy karierę, bo miał tyle problemów ze swoimi partnerkami.

To przykuło moją uwagę.

On. Koniec kariery. Problemy.

Ukończenie szkoły średniej w terminie graniczyło w moim przypadku z cudem, ale nawet ja wiedziałam, o kim mówią. Ivan. Bo o kim innym, do cholery? Poza kilkoma młodszymi chłopcami obecnie oraz trzema latami, które Paul spędził w Kompleksie Sportowo-lodowym Lukova na treningach ze mną, w rozmowach nie istniał jakikolwiek inny „on”. Było kilkoro pretendujących do takiej atencji nastolatków, ale gdyby kogokolwiek obchodziło moje zdanie, żaden z nich nie miał potencjału, aby daleko zajść. Nie żeby kogokolwiek interesowało, co myślę.

– Może jak skończy już z zawodami, to zajmie się trenowaniem? – Zastanawiała się druga z dziewczyn. – Nie miałabym nic przeciwko, żeby to na mnie krzyczał przez cały dzień.

Prawie parsknęłam. Ivan na emeryturze? Nigdy w życiu. Nie było takiej możliwości, by przeszedł na emeryturę w wieku dwudziestu dziewięciu lat, a już na pewno nie wtedy, gdy wciąż był w świetnej formie. Przecież raptem kilka miesięcy temu wygrał mistrzostwa kraju. A miesiąc wcześniej zajął drugie miejsce w finale Major Prix.

Po jaką cholerę w ogóle ich słuchałam i zawracałam sobie głowę ich gadaniną. Nie obchodziło mnie, co robi ten facet. Jego życie – jego sprawa. Wszyscy musieliśmy kiedyś zakończyć karierę, a im rzadziej miałam okazję patrzeć na jego irytującą twarz, tym lepiej.

Uznałam, że nie potrzebuję dekoncentracji już na samym początku pierwszej z dwóch godzin, które tego dnia miałam przeznaczone na trening – a już zwłaszcza jeżeli jej powodem miałby być Ivan. Wyszłam więc z szatni, zostawiając dwie nastolatki, by dalej marnowały czas na plotki. O tej porze na lodowisku było sześć osób, norma. Nie przychodziłam tak wcześnie jak kiedyś – nie miało to większego sensu – ale każdą z tych twarzy widywałam od lat.

Niektóre częściej niż inne.

Galina siedziała już na ławce na trybunach otaczających lodowisko, trzymając w dłoniach termos z kawą, która – jak wiedziałam z doświadczenia – była tak gęsta, że wyglądała i smakowała jak smoła. Szyję i uszy zakryła ulubionym, czerwonym szalikiem, a na sweter, który widziałam u niej już co najmniej sto razy, narzuciła coś, co wyglądało jak chusta.

Mogłabym przysiąc, że co roku dodawała jakiś nowy element garderoby do tego, co już nosiła. Kiedy po raz pierwszy wyciągnęła mnie z lekcji, prawie czternaście lat temu, wystarczała jej koszula z długim rękawem i chusta, teraz pewnie zamarzłaby w takim stroju na śmierć.

Czternaście lat to dłużej niż niektóre z obecnych tu dziewczyn żyły na tym świecie.

– Dzień dobry – powiedziałam z wyraźnym akcentem po rosyjsku, którego jako tako nauczyłam się od trenerki przez te wszystkie lata.

– Witaj yozik2 – przywitała mnie, a jej wzrok powędrował na chwilę w stronę lodu, po czym znowu odwróciła do mnie twarz. Wyglądała tak samo jak wtedy, gdy miałam dwanaście lat. Jej oblicze zostało jedynie delikatnie naznaczone zębem czasem, ale zyskało zacięty wyraz, jakby pokrywającą je skórę wykonano z kuloodpornego materiału. – Twój weekend był udany?

Przytaknęłam, wspominając wyprawę do ZOO z bratem i bratanicą, a potem jedzenie pizzy w jego apartamencie, czyli dwóch rzeczy, których – jak sięgam pamięcią – nigdy nie robiłam, zwłaszcza w tej części o pizzy.

– A twój? Też fajny? – zapytałam kobietę, która nauczyła mnie tak wielu rzeczy, że nigdy nie będę w stanie się jej w pełni odwdzięczyć.

Uśmiechnęła się, a na jej policzkach pojawiły się dołeczki, które ja niestety rzadko widywałam. Tak dobrze znałam jej twarz, że mogłabym opisać ją rysownikowi w najdrobniejszych szczegółach, gdyby kiedykolwiek zaginęła: zaokrąglone, cienkie brwi, oczy w kształcie migdałów, wąskie usta, blizna na podbródku po uderzeniu łyżwą partnera w czasach startów w zawodach, kolejna blizna na skroni od uderzenia głową o lód. Nie żebym w ogóle brała pod uwagę jej zaginięcie. I tak każdy porywacz z pewnością uwolniłby ją w ciągu godziny.

– Widziałam mojego wnuka.

Przez chwilę zastanawiałam się nad datami, aż załapałam.

– To były jego urodziny, prawda?

Przytaknęła i znowu spojrzała na lodowisko w kierunku ćwiczącego tam chłopaka. Wiedziałam, że to łyżwiarz figurowy, z którym pracowała od czasu, gdy cztery lata temu zostawiłam ją, by zacząć jeździć w parach. Cóż, nie chciałam tego robić, ale… to już nie miało żadnego znaczenia. Myśl o tym, jak szybko mnie zastąpiła, też już nie wzbudzała we mnie zazdrości. Ale czasami, szczególnie ostatnio, powodowała niepokój. Niezbyt silny, ale jednak.

Nigdy bym jej o tym nie powiedziała.

– Kupiłaś mu w końcu łyżwy? – zapytałam.

Moja dawna trenerka przechyliła głowę na bok i wzruszyła ramionami, a szare oczy, które wpatrywały się we mnie niezliczoną ilość razy, teraz były wpatrzone w lód.

– Tak. Używane łyżwy i grę wideo. Czekałam. Jest prawie w tym samym wieku, w którym ty byłaś, kiedy zaczynałaś. Trochę późno, ale wciąż dobrze.

W końcu to zrobiła. W końcu jej się udało. Pamiętałam, jak urodził się jej wnuk – zanim się jeszcze rozstałyśmy – już rozmawiałyśmy o tym, że kiedy tylko będzie wystarczająco duży, będzie uprawiał łyżwiarstwo figurowe. To było tylko kwestią czasu i obie o tym wiedziałyśmy. Jej własne dzieci nie wyszły co prawda poza poziom juniorski, jednak nie miało to dla niej żadnego znaczenia.

Ale kiedy pomyślałam o nim, jej wnuku, który dopiero zaczynał, poczułam… coś tak silnego, jak tęsknota za domem, bo nagle uderzyło mnie wspomnienie radości, jaką dawała mi wtedy jazda na łyżwach. W czasach przed miażdżącą presją, dramatami i falą pierdolonej krytyki. Zanim jeszcze poznałam gówniany smak rozczarowania. Łyżwiarstwo figurowe zawsze sprawiało, że czułam się niezwyciężona, ale przede wszystkim, wtedy towarzyszyło mi nieustanne uczucie niezwykłości. Zanim zaczęłam trenować, nie wiedziałam, że można mieć wrażenie, jakby się latało. Być tak silnym. Być tak pięknym. Być w czymś tak dobrym. Zwłaszcza w czymś, na czym mi zależało. Nie wiedziałam, że wyginanie różnych części ciała, wykręcanie ich i przybieranie kształtów, które nie powinny być wykonalne dla człowieka, może być tak imponujące. Jadąc tak szybko, jak tylko mogłam wokół owalnego lodowiska, czułam, że jestem kimś naprawdę wyjątkowym. To było coś, co miało zmienić moje życie, tyle tylko, że wtedy nie miałam jeszcze o tym pojęcia.

Z zamyślenia wyrwał mnie chichot Galiny. Przynajmniej na chwilę.

– Pewnego dnia ty go trenować – powiedziała z krótkim prychnięciem, jakby rozśmieszyła ją wizja, że mogłabym traktować go tak, jak ona kiedyś mnie.

Roześmiałam się na wspomnienie setek razy, kiedy w ciągu wspólnych dziesięciu lat uderzyła mnie w tył głowy. Niektórzy ludzie nie byliby w stanie znieść jej surowej miłości, ale ja potajemnie ją uwielbiałam. Sprawiała, że się rozwijałam. Moja mama zawsze mówiła, że jeśli ktoś ustąpi mi o jeden centymetr, to ja zagarnę cały kilometr.

A ostatnią rzeczą, którą zrobiłaby Galina Petrov, było oddanie choćby jednego milimetra.

Nie był to jednak pierwszy raz, kiedy wspomniała o pomyśle, abym zajęła się trenowaniem. W ciągu ostatnich kilku miesięcy, kiedy sprawy… bardziej się skomplikowały, i moja nadzieja na znalezienie innego partnera powoli się rozwiewała, ona podczas naszych rozmów zaczęła mówić o tej możliwości. I to wcale nie jakoś subtelnie czy niespodziewanie. Po prostu, Jasmine, ty trenować. Tak?

Jednak ja wciąż nie byłam na to gotowa. Zostanie trenerką było jak poddanie się, a ja… nie chciałam tego robić. Jeszcze nie. Jeszcze, kurwa, nie.

A może jednak nadszedł już czas? W mojej głowie rozległ się zrzędliwy, skrzeczący szept, sprawiając, że jednocześnie poczułam bolesny ucisk w żołądku.

Siedząca obok mnie kobieta zupełnie jakby wyczuła, co dzieje się w mojej głowie, bo wydała z siebie kolejne prychnięcie.

– Mam rzeczy do zrobienia. Poćwicz skoki. Brak ci zaangażowania, za bardzo zajmujesz się głową, dlatego ciągle upadasz. Przypomnij sobie siebie siedem lat temu – powiedziała, wciąż wpatrzona w lód. – Przestań myśleć. Wiesz, co robić.

Nie sądziłam, że pomimo pełnego skupienia na podopiecznym zdoła zauważyć targające mną emocje i wątpliwości.

Analizowałam jej słowa, doskonale wiedząc, o jakim okresie mówiła. Miała rację. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. To był najgorszy sezon w mojej karierze solowej, gdy nie miałam jeszcze partnera i jeździłam sama. Tamten sezon był katalizatorem, wstępem do trzech następnych, które powoli skierowały mnie na drogę ku jeździe z partnerem. Zbyt wiele czasu zmarnowałam wtedy na myślenie o wszystkim i… cóż, jeśli popełniłam błąd, rezygnując z kariery solowej, teraz było już za późno, by tego żałować.

Życie to sztuka dokonywania wyborów, a ja swój miałam już za sobą.

Kiwnęłam głową i przełknęłam dawny wstyd pojawiający się zawsze na samo wspomnienie tego okropnego, nieustannie rozpamiętywanego przeze mnie sezonu, gdy czułam się samotnie i żałośnie. Bardziej niż zazwyczaj.

– Właśnie tym się martwiłam. Popracuję nad tym. Do zobaczenia później, Lina – powiedziałam do mojej dawnej trenerki, bawiąc się bransoletką na nadgarstku, po czym opuściłam ręce i potrząsnęłam dłońmi.

Galina obrzuciła mnie krótkim spojrzeniem, skinęła poważnie głową i z powrotem skupiła uwagę na lodowisku, krzycząc coś z silnym akcentem o zbyt wolnym podjeżdżaniu do skoku.

Zdjęłam ochraniacze z płóz, odłożyłam je tam, gdzie zawsze, i weszłam na lód w pełnym skupieniu.

Czułam, że mogę wszystko.

~ * ~ *

Dokładnie godzinę później byłam tak samo spocona i zmęczona, jak kiedyś, tyle że po treningu trwającym trzy razy dłużej. Cholera, robiłam się miękka. Dałam radę wykonać kilka kombinacji skoków, czyli sekwencji, lub przynajmniej czegoś, co wyglądało jak jeden skok, po którym natychmiast następował kolejny, czasem dwa, ale tak naprawdę nie wkładałam w to serca. Udało mi się je wykonać, ale z trudem, chwiejąc się i walcząc, by wykończyć każdy z nich przy jednoczesnych próbach usilnego skupienia się tylko na tym, co robiłam.

Galina miała rację. Byłam rozkojarzona, ale nie potrafiłam określić, co dokładnie było tego przyczyną. Może faktycznie potrzebowałam szybko zrobić sobie dobrze, pójść pobiegać albo coś w tym rodzaju. Cokolwiek, byle tylko oczyścić głowę, a przynajmniej pozbyć się tego dziwnego uczucia, które towarzyszyło mi jak cień.

Sfrustrowana wróciłam do szatni, gdzie zauważyłam przyklejoną na drzwiczkach mojej szafki karteczkę. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Miesiąc temu dyrektorka generalna KL-u zostawiła podobną kartkę, przekazując mi w ten sposób prośbę, abym przyszła do jej biura. Chciała wtedy zaproponować mi pracę w charakterze trenera dla początkujących. Znowu. Dlaczego uważała mnie za dobrą kandydatkę na nauczyciela dla młodych dziewczyn – praktycznie wciąż dzieci – nie miałam pojęcia, i odpowiedziałam jej, że nie jestem zainteresowana.

Odkleiłam kartkę z szafki i przeczytałam powoli: Jasmine, przyjdź do biura dyrektorki, zanim wyjdziesz, i to dwukrotnie, by mieć pewność, że poprawnie odebrałam wiadomość. Nie zastanawiałam się nad nią zbytnio, poza przyjęciem do wiadomości faktu, że czegokolwiek chce ode mnie dyrektorka, musi to załatwić szybko, bo nie miałam zbyt wiele czasu przed pracą. Każdy mój dzień był zaplanowany co do minuty. Rozpiski i harmonogramy miałam prawie wszędzie – w telefonie, na kartkach papieru w samochodzie, w torbach, w pokoju, na lodówce – wszystko po to, żeby o niczym nie zapomnieć i nigdzie się nie spóźnić.

Dobra organizacja, maksymalne przygotowanie i ciągłe pilnowanie czasu, były dla mnie niezwykle ważne. I dlatego teraz musiałabym zrezygnować z długiego siedzenia pod strumieniem gorącej wody i robienia makijażu, żeby zdążyć do pracy na czas. Mogłam też poinformować o tej nagłej zmianie grafiku mojego szefa.

Odblokowałam szafkę, wyciągnęłam telefon z torby, i szybko napisałam wiadomość, jak zawsze dziękując w duchu za to, że istnieje coś takiego jak ułatwiająca mi życie funkcja sprawdzania pisowni, po czym wysłałam SMS-a do mamy. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie miała przy sobie smartfona.

Ja:Dyrektorka generalna KL chce porozmawiać. Czy możesz zadzwonić do Matty’ego i powiedzieć mu, że będę najszybciej jak się da?

Odpowiedziała natychmiast.

Mama: Co zrobiłaś?

Przewróciłam oczami i wpisałam odpowiedź.

Ja:Nic

Mama: To dlaczego masz iść do biura?

Mama: Znowu nazwałaś czyjąś mamę brudną kurwą?

Oczywiście, że nigdy mi tego nie zapomni. Jak zresztą wszyscy.

Może dlatego, nie powiedziałam jej o trzech innych wizytach u dyrektorki, podczas których ta próbowała namówić mnie na zostanie trenerem.

Ja: Nie wiem. Może mój czek z zeszłego tygodnia został odrzucony.

To był żart. Mama wiedziała lepiej niż ktokolwiek inny, ile wynoszą opłaty w KL. Pokrywała je przez ponad dekadę.

Ja: Nie. Już nigdy nie nazwałam niczyjej matki brudną kurwą, ale tamta brudna kurwa zasługiwała.

Wiedząc, że mama odpowie niemal od razu, odłożyłam telefon z powrotem do szafki i postanowiłam, że odpiszę jej za chwilę. W rekordowym czasie złożyłam swoje rzeczy, wzięłam prysznic, wślizgnęłam się w bieliznę, dżinsy, koszulę z kołnierzykiem, skarpetki i najlepiej wyglądające, wygodne buty, na jakie było mnie stać. Kiedy skończyłam, sprawdziłam telefon i przeczytałam to, co napisała.

Mama: Potrzebujesz pieniędzy?

Mama: Tak, zasłużyła sobie.

Mama: Popchnęłaś kogoś ostatnio?

Coś w środku mnie pękło z trzaskiem, gdy uświadomiłam sobie, że wciąż pyta mnie o pieniądze. Jakby nie wydała ich na mnie wystarczająco dużo przez te wszystkie lata. Miesiąc po miesiącu. Nieudany sezon za nieudanym sezonem.

Przynajmniej już jej o to nie prosiłam.

Ja: Z pieniędzmi jest luz. Dzięki.

Ja: Nie popchnęłam nikogo.

Mama: Na pewno?

Ja: Tak, na pewno. Wiedziałabym, gdybym to zrobiła.

Mama: Naprawdę?

Ja: Tak.

Mama: Gdybyś tak zrobiła, to w porządku. Niektórzy ludzie tego potrzebują.

Mama: Nawet ja miałam czasem ochotę cię uderzyć. To się zdarza.

Nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu.

Ja: Ja też.

Mama: Chciałaś rzucić mi się do gardła?

Ja: Nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie.

Mama: Ha ha ha ha.

Ja: Nigdy tego nie zrobiłam. OKEJ?

Zapięłam torbę, chwyciłam za rączkę, wzięłam klucze i wyszłam z szatni najszybciej, jak się dało, właściwie biegnąc najpierw jednym, a potem drugim korytarzem w kierunku tej części budynku, gdzie mieściły się biura. Kanapkę z białkiem jajka na lunch, którą zostawiłam w samochodzie, zamierzałam zjeść w trakcie jazdy.

Gdy tylko dotarłam do drzwi biura, napisałam kolejną chroniącą mój tyłek wiadomość, tym razem ignorując błędy ortograficzne, czego zazwyczaj starałam się unikać jak ognia.

Ja:Serio ma. Morzesz zadzwonic i powiedziec?

Mama:TAK

Ja:Dzieks mamo.

Mama: Kocham cię.

Mama:Daj mi znać, jeśli potrzebujesz pieniędzy.

Przez moment znów poczułam ucisk w gardle, ale już nie odpisałam. Nie powiedziałabym jej nawet wtedy, gdybym naprawdę potrzebowała kasy. Już nie. A już na pewno nie w sytuacji, w której istniałby jakikolwiek sposób, abym mogła sobie jakoś sama poradzić. Prawda była taka, że prędzej podjęłabym pracę w barze ze striptizem, niż znowu zaczęła ją wykorzystywać. Zrobiła dla mnie już wystarczająco dużo.

Powstrzymałam westchnienie i zapukałam do drzwi gabinetu dyrektorki, myśląc jednocześnie o tym, że naprawdę chciałabym, aby nadchodząca rozmowa trwała tylko dziesięć minut, dzięki czemu nie spóźniłabym się do pracy. Nie chciałam jednak wykorzystywać faktu, że najbliższa przyjaciółka mojej mamy była wobec mnie pobłażliwa.

– Proszę! – krzyknął ktoś w gabinecie, a ja od razu przekręciłam gałkę.

Miejmy to już za sobą, pomyślałam, otwierając drzwi.

Dyskomfort, który w tej chwili odczuwałam, wynikał z faktu, że nigdy nie przepadałam za niespodziankami. Nigdy. Nawet kiedy byłam mała. Zawsze lubiłam wiedzieć, w co się pakuję. Nie muszę dodawać, że nikt nigdy nie urządził mi urodzinowego przyjęcia niespodzianki. A ten jeden raz, kiedy pokusił się na to dziadek, zostałam uprzedzona przez mamę, choć kazała mi przysiąc, że będę udawać zaskoczoną. Udawałam.

Weszłam przygotowana na konfrontację z dyrektorką generalną, kobietą o imieniu Georgina, z którą zawsze dobrze się dogadywałam. Słyszałam, że niektórzy uważali ją za sztywniaczkę, ale według mnie miała po prostu silną wolę i nie dawała sobie wciskać kitu.

Byłam więc cholernie zaskoczona, gdy pierwszą osobą, którą zobaczyłam w gabinecie, nie była Georgina, ale znana mi pięćdziesięciokilkuletnia kobieta w eleganckim, czarnym swetrze i starannie upiętych w kok włosach. Do tej pory aż tak perfekcyjne fryzury widywałam tylko podczas zawodów.

Zdziwiłam się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłam kolejną osobę, siedzącą po przeciwnej stronie biurka.

Trzecią szokującą niespodzianką było uświadomienie sobie, że nigdzie nie widziałam dyrektorki.

Tylko… tych dwoje.

Ivan Lukov i kobieta, która ostatnie jedenaście lat spędziła na trenowaniu go.

Czyli mężczyzna, z którym nie potrafiłam rozmawiać bez kłótni, i kobieta, która w ciągu tych jedenastu lat wypowiedziała do mnie może wszystkiego razem dwadzieścia słów.

Co tu się, do cholery, dzieje?, przemknęło mi przez głowę, gdy wpatrywałam się w nich, próbując zrozumieć, czy przypadkiem nie pomyliłam się przy odczytywaniu wiadomości z kartki na mojej szafce. Raczej nie… prawda? Przecież się nie śpieszyłam. Przeczytałam ją dwa razy. Od dawna już nie zdarzyło mi się spieprzyć interpretacji tego, co czytam.

– Przyszłam do Georginy – wyjaśniłam, próbując zignorować frustrację, której ćmienie poczułam na samą myśl o tym, że mogłam jednak źle odczytać słowa notatki. Nienawidziłam pomyłek. Nienawidziłam. A popełnienie ich na oczach innych sprawiało, że czułam się jeszcze gorzej. Cholera. – Wiecie może, gdzie ona jest? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, z myślami wciąż krążącymi wokół treści kartki.

Kobieta uśmiechnęła się tak, jakbym wcale nie przeszkodziła w czymś ważnym, a już na pewno ani trochę tak, jak powinien uśmiechać się ktoś, kto ignorował mnie od lat, co natychmiast jeszcze bardziej wyprowadziło mnie z równowagi. Nigdy wcześniej się przecież do mnie nie uśmiechała.

W zasadzie to chyba nigdy nie widziałam, żeby uśmiechała się do kogokolwiek.

– Wejdź – powiedziała, cały czas z tym samym uśmiechem na twarzy. – To ja zostawiłam wiadomość na twojej szafce, nie Georgina.

W głębi duszy wiedziałam, że ulga spowodowana brakiem pomyłki w odczytaniu wiadomości dopiero nadejdzie, gdyż w tym momencie byłam zbyt zajęta zastanawianiem się, dlaczego tu stoję i dlaczego to ona napisała karteczkę…. I dlaczego, do cholery, Ivan siedział obok i nic nie mówił.

Odniosłam wrażenie, że kobieta czytała mi w myślach, bo jej uśmiech się poszerzył. Choć pewnie chciała mnie w ten sposób uspokoić, niestety – przyniosło to zupełnie odwrotny skutek.

– Usiądź, Jasmine – rozkazała tonem, który przypomniał mi, że przygotowywała tego idiotę po mojej lewej do zwycięstwa w dwóch mistrzostwach świata.

Problem polegał na tym, że nawet nie była moją trenerką, a ja nie lubię, gdy ludzie mówią mi, co mam robić, nawet jeśli mają do tego prawo. Co więcej, nigdy nie była dla mnie szczególnie miła. Nie była nieuprzejma, ale nie była też miła.

Rozumiałam, dlaczego taka była. Nie znaczyło to jednak, że zamierzałam o tym zapomnieć.

Przez dwa lata brałam udział w tych samych zawodach co Ivan. Chciałam wygrywać – oni też. A chęć pokonania kogoś, kogo niezbyt się lubiło, przychodziła z większą łatwością. Ale wciąż nie wyjaśniało to wcześniejszych lat, kiedy jeździłam sama i nie miałam z nim nic wspólnego. To były czasy, gdy mogła być dla mnie miła… ale nie była. Nie żebym tego chciała czy potrzebowała, ale jednak.

Nie powinna więc być zaskoczona, gdy jedynym, do czego zdołałam się zmusić, było uniesienie brwi.

Najwyraźniej uznała, że odpowiedzenie tym samym gestem jest najlepszym wyjściem z sytuacji.

– Proszę – dodała niemal słodko.

Nie ufałam ani tonowi jej głosu, ani jej samej.

Nie mogłam się powstrzymać i spojrzałam w stronę krzeseł, które znajdowały się naprzeciwko niej. Stały tam tylko dwa, a jedno zajmował Ivan, którego nie widziałam, odkąd wyjechał do Bostonu przed mistrzostwami. Siedział tam, z wyprostowanymi nogami i schowanymi pod biurkiem stopami. Stopami, które widywałam częściej w łyżwach niż w zwykłych butach. Ale to nie jego leniwa poza, podkreślona dodatkowo skrzyżowanymi ramionami, uwydatniającymi szczupłą klatkę piersiową i jeszcze szczuplejszy brzuch, czy granatowy golf, ożywiający bladą skórę jego twarzy, na punkcie której szalały wszystkie dziewczyny, najdłużej przykuły moją uwagę.

Tym, co sprawiło, że zapomniałam języka w gębie, były jego, skupione na mnie, szaro-błękitne oczy. Nigdy nie zapominałam, jak intensywny był ich kolor, ale i tak zawsze mnie to zaskakiwało. Nigdy też nie zapomniałam, jak długie były otaczające je czarne rzęsy.

Ale przecież wokół tych oczu była cała reszta. Obrzydliwa reszta.

Blee…

Tak wiele dziewczyn świrowało na punkcie: jego twarzy, włosów, oczu, tego, jak jeździł na łyżwach, ramion, długich nóg, sposobu, w jaki oddychał, pasty do zębów, której używał… To było takie irytujące. Nawet mój brat uważał go za ładnego chłopca – to samo mówił zresztą o mężu mojej siostry, ale pomińmy to milczeniem. Jakby tego wszystkiego było mało, dziewczyny uwielbiały przede wszystkim jego szerokie barki, dzięki którym mógł utrzymywać partnerki wysoko nad głową, zachowując przy tym równowagę na wąskim kawałku metalu zwanym płozą. Nie raz i nie dwa słyszałam też zachwyty kobiet nad jego tyłkiem. Bez patrzenia wiedziałam doskonale, że musiał on być idealnym przykładem męskich krągłości – zgrabne, jędrne tyłki były bowiem w tym sporcie wręcz obowiązkowe.

Według mnie, gdyby miał jakąkolwiek zaletę, byłyby nią te niesamowite oczy.

Ale nie miał. Ten szatan nie miał żadnych cech, które można by uznać za dobre.

Wpatrywałam się w niego, a ta diabelska twarz ślicznego chłopca odwzajemniała moje spojrzenie. Jego źrenice ani razu nie powędrowały nigdzie indziej. Nie zmarszczył brwi, nie uśmiechnął się – nic, zero reakcji.

I doprowadzał mnie tym niemal do szału.

Po prostu… patrzył. Z zamkniętymi ustami, z dłońmi wciśniętymi pod pachy.

Każdą inną osobę to spojrzenie na pewno wprawiłoby w zakłopotanie. Ale ja nie byłam jedną z jego groupies3. Znałam go na tyle dobrze, że nie rozpraszał mnie kostium, który opinał jego wyćwiczone ciało. Ciężko pracował, więc był dobry, ale nie był jednorożcem. Ani innym cholernym pegazem. Na mnie nie robił wrażenia.

Ciągle pamiętałam też, jak wiele lat temu jego mama werbalnie zrównała go z ziemią za to, że się do niej odezwał, więc to też miało swoje znaczenie.

– O co chodzi? – zapytałam powoli, wpatrując się jeszcze przez chwilę w twarz Ivana, po czym w końcu przeniosłam wzrok z powrotem na trenerkę Lee, która garbiła się nad biurkiem tak, że niemal dotykała jego powierzchni czołem. Aż dziwne, że przy jej posturze była w ogóle w stanie przybrać taką pozycję. Łokcie oparte miała na blacie, a cienkie, ciemne kreski jej brwi pozostawały uniesione. Wciąż była tak samo ładna jak wtedy, gdy startowała w zawodach. Wiem, bo oglądałam nagrania z jej występów w latach osiemdziesiątych, gdy zdobyła mistrzostwo kraju.

– O nic złego, obiecuję – odpowiedziała ostrożnie, jakby wyczuwała mój niepokój. Wskazała dłonią w stronę krzesła obok Ivana. – Mogłabyś usiąść?

Gdy ktoś prosił o zajęcie miejsca w ten sposób, zawsze działy się złe rzeczy. Zwłaszcza gdy chodziło o miejsce obok Ivana. Dlatego nie zamierzałam posłuchać.

– Dobrze mi tak, jak jest – odparłam, a mój głos brzmiał równie dziwnie, jak dziwnie się czułam.

Nie miałam pojęcia, co się działo. Nie mogło chodzić o to, że zamierzają wyrzucić mnie z ośrodka. Przecież nie zrobiłam nic złego.

Chyba że doniosły na mnie te gówniaki z weekendowego zajścia. Cholera.

– Jasmine, potrzebujemy dosłownie dwóch minut – powiedziała powoli trenerka Lee, wciąż wskazując na krzesło.

Zdecydowanie coś w tej gównianej sytuacji nie grało, a miało być jeszcze gorzej. Dwie minuty? Nie da się nic zrobić dobrze w dwie minuty. Nawet zęby myłam dłużej.

Nadal nawet nie drgnęłam. Na pewno mnie podkablowały. Te małe pizdowate…

Trenerka Lee westchnęła, potwierdzając tym samym, że nie udawało mi się ani trochę ukryć tego, co działo się w mojej głowie. Nie umknęło mi również, że jej spojrzenie na ułamek sekundy przesunęło się w stronę Ivana. W granatowej marynarce i białej koszuli wyglądała bardziej jak prawniczka niż łyżwiarka figurowa, którą była wcześniej, czy trenerka, którą była teraz. Poruszyła się lekko i wyprostowała, zacisnęła na chwilę usta, po czym ponownie się odezwała.

– Przejdę więc do rzeczy. Jak bardzo przyzwyczaiłaś się już do bycia zawodniczką w spoczynku?

Jak bardzo przyzwyczaiłam się do bycia zawodniczką w spoczynku? Czy wszyscy tak właśnie o mnie myśleli? Że jestem już na pierdolonej emeryturze?

Przecież to nie tak, że specjalnie nie miałam partnera i traciłam cały sezon, ale… nieważne. Nieważne. Coś dziwnego działo się z moim ciśnieniem krwi, ale postanowiłam zignorować zarówno to, jak i słowo na „s” – przynajmniej na razie – i skupić się na tym, co w jej wypowiedzi było najważniejsze.

– Dlaczego pytasz? – powiedziałam powoli, wciąż lekko zaniepokojona.

Powinnam była zadzwonić do Kariny.

Kobieta najwyraźniej postanowiła nie owijać w bawełnę, co w każdej innej sytuacji doceniłabym znacznie bardziej niż w tej chwili. Moje całkiem duże już zaskoczenie zwiększyło się więc jeszcze bardziej, gdyż zupełnie nie spodziewałam się zdania, które padło z jej ust. Właściwie była to ostatnia rzecz, jaką kiedykolwiek spodziewałabym się od niej usłyszeć. Kurwa, to była ostatnia rzecz, jaką spodziewałabym się usłyszeć od kogokolwiek.

– Chcemy, żebyś była następną partnerką Ivana – oświadczyła. Tak. Po. Prostu.

Tak po prostu.

W życiu każdego człowieka pojawia się moment, w którym zachodzi konieczność zadania sobie pytania, czy to możliwe, że wziął narkotyki, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Jak wtedy, gdy ktoś w tajemnicy dosypuje komuś LSD do drinka. Lub gdy to, co miało być środkiem przeciwbólowym, tak naprawdę okazuje się być jakimś psychodelicznym gównem.

I gdy tak stałam w gabinecie dyrektorki generalnej KL-u, czułam, jakby to był właśnie jeden z tych momentów. Jedyne, co zdołałam zrobić, to zamrugać. A następnie to powtórzyć i zamrugać jeszcze raz, i jeszcze raz.

Co, do kurwy nędzy, się tu wyprawiało?

– To znaczy, jeśli jesteś gotowa porzucić bycie w spoczynku – kontynuowała kobieta, ponownie używając słowa na „s”, zupełnie nieświadoma tego, że stałam tu, zastanawiając się, kto mógł dosypać mi do wody halucynogenów, bo nie ma mowy, żeby to gówno działo się naprawdę. To, że te słowa naprawdę wyszły z ust trenerki Lee, było niemożliwe.

Niemo-kurwa-żliwe.

Musiałam ją źle zrozumieć albo, jakimś cudem, umknęła mi duża część tej rozmowy, bo…

Bo przecież…

Ja i Ivan? W parze? To było niemożliwe. Zero szans.

Prawda?

Rozdział trzeci

Nie lubiłam się bać. Ale kto, do cholery, poza ludźmi uwielbiającymi horrory, lubi się bać? A prawda była taka, że naprawdę niewiele rzeczy miało na mnie taki wpływ. Pająki, latające karaluchy, myszy, ciemność, klauni, wysokość, węglowodany, przybieranie na wadze, śmierć… żadna z tych rzeczy nie wzbudzała we mnie strachu. Byłam w stanie zabić pająka, karalucha czy mysz. Potrafiłam zapalić światło w ciemności. Jeśli klaun nie był zbyt postawny, to istniała duża szansa, że skopię mu tyłek. Jak na swój wzrost byłam bowiem silna, a w ciągu ostatnich lat wzięłam wraz z siostrą kilka lekcji samoobrony. Wysokość w ogóle na mnie nie działała. Węglowodany były super, a jeśli przybywało mi trochę kilogramów, wiedziałam, jak je zrzucić. I wszyscy kiedyś umrzemy. To wszystko mnie więc nie ruszało. Ani trochę.

To, co naprawdę nie dawało mi spać w nocy, nie miało podłoża fizycznego.

Lęk przed byciem nieudacznikiem i rozczarowaniem to nie jest coś, czego można się tak zwyczajnie pozbyć. On po prostu istniał. Przez cały czas. A jeśli był jakiś sposób, który umożliwiałby poradzenie sobie z takimi problemami, to ja jeszcze się go nie nauczyłam.

Prawdopodobnie na palcach jednej ręki mogłabym policzyć, ile razy w życiu straciłam nad sobą panowanie, a każdy z tych przypadków dotyczył łyżwiarstwa figurowego. Jeden z nich miał miejsce, gdy po raz trzeci zafundowałam sobie wstrząs mózgu. Lekarz, który wtedy się mną zajmował, powiedział mamie, że powinna rozważyć zmuszenie mnie do rezygnacji z jazdy na łyżwach – a ja naprawdę przez chwilę byłam przekonana, że tak właśnie zrobi. Pamiętałam dwa następne, podobne wypadki, kiedy także martwiłam się tym, że mama w końcu postawi na swoim i zabroni mi dalszego narażania się na konsekwencje mogące wyniknąć z kolejnych urazów mózgu. Nie zrobiła tego.

I wszystkie inne momenty, kiedy miałam wrażenie, że w moich ustach było sucho jak na pustyni, a żołądek zaciskał się i wydawał dziwne dźwięki… Nie zamierzałam myśleć o tych chwilach częściej, niż było to konieczne.

Ale to by było na tyle. Mój tata uważał za zabawne, że odczuwam tylko dwa rodzaje emocji: obojętność i wkurwienie. Nie była to prawda, nie znał mnie jednak na tyle dobrze, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Lecz kiedy stałam tak i zastanawiałam się, czy śnię, jestem naćpana albo czy to w ogóle jest, kurwa, prawdziwe – napawając się jednocześnie myślą, że to dzieje się naprawdę, i że nie jestem naćpana jakimś halucynogennym gównem – poczułam, że ogarnia mnie lekki niepokój. Nie chciałam pytać, czy to się działo naprawdę… bo co, jeśli nie? Co jeśli to był tylko jakiś popieprzony żart?

Nienawidziłam tego okropnego uczucia niepewności.

Naprawdę nie podobała mi się świadomość, jak dużym strachem napawała mnie myśl, że odpowiedź, którą chciałabym usłyszeć, jest tą, za którą prawdopodobnie sprzedałabym duszę.

Mama powiedziała mi kiedyś, że żal jest gorszy niż strach. Wtedy tego nie rozumiałam, ale teraz dotarł do mnie sens jej słów.

To właśnie pod wpływem tej myśli zmusiłam się do zadania pytania, na które duża część mnie nie chciała znać odpowiedzi – tak na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że padnie nie taka, jaką chciałabym usłyszeć.

– Partnerką w czym? – Wymawiałam poszczególne słowa powoli, jakbym chciała mieć pewność, że mówiłam dokładnie to, co zamierzałam. Jednocześnie próbowałam zmusić mózg do wymyślenia, co takiego, do diabła, mogłabym robić z Ivanem w tym pokręconym śnie, który śniłam i który wydawał się taki realny. Grać w pieprzone kalambury?

Po moim pytaniu mężczyzna, dorastanie którego obserwowałam niekiedy ze zbyt bliskiej odległości, przewrócił tylko swoimi lodowatoniebieskimi oczami. I tak jak za każdym razem, gdy to robił, ja w odpowiedzi zmrużyłam swoje.

– W jeździe na łyżwach – odpowiedział tonem, jakby w ostatniej chwili powstrzymał westchnienie. Jakby prosił się o strzał w ryj. – A o czym pomyślałaś? O tańcu towarzyskim?

Zamrugałam.

– Vanya! – syknęła trenerka Lee. Wydawało mi się też, że dostrzegłam kątem oka, jak uderza dłonią w czoło.

Ale nie miałam pewności, bo mój mózg był zbyt zajęty analizowaniem obrazu siedzącego na krześle mądrali i jednoczesnym wysyłaniem mi wiadomości, która brzmiała: Nie rób tego, Jasmine. Bądź mądrzejsza. Siedź cicho…

Wtedy pojawił się też słabszy i tak dobrze znany mi głos, który dodał: Przynajmniej dopóki nie dowiesz się, czego oni naprawdę od ciebie chcą. Bo nie mogło przecież chodzić właśnie o to. Na pewno nie.

– No co? – odpowiedział trenerce Ivan, wciąż jednak patrząc mi prosto w oczy, a jedyną zmianą na jego niemal pustej twarzy był lekki, dziecinny uśmieszek.

– Rozmawialiśmy o tym – powiedziała kobieta, kręcąc głową.

Gdybym wtedy odwróciła się w jej stronę, zobaczyłabym, że nie tylko ja wpatrywałam się w Ivana z intensywnością graniczącą z gniewem. Byłam jednak zbyt zajęta powtarzaniem sobie, że muszę być lepszym człowiekiem. Jej uwaga wyrwała mnie jednak skutecznie z zamyślenia, ostatecznie więc obróciłam głowę i spojrzałam na nią spod półprzymkniętych powiek.

– O czym rozmawialiście? – zapytałam powoli.

Byłam w stanie zaakceptować wszystko, co miała do powiedzenia. Dobrego czy złego. Przypomniałam sobie, że zniosłam już wiele różnych rzeczy, które do mnie mówiono. A kiedy mój żołądek nie wywrócił się ani nie zacisnął na wspomnienie tych najgorszych, poczułam się jeszcze silniejsza.

Rzuciła temu siedzącemu na krześle idiocie sfrustrowane spojrzenie i zwróciła się do mnie.

– Miał się nie odzywać, dopóki wszystkiego z tobą nie omówię.

Udało mi się wykrztusić tylko jedno słowo.

– Dlaczego?

Kobieta zrobiła długi wydech wyrażający czystą irytację – dobrze znałam ten dźwięk – i ponownie skierowała wzrok na mężczyznę.

– Ponieważ staramy się nakłonić cię do przyłączenia się do zespołu, a nie przypomnieć ci, dlaczego mogłabyś nie chcieć tego robić.

Zamrugałam. Znowu.

A potem, niemal mimowolnie, odwróciłam głowę i uśmiechnęłam się do siedzącego obok palanta. Na jego twarzy wciąż widniał ten głupawy, dziecinny uśmieszek, który nie zniknął nawet wtedy, gdy zauważył, jaką minę do niego zrobiłam.

Głupek, poruszyłam bezdźwięcznie ustami, zanim zdążyłam się powstrzymać i przypomnieć sobie, że powinnam zachowywać się lepiej.

Klopsik, odparował, równie bezgłośnie.

Jak wiele razy wcześniej to jedno słowo wystarczyło, by uśmiech szybko zniknął z mojej twarzy.

– W porządku – oświadczyła trenerka Lee, wybuchając krótkim śmiechem, w którym jednak wcale nie było słychać rozbawienia, a ja stałam tam, wpatrzona w demona rozpartego jak król na krześle, wściekła na siebie za to, że pozwoliłam mu, żeby mi dokuczył.

– Przystopujmy na chwilę. Jasmine, proszę, zignoruj sama--wiesz-kogo. Nie powinien był otwierać ust i psuć tej ważnej rozmowy pomiędzy tobą a mną, z czego doskonale zdaje sobie sprawę.

Dużo wysiłku kosztowało mnie, by, zamiast skupić się na osobie po mojej lewej stronie, przenieść wzrok z powrotem na kobietę za biurkiem.

Doceniając mój wysiłek, trenerka Lee obdarzyła mnie uśmiechem, który u każdego innego człowieka najprawdopodobniej określiłabym jako desperacki.

Od razu zaczęła mówić dalej.

– Ivan i ja chcemy, abyś została jego nową partnerką. – Jej brwi powędrowały w górę, a ten dziwny uśmiech, któremu za grosz nie ufałam, wciąż utrzymywał się na jej twarzy. – Jeśli jesteś zainteresowana.

Ivan i ja chcemy, abyś została jego nową partnerką.

Jeśli jesteś zainteresowana.

Oni – te dwie osoby, które wyglądały i brzmiały jak Ivan i trenerka Lee – chcieli, żebym była jego nową partnerką? Ja.

To musiał być jakiś mocno popierdolony żart.

Przez ułamek sekundy pomyślałam, że Karina ma z tym coś wspólnego. Zaraz jednak stwierdziłam, że to niemożliwe. Od naszej ostatniej rozmowy minął już ponad miesiąc i znała mnie zbyt dobrze, żeby próbować wyciąć mi taki numer. Szczególnie że ze wszystkich ludzi na świecie, był w to zamieszany właśnie Lukov.

Ale to był żart… to musiał być żart. Ivan i ja? Ja i Ivan? Przecież nie dalej jak miesiąc temu zapytał mnie, czy zamierzam kiedykolwiek dojrzeć. A ja odpowiedziałam mu, że owszem, ale czekam z tym, aż jego jaja zdecydują się odpaść. A do tej uroczej wymiany zdań doszło, gdy oboje chcieliśmy wejść na lodowisko w tym samym czasie. Trenerka Lee tam była i na pewno nas słyszała. Wiedziałam o tym.

– Nie rozumiem – odezwałam się powoli do nich obojga, całkowicie zdezorientowana, trochę podirytowana, nie wiedząc, na kogo, do cholery, powinnam patrzeć ani co, do jasnej cholery, powinnam robić, bo cała ta sytuacja nie miała sensu. Nawet najmniejszego.

Dostrzegłam, jak wymienili między sobą spojrzenia, których znaczenia nie potrafiłam odczytać, po czym trenerka Lee zapytała z napięciem wymalowanym na twarzy.

– Czego nie rozumiesz?

Tego, że jest tysiąc innych łyżwiarek, do których mogą się zwrócić, z których większość jest młodsza ode mnie, co w tym sporcie było czymś bardzo wskazanym. Nie istniał żaden logiczny powód, żeby zwracać się z tą propozycją do mnie… oprócz tego, że byłam lepsza od tego tysiąca dostępnych dziewczyn. Przynajmniej pod względem techniki, przez co rozumiałam skoki i piruety, czyli dwie rzeczy, które robiłam najlepiej. Tyle tylko, że niekiedy umiejętność wykonania najwyższego skoku czy najszybszego piruetu nie wystarczała. Dla ogólnej punktacji równie ważne były pozostałe elementy programu: swoboda samej jazdy na łyżwach, przejścia, wykonanie choreografii i jej interpretacja.

A ja nigdy nie radziłam sobie z tym aż tak dobrze. Ludzie obwiniali mojego choreografa. Moi trenerzy – zły wybór podkładu muzycznego. Mnie winili za to, że „nie miałam duszy”, że nie byłam „wystarczająco artystyczna” i że „brak mi wyczucia”. Mojego byłego partnera i mnie natomiast – za to, że nie mieliśmy czynnika „jedności”, a dodatkowo mnie za to, że za mało mu ufałam. I możliwe, że to wszystko miało ogromny wpływ na fakt, że moja kariera wyglądała tak, jak wyglądała.

To i jeszcze moje problemy z blokowaniem się, a właściwie paraliżem, jaki ogarniał mnie w najważniejszych momentach.

Więc…

Przełknęłam gorycz wspomnień – przynajmniej na razie – i nie spiesząc się, spojrzałam na znajdującą się przede mną dwójkę ludzi, których niby znałam, a jednak teraz stanowili dla mnie tajemnicę.