Kiedy Gracie poznała marudę - Mariana Zapata - ebook + audiobook + książka

Kiedy Gracie poznała marudę ebook i audiobook

Mariana Zapata

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

40 osób interesuje się tą książką

Opis

Mistrzyni romansów slow-burn powraca z zupełnie wyjątkową historią! 

Gracie nigdy by się nie spodziewała, że w swoim ogródku znajdzie półnagiego, niesamowicie seksownego mężczyznę, wydającego się dosłownie nie z tej ziemi. Pewnie ta sytuacja mogłaby wielu wydawać się spełnieniem marzeń, ale dla niej oznaczała głównie kłopoty.

Może dlatego, że ten półnagi nieznajomy okazał się zrzędliwy i gburowaty, czym skutecznie odwracał uwagę od swojej nieziemskiej aparycji. I jakby tego było mało, wcale nie zamierzał opuszczać domu Gracie. Niestety…                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                            Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 791

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 21 godz. 24 min

Lektor:

Oceny
4,4 (482 oceny)
308
105
42
22
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
2323aga

Z braku laku…

Lubię książki Mariany Zapaty, ale ta historia kompletnie mi nie podeszła. Książka jest dla miłośników superbohaterów spod znaku Marvela.
90
Olga80

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam książki Mariany Zapaty. Lubię jej styl i to, że jej książki mają minimum 500 stron 🙈. Ta mnie urzekła! Super się czytało o superbohaterach. Przeczytałam tę książkę w 1 dzień.
80
smiechuuu

Z braku laku…

Jednak wolę książki o „prawdziwych” ludziach…
80
Mkubik8

Nie polecam

Słowotok,po 1/3 poddaję się
92
Elinn

Nie oderwiesz się od lektury

Nie spodziewałam się czegoś takiego, pozytywnie się zaskoczyłam. Historia o osobach z innej planety, super bohaterze który jest zrzędą.
50

Popularność




Tytuł oryginału

When Gracie Met the Grump

Copyright ©  2022 by Mariana Zapata

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2023

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Angelika Oleszczuk

Korekta:

Sara Szulc

Edyta Giersz

Maria Klimek

Redakcja techniczna:

Paulina Romanek

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-654-7

Rozdział 1

O rany, żołądek mnie bolał.

Krzywiąc się, przycisnęłam rękę do brzucha i spróbowałam opanować zadyszkę… ale, kurwa, nie czułam się dobrze. To nie był zwykły skurcz. Wręcz przeciwnie: ten rodzaj bólu sprawiał, że musiałam wzmocnić nacisk dłoni, jakby mogło to poprawić sytuację. Choć przez cały dzień mój żołądek zachowywał się dziwnie, to gdy tylko wyszłam na zewnątrz, pojawił się ból.

Bieganie nie było moją ulubioną czynnością na świecie. Nawet nie twierdziłam, że plasuje się w pierwszej dziesiątce. Ani dwudziestce. Gdybym chciała określić, na jakiej jest pozycji, umieściłabym je po szorowaniu wanny. Albo po czyszczeniu listew przypodłogowych, a tego nikt nie lubił robić. Jednak na palcach dwóch rąk mogłabym policzyć, ile razy w ciągu ostatnich piętnastu lat zrobiłam sobie dzień odpoczynku.

Na samą myśl, od jak dawna tego nie robiłam, jeszcze bardziej bolał mnie żołądek.

Ale nie o to chodziło.

Niestety bieganie należało do tych rzeczy, które można robić gdziekolwiek, więc trudno znaleźć sensowną wymówkę, aby nie pójść pobiegać i nie mieć przy tym wyrzutów sumienia. Zbyt łatwo mogłam sobie wyobrazić babcię, która przechyla głowę, po czym przeszywa mnie jednym z typowych dla siebie spojrzeń, niemo przypominając mi, dlaczego muszę się przemóc.

Jeśli kiedykolwiek miałabym uciekać, musiałabym biec. Nie truchtem. Nie sprintem. Musiałabym biec, jakby zależało od tego moje życie, bo właśnie tak by było.

Tak więc obijanie się nie wchodziło w grę, chociaż oczywiście tego chciałam. Niby bzdura, lecz tak wyglądała rzeczywistość.

Zawyłam z bólu, gdy spróbowałam wziąć głębszy oddech, i przycisnęłam mocniej dłoń do brzucha.

Tak, to na pewno nie jest skurcz. No i nie oznacza to niczego dobrego. Ostatni raz tak bolało…

Zatrzymałam się na środku mojego długiego podjazdu, następnie zrobiłam niewielkie kółko, rozglądając się dookoła. Mimo że nasłuchiwałam, do moich uszu dotarło jedynie cykanie świerszczy gdzieś w oddali. Nic nowego.

Na lunch zjadłam kanapkę z grillowanym serem i bekonem. Może to były wzdęcia? Ser był tylko dzień po terminie, ale…

Znowu nasłuchiwałam.

Niespiesznie zatoczyłam kolejne pełne kółko, przyglądając się przyczepie stojącej pośrodku ponad dwuhektarowej działki, którą wynajmowałam przez ostatnie trzy lata. Spojrzałam też na szklarnię, a potem skupiłam wzrok na małej szopie z boku. Dookoła rosły krzewy – większość z nich znajdowała się wzdłuż linii ogrodzenia, co zapewniało przyczepie nieco prywatności od strony drogi.

Później jeszcze trochę nasłuchiwałam.

Nadal nic. Czyli było dokładnie tak, jak powinno.

Byłam ostrożna. Wiecznie cholernie ostrożna. Mogłabym mieć Ostrożność na drugie imię. Po prostu paranoiczka.

Zmniejszyłam nacisk na brzuch, biorąc kolejny głęboki wdech, i wyjęłam gaz pieprzowy. Włożyłam go do kieszeni po tym, jak skręciłam na podjazd pod koniec mojego treningu.

Muszę chyba przestać tak robić.

Powinnam trzymać go w ręce, dopóki nie wejdę do domu i nie zamknę drzwi. Nie lubiłam biegać w nocy, jednak nie znosiłam wczesnego wstawania, a już na pewno nienawidziłam biegać w upale. Temperatury w Nowym Meksyku to nie żarty.

Przez resztę drogi w głąb podjazdu normowałam oddech, nadstawiając uszu. W pobliżu naprawdę nie było niczego ani nikogo poza świerszczami. Nawet chmury zasłaniały gwiazdy, więc jeżeli po niebie skradał się do mnie jakiś członek Trójcy, to nie mogłam go zobaczyć. Na tę myśl prawie parsknęłam śmiechem, gdy nagle żołądek zabolał mnie jeszcze mocniej.

To przez ser.To musi być przez ten pieprzony ser.

Odblokowałam drzwi, weszłam do środka, po czym zasunęłam rygiel i przekręciłam felerny dolny zamek, który był głównie dla ozdoby. W zamrażarce znajdowało się opakowanie lodów Rocky Road, o pochłonięciu którego marzyłam przez cały dzień, dlatego mój żołądek musiał skończyć ze swoimi głupotami.

Po zdjęciu trampek oraz odłożeniu kluczy i gazu pieprzowego na szafkę nocną podniosłam ręcznik, który tam zostawiłam, wytarłam twarz, a później ponownie włożyłam bluzę z kapturem, żeby nie poplamić kanapy. Dopiero wtedy wzięłam porządny, głęboki, równy oddech i prawie natychmiast wstrzymałam powietrze w połowie, patrząc na stolik kawowy. A konkretnie na mapę, którą tam zostawiłam, zanim wyszłam na zewnątrz, mówiąc sobie, że muszę koniecznie zaliczyć bieganie. Zamierzałam obejrzeć coś w telewizji podczas odpoczynku, następnie zjeść kolację, wziąć prysznic, wcisnąć do tego planu ostatnią lekcję, może skończyć czytać książkę, jedząc Rocky Road, i w końcu pójść spać.

Tak jak każdego dnia.

I jeśli spowodowało to, że poczułam ucisk w klatce piersiowej, to właśnie tak było. Przecież to, kurwa, życie, prawda? Niemniej nawet wiedząc o tym, nie mogłam powstrzymać się od zerknięcia na atlas – prawie tak stary jak ja – gdy okrążyłam kanapę i ostatecznie usiadłam na środku. Dokładnie przed nim.

Był już otwarty, czekał tylko na mnie.

Mogę to zrobić.

Musiałam jedynie wybrać w jakim miejscu. Cholera, gdziekolwiek, albo prawie gdziekolwiek, byle w granicach kontynentalnych Stanów Zjednoczonych.

Patrząc na poplamione strony, próbowałam zdecydować, czy powinnam zamknąć oczy, a potem losowo wskazać miejsce, czy też zrobić wyliczankę, tak jak to robiłam, kiedy byłam dzieckiem i dziadkowie pozwalali mi wybierać, dokąd pojedziemy. Starali się, aby podróżowanie było jak najlepszą zabawą, przynajmniej na początku. Jeśli miałam być szczera, mniej więcej do gimnazjum nie uważałam tego za zbyt duży obowiązek. Przeskakiwanie z miasta do miasta sprawiało mi przyjemność przez naprawdę długi czas.

Później, w szkole średniej, stało się koniecznością.

A teraz przyprawiało mnie o drgawki.

I sprawiło, że jeszcze bardziej zapragnęłam tych lodów.

Ale wiedziałam, że muszę się przeprowadzić, i faktycznie to planowałam. Tyle że łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. Pół roku temu mówiłam sobie, że nie mogę wyjechać, bo najpierw chcę zebrać plony z ogródka – w który włożyłam mnóstwo pracy – żeby się nie zmarnowały. Potem przekonałam siebie, że powinnam poczekać do wakacji. Przeprowadzka w zimie byłaby do bani. Co, gdyby nagle spadł śnieg? Mój samochód nie miał napędu na cztery koła, więc to też musiałam wziąć pod uwagę.

No i był również najważniejszy powód: nie zdążyłam jeszcze wybrać miejsca.

Być może nie ułatwiał tego fakt, że za każdym razem, kiedy zamierzałam podjąć decyzję, robiłam to samo co dzisiaj – spędzałam w sumie dwie minuty, patrząc na mapę, nim wymyślałam coś innego, czym trzeba się zająć, a co jest równie istotne. Na przykład stwierdzałam, że pobiegam. Albo złożę stertę czystego prania, które zawsze się piętrzyło, mimo że byłam jedyną osobą w domu i zazwyczaj nosiłam piżamę przez cały dzień, chyba że miałam zajęcia wideo z moimi uczniami. Wtedy stawałam się naprawdę wytworna i wkładałam ładną koszulę, podczas gdy przed komputerem siedziałam w spodniach dresowych lub szortach.

Nie miało znaczenia, dokąd pojadę. Nadszedł czas, aby przeskoczyć.

To była jedna z zasad, według których mnie wychowano: nie pozostawaj zbyt długo w jednym miejscu.

Uniosłam grzbiet dłoni do twarzy, przeciągnęłam nią po czole, a następnie opuściłam na kolana i prychnęłam pod nosem.

Żołądek znów dał o sobie znać.

To nic nie znaczy.

To zwykły zbieg okoliczności. Reakcja mojego ciała była irytująca, lecz nie miała nic wspólnego z przeprowadzką. Nie istniał żaden powód, aby panikować, wsiadać do samochodu i uciekać jak najdalej stąd. Mój żołądek już od dawna nie robił takich dziwnych rzeczy.

To nic nie znaczy.

To przez cheddar. A może to był znak, że jednak muszę wydostać się stąd jak najszybciej.

To miało sens.

Może… zdołałabym coś urozmaicić i przenieść się na wschód. Jeśli nie będzie tam cieplej niż tutaj, istniała szansa, że dam radę nawet biegać w ciągu dnia, zamiast ryzykować życiem każdej nocy. Nigdy nie pojechałam dalej na wschód niż do Teksasu.

Musiałam jeszcze trochę pomyśleć, żeby czuć się bezpiecznie.

Ale tylko trochę dłużej. Maksymalnie dzień lub dwa. No, co najwyżej trzy, nie więcej.

To dobry plan.

Podniosłam szklankę z wodą, którą zostawiłam na brzegu stołu, i upiłam duży łyk. W trakcie wypijania kolejnego chwyciłam pilota leżącego obok mapy i włączyłam telewizor.

– …mówię ci, że to były cholerne ANIOŁY! Policja próbowała tłumaczyć, że to musiało być jakieś zjawisko pogodowe. Nazywajcie to, jak chcecie, ale tam nie było żadnej burzy. To były anioły!

Reporter na ekranie zamrugał. W tym samym czasie kąciki jego ust drgnęły – prawie niezauważalnie, ale wychwyciłam ten moment.

– Dlaczego uważa pan, że z okna zobaczył pan anioły, a nie członków Trójcy?

Starszy mężczyzna uniósł ręce i chwilę później opuścił je po bokach. Za nim rozpościerał się jałowy krajobraz z kilkoma niezbyt dobrze widocznymi końmi w zagrodzie.

– Daj spokój, chłopcze, pomyśl trochę. Żadna błyskawica nie zasłania cholernego nieba tak jak ta. No. Próbował mi też powiedzieć, że to jeden z tych noszących pelerynę. Co ci „bohaterowie” mieliby tu niby robić? Nic! Właśnie tak! Mieszkam tutaj całe życie i nigdy nie widziałem żadnego z nich w pobliżu. Nie mamy tu przestępstw wartych uwagi. Proszę cię. To było OGROMNE! Nie było widać nic poza tym światłem na niebie. Nie ma powodu, żeby to był jeden z Trójcy. Oni nie potrafią robić takich rzeczy. Ludzie naoglądali się za dużo filmów.

To… interesujące. Pamiętam, że jednego z nich widziano w Albuquerque, kiedy pomagał przy pożarze, ale to było prawie trzy godziny drogi stąd i jakiś rok temu. Tutaj, gdzie mieszkałam, była przestępczość, jak wszędzie, lecz nie działo się nic, co nie dawało mi w nocy spać.

To jedna z zalet życia w Chama, w Nowym Meksyku, liczącym około tysiąca mieszkańców.

I właśnie dlatego tu mieszkałam.

Na ekranie telewizora ręce starszego mężczyzny poruszały się z ożywieniem, gdy ten opowiadał, jak jego sąsiedzi twierdzili, że widzieli coś za swoimi oknami, ale gdy tylko wstali, aby to sprawdzić, nic tam nie było. On sam zobaczył „wielki blask przesuwający się po niebie” wyłącznie dlatego, że mył wtedy naczynia i miał okno nad zlewem.

Zawsze zastanawiałam się, czy anioły są prawdziwe. Niektórzy sądzili, że istnieją – to znaczy, jeśli nad tym pomyśleć, skoro żyli nadludzie czy Trójca, czymkolwiek była, to dlaczego nie miałyby żyć anioły? Kiedy byłam mała, mieszkaliśmy w domu, który według babci był nawiedzony. Ale anioły?

Zmieniłam kanał, usiłując zdecydować, czy jestem w nastroju na oglądanie filmu, czy nie. Ostatecznie zatrzymałam się na materiale wyglądającym tak, jakby ktoś nagrał go telefonem komórkowym.

– Pierwotna niespodziewanie pojawiła się dziś w szpitalu w Chicago. Pracownicy powiedzieli, że bohaterka spędziła kilka godzin w placówce, rozdając dzieciom prezenty.

Pociągnęłam kolejny łyk wody i spojrzałam na kobietę stojącą przy szpitalnym łóżku, która uśmiechała się do dziewczynki.

Plotka głosiła, że mierzy około metra dziewięćdziesięciu, ale nikt nigdy jej nie zmierzył. Miała szerokie, umięśnione ramiona skryte pod ciemnozielonym, obcisłym kombinezonem zasłaniającym wszystko: od szyi po czubki palców u rąk i nóg. Najbardziej znana członkini Trójcy była po prostu mięśniakiem. Każdy, przynajmniej w jakiejś części, widział nagranie, na którym podtrzymywała most Golden Gate, gdy dziesięć lat temu trzęsienie ziemi dokonało rzeczy nie do pomyślenia i prawie doprowadziło do jego zawalenia.

Chciałam być nią, kiedy dorastałam.

Gdybym w magiczny sposób stała się nadczłowiekiem. A do tego urosła o trzydzieści centymetrów i zyskała dwadzieścia kilogramów mięśni. I miała wspaniałą strukturę kości oraz nieskazitelną skórę.

Cuda mogłyby się zdarzać.

Ta niesamowita kobieta miała włosy tak brązowe, że nie dałoby się pomylić tego koloru z żadnym innym, a skórę tak złotą, że gdyby było w niej coś z człowieka – co powszechnie kwestionowano – test DNA na pewno wykazałby mieszankę narodowościową. Twarz najsilniejszej kobiety świata można określić jedynie jako porażającą.

Była symbolem siły, kobiecości i po prostu niesamowitości nie tylko dla małych dzieci, ale też tych starszych czy osób dorosłych. To ostatnie tyczyło się każdego z nich, technicznie rzecz ujmując. Większość ludzkości uważała, że te trzy superistoty, zwane z tego powodu Trójcą, są niesamowite.

Że nie są to zwykli, normalni ludzie, którzy zbudowali swoje życie na milionie kłamstw.

Aż się robi niedobrze.

– …wśród oburzenia rodzin osób rannych podczas pożaru, w wyniku którego dziesiątki ludzi trafiło do szpitala. Nowo zdobyte nagrania z kamer pokazują, że Obrońca przybył dziesięć minut po…

I tak oto dosłownie przed chwilą myślałam o tym pożarze, a teraz o nim wspominali. Nie mogłam uwierzyć, że wciąż o tym mówią. To cud, że w ogóle zdążył z pomocą. Uratował tak wiele osób. Przewróciłam oczami, jeszcze raz przełączyłam kanał i zamarłam.

Mężczyzna o brązowej skórze, otoczony przez co najmniej czterech ciężko uzbrojonych policjantów, zmierzał w kierunku jednego z pojazdów, których używają oddziały SWAT.

– Dziś rozpoczął się proces Camilo Beltrana, znanego również jako El Cerebro. Były narkotykowy lord i przywódca gangu Arenas zostanie wreszcie postawiony przed sądem pod zarzutem handlu narkotykami, prania pieniędzy i wręczania łapówek…

Połykając złość i odrobinę strachu, które nagle pojawiły się w moich ustach, ponownie nacisnęłam przycisk na pilocie. Zdecydowałam, że równie dobrze mogę teraz zjeść i obejrzeć film. To niezły pomysł. Zostało mi trochę czasu do zabicia przed lekcją z moim najnowszym uczniem, dwudziestotrzyletnim Jo Ji-Wookiem, który za parę miesięcy miał się przeprowadzić do Toronto. Jego angielski poprawiał się z każdym tygodniem, a ja byłam naprawdę dumna z jego postępów. Powinnam złożyć pranie, skoro nic nie robiłam, ale nagle poczułam się wyjątkowo zmęczona oraz przygnębiona.

Pół dnia spędziłam na próbach wymiany młynka do odpadów, który przestał działać. W instrukcji, jaką udało mi się znaleźć w internecie, napisano, że zajmie to zaledwie trzydzieści minut, ale nic z tych rzeczy. Okazało się, że jedna ze śrub jest zerwana, i od tego momentu wszystko się posypało.

To była w zasadzie historia mojego życia. Kiedy myślisz, że już nic nie może pójść źle, poczekaj chwilę: historia Gracie Castro. Nigdy nie wejdzie do kin. Shinto Studios odrzuciło scenariusz, zanim przeczytali tytuł.

Gracie Castro: czarodziejka tajemnic, pomyślałam ponuro.

Tylko że ja nie miałam żadnych mocy, jeśli nie liczyć rzadkich, choć epickich bólów brzucha.

Takich jak ten, który akurat odczuwałam. Miałam nadzieję, że to jedynie gazy lub niepokój związany z przeprowadzką.

Długo rozglądałam się po salonie w większości pustej, jednoczęściowej przyczepy, która od lat była moim domem. Potem westchnęłam, chyba po raz dziesiąty w ciągu ostatnich dziesięciu minut, i zapadłam się głębiej w kanapę, aby się odprężyć. W końcu to była najbliższa mnie rzecz, którą mogłam przytulić.

Brakowało mi przytulania. Bardzo za nim tęskniłam. Przytulanie samej siebie nie wyzwalało w organizmie oksytocyny, więc nie dawało takiego efektu jak objęcie przez drugą osobę.

Wiedziałam o tym z własnego doświadczenia.

Ściskając pilota, ponownie spojrzałam na atlas na stoliku kawowym i znowu westchnęłam. Gdybym postępowała zgodnie ze wskazówkami, które przekazała mi babcia, już rok temu bym się przeprowadziła. Przez pewien czas, kiedy chodziłam do szkoły średniej, przenosiliśmy się co semestr. Po tym, jak ją ukończyłam, przez rok korzystałyśmy z naszych pobytów. Później jeszcze trochę je wydłużałyśmy.

Maksymalnie dwa lata, mi corazón1. Dopóki nie będziesz się wychylać i nikomu nie powiesz, powinno być dobrze.

To była następna zasada: nie wychylać się.

I właśnie tak robiłam. Dużo sił kosztowało mnie trzymanie się jej, ale żyłam, i o to chodziło. Taki był cel tego całego gówna.

Jednak to miejsce najbardziej przypominało mi dom, jaki zawsze znałam. Zadomowiłam się tutaj. Odnalazłam spokój i, szczerze mówiąc, część siebie, będąc sama. Chociaż nie znajdowało się na szczycie listy miejsc, w których pragnęłam mieszkać, nie chciałam wyjeżdżać. Było mi wygodnie. Nie chciałam po raz dwudziesty zaczynać wszystkiego od nowa. Ale…

Zawsze istniała szansa, że pewnego dnia nie będę musiała. Na to ciągle liczyłam. To kolejny cud, o którym mogłam marzyć.

I może w końcu, kiedyś, wszystko się zmieni. Może uda mi się zdobyć paszport, wyjechać w podróż i spotkać kogoś wspaniałego, kto nie będzie zadawał zbyt wielu pytań. Może znajdę towarzysza… Przyjaciela albo nawet kogoś więcej.

Gdybym miała wybierać, właśnie ten człowiek byłby na szczycie listy moich pragnień – ktoś.

Musiałby się pogodzić z tym, że jestem… sobą. Niewiele ponad trzydzieści lat. Przeważnie miła. Miałam w sumie stałą pracę, mimo że nigdy nie byłam bogata. Myślałam, że mogłam trafić gorzej w kwestii wyglądu. Mogłam mieć dużo więcej szczęścia, lecz mogłam też mieć go mniej. Istniało mnóstwo innych rzeczy, na które mogłam narzekać, więc rysy twarzy czy rozmiar talii nie były warte uwagi.

I to była część mojego problemu. Właściwie źródło wszystkich moich problemów. Żaden chirurg plastyczny na świecie nie zdołałby naprawić moich problemów za pomocą skalpela.

Do tego gówna potrzebowałam zupełnie nowego życia, nowego DNA.

Byłam w trakcie myślenia o tej przygnębiającej, beznadziejnej sprawie, kiedy ujrzałam to kątem oka.

Błysk czystego, fioletowego światła przez żaluzje, który sprawił, że się wzdrygnęłam, ponieważ był tak cholernie jasny.

I ułamek sekundy później usłyszałam… huk. Rama przyczepy kempingowej zatrzeszczała. Moja szklanka zastukała o stół. Ściany zadrżały.

Co jest, do cholery?

CO SIĘ, DO CHOLERY, DZIAŁO?

Nagle przypomniałam sobie wywiad w telewizji.

Czy to był… anioł?

Nie, nie. Nie był.

Czy dziś w nocy był deszcz meteorytów? Czy samolot się rozpadł?

O cholera.

O cholera, cholera, cholera.

Czy w ten sposób można wytłumaczyć to oślepiające światło? Nie. Byłam pewna, że nic innego niż reflektor nie świeci tak jasno, ale co ja tam wiem? Czy to wyjaśniało małe trzęsienie ziemi, które właśnie wstrząsnęło przyczepą? Może…? Ale to coś, czymkolwiek było, musiało być odpowiednio duże, żeby zatrzęsła się ziemia. Nie przychodziło mi do głowy nic o takich rozmiarach poza Godzillą, jednak kaijū2 nie istniały, więc…

Nie było się czego bać, chyba że to naprawdę kawałki samolotu spadające z nieba, zdolne mnie zmiażdżyć.

Zmusiłam się do wstania z kanapy, okrążyłam ją, a później podeszłam do drzwi. Otworzyłam je, z latarką w ręce, i rozejrzałam się, zanim wyszłam na zewnątrz.

Ale w ten sam sposób, jakiego powinnam była oczekiwać – w jedyny sposób, który zdawał się działać w moim życiu – to, czego oczekiwałam, nie było tym, co rzeczywiście otrzymałam.

Schodząc po stopniach z mojego małego tarasu, rozejrzałam się po podwórku i niczego nie zauważyłam. Nie wyobraziłam sobie ani światła, ani wstrząsów. Jednak czy na pewno? Zawsze zastanawiałam się, czy nie zwariuję, skoro spędzam tyle czasu sama ze sobą, ale nie, byłam za młoda. I nie było tu aktywnych płyt tektonicznych, miałam co do tego pewność. Przechodząc obok przyczepy, zatrzymałam się. W pół kroku i w ogóle, bo…

O cholera.

O cholera, o cholera, o cholera.

Małe, fioletowe ognie leżały rozproszone po moim podwórku.

Drżącą dłonią uniosłam latarkę i wycelowałam w ich środek.

Przełknęłam ślinę.

Wyłączyłam latarkę, a następnie włączyłam ponownie, myśląc, że to tylko moja wyobraźnia.

Ale nie.

Kurwa, wcale nie.

Tam było ciało. Na ziemi. W kurzu.

Ludzkie ciało.

Duże.

Ręka trzęsła mi się jak szalona, gdy wiązka światła padła na coś, co przypominało rozłożony kawałek materiału na czymś, co z pewnością było męską klatką piersiową, biorąc pod uwagę proporcje mięśni, które mogłam dostrzec.

Kawałek materiału, który wyglądał jak… jak… peleryna.

Peleryna.

Ocholera.

Pieprzona peleryna, podarta i potargana, albo obrus.

I trzymała się na wpół obnażonej klatki piersiowej na słowo honoru.

Dłoń zadrżała mi jeszcze bardziej, kiedy uświadomiłam sobie, jakiego jest koloru.

O rany.

O nie.

Minęły lata, odkąd ostatni raz robiłam znak krzyża, lecz właśnie teraz go wykonałam.

Rozpoznałam kolor kombinezonu, który był w połowie zdarty z ciała.

Czarny.

Wiedziałam też doskonale, w jakim odcieniu niebieskiego jest peleryna.

Cały świat wiedział.

W pieprzonym kobaltowym.

Tylko jedna osoba nosiła pelerynę oraz kostium w tych kolorach i nie była przy tym postacią z filmu ani komiksu Shinto Studios.

To był…

To był…

Jeden z członków Trójcy.

To był…

Obrońca.

To był pieprzony Obrońca.

Rozdział 2

Kurwa.

Szlag.

O cholera, cholera, cholera.

Otworzyłam usta, by albo pisnąć, albo krzyknąć – później pewnie byłabym z siebie dumna, że nie zemdlałam – kiedy leżące tam ciało zaczęło się poruszać. Następnie usłyszałam kaszel.

On kaszle?

Postać, co do której byłam pewna w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, że jest istotą znaną światu jako Obrońca – jasna, kurwa, cholera – wydała kolejny chrapliwy dźwięk brzmiący jednoznacznie jak odgłos przeszywającego bólu. Ręka Obrońcy wyciągnęła się w bok, a palce przeczesały ziemię. Jęknął. Jego ciałem wstrząsnął silny kaszel, po którym rozbrzmiał następny brutalnie rozdzierający odgłos bólu.

Co się działo, do diabła? Jak on się tu znalazł, do cholery? Skąd się tu wziął?

Ponownie skierowałam głowę ku niebu, aby upewnić się, że nikt ani nic go nie ściga. Znajdowały się tam wyłącznie chmury, a przynajmniej tyle zdołałam dostrzec.

Jak to możliwe? Widziałam, że Centurion przeżył zawalenie się wieżowca. Od tygodni mówili o tym w wiadomościach. Świat obserwował, jak Pierwotna wychodzi z eksplodującego budynku bez najmniejszego zadrapania.

Zaraz się rozpłaczę.

Może zwymiotuję.

Albo jedno i drugie.

Obrońca też musiał dysponować tym samym rodzajem niezniszczalności, czyż nie?

Wszyscy członkowie Trójcy byli ikonami, zdawałoby się, nieograniczonej siły, szybkości oraz wielu innych niesamowitych mocy, które nawet po tylu latach pozostawały tajemnicą. I właśnie z tego powodu tak dużo ludzi ogarnęła obsesja na ich punkcie. Dlatego każde nagranie z ich udziałem natychmiast stawało się popularne.

Pierwotna jako pierwsza ujawniła swoje istnienie. Film, w którym wyniosła w przestrzeń kosmiczną „nieopatrznie” odpaloną bombę atomową, uważano za najbardziej przełomowy moment w historii.

Ta niesamowita, pozornie ludzka kobieta w szarozielonym kombinezonie wystrzeliła znikąd w niebo, gdy miliony ludzi wpadło w panikę, chwyciła bombę w ramiona i przeniosła ją przez atmosferę tak daleko, aby nie mogła nikogo ani niczego skrzywdzić. Poza zasięg tysięcy skierowanych w niebo kamer, które próbowały ją śledzić. Nie było widać nawet przebłysku eksplozji. Wszyscy wiedzieli jedynie o tym, że – w przeciwieństwie do tego, co oczekiwano – uniknięto masowych ofiar.

Przez miesiące każdy mówił tylko o tej latającej kobiecie, która uratowała świat, a potem zniknęła. Czy przeżyła? A może zginęła? Nikt nie miał pojęcia. Ale latała! Uratowała tysiące, jeśli nie miliony.

Minął prawie rok, zanim pojawiła się ponownie, wywołując kolejną falę kompletnego niedowierzania, że ktoś lub coś takiego jak ona może w ogóle żyć. Że nie została unicestwiona. Mój dziadek opowiadał, że ludzi w równym stopniu zachwycało i przerażało jej istnienie. Byłam zbyt młoda, aby zrozumieć, jak skomplikowaną sprawą stało się jej pojawienie na świecie.

W ciągu następnych kilku lat dwie kolejne istoty – pozornie podobne do niej – zjawiły się w innych nadzwyczajnych sytuacjach, dokonując niewiarygodnych aktów bohaterstwa, które wprawiły w osłupienie nas, normalnych ludzi. Doskonale pamiętam momenty, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam nagrania wideo z ich udziałem. Zapewne każdy by pamiętał.

Byli superbohaterami sprowadzonymi do rzeczywistości.

Electro-Man i każda inna postać, którą kiedykolwiek wymyślono, bladła w porównaniu z tym, co potrafiły zrobić te prawdziwe istoty.

Przez całą dekadę żadna z nich nie nawiązała z nikim kontaktu. Po prostu pojawiali się, robili to, co musieli, po czym znikali. Czasami mijały miesiące, nim znowu ich widziano. Potem, jakieś dziesięć lat temu, coś się zmieniło i zaczęli rozmawiać z ludźmi, ale ta trójka pozostała największą tajemnicą wszech czasów.

Opinia publiczna nadała im „przydomki”. Kobieta nigdy nie określała siebie mianem Pierwotnej ani nie używała oficjalnych pseudonimów wobec pozostałej dwójki. Ktoś wymyślił Pierwotną, Centuriona i Obrońcę i te określenia pozostały. Następnie jeden z prezenterów telewizyjnych jako pierwszy nazwał ich Trójcą, a niedługo później ktoś gdzieś narysował ich symbol – trzy czarne, równoboczne trójkąty w poziomym rzędzie.

Zatem, doprawdy, kto nie dostałby obsesji? Miałam kiedyś na swojej półce figurkę Pierwotnej. Tydzień temu widziałam w sklepie spożywczym faceta z wytatuowaną podobizną Obrońcy na karku. W ostatnim mieście, w którym mieszkałam, na ścianie banku znajdował się mural przedstawiający Centuriona.

Z drugiej strony niektórzy uważali, że członkowie Trójcy stanowią zagrożenie dla ludzkości. Moja własna babcia robiła znak krzyża za każdym razem, gdy o nich wspominano. Co tydzień ludzie protestowali, twierdząc, że należy ich zniszczyć, ale ci ludzie prawdopodobnie podcierali się od tyłu do przodu. Oczywiście oprócz mojej babci, która była bardzo religijna. Zanim u dziadka nasiliła się demencja, uważał, że są niesamowici.

Ale z całej tej trójki to właśnie o Obrońcy ludzie wiedzieli najmniej. Był ostatnim z Trójcy, który się pojawił. Nigdy się nie udzielał. Nigdy, przenigdy, nie rozmawiał z mediami. Po prostu… robił swoje i potem znikał. Wielokrotnie próbowano go śledzić za pomocą dronów, lecz każdy z nich prawie natychmiast przestawał działać. Nagrania z jego udziałem należały do rzadkości. Widok jego twarzy był ewenementem, co do istnienia którego nie miałam pewności. Najlepsze ujęcie, jakie kiedykolwiek widziałam, to odległe zdjęcie ciemnowłosego mężczyzny o gładkiej, ostrej szczęce. Z jakiegoś powodu każda fotografia i film wideo z nim były zniekształcone. Jako jedyny z Trójcy wychodził tak na zdjęciach. Niektórzy spekulowali, że wszyscy członkowie to potrafią, ale wyłącznie on tak robił.

Jednak nawet jeśli nie widziało się wyraźnego zbliżenia twarzy, nie można było go pomylić z resztą. Mężczyzna w poszarpanym stroju był nie tyle wysoki i umięśniony, co zbudowany jak klasyczny posąg. To, co pozostało z materiału, przybrało szarobury kolor, a peleryna oraz buty, choć ubrudzone, były niebieskie. Światło mojej latarki znów wylądowało na tym niesamowitym, niezapomnianym odcieniu. Nie zwykłym niebieskim kolorze, lecz głębokim błękicie.

O rany.

To nie mogło dziać się naprawdę.

Nie mogło.

Mężczyzna na moim podwórku, otoczony kurczącymi się coraz bardziej z każdą sekundą jasnopurpurowymi pieprzonymi ogniami, znowu jęknął. Jego palce wyprostowały się i ponownie wygięły, a on sam odchylił głowę do tyłu. Długi, niski jęk wydobył się z jego gardła w sposób, który wydawał się tak bardzo, bardzo niewłaściwy.

To był on.

Normalni ludzie nie nosili peleryn ani takich butów.

Ich ciała nie spadały z pieprzonego nieba.

To jest on.

Chrząknął tak cicho, że ledwo go usłyszałam.

Ale usłyszałam i nie miało to żadnego sensu. Byłam jedną z ostatnich osób na świecie, która potrzebowała któregoś członka Trójcy na swoim podwórku, jednak mała, malutka szczypta współczucia w moim sercu nie pozwoliła mi wrócić do przyczepy i udawać, że to się nie wydarzyło. Mimo że dokładnie to kazałaby mi zrobić babcia: uciekać w drugą stronę i udawać, że nic nie wiem ani nie widziałam. Kazałaby mi spakować torbę i zostawić tu jego dupę.

Przetrwanie było ostatnią rzeczą, o którą poprosiła mnie babcia. Zrób wszystko, co musisz, było niewypowiedzianym komentarzem, który tkwił między nami. Tak mnie wychowała.

Dotykające ziemi palce Obrońcy przeczesywały ją, a on sam znów sapał.

Cholera, cholera, cholera.

Zanim rozsądek przypomniał mi, dlaczego to fatalny pomysł – co, kurwa, obiecałam – podbiegłam do Obrońcy i ledwo uniknęłam nadepnięcia na niego.

Zatrzymałam się obok jego uda, po czym upadłam na kolana. Gdy miałam już wyciągnąć rękę i go dotknąć, uderzyłam dłonią we własną nogę i pochyliłam się nad człowiekiem, który próbował oddychać.

Męczył się.

– O kurwa – mruknęłam do siebie, a potem delikatnie położyłam rękę na jego dłoni. – Hej. – Jego skóra była tak gorąca, że prawie nieprzyjemna, ale naprawdę nie podobał mi się wyraz jego wykrzywionej twarzy. A tym bardziej jego stan. – Wszystko w porządku?

Szerokie palce zacisnęły się na moich, raczej konwulsyjnie niż celowo, a Obrońca usiłował wziąć kolejny oddech, który brzmiał jak charczenie.

Nawet nie wiedziałam, czy jest świadomy mojej obecności.

– Czy mam wezwać karetkę? Czy… Czy jest jakaś specjalna infolinia, na którą można zadzwonić do innych członków Trójcy? – Starałam się, jak mogłam, aby nie spanikować.

Normalni ludzie mogliby pójść do szpitala, lecz ten człowiek nie był normalny. Jak szpital miałby mu pomóc? Był kuloodporny, do kurwy nędzy. Przecież mała igła, ani nawet wielka, nie zdołałaby przebić jego skóry.

Co mam zrobić?

Skrzywił się i zamknął oczy.

– Żadnego… szpitala – mruknął niemal niesłyszalnie. – Ni… kogo…

O Boże, mówił do mnie. Naprawdę do mnie mówił. I nie podobało mi się to, co mówi.

– Nie chcesz, żebym do kogoś zadzwoniła? – Z całych sił próbowałam nie krzyknąć.

Szarpnął palcami i ledwie go słyszałam, ale udało mi się wychwycić, jak szepcze:

– Nie. – Jego gardło drgnęło. Sapnął, a potem jęknął. – Do… środka…

Do środka?

Do mojego domu?

To ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałam. Absolutnie ostatnia rzecz. Już wcześniej było źle, teraz zrobiłoby się tylko gorzej.

Obrońca wydał z siebie kolejny trzeszczący oddech. To najbardziej obolały dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam.

Skup się, Gracie. Skup się.

Mogłam wrócić i zostawić go, aby sam uporał się ze swoją sytuacją. Technicznie rzecz ujmując, udzielenie mu pomocy nie należało do moich obowiązków… ale nie chciałam być taką osobą. Wręcz przeciwnie.

Dobrze, dobrze.

Nie panikuj.

Obrońca nie chciał, żebym dzwoniła na pogotowie i wolał wejść do środka. Tyle mogłam zrobić.

Musiałam.

Podnosząc rękę z jego dłoni i brzmiąc prawie spokojnie, chociaż część mnie chciała krzyczeć, powiedziałam:

– Dobrze, dobrze. Nie ma szans, żebym cię przeniosła. Chyba mam wózek inwalidzki, ale muszę po niego pójść. Zaraz wrócę, okej? – Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje.

Być może najsilniejsza osoba na świecie – co było szeroko dyskutowane wśród Trójcy – jęknęła ponownie, a ja odebrałam to jako zgodę. Nie mieliśmy innego wyjścia. W żaden sposób nie dałabym rady go podnieść, a nie byłam pewna, czy umiałby sobie poradzić. Po tym, jak wyglądał i brzmiał, wnioskowałam, że nie.

Z jakiegoś powodu nie chciał przebywać na zewnątrz i musiałam walczyć z chęcią ponownego spojrzenia w niebo. Jeśli tam coś jest… Kurwa, nie chciałam tego wiedzieć.

Kurwa, kurwa, kurrrwa.

Dobra, uspokój się, coś wymyślimy. Ja wymyślę.

Poderwałam się i – mimo że trzęsły mi się nogi – pobiegłam najszybciej, jak potrafiłam, w kierunku budynku gospodarczego, w którym właściciel zostawił kilka rzeczy. Wbiłam kod na klawiaturze, a później czekałam, aż zamek się obróci. Od razu dostrzegłam wózek inwalidzki w kącie. Nic nowego nie wstawiłam do szopy. Pokrywały go kurz oraz pajęczyny, ale i tak go wyciągnęłam, uznając, że małe ukąszenie pająka nie wyrządzi krzywdy człowiekowi, który jest odporny na promieniowanie. Musiałam zaryzykować, jednak to najmniejsze z moich zmartwień. Błogosławieństwem okazałoby się ukąszenie przez pustelnika brunatnego właśnie teraz. Miałabym pretekst, żeby się stąd wydostać, nie czując się przy tym jak totalne gówno. Nienawidziłam swojego tchórzostwa, lecz taka była prawda.

Podniosłam wózek i wyszłam z nim za drzwi. Postawiłam go na ziemi, rozłożyłam, przechyliłam do tyłu, po czym zaczęłam pchać w stronę domu. Zdyszana, dotarłam do tych cholernych słabnących purpurowych ogni. Po chwili się zatrzymałam.

Ponieważ Obrońcy nie było w miejscu, w którym go zostawiłam.

Wspierał się na dłoniach i kolanach. Mężczyzna, który był czymś więcej niż tylko człowiekiem i mógłby złamać mi kark równie łatwo jak gałąź, stał na czworakach. Nawet w ciemności, w dodatku z niewielkiej odległości, mogłam stwierdzić, że całe jego półnagie ciało się trzęsie.

Ten widok mnie oszołomił.

Nigdy wcześniej nie widziałam, aby ktokolwiek z Trójcy choćby się potknął. Nigdy, absolutnie przenigdy. Czy nie obserwowałam go dźwigającego w pełni załadowaną cysternę?

A jednak był tutaj, wypuszczał powietrze w ten przerażający sposób i z trudem przesuwał jedno kolano, potem drugie, jedną rękę, później następną. I tak w kółko, jakby do tej pory nie wykonywał żadnej trudniejszej czynności. Niepokój przeszył moją pierś oraz czaszkę, a nawet cholerną duszę, gdy patrzyłam na jego zmagania. Nagle otrząsnęłam się, po czym przysunęłam mu wózek.

Obrońca spuścił głowę, dysząc płytko, a jego palce wbijały się w ziemię.

– Jak mogę…? – Weź się w garść. Uspokój się. – Powiedz mi, jak mogę ci pomóc – zwróciłam się do niego, zdyszana, najdziwniejszym głosem w moim życiu.

Wpadłam w panikę, okej. Panikowałam.

Jeden z największych mocarzy na tej planecie, a najprawdopodobniej we wszechświecie, nie mógł chodzić i spadł z pieprzonego nieba niczym asteroida w Armagedonie, z kolei wokół nas tliła się garstka małych, purpurowych ogni.

A całe to gówno działo się na moim podwórku.

Jakim cudem, do cholery, te ognie są purpurowe?

Przecież tak nie powinno być.

Obrońca nie odpowiedział, ale zdołał przełożyć jedną rękę przed drugą, aż uderzył w podnóżek, jęcząc tak głośno, że zdziwiłam się, gdy ziemia nie zadrżała.

Wiedząc, że nie było czasu na wahanie, i mając świadomość, że najgorsze, co może się wydarzyć, to upadek twarzą na ziemię lub po prostu złamanie kręgosłupa, wskoczyłam pod ramię, które znajdowało się na podnóżku.

– Podnieśmy cię – powiedziałam do Obrońcy.

Mogłam to zrobić. Pomagałam swoim dziadkom niezliczoną ilość razy. Wstać z łóżka i z powrotem się położyć, dostać się pod prysznic, do samochodu czy na kanapę.

On był po prostu…

Latającą, niezwyciężoną, superszybką, supersilną istotą, która oddychała tak, jakby miała połamaną połowę kości.

Czy to możliwe?

Nie. Nie ma mowy.

Obrońca milczał, co odebrałam jako niemą zgodę.

Jezu, błagam, nie pozwól, bym złamała sobie kręgosłup.

– Gotowy? Na trzy. Raz, dwa, trzy!

Syczał długo i przeciągle, tak przejmująco, że część mnie przewidywała natychmiastową utratę przytomności. A nawet mogłam się trochę posikać, kiedy poczułam na sobie jego ciężar. Próbowałam wstać, lecz oparł się o mnie, przez co mało się nie wywróciłam.

Chuchałam i dmuchałam, więc gdyby mój dom był z patyków, toby się rozleciał od tego obciążenia, jakie zafundował mi Obrońca, ponieważ…

O cholera.

Z czego, do diabła, zostały zbudowane jego kości? Z betonu? Jęknęłam, kolana mi się trzęsły i było bardzo prawdopodobne, że skończę z wypadniętym dyskiem, ale trudno.

Gdy wisząca swobodnie ręka Obrońcy uderzyła gwałtownie w podłokietnik, mogłabym przysiąc, że on sam oparł się o mnie jeszcze mocniej, przekazując mi większość ze swojej ponad dwustukilogramowej wagi – przynajmniej tak się czułam. Wysiliłam się. Jeszcze bardziej dyszałam i chuchałam. Trzęsły mi się kolana, a na plecach i pod pachami pojawił się pot, ale ten wysoki mężczyzna, co do którego miałam pewność, że nie może stać, poruszył nogami na tyle, aby dać mi do zrozumienia, że stara się odwrócić. Próbował usiąść na wózku inwalidzkim.

Właśnie wtedy zauważyłam, że nie tylko moje nogi drżą. Całe jego ciało również. Poza tym trzeszczało mu w płucach. Chciałam zerknąć na jego twarz, aby upewnić się, że nie sinieje, ale nawet to okazało się zbyt trudne.

Poruszaliśmy się razem, obracając powoli w miejscu. Gdy już prawie udało nam się przysunąć do wózka, jedno z jego kolan całkowicie się ugięło i już wiedziałam. Wiedziałam, że zaraz upadnie, dlatego zrobiłam jedyną rzecz, jaka przyszła mi do głowy.

Popchnęłam jego tyłek. Albo raczej bok tyłka.

Poczułam, że to też same mięśnie, jednak mniejsza z tym.

Popchnęłam go w stronę wózka inwalidzkiego, kiedy zaczął się przewracać, a on cudem zdołał poruszyć tym wielkim ciałem na tyle, żeby wylądować na siedzeniu. Upadłam na kolana w tym samym momencie, w którym usłyszałam jego chrząknięcie.

– O kurwa – wykrztusiłam, opuszczając brodę, by złapać oddech.

Już nigdy nie będę mogła się ruszyć. Poważnie, ile on ważył?

Obrońca jęknął, a jednocześnie zatrzeszczał wózek inwalidzki. W kieszeniach trzymał kamienie. Musiał. Podniosłam wzrok i obserwowałam, jak odchyla głowę do tyłu, jak jego szerokie ramiona układają się na podłokietnikach, jakby był całkowicie wyczerpany. W jego piersi znów rozbrzmiewał ten okropny świszczący dźwięk.

Przesuwałam się na kolanach i zatrzymałam u jego stóp, z trudem łapiąc oddech.

Zaryzykowałam spojrzenie w niebo i zmrużyłam oczy. Potem jeszcze bardziej je zmrużyłam. Czy coś zobaczyłam? Jakiś błysk… czegoś?

O cholera, nie.

Musieliśmy dostać się do środka. Natychmiast. Silny wiatr mógłby prawdopodobnie unieść przyczepę, ale schowanie się w niej wydawało się bezpieczniejsze niż pozostanie na zewnątrz, na pieprzonej otwartej przestrzeni.

Wcześniej żartowałam, że Wszystko idzie źle to historia mojego życia.

Nigdy więcej nie zamierzałam żartować z tego gówna.

Z trudem podnosząc się do pozycji pionowej, potknęłam się. Złapałam za rączki wózka w chwili, gdy Obrońca opuścił głowę i zwisał luźno. Najszybciej, jak mogłam, odwróciłam się i popchnęłam wózek. Pchałam z całej siły, zgięta wpół, w kierunku podjazdu, który na szczęście znajdował się tuż obok. Gdy byłam już wystarczająco blisko, zaczęłam biec w jego stronę, aby nabrać rozpędu.

Ledwo mi się udało, a moje ścięgna płonęły, kiedy pokonaliśmy zakręty i dotarliśmy do drzwi. Wpisanie kodu zajęło tylko sekundę. Potem jeszcze bardziej dyszałam, żeby przepchnąć wózek przez drzwi i do kuchni, wdzięczna, że nie zablokowałam tam zamka. Później mogłabym się obwiniać za zapominalstwo oraz lenistwo. Ustawiłam wózek przy ścianie, tuż obok drzwi, a te następnie kopnęłam mocniej, niż było konieczne. Przekręciłam zamek, chociaż zdawałam sobie sprawę, że to gówno zadziała wobec kogoś takiego jak on.

Nie zamierzałam się tym przejmować. Nie teraz. Byłam prawie przekonana, że niczego nie dostrzegłam. Na pewno nie bladopurpurowy błysk, który musiał być gwiazdą.

Pobiegłam do salonu, wzięłam poduszkę, a potem wróciłam do kuchni i włożyłam ją Obrońcy za głowę dla lepszego podparcia.

W końcu opadłam na kolana i znów z trudem nabierałam powietrza. Wydawało mi się, że mam lepszą kondycję.

Ale, do licha, kiedy ja trenowałam, żeby pchać kogoś tak ciężkiego?

Nigdy. Właśnie wtedy.

Będę musiała pójść do kręgarza. A może nawet zrobić prześwietlenie.

Po chwili, gdy moja klatka piersiowa nadal unosiła się i opadała jak szalona, lecz mogłam już prawie spokojnie oddychać przez nos, uniosłam głowę, po czym oparłam dłonie o uda. Następnie przesunęłam się.

Naprzeciwko niego.

Obrońca miał opuszczoną głowę, ale jego sylwetka nie trzęsła się tak bardzo jak wcześniej.

Może to jednak nie był dobry pomysł.

Położyłam dłoń na jego nadgarstku, wsunęłam ją pod spód i przycisnęłam opuszki do miejsca, gdzie dało się wyczuć puls. Czekałam.

Uderzenie.

Jedna sekunda, dwie sekundy, trzy… O jedną za dużo przed kolejnym.

Jeden, dwa, trzy, cztery, coraz więcej i więcej, a potem kolejne uderzenie.

– Czy ty sobie jaja robisz w tej chwili? – wykrztusiłam.

Miałam nadzieję, że to normalne. Przecież nie był człowiekiem, więc jego serce nie powinno bić w ten sam sposób, prawda? Odsuwając palce, usiadłam z powrotem na piętach i wreszcie dobrze mu się przyjrzałam.

Znajomy kostium był w większości zdarty z jego ciała. Spora część opalonego torsu została odsłonięta, a spodnie kurczowo przylegały do nóg. Zniknęła cała prawa strona jego peleryny, jakby ktoś ze złości rozdarł ją pośrodku.

To nie było straszne.

Dobrze. Nie ma powodu, aby się tym przejmować. Podniosłam wzrok…

Och.

Nagle zrozumiałam, dlaczego jego twarz jest tak zamazana na zdjęciach i filmach. Prawie nie mogłam uwierzyć w to, co widzę, a patrzyłam prosto na niego. Musiałam mrugnąć dwa razy, żeby moje oczy przyswoiły ten widok. Może obiektywy aparatów fotograficznych nie radziły sobie z obrazem, na którym się skupiały. Na tym, jak rzeczywiście wyglądał Obrońca.

Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Pierwotna była piękna, a Centurion wyglądał tak, że mógłby być jakimś bogiem słońca dla starożytnej cywilizacji. Był niewiarygodnie przystojny.

Ale Obrońca…

To najpiękniejsza osoba, jaką kiedykolwiek widziałam.

„Cudowny” nie było właściwym określeniem dla tej poplamionej, brudnej twarzy. Grube, ciemne brwi podkreślały łagodne czoło i ostre, wąskie kości policzkowe. Włosy miał tak ciemne, że nie wiedziałam, czy są brązowe, czarne czy w jakimś odcieniu pomiędzy. Doskonały nos, prostokątna szczęka oraz pełne usta łączyły wszystkie te elementy w całość, która okazała się prawie zbyt zajebista. Obrońca był surowy i elegancki jednocześnie.

I duży. Nie potężny. Nie jak kulturysta, tylko… umięśniony, ale proporcjonalnie. Jak bokser wagi lekkiej, który wcale nie był lekki.

Najbardziej zaskoczyły mnie intensywnie czerwone, niemal spalone słońcem policzki.

Nagle Obrońca otworzył oczy, a ja na chwilę przestałam oddychać.

Jego tęczówki lśniły purpurą jak witraże wystawione na działanie słońca.

Nie były niebieskie ani szare, lecz purpurowe. Może nawet fioletowe. Intensywne, jasne i w stu procentach nieludzkie.

Czułam się niczym jeleń w świetle reflektorów, gdy ta wzmożona uwaga skupiła się wyłącznie na mnie.

– Wszystko w porządku? – zapytałam jak idiotka, gdy już się otrząsnęłam, jakbym nie zauważyła, że Obrońca z trudem usiłuje się poruszyć. – Powinnam wezwać karetkę? Nie wiem, czy dam radę wsadzić cię do mojego auta, ale prawdopodobnie mogłabym zawieźć cię do szpitala, chociaż jestem pewna, że wojsko lub ktoś inny przyleciałby po ciebie helikopterem. Albo… Albo Pierwotna by przyjechała. Lub Centurion.

Bełkotałam. Kurwa, gadałam i nie mogłam przestać. To było przekleństwo od zawsze. Z jakiegoś powodu nie rozpoczynałam rozmów z nieznajomymi. Nie potrafiłam się kontrolować.

Miałam gadane.

Kiedy mówiłam, prawie nie można było mnie zatrzymać. Wszystko zaczynało wypływać: co oglądałam w telewizji, co lubiłam jeść na kolację, jak szkodliwe były muchy. A pod presją? Byłam przerażona i jednocześnie zafascynowana, a moje ciało nie umiało sobie z tym poradzić. Nie tylko mój mózg był w szoku, ale też każda część mnie.

Obrońca – ten pieprzony Obrońca – patrzył na mnie świecącymi, purpurowymi oczami. Byłam pewna, że łzawią z bólu. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała wraz z niewielkimi oddechami, które były zatrważające. Przeniósł wzrok na punkt tuż za moją głową i utkwił go tam na chwilę, nim zamknął oczy. Jego usta poruszały się, ale nic się z nich nie wydobywało.

Czy on umierał?

Dusiłam się.

– Proszę, powiedz mi, co mam robić – błagałam, zrozpaczona.

– Żadnych szpitali – wykrztusiła istota. Jasne, białe zęby błysnęły w wykrzywionym grymasie, który nie był uśmiechem, przez co aż się wzdrygnęłam. – Moje… plecy… – dodał z ledwie słyszalnym sykiem. Mięśnie na jego policzkach napinały się raz za razem, gdy robił trzeszczący, słaby wydech. – Słaby… – Jego jabłko Adama podskoczyło.

Niemal przestałam oddychać.

Blade, lawendowe powieki otoczone czarnymi rzęsami drgnęły nad tymi niesamowitymi oczami, kiedy następny dziki jęk wydarł się z gardła Obrońcy.

– Potrzebujesz pomocy. Szpitala, czegoś, kogoś – wyszeptałam, przerażona.

Przecież nie mógł umierać. Nie mógł. Był niezwyciężony, prawda? Co, u diabła, było w stanie tak bardzo go poturbować?

Jego głowa ledwo się poruszyła, ale odebrałam to jako zaprzeczenie. Potem potwierdził.

– Nie. Nie mów… nikomu.

Zamierzał tu zostać? W… tajemnicy?

Już wiedziałam, że to beznadziejny pomysł, a część mnie doskonale rozumiała, że będę tego żałować, jednak…

Tak wiele w moim życiu zależało od wyborów innych osób. Dosłownie, prawie każdy jego element. Musiałam się jedynie rozejrzeć, aby dostrzec oznaki tego.

Niemniej dawno temu podjęłam własną decyzję. Była niewielka, ale moja. Żyła z tyłu mojej głowy każdego dnia, z każdym uderzeniem serca i pojawianiem się większości myśli. Doskonale zdawałam sobie sprawę, kim chcę być. Kim powinnam być, nawet jeśli walczyło to z paranoicznym, ochronnym instynktem, który nasilał się we mnie przez lata.

Ten facet nie był tylko człowiekiem. Pomógł milionom. Był ikoną. Bohaterem. Jaką byłabym osobą, gdybym mu nie pomogła?

Znałam jedną z nich i, kurwa, nie chciałam nią być.

Obrońca nie chciał pomocy ani szpitala, ani… niczego, najwyraźniej, poza tajemnicą. Nie wiedziałam dlaczego. Nie wiedziałam, jak do tego doszło ani w jakim niebezpieczeństwie moglibyśmy się znaleźć.

Ale to nie miało znaczenia. Będę się tym martwić później.

Jeżeli będzie jakieś później.

Bo nie mogłam mu odmówić. Nie mogłam go tam zostawić. Nawet dla babci.

Skinęłam głową na człowieka – w którego kształcie robiono małe figurki zdobiące sypialnie niezliczonych małych dzieci – mimo że on tego nie widział. Na człowieka, który był inspiracją dla postaci w programach telewizyjnych i filmach. Nazywano go obrońcą Ziemi.

W São Paulo postawiono mu gigantyczny pomnik w podziękowaniu za pomoc po wielkim trzęsieniu ziemi.

I ten sam sukinsyn siedział na wózku inwalidzkim w mojej kuchni, ranny, i prosił mnie o pomoc.

– Pomogę ci – obiecałam mu. Obiecałam sobie. – Powiedz mi, co mam zrobić. Czego potrzebujesz?

Przeszedł go dreszcz, jego palce drgnęły, a on wyszeptał:

– Czasu… jedzenia…

– Tylko tyle?

Żadnych łez jednorożca ani jakiegoś leczniczego zioła, które można znaleźć jedynie na odległej wyspie na Pacyfiku?

Zacharczał tak, że zachciało mi się płakać. Musiałam się wysilić, żeby usłyszeć, jak cedzi:

– Nie… zdradź mnie.

Jakbym nie zwichnęła sobie ramion i nie nabawiła się dyskopatii, wpychając go do domu, gdy próbowałam mu pomóc.

To dziwne, dziwne uczucie nagle wypełniło mój żołądek, ale było zupełnie inne niż wcześniej. Żaden strach…

Jednak sprawiało, że byłam bardzo, bardzo ostrożna.

– Nie zamierzam. Obiecuję.

Obrońca lekko otworzył te świecące oczy i chwilę wpatrywał się we mnie przez niewielką szczelinę, aż zrobiło mi się gorąco. Centurion mógł strzelać laserami ze swoich oczu, lecz nigdy nie słyszałam, by Obrońca tak potrafił. A może?

Ale zanim zdążyłabym się nad tym dłużej zastanowić, jego powieki znów opadły, a on odpłynął.

Kiedy jego głowa osunęła się na poduszkę, przez atletyczną posturę przeszedł kolejny dreszcz.

Sięgnęłam przed siebie i wyczułam jego powoli bijący puls.

– W co ty się, do cholery, wpakowałeś? – zastanowiłam się na głos, po czym oparłam ponownie na piętach z niepokojem, lękiem i zamętem w piersi.

Niespiesznie opuszczając jego rękę z powrotem na udo, przyjrzałam się szerokości jego nadgarstka. Kości były duże, ale nie nadmiernie wielkie. Skóra miała intensywną, złotą opaleniznę, jaśniejszą niż moja. Patrząc najpierw na palce, a potem na całą rękę, zauważyłam, że wszystkie kości są takie same. Wytrzymałe. Ramiona miał szerokie, tak jak wyglądały w telewizji. Teraz, gdy większość jego torsu była odsłonięta ze względu na podarty kostium, mogłam stwierdzić, że kości przy mostku są grube, a klatka piersiowa jest umięśniona.

Był niezwykły. Mokry sen w rzeczywistości. Perfekcja.

Bardzo sprawny, atletycznie wyglądający mężczyzna. Nie miał diamentowej skóry ani trzeciego oka. Może miał trzeci sutek, jednak nie zamierzałam go szukać.

Część mnie spodziewała się, że będzie wyglądał… inaczej – może nieludzko, cokolwiek to znaczy. Ale tak nie było.

Był normalny.

Tylko co mu się przydarzyło, do diabła?

Gdzie przebywał?

Czy powinnam była położyć go do łóżka lub na kanapie?

Czy mogłam go przenieść?

To mnie przerastało. Opieka nad moimi starszymi dziadkami to jedno, ale zajmowanie się tym… wszystkim… to coś zupełnie innego.

Niemniej przecież on tu był. Choć nie wierzyłam w przeznaczenie, on tu był. Ze wszystkich milionów pieprzonych miejsc, w których mógł wylądować, trafił do mnie. I ze wszystkich rzeczy, o które mógł poprosić, wymienił czas oraz jedzenie.

Jak mogłam go zawieść?

Żołądek mi się skręcił, a włosy na karku stanęły dęba.

Czy właśnie o to, do cholery, chodziło z moim bólem brzucha?

Nieważne.

Po kolei.

Powiedział, że potrzebuje jedzenia. Chociaż miałam artykuły spożywcze, nie wystarczą dla nas obojga, ale tym będę się martwić jutro.

Czy teraz oczekiwał karmienia? A może mówił ogólnie?

Podniosłam się na równe nogi i powlokłam do lodówki w rogu małej kuchni. Wyjęłam zupę, którą jadłam razem z kanapką, i próbowałam myśleć, podgrzewając ją w mikrofalówce. Poprosił o jedzenie i nie zrobił tego w sposób bierny, jak na przykład: poczekajmy, aż się obudzę. Czyż nie?

Wlałam zupę do blendera i zaczekałam, aż ziemniaki się zmiksują, uznając, że nie może być tak źle. To miał być pokarm dla niemowląt, ponieważ nie chciałam ryzykować, że zadławi się kawałkami, jeśli nie obudzi się, aby pogryźć. Bo takie byłoby moje szczęście – znaleźć jedną z najbardziej znanych osób na świecie i zaraz potem doprowadzić do jej śmierci we własnym domu. Zakopałabym ciało, przyjechałby policjant, znalazłby jego kości, a ja poszłabym do więzienia za morderstwo.

Albo Pierwotna i Centurion znaleźliby mnie nawet na końcu świata, rozerwali na strzępy, kończyna po kończynie, i wrzucili do oceanu jako przekąskę dla rekinów.

Stuknęłam o deskę do krojenia, którą zostawiłam na blacie.

Minutę zajęło mi zorganizowanie stanowiska pracy. Przyciągnęłam z salonu stolik kawowy i postawiłam na nim miseczkę. Nigdy wcześniej nie karmiłam dziecka. Nigdy nawet nie byłam w pobliżu żadnego z nich w sposób bardziej niż przelotny, lecz karmiłam swoich dziadków. Mogłabym go nakarmić.

Gdybym miała szczęście, obudziłby się, po czym zebrał dość energii, by przeżuć i pomóc mi, ale nie miałam. Otworzyłam więc trochę jego usta, naciskając na szczękę – przez moje palce przebiegł tępy impuls, ale o tym też pomyślę później – i sięgnęłam po łyżkę, aby wlać mu trochę zupy między wargi. Miały ładny, ciemnoróżowy kolor. Były idealne.

A ja nie mam żadnego interesu w pomaganiu mu.

Odrzuciłam tę myśl i skupiłam się na tym, co robiłam. Obrońca nie obudził się, ale jego jabłko Adama podskoczyło, więc może nie byłam całkowicie skazana na porażkę. Powoli i skutecznie wlewałam mu do ust coraz więcej zupy, podziwiając rysy oraz kości, które składały się na jego twarz.

Choć miałam ochotę dotknąć policzka i poczuć miękkość, powstrzymałam się. Lepiej nie. Czułam się trochę dziwnie, dotykając go w innym miejscu.

Przerwałam po około dziesięciu łyżkach, nie chcąc przedobrzyć, skoro na razie nie wiedziałam, czy nie zwróci pokarmu. Później dam mu trochę więcej.

Podkładając ręcznik pod jego brodę, wlałam mu do ust odrobinę wody i wtedy również mnie nie zawiódł. Połknął ją. Wygodne. I dziwne, ale nie zamierzałam się nad tym zastanawiać.

Musiałam mu pomóc. Cokolwiek miałam zrobić, zrobię. Jeśli ktoś zasługiwał na pomoc, to właśnie on.

Przynajmniej tyle mogłam zrobić. Przynajmniej tyle mógł zrobić każdy.

I miejmy nadzieję, że ta superistota nie zesra się, nawet jeśli będzie to na samym dole listy rzeczy, o które muszę się martwić – przynajmniej dopóki nie dowiem się, jak do tego doszło. Jak Obrońca się tu znalazł.

Potarłam twarz i odwróciłam się, aby spojrzeć na atlas, który nadal leżał na stole.

Przepraszam, babciu, pomyślałam. Wyjadę stąd tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.

Rozdział 3

Nie obudził się. Ani tego dnia, ani następnego, ani nawet kolejnego.

Ale bardziej od ciągłego spania przerażał mnie fakt, że się nie załatwiał. Przez trzy dni. Wolałabym pojechać do szpitala. Choć nie byłam zbytnio zadowolona, że myślę o skontrolowaniu go w jakiś sposób, nie zamierzałam szperać w resztkach jego kombinezonu, by spróbować zobaczyć więcej, niż było już odsłonięte. Spędziłam wystarczająco dużo czasu na wpatrywaniu się w niego, lecz stwierdziłam, że niecodziennie zdarza się, aby istota, którą niektórzy nazywają bogiem, siedziała w moim domu na starym wózku inwalidzkim, ranna i najwyraźniej w śpiączce, z kocem Hello Kitty narzuconym na klatkę piersiową.

Miałam cholerną nadzieję, że to jednak nie śpiączka. Starałam się myśleć pozytywnie i uznać ją za drzemkę. Miłą, długą, regenerującą drzemkę.

Jedyne, co robiłam, to szturchałam go w łydkę. Materiał był gruby, w dotyku przypominał bardzo elastyczną skórę krokodyla. Miękki i chłodny. Obrońca nie cuchnął, a na tkaninie pod jego tyłkiem nie było mokrej plamy, co stanowiło mój naukowy dowód, że nie zrobił kupy ani się nie zsikał. Ale jadł, więc musiał przecież jakoś strawić pokarm. Czy istoty takie jak on w ogóle chodziły za potrzebą? Czy miały… odbyt?

Miałam tak wiele pytań.

Pytań, których w ogóle nie powinnam zadawać, niemniej ciekawość była moją drugą największą wadą, zaraz po gadulstwie.

Rzecz w tym, że im mniej o nim wiedziałam, a on o mnie, tym lepiej. Z kolei milczenie przychodziło mi łatwiej niż kłamstwo. Tak przeszłam przez życie, nie ujawniając niczego, co powinno pozostać tajemnicą.

Nadal jadł i pił, i chociaż miał podwyższoną temperaturę, nie wydawało mi się, że gorączkuje. Już pierwszego dnia, kiedy się pojawił, był bardzo rozpalony, jednak przypuszczałam, że miało to związek z tymi purpurowymi ogniami, które nie pozostawiły po sobie żadnych śladów. Nie mierzyłam mu temperatury, bo i tak nie byłaby ona dokładna, biorąc pod uwagę jego tętno. Chociaż stan Obrońcy się nie polepszył, to również się nie pogorszył.

Tak myślę.

I tak też było.

Zrobiłam tylko to, o co poprosił, i musiałam mieć nadzieję, że tyle wystarczy. Jakaś część mnie obawiała się wychodzić z domu następnego dnia po jego przybyciu, żeby zrobić zakupy, lecz nic się nie stało. Centurion i Pierwotna nie zrzucili na mnie łodzi podwodnej.

Ale na wszelki wypadek zrezygnowałam z biegania, mimo że czułam się z tym źle.

Karmiłam Obrońcę powoli, co trzy godziny, pięć razy dziennie. Zupa – zawsze zupa – przypominająca jedzenie dla niemowląt. Spałam na kanapie, aby być blisko, gdyby czegoś potrzebował. Od tamtej pory spałam na niej każdej nocy. Zawarłam umowę i nie zamierzałam się z niej wycofać.

I nawet jeśli było to sprzeczne ze wszystkim, co wpoili mi dziadkowie, działałam w dobrej wierze. Mogłam liczyć wyłącznie na to, że nie będę tego żałować.

Najważniejsze, że nie zamierzałam pozwolić mu umrzeć. Gdyby tak się stało, prawdopodobnie nawiedzałby mnie do końca życia i byłoby niezręcznie. W swojej sypialni robiłam rzeczy, których lepiej, by nikt nie widział. Z moim szczęściem Obrońca skończyłby jako jakiś upiorny superduch lub coś w tym rodzaju.

Wycierając mu usta ciepłym, wilgotnym ręcznikiem – po nakarmieniu go zupą z kurczaka, dziesięciu warzyw oraz ryżu – usiadłam ponownie na piętach i przyjrzałam się rysom śpiącej w moim domu postaci. Już wiedziałam, jak musieli czuć się ludzie, którzy po raz pierwszy zobaczyli ogień. Niełatwo oderwać wzrok.

Jego policzki nadal były lekko spalone słońcem, a od pierwszego dnia w ogóle się nie poruszył. Raz czy dwa drgnęły mu palce u rąk. Kilkukrotnie poruszył też palcami u nóg, ale na tym skończyły się jego ruchy.

To nie miało sensu. Nic z tego go nie miało. Nie mogłam przestać o tym myśleć.

Westchnęłam i po raz piętnasty, odkąd się pojawił, przyjrzałam się uważnie jego twarzy. Wyglądał na około trzydzieści lat, jednak nie umiałam oceniać wieku, więc mogłam się mylić. W przypadku Obrońcy trudno było go określić, ponieważ jego skóra miała czerwony kolor i nie nosiła żadnych śladów głębokich zmarszczek.

Był idiotycznie przystojny.

I cholernie tajemniczy.

A ja od zawsze byłam fanką dobrych zagadek.

– Ile jeszcze czasu upłynie, zanim się obudzisz? – zapytałam. – Nie powinieneś mieć jakiejś zdolności regeneracji? Czy coś takiego występuje tylko w komiksach?

Oczywiście nie odpowiedział. Odchyliłam się do tyłu i jeszcze przez moment podziwiałam tę oszałamiającą twarz.

Od śmierci babci z nikim nie byłam tak blisko. W ciągu ostatnich paru lat rozmawiałam jedynie z moimi uczniami i czasami z wyjątkowo przyjazną osobą w sklepie. I oto pojawił się on. Obrońca wszystkich ludzi.

Naprawdę był jedną z ostatnich rzeczy, których potrzebowałam.

Choć nie byłam zbyt religijna, zamknęłam oczy ze względu na jego dobro – i trochę na własne – po czym wzniosłam modły, aby szybko się obudził.

~ * ~ *

– Miłego dnia – powiedziałam do mojej uczennicy Ha-ri, odchylając się na krześle.

Szesnastolatka skłoniła się lekko.

– Miłej nocy – odpowiedziała, wypowiadając sylaby najlepiej, jak potrafiła.

W ciągu ostatniego roku naszej wspólnej nauki przeszła bardzo długą drogę, a ja byłam z niej naprawdę dumna. Za trzy miesiące miała wyjechać do Anglii na stypendium zagraniczne i jej rodzina postanowiła jak najlepiej przygotować ją do tej podróży. Kilka lat temu prowadziłam zajęcia z jej siostrą, dlatego zwrócili się do mnie.

Pomachałam jej krótko, nim zakończyłam rozmowę. Była moją ostatnią uczennicą tego dnia. Na szczęście poprzedniego wieczoru udało mi się przełożyć lekcję z Jo Ji-Wookiem i wcisnęłam go na drugą rano. Starałam się być jak najciszej, by nie przeszkadzać mężczyźnie w kuchni, ale musiałam pracować, a na jego nieszczęście prawie wszystkie moje lekcje odbywały się wieczorami oraz nocą. W zasadzie w środku nocy dla mnie.

Odsuwając się od biurka, pochyliłam się nieznacznie, następnie ostrożnie zdjęłam perukę i założyłam ją na głowę manekina w rogu biurka. Równie ostrożnie ściągnęłam nylonową gumkę, która utrzymywała moje włosy przy głowie, położyłam ją obok peruki, a później przeczesałam kosmyki palcami. Nie potrafiłam przyzwyczaić się do noszenia peruki, nawet po tak długim czasie. Była jednym z wielu zapewne zbędnych zabezpieczeń, ale i tak ją nosiłam.

Wstałam z ziewnięciem, po czym wzięłam do ręki laptopa, wiedząc dokładnie, co będę za chwilę robić. To samo, co przed zajęciami. Zostawiłam nawet torebkę Cheetosów na kanapie, żeby była gotowa na następną rundę śledztwa.

Potrzebowałam zaledwie sekundy, aby przemknąć korytarzem i wejść do kuchni. Spojrzałam na wciąż nieruchomego Obrońcę na wózku, którego klatka piersiowa powoli unosiła się i opadała. Po cichu otworzyłam lodówkę, skąd wyciągnęłam puszkę napoju, a potem na palcach przeszłam do salonu. Otworzyłam Dr Peppera, rozwinęłam paczkę Cheetosów i włączyłam laptopa.

Już od godziny szukałam informacji o nich – o Trójcy. Rozważałam sprawdzenie tylko Obrońcy, lecz było to zbyt ryzykowne, choć używałam przeglądarki, w której nie zapisuje się historia wyszukiwania. Nigdy nie wiadomo, kto może włamać się do twojego sprzętu. Za każdym razem wylogowywałam się ze wszystkich swoich kont, a także usuwałam ciasteczka i historię przeglądarki. Nie miałam nawet aplikacji do poczty elektronicznej lub konta bankowego w telefonie.

Nie zamierzałam go wydać, gdyby ktoś go szukał.

A egoistycznie rzecz ujmując, nie chciałam znaleźć się w jeszcze gorszej sytuacji. I tak stąpałam już po cienkim lodzie. Najcieńszym z najcieńszych.

Właśnie dlatego szukałam informacji, żeby dowiedzieć się czegokolwiek, co mogłoby ułatwić mi niesienie pomocy.

Jednak z internetem było tak, że chociaż znajdowało się w nim mnóstwo informacji o Trójcy, to wiele z nich nie miało sensu. Niektóre wyglądały na prawdziwe, a przynajmniej na możliwe. Ale inne teorie?

Ludzie mieli bardzo bujną wyobraźnię.

Albo byli bardzo, bardzo znudzeni.

Niemniej część z nich miała solidne podstawy. Istniały dwa kierunki rozważań na temat ich pochodzenia. Jedni uważali, że członkowie Trójcy pochodzą z innej planety. Inni natomiast sądzili, że jest to eksperyment laboratoryjny.

Niektórzy wierzyli, że urodzili się jako ludzie, a następnie przeszli modyfikacje genetyczne. Zdaniem innych zostali przez kogoś „stworzeni”, na przykład przez wojsko lub firmę farmaceutyczną. W pewnym stopniu rozumiałam, dlaczego może mieć to sens. Ale mój wewnętrzny zwolennik teorii spiskowych uznał, że gdyby faktycznie tak było, do tej pory pojawiłoby się ich o wiele więcej niż tych troje. W przeciwieństwie do filmów nigdy nie pojawiły się inne istoty o porównywalnych zdolnościach, a tym bardziej podobnych. Nie było bitew ani czarnych charakterów. Wszyscy wiedzieli, że tylko oni posiadają takie moce.

Westchnęłam i kliknęłam z powrotem na okno przeglądarki. Liczba informacji – plotek, teorii, zdjęć, filmów – była ogromna. Zafascynowana, dałam się wciągnąć w szalone opowieści na temat Trójcy.

Jakaś kobieta twierdziła, że dorastała na ranczu obok rodziny z trojaczkami, które, jak przysięgała, wyglądały niczym ich młodsze wersje. Ktoś inny powiedział, że czterdzieści lat temu widział w pobliżu katastrofę UFO, a kiedy dotarł na miejsce, wyszły z niej małe dzieci. Takich historii nie było końca. Ludzie uważali, że zobaczyli coś podejrzanego na polu kukurydzy podczas przejazdu przez Dolinę Śmierci albo lotu samolotem.

Pocierając policzek, podniosłam puszkę Dr Peppera, upiłam łyk, po czym skupiłam się na wynikach wyszukiwania na ekranie. Skończyłam na czwartej stronie z… nawet nie wiedziałam ilu.

Odgłos skrzypienia w kuchni sprawił, że przechyliłam się w bok, aby spojrzeć w tamtym kierunku.

Ktoś się obudził.

Obrońca siedział z ręką w powietrzu i głową opartą o poduszkę za sobą. Rozłożył szeroko palce, zanim zacisnął je w pięść. Mrugał powoli, a biało-różowy koc, który wcześniej na nim leżał, zwisał w pasie.

Nie ma powodu, żeby się denerwować. Nie ma powodu, żeby się denerwować.

Mimo to byłam, kurwa, zdenerwowana.

Zamknęłam komputer i wstałam.

– Wszystko w porządku?! – zawołałam.

Superistota nie odwróciła wzroku. Zamiast tego skupiła się na palcach, obracając je w jedną i w drugą stronę. Chwilę później wreszcie przeniosła spojrzenie na mnie, z nieprzytomnym wyrazem twarzy. I… zrzędliwym?

Prawie się potknęłam.

Ponieważ tamtej nocy nie wyobraziłam sobie tego. Jego oczy nie wyglądały na jakby purpurowe, lecz były czystą, królewską purpurą. Może indygo. Dopiero wtedy okazało się, że nie są fioletowe, jak myślałam. Na źrenicy widniała kropka czerni, ale nic więcej. Nie błyszczały, jednak i tak były niesamowite.

A mężczyzna o najpiękniejszych oczach, jakie kiedykolwiek widziałam, osadzonych w najprzystojniejszej twarzy, na jaką kiedykolwiek patrzyłam, spoglądał na mnie.

Czy już jest całkowicie przytomny?

Zatrzymałam się tuż przed wózkiem, podniosłam szklankę z wodą, którą wcześniej napełniłam, i przykucnęłam.

– Dobrze się czujesz? – zapytałam. – Wszystko w porządku? Trafiłeś tu kilka dni temu – przypomniałam i uważnie obserwowałam jego twarz, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

Może miał wstrząs mózgu?

Czy to możliwe? Przecież nie mógł doznać uszkodzenia mózgu, prawda? Za bardzo martwiłam się jego plecami, żeby myśleć o głowie.

Chyba nie wyobraziłam sobie, jak na dźwięk mojego głosu mrugnął raz i coś w tych szalenie kolorowych oczach zdawało się skupić, zaskoczyć. Nagle wiedziałam, że wreszcie mnie widzi.

I tak szybko, jak sobie to uświadomiłam, na tej wspaniałej twarzy pojawił się najgorszy, pieprzony grymas. Aż chciałam spojrzeć przez ramię, aby się upewnić, że nie ma za mną jakiegoś demona, ale nie było.

O co, do diabła, chodziło z tą miną?

Niczego nie miałam na twarzy, niedawno widziałam siebie podczas wideorozmowy. Czy naprawdę nie pamiętał, co się stało? Czy tak bardzo cierpiał?

– Prosiłeś, żeby tu zostać. Powiedziałeś, żeby nikogo nie wzywać. – Mój głos był wysoki i drżący, ponieważ cholernie się denerwowałam.

Jego powieki opadły, a grymas na ustach się pogłębił. Nozdrza się rozszerzyły. Moja skóra… Dlaczego moja skóra wibrowała? Dlaczego Obrońca wyglądał, jakby był gotów kogoś, kurwa, zabić? Czyżby też ciężej oddychał?

– Nie porwałam cię ani nic takiego, przysięgam. – Zaczęłam bredzić.

Jego warga cofnęła się na tyle, że mogłam zobaczyć odsłonięte kły.

Jestem Gracie, pojawiło się na końcu mojego języka, ale zmieniłam zdanie.

Im mniej informacji, tym lepiej.

Racja. To była kolejna zasada, której przestrzegałam przez całe życie.

Obrońca warknął.

Nagle pożałowałam, że nie mam przy sobie noża. Oczywiście nie powstrzymałby go ani tym bardziej nie spowolnił, ale dzięki niemu nie czułabym się tak bezradna, gdy siedział i gapił się na mnie, jakbym rozbiła mu reflektory. Z trudem przełknęłam ślinę, kiedy te różowe usta zacisnęły się w wąską linię, a na skórze poczułam jeszcze większe mrowienie.

Zdecydowanie ciężej oddychał.

I był na coś wściekły. Niemożliwe, że na mnie. Przecież nic nie zrobiłam.

Nozdrza Obrońcy znów się rozdęły, a wzrok ponownie skupił się na punkcie za moją głową, nim mężczyzna zamknął oczy tak mocno, że w kącikach pojawiły się zmarszczki. Przełknął głośno ślinę. Szeroka klatka piersiowa podnosiła się i opadała, a mięśnie w policzkach napinały się, jakby zaciskał zęby.

– Dobrze się czujesz? – zapytałam powoli, zaniepokojona.

Przecież nie mógł myśleć, że go porwałam, prawda? Nie byłam aż tak głupia. Nie sądziłam, że ktokolwiek byłby na tyle nierozważny, by próbować porwać kogoś, kto potrafi odbić nabój kalibru pięćdziesiąt, jakby to był komar.

Z drugiej strony ludzie zjadali środki do prania, więc…

Po kolejnym drżącym oddechu Obrońca znowu rozłożył szeroko palce i uniósł powieki, z tym wkurzonym wyrazem twarzy.

Wpatrywał się we mnie. Stanowczo.

Otworzyłam nieco usta, żeby ponownie zapytać, czy nic mu nie jest, ale zaraz je zamknęłam.

Te purpurowe oczy przesunęły się po mojej twarzy, a usta zacisnęły i po bardzo długim spojrzeniu, które przyprawiło mnie o szybsze bicie serca, mężczyzna w końcu wskazał jednym z palców na szklankę z wodą, którą trzymałam.

Dobrze…

Ręka mi się trzęsła, gdy wyciągałam ją w jego stronę.

Nie wziął naczynia, ale jego wzrok ponownie skupił się na mnie z czymś, co z jakiegoś powodu przypominało pogardę. A może po prostu był wściekły na zaistniałą sytuację, a ja miałam to kurewskie szczęście, że musiałam mu towarzyszyć, dopóki się nie uspokoi? Nigdy nie spodziewałam się spotkać członka Trójcy, a już na pewno nie wyobrażałam sobie, że jeden z nich będzie się na mnie gapił.

Aż mnie zatkało.

Przytrzymując jego podbródek, uniosłam mu głowę i zbliżyłam szklankę do tych różowych ust. Jednak tym razem nie nalałam małej strużki, żeby się nie zakrztusił, a jego gardło podskoczyło i wypił łapczywie. Cała woda zniknęła w dwóch dużych łykach.

– Chcesz więcej?

Obrońca burknął. Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie w sposób, który jeszcze bardziej mnie zdenerwował.

Czy potrafił czytać w moich myślach?

Poszłam napełnić szklankę, zastanawiając się nad tym, i wzięłam też sałatkę owocową, którą przygotowałam rano. Przez cały czas zachowywałam trzeźwy umysł. Wróciłam do Obrońcy, przynosząc także kubek, który również opróżnił. Potem podałam mu miskę.

Ciągle się gapił.

No dobrze.

Nabiłam na widelec kawałek czerwonego owocu i podsunęłam nadal drżącą ręką do jego ust. Białe zęby wgryzły się w arbuza. Obrońca jadł powoli, niemal z namysłem, jego wzrok pozostawał cały czas w tym samym miejscu, po czym na krótko powędrował z powrotem do miski. Kątem oka widziałam, jak jego palce zginają się, następnie prostują i tak w kółko.