Teach Me, Please - Julia Brylewska - ebook
NOWOŚĆ

Teach Me, Please ebook

Brylewska Julia

5,0

303 osoby interesują się tą książką

Opis

Zakazany romans z różnicą wieku. 

 

Po tragicznej śmierci ojca nic w życiu Lucrecii nie było już takie jak dawniej. Odchodząc, odebrał jej wszystko, co kochała – bezpieczeństwo, rodzinę i… sztukę. Pozostawił po sobie tylko pustkę, zaschnięte na płótnie farby i kruki, które nie chciały opuścić jej nawet w snach.

 

Od tamtego pamiętnego dnia Lucrecia ani razu nie wzięła pędzla w dłoń, nie stanęła przed płótnem, nie ubrudziła palców farbami. 

 

Raphael Moore pojawia się w Lake Hills z jednego powodu – musi uciec. Od plotek i kilku tajemnic. Małe miasteczko nieopodal Seattle wydaje się idealnym miejscem, aby na jakiś czas stał się niewidzialny.

 

Lake Hills jest dla mężczyzny tylko przystankiem. Przynajmniej do dnia, w którym na jego drodze niespodziewanie pojawia się ona. Rozkosznie piękna. I równie niewinna. 

Kiedy oferuje dziewczynie papierosa, Raphael nie ma pojęcia, że Lucrecia Maren ma zaledwie osiemnaście lat i jest jedną z uczennic miejscowego liceum. 

Jest jego uczennicą.

 

Niebawem oboje przekonają się, jak niezwykle cienka granica dzieli to, co można, a to, czego się pragnie.

 

Ale czyż miłość, szczególnie ta zakazana… nie jest przypadkiem  najsłodsza?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                                 Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 610

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Julia Brylewska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Strączyńska

Korekta: Aleksandra Krasińska, Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Natalia Szoppa

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 9978-83-8418-730-2 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

OD AUTORKI

Teach Me, Please jest powieścią bazującą na trzech gatunkach literackich – romansie, dramacie oraz elementach typowych dla kryminałów lub thrillerów. Choć pierwsze skrzypce gra tutaj relacja pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów – zakazana, niepoprawna i momentami niemoralna – na kartach tej opowieści znajdują się również wątki, które dla części czytelników mogą okazać się trudne i potencjalnie naruszyć ich komfort podczas lektury.. W trosce o dobro osób, które zdecydują się sięgnąć po Teach Me, Please pozwoliłam sobie wymienić je wszystkie na następnej stronie.

Jeżeli którykolwiek z zamieszczonych tam tematów jest dla Ciebie, najdroższy Czytelniku, szczególnie trudny, jako autorka tej powieści odradzam Ci dalsze czytanie.

Wzmianką należy także objąć relację głównych bohaterów. Zważywszy na sporą różnicę wieku pomiędzy nimi, ich „związek” może budzić dyskusję, pytania, a także – zrozumiałe – zniesmaczenie czy kontrowersje. Pragnę więc wyraźnie zaznaczyć, że ta historia, jest jedynie fikcją literacką i nie ma na celu romantyzowania czy też gloryfikowania podobnych zachowań.

Ocenę moralną pozostawiam jak zawsze Tobie, Czytelniku, i proszę, abyś pamiętał, iż to, co zakazane, zawsze wydaje nam się najsłodsze.

TRIGGER WARNINGS

• śmierć (w tym także skrajne sposoby radzenia sobie z żałobą i bólem po stracie, które nie powinny stanowić wzoru do naśladowania);

• samobójstwo;

• ataki paniki (w tym również różne, niekiedy kontrowersyjne, sposoby radzenia sobie w czasie ich trwania);

• trudne relacje rodzinne;

• brak samoakceptacji;

• wulgaryzmy;

• sceny erotyczne;

• różnica wieku;

• zaniedbywanie emocjonalne dziecka.

W powieści istotną rolę odgrywa wspomniany powyżej temat ataków paniki oraz działań podejmowanych podczas ich trwania. W książce wymienione są dwa sposoby radzenia sobie w takich sytuacjach, opisane i przytoczone na podstawie doświadczeń i przeżyć autorki.

1 LISTOPADADZIEŃ, GDY WSZYSTKO SIĘ DLA NAS SKOŃCZYŁO

Jest późny wieczór, gdy piszę te słowa.

Kilka godzin po tym, kiedy widziałam go po raz ostatni.

Kilka godzin po naszym rozpaczliwym pożegnaniu.

Kilka godzin po obietnicy, którą w ciszy i mroku wyszeptał prosto w moje usta.

Kilka godzin po tym, jak miasteczko wreszcie odetchnęło z ulgą. Morderca został złapany. Strach opadł. Emocje również.

Tylko gdzieś głęboko w moim sercu wciąż tli się jeszcze nadzieja, że gdy rankiem się obudzę, wszystko będzie dokładnie takie, jak zawsze.

Jutro świat będzie jednak zupełnie inny.

Obcy.

Pusty.

Za tydzień, może dwa, życie zacznie powoli wracać na właściwe tory, a ja wciąż będę pamiętać tylko to, że zakochanie się w nim było o wiele łatwiejsze niż zrozumienie, iż ta miłość nigdy nie powinna była się wydarzyć.

To, co nas połączyło, było złe, niepoprawne i zakazane, ale, dobry Boże, smakowało tak słodko, że oboje nie potrafiliśmy poprzestać jedynie na pierwszym razie. Zatraciliśmy się w tym rozkosznym uzależnieniu, nie zważając na konsekwencje, a te, gdy w końcu nadeszły, okazały się druzgocące.

Nie byliśmy częścią pięknej bajki.

Byliśmy czymś nietaktownym, nieodpowiednim i zabronionym.

Byliśmy sekretem, który nie mógł wyjść na jaw.

Ulubionym obrazem naszych grzesznych myśli.

Byliśmy wszystkim.

Raphael Moore pojawił się w moim życiu nagle, bez ostrzeżenia. Nie czekając na zaproszenie, spił z moich ust wszystkie ciche pragnienia, każdą niepoprawną i nieprzyzwoitą rzecz, jaką chciałam, aby ze mną uczynił.

A ja… oddałam mu się bez reszty, nie podejrzewając, że ten mężczyzna będzie początkiem mojego końca, a wszystko przed nim i po nim – prawdziwą udręką.

PROLOGLE DÉBUT D’UNE SÉRIE DE MALHEURS

Początek tej historii określić można mianem le début d’une série de malheurs1,ponieważ rozpoczęła się, jak to zwykle bywa, od tragedii.

Sen o śmierci nie jest snem,

lecz przebudzeniem w innym mroku.

– Edgar Alan Poe

ROZDZIAŁ 1WILLOWMERE

W ostatnim tygodniu letnich wakacji w Lake Hills wydarzyły się trzy niespotykane zjawiska.

Temperatura przekroczyła magiczną barierę dwudziestu stopni Celsjusza już o siódmej rano, co w tej części hrabstwa Clallam, gdzie zwykle dominował deszcz, stanowiło zaskoczenie samo w sobie.

Miranda Baley opublikowała w sieci zdjęcie, które przez następne czterdzieści siedem minut było na ustach wszystkich uczniów Lake Hills High. Ten stan zapewne utrzymałby się znacznie dłużej, gdyby nie wydarzenie trzecie.

Pierwszy raz od trzydziestu siedmiu lat w miasteczku doszło do morderstwa.

Choć wówczas nikt nie miał jeszcze śmiałości pokusić się o podobne podejrzenia.

Początek tego dnia nie zwiastował tragedii, jaką miał się on zakończyć. Tamtego piątkowego popołudnia wszystko wydawało się tak samo nużące i zwyczajne jak zwykle – wiatr jedynie nieznacznie muskał czubki wysokich drzew, płynąca smętnie z radia prognoza pogody zapowiadała przelotne opady deszczu, od co najmniej trzech kwadransów drogą nie przejechał ani jeden samochód.

Wszystko było ciche, spokojne i niewzruszone.

I właśnie takie miało pozostać przez następne dwadzieścia siedem minut.

Melodia wieńcząca prognozę pogody płynnie ucichła, a młoda prezenterka bez przekonania zapowiedziała kolejny utwór. Kilka sekund później z wnętrza starego pick-upa, wartego dokładnie trzysta piętnaście dolarów, wydobyły się pierwsze dźwięki Yesterday zespołu The Beatles.

– Myślisz, że on wiedział? – zapytała Cara.

Lucrecia niechętnie uniosła powieki, odpędziła towarzyszącą jej od dłuższego czasu błogą senność i spojrzała na leżącą tuż obok przyjaciółkę. Maska czerwonego samochodu, noszącego dumne imię Billy – na cześć dziadka Cary, który dołożył jej brakujące pięćdziesiąt dolców, aby mogła go kupić – była przyjemnie ciepła od wiszącego nad głowami dziewczyn słońca.

– John Lennon – dodała, z oczami wpatrzonymi gdzieś wysoko. – Myślisz, że wiedział, że zginie?

Lucrecia również utkwiła wzrok w pokrytym chmurami niebie, tego dnia wyjątkowo niebieskim.

– Nie mam pojęcia – przyznała szczerze. – Chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

– Moja babcia wiedziała. Pijąc poranną kawę, powiedziała przy stole do wszystkich: dzisiaj umrę. Sześć godzin później dostała zawału w fotelu podczas oglądania swojego ulubionego tureckiego serialu.

Powłoka białego dymu uniosła się nad ich głowami.

Lucrecia wyciągnęła rękę, aby odebrać od przyjaciółki wypalonego do połowy papierosa. Zaciągnęła się nim na tyle mocno, by przyjemne pieczenie rozrosło się w jej płucach. Następnie, marszcząc brwi, uświadomiła sobie, że nie pamięta, aby koleżanka kiedykolwiek wcześniej opowiadała jej tę historię.

– Przykro mi…

Cara wzruszyła obojętnie ramionami.

– Babcia była kompletną świruską.

Znów zapanowała cisza.

Z radia co kilka minut wybrzmiewała inna stara ballada rockowa. Z wnętrza baru dobiegały stłumione odgłosy krzątaniny. Coca-Cola w szklanych butelkach stojąca pomiędzy dziewczynami na masce samochodu nie nadawała się już do picia. Podobnie jak zalane ketchupem frytki nie nadawały się do jedzenia.

W Lake Hills czas płynął zupełnie inaczej niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi, choć to miasteczko niemal w niczym nie różniło się od oddalonego o ponad dwadzieścia kilometrów na wschód Forks czy przylegającego do niego niczym jedno płuco do drugiego Oil City. W okresie letnich wakacji dni dłużyły się smętnie niczym tygodnie. Każdy do złudzenia przypominał poprzedni – od spokojnego poranka po równie spokojny i cichy wieczór.

Nie licząc małego, starego kina upchniętego w centrum, dwóch barów i wypożyczalni filmów, z której w dobie Netflixa nikt już nie korzystał, jedyną wartą uwagi atrakcję stanowiło jezioro Willowmere – świadek wielu rozstań, złamanych serc, a także pierwszych i ostatnich razów. To właśnie tam większość dzieciaków spędzała takie dni jak ten – gdy czas znów zwalniał, a słońce łaskawie wychylało się zza deszczowych chmur, oferując kilka godzin ciepła i marną namiastkę lata.

Lucrecia i Cara, chcąc uniknąć tłumów – i nadętych od złudzeń pierwszoroczniaków, którzy zachowywali się zupełnie tak, jakby przekroczenie szkolnego korytarza miało uczynić ich dorosłymi – zdecydowały się spędzić to piątkowe popołudnie na opustoszałym parkingu, gdzie z trudem dostrzec można było choć jedną żywą duszę.

Cóż, nie licząc pana Mareya, który po śmierci żony spędzał w barze przy Willow Road niemal każdy wieczór.

– Zastanawiam się, co bym zrobiła, gdybym wiedziała – stwierdziła nagle Cara. – Gdybym pewnego dnia obudziła się i wiedziała, że to mój ostatni dzień. – Przeciągnęła się leniwie. – Obrabowanie banku i wydanie tych pieniędzy na zachcianki wydaje się stratą czasu. Po co mi te wszystkie rzeczy, skoro mogłabym z nich korzystać przez zaledwie dobę? Tatuaż na twarzy brzmi kusząco, ale wolałabym nie prezentować się na własnym pogrzebie jak ktoś, kto spędził nastoletnie lata w zakładzie poprawczym. Może po prostu pojechałabym nad Wielki Kanion i z niego skoczyła? Albo wskoczyłabym do wody i spadałabym tak długo, aż moje płuca zapadłyby się do środka… – Z ust dziewczyny uciekło pełne rozmarzenia i trwogi westchnienie. – A ty, Lu?

– Co?

– Co byś zrobiła, gdybyś wiedziała, że umrzesz za dwadzieścia cztery godziny?

Lucrecia spojrzała na przyjaciółkę w tej samej chwili, w której w wejściu do baru pojawiła się kobieca sylwetka. Pusty i cichy dotąd parking kilka sekund później wypełnił charakterystyczny dla pani Morgan niski, lecz piskliwy głos:

– Caro!

Cara przewróciła oczami na wołanie matki, ale posłusznie zsunęła się z maski pick-upa na suchą, pełną kurzu ziemię.

– Pewnie znowu ma problem z tabletem do zamówień online – rzuciła. – Zaraz wrócę.

Lucrecia odprowadziła przyjaciółkę wzrokiem.

Kiedy ciemne włosy Cary zniknęły za szklaną witryną, Lu znów oparła głowę o nagrzaną słońcem przednią szybę. Wiszące nad nią niebo bledło z każdą upływającą minutą. Prezenterka w radiu wspomniała coś o opadach deszczu spodziewanych wczesnym wieczorem. Szum gęstego lasu rosnącego po drugiej stronie drogi przypominał złowrogi szept, przepowiadający to, co jeszcze nie nadeszło.

Choć starała się skupić myśli na czymkolwiek innym, pytanie, które padło chwilę wcześniej, powróciło do niej jak coś niechcianego.

Lucrecia myślała o śmierci. Zapewne częściej i intensywniej, niż powinna. Myślała o tym, co jest po niej, ale nigdy o tym, co przed nią.

Czy poczułaby ulgę na świadomość, że to koniec?

Zapewne.

Czy zrobiłaby coś ekscytującego, aby zakończyć swoje życie zupełnie inaczej, niż je wiodła?

Niekoniecznie.

Nie skoczyłaby do Wielkiego Kanionu ani nie utonęłaby w najgłębszym oceanie świata jak Cara. Nie napadłaby na bank. Nie zrobiłaby tatuażu. Nie poleciałaby do Paryża, aby zobaczyć na własne oczy Wieżę Eiffla.

Zrobiłaby coś do bólu zwyczajnego i przyziemnego.

Zaparzyłaby kubek ulubionej brzoskwiniowej herbaty i dodałaby do niej o jedną łyżeczkę cukru więcej niż zwykle. Potem zamknęłaby się w małym pokoju. Tak małym, że nie zmieściłoby się tam nic prócz niewielkiego stołka i sztalugi.

A potem zaczęłaby malować.

Niemal tak, jak dawniej – nie zważając na to, czy ruchy jej nadgarstka są idealne i czy połączyła farby w idealnej proporcji, aby kolor nie wpadł w zbyt gęsty mrok ani w zbyt nijaką bladość.

Malowałaby tak, jakby nic innego nie miało już znaczenia.

Bo nie miałoby.

Zupełnie tak, jak przed dniem, gdy…

Trzask szklanych drzwi wdarł się do myśli Lucrecii i sprowadził ją z powrotem na ziemię – do świata tak rzeczywistego, że musiała przypomnieć sobie, kim była, zanim ponownie zaczęła udawać kogoś innego.

Znów leżała na masce starego samochodu, na parkingu, tuż przed starym barem z najlepszymi burgerami w okolicy.

Znów nie umierała.

– Mówiłam jej, że to kiepski pomysł, bo nie jest w stanie ogarnąć nawet własnego maila, ale jak zwykle uparła się przy swoim – burknęła Cara z wyczuwalnym w głosie zmęczeniem. – Jest za stara na nowoczesne wynalazki.

– Twoja mama chce się rozwijać – podsunęła Lu, patrząc, jak przyjaciółka z grymasem sięga po paczkę papierosów i telefon leżące na przednim siedzeniu. Jej długie, czarne niczym zaschnięty atrament włosy opadły gładkimi falami na opalone policzki.

Cara zawsze wyglądała zachwycająco, nawet ze skórą mokrą od potu i z grymasem zdobiącym usta. Była typem dziewczyny, która w loterii genetycznej zgarnęła wszystko, co najlepsze – idealną cerę, piękne włosy i zgrabną sylwetkę. Nawet jej specyficzny, często wybuchowy i ekstrawagancki charakter nie wydawał się przy tym aż tak wielkim defektem.

Lucrecia wyglądała przy niej niczym niewyrośnięty dzieciak, który dopiero rozpoczyna przygodę ze szkołą średnią.

Kto by pomyślał, że raptem za kilka dni obie miały rozpocząć ostatni rok nauki?

– To Lake Hills. Tutaj wszystko przestało się rozwijać jakieś czterdzieści lat temu. – Cara wsunęła papierosa do ust. – Sprzedałabym duszę samemu diabłu za Starbucksa, McDonalda albo chociaż KFC. Jestem pewna, że postawią cokolwiek z tego, co właśnie wymieniłam, gdy tylko wyprowadzimy się stąd, Lu.

Lucrecia poczuła znajomy, cierpki ścisk w gardle na dźwięk tych słów. Szybko jednak odsunęła zmartwienia na bok, obiecując sobie, że zajmie się nimi nieco później. Wakacje wciąż przecież jeszcze nie dobiegły końca.

Miała jeszcze sporo czasu, aby…

– O mój Boże! Miranda zrobiła sobie cycki!

Cara pomachała telefonem tak blisko twarzy Lucrecii, że ta zdołała zobaczyć tylko niewyraźny zarys selfie i platynowy odcień włosów Mirandy. Nie musiała dopytywać, o którą Mirandę chodziło. W Lake Hills istniała tylko jedna dziewczyna o takim imieniu. A nawet jeżeli mieszkałaby tutaj jakakolwiek inna Miranda, zostałaby jedynie cieniem tej pierwszej.

– Chryste, są ogromne – dodała Cara. – Wygląda jak aktorka filmów dla dorosłych. I to tych tanich, w których średnio przystojny facet przychodzi naprawić pralkę… A potem… – Znów zamilkła, mrużąc oczy tuż przed ekranem. Zanim Lucrecia zdołała przypomnieć jej, że powinna nosić okulary, dziewczyna znów podjęła: – Dwa tysiące polubień w piętnaście minut. Ludzie aż tak bardzo lubią puste laski z dużymi cyckami?

W odpowiedzi Lucrecia wzruszyła jedynie ramionami. Starała się sprawiać wrażenie, jakby było jej to obojętne, i jednocześnie próbowała przełknąć nieprzyjemną gorycz, która nagle pojawiła się na jej języku.

Nie chodziło o Mirandę.

Chodziło o coś, co miała.

Cóż, oczywiście Lucrecii nie chodziło o jej nowe, ogromne piersi, a…

Cara spojrzała na przyjaciółkę tak, jakby wiedziała, co ta próbowała ukryć w myślach, i zapytała:

– Sądzisz, że zrobiła to dla Chase’a?

Lucrecia z trudem przełknęła ślinę i znów wzruszyła ramionami.

W przeciwieństwie do Mirandy Chase Harrison obchodził ją o wiele bardziej, niż powinien.

I o wiele bardziej, niż Lucrecia by sobie tego życzyła.

– Przed wakacjami krążyły plotki, że podobno nie jest między nimi za ciekawie. Może pomyślała, że zatrzyma go przy sobie wielkimi cyckami. Jaki to rozmiar? – zastanawiała się, znów zerkając na zdjęcie. – D? E?

Jakakolwiek złowroga opatrzność czuwająca w tamtej chwili nad Lucrecią okazała dziewczynie litość, uwalniając ją z tej przepełnionej niewypowiedzianą torturą rozmowy – dookoła rozbrzmiała syrena policyjnego radiowozu. Dźwięk ten był najpierw tylko niewyraźnym szeptem niesionym przez wzbierający na sile wiatr. Właściwie ledwie dało się go usłyszeć. Z każdą sekundą stawał się jednak coraz donośniejszy, aż w końcu biało-błękitny samochód przemknął tuż obok baru pani Morgan, w brutalny sposób ożywiając dotąd martwą okolicę.

Być może nie należałoby doszukiwać się w tym niczego nadzwyczajnego – nawet w Lake Hills zdarzały się nagłe zgłoszenia, wymagające pilnej interwencji, zwykle dotyczące awantur domowych – gdyby nie fakt, iż za pierwszym radiowozem równie szybko przemknął drugi, za drugim natomiast trzeci i czwarty.

Lucrecia i Cara wymieniły spojrzenia.

Nie potrzebowały słów, gestów ani nawet najdrobniejszego skinięcia głową, aby do ich umysłów wpadła ta sama szalona myśl. Jeśli istniało cokolwiek, co mogłoby uczynić ten nudny dzień choć odrobinę bardziej ekscytującym, wchodziły w to.

Zgodnie milcząc, zsunęły się z maski starego, poczciwego Billy’ego na parking i pośpiesznie wsiadły do samochodu. Wyjeżdżając na drogę, Lucrecia przez obłoki kurzu zdołała dostrzec jeszcze sylwetkę pani Morgan, która wybiegła z baru, aby je zatrzymać.

Było już jednak za późno.

Pozostawione daleko za nimi czerwone neony baru gasły we wstecznym lusterku. Droga przed nimi rozciągała się natomiast długą, wąską wstęgą. W Lake Hills głównych tras było niewiele – każda z nich prowadziła w stronę cichego centrum miasteczka albo ku jezioru Willowmere.

Cara docisnęła pedał gazu. Billy wydał dźwięk przypominający przeciągły jęk, jakby chciał dać im znać, że osiągnięcie takiej prędkości w jego wieku i kondycji to spore wyzwanie. Głos prezenterki radiowej ledwie przebijał się przez dudnienie starego silnika, a wskazówka prędkościomierza drżała w rytmie nadawanym przez nierówny asfalt.

Przekroczyły dozwoloną prędkość o dobre trzydzieści kilometrów na godzinę, ale w tamtej chwili żadna z nich nie zamierzała zaprzątać sobie tym głowy. Kiedy zakręt wypuścił je prosto na zjazd w stronę jeziora, pomiędzy gęstymi drzewami dostrzegły błyski – czerwone i niebieskie. Radiowozy stały przy drodze, zaparkowane w chaotyczny sposób.

Z radia wciąż dobiegał spokojny, nierzeczywisty głos kobiety, która nie miała pojęcia, że w Lake Hills właśnie zaczyna się coś, o czym niebawem będą mówić wszyscy.

Lucrecia i Cara również nie zdawały sobie z tego sprawy – obie zgodnie pomyślały, że nad jeziorem po prostu doszło do bójki. Może Jack, kapitan szkolnej drużyny koszykówki, postanowił wybić kilka zębów komuś, kto przez przypadek spojrzał na tyłek jego dziewczyny? W drugiej klasie dwa razy prawie wyleciał z drużyny za coś podobnego. A może to tylko pierwszoroczniaki, napompowane szalejącymi hormonami, szukające byle pretekstu, aby się poszarpać?

– Jestem pewna, że to ten dupek Jack – rzuciła przez ramię Cara, gdy szły wąską ścieżką pomiędzy drzewami. – Jest zazdrosnym, toksycznym idiotą – prychnęła z pogardą. Cara nienawidziła zdecydowanej większości przedstawicieli płci przeciwnej. – Lizzy nawet nie ma aż tak ładnego tyłka.

Lucrecia dostrzegła tłum już z odległości kilkudziesięciu metrów. Choć Lake Hills liczyło niespełna dwa tysiące mieszkańców, tego popołudnia nad jeziorem zgromadziła się chyba połowa z nich. Dziewczynie z trudem udało się przepchnąć na tyle, aby cokolwiek zobaczyć.

Gdy w końcu jednak jej wzrok dosięgnął czegoś więcej niż półnagie ciała owinięte plażowymi ręcznikami, cała jej uwaga skupiła się na starym pomoście. Długa na kilkanaście metrów, zbudowana z drewnianych, wątpliwej jakości desek droga docierała niemal do samego serca jeziora Willowmere.

Stało na niej kilkoro policjantów.

Lucrecia znała imiona prawie wszystkich z nich – Rowan, Callum, Beckett i zastępca szeryfa Gideon, który ukradkiem dawał jej miętowe cukierki, gdy jako dziecko wpadała na komisariat. Kawałek dalej znajdował się Julian – zatrudnił się w Lake Hills zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Teraz owijał wokół jednego z drzew początek żółtej policyjnej taśmy. Na prawo od niego natomiast…

Lydia Maren, szeryf miejscowej policji, spojrzała na Lucrecię w niemal tym samym momencie, w którym Lucrecia spojrzała na nią. Kiedy kobieta rozpoznała ją w tłumie stojących na plaży dzieciaków, ciężko odetchnęła. Następnie wydała stojącemu obok policjantowi krótkie polecenie i ruszyła w stronę gapiów.

Każdy posłusznie schodził jej z drogi.

Każdy oprócz Lucrecii.

– Hej, mamo – mruknęła, gdy kobieta przystanęła tuż przed nią.

– Co ty tutaj robisz? – zapytała, patrząc z góry na córkę. – Myślałam, że miałaś spędzać dzisiaj czas z Carą.

Na dźwięk własnego imienia Cara pojawiła się tuż za plecami przyjaciółki.

– Byłyśmy razem – zapewniła dziewczyna. – Chciałyśmy zobaczyć, czy to znowu Jack Holmes nie…

Szeryf Maren przerwała jej i znów zwróciła się do córki:

– Poproszę Juliana, żeby odwiózł cię do domu.

– Ja ją podrzucę – zaproponowała Cara, narażając się na pełne zwątpienia spojrzenie.

– No dobrze. Zbierajcie się już. Nie powinno was tutaj być.

Jeden z policjantów zaczął przeganiać stojący na plaży tłum, ignorując zadawane mu pytania.

– Mamo, czy coś…

Pani Maren nie dała dojść córce do słowa:

– Wrócę dzisiaj później. Nie czekaj na mnie z kolacją, dobrze?

Lucrecia niepewnie skinęła głową.

Chwilę później poczuła ciepłą dłoń Cary obejmującą jej nadgarstek.

– Chodźmy.

Ruszyły razem z tłumem w kierunku ukrytej za gęstymi drzewami drogi. Wśród niepewnych szeptów pobrzmiewało kilka nieustannie powtarzających się pytań:

– Myślisz, że to naprawdę były…

– Gdyby to było coś innego, po co zjawiłoby się tutaj aż tyle policji?

Odpowiedzi zawisły gdzieś w powietrzu, schowane pomiędzy strachem i niedowierzaniem. Nikt nie miał dość odwagi, aby wypowiedzieć to jedno słowo na głos. Nikt nie miał dość odwagi, aby powiedzieć to, o czym myśleli w tamtym momencie niemal wszyscy.

Lucrecia zerknęła przez ramię tylko raz, w tej samej chwili, w której z jeziora Willowmere wyciągnięto ciało rudowłosej dziewczyny.

ROZDZIAŁ 2CIENKA GRANICA POMIĘDZY ŻYCIEM A ŚMIERCIĄ

W samochodzie od kilku minut panowała cisza, przerywana jedynie przez Kylie Minogue, która razem z Nickiem Cave’em śpiewała o nieszczęśliwej miłości2. Melodia wydobywała się ze starego radia w równych odstępach, zupełnie jakby głośniki z trudem wypluwały kolejne wersy.

Cara z westchnieniem irytacji wyłączyła radio, gdy tylko wjechały na Moonvale Street. Starając się nieco rozluźnić napiętą atmosferę, rzuciła z wymuszonym rozbawieniem w głosie:

– Ostatnie, czego mam ochotę teraz słuchać, to historia gościa, który tak bardzo się zakochał, że postanowił utopić swoją ukochaną.

Lucrecia nie odpowiedziała.

Ze wzrokiem wbitym w boczną szybę, w szeregu bliźniaczych domków szukała tego, przy którym świeciła się mała lampka. Nie wiedziała, czy to, co poczuła, gdy w końcu ją ujrzała, było ulgą, czy czymś wprost przeciwnym.

Przed oczami wciąż miała zlepione wodą intensywnie rude włosy okalające bladą skórę. Choć ze wszystkich sił starała się przekonać samą siebie, że to przecież mogło być tylko zwierzę – w końcu w pobliskich lasach żyło ich mnóstwo – zdrowy rozsądek nie dał się tak łatwo oszukać.

Lucrecia doskonale wiedziała, jak wyglądają ludzkie zwłoki.

To nie był pierwszy raz, kiedy ujrzała je na własne oczy.

Stary, poczciwy Billy z cichym skrzypnięciem zmęczenia zatrzymał się przy podjeździe domu oznaczonego numerem siedemnaście. Lampka zawieszona na ganku zamigotała poruszana nagłym wiatrem.

Choć od momentu, kiedy Cara i Lucrecia opuściły plażę przy jeziorze Willowmere, minął dopiero nieco ponad kwadrans, niebo znacznie poszarzało, a zza drzew otaczających miasteczko powoli nadciągał zapowiadany deszcz. Okolica wydawała się jednak spokojna, jak to zwykle bywało w niemal każdy piątkowy wieczór w Lake Hills.

– Jesteśmy.

Lucrecia spojrzała na przyjaciółkę.

– Wejdziesz?

– Chyba będzie lepiej, jeżeli już pojadę. Moja mama pewnie i tak wyrywa sobie włosy z głowy ze zmartwienia.

– Daj znać, gdy dotrzesz na miejsce – poprosiła, wysiadając z samochodu.

– Lu?

Lucrecia zamarła z dłonią wciąż zaciśniętą na klamce. Gdy spojrzała na Carę, dostrzegła na jej twarzy szczere zmartwienie.

– Wszystko w porządku? – zapytała. – Przez całą drogę nie odezwałaś się nawet słowem.

– Tak. Po prostu… – Lucrecia wzruszyła ramionami. – To był długi dzień.

– Jasne. Rozumiem.

– Jedź ostrożnie – powiedziała zamiast pożegnania, po czym zamknęła drzwi i cofnęła się o krok. Jej sprane trampki zatopiły się w miękkim, nierówno przystrzyżonym trawniku.

Lucrecia w milczeniu patrzyła, jak czerwony pick-up odjeżdża w głąb ulicy, a potem znika za najbliższym zakrętem. Wydawany przez stary silnik odgłos przypominający warkot traktora ucichł kilka sekund później.

Wnętrze domu było jeszcze cichsze niż opustoszała ulica. Gdy dziewczyna zamknęła za sobą drzwi, odruchowo przekręciła kluczyk w drzwiach i oparła się o ich powierzchnię. Z jej płuc uciekł ciężki oddech, który przegnał ciszę na chwilę nie dłuższą niż uderzenie serca. A potem wróciła – osiadła na poręczy schodów, na ramkach zdjęć zawieszonych w korytarzu i gdzieś dalej, w głębi domu, gdzie mrok zdawał się zawisnąć w powietrzu, lepki jak sen, z którego nie sposób było się wybudzić.

W sercu Lucrecii coś drgnęło, gdy w mrocznym złudzeniu ciemność w głębi domu się poruszyła. Racjonalna część umysłu dziewczyny wiedziała, że było to niemożliwe, że to tylko wybryk wyobraźni nakarmionej strachem, wspomnieniami i czymś jeszcze gorszym.

Ale…

Odepchnęła się od chłodnej powierzchni, po czym ruszyła korytarzem. Minęła wejście do kuchni, a potem do salonu. Przystanęła dopiero kilka kroków za schodami, gdzie mrok stawał się bardziej żywy.

Właśnie tam, kilkanaście metrów dalej, w dawno zapomnianej części domu znajdowały się drzwi, a tuż za nimi…

Hałas za plecami Lucrecii sprawił, że serce podeszło jej do samego gardła. Odwróciła się gwałtownie, odetchnęła jednak z ulgą. U szczytu schodów z typową dla siebie gracją pojawił się kot – rudy od piegowatego nosa aż po sam ogon.

– Cholera, Cynamon – mruknęła. – Ale mnie przestraszyłeś.

Kot, niewzruszony tymi słowami, odwrócił się i zniknął w ciemności wypełniającej pierwsze piętro.

Lucrecia zerknęła przez ramię, ostatni raz myśląc o pokoju znajdującym się na końcu korytarza, po czym wspięła się po schodach. Drzwi do jej sypialni były lekko uchylone, a ze środka wydobywało się żółte światło lampek zawieszonych na ramie łóżka. W pomieszczeniu panował rozgardiasz – na podłodze wciąż leżały ubrania, które wyrzuciła z szafy rankiem podczas szukania koszulki ze spranym logo Coca-Coli. Na materacu, pomiędzy kilkoma egzemplarzami książek z serii Cassandry Clare, wylegiwał się natomiast Cynamon. Bałagan najwidoczniej ani trochę mu nie przeszkadzał.

Gdy Lucrecia opadła na łóżko, w kieszeni jej spodenek zawibrował telefon. Na ekranie pojawiła się wiadomość od Cary:

Cara:

Informuję, że dojechałam bezpiecznie do domu. Po drodze nie zjadły mnie wilkołaki ani nie(stety) nie porwał żaden seksowny wampir (:(). PS Mama się wściekła, jestem uziemiona na kolejne dwa dni.

Lucrecia:

Będziesz miała czas, żeby w końcu przeczytać książkę, którą pożyczyłaś ode mnie trzy tygodnie temu.

PS Przykro mi z powodu (nie)porwania przez seksownego wampira.

Cara:

Czy w tej książce jest jakiś seksowny wampir?

Lucrecia uśmiechnęła się pod nosem, po czym odrzuciła telefon gdzieś na materac i podniosła się z łóżka. Cynamon niechętnie, zupełnie jakby należało to do części obowiązków, które musiał wypełnić, powędrował za nią do łazienki. Tam przysiadł w wejściu, by obserwować, jak zmywa z twarzy reszki makijażu i wiąże długie, jasne włosy w luźny warkocz. Zamierzała spędzić resztę wieczoru na czytaniu, aby potem, jak niemal każdego dnia wakacji, zasnąć podczas oglądania kolejnych odcinków Grey’s Anatomy.

Gdy przebrana w luźny dres wróciła do pokoju, ekran leżącego na łóżku telefonu się rozświetlił.

Cara:

Na serio wszystko w porządku? To nad jeziorem… To pewnie nic takiego. Nie zaprzątaj sobie tym głowy, jasne?

Lucrecia:

Jasne

Zanim Lucrecia zdołała znów odłożyć telefon i chwycić książkę, nadeszła kolejna wiadomość.

Cara:

O CHOLERA

O C H O L E R A

Lucrecia:

?

Caro?

To nie jest zabawne…

Cara:

Przepraszam, to z ekscytacji

Lucrecia przewróciła oczami, oparła głowę o stos poduszek i napisała pośpieszną odpowiedź. Nie zdążyła jej jednak wysłać, na komunikatorze pojawiła się bowiem nowa wiadomość od Cary.

Dwa słowa.

Tylko dwa słowa wystarczyły, aby Lucrecia poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Cara:

S. wróciła.

Użytkownik udostępnia link: https://www.StheWhisper.com/post/19782948274

Wyglądało na to, że tego dnia w Lake Hills wydarzyły się tak naprawdę cztery niespotykane rzeczy. Mniej lub bardziej makabryczne. Każda z nich z całą pewnością ożywiła jednak to senne, zapomniane przez wszystkich miasteczko i dała początek czemuś, co już na zawsze miało zmienić do bólu zwyczajne życie Lucrecii Maren.

Bowiem… jak to zwykle bywa, każda warta uwagi opowieść musi się rozpocząć od tragedii.

Z tą myślą, skrytą gdzieś głęboko w zakamarkach swojej duszy, Lucrecia weszła w wysłany przez Carę link.

ROZDZIAŁ 3WIERZYCIE W PRZYPADKI?

Wpis został opublikowany o 19:37.

Choć składał się z zaledwie kilku zdań, rozpalił wiele zepsutych serc i jeszcze więcej mrocznych myśli. W miasteczku takim jak Lake Hills każda nowość i tajemnica były na wagę złota. Nic więc dziwnego, że ktoś kryjący się pod pseudonimem, gotów bez skrupułów wyciągać na światło dzienne wszystko, co inni najchętniej zakopaliby głęboko pod ziemią, stał się atrakcją samą w sobie – szczególnie wśród uczniów miejscowego liceum.

Wierzycie w przypadki?

Dzisiaj los obdarował nas nimi aż nadto, prawda?

A to oznaczać może tylko jedno –

wakacje właśnie dobiegły końca.

Welcome back, Lake Hills.

– S.

ROZDZIAŁ 4OPHELIA

Na pięknej twarzy Ophelii malowały się emocje, które niezwykle trudno było zamknąć w zaledwie kilku prostych słowach – rozpacz, desperacja, a może także ulga oraz odrobina zgubnej i wątpliwej nadziei?

Coś na pograniczu pogardy i zmęczenia. Trochę smutku. Nieco więcej rozczarowania.

Ophelia umierała.

Pośród kwiatów, w zarośniętym strumyku, dotknięta obłędem.

Samotnie.

I cicho.

Marna resztka życia uszła z jej drobnego ciała, unoszącego się leciutko na powierzchni wody. Tylko jej oczy, na wpół przymknięte, zdawały się jeszcze nieznacznie błyszczeć. Stary rzutnik nie oddawał jednak tego w pełni, uśmiercając Ophelię niemal tak okrutnie, jak uczynił to niegdyś John Everett Millais3.

Ophelia umierała, a wpatrzeni w nią studenci wydawali się znużeni późną godziną i parnym powietrzem, wypełniającym salę na czwartym piętrze. Jej śmierć ich nie obchodziła. Z głowami podpartymi na dłoniach, w akcie znudzenia zerkali co jakiś czas w stronę zegara. Wisiał nad wejściem i tego dnia zdawał się pracować nieznośnie ociężale. Do końca zajęć wciąż pozostał nieco ponad kwadrans.

Raphael Moore przystanął, jak miewał w zwyczaju, na szczycie auli amfiteatralnej i nieśpiesznie powiódł wzrokiem po pnących się ku górze rzędach krzeseł.Następnie przemówił, przez co kilkoro przysypiających studentów gwałtownie poderwało głowy:

– Przyjęta chłodno przez krytyków, dziś uznawana za ikoniczne dzieło prerafaelityzmu, łączące piękno z mrocznym dramatyzmem. – Przemieścił się o kilka stopni w dół. Odgłos stawianych przez niego kroków rozniósł się echem po pomieszczeniu. – Modelką, która na płótnie przekształciła się w Ophelię, była Elizabeth Siddal. Muza i artystka. Pozując w wannie z zimną wodą, nabawiła się poważnego przeziębienia.

Raphael Moore pokonał ostatni stopień i dotarł do szerokiego biurka, gdzie na blacie wciąż stał papierowy kubek z zimną już kawą. Potem uniósł wzrok, by poświęcić nieco uwagi Ophelii, po czym podjął:

– Żadne muśnięcie pędzla na tym obrazie nie jest przypadkowe. John Everett Millais gardził przypadkami. – Zwrócił się w stronę studentów i powiódł wzrokiem wzdłuż kilku zajętych rzędów.

Sala numer trzydzieści siedem liczyła dokładnie czterysta sześćdziesiąt miejsc, zaś liczba nazwisk widniejąca na liście przedmiotu, który wykładał – zaledwie sto czterdzieści dziewięć. W piątkowy ciepły wieczór, niespełna kilka dni przed oficjalnym rozpoczęciem semestru, frekwencja wynosiła mniej niż pięćdziesiąt procent.

Cóż, wakacyjne wykłady nigdy nie cieszyły się szczególnym zainteresowaniem.

Raphael Moore przyjrzał się wszystkim tym zmęczonym twarzom. Spojrzał na Ernesta Gilla, który w piątym rzędzie od góry przegrywał kolejną rundę w Call of Duty, uparcie wierząc, że odwróconym do góry nogami podręcznikiem zdoła zakryć telefon. Kilka miejsc dalej znajdował się różowy bidon marki Stanley, tuż za nim natomiast – Daphne Johannson. Dziewczyna z zadziwiającą dokładnością analizowała rozłożenie lakieru na każdym ze swoich paznokci.

Byli też oczywiście także ci, którzy naukę obrali za jedyny istotny cel w swoim życiu. Zajmowali miejsca w rzędach numer dwa i trzy, zapewne nie chcąc sprawiać wrażenia, że są zbyt nadgorliwi. Raphael czuł na sobie ich palące spojrzenia niemal tak dobitnie, jakby stali tuż za jego plecami.

Wciąż nie był pewien, która z tych grup przerażała go bardziej –ci zainteresowani tylko poruszającymi się wskazówkami zegara czy może ci pragnący, aby czas płynął znacznie wolniej.

Do końca zajęć pozostało dokładnie osiem minut.

– Ophelia umiera – ogłosił na tyle niespodziewanie, że nawet panna Johannson zdecydowała się na niego spojrzeć. – A wy patrzycie tylko na jej twarz. Nie zwracacie uwagi na nic poza jej ciałem, zapadającym się w wodzie. Nie dostrzegacie otaczających ją kwiatów, choć są odpowiedzią na wszystkie pytania, które mógłbym wam teraz zadać. – Kącik jego ust drgnął nieznacznie ku górze, gdy mężczyzna dostrzegł, że zdołał przyciągnąć uwagę studentów. – Maki są symbolem snu i śmierci. Stokrotki niewinności. Bratki to bezowocna miłość. Ophelia umiera, bo nie ma już dokąd pójść ani w kim się schronić. Nawet kwiaty, które niosła, nie były w stanie utrzymać jej na powierzchni.

Jedna z rąk w rzędzie numer dwa powędrowała do góry.

– Tak, panie Greyson?

Szczupły młodzieniec poprawił zsuwające się z nosa okulary, po czym odchrząknął i w końcu zapytał:

– Czy podobne zagadnienie może pojawić się na egzaminie końcowym?

Raphael Moore nieznacznie się uśmiechnął.

Wskazówki zegara ustawiły się w prostej linii i wskazywały dokładnie szóstą wieczorem.

– To wszystko na dzisiaj – oznajmił. – Do zobaczenia we wtorek.

Sala wykładowa opustoszała w zaledwie minutę, przy akompaniamencie odgłosów kroków oraz pełnych ulgi i zmęczenia westchnień. Raphael Moore nie śpieszył się tak jak studenci, którzy właśnie rozpoczęli długo wyczekiwany weekend. Pozbierał z biurka swoje rzeczy – dwa podręczniki o historii sztuki, pióro z czarnym atramentem i kubek po kawie – i ostatni raz powiódł wzrokiem dookoła. Teraz, gdy wszystkie miejsca były puste, to kolosalne pomieszczenie wydawało się jeszcze większe.

Kiedy w końcu wyszedł na korytarz, aż do kamiennych schodów nie napotkał żywej duszy. Jego gabinet, podobnie jak gabinety innych wykładowców, znajdował się na pierwszym piętrze, w zachodnim skrzydle budynku. Aby się do niego dostać, musiał minąć wykuty z marmuru posąg będący wierną kopią Piety Michała Anioła, niedziałający od miesiąca automat z kiepskiej jakości kawą, a także recepcję, gdzie jak zwykle napotkał serdeczny uśmiech pani Lowis.

– Koniec na dzisiaj? – zapytała, zerkając na niego zza okularów z nienaturalnie wąskimi oprawkami.

Raphael odwzajemnił uśmiech.

– Zostało mi jeszcze tylko trochę papierkowej pracy.

– Papierki mogą poczekać – rzuciła z wymownym wyrazem twarzy.

Joy Lowis troszczyła się o wszystkich niczym o własne dzieci. Swoich nigdy się nie doczekała, więc traktowała cały wydział, w tym rektora, jak pociechy, o które musi dbać. Raphael, jako najmłodszy z wszystkich wykładowców, nie stanowił wyjątku.

Jak niemal każda matka, pani Lowis nie znosiła, gdy jej dzieci pracowały ponad swoje siły.

– Obawiam się, że te niestety nie – odparł przez ramię, nie pozwalając, aby kobieta znów go zatrzymała.

Nie musiał zerkać w jej kierunku, by wiedzieć, że skrzywiła się z niezadowoleniem, pokręciła głową i wymruczała pod nosem kilka przesiąkniętych bezradnością słów.

Jego gabinet mieścił się na samym końcu szeregu drzwi opatrzonych złotymi tabliczkami. Wszystkie z pomieszczeń były zamknięte na klucz. Jako jedyny wykładowca zgodził się prowadzić zajęcia aż do późnego popołudnia. Niezwykle lubił rozkoszną ciszę, wypełniającą w tych godzinach długie, ciemne korytarze.

Pomyślał, że naprawdę będzie mu jej brakować.

Podobnie jak Joy Lowis i sali numer trzydzieści siedem.

Z całą pewnością nie zatęskni natomiast za tabliczką zdobiącą drzwi jego gabinetu. Połyskujące na złoto litery, układające się w trzy słowa, od początku pracy tutaj nieznośnie go drażniły.

Profesor Raphael Moore

Gdy mężczyzna przestąpił próg niewielkiego pomieszczenia, na blacie dębowego biurka czekał na niego list. Schowany w wykonanej z grubego papieru kopercie, opatrzonej pieczęcią z imieniem i nazwiskiem rektora wydziału, sprawiał wrażenie natrętnej muchy, która przypominała o swojej obecności za każdym razem, kiedy tylko zdołał o niej zapomnieć.

Raphael Moore nie otworzył listu.

Nie musiał.

Doskonale wiedział, co stanowiło jego zawartość.

I właśnie dlatego postanowił przez chwilę z tym zwlekać.

Podszedł do biurka, pozbył się czarnego płaszcza i przewiesił go przez oparcie krzesła. Wieczorem, nawet w końcu upalnego lata, wydział nauk o sztukach pięknych był miejscem chłodnym i ciemnym. Głównie za sprawą marmurowych podłóg i stosunkowo niewielkiej liczby okien.

Odkładając podręczniki na blat, Raphael znów spojrzał na list. Koperta drgnęła, jakby chciała przypomnieć o swojej obecności. Utkwił w niej wzrok.

Wnętrze gabinetu wypełniała subtelna ciemność, rozświetlana jedynie żółtym blaskiem małej lampki. Dwa okna do połowy przysłonięte były stosami książek. W pomieszczeniu było zimno i pachniało mokrym drewnem – urok starych budynków. Wszystko zdawało się takie ciche.

Dręczyła go tylko koperta.

Gdy w końcu niechętnie po nią sięgnął, rozległo się pukanie.

Raphael spojrzał w stronę drzwi.

Był pewien, że to pani Lowis postanowiła popędzić za nim i pomęczyć go nieco swoją matczyną troską.

– Proszę – powiedział na tyle głośno, aby to słowo przedostało się przed ciężkie drzwi.

Zaskoczenie jedynie cieniem rzuciło się na jego twarz, kiedy zamiast starszej, drobnej kobiety w wąskich okularach w drzwiach jego gabinetu pojawiła się ciemnowłosa dziewczyna z różowym kubkiem w dłoni.

Raphael Moore nieznacznie zmarszczył brwi.

– Mój dyżur zakończył się kwadrans temu, gdy wybrzmiał ostatni dzwonek moich zajęć, panno Johannson – poinformował.

Daphne Johannson niepewnie przestąpiła z nogi na nogę, przybierając wyraz twarzy godny skarconego dziecka.

– Tak, wiem. Po prostu… – zamilkła i spuściła nieznacznie wzrok. – Naprawdę nie chciałam pana profesora niepokoić o tak późnej porze, ale…

Raphael Moore westchnął.

W końcu i tak nie zamierzał jeszcze wracać do mieszkania.

– W porządku. Wejdź, proszę.

Dziewczyna przestąpiła próg gabinetu,po czym pośpiesznie zamknęła za sobą drzwi. Gdy znów spojrzała na mężczyznę, twarz miała już nieco mniej zakłopotaną.

– W czym mogę ci pomóc, Daphne? – zapytał.

– Chodzi o temat z poprzednich zajęć. Mam pytanie…

– Dlaczego nie zadałaś go na sali wykładowej? – uciął.

Odgłos szpilek odbił się od ścian, gdy dziewczyna przesunęła się o dwa kroki w stronę biurka, za którym wciąż stał.

– Trochę mi wstyd, że tego nie rozumiem. – Uśmiechnęła się niewinnie. – W końcu to taki prosty temat, prawda?

Raphael Moore skinął głową.

W istocie, wielcy malarze renesansu stanowili przyjemne i łatwe do przyswojenia zagadnienie, z którym większość studentów, także tych mało ambitnych, nie napotykała większych problemów. W końcu nawet zwykli laicy ani trochę nieznający się na malarstwie wiedzieli, kim byli Leonardo da Vinci, Michał Anioł czy Rafael Santi.

– To nie pierwszy raz, kiedy masz z czymś problem, Daphne. Twoje oceny z ostatnich egzaminów nie są…

– Wiem. – Postawiła nagły krok w przód. Wydawała się szczerze przejęta. – Ale chciałabym to zmienić.

Raphael zmierzył ją wzrokiem, po czym znów westchnął. Nigdy nie był typem wykładowcy, który dla sprawienia sobie odrobiny uciechy utrudniałby studentom życie. Przecież nie tak dawno sam był na ich miejscu.

– To dopiero twój drugi rok, więc jeżeli teraz zabierzesz się do pracy, masz spore szanse, aby nadrobić zaległości.

Na pięknej twarzy Daphne Johannson pojawił się uśmiech, który dotarł aż do jej brązowych oczu. Zniknęły natomiast udawany wstyd i idealnie wyćwiczony smutek.

– Właśnie w tej sprawie tutaj przyszłam. – Zatrzymała się po drugiej stronie biurka. – Chodzi o to, że… nauka nigdy nie była moją mocną stroną. – Czubek jej długiego paznokcia musnął nieznacznie krawędź dębowego blatu. – I nadal nie jest. – Z ust dziewczyny uciekło leciutkie westchnienie. – Rodzice płacą mi za mieszkanie i zagrozili, że jeżeli moje wyniki się nie polepszą, przestaną to robić. Widzi pan, panie profesorze, ja absolutnie nie nadaję się do pracy. Pomyślałam więc o dodatkowych zajęciach albo…

– Nie udzielam korepetycji – przerwał. – Ale mogę wysłać na twojego maila trochę materiałów, z których będziesz w stanie przygotować się do następnego zaliczenia. – Wyszedł zza biurka. – Mam też kilka książek, gdybyś była zainteresowana… – Zamilkł, kiedy Daphne niespodziewanie zastąpiła mu drogę.

– Byłoby świetnie, ale jak już wspomniałam, nauka nie jest moją mocną stroną, więc… – Ton jej głosu uległ zmianie. Stał się cichszy i subtelniejszy. Kolejne słowa wypowiedziała niemal szeptem: – Gdyby istniał jakiś inny sposób…

– Inny sposób? – powtórzył, unosząc ciemną brew.

Daphne postawiła kolejny krok w jego stronę.

Znalazła się znacznie bliżej niż wcześniej.

I znacznie bliżej, niż powinna.

Raphael Moore spojrzał na nią z góry. Czuł mocny zapach słodkich perfum i oddech na swojej szyi, gdy dziewczyna zadarła podbródek i odwzajemniła jego spojrzenie.

– Myślę, że doskonale mnie pan rozumie, profesorze. – Obdarowała go kolejnym słodkim uśmiechem. – Po uczelni krąży wiele plotek na pana temat…

Nie zareagował na jej słowa. Bo były prawdą.

W przeciwieństwie do plotek.

Zapytał jedynie, wciąż spokojny i niewzruszony:

– I zdecydowałaś się w nie uwierzyć?

Daphne wzruszyła szczupłymi ramionami, układając usta w dziubek.

– Nie mam zbyt wiele do stracenia. – Przygryzła delikatnie dolną wargę. – Pan też nie, prawda? Myślę, że oboje moglibyśmy… – znalazła się jeszcze bliżej, podchodząc do niego niemal bezszelestnie – …sporo na tym zyskać. Ja dobre oceny, a pan, profesorze… – Uniosła dłoń. Jeden z jej długich paznokci zahaczył o guzik koszuli Raphaela, zanim ten zamknął jej nadgarstek w żelaznym uchwycie.

Kiedy powoli się pochylił, poczuł, że zadrżała pod wpływem jego bliskości. Apotem pośród panującego w gabinecie półmroku odnalazł jej zamglone spojrzenie. Omiótł wzrokiem jej twarz.Nieśpiesznie dotykał każdego zakamarka idealnie gładkiej skóry. Jej oddech nieznacznie przyśpieszył.

Czego właściwie oczekiwała, przychodząc do niego właśnie teraz, kiedy w zachodnim skrzydle budynku nie przebywał nikt inny? Że weźmie ją tutaj, na tym cholernym biurku, a potem, gdy uzna, że spisała się wystarczająco dobrze, wpisze jej lepszą ocenę?

Zapragnął uśmiechnąć się na tę niedorzeczną myśl.

– Jesteś w błędzie, panno Johannson – powiedział spokojnie, choć jego głos wydawał się nieco bardziej szorstki niż wcześniej. – Zapewniam, że masz naprawdę wiele do stracenia. – Wzmocnił uścisk, w którym trzymał jej nadgarstek. Dziewczyna zachłysnęła się oddechem. – A teraz… – Znów omiótł wzrokiem jej twarz, w tamtej chwili bladą niczym śmierć. – Zabierzesz swoje rzeczy i wyjdziesz, jeżeli nie chcesz, bym jeszcze dzisiaj skreślił cię z listy studentów, rozumiesz?

Daphne niepewnie skinęła głową.

– Zapytałem, czy rozumiesz.

– Tak – wydukała.

– Tak? – powtórzył. – Gdzie twoja uprzejmość, Daphne?

Poprawiła się pośpiesznie:

– Tak, panie profesorze.

Puścił jej nadgarstek, przez co cofnęła się chwiejnie o krok. A potem pośpiesznie się odwróciła. Nie spojrzała na niego. Nie powiedziała już ani słowa więcej. Odgłos szpilek uderzających o drewnianą podłogę gabinetu rozniósł się w powietrzu, gdy rzuciła się w stronę wyjścia.

Raphael Moore odetchnął głęboko, kiedy tylko został sam. Na moment zamknął oczy, czując uporczywe pulsowanie w skroniach. Pozbył się okularów, odrzucając je na blat biurka, a gdy wreszcie zdecydował się unieść powieki, jego wzrok znów odnalazł kopertę.

Wciąż tam była i, w przeciwieństwie do Daphne Johannson, nie zamierzała zniknąć.

Tym razem chwycił ją i otworzył bez chwili zawahania, a w środku odnalazł dokładnie to, czego się spodziewał.

Szanowny Profesorze Moore,

Raphaelu,

wybacz, że nie jestem w stanie spotkać się z Tobą osobiście. Wiem, że ta rozmowa powinna odbyć się nie za sprawą papieru, ale słów. Wiem też jednak, iż sprawa jest nagląca i nie może czekać. Liczę więc, że nie masz mi tego za złe.

Z uwagi na wydarzenia mające miejsce w ciągu ostatnich miesięcy, zwłaszcza jako rektor wydziału, nie mogę postąpić inaczej. Żywię głęboką nadzieję, iż obaj doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, że owa decyzja to w obecnej sytuacji najrozsądniejsze wyjście.

Dla uczelni.

Dla mnie.

I – przede wszystkim – dla Ciebie.

Jutro rano złożysz na moje biurko wypowiedzenie. A potem opuścisz Filadelfię. Znikniesz na dość długo, aby sytuacja przycichła.

Nie zamierzam zostawić Cię bez pomocy, głównie ze względu na naszą długoletnią przyjaźń. Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo ją cenię.

Jedna z moich dawnych znajomych jest obecnie dyrektorką liceum w małym miasteczku nieopodal Seattle. Od kilku tygodni szuka nowego nauczyciela. Pozwoliłem sobie polecić jej właśnie Ciebie. Wiem, że to nie szczyt Twoich marzeń, ale obiecaj mi, że przynajmniej dasz sobie czas, aby to przemyśleć.

Obaj przecież wiemy, że po tym, co zaszło, nie możesz tutaj zostać.

Rektor Wydziału Historii Sztuk Pięknych,

John Watteerson

Ten skrawek papieru, naznaczony zaledwie kilkoma prostymi zdaniami, wydawał się ciążyć w dłoniach niczym ogromny kamień – mokry od złudzeń, gorzkiej prawdy i trudnego do zaakceptowania, lecz jedynego właściwego i słusznego końca.

W kopercie oprócz listu Raphael odnalazł także małą karteczkę.

Winona Merrick

(206) 555–8709

Lake Hills

Widzisz demony w oczach świata,

a świat w twoich widzi dół bez dna.

– Neal Shusterman

ROZDZIAŁ 5WITAMY W LAKE HILLS, PROFESORZE MOORE

Drogę prowadzącą od zjazdu ze 101 Route4 do ledwie widocznego, obrośniętego bluszczem znaku opatrzonego wyblakłymi literami układającymi się w Witamy w Lake Hills, z każdej strony okalał gęsty las. Mokra od deszczu jezdnia ciągnęła się bez końca przez dobry kwadrans, zanim Raphael Moore w końcu pomyślał, że być może pomylił trasę i zabłądził w środku tego leśnego pustkowia.

Dopiero niewielka, opustoszała stacja benzynowa, która niespodziewanie wyłoniła się na poboczu, dała mu nieco nadziei, że być może gdzieś tam, pośród wysokich drzew, skrywała się jakaś cywilizacja.

Gdy podjechał przed jeden z dystrybutorów, silnik Impali zamruczał cicho, wypełniając stację krótkim, nieproszonym tchnieniem życia. Czas zdawał się zatrzymać w tym miejscu dobrych kilka dekad temu. Pokryte kurzem szyby zdobiło kilka naznaczonych czasem plakatów Pulp Fiction, z których zerkała zalotnie Uma Thurman trzymająca papierosa między palcami. Kiedy popchnął szklane drzwi, dzwonek zabrzęczał nad jego głową. W środku przywitała go natomiast cicha melodia Hotel California5.

Młody, wysoki kasjer uniósł wzrok znad kolorowego czasopisma, po czym bez przekonania powiedział:

– Witamy w Last Mile Station. Mamy najtańsze paliwo w całym hrabstwie, konkurencyjne ceny, zawsze chętną do pomocy obsługę i…

– Poproszę paczkę zielonych Lucky Strike’ów.

Chłopak zajrzał pod ladę.

– Mamy tylko czerwone. Jeżeli panu zależy, mogę poszukać na zapleczu, ale to chwilę zajmie…

– Mam czas – zapewnił.

Kasjer zmierzył go wzrokiem, po czym lekko się skrzywił i zniknął za drzwiami z tabliczką pomieszczenie gospodarcze.

Raphael rozejrzał się dookoła.

Przez ostatnich kilka dni starał się nie myśleć o Lake Hills. Starał się nie mieć oczekiwań, aby ani się nie rozczarować, ani nie uznać tego miejsca za zachwycające. Nie przeglądał zdjęć w internecie, nie wpisywał żadnych fraz w wyszukiwarkę. Odkąd po raz pierwszy usłyszał nazwę miasteczka, odpychał wszystko, co z nim związane, najskuteczniej, jak tylko potrafił.

Bo Lake Hills, choć było tylko niewielkim punktem na mapie, uosabiało także jego osobistą porażkę. Jak inaczej mógłby nazwać fakt, że z wykładowcy na renomowanym pensylwańskim uniwersytecie stał się nauczycielem w liceum, na dodatek w miejscu, o którym najwidoczniej zapomniała już cała reszta świata?

Cóż, wyglądało na to, że…

Jego uwagę przykuło stoisko z gazetami. Nie kolorowe magazyny sprzed kilku miesięcy z nieaktualnymi już wiadomościami, ale wydanie sprzed zaledwie dwóch tygodni i artykuł, wielkimi, tłustymi literami wołający z pierwszej strony: TAJEMNICZA ŚMIERĆ NASTOLATKI.

Raphael chwycił gazetę w dłonie, wytarł z niej cienką warstwę kurzu i pośpiesznie przesunął wzrokiem po kilku pierwszych zdaniach.

Minął już blisko tydzień od pamiętnego piątku, gdy mieszkańcami Lake Hills wstrząsnęła tragiczna wiadomość – późnym popołudniem z miejscowego jeziora Willowmere służby wyłowiły ciało nastoletniej uczennicy miejscowego liceum. Mimo podjętych prób reanimacji życia dziewczyny nie udało się uratować. Jak wykazała później sekcja zwłok – nastolatka zmarła kilkanaście godzin wcześniej. Próbując uciszyć wzbierające na sile plotki i spekulacje, Lydia Maren, pełniąca funkcję szeryfa miejscowej policji, krótko komentuje sprawę: W obliczu tej tragedii powinniśmy powstrzymać się od rozpowszechniania niepotwierdzonych teorii.

Na pytanie o to, jaka była przyczyna śmierci nastolatki, nie udało się nam jednak uzyskać jednoznacznej odpowiedzi.

– Znalazłem!

Raphael zerknął przez ramię na kasjera, który pomachał do niego paczką papierosów.

– Wezmę jeszcze to – powiedział, kładąc na ladzie gazetę.

– Razem będzie dziewięć dolarów.

– Reszty nie trzeba. – Wręczył chłopakowi dziesięciodolarówkę.

Na zewnątrz zaciągnął się miętowym dymem, aby chwilę później, wsiadając za kierownicę, wrzucić paczkę papierosów i gazetę na siedzenie pasażera. Gdy odpalił silnik, z radia wydobyła się melodia starej rockowej ballady. To właśnie w jej towarzystwie miał po raz pierwszy wjechać do Lake Hills.

Parking liceum okazał się zaskakująco duży, nieprzyjemnie pusty i cichy. Sam budynek szkoły natomiast, w całości wzniesiony z ciemnoczerwonej cegły, nie różnił się od większości placówek w innych waszyngtońskich miasteczkach – nie był przesadnie duży ani klaustrofobicznie mały.

Jak niemal wszystko w Lake Hills – był po prostu do bólu zwyczajny.

Winona Merrick czekała na Raphaela u szczytu betonowych schodów i wyglądała dokładnie tak, jak mężczyzna ją sobie wyobrażał po zaledwie kilkuminutowej rozmowie sprzed paru dni. Była starszą kobietą drobnej postury, ubraną w elegancką, granatową garsonkę, z siwymi włosami schludnie zaczesanymi ku górze.

Przywitała go serdecznym uśmiechem i uściskiem ciepłej dłoni.

– Witamy w Lake Hills, profesorze Moore.

– Wystarczy Raphael – pośpieszył, sprawiając, że uśmiech zdobiący jej twarz jedynie się powiększył.

– Mam nadzieję, że podróż minęła ci bez żadnych problemów. – Nie dając mu odpowiedzieć, podjęła: – Najpierw przejdziemy do mojego gabinetu, podpiszemy niezbędne dokumenty, a potem pojedziemy do twojego lokum.

– Oczywiście.

Tę kwestię ustalili już podczas pierwszych minut rozmowy. Dyrektor Merrick jasno odradziła mu wynajmowanie pokoju w miejscowym hostelu. Nie omieszkała przy tym wspomnieć o złej sławie, jaką cieszył się budynek, i zaproponowała, że sama znajdzie miejsce, w którym Moore mógłby się zatrzymać.

Raphael nie protestował i w tej kwestii zdając się na ślepy los.

Główny korytarz liceum, wyłożony chłodnym, szarym linoleum, z rzędami bordowych szafek ciągnących się po jego obu stronach, wypełniała cisza tak gęsta i ciężka, że odgłos szpilek dyrektor Merrick uderzających pośpiesznie o posadzkę niósł się echem niczym sygnał alarmowy.

– Proszę wybaczyć, że pytam, ale… Zawsze panuje tutaj aż taka cisza?

Kobieta zerknęła na mężczyznę przez ramię.

– Och, nie. Z uwagi na wydarzenia ostatnich tygodni oficjalne rozpoczęcie roku zostało przesunięte. Nasi uczniowie wracają do szkoły dopiero za dwa dni.

Mimowolnie przypomniał sobie o gazecie, wciąż leżącej na siedzeniu pasażera w jego samochodzie. I o artykule z pierwszej strony.

– Ma pani na myśli…

Nie pozwalając mu dokończyć, zatrzymała się gwałtownie.

– To właśnie klasa, w której będziesz prowadził zajęcia.

Raphael zajrzał przez drzwi opatrzone numerem siedemnaście. Pomieszczenie nie było co prawda tak duże, jak sala wykładowa, ale nie było też klaustrofobicznie małe. Pomieściło kilkanaście ławek, biurko, sporych rozmiarów tablicę i kilka upchniętych w kącie pustych sztalug, które przysłaniały kolejną parę drzwi.

– Z tyłu znajduje się jeszcze niewielkie zaplecze. Profesor Palmer zwykle trzymała tam płótna i inne przybory plastyczne. Oczywiście możesz zagospodarować je, jak tylko zapragniesz. – Dyrektorka ruszyła dalej korytarzem.

– Mogę zapytać, dlaczego zrezygnowała?

– Twoja poprzedniczka?

– Tak.

– Ze względów osobistych – odpowiedziała. – Choć „zrezygnowała” to być może określenie nad wyraz. To w dużej mierze była moja decyzja. Uznałam, że lepiej będzie, jeśli skupi się teraz na… własnych sprawach, jeżeli rozumiesz, co mam na myśli.

Raphael nie rozumiał, ale postanowił nie dopytywać o szczegóły.

– Wiedziałam, że znalezienie kogoś na jej miejsce będzie trudne i już niemal pogodziłam się z faktem, iż będę zmuszona usunąć ten przedmiot z planu, ale potem nagle zadzwonił do mnie John i powiedział, że szuka pracy dla jednego ze swoich wykładowców i czy nie miałabym może wolnego miejsca. – Przystanęła tak gwałtownie, że Raphael niemal na nią wpadł. Odchrząkując, poprawił materiał czarnego płaszcza. – Spadłeś nam jak z nieba! – dodała z radością.

Raphael zdobył się na nieznaczny uśmiech.

Z lekką ironią pomyślał, że w pewnym sensie rzeczywiście się tak czuł – jakby spadł z nieba, gdzie miał wszystko, na ziemię, gdzie nie miał absolutnie nic.

Kierując się dalej pomiędzy rzędy szafek, dyrektor Merrick powiedziała:

– Zdaję sobie, rzecz jasna, sprawę, że wynagrodzenie nie jest tak wysokie, jak…

Zanim Raphael postawił pierwszy krok, by ruszyć za nią, jego uwagę przyciągnęła gablota – niepozorna, a jednak dziwnie absorbująca. Głos kobiety i wypowiedziane przez nią słowa utonęły w panującej dookoła ciszy, gdy podszedł nieco bliżej, aby lepiej przyjrzeć się temu, co skrywało się za szklaną szybą.

Wydawało mu się wręcz niewłaściwym nazywać to, co ujrzał, tak przyziemnie – zwykłym rysunkiem. Rysować bowiem był w stanie każdy – lepiej lub gorzej. Ale godną uwagi opowieść na skrawek papieru potrafili przelać tylko nieliczni.

Lilie.

Raphael Moore patrzył na lilie naszkicowane cienką kreską. Pełne życia, zatrzymane w bezruchu ułamek sekundy po tym, jak rozchyliły drobne, delikatne płatki, jakby wciąż drgała w nich pamięć o dłoni, która je stworzyła.

Szkic nie był pozbawiony wad – proporcje były dobre, ale nie doskonałe. Kreska w niektórych miejscach była widocznie grubsza niż w innych, zapewne stanowiąc pozostałość po próbie dopieszczenia szczegółów.

Niemniej jednak to, na co właśnie patrzył, było…

– Całkiem niezłe – skomentował na głos, gdy poczuł, że dyrektor Merrick przystanęła u jego boku.

– Prawda? – Splotła dłonie za plecami. – To dzieło jednej z naszych uczennic. Miała wielki talent.

Raphael obdarzył kobietę spojrzeniem.

– Miała? Czy ona…

– Och, nie. Żyje i ma się całkiem dobrze. Po prostu już nie rysuje.

Choć na język cisnęło mu się pytanie, dlaczego ktoś o tak utalentowanej dłoni i tak czułym na piękno oku obrał zupełnie inną drogę, zamilkł – i znów zapatrzył się w szkic.

Dyrektor Merrick odezwała się po chwili, a w tonie jej głosu kryły się troska i zrozumienie:

– Wiem, że praca tutaj to nie szczyt twoich marzeń. Wiem też, że Lake Hills to tylko małe miasteczko, z którego większość pragnie jak najszybciej uciec. Ale daj mu szansę. Kto wie. – Wzruszyła ramionami. – Może znajdziesz tutaj właśnie to, czego szukasz?

Gdy Raphael odwzajemnił jej spojrzenie, kobieta obdarzyła go szczerym uśmiechem.

– Nie jest tutaj aż tak źle, jak mogłoby się wydawać. Mamy niezły bar z całkiem dobrym jedzeniem. No i tanie paliwo. Najtańsze w okolicy – zapewniła. – Chodźmy. W gabinecie mam maślane ciasteczka. Kupiłam je specjalnie na twój przyjazd.

Ostatni raz zerkając na lilie, Raphael zdołał dostrzec niewielki podpis w prawym dolnym rogu kartki. Układał się w dwie przecinające się litery: LM.

1Le début d’une série de malheurs – (z franc.)początek serii nieszczęść (przyp. aut.).

2Where the Wild Roses Grow – Kylie Minogue, Nick Cave (przyp. aut.).

3 John Everett Millais – brytyjski malarz i illustrator (przyp. aut.).

4 Route 101 – droga krajowa U.S. Route 101 w stanie Waszyngton (przyp. aut.).

5Hotel California – utwór zespołu Eagles z 1977 r. (przyp. aut.).