Taniec Piórem - Marek K.E.Baczewski - ebook

Taniec Piórem ebook

Marek K.E.Baczewski

0,0
20,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Druga - po Fortepianie Baczewskiego (1994) - książka w dorobku jednego z najoryginalniejszych poetów młodszej generacji. Tytułowy poemat został opatrzony Wstępem, Komentarzem, a nawet przypisami „Uczciwego Znalazcy" manuskryptu.

Wszystkie partie książki tworzą artystyczną całość, uzupełnienia i komentarze nabierają tu bowiem właściwości literackich. Taniec piórem może być odczytany jako parodia poezji erudycyjnej czy - szerzej - literatury encyklopedycznej w stylu Umberta Eco. Jest również rozprawą z ideami i poszukiwaniami nowoczesnej sztuki, a przede wszystkim - stanowi interesujący przykład literatury, która nie stosuje się do żadnych reguł artystycznych, lecz ustanawia je na własny użytek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 46

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Marek Krystian Emanuel Baczewski

 

Taniec piórem

 

Dedykacja

 

W psychologii analitycznej Junga Nigredo odpowiada rozbiciu osobowości, wprowadzeniu jej w stan chaosu, aby mogła następnie doznać scalenia na nowym (wyższym?) poziomie psychoenergetycznym. Nigredo sym­bo­lizuje proces popadania w psychozę. Reinkarnacji rozszarpanej przez demony psyche dostępują jednak nieliczni tylko szaleńcy; tak jak nieliczni z adeptów wstępujących w arkana Ars Magna zdołają wytworzyć Kamień Filozoficzny.

Ale Jung pisał dla niewielu – dla wszystkich niewielu.

 

Dla wszystkich niewielu

Przedmowa uczciwego znalazcy

Przez całe nasze życie błąkamy się, aby odnaleźć winę, która sprowadziła nas na świat. Odnajdujemy: czasem prawdę, lecz najczęściej manuskrypt.

In vino veritas, w winie prawda. Inaczej mówiąc, wasze prawdy będą waszymi winami.

Oczywiście, nagły odruch oportunizmu nakazał mi znaleźć manuskrypt w bajkowym lesie (silva silvanda), otaczającym wyeksploatowane zgliszcza pewnego secesyjnego klasztoru. Tak się też stało.

Manuskrypt żyje: ktoś go znajduje, ktoś inny traci. Czasem pojawia się jako tomik wierszy, czasem jako książka telefoniczna Patagonii, czasem jako systematyczny wykaz asortymentu łożysk tocznych. Ja byłem jego nieśmiałym krytykiem, układem immunologicznym, Uczciwym Znalazcą.

Nie odmawiając sobie przyjemności bezzwłocznego zgubienia tekstu, prezentuję, wierną mojej chwalebnie nieprecyzyjnej pamięci, jego nieśmiałą adaptację.

Wstęp

Jedyna przeszkoda ciężkiego ciała sprawia, że nieważki byt aniołów jest dla nas nieosiągalny.

Gdyby święty Augustyn napisał te słowa, Thomas Mann bez chwili wahania powtórzyłby je w którymś z grubych i ciężkich książczydeł.

Jesteśmy więźniami grawitacji, powiedziałbym wówczas, przytaczając słowa Manna.

Bo czyż przedmioty, na które powszechne prawo ciążenia spogląda z pobłażliwym roztargnieniem, jakby zza przesłony ołowianych palców – skafandry kosmiczne, stopy tancerzy – nie rozbłyskują tutaj, za kratami betonowych więzień, poświatą jakiejś nadziemskiej fluorescencji?

Jak wiarygodna subskrypcja przyszłej wolności?

 

Si un homme pouvait danser bien,

cet homme serait un dieu.

Isadora Duncan

 

Molinario Cedron w swoim nieskończonym Meksyku napotkał przedwcześnie postarzałego i małomównego mężczyznę, którego rytm życia należał całkowicie do religii (był nim on sam).

Nie omieszkał poinformować o tym spotkaniu swego tygodnika, co zaowocowało dwoma hojnymi szpaltami („Lucidas”, nr 26, 1987, s. 8-9) z nieczytelną już dziś ryciną w sepii.

Chociaż uważam, że Cedron, pisarz baraszkujący nader często na krawędzi literatury potocznej, w pewnych miejscach zdawał się przekraczać granicę przyzwoitości średniej klasy zamtuza, przytoczę tekst w wielkodusznej adaptacji, pomijając milczeniem jego kapryśną idiomatykę: „nie jestem pewien czy na pewno” et alia.

Bohater opowieści Cedrona natychmiast po przebudzeniu udawał się do pobliskiego kościoła. Spowiadał się tam żarliwie ze wszystkich grzechów przeszłej, wesołej widać nocy, po czym solennie odprawiał nader ciężką pokutę niepoprawnego recydywisty. Po dopełnieniu oczyszczających praktyk niezwłocznie ruszał w miasto, by nabyć nowych grzechów i nazajutrz rano – powtórzyć zawiłą procedurę pokajania.

Zapytany, odrzekł po prostu:

– Gdy wyspowiadam się i odbędę zadaną pokutę, czuję się tak lekko, że gdybym nie poszedł natychmiast do dzielnicy burdeli, byłbym niezawodnie uleciał w powietrze.

Ale rano budzę się z bólem głowy, a ciężar moich świeżych grzechów wgniata mnie w ziemię, pędzę więc czym prędzej do spowiedzi.

Autor anegdoty, sarkastycznie nastawiony żurnalista z końca XIX wieku, twierdzi, że mężczyzna ów, Ramon Antonio Manaque, jest wzorem katolika. Z chęcią ujrzałby go chyba w platońskim idearium.

„Człowiek, który w najpełniejszym zakresie korzysta z usług kościelnych instytucji. Najwierniejszy wierny”.

„Był jedynym znanym mi chrześcijaniem, który troskliwe wypełnianie dogmatu pozbawił marginesu spekulacyjnych dociekań dyletanta”.

„Sługa dogmatu, przeciwnik teologii”.

Popędliwy dziennikarz przyznałby chętnie katedrę filozofii temu niegramotnemu prawdopodobnie prostakowi z przedmieść Mexico City.

Niepoprawny moralista Juan Alvarez w swym prymitywistycznym kompendium moralnym wspomina zamieszczony w znanym brukowcu („Lucidas”) artykuł Cedrona, uzupełniając zacytowany tam przykład niewybrednym intelektualnie komentarzem:

„Czasy wymagają od nas surowości wobec siebie. Krzewienie się cnót wykarczuje dzikie pędy dorodnie wybujałego demona”.

Podziwiam strzelistą metaforę, jednak nie chciałbym zatrzymywać się dłużej nad dziełem. Poczucie, że opiewanie cnót zwalnia od ich praktykowania, jest tym przywilejem pisarzy, który zapełnia atramentem rzeki Gehenny.

 

Antonio Uriarte, młody poeta oscylujący między suprematyzmem poetyckim a tajemniczą grupą instalatorów semantycznych „Esquadra E”, wertował książkę naszego Alvareza. Z setki przytoczonych lub wyssanych z palca przypadków moralnych ten jeden casus przykuł jego uwagę, o czym świadczą niecierpliwe ślady ołówka na marginesie.

Uriarte przekreślił obydwa wcześniejsze komentarze – Cedrona i Alvareza – i dopisał: „Oto człowiek, którego dusza była ciałem”. „Prawdziwy człowiek” – dodaje w nawiasie, być może później.

Akceptuję ten ostatni komentarz, wyposażony przez autora w ładunek najwyższej poetyckiej precyzji, i dodaję, że właśnie taniec jest tym stanem, w którym dusza staje się ciałem, ciało duszą.

 

Gorączkowej lekturze Alvareza Uriarte oddawał się, korzystając z niezobowiązującej biblioteki państwa de Villar w pałacu Tesqua. Tam właśnie, na południowym cyplu słonecznej Narragonii, powstał słynny intymny cykl sonetów do ciemności: „I zapach róż położył się ciężarem na zmęczonych nozdrzach” (zdaję sobie sprawę, że mój bezradny Nachdichtung wyczerpał ledwie kroplę z oceanu natchnienia).

Doña Francesca de Villar w nie publikowanych dotychczas memuarach opisuje dziecinną huśtawkę z ażurowym oparciem, która wisiała w jabłoniowym sadzie pałacu, budząc trudne wspomnienia. Od tamtego pamiętnego dnia, kiedy obydwie panny de Villar odeszły z Teski, by zaciągnąć się do ochotniczych batalionów kobiecych (o utartej reputacji), a potem zaginęły bez wieści w obronie suwerenności Republiki, zagrożonej przez, jak to ładnie powiedział Auden: „język miary” (the language of size); od tego dnia, dusznego od oczekiwania na nadejście kolejnej suchej burzy, nikt z domowników nie dotykał huśtawki. Aż wreszcie, porwana przez „odświeżającą rzekę czasu” (time, the refreshing river), zgniła i rozpadła się w próchno.

Ogrodnik opowiadał, że nocami huśtawka kołysała się sama, bez pomocy nóżek w białych pantofelkach, jak wahadło zegara umierającej młodości. Być może poruszała nią rozpacz zdruzgotanych rodziców. O ile napędu nie użyczała jej, zapobiegliwie gromadzona w brzuchu ogrodnika, całkiem niezła miejscowa malaga.

Uriarte, który przybył do Teski, aby ukoić smutek państwa de Villar, przywiózł ze sobą własną wypróbowaną samotność i przełożył wszystkie trzy samotności na język poezji. Zamiast ugasić – podsycił płomień. Wyżłobił koryto dla wezbranej rzeki słów smutku. Wszedłszy w nie wiedzieć jaką komitywę z duchami, znajdował w sobie tajemniczy zapas odwagi, aby kołysać się na osieroconej huśtawce, dokąd z pobliskiego rosarium docierał krzyk róż ścinanych na stół frankistowskiego gubernatora Narragonii.1

Na paranormalnej huśtawce infantek de Villar powstaje cykl wierszy paranormalnej urody. Manuskrypt, którego sinusoidalne wersy przyprawią o morską chorobę jednego z redaktorów dzieł zebranych, ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Wiemy, że arkusze czerpanego papieru były zapisane krwią.

„Krwią menstruacyjną pacholąt z pobliskiej wioski: przeważnie płci odmiennej” – czka kolaborujący recenzent.

 

„Sonety pachną krwią ściętych róż, zamordowanego dzieciństwa”, notuje pieczołowity Juan Isidoro Cedron, mając na myśli sonet dwunasty i ostatni, w którym poeta, w dziwnej parafrazie obrazu „3 maja 1808” Goyi, rozstrzeliwuje róże, kwiaty uległości.

 

Rosa Lachrymosa

Kiedy obumiera Róża, alegoria Piękna (chodzi mi o piękno zawarte w komplikacji: Pulchritudo Labyrinthi), zostaje po niej – jak za Morlicensjuszem zapewnia Eco – imię. Ale zostaje też smród – o czym, za Johnem Bromptonem, ostrzega Paolo Santarcangeli. Non reddet sed olet, quae reddere solet (nie pachnie już pięknie, cuchnie ta, która była wonna).

Rzeczy nienazwane śmierdzą, rzeczy śmierdzące tracą imię. W porządku psucia (podążania do chaosu, inflacji, entropii) uczestniczy gnilna tkanka języka.

Nazywanie rzeczy nie ma nic wspólnego z pięknem. Jeśli nazywanie przenosi jakiś fragment rzeczy poza granice jej śmierci, ocalałym fragmentem jest fetor. Nazwać – to przedłużyć nie istnienie, lecz smród.

Piękno jest nietrwałe. Język rozkłada się, gnije. Człowiek umiera. Zostaje smród, jedyna rzecz, na której można się oprzeć.

 

O ros! o vanitas! cur six extolleris? Czymże się pysznisz, o różo, o marności? – pyta Pseudo-Abelard.

 

Mercedes de Villar, najstarsza córka Franceski i Hectora de Villar, skłonna jest uznać słowa:

 

Światło lampy w Buovilla, a quel remir,

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej...

1 Narragonia – kraj opowieści i głupoty, według niektórych źródeł: Kraj Głupich Opowieści. Z jego pokaźnej spuścizny literackiej zachowały się dwie sentencje:

1) „Wesołość jest środkiem do poznania prawdy. Ażeby ją osiągnąć, dusza musi być czysta i pokorna”.

2) „Przez łatwość i prostotę (wesołość) ogarnia się prawa całego świata. W ogarnięciu praw całego świata zawiera się doskonałość”.

Królestwo Narragonii, opisane w słynnym poemacie Narrenschiff Sebastiana Brenta, nosi wszystkie cechy limbus fatuorum: departamentu piekła przeznaczonego specjalnie dla pisarzy (miejsce, gdzie przebywają ci, którzy „budują swoje nadzieje chwały na rzeczach próżnych” – tak jest u Miltona).

Nieliczna grupa autorów uważa, że Narragonia jest nazwą pewnego stanu narracji: jej agonii. (przyp. Uczciwy Znalazca)

Strona redakcyjna

 

M.K.E Baczewski

Taniec piórem

Katowice 2015

 

Copyright © by M.K.E Baczewski, 1998, 2015

 

 

Projekt okładki i opracowanie graficzne

Katarzyna Bochenek

 

 

ISBN 978-83-60406-64-9

 

 

Wydawnictwo FA–art

Katowice 40-013, ul. Staromiejska 6 lok. 10d

 

 

Zamówienia

www.FA–art.pl

prenumerata@FA–art.pl