Tam, gdzie rzeki wstrzymują swój bieg - Maria Paszyńska - ebook + audiobook + książka

Tam, gdzie rzeki wstrzymują swój bieg ebook i audiobook

Maria Paszyńska

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ignacy Antczak, młody nauczyciel z Warszawy, pragnie podążać za swoimi marzeniami. Chce mieć realny wpływ na kształt rzeczywistości i jest głęboko przekonany, że wie jak to zrobić. Polesie, najbardziej tajemnicza, dzika i niezbadana kraina Drugiej Rzeczypospolitej, świat utkany z mgieł, torfowisk i rzek wydaje mu się doskonałym miejscem na zrealizowanie życiowych planów. Wyrusza w podróż, która na zawsze odmieni jego los. Kraina surowego piękna i wielkiej samotności staje się dla Ignacego polem walki z zabobonem, analfabetyzmem, lecz także z własnymi planami, ideałami i marzeniami. Nic nie jest tu takie jakim miało być, a nieoczekiwane spotkanie z miejscową dziewczyną zmusza go do weryfikacji przekonań i podjęcia próby spojrzenia cudzymi oczami na świat, w którym kryje się o wiele więcej niż gotów był przypuszczać. Co znajdzie za zasłoną mgieł? Czy w wśród ludzi żyjących w doskonałej symbiozie z naturą odkryje własne szczęście? Czy wspólna historia dwojga ludzi pochodzących z całkiem różnych światów jest z góry skazana na przegraną? Czy w imię miłości można wyrzec się  samego siebie? I czy w ogóle powinno się próbować? Opowieść o przyrodzie, marzeniach, rozczarowaniach, nadziei, lęku i odwadze, przyjaźni, postępie, nade wszystko zaś o miłości, która zawsze i wszędzie zdolna jest zmieniać świat. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 342

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 40 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Motylski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Maria Paszyńska 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza Filia, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: vero.nick

Zdjęcie na okładce: © Marcin Dela / 500px/Getty Images

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Joźwiak

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-329-6

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe

Natalii, kobiecie mojego życia, w dniu trzynastych urodzin

„Jest to biografia podmokłej krainy, która przez stulecia była synonimem egzotyki i zacofania, ale też możliwości, jakie oferowała temu, kto zdoła ją ujarzmić”.

Sławomir Łotysz

„Poleszucy żyli życiem nie swoim, lecz swoich błot, borów i bagien”.

Tadeusz Radliński

Jesień

Rozdział 1

Ignacy Antczak znał swoją przyszłość. W wieku dwudziestu lat wiedział już dokładnie, jak ma wyglądać jego dalsze życie. Osobiście zaplanował je w najdrobniejszym szczególe.

Dojście do tego punktu nie było sprawą łatwą, ale gdy osiąg­nął wreszcie swój cel, był pewien, jak niczego nigdy wcześ­niej, że wszystkie elementy układanki znalazły się na należytych miejscach. Ta świadomość napawała go naraz dumą i samo­zadowoleniem. Odnalazł właściwy kierunek tak prędko, podczas gdy tylu błądziło po omacku przez całe dekady, a nierzadko i przed ostatnim tchnieniem nie rozumiało wiele więcej niż na początku drogi.

Z Ignacym Antczakiem miało być inaczej, choć do niedawna nic tego nie zapowiadało.

Innym zdawało się, że mogą zaprojektować jego przyszłość według własnego uznania. Tymi „innymi” byli rzecz jasna członkowie rodziny Antczaków, którzy długo nie umieli pogodzić się z wyborem „nadziei rodu”, jak nazywali Ignacego, jedynego syna i wnuka.

Zgodnie z uświęconą od wieków tradycją wraz z pierwszym krzykiem dziecka, którego płeć stała się wiadoma, zamknięto w stosownych ramach ciąg dalszy nowego życia. Sprawa była prosta. Ignacy, jak miliony chłopców przed nim, miał stać się dokładnie taki jak jego ojciec. Protoplaści rodu mogli odetchnąć z ulgą w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku.

Teofil Antczak, poważany chirurg, znakomita persona, zasłużony mieszkaniec stolicy, weteran powstania styczniowego i wielkiej wojny, przede wszystkim zaś niezgorszy człowiek także wtedy, gdy nikt nie patrzył, doskonale nadawał się na wzór do naśladowania. Kulturalny, grzeczny, usłużny wobec dam, wierny żonie, oddany matce, nie tykał alkoholu, nie palił fajki, nie zażywał tabaki, gimnastykował się co rano, wspierał finansowo sieroty i wdowy, leczył biedaków, nie oczekując od nich zapłaty. Ideał.

– Wyrośnie nam drugi taki dobry doktór – powtarzała przy każdej sposobności gosposia Antczaków, mierzwiąc słomkowe włosy Ignasia, który rósł szybko i chował się zdrowo, a w słowach tych kryła się wizja niczym niezmąconego jutra, ścieżek gładkich i prostych, wiodących ku samym szczęśliwym dniom.

Syn od najmłodszych lat towarzyszył ojcu w pracy. Odkąd nauczył się czytać, poświęcał czas także nauce łaciny, greki, algebry, geometrii i anatomii, którą szczególnie sobie upodobał. Ojciec tłumaczył zawiłości ludzkiego ciała, syn słuchał tego z uwagą jak najlepszej bajki, gdyż Teofil Antczak miał wrodzony dar pedagogiczny.

– W anatomii kryją się wszystkie sekrety życia – kusił syna.

Ignacy wciąż pamiętał uczucie podekscytowania na myśl, że zna tajemnice zakryte przed innymi, choć nie było na tym świecie nikogo, kogo by nie dotyczyły.

Wolne godziny ojciec i syn spędzali pochyleni nad atlasami anatomicznymi, a podczas spacerów zabawiali się, rozróżniając rodzaje kaszlu czy egzemy u mijanych osób.

Ignacy chwytał wszystko w lot, dostrzegał szczegóły, które umykały wielu, zadawał trafne pytania, gdy ku zgorszeniu służby przy posiłkach szczegółowo omawiano zabiegi wykonane danego dnia przez pana Teofila. Wszystko to tylko utwierdzało ojca w słuszności decyzji podjętych w sprawie synowskiej przyszłości. Jedynak nie bał się krwi, miał zgrabne palce, potrafił się skoncentrować na zadaniu i co ważniejsze, wytrwać w nim, ile będzie trzeba.

W głowie rodzica nie powstała nawet myśl, że syn mógłby nie podążyć jego śladem. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzały. Nie w dobrych rodzinach, za jaką uważał własną. Porządek rzeczy był wiadomy, a talent chłopca do lekarskiego fachu tak oczywisty, że zmarnowanie go byłoby grzechem.

Osiągnąwszy stosowny po temu wiek, Ignacy miał zatem wstąpić na wydział medyczny, by uzupełnić pożądaną w zawodzie wiedzę i zyskać formalne potwierdzenie jej posiadania. Następnie wyjechać, najlepiej za granicę, zrobić specjalizację u któregoś ze znanych na całym świecie profesorów, a potem wrócić do Polski, by przejąć rodową schedę.

– Możesz nawet popłynąć przez ocean na nauki. Ja nie miałem takiej szansy – przypominał mu niekiedy ojciec. – Byliśmy pod zaborami, więc już wyjazd z Warszawy do Wiednia był sporym osiągnięciem. O Ameryce mogłem jednak tylko pomarzyć. A ty – tu zwykle Teofil Antczak wzdychał głęboko na poły z tęsknotą za tym, co utracone, na poły ze wzruszeniem – ty, synu, możesz wszystko!

Ignacy nie pojmował, dlaczego studia na innym kontynencie w opowieściach ojca brzmiały jak najpiękniejszy ze snów, szczególnie że nieraz słyszał, jak w rozmowach znajomi profesorowie żartobliwie wyrażali się o poziomie tamtejszych nauk medycznych, który w porównaniu z Europą Zachodnią był raczej niski. Ojciec twierdził jednak, że nauka w Ameryce rozwija się dynamiczniej, gdyż jest wolna od skostniałych procedur, zaściankowych uprzedzeń, zabobonów i nadmiernej ostrożności cechującej europejskich uczonych. Ignacy był zbyt młody, by mieć własne zdanie w tej materii, co nie zmieniało faktu, że te odległe destynacje szybko urosły w jego umyśle do rangi ziemi obiecanej, lądu, ku któremu winien kierować wzrok.

W wieku dwunastu lat za namową ojca podjął więc naukę angielskiego w towarzystwie panny Morton, posągowej rudowłosej pracownicy ambasady, w której zakochał się bez pamięci. Okoliczność ta pozwoliła mu w rekordowym tempie opanować język, co doprowadziło do jego pierwszej życiowej tragedii. Pewnego popołudnia panna Morton oświadczyła Antczakom, że powinni zatrudnić dla chłopca profesjonalnego lingwistę, który mógłby szczegółowo objaśniać mu najbardziej nawet zawiłe zasady gramatyki, bo poziom, który osiągnął Ignacy, przerastał jej wiedzę.

Rodzice pękali z dumy, a Ignacy, nocami mocząc łzami poduszkę, usiłował wyobrazić sobie, jak ma żyć dalej ze złamanym sercem.

Z początkiem kolejnego miesiąca w domu Antczaków po raz pierwszy pojawił się pan Thomas Blackwood, Amerykanin, przy którym chłopiec stracił cały zapał do zgłębiania angielskiej mowy. I poprzysiągł, że nigdy, przenigdy nie popłynie za ocean, skoro żyją tam ludzie pokroju pana Blackwooda.

Po angielskim przyszła kolej na grę na pianinie, lekcje rysunku oraz szczególnie modnego w tamtym czasie tenisa. Od wiosny aż do późnej jesieni jeździł z ojcem na korty przy Belwederskiej. Pan Teofil grał z rozmaitymi kolegami, a Ignacy pobierał nauki od prywatnego instruktora.

Spod oka obserwował czasem chłopców w kraciastych czapkach i połatanych portkach. Lekko niedomyci, z poobcieranymi łokciami i kolanami, za parę groszy podawali piłki grającym. Zastanawiał się, jak wyglądają dni takich dzieci, szwędających się grupkami bez celu, gryzących zakazane w domu Antczaków kostki cukru, kopiących szmacianą zośkę na ulicy, strzykających śliną na chodnik, krzyczących na całe gardło i niemyjących uszu. Często czuł wówczas ukłucie przykrości, lecz szybko pocieszał się tym, że to on zna tajemnice, od których może zależeć życie każdego z tych łobuzów. Humor natychmiast mu się poprawiał, a i na polane olejem lnianym jarzyny serwowane do kolacji spoglądał przychylniejszym okiem.

Medycyna była jego światem. Znanym, bliskim, bezpiecznym. Otulała go ochronnym płaszczem, była budulcem poczucia własnej wartości i zapowiedzią świetlanej przyszłości, w której tamci chłopcy, jak ich ojcowie dziś, będą wystawać na rogach ulic, popijając bimber z jednej flaszki i kurząc papierosy, a on będzie zabierał swoje dzieci na tenisa lśniącym czarnym samochodem, jadał lody w kawiarni i znał prezydenta miasta. Z niewiadomych przyczyn to ostatnie wydawało mu się szczególnie nobilitujące.

– Zamierzam zostać lekarzem – deklarował, ilekroć podczas rautów któryś z gości państwa Antczaków zapytywał go o plany na przyszłość. – Chirurgiem – dodawał, przybierając poważny ton i takąż minę.

Mężczyźni mruczeli z aprobatą, eleganckie panie prześcigały się w zachwytach. „Jakiż to cudowny chłopiec”, wzdychały jedna przez drugą, matka uśmiechała się szeroko, a ojciec patrzył mu w oczy tak, że Ignacy samemu sobie zdawał się jakiś wyższy.

A jednak, gdy chłopak skończył piętnaście lat, coś się zmieniło.

– Bardzo proszę, by nie nazywano mnie już Ignasiem – odezwał się któregoś dnia przy obiedzie.

Nie dodał, że na dźwięk tego zdrobnienia włosy jeżą mu się na karku, jak wówczas, gdy zbyt mocno nacisnął kredę i przejechał nią po tablicy.

– Oczywiście, Ignacy – odparł natychmiast pan Teofil i skinął głową. – Piętnastoletni człowiek to już prawie mężczyzna i tak należy go traktować – uzupełnił, gdy zauważył, że jego żona otwiera usta, by zaprotestować.

Jednak ani aprobata ojca, ani słowa pochwały, których nigdy mu nie szczędził, dobre stopnie, uznanie nauczycieli ani błysk podziwu w oczach znajomych profesorów, gdy podawał poprawną nazwę rzadkiego schorzenia po łacinie, nie cieszyły go jak dawniej. W zasadzie w ogóle przestały go cieszyć.

Czuł, że za czymś tęskni, ale nie wiedział jeszcze, co mogłoby to być. Na razie stawał się tylko coraz bardziej znużony i poirytowany własnym życiem. Nie rozumiał, jak kiedyś mógł lubić swoją codzienność. Teraz nauka języków przyprawiała go o ból głowy, rozmowy przy stole mierziły, a towarzystwo rodziców z ich przebrzmiałymi poglądami – męczyło bezgranicznie.

I wówczas zrozumiał, że potrzebuje czegoś tak naprawdę własnego. Chciał poczuć, że ma na coś wpływ i może o czymś zadecydować całkiem sam.

Nie miał jednak pojęcia, jak zabrać się do poszukiwania „tego czegoś”. Po raz pierwszy w życiu był całkowicie zdezorientowany.

Pragnął poczucia sensu, celu, który wyznaczy sobie sam, a inni będą zmuszeni go uznać.

Wiedział, że chce stać się kimś, ale nie potrafił jeszcze dokładnie powiedzieć kim.

Artyści mieli łatwiej, on jednak nie przejawiał talentów muzycznych ani plastycznych. Nie umiał wymyślać opowieści, tworzyć fabuł, o układaniu wierszy nawet nie wspominając. Nie odczuwał tęsknoty za odległymi lądami, nie nosił w sobie zapału odkrywcy. W szkole także nie wykazywał szczególnych zdolności w żadnej dziedzinie. Z oczywistych względów był niezły z przedmiotów przyrodniczych. Sprawnie rachował, pisał poprawne wypracowania i mimo zniechęcenia nadal bez większego trudu przyswajał języki obce. Dobry uczeń, ale bez szczególnej pasji do czegokolwiek. Zblazowany jak znakomita większość jego rówieśników.

Przeżył krótką fascynację komunizmem, ideą budowy świata całkowitej równości i braterstwa, podczas której rozważał nawet zatrudnienie się w fabryce. Czyste, w pewien sposób pierwotne życie, pozbawione nadmiaru form, wypełnione jedynie podstawową treścią, jaką w życiu człowieka mogła stanowić pożyteczna praca, wydawało mu się pociągające.

Wyprawił się na Pragę, by poczynić niezbędne obserwacje i ułożyć plan przygotowań do zatrudnienia się tam. Przystanął nieopodal Fabryki Maszyn i Kamieni Młyńskich na Szerokiej i czekał. Wreszcie dzwon oznajmił fajrant. Widok brudnych, powłóczących nogami ludzi z twarzami otępiałymi ze zmęczenia skutecznie wyleczył go z tych marzeń. Za nic nie chciałby być jednym z nich. Szybko przekonał się, że poświęcenie dla idei ma w jego umyśle konkretne granice.

Powoli popadał w marazm. Możliwości było tak wiele, a proces wyboru tak nużący, że zaczął się obawiać, iż nigdy nie znajdzie swojego miejsca na tym świecie. Z braku lepszych pomysłów popijał bimber z kolegami, prowadząc niekończące się rozmowy o tym, co należałoby zrobić z tym światem, by w ogóle dało się tu żyć.

Tamtego dnia, który zmienił wszystko, nauczyciel chemii poprosił Ignacego, by pomógł w nauce jednemu z młodszych uczniów.

– To pojętny chłopiec – tłumaczył chemik – ale zdaje mi się, że potrzebuje koleżeńskiej pomocy.

Ignacy, wówczas siedemnastoletni, miał ochotę zapytać, na co ta pomoc, skoro kolega Jaśkowski taki pojętny, ale porzucił ten zamiar. Lubił profesora od chemii, starszego, przygarbionego, z lekka zaciągającego Lwowiaka, z kępkami siwych włosów wyrastających z uszu, o krzaczastych brwiach tej samej barwy, spod których wyzierało spojrzenie pełne życzliwości i wiecznie roztargnione.

– Mam wrażenie, że o coś się na mnie gniewa albo po prostu nie potrafię wytłumaczyć mu wszystkiego tak, by stało się dlań jasne – dodał nauczyciel. – Czasem już tak jest, że dwoje ludzi, choćby mieli najlepsze chęci, za nic nie może się zrozumieć.

– Kolegę koledze rzeczywiście łatwiej – zgodził się uprzejmie Ignacy.

Stary chemik się uśmiechnął i pokiwał głową.

– Zrobię, co w mojej mocy, panie profesorze – obiecał Antczak z niekłamanym zapałem.

Ta prośba obudziła w nim coś, czego nie czuł od dawna. Zależało mu. Chciał, żeby Jaśkowski podciągnął wyniki. Nie dla samego Jaśkowskiego – ten był mu rzecz jasna obojętny – ale by odjąć zmartwień profesorowi.

Jeszcze tego popołudnia odszukał Stefka na korytarzu.

– Potrzebujesz repety z chemii – bardziej oświadczył, niż spytał.

– Ano – bąknął tamten, zerkając niepewnie na stojących w pobliżu kolegów. – Nie idzie mi jakoś…

– Nie szło – wtrącił Ignacy. – Ale od jutra będzie inaczej.

– Nie liczyłbym na to.

Otaczający go koledzy zarechotali, sam Stefek wyglądał jednak na zawstydzonego, choć uśmiechał się jak inni.

– Tu nie ma na co liczyć – stwierdził Ignacy, ignorując błazenadę. – Tu trzeba działać, panie kolego. Spotkamy się tu jutro o siódmej i tak codziennie, aż nadrobisz zaległości.

Oczy Stefka otworzyły się szerzej, ale nie odważył się zaoponować. Pokiwał tylko głową.

Dwa tygodnie później Jaśkowski pokazał Ignacemu w wypisie piątkę ze sprawdzianu z chemii.

– Zasłużyłeś. – Antczak poklepał go po plecach, a tamten zarumienił się z radości.

– Sam nie dałbym rady – przyznał. – Dziękuję.

Dzwonek woźnego obwieścił koniec przerwy. Ignacy wracał do swojej klasy jak na skrzydłach. Rozsadzała go energia. Krok miał lekki, plecy wyprostowane. Wypełniały go radość i poczucie wszechmocy. Spełnienia i doskonałej jedności ze światem. Ostatni raz czuł się tak w chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył pannę Morton.

Zajął miejsce w ławce, wyciągnął spod pulpitu kałamarz i zeszyt. Nauczyciel chemii wszedł do sali i nieco niezgrabnie, jak to on, wdrapał się na katedrę.

– Zacznijmy od sprawdzenia, kto zaszczycił mnie dziś swoją obecnością – powiedział, otwierając duży, oprawiony w skórę kajet. – Antczak Ignacy.

– Obecny.

– Dobrze się spisałeś, chłopcze. – Profesor podniósł wzrok znad dziennika, posłał uczniowi uśmiech pełen aprobaty i pokiwał głową, jakby właśnie tego się spodziewał. – Błachno Jeremi, Cebrowski Kazimierz…

Chemik wrócił do odczytywania listy, ale Ignacy wciąż wpatrywał się w niego i czuł, jak rozpiera go duma.

W tej chwili wszystko stało się jasne.

Ignacy zrozumiał, że właśnie znalazł to, czego szukał. Coś, co nada jego życiu sens. Coś, w czym będzie dobry. Coś, dzięki czemu będzie mógł zmieniać świat. Coś, za co inni będą go szanowali i podziwiali. Coś, co pozwoli mu być użytecznym. Coś, co go uszczęśliwi.

– Po moim trupie – rzuciła krótko babka Teodozja, gdy przy kolacji złożonej z polędwicy à la Colbert, sałaty ze śmietaną i obowiązkowej porcji jarzyn z olejem lnianym oznajmił rodzinie, że po egzaminach maturalnych zamierza wstąpić do seminarium nauczycielskiego. – Równie dobrze mógłbyś zostać listonoszem. Zarobki tak samo liche, a przynajmniej chorób i analfabetów wokół mniej. Powtarzam: po moim trupie!

– Oby matuś nie wypowiedziała tych słów w złą godzinę – przestraszyła się Apolonia Antczak, rzucając teściowej zlęknione spojrzenie.

Na wszelki wypadek przeżegnała się, co babka skwitowała uniesieniem brwi, ciężkim westchnieniem i wydęciem warg. Zabobonna natura synowej, objawiająca się w przedziwny sposób w najmniej odpowiednich momentach, w chwilach takich jak ta działała jej szczególnie na nerwy. Teodozja wolałaby, żeby Apolonia skupiła się raczej na wybiciu Ignacemu z głowy niedorzecznych pomysłów niż na bzdurnych złych godzinach.

– Krzyżyka na mnie jeszcze nie stawiaj – rzuciła na poły z drwiną, na poły z groźbą. – A ty się, Ignasiu, opamiętaj, póki czas. Młodość młodością, ale za jej błędy tego pokroju ponosiłbyś konsekwencje do końca życia. I na co ci to? Lepiej zdusić tę niedorzeczność w zarodku. Zostaniesz lekarzem, jak wszyscy mężczyźni w tej rodzinie, i więcej nie będziemy o tym mówić.

Chłopak dyskretnie zerknął w stronę ojca, ale ten w milczeniu kroił polędwicę. Ignacy nie wiedział, co jeszcze mógłby zrobić lub powiedzieć, więc wzorem rodzica wrócił do przerwanego posiłku. Temat wydawał się zamknięty. Służąca zebrała talerze, podała budyń migdałowy z szodonem i herbatę ziołową. Rozmowa potoczyła się dalej, jakby nic się nie wydarzyło, po czym członkowie rodziny życzyli sobie dobrej nocy i udali się do sypialń na odpoczynek.

Ignacy zamknął drzwi do swojego pokoju i ku własnemu zdziwieniu stwierdził, że nie czuje złości. Nie odnalazł w sobie także rozgoryczenia, żalu ani jakiejkolwiek innej negatywnej emocji. Po smacznej kolacji ogarnęło go jedynie błogie rozleniwienie. Poświęciwszy nie więcej niż trzy minuty wieczornej toalecie, symbolicznie wyszorował zęby proszkiem, przebrał się w piżamę i wsunął pod kołdrę.

Ułożył się na poduszce z rękami za głową i patrzył na wędrujące po suficie cienie. Ani myślał spać. Tak wiele spraw musiał rozważyć i zaplanować. Rozmowa z rodziną w najmniejszym stopniu nie wpłynęła na jego zamiary.

Nie miał im za złe, że nie przyklasnęli jego wizji przyszłości. Nie zrozumieli go, ale on spodziewał się, że tak będzie. W głębi duszy rozumiał, że próba zmuszenia go do porzucenia marzeń świadczy jedynie o ogromnej miłości, jaką darzyli go ojciec, matka i babka. Był ich oczkiem w głowie, dziedzicem, nadzieją. Musiał być dla nich wyrozumiały. Mieli tylko jego.

Pojmował to wszystko, lecz postanowień nie zmienił.

Przestał tylko opowiadać o swoich planach rodzinie. Przyprawiać im trosk czymś, wobec czego i tak mieli pozostać bezradni. Połowa wielkich dzieł literackich traktowała wszak o tym, że walka z przeznaczeniem jest bezcelowa. Nie zamierzał więc ich do niej pobudzać.

Następnego ranka przy śniadaniu o wieczornym oświadczeniu Ignacego nikt, nie wyłączając samego zainteresowanego, zdawał się już nie pamiętać. Podawali sobie mlecznik, maselnicę i słoiczek z konfiturami, rozmawiając o dopiero co odsłoniętym Grobie Nieznanego Żołnierza i perspektywie rychłej dymisji rządku Władysława Grabskiego. Ojciec, który niegdyś liczył, że to właśnie Grabski rozwiąże wszystkie problemy gospodarcze w kraju, teraz nie mógł się doczekać powołania nowego premiera, o ile nie będzie nim Wincenty Witos. Tyle że ku wielkiej rozpaczy Teofila Antczaka zdaniem dziennikarzy wybór ludowca był niemal przesądzony.

– Miał już swoją szansę – grzmiał ojciec Ignacego, mnąc gazetę. – A nawet dwie! Już lepiej niech wróci Sikorski!

Życie spokojnie popłynęło dalej, choć dla Ignacego zmieniło się wszystko. Uczył się znów z zapałem, mimo że czasu miał mniej. Po szkole rozeszła się bowiem wieść, że Antczak nigdy nie odmawia pomocy w nauce i jest wyjątkowo skutecznym korepetytorem, co przysporzyło mu nie tylko wielu nowych kolegów, lecz i cichej aprobaty nauczycieli.

Wiosną 1926 roku, w ostatniej chwili przed przewrotem majowym, Ignacy zdał maturę. Chciał wstąpić do męskiego kolegium nauczycielskiego, ale okazało się, że egzamin dojrzałości zamknął dlań tę ścieżkę. Zapisał się więc do niedawno utworzonego Państwowego Instytutu Nauczycielskiego.

Naprzemienne i równoczesne lamenty matki i babki, gdy dowiedziały się o tym fakcie, trwały okrągły miesiąc. Pani Teodozja posunęła się nawet raz do groźby wydziedziczenia i wyrzucenia krnąbrnego wnuka na bruk, ale szybko zagłuszyły ją płacze synowej i jej błagania o miłosierdzie dla jedynaka. Apolonia Antczak doskonale odnajdowała się w sytuacjach dramatycznych. Potrafiła być w takich chwilach naprawdę przekonująca i co gorsze, wytrwała. Teodozja nie próbowała więcej szantażować Ignacego, bynajmniej nie przez wzgląd na jego uczucia, lecz z obawy o to, że przyjdzie jej znów wysłuchiwać przepełnionych egzaltacją lamentów Apolonii, które przyprawiały ją o mdłości i ból głowy.

Ojciec wciąż milczał. Ignacy podejrzewał, że Teofil Antczak liczy, iż to tylko kolejny młodzieńczy kaprys, który przeczeka, tak jak przeczekał fascynację chłopaka wymysłami tego całego Lenina.

Minęło lato, po którym nadeszła złoto-rubinowa jesień, w Warszawie piękniejsza niż gdziekolwiek indziej.

Ignacy z prawdziwą przyjemnością chodził spacerem na Jezuicką 4 lub na Uniwersytet Warszawski, w którego salach odbywała się cześć zajęć kursów Państwowego Instytutu Nauczycielskiego.

To był całkiem inny świat, fascynujący rozmytymi ramami pojęć, lecz i misyjnością, którą wtłaczano przyszłym nauczycielom na każdym kroku. Dużo mówiono tu o nowej dziedzinie nauki, jaką była psychologia.

Po lekturze prac Juliana Ochorowicza, który wspierał opieką psychologiczną Prusa, Konopnicką, Reymonta i dziesiątki innych znakomitości, Ignacy poczuł wyraźnie, że jego rzeczywistość, dotąd ograniczana przez wiarę w ścisłe granice przyrody, rozszerza się. Jak należy badać duszę? przeczytał trzy razy.

Każdego dnia Ignacemu powtarzano, że to od niego zależy przyszłe moralne i fizyczne zdrowie narodu, że to on wychowa obywateli Polski jako kraju wolności.

– Po stu dwudziestu trzech latach zaborów wielu zapomniało, co to znaczy być Polakiem – grzmiał z katedry profesor. – Waszym zadaniem będzie nauczyć tego młodych. To wy ukształtujecie obraz przyszłego społeczeństwa polskiego! Praca to niewdzięczna, ale wielkiej wagi.

Te słowa przemawiały do Ignacego. Rozpalały w nim płomień, który ogrzewał go i napędzał do działania.

Uczył się więc śpiewu i robótek ręcznych, gimnastyki, higieny, a nawet gry na flecie z równym zapałem, jak niegdyś chłonął łacinę czy grekę. Tym razem jednak robił to wszystko nie dla siebie, ale dla dzieci, które przyjdzie mu nauczać. Dla tych małych ludzi, którym trzeba pokazać, jak być Polakiem i wolnym człowiekiem.

„Wolność to zobowiązanie” – słyszał raz po raz od najmłodszych lat.

Miał dziesięć lat, gdy wielka wojna dobiegła końca, a Polska odzyskała niepodległość. Nigdy nie zapomniał dnia, w którym Piłsudski powrócił do Warszawy po szesnastu miesiącach niewoli w niemieckim Magdeburgu.

To była niedziela, dziesiąty listopada. Po mieście lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że o poranku Marszałek przyjechał do stolicy. Ojciec Ignacego przyjął te rewelacje ze stoickim spokojem. Podobne wieści docierały doń co kilka dni i jak dotąd wszystkie okazały się nieprawdą.

– Tak, tak, widziałem ulotki – rzekł do gosposi, która przyniosła nowinę od mleczarza. – Ma być w Warszawie w południe, a czy będzie, to się okaże.

– Ale ludzie mówią, że już jest w mieście!– emocjonowała się gospodyni.

– Pożyjemy, zobaczymy – mruknął ojciec, rozkładając gazetę.

W drodze do kościoła Ignacemu zdawało się, że coś mrowi go pod skórą, jakby jego ciało chłonęło atmosferę miasta i czuło to, co niewidoczne dla oczu. W pewnej chwili w oddali zauważył grupę niemieckich żołnierzy rozbrajanych przez mężczyzn w czapkach i zaledwie kilku mundurowych. Wokół zgromadził się spory tłumek. Ignacy pociągnął ojca za rękaw i prosił, by poszli w tamtą stronę, ale doktor nie chciał nawet o tym słyszeć.

Jedenastego listopada „Kurier Warszawski” oficjalnie potwierdził przybycie Józefa Piłsudskiego. Miasto zawrzało. Tego, co działo się przez następne dni, nie szło opisać słowami. Chaos mieszał się z radością, obawy z nadzieją, a strach z entuzjazmem, jakiego nikt z żyjących nie doświadczył nigdy wcześniej. Trzy dni później w dodatku nadzwyczajnym „Kuriera Warszawskiego” zawiadamiano, że Rada Regencyjna ustąpiła, oddając pełnię władzy w ręce Naczelnego Dowódcy Wojsk Polskich Józefa Piłsudskiego.

Warszawa była wolna. Polska była wolna. Ojciec, który stronił od alkoholu, bo wbrew opinii wielu swoich kolegów twierdził, że jest on szkodliwy dla zdrowia, przyniósł z piwnicy zakurzoną pękatą butelkę. Na jej widok pani Teodozja podniosła do oczu chusteczkę. Ignacy pierwszy raz w życiu widział babkę tak głęboko poruszoną.

– To staropolski miód pitny, który przygotował jeszcze mój dziadek przed wybuchem powstania styczniowego – wyjaśnił synowi Teofil.

– Mój świętej pamięci tatko przygotował go, by uczcić zwycięstwo – wychrypiała babka, czule ocierając butelkę z kurzu własną chusteczką.

– Powstanie miało przynieść wolność – dodał ojciec. – Wówczas się nie udało, ale dożyliśmy niepodległości.

Wznieśli toast. Nalano też gospodyni, a i Ignacemu pozwolono zamoczyć usta. Trunek był przyjemnie słodki, ale zbyt mocno pachniał spirytusem. Chłopak skrzywił się z niechęcią, żadne z dorosłych nie zwróciło nań jednak uwagi. Wszyscy wpatrywali się w wiszący na ścianie portret marszałka.

Wyczekana wolność przyniosła Polsce wiele kłopotów. Scalenie w jedno państwa i jego mieszkańców po ponad stu latach rozdzielenia z dnia na dzień okazywało się coraz bardziej skomplikowane i sam Piłsudski nie wystarczył, by tego dokonać.

Od tamtej pory minęło sporo czasu, a problemy nie zniknęły. Jednym z nich był analfabetyzm, który na wschodzie Polski sięgał niekiedy i stu procent.

Upojony ideałami Ignacy widział siebie jako tego, który poniesie kaganek oświaty tam, gdzie najbardziej go potrzeba, gdzie jest najciemniej – na najodleglejsze rubieże Rzeczypospolitej.

Nauczycieli brakowało szczególnie w najbiedniejszych rejonach kraju, w dawnym zaborze rosyjskim i w Galicji. Niewielu chciało się tam zapuszczać. Po Warszawie krążyły fantastyczne i przerażające opowieści o zamieszkującej tamte ziemie swołoczy, ich prymitywnych warunkach życia i wrodzonym okrucieństwie. Straszono epidemiami, głodem i rozmaitymi bandami zdesperowanych utracjuszy i wszelkiej maści złoczyńców żyjących poza prawem ludzkim czy boskim.

Spośród słuchaczy jego uczelni nikt nie był skłonny wyruszyć w tamte strony. W ogóle nie widzieli takiej potrzeby. Musieli odbyć obowiązkowe praktyki w szkołach powszechnych przy czworakach w różnych dzielnicach Warszawy, ale praca z biedotą nie była im pisana. Mieli inne zadanie. Absolwentom Państwowego Instytutu Nauczycielskiego w założeniu przeznaczono wyższy cel. Winni poświęcić się pracy w kolegium lub choćby w preparandzie i uczyć kolejnych nauczycieli.

Ku zdumieniu profesorów jeden student poprosił o przydział do wiejskiej szkoły. Ignacy Antczak oświadczył, że zamierza poświęcić się uczeniu dzieci w jakimś zapomnianym przez Boga zakątku kraju.

– Młodość – prychnął profesor Witkowski, gdy Ignacy mimo jego namów oświadczył, że nie zamierza zmienić swoich planów. – „Chmurna i durna”, cóż poradzić. Pojedzie pan, i co? Będzie jak Bozowska u Żeromskiego przekonywać utrudzonych chłopów niepiśmiennych do lektury Fizyki dla ludu?

Ignacy otworzył usta, by szerzej wszystko mu wyjaśnić, ale akademik machnął tylko ręką.

– A jedź pan, spróbuj. Wróci pan szybciej, niż przypuszcza. O ile nie skończy jak Siłaczka. Taki talent na zmarnowanie! Perły przed wieprze!

Ignacy powściągnął złość. Skinął Witkowskiemu głową, przysięgając sobie w duchu, że po zrobieniu dyplomu nigdy więcej nie przekroczy progu instytutu.

W największym zaufaniu zwierzył się też tylko pannie Magdalenie. Jej fiołkowe oczy najpierw rozszerzyły się ze zdziwienia, potem rozbłysły zachwytem, a na koniec zalśniły wzruszeniem. Podobało mu się to. Miał wrażenie, że jej reakcje przydają mocy jego wizjom.

– Praca ta jest rezultatem w równej mierze przypadku, zdziwienia i kategorycznego wyboru – zacytował jednego z wykładowców. – Jest takie miejsce na mapie, które szczególnie przyciąga mój wzrok, biała plama na wschodzie…

– Polesie? – odgadła panna Magdalena.

– Polesie – przytaknął. – „Nieprzemierzone okiem trzęsawisk obszary […]. Lasy ciemne i gęste, jakby jaskinie; Rzeka, co między łozą, a sitowiem płynie”. Syrokomla – dodał dla porządku.

– Pan jest doprawdy niezwykłym człowiekiem – westchnęła, ocierając przy tym łzę z kącika oka, gdy skończył mówić. – Tak, to jest życie, które warto przeżyć.

Ignacy nie był głupcem. Nie był też naiwny. Doświadczenie z kobietami miał wprawdzie niewielkie, ale obserwacje, które poczynił przez lata, przyglądając się matce, dostarczyły mu sporo cennej wiedzy na temat relacji damsko-męskich. Apolonia Antczak była bowiem pełnokrwistą przedstawicielką swojej epoki, która nie przekraczając granic wyznaczonych przez normy i konwenanse, nie wypowiadając choćby jednego słowa, potrafiła sugestywnymi westchnięciami załatwić każdą sprawę z korzystnym dla siebie skutkiem. Jej jedyny syn znał więc cały alfabet kobiecych westchnień.

Natychmiast zrozumiał zawoalowaną aluzję, że życie to panna Magdalena z chęcią przeżyłaby wraz z nim. Gdyby tylko poprosił, podążyłaby na kraniec świata, by pracować u jego boku. Sam nie był jednak przekonany, czy jest gotów doprecyzować już teraz i ten element swojej przyszłości. Aż dotąd nie zaprzątał sobie nim specjalnie głowy, nazbyt skupiony na odkrywaniu właściwej ścieżki kariery.

– Szlachetni ludzie to w tych czasach rzadkość – dodała panna Magdalena, oblewając się wdzięcznym rumieńcem. Skromnie spuściła wzrok i zaczęła bawić się nitką z obrąbka rękawa.

Ignacy udał, że tego nie dostrzega, i powiódł ją w stronę budki z napojami. Panna Magdalena wyglądała na zawiedzioną, ale starała się ze wszystkich sił mu tego nie okazywać, a on grał z nią w tę grę.

Usiedli na prowizorycznej ławce. Ignacy popijał kwas chlebowy i ukradkiem zerkał na pannę Magdalenę. Nie zamierzała pić z butelki. Była nowoczesna, ale nie na tyle, by wzgardzić etykietą. Przelała połowę oranżady malinowej do szklanki. Napój musował, a na naczyniu natychmiast zaperliły się kropelki. Dzień był upalny, a słodki napitek dobrze schłodzony. Ignacy patrzył z przyjemnością, jak panna Magdalena przykłada szkło do pulchnych warg, i nie potrafił zrozumieć samego siebie.

Dlaczego nie połknął haczyka? Dlaczego sprawiał jej przykrość, ignorując znaki, które mu dawała? Co było z nim nie tak?!

Panna Magdalena podobała mu się bardzo. Z trudem mógł wyobrazić sobie mężczyznę, któremu mogłaby się nie podobać. Kształty miała ponętne, idealnie zaokrąglone tam, gdzie winny takimi być, talię wąską, plecy proste, szyję długą, twarz jak z obrazka, usta pełne i czerwone, oczy duże, okolone wachlarzem rzęs, a spojrzenie tak łagodne i niewinne, że zachowanie się przy niej niewłaściwie graniczyłoby ze zbrodnią. Odznaczała się przy tym pogodnym usposobieniem, bystrością umysłu, wytrwałością i pracowitością, o czym zdołał się już nie raz przekonać w czasie wspólnej nauki w instytucie.

Był też pewien, że jego rodzice, a nawet babka Teodozja byliby zachwyceni, gdyby zechciał wprowadzić do rodziny taką pannę. Urodziwa nauczycielka z dobrego domu, a przy tym urocza dziewczyna, natychmiast skradłaby ich serca.

Jedyny problem polegał na tym, że jego wnętrze milczało, stawiając czynny opór męskim pragnieniom. W jej towarzystwie nie odczuwał niczego niezwykłego, a ku własnemu zaskoczeniu odkrył, że tęskni za tym, by czegoś takiego doznać. Zaglądał w głąb swojej duszy, usilnie starając się znaleźć tam jakiekolwiek oznaki tkliwości czy afektu względem panny Magdaleny, szukając czegokolwiek, co pozwoliłoby mu dać jej nadzieję, a samego siebie przekonać, że to, co podpowiada mu rozum, jest słuszne. Ale niczego nie znalazł.

Dla jego serca panna Magdalena pozostawała całkowicie bezbarwna, przezroczysta, nijaka. Czasem zdawało mu się nawet, że jest w niej jakaś sztuczność, jakby mówiła, żartowała, poruszała się i oddychała, wkładając mnóstwo wysiłku w to, by nie dać po sobie poznać, kim jest naprawdę. A może sama jeszcze tego nie wiedziała? Może niektórzy w ogóle nie odczuwali potrzeby zastanawiania się nad podobnymi sprawami?

Ignacy nie był romantykiem. Poezji nie rozumiał, choć znał ją i czytywał z poczucia obowiązku. Nie wzruszały go jednak zachody słońca ani rzewne tony skrzypiec. Twardo stąpał po ziemi i było mu dobrze z tym, że nie nosił w sercu wizji kobiety idealnej. Przynajmniej miał pewność, że nie skończy pogrążony w rozpaczy jak Wokulski.

Małżeństwo wydawało mu się wysoce praktyczną sprawą. Samotność nie służy człowiekowi, a odpowiednia towarzyszka życia mogłaby znacząco umilić mu codzienność i wesprzeć go w pracy. Panna Magdalena nadawałaby się do tego celu idealnie.

A mimo to wciąż bardziej przeczuwał, niż wiedział, że w tym wszystkim chodzi o coś więcej. Nie potrafił tego zignorować, udawać, że jest inaczej, oszukiwać samego siebie. I choć darzył ją szczerą sympatią, za nic nie mógł sobie wmówić, że ją kocha.

Sytuacja robiła się coraz bardziej kłopotliwa, więc gdy wreszcie otrzymał upragnioną propozycję odbycia rocznego stażu na Polesiu, natychmiast na nią przystał. Zgodził się tym chętniej, że wraz ze stanowiskiem i niewielkim uposażeniem miał otrzymać mieszkanie i – co ważniejsze – po roku mógł się ubiegać o zatrudnienie w tym miejscu na stałe.

Wakacje spędził z rodziną w posiadłości jednego z bliskich przyjaciół doktora Teofila Antczaka, na południu Francji. Spał, czytał, chodził po plaży i towarzyszył rodzicom w rozmaitych rautach. Wszyscy chcieli go poznać. Wszyscy wypytywali o studia medyczne i robili jednakowo zawiedzioną minę, gdy odpowiadał, że ich nie podjął. Co gorsza, nie pytali, co w związku z tym zamierza. Rzucali tylko spłoszone spojrzenia doktorostwu, jakby ich syn dopuścił się jakiegoś niestosownego zachowania.

Pod koniec lata Ignacy, znużony pustką spotkań i rozmów o niczym, z ulgą przystąpił do przygotowań do wyjazdu na wschód. Obiecał pannie Magdalenie, że napisze do niej, gdy tylko się urządzi. Kufry z książkami i wszystkimi niezbędnymi rzeczami nadał pocztą.

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Ignacy stanął w progu z dwiema walizkami. Matka płakała. Babka przewracała oczami, ilekroć pochwyciła wzrok wnuka.

– Pamiętaj, że zawsze możesz wrócić – zapewnił go ojciec. – Każdy popełnia błędy, ale wielu poświęca całe życie, by nie przyznać się do ich popełnienia.

Ignacy czuł, że wie, do czego zmierza przemowa rodzica, ale milczał.

– To trwa już dość długo. Wkrótce z pewnością zrozumiesz, że popełniłeś błąd, a wtedy wróć. Po prostu wróć. Jesteś młody. Wciąż jeszcze możesz wstąpić na uniwersytet…

– Wiem, tato. – Ignacy ze spokojem skinął głową, choć w jego wnętrzu złość mieszała się z przykrością. Nie chciał rozstawać się z ojcem w złych stosunkach. Szczególnie że mogło to być bardzo długie rozstanie. – Dziękuję – dodał przez zaciśnięte gardło.

*

Siedzący w przedziale drugiej klasy Ignacy Antczak wspominał to wszystko, przyglądając się widokom.

Ogromne połacie skoszonych już pól i ciemne plamy lasów migały mu przed oczami, stanowiąc akompaniament dla wspomnień. Na tle wyblakłej od słońca zieleni traw ujrzał twarze rodziców, babki, panny Magdaleny. W tej właśnie chwili dotarło do niego, że naprawdę zostawił za sobą cały swój dotychczasowy świat, wszystko, co znał, kochał i rozumiał. Coś ścisnęło go w gardle. Był całkiem sam.

Nie zamierzał dać się ponieść emocjom. Wiedział, że uczucia nie są zwykle dobrymi doradcami. Odwrócił wzrok od okna i spuścił wzrok na leżącą na kolanach otwartą teczkę. Sięgnął po jedną z kartek i spróbował skupić się na lekturze.

Udało mu się zdobyć przepisaną na maszynie kopię rozprawy znakomitego botanika Mariana Raciborskiego Osośnie, opublikowaną w „Kosmosie” z 1910 roku, w której opisał on nierówną walkę lasu z torfowcem w Karpatach. Ignacy nigdy nie przypuszczał, że ta sprawa może go do tego stopnia zainteresować, a jednak przygotowując się do wyjazdu, napotkał szereg opracowań na temat tajemniczej krainy, do której zmierzał. Wielu badaczy uważało, że torf jest ze wszech miar bezużyteczny i szkodliwy, ale im dłużej Ignacy czytał o tym osadzie, tym mocniej wątpił w słuszność tej tezy. Pilnie prześledził wszystkie doniesienia o dotychczasowych – przeważnie bezowocnych – eksperymentach melioracyjnych na Polesiu i postanowił w wolnym czasie zająć się czynieniem własnych obserwacji na ten temat.

„…jodła swym cieniem utrudnia wzrost torfowca” – przeczytał z przyjemnością.

Podobała mu się poetyczność, z jaką o Polesiu pisali nawet naukowcy. Było coś w tej krainie mokradeł, zagadkowej, niebezpiecznej, co wywoływało u każdego zainteresowanego nią niepokój, ale i głód poznania.

Znów to poczuł. Ów delikatny dreszcz ekscytacji. Uśmiechnął się sam do siebie. Był to uśmiech człowieka, który po nowym rozdaniu trzymał w rękach trzy asy i tylko czekał chwili, aż będzie mógł wreszcie nimi zagrać.

Pociąg zgrzytnął i potoczył się dalej w stronę Pińska, poleskich bagien i wyśnionego życia Ignacego Antczaka.

Rozdział 2

Ignacy był jedynym pasażerem, który wysiadł na stacji przypominającej bardziej przecinkę leśną niż dworzec. Jasny punkt, odrobina otwartej przestrzeni na mapie wciśnięta pomiędzy dwie ściany gęstwiny ciemnego drzewostanu, stanowiła osobliwy widok, jak chatka z ciasta z bajki OJasiu iMałgosi braci Grimm.

Nikt nie czekał na niego na peronie, ale Ignacy nie był tym zaskoczony. Nie umawiał się z nikim. Był dorosły, doskonale radził sobie sam i nie potrzebował już przewodników. Nie napisał nawet do mężczyzny, od którego miał odebrać klucze do szkoły. Powiadomiono go, że Michał Pusłowski, zarządca folwarku sąsiadującego z wsią, w której znajdowała się szkoła, całe lato będzie na miejscu, więc nowy nauczyciel może przybyć w dogodnym dla siebie terminie.

Postój nie trwał długo. I tak mieli już spore opóźnienie – za Brześciem skład kilkakrotnie mocno zwalniał z obawy przed przeszkodami i wysoką wodą. Dzięki Bogu, tory okazały się przejezdne. Ignacy, który jeszcze w Warszawie zdążył się dowiedzieć, że wyprawę na lub przez województwo poleskie trzeba dobrze zaplanować, gdyż wiosną i jesienią pociągi są często odwoływane ze względu na zalane torowiska, nie spodziewał się takiej sytuacji pod koniec słonecznego sierpnia.

Konduktor dał znak maszyniście i wskoczył na stopień. Lokomotywa jęknęła, ciągnąc za sobą wagony w stronę Kobrynia i dalej na Pińsk. Ignacy patrzył, jak oddala się coraz szybciej i szybciej. Czuł lekki skurcz żołądka i przyjemne musowanie ekscytacji. To, o czym marzył od tak dawna, wreszcie się ziszczało.

Budynek stacji musiał być nowy. Wewnątrz wciąż pachniało farbą, a pociągnięte lakierem drewniane ławki lśniły, jakby nikt jeszcze na nich nie siedział. Ignacy zarejestrował to wszystko skrawkiem świadomości, gdy nazbyt zaprzątnięty własnymi rozmyślaniami, kilkoma dużymi krokami przemierzył poczekalnię.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Jesień

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji