Wydawca: Szara Godzina Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 289 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 7 min Lektor: Joanna Domańska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 7 min Lektor: Joanna Domańska

Opis ebooka Tam, gdzie czekał anioł - Dorota Schrammek

Mama dwójki dorosłych dzieci wyjeżdża do Ueckermünde by uporządkować swoje życie. Pomimo wielu obaw podejmuje pracę jako opiekunka starszego małżeństwa. Wkrótce na drodze bohaterki pojawiają się osoby, które zmieniają jej życie. Czy to przeznaczenie? Małe niemieckie miasteczko stopniowo staje się dla Beaty oazą spokoju, jednak ta pozorna równowaga zostaje zakłócona zaskakującymi wiadomościami.
Książka Tam, gdzie czekał anioł to pozytywna, pełna nadziei i przebaczenia oraz wiary w drugiego człowieka opowieść zmuszająca Czytelnika do przemyśleń nad swoim życiem.

Opinie o ebooku Tam, gdzie czekał anioł - Dorota Schrammek

Fragment ebooka Tam, gdzie czekał anioł - Dorota Schrammek

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Zdję­cie na okład­ce

© Ale­shy­n_An­drei/Shut­ter­stock

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest w tej książ­ce nie­za­mie­rzo­ne i przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2017

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­ro@sza­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2017

ISBN 978-83-65684-55-4

Rozdział 1

Be­ata z tru­dem roz­pro­sto­wa­ła nogi. Zdrę­twia­ły od po­nad dwu­go­dzin­ne­go bez­ru­chu. Mia­ła wra­że­nie, że opa­no­wa­ły ją mrów­ki, do­kucz­li­we i ką­sa­ją­ce. Po chwi­li to uczu­cie za­mie­ni­ło się w dość bo­le­sne kłu­cie. Jak­by ktoś wbi­jał jej w skó­rę ty­sią­ce ma­łych igie­łek. Sta­ra­ła się roz­ma­so­wać nogę.

– Do­kąd je­dzie? – Współ­pa­sa­żer­ka ode­zwa­ła się po raz pierw­szy, od­kąd usia­dła na swo­im miej­scu. Bez­ce­re­mo­nial­nie po­usta­wia­ła wszyst­kie swo­je ba­ga­że pod no­ga­mi za­miast na pół­ce nad gło­wą.

Be­ata za­sta­na­wia­ła się, czy nie zwró­cić jej uwa­gi. Pa­ro­krot­nie otwie­ra­ła usta, by to zro­bić, ale w ostat­niej chwi­li re­zy­gno­wa­ła. De­pry­mo­wał ją wiek ko­bie­ty. Nie po­tra­fi­ła się prze­móc, by zwra­cać uwa­gę nie­mal dwu­krot­nie star­szym od sie­bie. Przez gło­wę prze­bie­gło jej, że ró­wie­śni­kom tak­że nie umia­ła. Wo­la­ła po­pra­wić po kimś, zjeść zim­ną zupę w re­stau­ra­cji, za­pła­cić za sok z ple­śnią po­da­ny w ka­wiar­ni niż czuć to de­ner­wu­ją­ce skrę­ca­nie w brzu­chu i tłu­mić drże­nie w gło­sie w chwi­li upo­mi­na­nia się o coś. Od dzie­ciń­stwa tak mia­ła. Nie lu­bi­ła zwra­cać na sie­bie uwa­gi. Ni­g­dy nie skar­ży­ła na dzie­ci cią­gną­ce ją za wło­sy w przed­szko­lu, na ko­le­gę, któ­ry wbi­jał jej w ple­cy za­baw­ko­wy, lecz ostry śru­bo­kręt, po któ­rym zo­sta­ła bli­zna, czy na ko­le­żan­ki z li­ceum bez­czel­nie ścią­ga­ją­ce od niej na kla­sów­ce. Zwra­cać uwa­gę na­uczy­ła się do­pie­ro, gdy uro­dzi­ła się Wik­to­ria, a za­raz po niej Ja­nek. Gdy tyl­ko dzia­ła się im ja­kaś nie­spra­wie­dli­wość, ni­czym lwi­ca bro­ni­ła dzie­ci. Z tym że wy­da­wa­ła wte­dy dźwię­ki hie­ny. W chwi­lach zde­ner­wo­wa­nia jej głos sta­wał się pi­skli­wy, drżą­cy, nie­mal płacz­li­wy. Be­ata nie lu­bi­ła sie­bie w tych mo­men­tach. Mia­ła wra­że­nie, że wszy­scy mają ją za bek­sę lub hi­ste­rycz­kę.

– Do­kąd je­dzie? Dru­gi raz py­tam! – Ton star­szej oso­by ro­bił się na­tar­czy­wy. Za­czę­ła lu­stro­wać są­siad­kę prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niem.

– Do Szcze­ci­na – po­wie­dzia­ła Be­ata ci­cho, nie pa­trząc wie­ko­wej po­dróż­nej w oczy.

– Dzia­dow­skie mia­sto! – Ko­bie­ta nie­mal wy­plu­ła te sło­wa. – Ani to pol­skie, ani nie­miec­kie! Miesz­ka­ją tam tyl­ko lu­dzie bez ko­rze­ni! A praw­dzi­wy Po­lak po­wi­nien mieć hi­sto­rię i zie­mię prze­ka­zy­wa­ną z dzia­da pra­dzia­da.

– O, na­cjo­na­list­ka się tra­fi­ła! – ode­zwał się mę­ski głos. – Czło­wiek na­wet w po­cią­gu nie ma chwi­li od­de­chu od po­li­ty­ki! Co ci, ko­bie­to, prze­szka­dza w Szcze­ci­nie? Ja też tam jadę. Do wnu­ków. Szcze­cin to nor­mal­ne pol­skie mia­sto.

– Ja­kie pol­skie? Hi­sto­ria się kła­nia! Gdy­by wiel­moż­ny pan słu­chał Cej­row­skie­go, to wie­dział­by, że po­ło­wa miesz­kań­ców Szcze­ci­na to Niem­cy i Ży­dzi!

– Ko­bie­to, na gło­wę chy­ba upa­dłaś! – Po­dróż­ny ro­ze­śmiał się szy­der­czo. – Pew­nie po­zna­nian­ka – prych­nął.

– Tak! I co z tego? – Star­sza ko­bie­ta pod­nio­sła głos.

– Wy za­wsze bę­dzie­cie ata­ko­wać tych w Szcze­ci­nie, bo zwy­czaj­nie im za­zdro­ści­cie.

Be­ata za­ło­ży­ła słu­chaw­ki na uszy, by nie śle­dzić dal­szej wy­mia­ny zdań, któ­ra z każ­dą chwi­lą za­mie­nia­ła się w awan­tu­rę. Wła­ści­wie była wdzięcz­na, że obcy męż­czy­zna wtrą­cił się i to na nie­go prze­nio­sło się za­in­te­re­so­wa­nie. Mia­ła na­dzie­ję, że na do­bre. Pod­krę­ci­ła gło­śność. Od lat słu­cha­ła ra­dio­wej Je­dyn­ki. Zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dzie­wią­ta. Był so­bot­ni po­ra­nek, więc au­dy­cję po­pro­wa­dzi jej ulu­bio­ny re­dak­tor Ro­man.

– Wi­tam słu­cha­czy. – Po ser­wi­sie in­for­ma­cyj­nym roz­legł się sym­pa­tycz­ny i nie­zwy­kle cie­pły głos pro­wa­dzą­ce­go pro­gram. – Za­pra­szam wszyst­kich w po­dróż do wy­jąt­ko­we­go miej­sca. To mia­sto, gdzie woj­na za­koń­czy­ła się rok póź­niej niż gdzie­kol­wiek in­dziej, bo w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym szó­stym roku. Za­bio­rę was do ruin by­łej fa­bry­ki ben­zy­ny syn­te­tycz­nej Hy­drier­wer­ke oraz do za­kła­dów che­micz­nych. Dzień do­bry z Po­lic!

Oży­wi­ła się na dźwięk na­zwy. Po­li­ce! Oglą­da­ła kil­ka dni temu mapę, spraw­dza­jąc naj­bliż­szą oko­li­cę miej­sca, do któ­re­go wła­śnie się wy­bie­ra­ła. W li­nii pro­stej obie miej­sco­wo­ści dzie­li­ło czter­dzie­ści ki­lo­me­trów. I Za­lew Szcze­ciń­ski. I pol­sko-nie­miec­ka gra­ni­ca… Uec­ker­mün­de. Gdy­by ktoś pół roku temu po­wie­dział jej, że wy­bie­rze się tam do pra­cy, nie uwie­rzy­ła­by. Prze­cież mia­ła do­brą po­sa­dę w ate­lier zna­nej pro­jek­tant­ki mody. Za­ję­cie może mo­no­ton­ne, wy­ma­ga­ją­ce mrów­czej do­kład­no­ści, ale da­wa­ło jej co­mie­sięcz­ny przy­pływ go­tów­ki. Mia­ła swój ką­cik i ma­szy­nę w rogu pra­cow­ni. Do­sta­wa­ła do szy­cia naj­trud­niej­sze i naj­bar­dziej pra­co­chłon­ne ele­men­ty sty­li­za­cji. Nad każ­dym za­da­niem po­chy­la­ła się jed­nak z pie­czo­ło­wi­to­ścią i za­an­ga­żo­wa­niem. Ak­cep­to­wa­ła to, że nie wy­mie­nia­no jej jako współ­twór­czy­ni. Au­tor­ką dzie­ła i tak była pro­jek­tant­ka. To ona zbie­ra­ła sło­wa uzna­nia i za­chwy­tu pod­czas po­ka­zów i pro­jek­cji. To ona opo­wia­da­ła z dumą o swo­im dzie­le, wy­łącz­nie swo­im. Be­atę tyl­ko od cza­su do cza­su kłu­ło coś pod ser­cem, gdy w te­le­wi­zyj­nym wy­wia­dzie sze­fo­wa opo­wia­da­ła o wy­jąt­ko­wej sta­ran­no­ści i pra­cy, któ­rą wło­ży­ła w nie­zwy­kle efek­tow­ną suk­nię. Ona! Na­wet gu­zi­ka w niej nie przy­szy­ła!

Gdy w paź­dzier­ni­ku we­zwa­ła Be­atę do swo­je­go biu­ra, pra­cow­ni­ca była pew­na, że będą oma­wiać przy­go­to­wa­nia do wio­sen­nej ko­lek­cji. Uzbro­jo­na w bru­lion i ołó­wek, usia­dła przed ob­li­czem sze­fo­wej, go­to­wa do no­to­wa­nia po­le­ceń i uwag. Pięć mi­nut póź­niej za­uwa­ży­ła, że na kart­ce ry­su­je same szlacz­ki. Mu­sia­ła czymś za­jąć ręce, by nie drża­ły ner­wo­wo. W gło­wie dud­ni­ło usły­sza­ne chwi­lę wcze­śniej zda­nie: „Mu­szę cię zwol­nić”. Na­wet bez: „Przy­kro mi” jak w ame­ry­kań­skim fil­mie. Za­bra­kło ludz­kie­go od­ru­chu na ko­niec. Gdy za­miast tego pa­dły sło­wa, że trze­ba iść z du­chem cza­su, in­we­sto­wać w mło­dych i am­bit­nych, Be­ata sku­li­ła się w so­bie. Zno­wu zro­bi­ła coś nie tak. Nie na­da­je się do tej pra­cy. Tra­fi­ła do pro­jek­tant­ki pięć lat temu, wy­gry­wa­jąc dzię­ki skru­pu­lat­no­ści i do­kład­no­ści z kil­ko­ma in­ny­mi ko­bie­ta­mi. My­śla­ła, że ona – zwy­kła kraw­co­wa – zła­pa­ła Pana Boga za nogi. A te­raz wła­ści­ciel­ka pra­cow­ni wciąż myli jej imię, na­zy­wa­jąc na prze­mian Bo­że­ną i Be­atą.

Jesz­cze tego sa­me­go dnia mia­ła za­miar ro­ze­słać po­da­nie o przy­ję­cie do pra­cy do szwal­ni, w któ­rej wcze­śniej pra­co­wa­ła, oraz do za­kła­dów odzie­żo­wych. Szy­ciem zaj­mo­wa­ła się przez całe do­ro­słe ży­cie. Wie­le lat temu ukoń­czy­ła szko­łę za­wo­do­wą, uzy­sku­jąc sto­pień mi­strza kra­wiec­kie­go. Pra­co­wa­ła do­brze, była do­kład­na. Po pro­stu ro­bi­ła to w taki sam spo­sób, jak każ­de inne ży­cio­we za­da­nie. Gdy po­zna­ła Mar­ci­na, sta­ra­ła się być naj­pierw po­praw­ną na­rze­czo­ną, póź­niej żoną, a z cza­sem mat­ką. Po­praw­ną, czy­li z uśmie­chem wy­ko­nu­ją­cą obo­wiąz­ki za­wo­do­we, do­mo­we i ro­dzi­ciel­skie, nie­po­zwa­la­ją­cą so­bie na chwi­le zło­ści, kiep­skie­go na­stro­ju czy płacz. Z tym ostat­nim na­uczy­ła się do­sko­na­le kryć. Po­dob­nie jak z uczu­cia­mi. Je­dy­nie dzie­ciom ich nie szczę­dzi­ła. Cór­ce i sy­no­wi da­wa­ła to, cze­go sama nie za­zna­ła w dzie­ciń­stwie: czu­łość i uwa­gę. By­wa­ło, że te­ścio­wa stro­fo­wa­ła ją za zbyt­nie po­świę­ca­nie cza­su dzie­ciom i za­nie­dby­wa­nie męża.

– My­ślisz, że Mar­cin naje się sa­mym ka­pu­śnia­kiem? – zży­ma­ła się, cho­dząc po ich kuch­ni. – Jest kil­ka go­dzin poza do­mem, więc na­le­ży mu się so­lid­ny obiad.

Na nic zda­wa­ły się pró­by wy­tłu­ma­cze­nia, że męż­czy­zna wy­ku­pu­je po­sił­ki w pra­cy i nie po­trze­bu­je dwóch dań w domu, że Wik­to­ria i Ja­nek je­dzą w szko­le i w przed­szko­lu, a Be­acie wy­star­czy zwy­kła zupa. Te­ścio­wa jak­by nie przyj­mo­wa­ła tego do wia­do­mo­ści. Hoł­do­wa­ła tra­dy­cyj­ne­mu wy­cho­wa­niu. Uwa­ża­ła, że ko­bie­ta ma zaj­mo­wać się do­mem, a o resz­tę za­dba mąż. Cięż­ko ją było prze­ko­nać, że spo­ro się zmie­ni­ło od cza­sów, gdy ona była mło­dą mę­żat­ką. Zresz­tą ile­kroć Be­ata od­wa­ża­ła się na ja­ką­kol­wiek po­le­mi­kę, szyb­ciut­ko była za­le­wa­na po­to­kiem słów. Mat­ka Mar­ci­na prze­szy­wa­ła ją ta­kim wzro­kiem, że sy­no­wa mia­ła ocho­tę scho­wać się do my­siej dziu­ry. Od­kąd pa­mię­ta­ła, bała się pod­nie­sio­nych gło­sów. Nie­waż­ne, czy cho­dzi­ło o ostry ton na­uczy­ciel­ki w szko­le, nie­przy­jem­ne brzmie­nie eks­pe­dient­ki w skle­pie czy gło­śną mowę ojca. Każ­de­go po­po­łu­dnia po po­wro­cie ze szko­ły na­słu­chi­wa­ła już z pół­pię­tra gło­su taty. Je­że­li dał się sły­szeć, z pew­no­ścią oj­ciec był pod wpły­wem al­ko­ho­lu. Im była bli­żej miesz­ka­nia, tym bar­dziej sta­ra­ła się wy­son­do­wać, w ja­kim jest hu­mo­rze. Kie­dy śpie­wał, był za­do­wo­lo­ny. Go­rzej, gdy to­czył po­li­tycz­ne dys­ku­sje. Wte­dy sta­ra­ła się wcho­dzić do domu tak, by jej nie za­uwa­żył. Prze­my­ka­ła nie­po­strze­że­nie do swo­je­go po­ko­iku i ci­chut­ko za­my­ka­ła drzwi. Nie prze­szka­dza­ły jej skrę­ca­ją­cy się z gło­du żo­łą­dek, do­kucz­li­we uczu­cie ssa­nia i prze­ły­ka­na co chwi­lę śli­na. Wie­dzia­ła, że gdy tyl­ko wej­dzie do kuch­ni, choć­by po krom­kę chle­ba, to cze­ka ją dłu­ga dys­ku­sja z oj­cem. Cze­piał się wte­dy wszyst­kie­go. Nie po­do­bał mu się spo­sób, w jaki na nie­go spoj­rza­ła – choć sta­ra­ła się tego uni­kać. Nie od­po­wia­dał mu swe­ter, w któ­rym przy­szła. Był zły za oce­ny. Wszyst­ko jej wy­po­mi­nał. Gdy nie pił, był ma­ło­mów­ny. Sło­wo­tok uru­cha­miał mu się wraz z pierw­szym ły­kiem al­ko­ho­lu. Z każ­dym ko­lej­nym pi­wem było tyl­ko go­rzej.

– Sza­now­ni pań­stwo, do­jeż­dża­my do sta­cji Po­znań Głów­ny – do­biegł ba­ry­ton z gło­śni­ka. – Pla­no­wa­na jest pół­go­dzin­na prze­rwa. Za­chę­ca­my do sko­rzy­sta­nia z wa­go­nu re­stau­ra­cyj­ne­go.

Nie­ocze­ki­wa­ny ko­mu­ni­kat wy­bił Be­atę z po­nu­rych roz­my­ślań. Mia­ła ocho­tę na kawę i roz­pro­sto­wa­nie ko­ści. Do celu zo­sta­ły jesz­cze dwie i pół go­dzi­ny jaz­dy. Po­cze­ka­ła, aż star­sza pani za­bie­rze wszyst­kie swo­je to­boł­ki i opu­ści miej­sce. Ko­bie­ta ro­bi­ła to opie­sza­le, bur­cząc pod no­sem in­wek­ty­wy skie­ro­wa­ne pod ad­re­sem męż­czy­zny, któ­ry wdał się z nią w dys­ku­sję. Mó­wi­ła pod­nie­sio­nym gło­sem, jak­by pro­wo­ku­jąc Be­atę do ode­zwa­nia się, ale ta nie re­ago­wa­ła. Le­d­wo wy­do­sta­ła się ze swo­je­go sie­dze­nia, ru­szy­ła w prze­ciw­nym kie­run­ku. Be­ata chcia­ła wyjść in­ny­mi drzwia­mi niż mę­czą­ca współ­pa­sa­żer­ka.

Ode­tchnę­ła świe­żym po­wie­trzem i wzro­kiem od­szu­ka­ła naj­bliż­szą ka­wia­ren­kę. Na dwor­cu było ich kil­ka. We­szła do pierw­szej z brze­gu. Chcia­ła do­ko­nać za­ku­pu jak naj­szyb­ciej, jak­by oba­wia­ła się, że po­ciąg od­je­dzie bez niej. Rzad­ko zda­rza­ło się, że wy­jeż­dża­ła, ale i w tych nie­licz­nych mo­men­tach zja­wia­ła się na pe­ro­nie go­dzi­nę przed cza­sem i do­kład­nie spraw­dza­ła, czy jej ze­ga­rek wska­zu­je tę samą mi­nu­tę co dwor­co­wy cza­so­mierz.

– Co po­dać? – zwró­ci­ła się do niej mło­da dziew­czy­na.

Be­ata mia­ła za mało cza­su, by przej­rzeć spis kaw.

– Po­pro­szę czar­ną.

– Z mle­kiem i cu­krem? – Głos sprze­daw­czy­ni za­brzmiał w taki spo­sób, jak­by po­da­nie tych dwóch rze­czy wy­ma­ga­ło od niej nie lada wy­sił­ku.

– Nie, dzię­ku­ję – od­par­ła klient­ka ci­cho. Uwiel­bia­ła kawę sło­dzo­ną, ale ton dziew­czy­ny sku­tecz­nie ją de­pry­mo­wał. Za­pła­ci­ła za na­pój i pa­rząc so­bie ręce go­rą­cym kub­kiem, ode­szła w stro­nę po­cią­gu. Po chwi­li za­ję­ła miej­sce.

Resz­ta pa­sa­że­rów była na pe­ro­nie, Be­ata mia­ła więc chwi­lę spo­ko­ju. Wy­cią­gnę­ła ko­mór­kę i zer­k­nę­ła na wy­świe­tlacz. Za­pi­sa­ły się dwa po­łą­cze­nia od Mar­ci­na. Wy­bra­ła nu­mer do nie­go. Ode­brał po czwar­tym sy­gna­le.

– Cześć – rzu­cił krót­ko. – Nie mo­głem się do cie­bie do­dzwo­nić.

Iry­ta­cja w jego gło­sie spra­wi­ła, że Be­ata mia­ła ocho­tę prze­pra­szać za wyj­ście po kawę. Nie dał jej na to cza­su.

– Gdzie jest nu­mer te­le­fo­nu na­sze­go dok­to­ra?

– Co się sta­ło?! – Wy­stra­szy­ła się.

– Po­ma­ga­łem kie­row­cy otwo­rzyć za­wór. – Mar­cin był kie­row­ni­kiem tech­nicz­nym w spół­ce miej­skich prze­wo­zów. – Sko­ro­do­wa­ną czę­ścią prze­cią­łem so­bie nad­gar­stek.

Prze­łknę­ła śli­nę. Po­win­na być na miej­scu, w War­sza­wie, i uma­wiać męża do le­ka­rza. Prze­cież trze­ba spraw­dzić, czy nie wda­ło się za­ka­że­nie, zro­bić szcze­pie­nie prze­ciw­ko tęż­co­wi lub in­ne­mu dzia­do­stwu! Ona, za­miast wszyst­kim się za­jąć, znaj­do­wa­ła się w po­ło­wie dro­gi do pra­cy. Wa­ha­dło dia­gno­zu­ją­ce, czy robi do­brze, prze­chy­li­ło się na stro­nę „Wra­caj jak naj­szyb­ciej do sto­li­cy! Tam jest two­je miej­sce!”.

Mar­cin za­wie­sił głos, cze­ka­jąc na re­ak­cję żony. Nie­ocze­ki­wa­nie dla sa­mej sie­bie na­bra­ła po­wie­trza i ode­zwa­ła się ci­chym gło­sem:

– Nu­mer dok­to­ra jest przy­pię­ty mo­tyl­ko­wym ma­gne­sem do bocz­nej ścian­ki lo­dów­ki.

– Jesz­cze mo­żesz wró­cić – ode­zwał się mąż twar­dym gło­sem. – Pew­nie je­steś gdzieś w po­ło­wie dro­gi.

– Tak, w Po­zna­niu.

– To wra­caj!

Wdech – wy­dech, wdech – wy­dech…

– Nie mogę. Pod­ję­łam zo­bo­wią­za­nie i mu­szę do­trzy­mać wa­run­ków.

– Zo­sta­wiasz ro­dzi­nę, żeby opie­ko­wać się ja­kąś star­szą nie­miec­ką parą! A co z nami? Nie kon­sul­to­wa­łaś ni­cze­go!

– Da­cie so­bie radę. Dzie­ci są sa­mo­dziel­ne. Będę przy­jeż­dżać co trzy ty­go­dnie na sie­dem dni. – Sta­ra­ła się mó­wić spo­koj­nie, choć czu­ła, że cała drży.

– I tak ma wy­glą­dać nor­mal­ne, ro­dzin­ne ży­cie?

– To tyl­ko rok. Na tyle pod­pi­sa­łam umo­wę.

– Do­brze się za­sta­nów, czy po dwu­na­stu mie­sią­cach bę­dziesz mia­ła do cze­go wra­cać!

W słu­chaw­ce na­sta­ła głu­cha ci­sza.

Po­wo­li odło­ży­ła te­le­fon i wró­ci­ła pa­mię­cią do tam­te­go je­sien­ne­go dnia. Nie­zwy­kle trud­ne­go. Ta­kie­go, kie­dy trze­ba przy­znać się do po­raż­ki, do prze­gra­nej, do utra­ty pra­cy. Usia­dła wte­dy do kom­pu­te­ra cór­ki, by uzu­peł­nić swo­je CV. W ru­bry­ce z wy­kształ­ce­niem wid­nia­ło: za­wód – kra­wiec oraz wie­czo­ro­we li­ceum ad­mi­ni­stra­cyj­ne. Edu­ka­cja Be­aty koń­czy­ła się na szko­le śred­niej. To oj­ciec prze­ko­nał ją, że lep­szy fach w gar­ści niż mrzon­ki o stu­diach. Po­tem w tym sa­mym utwier­dza­li ją Mar­cin i jego mat­ka. A póź­niej nie było cza­su na ja­kie­kol­wiek my­śli o edu­ka­cji, bo na świe­cie po­ja­wi­ły się dzie­ci i to im trze­ba było po­świę­cić uwa­gę. Kil­ku­let­nią. Co za­tem może wpi­sać w ży­cio­ry­sie? Do­sko­na­ła zna­jo­mość ję­zy­ka nie­miec­kie­go i do­bra or­ga­ni­za­cja pra­cy – do­da­ła. To wszyst­ko. Czy­ta­ła tę fra­zę kil­ku­krot­nie i wte­dy ją olśni­ło! A gdy­by z tego fak­tu zro­bić wio­dą­cą ce­chę? Prze­cież tak lu­bi­ła uczyć się ję­zy­ka za­chod­nich są­sia­dów!

Szko­ła, do któ­rej cho­dzi­ła, była nie­ty­po­wa. Za­miast kształ­cić we wszech­obec­nym an­giel­skim, uczy­ła nie­miec­kie­go. Be­ata po­lu­bi­ła ten ję­zyk. Na­uka przy­cho­dzi­ła jej z ła­two­ścią. Po­świę­ca­ła na nią każ­dą wol­ną chwi­lę, by już po kil­ku mie­sią­cach wy­sła­wiać się naj­le­piej w kla­sie. Ger­ma­nist­ka pro­po­no­wa­ła jej wte­dy zmia­nę szko­ły z za­wo­dów­ki na li­ceum, ale Be­ata nie chcia­ła. Jak po­wta­rzał oj­ciec – mu­sia­ła mieć za­wód w ręku.

Gdy zo­sta­ła żoną Mar­ci­na, rzad­ko za­glą­da­ła do nie­miec­kich ksią­żek. Za­nie­dba­ła to zu­peł­nie, gdy po­ja­wi­ły się dzie­ci, ale wró­ci­ła do pa­sji czte­ry mie­sią­ce temu. Chcia­ła wy­słać po­da­nie o pra­cę do szwal­ni, ale coś ją pod­ku­si­ło i w wy­szu­ki­war­kę ofert w od­po­wied­nim miej­scu wpi­sa­ła „do­bra zna­jo­mość ję­zy­ka nie­miec­kie­go”. Wy­sko­czy­ło kil­ka­na­ście pro­po­zy­cji wy­jaz­du do Nie­miec. Do tej pory nie umia­ła­by po­wie­dzieć, co spra­wi­ło, że od­wa­ży­ła się na­pi­sać do agen­cji ofe­ru­ją­cej opie­kę nad oso­ba­mi star­szy­mi w za­mian za go­dzi­we za­rob­ki. To był im­puls! Gdy na­stęp­ne­go dnia za­dzwo­nił te­le­fon, mia­ła ocho­tę roz­łą­czyć się po mi­nu­cie. Ko­bie­cy głos sta­rał się prze­ko­nać ją, że do­brze zro­bi­ła, kon­tak­tu­jąc się z ich fir­mą. Że na pew­no nie bę­dzie ża­ło­wać. Be­ata po­now­nie chcia­ła prze­rwać roz­mo­wę, gdy do po­ko­ju wszedł jej mąż. Nie zwró­cił naj­mniej­szej uwa­gi na to, że żona z kimś roz­ma­wia, za to za­czął gło­śno wy­ra­żać pre­ten­sje o brak świe­żych bok­se­rek.

– Są na wie­sza­ku na bal­ko­nie. – Ko­bie­ta sta­ra­ła się za­kryć ręką mi­kro­fon, by roz­mów­czy­ni jej nie sły­sza­ła.

– To je przy­nieś! Prze­cież nie pój­dę nago na ze­wnątrz! Po­spiesz się, bo za­raz mu­szę wyjść!

Zro­zu­mia­ła wte­dy bez­sens ca­łej sy­tu­acji. Mar­cin wy­ma­gał, by ona na­tych­miast prze­rwa­ła roz­mo­wę i przy­nio­sła mu bie­li­znę, choć mógł­by wcią­gnąć na sie­bie dre­so­we spodnie wi­szą­ce na opar­ciu krze­sła w sy­pial­ni i wyjść po bok­ser­ki! Be­ata po­wo­li wy­szła z po­ko­ju, za­my­ka­jąc się w ła­zien­ce i od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia roz­mów­czy­ni. Tak, zga­dza się wstęp­nie na rocz­ny kon­trakt w Niem­czech. Tak, zga­dza się na spo­tka­nie w biu­rze po­śred­ni­czą­cym. Tak, zga­dza się na we­ry­fi­ka­cję umie­jęt­no­ści ję­zy­ko­wych.

Wszyst­ko po­to­czy­ło się bły­ska­wicz­nie. Ty­dzień póź­niej drżą­cym gło­sem przed­sta­wia­ła mę­żo­wi swój za­miar.

– Ale jak to? – po­wta­rzał w kół­ko. – Nie dasz so­bie rady!

Im czę­ściej to mó­wił, tym więk­szej na­bie­ra­ła pew­no­ści, że pod­ję­ła traf­ną de­cy­zję. Po raz pierw­szy za­dzia­ła­ła spon­ta­nicz­nie. I choć póź­niej wie­lo­krot­nie mia­ła ocho­tę się wy­co­fać, w ostat­niej chwi­li wy­gry­wa­ła wro­dzo­na od­po­wie­dzial­ność. Sko­ro po­wie­dzia­ło się A, na­le­ży po­wie­dzieć B. Im bar­dziej mąż na­ci­skał na zmia­nę de­cy­zji, tym bar­dziej ona utwier­dza­ła się w jej słusz­no­ści. I choć ser­ce za każ­dym ra­zem roz­ry­wa­ło się na pół, gdy o tym po­my­śla­ła, nie ugię­ła się. Po raz pierw­szy w ży­ciu! Na nic zda­ły się wy­rzu­ty te­ścio­wej, że zo­sta­wia ro­dzi­nę na pa­stwę losu i so­bie wy­jeż­dża, że pró­bu­je w ten spo­sób roz­wa­lić mał­żeń­stwo, bo prze­cież miej­sce żony jest przy mężu. Be­ata na­wet nie od­po­wia­da­ła. Do­pie­ro gdy mat­ka Mar­ci­na wy­pa­li­ła:

– A może ty masz już ko­goś na boku i do nie­go je­dziesz, co?

– Nie mam. Nie ja – od­par­ła sy­no­wa, ce­dząc przez zęby i za­ci­ska­jąc usta w wą­ziut­ką kre­skę.

Roz­pła­ka­ła się, gdy tyl­ko star­sza ko­bie­ta wy­szła z ich miesz­ka­nia. Na szczę­ście męża nie było w domu, za­tem mo­gła so­bie po­zwo­lić na szloch i… wspo­mi­na­nie po­wa­ka­cyj­ne­go zna­le­zi­ska. Ko­mór­ka Mar­ci­na le­ża­ła na ku­chen­nym bla­cie, gdy nie­ocze­ki­wa­nie zo­stał przez są­sia­da po­pro­szo­ny o po­moc. Nie za­brał ze sobą apa­ra­tu. Be­ata au­to­ma­tycz­nie spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz, gdy na­de­szło po­wia­do­mie­nie.

Dzię­ku­ję za cu­dow­ną roz­mo­wę i to­wa­rzy­stwo przy ka­wie – prze­czy­ta­ła.

Ni­g­dy nie za­glą­da­ła do ko­mór­ki męża, ale tym ra­zem po­czu­ła, że musi, tym bar­dziej że nadaw­cą była ja­kaś Agu­sia. Jej ese­mes przy­szedł jako naj­now­szy w ca­łym cią­gu wia­do­mo­ści. Be­ata prze­bie­gła je wzro­kiem. Były tam głów­nie po­dzię­ko­wa­nia za spo­tka­nia, za miłe to­wa­rzy­stwo, za po­moc, a w nie­któ­rych mo­men­tach za to, że Mar­cin był. Pierw­sza wy­sła­na wia­do­mość z tego nu­me­ru nada­na była pod ko­niec sierp­nia. To wte­dy mąż wró­cił z dwu­ty­go­dnio­we­go po­by­tu w Ka­mie­niu Po­mor­skim. Wy­brał się tam, by pod­re­pe­ro­wać krę­go­słup. Za­zwy­czaj to­wa­rzy­szy­ła mu Be­ata, jed­nak tym ra­zem nie do­sta­ła urlo­pu w tym ter­mi­nie. Wy­star­czy­ło, by je­den je­dy­ny raz wy­je­chał sam, a już wy­ko­rzy­stał czas na nowe zna­jo­mo­ści.

Nie przy­zna­ła się, że przej­rza­ła jego te­le­fon. Zro­bi­ła to nie­zbyt do­kład­nie, ale wy­star­czy­ło, by utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że do ich mał­żeń­stwa do­łą­czy­ła trze­cia oso­ba. I to ona sta­ła się ar­gu­men­tem prze­ma­wia­ją­cym za wy­jaz­dem. Mar­cin bę­dzie miał czas, aby zde­cy­do­wać, cze­go i kogo chce w dal­szym ży­ciu.

O dzi­wo, dzie­ci przy­ję­ły wia­do­mość o pra­cy mat­ki za gra­ni­cą wy­jąt­ko­wo wy­ro­zu­mia­le.

– Wresz­cie po­my­ślisz o so­bie – po­wie­dzia­ła Wik­to­ria wprost do ucha Be­aty i moc­no ją przy­tu­li­ła.

Po chwi­li do uści­sku do­łą­czył Ja­nek. Ro­dzeń­stwo dzie­li­ły dwa lata, ale było nie­zwy­kle ze sobą zży­te. Be­ata po­my­śla­ła, że ich dwo­je to jej naj­więk­szy ży­cio­wy suk­ces. Je­dy­ny chy­ba. Wie­dzia­ła, że syn – stu­dent in­for­ma­ty­ki – oraz cór­ka stu­diu­ją­ca pe­da­go­gi­kę da­dzą so­bie radę.

– Trzy ty­go­dnie miną bły­ska­wicz­nie – po­wie­dzia­ła, gdy dzie­ci sta­ły z nią na Dwor­cu Cen­tral­nym. Mąż nie mógł uczest­ni­czyć w so­bot­nim po­ran­nym po­że­gna­niu, bo na­gle zo­stał we­zwa­ny do pra­cy z po­wo­du awa­rii. – I dbaj­cie o tatę. – Choć tym zaj­mu­je się już ktoś inny, do­da­ła w my­ślach.

Przez pierw­sze ki­lo­me­try po­dró­ży ukrad­kiem wy­cie­ra­ła łzy. W mia­rę jak od­le­głość od domu się zwięk­sza­ła, po­wo­li nad­cho­dzi­ło uspo­ko­je­nie prze­rwa­ne je­dy­nie ak­tyw­no­ścią mę­czą­cej to­wa­rzysz­ki w po­cią­gu. Od Po­zna­nia je­cha­ła już sama. Z za­sko­cze­niem ob­ser­wo­wa­ła zmie­nia­ją­cy się kra­jo­braz. Rano wy­jeż­dża­ła z mroź­nej, śnież­nej War­sza­wy, a przed Szcze­ci­nem zo­rien­to­wa­ła się, że tem­pe­ra­tu­ra ro­sła. Kra­jo­braz już za sto­li­cą Wiel­ko­pol­ski prze­stał być bia­ły. Te­raz prze­wa­ża­ła w nim sza­rość. Drze­wa ogo­ło­co­ne z li­ści spra­wia­ły przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. Tra­wa była bru­nat­na, wca­le nie zie­lo­na. Im bar­dziej Be­ata zbli­ża­ła się do za­chod­niej gra­ni­cy, tym moc­niej świat wy­da­wał się po­zba­wio­ny ko­lo­rów. Zu­peł­nie jak­by tej zimy nie le­żał tu śnieg! A może na­praw­dę tu nie sy­pał?! Oglą­da­jąc pro­gno­zę po­go­dy po wie­czor­nych wia­do­mo­ściach, za­wsze zwra­ca­ła uwa­gę je­dy­nie na War­sza­wę. Po­zo­sta­łe re­gio­ny kra­ju mo­gły dla niej nie ist­nieć.

Gdy mę­ski głos za­po­wie­dział Star­gard, wie­dzia­ła, że od Szcze­ci­na dzie­lą ją trzy kwa­dran­se. W sku­pie­niu przy­glą­da­ła się, jak kra­jo­braz z le­śne­go prze­mie­nia się w in­du­strial­ny, wy­peł­nio­ny ko­mi­na­mi, za­kła­da­mi, trą­bią­cy­mi na prze­jaz­dach sa­mo­cho­da­mi. Z za­fa­scy­no­wa­niem pa­trzy­ła na Odrę – dużą rze­kę, choć mniej­szą od Wi­sły. Z da­le­ka wi­dzia­ła stocz­nię, po­usta­wia­ne wzdłuż na­brze­ża więk­sze i mniej­sze jed­nost­ki wod­ne, dźwi­gi i mo­to­rów­ki. Wresz­cie ogło­szo­na zo­sta­ła sta­cja koń­co­wa: Szcze­cin Głów­ny. Be­ata chwy­ci­ła ba­gaż le­żą­cy nad gło­wą i z tru­dem ścią­gnę­ła go z pół­ki. Gdy już stał obok jej nóg, z ple­ca­ka wy­cią­gnę­ła no­tes, w któ­rym mia­ła za­pi­sa­ne wszel­kie in­for­ma­cje. Jako pierw­szy wid­niał nu­mer te­le­fo­nu do biu­ra po­śred­ni­czą­ce­go w zna­le­zie­niu pra­cy. Była świa­do­ma, że wy­jeż­dża­ją­cym Po­lkom przy­tra­fia­ją się naj­róż­niej­sze sy­tu­acje, dla­te­go wo­la­ła się przy­go­to­wać. Przej­rza­ła fora, na któ­rych ko­bie­ty opo­wia­da­ły o przy­kro­ściach, ja­kie je spo­ty­ka­ły po prze­kro­cze­niu gra­ni­cy. Jesz­cze w War­sza­wie uzna­ła, że le­piej wie­dzieć, cze­go się spo­dzie­wać. Do­brze, że to całe Uec­ker­mün­de nie leży tak da­le­ko. Trzy kwa­dran­se jaz­dy i jest się w Po­li­cach, a chwi­lę póź­niej w Szcze­ci­nie.

Uec­ker­mün­de. Cóż za dziw­na na­zwa. Przez chwi­lę usi­ło­wa­ła prze­tłu­ma­czyć ją w my­ślach na ję­zyk pol­ski. Wkry­uj­ście! Jesz­cze dziw­niej.

Po­ciąg po­wo­li się za­trzy­mał. Be­ata na­bra­ła po­wie­trza, by uspo­ko­ić ner­wy, któ­re za­czę­ły da­wać o so­bie znać, i wy­szła na pe­ron. W cią­gu ostat­nich dwóch ty­go­dni prze­pro­wa­dzi­ła kil­ka roz­mów te­le­fo­nicz­nych z sy­nem star­szych lu­dzi, któ­ry­mi ma się opie­ko­wać. Po­chwa­lił jej bar­dzo do­brą zna­jo­mość ję­zy­ka nie­miec­kie­go. Rze­czy­wi­ście, choć była pew­na, że ze zde­ner­wo­wa­nia nie wy­du­si ani sło­wa, głos ani na chwi­lę jej nie za­drżał. Może dla­te­go, że po dru­giej stro­nie ode­zwał się nie­zwy­kle sym­pa­tycz­ny ba­ry­ton mó­wią­cy po­wo­li, by zro­zu­mia­ła każ­de sło­wo. Słu­cha­ła go z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią i nie wie­dzieć kie­dy sama za­czę­ła ak­tyw­nie uczest­ni­czyć w kon­wer­sa­cji. An­dre­as – tak przed­sta­wił się roz­mów­ca – po­wo­li wpro­wa­dzał ją w świat obo­wiąz­ków. Jego ro­dzi­ce byli star­szy­mi, acz­kol­wiek dość spraw­ny­mi ludź­mi. Obo­je cier­pie­li jed­nak na al­zhe­ime­ra. Mat­ka w po­waż­niej­szym stop­niu. Po­trze­bo­wa­li uważ­nej to­wa­rzysz­ki w cią­gu dnia, któ­ra do­pil­nu­je, by wzię­li leki, po­ło­ży­li się na po­obied­nią drzem­kę, zje­dli cały obiad i wy­szli na spa­cer. Na­tu­ral­nie tych czyn­no­ści było wię­cej, lecz nie wy­da­wa­ły się one cięż­kie do wy­ko­na­nia. Be­ata do­wie­dzia­ła się, że kil­ka razy w ty­go­dniu trze­ba bę­dzie ich tak­że za­wieźć na re­ha­bi­li­ta­cję, ma­sa­że oraz na umó­wio­ne wi­zy­ty do le­ka­rzy. Od cza­su do cza­su po­to­wa­rzy­szyć pod­czas spo­tkań, uro­dzin i wie­czor­ków u zna­jo­mych. Po­lka po­wta­rza­ła kil­ka­krot­nie, że nie po­sia­da me­dycz­ne­go wy­kształ­ce­nia lub choć­by kur­su opie­kun­ki. An­dre­as za­pew­nił, że nie ma ta­kiej ko­niecz­no­ści.

Wy­sia­da­jąc z po­cią­gu, nie­po­ko­iła się, czy go od­naj­dzie. Umó­wi­li się, że bę­dzie cze­kał w sa­mym środ­ku dwor­co­wej po­cze­kal­ni, nie­da­le­ko ka­wiar­ni Nie­bie­ska. Od­na­la­zła ten punkt, ale w po­bli­żu była tyl­ko ca­łu­ją­ca się para. Be­ata ro­zej­rza­ła się bez­rad­nie. Obok niej prze­cho­dzi­li pa­sa­że­ro­wie, ża­den jed­nak nie zbli­żał się w stro­nę ka­wia­ren­ki. Mi­ja­li ją obo­jęt­nie. Może An­dre­as nie zna­lazł par­kin­gu i dla­te­go jesz­cze go nie ma? Po­sta­no­wi­ła, że za­dzwo­ni do nie­go za dzie­sięć mi­nut. Czas wlókł się nie­mi­ło­sier­nie. Z tru­dem wy­trzy­ma­ła wy­zna­czo­ny so­bie czas. Pa­trząc w no­tes, wbi­ła na pul­pi­cie te­le­fo­nu dłu­gi nu­mer nie­miec­kiej ko­mór­ki.

– Abo­nent poza za­się­giem. – Usły­sza­ła ko­mu­ni­kat.

Cho­le­ra ja­sna! Spró­bo­wa­ła raz jesz­cze. To samo! No tak, miły głos ją zwiódł. Dała się na­brać na pra­cę, a to jed­no wiel­kie oszu­stwo!

Od przy­jaz­du po­cią­gu mi­nę­ło już po­nad trzy­dzie­ści mi­nut, a ona bez­rad­nie sta­ła w nie­zna­nym so­bie mie­ście, bo za­ufa­ła ob­cym. Trze­ba było słu­chać męża! Mam za swo­je! Za­chcia­ło mi się eks­cen­try­zmu w ży­ciu! Pierw­szy i ostat­ni raz.

Już wi­dzia­ła peł­ne po­li­to­wa­nia miny dzie­ci, trium­fu­ją­cą te­ścio­wą i wzdy­cha­ją­ce­go Mar­ci­na. Be­ata na pew­no usły­szy: „Wie­dzia­łem, że tak bę­dzie”. Po­spiesz­nie otar­ła spły­wa­ją­cą po po­licz­ku łzę. Nie chcia­ła, by kto­kol­wiek ją zo­ba­czył. Po­de­szła szyb­ko do ta­bli­cy od­jaz­dów, sku­pi­ła wzrok na po­łą­cze­niach Szcze­cin – War­sza­wa i dzię­ki temu po­wstrzy­ma­ła płacz. Naj­bliż­szy po­ciąg do sto­li­cy od­jeż­dżał do­pie­ro pod wie­czór. Była dwu­na­sta czter­dzie­ści pięć. Stwier­dzi­ła, że prze­sie­dzi kil­ka go­dzin na ław­ce w po­cze­kal­ni. Jesz­cze raz wy­cią­gnę­ła te­le­fon, usi­łu­jąc skon­tak­to­wać się z An­dre­asem. Na próż­no. Za­dzwo­ni­ła do biu­ra po­śred­nic­twa – tam włą­czy­ła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka. No tak, so­bo­ta, nikt nie pra­cu­je.

Co ją pod­ku­si­ło, by wy­ru­szać w week­en­do­wy dzień? Proś­ba Niem­ca, któ­ry twier­dził, że tyl­ko wte­dy ma wol­ne i może po nią przy­je­chać. Po­czu­cie za­wo­du wzra­sta­ło w niej z mi­nu­ty na mi­nu­tę. Była zła na sie­bie. Po­czu­ła, że ko­niecz­nie musi wy­pić kawę i się uspo­ko­ić.

W Nie­bie­skiej nie było lu­dzi. Za­opa­trzy­ła się w pa­ru­ją­cy na­pój i usia­dła przy sto­li­ku w sa­mym rogu, od­wró­co­na ple­ca­mi do wej­ścia. Z kub­ka bu­cha­ła para, ogrze­wa­jąc łzy spły­wa­ją­ce jej po po­licz­kach. Nie dała rady ich po­wstrzy­mać. Sie­dzia­ła, a jej drob­ny­mi ra­mio­na­mi wstrzą­sa­ło łka­nie. W domu trzy­ma­ła fa­son przez kil­ka ty­go­dni, nie da­jąc po so­bie po­znać, że drę­czą ją oba­wy i nie­pew­ność. W tym mo­men­cie tamy pu­ści­ły i uczu­cia zna­la­zły uj­ście.

– Be­ata? – Usły­sza­ła swo­je imię wy­mó­wio­ne z ob­cym ak­cen­tem. Nie zwró­ci­ła uwa­gi na to, że do lo­ka­lu ktoś wszedł i sta­nął za nią. Roz­mów­ca prze­szedł na nie­miec­ki: – Wi­taj! To ja, An­dre­as.

Sta­ra­ła się w po­śpie­chu obe­trzeć łzy.

Męż­czy­zna pa­trzył na nią za­sko­czo­ny, a po chwi­li za­czął po­kor­nie prze­pra­szać.

– Spóź­ni­ła się wy­na­ję­ta opie­kun­ka – tłu­ma­czył skru­szo­nym gło­sem. – Po­dob­no po dro­dze był ja­kiś wy­pa­dek. Nie mo­głem ro­dzi­ców zo­sta­wić sa­mych, a po­dróż z nimi do Szcze­ci­na by­ła­by jesz­cze gor­sza! Ow­szem, jeż­dżą sa­mo­cho­dem, ale na krót­kich od­cin­kach, mak­sy­mal­nie do pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów w jed­ną stro­nę. Wy­jazd do du­że­go mia­sta nie dość, że roz­re­gu­lo­wał­by ich rytm dnia, to jesz­cze spo­wo­do­wał­by zmę­cze­nie.

Be­ata pa­trzy­ła na nie­go, za­sta­na­wia­jąc się, czy to, co mówi, jest szcze­re. Być może sło­wa tro­ski o ro­dzi­ców mia­ły za­kryć złe wra­że­nie spo­wo­do­wa­ne go­dzin­nym spóź­nie­niem.

– Pró­bo­wa­łam do pana za­dzwo­nić – po­wie­dzia­ła z wy­rzu­tem.

– Mam nie­miec­ki nu­mer te­le­fo­nu. Nie dzia­ła po pol­skiej stro­nie – od­parł. – Jesz­cze raz prze­pra­szam. Nie po­my­śla­łem, że coś może się wy­da­rzyć i po­trzeb­na bę­dzie ko­mu­ni­ka­cja. To jak? Bio­rę ba­gaż i mo­że­my je­chać?

Be­ata po­wo­li ski­nę­ła gło­wą. Po­czą­tek współ­pra­cy był nie naj­lep­szy. Jak­by los usil­nie chciał jej po­wie­dzieć, że ma wra­cać do War­sza­wy, do daw­ne­go ży­cia, do co­dzien­nej mo­no­to­nii, do wi­zyt uty­sku­ją­cej te­ścio­wej i do Mar­ci­na, z któ­rym pra­wie już nie roz­ma­wia­ła. Bo o czym moż­na mó­wić po ćwierć­wie­czu by­cia ra­zem?

– Je­dzie­my – od­par­ła z mocą w gło­sie.

Pięć mi­nut póź­niej w sa­mo­cho­dzie wy­cią­gnę­ła te­le­fon i na­pi­sa­ła wia­do­mość do męża, że wy­jeż­dża ze Szcze­ci­na i za chwi­lę stra­ci za­sięg pol­skie­go ope­ra­to­ra, prze­cho­dząc na ro­aming. Prze­śle­dzi­ła w in­ter­ne­cie, że po­łą­cze­nia mię­dzy­na­ro­do­we na­dal były dro­gie. Chy­ba bę­dzie mu­sia­ła po­sta­rać się o nie­miec­ką kar­tę, by swo­bod­nie ko­rzy­stać z in­ter­ne­to­wych ko­mu­ni­ka­to­rów umoż­li­wia­ją­cych tań­szy kon­takt z do­mem. Ale po­my­śli o tym do­pie­ro w po­nie­dzia­łek. Nie­dzie­la mia­ła być po­wol­nym wpro­wa­dze­niem w obo­wiąz­ki.

An­dre­as spo­koj­nym gło­sem opo­wia­dał Be­acie, jak wy­glą­da miej­sco­wość, w któ­rej miesz­ka.

– Cza­sa­mi czu­ję się jak na wsi. Mamy dom na obrze­żach Uec­ker­mün­de, a za nami są już tyl­ko łąki i pola. Je­sie­nią wy­pa­sa się na nich owce. Nie­świa­do­mych może stra­szyć be­cze­nie w ciem­no­ści i dźwięk dzwo­necz­ków. Nikt nie chce uwie­rzyć, że po be­cze­niu roz­róż­niam, w ja­kim ko­lo­rze jest zwie­rzę. Inne dźwię­ki wy­da­ją bia­łe, inne czar­ne, a jesz­cze inne ciem­no­brą­zo­we. – Uśmiech­nął się, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od dro­gi. Je­chał ostroż­nie, nie prze­kra­cza­jąc do­zwo­lo­nej pręd­ko­ści. Nie­co zwal­niał, zbli­ża­jąc się do świa­teł, by móc spo­koj­nie za­ha­mo­wać, nim z zie­lo­ne­go zro­bi się na­gle czer­wo­ne.

Mar­cin jeź­dził po­dob­nie, ale to Be­acie prze­szka­dza­ło. W War­sza­wie ostroż­ny kie­row­ca po­strze­ga­ny jest jak dzi­wa­dło, na któ­re na­le­ży trą­bić, wy­prze­dzać w po­śpie­chu i wska­zy­wać pal­cem. Po Po­mo­rzu Za­chod­nim jak­by ina­czej się jeź­dzi­ło. Spo­koj­niej, bez ner­wo­wo­ści, jaka udzie­la­ła się miesz­kań­com sto­li­cy. A prze­cież też było w tym mie­ście wie­le rond i skrzy­żo­wań z to­ra­mi tram­wa­jo­wy­mi.

– To już ko­niec mia­sta? – Be­ata za­sko­czo­na wska­za­ła pę­tlę, za któ­rą już były drze­wa.

– Tak. Za ja­kieś pięt­na­ście ki­lo­me­trów bę­dzie­my na gra­ni­cy w Do­biesz­czy­nie. – Na­zwę miej­sco­wo­ści wy­mó­wił z ogrom­nym tru­dem i tak za­baw­nie, że mu­sia­ła par­sk­nąć śmie­chem.

– Do­biesz­czyn – wy­mó­wi­ła wy­raź­nie, by do­brze usły­szał.

– Mam na­dzie­ję, że pod­uczysz mnie pol­skie­go. Miesz­kam tak bli­sko gra­ni­cy, że po­wi­nie­nem znać choć kil­ka zwro­tów.

– Czy Niem­cy chęt­nie uczą się ję­zy­ka są­sia­dów? – spy­ta­ła.

Po­krę­cił gło­wą.

– Nie. Sam nie znam nic wię­cej po­nad „dzień do­bry” i „ład­na ko­bie­ta”. – Na chwi­lę się od­wró­cił w jej stro­nę i mru­gnął okiem. – Cho­ciaż był czas, że bar­dzo chcia­łem mó­wić po pol­sku… – za­wie­sił głos, jak­by w gło­wie wró­cił wspo­mnie­nia­mi do tam­te­go mo­men­tu.

Be­ata nie wy­rwa­ła go z za­du­my.

– Po­la­cy miesz­ka­ją­cy na po­gra­ni­czu przy­zwy­cza­ili nas do do­bre­go – ode­zwał się nie­co za­my­ślo­nym gło­sem. – Gdy przy­jeż­dża­cie do nas, ocze­ku­je­my, że bę­dzie­cie mó­wi­li po nie­miec­ku. Bo prze­cież to wy przy­jeż­dża­cie. Na­to­miast gdy od­wie­dza­my Szcze­cin, uwa­ża­my za nor­mal­ne, że sprze­daw­ca w skle­pie czy pra­cow­nik sta­cji ben­zy­no­wej po­słu­gu­ją się na­szą mową.

– Czy­li to my, Po­la­cy, je­ste­śmy win­ni wa­szej nie­chę­ci do po­zna­nia ję­zy­ka są­sia­dów? – Be­ata spoj­rza­ła za­sko­czo­na i nie­co zi­ry­to­wa­na.

– Ra­czej przy­zwy­cza­ili­ście nas do tego, że wie­le z sie­bie da­je­cie. Dla­te­go tak chęt­nie za­trud­nia­my was i wy­naj­mu­je­my jako spe­cja­li­stów. W Uec­ker­mün­de jest szpi­tal, w któ­rym pra­wie po­ło­wa za­trud­nio­ne­go per­so­ne­lu to Po­la­cy lub oby­wa­te­le kra­jów wschod­nich. Wie­my, że po­waż­nie pod­cho­dzi­cie do obo­wiąz­ków i po­wie­rzo­nych za­dań.

– Nie wszy­scy tacy są – po­wie­dzia­ła, przy­po­mi­na­jąc so­bie opi­nie o ro­da­kach, ja­kie wy­czy­ta­ła na fo­rum po­lo­nij­nym. Sama mia­ła epi­zod pra­cy w Niem­czech. Pierw­szy za­kład szwal­ni­czy, w któ­rym zo­sta­ła za­trud­nio­na, pod­pi­sał umo­wę na se­rię ubrań z fir­mą we Frank­fur­cie. Część pol­skiej za­ło­gi, w tym ona, przez dwa mie­sią­ce pra­co­wa­ła u za­chod­nie­go pra­co­daw­cy. Wte­dy za­uwa­ży­ła prze­kro­jo­wość po­lo­nij­ne­go spo­łe­czeń­stwa.

– W każ­dym na­ro­dzie jest róż­no­rod­ność – od­parł An­dre­as. – Po pro­stu trze­ba umieć wy­brać to­wa­rzy­stwo dla sie­bie. A Po­la­cy za gra­ni­cą, po­dob­nie jak Niem­cy, bar­dzo czę­sto ła­pią się pierw­sze­go lep­sze­go kon­tak­tu, bo są złak­nie­ni prze­by­wa­nia z ro­da­ka­mi.

– Ob­czy­zna po­win­na zbli­żać… a wi­dzę, że w więk­szo­ści dzie­li – po­wie­dzia­ła Be­ata ci­cho.

– Je­że­li tra­fi się na od­po­wied­nich lu­dzi, to nie ma pro­ble­mów – ode­zwał się Nie­miec. – Wcze­śniej za­trud­nia­łem do po­mo­cy przy ro­dzi­cach dwie Po­lki. Tyl­ko przez ty­dzień był spo­kój. Po tym cza­sie jak­by pio­run w nie strze­lił. Nie było dnia, by cze­goś prze­ciw­ko so­bie nie mó­wi­ły. Jed­na chcia­ła wy­pa­dać le­piej niż dru­ga. Do­no­si­ły na sie­bie i do­ku­cza­ły. Pró­bo­wa­łem być roz­jem­cą, ale w koń­cu ile moż­na! Sko­ro nie ma woli zro­zu­mie­nia po żad­nej ze stron, to zwol­ni­łem obie. Na ich miej­sce jest pani.

– A je­że­li i ja was roz­cza­ru­ję? – spy­ta­ła.

– Nie ukry­wam, że mu­szę się z tym li­czyć – od­parł po­waż­nie. – Dla­te­go tak istot­ne jest przed­sta­wie­nie ocze­ki­wań. Obo­pól­ne. Mam na­dzie­ję, że ju­tro to wszyst­ko zro­bi­my. Do­cho­dzi czter­na­sta. Za dwie go­dzi­ny bę­dzie ciem­no. Chciał­bym po­ka­zać pani mia­stecz­ko. Wła­śnie mi­ja­my gra­ni­cę.

Je­dy­nym do­wo­dem tego były dwa słu­py, je­den po­ma­lo­wa­ny w bar­wy pol­skiej fla­gi, dru­gi – nie­miec­kiej. Zmie­ni­ły się tak­że słup­ki dro­go­we ozna­cza­ją­ce od­le­głość. Z bia­ło-czer­wo­nych prze­szły w bia­ło-czar­ne. Poza tym wszyst­ko wy­glą­da­ło tak samo. Kil­ka chwil póź­niej mi­nę­li służ­by cel­ne wy­pa­tru­ją­ce sa­mo­cho­dów przez lor­net­kę. Be­ata za­drża­ła.

– Pro­szę się nie oba­wiać – uspo­ko­ił ją An­dre­as. – Za­trzy­mu­ją tyl­ko sa­mo­cho­dy z pol­ską re­je­stra­cją. W do­dat­ku te kon­tro­le są spo­ra­dycz­ne, głów­nie w week­en­dy.

Be­ata z za­cie­ka­wie­niem oglą­da­ła mi­ja­ne miej­sco­wo­ści. Hin­ter­see, Ge­gen­see, Ahl­beck były nie­wiel­ki­mi wio­ska­mi. Przy­ku­wa­ły wzrok za­dba­ne do­mo­stwa, przy­go­to­wa­ne do zimy ogród­ki, upo­rząd­ko­wa­ne obej­ścia. Zu­peł­nie jak­by każ­de­go dnia ich miesz­kań­cy coś przy do­mach ro­bi­li. Spo­ra­dycz­nie wi­sia­ły jesz­cze po­zo­sta­ło­ści bo­żo­na­ro­dze­nio­wych de­ko­ra­cji. Be­ata była za­sko­czo­na. W Pol­sce prak­tycz­nie wszyst­kie bu­dyn­ki były przy­stro­jo­ne i oświe­tlo­ne. Był trze­ci stycz­nia, okres świą­tecz­ny. Za kil­ka dni przy­pa­da świę­to Trzech Kró­li. Prze­jeż­dża­jąc przez zie­mię nie­miec­ką, mia­ła wra­że­nie, jak­by Boże Na­ro­dze­nie było tu­taj daw­no temu. Cho­ciaż… ona tak­że nie mia­ła uda­nych świąt.

– Wjeż­dża­my do Uec­ker­mün­de. – Usły­sza­ła głos An­dre­asa wy­ry­wa­ją­cy ją z za­my­śle­nia. – Po­je­dzie­my naj­pierw na lewo.

Po chwi­li dro­ga z sze­ro­kiej prze­szła w węż­szą i bru­ko­wa­ną.

– Do­kład­nie mia­stecz­ko chciał­bym po­ka­zać ju­tro. Uła­twi to spra­wę, gdy trze­ba bę­dzie za­wieźć ro­dzi­ców do le­ka­rza czy na te­ra­pię. Dzi­siaj ro­bię to po­bież­nie. Tu­taj mamy pla­żę. La­tem Za­lew Szcze­ciń­ski wy­peł­nio­ny jest jach­ta­mi. Zimą wszyst­kie są po­cho­wa­ne do han­ga­rów lub na po­se­sjach wła­ści­cie­li. Jedź­my da­lej. – Za­wró­cił sa­mo­cho­dem i po­je­cha­li tą samą dro­gą, któ­rą do­pie­ro prze­by­li. Do­tar­li do nie­wiel­kie­go ron­da. – W na­szym mia­stecz­ku są tyl­ko trzy – po­wie­dział, jak­by od­ga­du­jąc jej my­śli. – W zu­peł­no­ści wy­star­cza­ją, aby ruch był płyn­ny.

Roz­glą­da­ła się. Prze­je­cha­li przez most, przed któ­rym umiesz­czo­no znak in­for­mu­ją­cy, że pod nim pły­nie Wkra. Ob­je­cha­li dru­gie ron­do, a po ja­kichś stu me­trach – trze­cie. Z nie­go An­dre­as skrę­cił na pra­wo.

– A to nasz ry­nek, ra­tusz i kil­ka ka­mie­ni­czek – wy­ja­śnił. Na środ­ku pla­cu sta­ła ogrom­na cho­in­ka po­zba­wio­na już świa­te­łek. Pew­nie służ­by po­rząd­ko­we nie­dłu­go się nią zaj­mą. Oka­la­ją­ce plac bu­dyn­ki były na­praw­dę pięk­ne i za­cho­wa­ły za­byt­ko­wy cha­rak­ter. Chwi­lę póź­niej mi­ja­li ogrom­ny, zbu­do­wa­ny z czer­wo­nej ce­gły ko­ściół ze strze­li­sty­mi wie­ża­mi. – Ewan­ge­lic­ki. Ale gdy­by pani chcia­ła ka­to­lic­ki, to też jest. Ma­lut­ki, ale czyn­ny.

Be­ata nie wie­dzia­ła, czy chce. Nie od­po­wie­dzia­ła.

Jed­no­kie­run­ko­wą uli­cą ob­je­cha­li sta­rów­kę i wra­ca­li tą samą dro­gą. Na ron­dzie skie­ro­wa­li się jed­nak pro­sto.

– Je­dzie­my już do domu. – An­dre­as z nie­po­ko­jem zer­k­nął na ze­ga­rek. – Pro­szę spoj­rzeć na lewo. – Mi­ja­li bu­dy­nek, wo­kół któ­re­go ro­iło się od pla­ka­tów i zdjęć zwie­rząt. – To małe zoo. Naj­więk­sza lo­kal­na atrak­cja. Każ­de­go roku przy­jeż­dża tu kil­ka ty­się­cy Niem­ców i Po­la­ków ze Szcze­ci­na oraz oko­licz­nych miej­sco­wo­ści – do­dał. – A nasz dom jest tu­taj.

Po­wo­li wje­chał na po­dwó­rze ostat­nie­go do­mo­stwa po pra­wej stro­nie. Sa­mo­chód za­par­ko­wał pod wia­tą. Pa­sa­żer­ka była prze­ję­ta.

– Za­pra­szam. Po­ka­żę pani sie­dzi­bę. – Chwy­cił jej ple­cak i ru­szył w stro­nę nie­wiel­kie­go dom­ku, jak­by mu­ro­wa­nej al­ta­ny sto­ją­cej obok głów­ne­go bu­dyn­ku. – La­tem udo­stęp­nia­my go tu­ry­stom lub przy­ja­cio­łom. Od te­raz słu­ży pani.

Cie­ka­wie roz­glą­da­ła się po ład­nie ume­blo­wa­nym wnę­trzu. Po­kój, kuch­nia wy­po­sa­żo­na w naj­po­trzeb­niej­sze sprzę­ty, a w ła­zien­ce do­dat­ko­wy ka­lo­ry­fer, gdy­by było jej zim­no.

– Na biur­ku pod oknem stoi kom­pu­ter, z któ­re­go może pani ko­rzy­stać. Ma in­ter­net, Sky­pe i to wszyst­ko, co jest po­trzeb­ne do kon­tak­tu z naj­bliż­szy­mi. W szu­fla­dzie jest te­le­fon ko­mór­ko­wy, nie­ste­ty star­sze­go typu. Wło­ży­łem do apa­ra­tu nie­miec­ką kar­tę. Pro­szę w ra­zie po­trze­by ko­rzy­stać.

Po­sta­wił ba­gaż obok łóż­ka. Po­lka spoj­rza­ła z wdzięcz­no­ścią.

– Przyj­dę za pół go­dzi­ny i ra­zem pój­dzie­my do ro­dzi­ców, tym­cza­sem może się pani od­świe­żyć po po­dró­ży. Te­raz mu­szę spraw­dzić, jak mama i tata spra­wo­wa­li się pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści.

Męż­czy­zna wy­szedł, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Be­ata była mile za­sko­czo­na jego opie­kuń­czo­ścią i mia­ła na­dzie­ję, że nie jest ona na po­kaz. Mimo że dro­ga upły­nę­ła im na nie­zwy­kle mi­łej kon­wer­sa­cji, to gdzieś tam na dnie ser­ca cza­iła się nie­uf­ność, czy przy­pad­kiem nie jest to wy­re­ży­se­ro­wa­ny spek­takl na jej uży­tek. Skąd ten męż­czy­zna wie tyle o Po­lkach?

Nie mia­ła jed­nak cza­su, by ten pro­blem zgłę­biać. Za­ję­ła się roz­pa­ko­wy­wa­niem ple­ca­ka i po­wierz­chow­nym ukła­da­niem rze­czy w szaf­kach. Po­tem się­gnę­ła po te­le­fon, by od­na­leźć do­stęp­ne sie­ci. Łu­dzi­ła się, że bę­dzie tu za­sięg – choć­by sła­by – pol­skie­go ope­ra­to­ra, ale na­dzie­je oka­za­ły się płon­ne. Gdy w koń­cu po­łą­czy­ła się z nie­miec­ką sie­cią, przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w ekran ko­mór­ki. Li­czy­ła, że Mar­cin od­pi­sze na jej wia­do­mość choć­by jed­nym zda­niem. Kie­dy dzie­sięć mi­nut póź­niej do drzwi pu­kał An­dre­as, po­wia­do­mie­nia na­dal nie było. Al­tan­kę opusz­cza­ła nie tyle zde­ner­wo­wa­na, ile ogrom­nie roz­cza­ro­wa­na.

Rozdział 2

Be­ata po ci­chu we­szła do domu star­szych pań­stwa. Pra­co­wa­ła tu­taj od dwóch ty­go­dni i zdą­ży­ła się zo­rien­to­wać, że Frau Pe­tra uwiel­bia wsta­wać o świ­cie. Po­dob­no to na­wyk jesz­cze z cza­sów, kie­dy była ak­tyw­na za­wo­do­wo. Przez wie­le lat za­trud­nia­no ją w pie­kar­ni. Mu­sia­ła bu­dzić się oko­ło trze­ciej, by zdą­żyć na po­ran­ną zmia­nę. Syn opo­wia­dał, że mat­ka ma naj­praw­do­po­dob­niej wbu­do­wa­ny ze­gar we­wnętrz­ny i nie jest w sta­nie go prze­sta­wić. Za to bar­dzo wcze­śnie cho­dzi­ła spać. Be­ata mia­ła spo­kój ze star­szą pa­nią już o dzie­więt­na­stej każ­de­go wie­czo­ru. Jej mąż kładł się do łóż­ka go­dzi­nę póź­niej.

Frau Pe­tra nie spa­ła. Sie­dzia­ła już przy ku­chen­nym sto­le. Gdy Be­ata sta­nę­ła w drzwiach, go­spo­dy­ni spoj­rza­ła na wi­szą­cy nad nimi ze­gar. Wska­zy­wał siód­mą.

– Dzień do­bry! Chy­ba się nie spóź­ni­łam? – spy­ta­ła opie­kun­ka drżą­cym gło­sem, choć An­dre­as uprze­dzał ją, że ma nie zwra­cać uwa­gi na dzi­wac­two mat­ki.

Ko­bie­ta nie od­po­wie­dzia­ła, wpa­tru­jąc się w okno. Po­wo­li ja­śnia­ło. Po­lka po­de­szła do ku­chen­nej szaf­ki i wy­cią­gnę­ła pro­duk­ty nie­zbęd­ne do przy­go­to­wa­nia śnia­da­nia. Na­sta­wi­ła kawę. Bez niej nie mógł od­być się po­ran­ny po­si­łek. Po chwi­li w ca­łym po­miesz­cze­niu pach­nia­ło aro­ma­tycz­nym na­po­jem. Z ła­zien­ki do­cho­dzi­ły od­gło­sy my­cia. Herr Man­fred też już wstał. Star­si pań­stwo śnia­da­nie je­dli za­wsze kwa­drans po siód­mej. Be­ata na­ło­ży­ła do dwóch szkla­nych mi­se­czek nie­wiel­kie por­cje mu­sli i za­la­ła cie­płym mle­kiem.

– Dzień do­bry, mło­da damo – ode­zwał się Nie­miec we­so­łym gło­sem, wcho­dząc do kuch­ni. – Do­brze spa­łaś?

– Dzień do­bry. Wspa­nia­le! – Be­ata uśmiech­nę­ła się do pod­opiecz­ne­go.

Każ­de­go ran­ka cze­kał ją ten sam ze­staw kur­tu­azyj­nych py­tań. Męż­czy­zna nie ocze­ki­wał od­po­wie­dzi. Cie­szy­ło go samo za­ga­da­nie do opie­kun­ki. Go­spo­da­rze po chwi­li po­chło­nię­ci byli po­sił­kiem.