Wydawca: Szara Godzina Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 295 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 38 min Lektor: Joanna Gajór

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 38 min Lektor: Joanna Gajór

Opis ebooka W słońcu i we mgle - Dorota Schrammek

Niepozorny hotelik w centrum Wałcza, trzy przyjezdne kobiety i właścicielka obiektu – sceneria iście filmowa, jednak daleka od ideału. Za bohaterkami ciągnie się przeszłość, która prześladuje je na każdym kroku. Dlaczego Bożena ma wiecznie zaciśnięte usta i tworzy szczegółowy plan każdego dnia? Co jest przyczyną tego, że Natalia nie chce rozmawiać z mężem, a w nocnej szafce skrywa pozew rozwodowy? Z jakiego powodu Majka usiłuje popełnić samobójstwo? I w końcu Alicja – skąd wie o sekretach pozostałej trójki? Jakie tajemnice kryją się za hotelowymi drzwiami?

Opinie o ebooku W słońcu i we mgle - Dorota Schrammek

Fragment ebooka W słońcu i we mgle - Dorota Schrammek

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i łamanie

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest w tej książ­ce nie­za­mie­rzo­ne i przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2017

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­ro@sza­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2017

ISBN 978-83-65684-43-1

De­dy­ku­ję tym,

dzię­ki któ­rym Wałcz i jego oko­li­ce

na za­wsze po­zo­sta­ną w moim ser­cu

Rozdział 1

Bo­że­na jesz­cze raz zer­k­nę­ła w stro­nę ho­te­lo­we­go bu­fe­tu. Na dłu­gim sto­le, przy­kry­tym bia­łym ob­ru­sem, po­usta­wia­ne były naj­róż­niej­sze przy­sma­ki. Kil­ka ro­dza­jów sa­ła­tek, w tym jej ulu­bio­na z tuń­czy­kiem, ga­la­re­ta dro­bio­wa, jaj­ka w so­sie ta­tar­skim i twa­ro­żek ze szczy­pior­kiem. Z elek­trycz­ne­go pod­grze­wa­cza wy­do­by­wał się za­pach ja­jecz­ni­cy na ma­śle, pie­czo­nych kieł­ba­sek i na­le­śni­ków. Spod kre­mo­wej ser­wet­ki wy­sta­wa­ły paj­dy bia­łe­go i ciem­ne­go pie­czy­wa. Bło­gość! Ca­ło­ści do­peł­nia­ły po­jem­nicz­ki z do­dat­ka­mi: ma­słem zio­ło­wym, smal­cem, kon­fi­tu­ra­mi oraz mio­dem. Z wa­zo­nu sto­ją­ce­go w rogu sto­łu, by nie prze­szka­dzał go­ściom, roz­cho­dził się cu­dow­ny za­pach ma­jo­we­go bzu.

Była sama w po­miesz­cze­niu. Po­przed­nie­go dnia do­wie­dzia­ła się, że śnia­da­nia roz­po­czy­na­ją się o siód­mej. Ona zja­wi­ła się kwa­drans przed cza­sem. Chcia­ła wy­pić w spo­ko­ju kawę i za­sta­no­wić się nad roz­kła­dem dnia. Wie­dzia­ła, że za chwi­lę do ja­dal­ni przyj­dą po­zo­sta­li go­ście i za­pa­nu­je tu gwar. To za­wsze wy­trą­ca­ło ją z rów­no­wa­gi. Uwiel­bia­ła ci­szę. Je­dy­nie wte­dy po­tra­fi­ła sku­pić my­śli.

– Prze­pra­szam, gdzie jest co­dzien­na pra­sa? – za­gad­nę­ła kel­ner­kę wy­cho­dzą­cą z ku­chen­ne­go za­ple­cza.

Mło­da dziew­czy­na spoj­rza­ła na nią z kon­ster­na­cją.

– Pra­sa?! – Wpa­try­wa­ła się w Bo­że­nę, jak­by po raz pierw­szy sły­sza­ła to sło­wo. – W kio­sku na­prze­ciw­ko może pani ku­pić.

– Tu nie ma­cie?!

– Nie.

Kel­ner­ka ode­szła, a Bo­że­na wy­dę­ła usta. Co to za ho­tel, w któ­rym nie moż­na przej­rzeć ga­zet pod­czas śnia­da­nia! Po­win­nam się tego spo­dzie­wać, po­my­śla­ła.

Była tu po raz pierw­szy. I ostat­ni za­pew­ne. To małe mia­sto – za­le­d­wie pięć rond, któ­re po­przed­nie­go wie­czo­ru mi­ja­ła. Nie zdą­ży­ła przyj­rzeć się mie­ści­nie, bo zja­wi­ła się zbyt póź­no, ale do­my­śla­ła się, że da radę przejść ją wzdłuż i wszerz w cią­gu jed­ne­go po­po­łu­dnia. Jak lu­dzie mogą żyć w ta­kim miej­scu? Do nie­daw­na jesz­cze nie wie­dzia­ła, że to mia­stecz­ko ist­nie­je na ma­pie Pol­ski. Przy­po­mnia­ła so­bie roz­mo­wę z sze­fem sprzed dwóch ty­go­dni.

– Na­praw­dę to ja mu­szę tam je­chać? – Pa­trzy­ła na nie­go za­sko­czo­na. – Nie może któ­raś z młod­szych pra­cow­nic?

– Nie po­ra­dzą so­bie. – Prze­ło­żo­ny po­krę­cił gło­wą. – Nie mają do­świad­cze­nia.

– Ale ja nie mogę… – za­czę­ła.

Szef wszedł jej w sło­wo:

– Nie mo­żesz? Od pię­ciu lat nie wy­jeż­dża­łaś w żad­ną de­le­ga­cję! Wy­da­je mi się, że wła­śnie to­bie naj­ła­twiej tam po­je­chać! Nie masz week­en­do­wej uczel­ni, bo już wszyst­ko za tobą. Małe dzie­ci nie pła­czą ci w domu, a mąż przez te dzie­sięć dni do­sko­na­le so­bie po­ra­dzi. Chy­ba że jest coś, o czym nie wiem? – Za­wie­sił głos, da­jąc Bo­że­nie szan­sę na do­po­wie­dze­nie.

Mil­cza­ła.

– Co mam tam do­kład­nie ro­bić? – spy­ta­ła po chwi­li zre­zy­gno­wa­na.

Przez na­stęp­ny kwa­drans słu­cha­ła o kon­tro­li w miej­skiej spół­ce. Stan­dar­do­we za­da­nie. Bę­dzie prze­glą­dać i spraw­dzać set­ki do­ku­men­tów, ty­sią­ce ra­chun­ków, a po­tem stwo­rzy kil­ku­stro­ni­co­wy ra­port. Nada­wa­ła się do tej pra­cy do­sko­na­le. Była skru­pu­lat­na i do­kład­na. Szef lu­bił zle­cać jej od­po­wie­dzial­ne za­da­nia, bo wie­dział, że wy­ko­na je pre­cy­zyj­nie. Ni­g­dy nie po­wie­dział tego gło­śno, ale była jego naj­lep­szą pra­cow­ni­cą. Tra­fi­ła do biu­ra za­raz po stu­diach, prze­cho­dząc po­szcze­gól­ne eta­py ka­rie­ry. I choć ni­g­dy nie mia­ła zbyt­nie­go par­cia na kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko, od kil­ku lat je pia­sto­wa­ła.

– Z po­znań­skie­go od­dzia­łu do­łą­czy do cie­bie pani Na­ta­lia. Nie znam jej, ale sły­sza­łem wie­le do­bre­go. Ma trzy­dzie­ści lat, pra­cu­je tam od nie­daw­na. Służ jej po­mo­cą w ra­zie cze­go – do­dał.

Bo­że­na wy­krzy­wi­ła usta. Ten gry­mas po­ja­wiał się u niej co­raz czę­ściej. Albo na­pi­na­ła war­gi, albo przy­gry­za­ła je od środ­ka. Cza­sa­mi ro­bi­ła to tak moc­no, że od­czu­cie bólu prze­cho­dzi­ło w smak krwi. Do­pie­ro wte­dy się uspo­ka­ja­ła. Wy­krzy­wia­nie ust spra­wia­ło, że wy­da­wa­ła się star­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści. Fi­gu­rę, ukształ­to­wa­ną w mło­do­ści tre­nin­ga­mi pił­ki siat­ko­wej, mia­ła bez za­rzu­tu. Dzi­siaj za­po­mnia­ła, jak wie­le ra­do­ści spra­wia­ło jej to nie­gdyś. Z jaką ocho­tą zwią­zy­wa­ła dłu­gie blond wło­sy w kit­kę i spi­ło­wy­wa­ła pa­znok­cie, by nie ła­ma­ły się przy przyj­mo­wa­niu pił­ki. Ten na­wyk po­zo­stał jej do te­raz. Wło­sy do ra­mion, z prze­dział­kiem po­środ­ku, każ­de­go ran­ka za­cze­sy­wa­ła w iden­tycz­ny spo­sób. Do pra­cy naj­czę­ściej wkła­da­ła bia­łe ko­szu­le i ciem­ne ma­ry­nar­ki tu­szu­ją­ce ko­bie­ce kształ­ty, przyj­mu­jąc wy­gląd nud­nej księ­go­wej. W so­bo­ty i nie­dzie­le zwy­kle snu­ła się po domu w dre­sie.

– Bę­dzie­cie za­kwa­te­ro­wa­ne w jed­nym ho­te­lu. W week­end też masz opła­co­ny noc­leg – po­wie­dział prze­ło­żo­ny. – Bez sen­su, że­byś na dwa dni je­cha­ła sześć­set ki­lo­me­trów w jed­ną stro­nę i za­raz po­tem wra­ca­ła. Sama po­dróż cię zmę­czy.

Bo­że­na po­ki­wa­ła gło­wą, zga­dza­jąc się nie­chęt­nie. My­śla­mi była jed­nak zu­peł­nie gdzie in­dziej.

– Wi­dzę, że już ży­jesz po­dró­żą – ode­zwał się męż­czy­zna. – Za­raz prze­ślę ci ma­ilem za­kres za­dań. Po­po­łu­dnia bę­dziesz mia­ła wol­ne. Zwie­dzaj Wałcz, bo to po­dob­no pięk­ne mia­stecz­ko. Jesz­cze tam nie by­łem, ale kil­ko­ro zna­jo­mych opo­wia­da­ło o tym miej­scu w sa­mych su­per­la­ty­wach.

Opusz­cza­jąc ga­bi­net sze­fa, mach­nę­ła lek­ce­wa­żą­co ręką. Kie­dy na nowo za­sia­dła za swo­im biur­kiem, wy­cią­gnę­ła z szu­fla­dy kil­ka bia­łych kar­tek i za­czę­ła pi­sać. Co chwi­lę zer­ka­ła w ka­len­darz, spraw­dza­jąc daty. Przez mo­ment się na­my­śla­ła i no­to­wa­ła zno­wu. Kart­ki za­peł­nia­ły się drob­nym macz­kiem. Gdy skru­pu­lat­ny plan był go­to­wy, prze­czy­ta­ła go, do­pi­sa­ła coś i po­now­nie prze­le­cia­ła wzro­kiem. Wy­da­wał się w po­rząd­ku. Te­raz na­le­ża­ło wy­ko­nać te­le­fon.

Mat­ka ode­bra­ła po czwar­tym sy­gna­le. Przez chwi­lę wy­słu­chi­wa­ła tego, co cór­ka ma do po­wie­dze­nia.

– Zwa­rio­wa­łaś – rzu­ci­ła krót­ko. – Wy­obra­żasz so­bie, że zo­sta­wię tatę i przy­ja­dę do was na dzie­sięć dni? Tyl­ko dla­te­go, że ty wy­jeż­dżasz i nie chcesz Mar­ka zo­sta­wić sa­me­go? A co on? Ośmio­let­ni dzie­ciak jest, że trze­ba go pil­no­wać?!

Bo­że­na mia­ła od­po­wiedź na koń­cu ję­zy­ka. Po­wstrzy­ma­ła się jed­nak.

– Je­że­li przy­je­dziesz i do­pil­nu­jesz wszyst­kie­go, to sfi­nan­su­ję to­bie i ojcu let­ni po­byt nad mo­rzem – rzu­ci­ła.

W słu­chaw­ce za­pa­dła ci­sza. Ro­dzi­ciel­ka ana­li­zo­wa­ła nie­ocze­ki­wa­ną, ku­szą­cą pro­po­zy­cję.

– Wła­ści­wie to do­brze bę­dzie zmie­nić na tro­chę do­mo­wy kli­mat na inny. – Mat­ka za­czę­ła ostroż­nie. Jej na­tu­ra skąp­ca była zna­na wszem wo­bec i każ­de­mu z osob­na. Bra­ła wszyst­ko, co było za dar­mo.

– Czy­li zga­dzasz się? – spy­ta­ła cór­ka.

– Tak. – Da­ła­by gło­wę, że w tym mo­men­cie mat­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ale nie będę mu­sia­ła go­to­wać ani sprzą­tać? Inne obo­wiąz­ki do­mo­we tak­że nie znaj­dą się na mo­jej gło­wie? – Nie­na­wi­dzi­ła tego.

– Nie. Wy­star­czy, że bę­dziesz do­trzy­my­wa­ła to­wa­rzy­stwa Mar­ko­wi i spraw­dza­ła, czy wy­ko­nu­je wszyst­ko zgod­nie z pla­nem, któ­ry mu zo­sta­wiam – po­wie­dzia­ła Bo­że­na.

– Z ja­kim pla­nem?!

– Gdy mnie nie bę­dzie, Ma­rek może po­po­łu­dnia­mi za­jąć się ma­lo­wa­niem na­szej sy­pial­ni. Wiesz, że je­stem uczu­lo­na na far­bę. Niech więc tę pra­cę wy­ko­na pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści. Po­tem od­ma­lu­je ga­raż i skrę­ci dwa re­ga­ły, któ­re sto­ją nie­roz­pa­ko­wa­ne pra­wie dru­gi mie­siąc. Zresz­tą wszyst­ko już spi­sa­łam. Dzi­siaj wie­czo­rem po­wiem mu, że przy­je­dziesz. Do­brze, że­byś była dzień wcze­śniej. Zdą­ży­ły­by­śmy po­roz­ma­wiać o szcze­gó­łach.

Mat­ka przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, jak cór­ka wy­obra­ża so­bie to wszyst­ko. Od ósmej do szes­na­stej zięć był w pra­cy. Żona pla­no­wa­ła wy­peł­nić mu każ­de po­po­łu­dnie za­ję­cia­mi w domu. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by te­ścio­wa mia­ła kon­tro­lo­wać i roz­li­czać męż­czy­znę z każ­dej rze­czy na­rzu­co­nej przez Bo­żen­kę.

Sku­szo­na atrak­cyj­ną na­gro­dą, nie do­py­ty­wa­ła jed­nak o nic.

Zo­ba­czy­ły się dzień przed wy­jaz­dem cór­ki. Mat­ka przy­je­cha­ła wie­czo­rem, za­tem nie mia­ły zbyt wie­le cza­su na roz­mo­wę. Zresz­tą le­d­wo tyl­ko ro­dzi­ciel­ka się ro­ze­bra­ła, uj­rza­ła przed sobą plik kar­tek. Bo­że­na tłu­ma­czy­ła punkt po punk­cie. Było ich tam chy­ba sto! Star­sza ko­bie­ta za­sta­na­wia­ła się, czy aby jej cór­ka nie wy­jeż­dża na pół roku.

– Wy­pie­le­nie ra­ba­tek?! Po­wtór­ne po­ma­lo­wa­nie bu­ja­ne­go fo­te­la?! My­cie okien w ca­łym domu?! Dziec­ko, czyś ty po­wa­rio­wa­ła?! Prze­cież on na­wet nie bę­dzie miał chwi­li wy­tchnie­nia!

I o to cho­dzi, po­my­śla­ła Bo­że­na. Gło­śno jed­nak po­wie­dzia­ła:

– Ma­rek nie lubi bez­czyn­no­ści. Czas beze mnie spę­dzi pro­duk­tyw­nie.

– Zgo­dził się na to wszyst­ko?! – Mat­ka nie mo­gła uwie­rzyć.

– Oczy­wi­ście – od­par­ła, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

Nie miał in­ne­go wyj­ścia, po­wie­dział głos w jej gło­wie.

– Za­raz go za­py­tam. – Ro­dzi­ciel­ka ru­szy­ła w kie­run­ku kuch­ni, w któ­rej za­szył się zięć.

– Nie mu­sisz! – Gwał­tow­ny i gło­śny ton cór­ki spra­wił, że za­trzy­ma­ła się w pół kro­ku. – Wszyst­ko mamy uzgod­nio­ne. Co wie­czór będę dzwo­ni­ła do cie­bie, tak oko­ło dwu­dzie­stej dru­giej, a ty bę­dziesz zda­wa­ła mi re­la­cję, czy wszyst­ko zo­sta­ło wy­ko­na­ne. Są trzy ko­pie pla­nu. Jed­na je­dzie ze mną, dru­gą masz ty, a trze­cia jest u mo­je­go męża.

– Daj­że po­żyć chło­pu – za­czę­ła mat­ka pro­szą­cym to­nem. – Niech któ­re­goś po­po­łu­dnia wy­sko­czy so­bie na piwo z ko­le­ga­mi czy…

– Ab­so­lut­nie! Zresz­tą mój mąż tego nie lubi. – Bo­że­na ode­zwa­ła się to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu.

– Prze­cież on na­wet nie ode­tchnie. – Star­sza ko­bie­ta pod­ję­ła ostat­nią pró­bę. Gdy spoj­rza­ła na cór­kę, za­sko­czy­ła ją jej mina. Wy­glą­da­ło na to, że wła­śnie o to jej cho­dzi!

Po­że­gna­ły się jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru, gdyż Bo­że­na wy­jeż­dża­ła wcze­snym ran­kiem. Mia­ła do prze­je­cha­nia sześć­set ki­lo­me­trów. Cze­ka­ła ją dłu­ga po­dróż po­cią­giem, w tym dwie prze­siad­ki.

* * *

Dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny wcze­śniej Bo­że­na sta­ła na dwor­cu na po­łu­dniu Pol­ski. Te­raz sie­dzia­ła w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji w nie­wiel­kim za­chod­nio­po­mor­skim Wał­czu nad fi­li­żan­ką zim­nej kawy, roz­my­śla­jąc o mężu. Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Siód­ma dzie­sięć. Po­wi­nien być już w za­kła­dzie. Ku­si­ło ją, by tam za­dzwo­nić i spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście do­tarł. Idio­tycz­nie to bę­dzie jed­nak wy­glą­dać. Ma­rek ni­g­dy nie za­li­czył na­wet spóź­nie­nia, a zwol­nie­nia cho­ro­bo­we zda­rzy­ły mu się do tej pory dwa. Chęć spraw­dze­nia była jed­nak nie­zwy­kle sil­na. Ko­bie­ta od­no­si­ła wra­że­nie, jak­by wraz z każ­dym ki­lo­me­trem od­da­la­ją­cym ją od domu tra­ci­ła pa­no­wa­nie nad sy­tu­acją. A już tak do­brze so­bie wszyst­ko po­ukła­da­ła!

– Dzień do­bry! Pani Bo­że­na, praw­da? – Przy sto­le po­ja­wi­ła się mło­da ko­bie­ta. Pach­nia­ła świe­żo wzię­tym prysz­ni­cem, de­li­kat­ny­mi kwia­to­wy­mi per­fu­ma­mi i kre­mem wtar­tym w smu­kłe dło­nie. Blon­dyn­ka z de­li­kat­ny­mi do­łecz­ka­mi na twa­rzy, ubra­na w mod­ną blu­zecz­kę w kwia­to­we wzor­ki oraz nie­bie­skie dżin­sy opi­na­ją­ce zgrab­ne cia­ło, na szyi mia­ła fan­ta­zyj­nie za­wią­za­ną apasz­kę pa­su­ją­cą do ca­ło­ści.

Bo­że­na nie do­strze­gła żad­nej bi­żu­te­rii, tyl­ko na pra­wej ręce ko­bie­ty wid­nia­ła gum­ka. Szyb­ko z niej znik­nę­ła, bo ta bły­ska­wicz­nie zwią­za­ła wło­sy w nie­dba­ły wę­zeł. Do­pie­ro wte­dy po­da­ła dłoń na po­wi­ta­nie.

– Mam na imię Na­ta­lia. Bę­dzie­my ra­zem pra­co­wać przez kil­ka naj­bliż­szych dni.

Bo­że­na nie­chęt­nie wy­cią­gnę­ła rękę. Mimo wszyst­ko uści­snę­ła moc­no, bły­ska­wicz­nie koń­cząc mo­ment za­po­znaw­czy. Po­czu­ła mło­dość pod pal­ca­mi. Skó­ra Na­ta­lii była de­li­kat­na i wy­pie­lę­gno­wa­na, pa­znok­cie za­dba­ne i po­ma­lo­wa­ne na ró­żo­wy od­cień. Ta­kie dło­nie do­sko­na­le na­da­ją się do mi­ło­sne­go do­ty­ku. Bo­że­na się wzdry­gnę­ła. Pró­bo­wa­ła zi­gno­ro­wać two­rzą­cą się przed ocza­mi wi­zję, ale ta upar­cie po­wra­ca­ła. Mło­de, de­li­kat­ne pal­ce gła­dzą­ce szy­ję, a po­tem zsu­wa­ją­ce się ni­żej, wzdłuż li­nii krę­go­słu­pa. Pa­znok­cie zo­sta­wia­ją­ce na cie­le bia­ły ślad, któ­ry za­raz zni­ka… Zi­ry­to­wa­na wsta­ła z miej­sca, nie­mal prze­wra­ca­jąc fi­li­żan­kę z kawą.

Na­ta­lia spoj­rza­ła na nią z lek­kim za­sko­cze­niem.

– To moja wina. Nie­po­trzeb­nie się do­sia­dłam. Mia­ła pani ocho­tę na chwi­lę spo­ko­ju, a ja…

– Nie, to ni­czy­ja wina – od­par­ła Bo­że­na, sta­ra­jąc się nad sobą za­pa­no­wać. – Zbyt gwał­tow­nie wsta­łam.

Mło­da ko­bie­ta nie wy­da­ła się prze­ko­na­na, ale nie kon­ty­nu­owa­ła te­ma­tu.

– Może po­dam śnia­da­nie. Mają tu ta­kie pysz­no­ści!

– Dzię­ku­ję, sama so­bie coś przy­nio­sę.

W mil­cze­niu po­de­szły do sto­łu. Na­ta­lia na­ło­ży­ła pe­łen ta­lerz sma­ko­ły­ków, a Bo­że­na po­prze­sta­ła na su­chym ka­wał­ku ciem­ne­go pie­czy­wa i odro­bi­nie ło­so­sia. Ja­dły, wpa­tru­jąc się w ogrom­ny ekran te­le­wi­zo­ra za­wie­szo­ne­go pod su­fi­tem w rogu ja­dal­ni.

– Nie za gło­śno? – spy­ta­ła kel­ner­ka, chwy­ta­jąc za pi­lo­ta.

– Nie! – Bo­że­na pra­wie krzyk­nę­ła.

Za­sko­czo­na dziew­czy­na odło­ży­ła urzą­dze­nie na miej­sce, spo­glą­da­jąc spod byka na go­ścia. Po chwi­li wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i ode­szła do swo­ich obo­wiąz­ków.

W po­miesz­cze­niu roz­le­ga­ły się je­dy­nie dźwię­ki pro­gra­mu in­for­ma­cyj­ne­go. Na­wet Na­ta­lia po­sta­no­wi­ła jeść naj­ci­szej, jak się da, by nie zde­ner­wo­wać to­wa­rzysz­ki. Pew­nie wsta­ła nie­wy­spa­na, lewą nogą, w ho­te­lu za­miast w do­mo­wych pie­le­szach, tłu­ma­czy­ła so­bie.

– Chodź­my, bo się spóź­ni­my. – Usły­sza­ła nie­ocze­ki­wa­nie.

Mło­da ko­bie­ta od­sta­wi­ła nie­do­pi­tą kawę i po­tul­nie po­szła za nową zna­jo­mą.

* * *

Ma­rek spoj­rzał na ze­ga­rek. Przy­je­chał dzi­siaj do pra­cy nie­co wcze­śniej. Nie żeby nie lu­bił te­ścio­wej. Lu­bił! Ale iry­to­wa­ło go jej cią­głe ga­da­nie. Gdy­by była Bo­że­na, praw­do­po­dob­nie za­ję­ła­by się nią. Cho­ciaż ostat­nio cięż­ko było prze­wi­dzieć, co zro­bi żona. Wła­ści­wie po jaką cho­le­rę spro­wa­dzi­ła mat­kę na czas swo­jej nie­obec­no­ści? Se­kun­dę trwa­ło roz­my­śla­nie. Ja­sne, prze­cież znał od­po­wiedź.

Roz­draż­nio­ny zszedł do hali pra­cow­ni­czej. Wszy­scy pod­wład­ni już byli, sta­li przy swo­ich sta­no­wi­skach. Prze­szedł z kar­tą obec­no­ści, od­ha­cza­jąc na­zwi­ska. Po­tem wró­cił do biu­ra i za­jął się za­ma­wia­niem to­wa­ru. Przy­jął kil­ka ra­por­tów, roz­li­czył sprze­daż i zło­żył re­kla­ma­cję. Obiad zjadł w za­kła­do­wej sto­łów­ce. Po po­łu­dniu usiadł z dy­rek­to­rem w jego ga­bi­ne­cie. Wspól­nie oma­wia­li stra­te­gię pra­cy na naj­bliż­szy mie­siąc.

Z fir­my wy­szedł punk­tu­al­nie o szes­na­stej. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej par­ko­wał przed do­mem. Zer­k­nął na wy­świe­tlacz ko­mór­ki. Pu­sty, żad­nej wia­do­mo­ści. Po­my­ślał, że da jej jesz­cze chwi­lę. Nim mi­nę­ły dwie mi­nu­ty, usły­szał sy­gnał nad­cho­dzą­ce­go ese­me­sa: O 16.30 bę­dzie ku­rier z za­mó­wio­ny­mi chwo­sta­mi do za­słon. Od­bierz. Bo­że­na.

Za­sta­na­wiał się, jak ona to robi. Zor­ga­ni­zo­wa­ła przy­jazd ku­rie­ra parę mi­nut po spo­dzie­wa­nym po­wro­cie Mar­ka do domu. Mu­sia­ła do­pła­cić za taką usłu­gę. Le­d­wo wy­siadł z sa­mo­cho­du, gdy pod bra­mę pod­je­chał sa­mo­chód do­staw­czy.

– Prze­sył­ka do pani Bo­że­ny – rzu­cił mło­dy chło­pak, wpa­tru­jąc się w li­sty prze­wo­zo­we.

– Od­bio­rę. To dla mo­jej żony.

Ku­rier na­wet nie spraw­dzał do­ku­men­tów. Pod­su­nął Mar­ko­wi pa­pier do pod­pi­su, wy­szu­kał w sa­mo­cho­dzie pacz­kę, prze­ka­zał ją i od­je­chał z pi­skiem opon. Męż­czy­zna po­pa­trzył nie­za­do­wo­lo­ny. Bia­ły żwir, któ­ry z ta­kim pie­ty­zmem roz­sy­py­wał wo­kół pło­tu, był te­raz wszę­dzie, tyl­ko nie na swo­im miej­scu. Kom­plet­ny brak po­sza­no­wa­nia czy­jejś pra­cy, zde­ner­wo­wał się.

Odło­żył prze­sył­kę na pół­kę w ga­ra­żu i wziął gra­bie, by uprząt­nąć po­roz­sy­py­wa­ne ka­mycz­ki. Te, któ­re za­gu­bi­ły się w tra­wie, wy­grze­by­wał ręką. Za­ję­ło mu to do­bry kwa­drans. W tym cza­sie usły­szał dwu­krot­nie ese­me­so­we po­wia­do­mie­nia. Od­czy­tał je do­pie­ro, gdy ostat­ni ka­my­czek zna­lazł się na swo­im miej­scu.

Był już?

Na pew­no je­steś w domu???

Cha­rak­ter dru­giej wia­do­mo­ści nie po­zo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści. Za chwi­lę żona za­cznie dzwo­nić.

Brud­ny­mi od grze­ba­nia w zie­mi rę­ka­mi sta­rał się jej od­po­wie­dzieć:

Wła­śnie od­je­chał. Mam prze­sył­kę.

Przez dwie mi­nu­ty wpa­try­wał się w ekran, któ­ry w koń­cu za­wi­bro­wał.

Pa­mię­taj o po­ma­lo­wa­niu ścian w sy­pial­ni.

Prze­czy­tał i wes­tchnął.

Pa­mię­tał o wszyst­kim. Li­stę rze­czy do zro­bie­nia wy­kuł pra­wie na pa­mięć. I choć miał ocho­tę na kawę, szyb­ko prze­brał się w ro­bo­cze ubra­nie i znik­nął w po­ko­ju. Pu­ścił mu­zy­kę na cały re­gu­la­tor, jak­by mia­ła za­głu­szyć krą­żą­ce w gło­wie my­śli. Nie było zbyt dużo rze­czy do uprząt­nię­cia z sy­pial­ni. Przez chwi­lę pa­trzył za­sko­czo­ny, jak gdy­by wi­dział wnę­trze po raz pierw­szy. Na ko­mo­dzie ze­bra­ła się spo­ra war­stwa ku­rzu, choć Bo­że­na na­le­ża­ła do re­gu­lar­nie i pe­dan­tycz­nie sprzą­ta­ją­cych ko­biet. Na fi­ran­ce to samo. Aż chwy­cił go atak kasz­lu, gdy ścią­gał ją z kar­ni­sza. Szy­by tak­że pro­si­ły się o umy­cie, za­nie­dba­ne od dłuż­sze­go cza­su.

Przy­po­mniał so­bie, jak ten po­kój wy­glą­dał kil­ka lat temu. Był czy­ściut­ki i za­dba­ny. Okno zdo­bi­ły fi­ku­śne za­sło­ny w ko­lo­rze czer­wo­nym. Na ko­mo­dzie sta­ły licz­ne zdję­cia z ich wspól­nych po­dró­ży, bi­be­lo­ty i pa­miąt­ki. Łóż­ko przy­kry­wa­ła kapa uszy­ta przez Bo­że­nę z ko­lo­ro­wych skraw­ków róż­nych ma­te­ria­łów. Ścia­ny zdo­bi­ły pej­za­że. Przy­po­mi­na­ło to mie­sza­ni­nę sty­lów pod­cho­dzą­cą pod kicz, ale jesz­cze wte­dy w sy­pial­ni spę­dza­li na­praw­dę dużo cza­su. Na sto­li­kach noc­nych po stro­nie żony le­ża­ły książ­ki, a po jego – cza­so­pi­sma tech­nicz­ne. Na pa­ra­pe­cie, poza trze­ma or­chi­de­ami, sta­ła lamp­ka, któ­ra w chwi­lach in­tym­nych przy­jem­no­ści rzu­ca­ła na nich cie­płą po­świa­tę. Pa­mię­tał, jak de­li­kat­ne bły­ski tań­czy­ły na blond wło­sach Bo­że­ny. Uwiel­biał, jak ko­smy­ki spa­da­ły mu na twarz. Ko­chał wpla­tać w nie pal­ce, cza­sa­mi chwy­ta­jąc moc­niej i od­su­wa­jąc gło­wę żony, by po­pa­trzeć w jej oczy. Uśmie­cha­ła się wte­dy ra­do­śnie. Tego uśmie­chu nie wi­dział od dwóch lat.

Otrzą­snął się ze wspo­mnień i jesz­cze raz ro­zej­rzał po po­miesz­cze­niu. Kie­dy ona to wszyst­ko usu­nę­ła? I dla­cze­go do tej pory tego nie za­uwa­żył? Wcho­dził do sy­pial­ni je­dy­nie na czas snu, a wy­cho­dził z niej szyb­ko każ­de­go po­ran­ka, nie chcąc iry­to­wać żony swo­ją obec­no­ścią w tym miej­scu. Aku­rat w tym. Za­sta­na­wiał się, czy jest sens, aby to dłu­żej trwa­ło.

* * *

Na­ta­lia do­kład­nie stu­dio­wa­ła menu. W koń­cu zde­cy­do­wa­ła się na zło­że­nie za­mó­wie­nia.

– Po­pro­szę o san­da­cza w so­sie kur­ko­wym z ziem­nia­cza­ny­mi łó­decz­ka­mi.

Kel­ner­ka ode­szła, by prze­ka­zać zle­ce­nie do kuch­ni, a Na­ta­lia roz­glą­da­ła się dys­kret­nie po lo­ka­lu. Poza nią był tu jesz­cze po­staw­ny męż­czy­zna. Na sto­li­ku miał roz­sta­wio­ny lap­top. Roz­ma­wiał z kimś przez te­le­fon ko­mór­ko­wy. Ko­bie­ta au­to­ma­tycz­nie wy­pro­sto­wa­ła się i po­pra­wi­ła wło­sy. Przy ta­kim przy­stoj­nia­ku nie wy­pa­da się gar­bić i wy­glą­dać na zmę­czo­ną, po­my­śla­ła.

Po ośmiu go­dzi­nach prze­glą­da­nia do­ku­men­ta­cji Bo­że­na nie mia­ła ocho­ty scho­dzić na obiad. Wy­bra­ła drzem­kę w po­ko­ju ho­te­lo­wym. Na­ta­lia, mimo zmę­cze­nia, nie mo­gła­by żyć bez obia­du. Mia­ła do­sko­na­łą prze­mia­nę ma­te­rii. Po­tra­fi­ła zjeść dużo, a nie od­bi­ja­ło się to na jej wa­dze. Już kie­dyś do­szła do wnio­sku, że to spra­wa ge­ne­ty­ki, bo za­rów­no jej mat­ka, jak i star­sza sio­stra ni­g­dy nie mia­ły pro­ble­mów z ki­lo­gra­ma­mi.

Jesz­cze nie wie­dzia­ła, co my­śleć o Bo­że­nie. Zna­ła ją za­le­d­wie kil­ka go­dzin i pod­świa­do­mie okre­śli­ła jako prze­cięt­ną ko­bie­tę w śred­nim wie­ku. Za­ci­śnię­te usta spra­wia­ły, że wy­da­wa­ła się wiecz­nie sfru­stro­wa­na. Choć Na­ta­lia nie mia­ła naj­mniej­szych za­strze­żeń do wy­ko­ny­wa­nia przez nią obo­wiąz­ków, stwier­dzi­ła, że jej współ­pra­cow­ni­ca ra­czej nie lubi swo­jej pra­cy, bo co chwi­lę zer­ka­ła na wy­świe­tlacz ko­mór­ki, jak­by upew­nia­jąc się, ile cza­su zo­sta­ło do koń­ca. Była skru­pu­lat­na, nie po­mi­nę­ła żad­ne­go pa­pier­ka, a nim przy­stą­pi­ły do au­dy­tu – uło­ży­ła wszyst­kie do­ku­men­ty w pe­dan­tycz­ny, ide­al­ny sto­sik. W trak­cie pra­cy zro­bi­ła so­bie za­le­d­wie jed­ną krót­ką prze­rwę na kawę. Wszyst­ko by­ło­by do­brze, gdy­by nie to ner­wo­we spraw­dza­nie te­le­fo­nu.

– Co mi pani tu przy­nio­sła?! – Mę­ski głos nie­ocze­ki­wa­nie wy­rwał ją z za­my­śle­nia.

Na­ta­lia spoj­rza­ła w kie­run­ku re­stau­ra­cyj­ne­go go­ścia. Wpa­try­wał się w kel­ner­kę zło­wro­gim spoj­rze­niem.

– Sta­wia mi tu pani dru­gie da­nie, a ja pierw­sze­go nie zja­dłem! – rzu­cił opry­skli­wie. – Poza tym po­mi­do­ro­wa jest zim­na.

– Stoi tu od dwu­dzie­stu mi­nut – przy­po­mnia­ła trzeź­wo dziew­czy­na z ob­słu­gi. – Tyle cza­su roz­ma­wiał pan przez te­le­fon.

– Moja spra­wa, co ro­bię! Pani nic do tego!

– Pro­szę za­tem nie mieć pre­ten­sji o zim­ne po­tra­wy. – Kel­ner­ka od­wró­ci­ła się z za­mia­rem odej­ścia.

– Halo! Ale ja chy­ba nie za­ma­wia­łem ziem­nia­ków, tyl­ko ryż! – Męż­czy­zna stro­fo­wał ją ostrym to­nem gło­su.

– Je­stem pew­na, że mia­ły być ziem­nia­ki. Sko­ro jed­nak upie­ra się pan przy ryżu, za­raz za­mie­nię do­da­tek. Coś jesz­cze nie pa­su­je? – spy­ta­ła nie­co zi­ry­to­wa­na.

– Nie wiem. Dam znać.

Kel­ner­ka wes­tchnę­ła i po­szła do kuch­ni. Po chwi­li wra­ca­ła z mi­secz­ką ryżu.

– Pro­szę. – Po­sta­wi­ła ją przed go­ściem.

Ten wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Tak dłu­go cze­ka­łem, że za­czą­łem już jeść ziem­nia­ki – ode­zwał się nie­ele­ganc­ko z peł­ną bu­zią.

Na­ta­lia wi­dzia­ła, że dziew­czy­na ma ocho­tę coś od­po­wie­dzieć, ale w ostat­niej chwi­li zre­zy­gno­wa­ła i ode­szła. Wró­ci­ła, nio­sąc jej da­nie. Wy­glą­da­ło nie­zwy­kle ape­tycz­nie i ku­szą­co pach­nia­ło.

– Smacz­ne­go – rzu­ci­ła zre­zy­gno­wa­na dziew­czy­na, ocze­ku­jąc wy­mó­wek od ko­lej­ne­go go­ścia.

– Dzię­ku­ję, na pew­no ta­kie bę­dzie – od­par­ła Na­ta­lia z ser­decz­nym uśmie­chem.

Za­ję­ła się pa­ła­szo­wa­niem i roz­my­śla­niem o tym, czy Pa­weł wró­cił już z pra­cy. Dzwo­nił dzi­siaj do niej dwa razy, ale nie od­bie­ra­ła.

– Do ra­chun­ku niech pani do­li­czy jesz­cze wodę. We­zmę do po­ko­ju. – Do jej uszu do­le­ciał głos re­stau­ra­cyj­ne­go go­ścia. – Trzy bu­tel­ki chcę.

Kel­ner­ka wró­ci­ła, nio­sąc za­mó­wie­nie.

– Nie­ga­zo­wa­ną! – Męż­czy­zna pod­niósł głos. – Czy każ­de za­mó­wie­nie musi pani my­lić?!

– Nie wspo­mniał pan o ro­dza­ju wody.

– Pani obo­wiąz­kiem jest py­tać! – Pra­wie wrza­snął. – Czło­wiek ma tyle spraw na gło­wie, że może za­po­mnieć! Pani na­to­miast jest tyl­ko kel­ner­ką!

Obu­rzo­na Na­ta­lia pod­nio­sła gło­wę znad ta­le­rza. Dziew­czy­na ode­szła do baru. Mi­nu­tę póź­niej wró­ci­ła.

– Pro­szę! – Po­sta­wi­ła wszyst­kie trzy bu­tel­ki na sto­li­ku.

– Niech pani wy­ka­że się choć odro­bi­ną in­te­li­gen­cji i nie robi z sie­bie skoń­czo­nej idiot­ki. – Gość ode­zwał się, przy­bie­ra­jąc fał­szy­wy, nie­co pre­ten­sjo­nal­ny uśmiech. – Po­trze­bu­ję jesz­cze ja­kiejś jed­no­ra­zów­ki, by prze­trans­por­to­wać wodę do po­ko­ju.

– Nie mamy tu re­kla­mó­wek – od­par­ła dziew­czy­na. – Pana po­kój jest parę kro­ków stąd, na pierw­szym pię­trze. Mogę do­rę­czyć za­mó­wie­nie na miej­sce.

– Sam chcę je za­nieść. I chcę jed­no­ra­zów­kę – po­wie­dział, nie prze­sta­jąc uśmie­chać się cy­nicz­nie. – Je­że­li nie ma­cie w ho­te­lu, to niech pani idzie do mar­ke­tu na­prze­ciw­ko. Tam na pew­no będą. – Upa­jał się spe­sze­niem kel­ner­ki.

Na­ta­lia stra­ci­ła reszt­ki sza­cun­ku dla tego męż­czy­zny. Cham! Pro­stak! Nie chcia­ła mie­szać się w wy­mia­nę zdań, któ­ra zda­wa­ła się iść w stro­nę awan­tu­ry. Z jed­nej stro­ny to nie była jej spra­wa. Z dru­giej na­to­miast była cie­ka­wa, jak dłu­go dziew­czy­na da sobą po­mia­tać.

– Przy­kro mi, ale nie mogę opu­ścić miej­sca pra­cy – od­par­ła kel­ner­ka, zbie­ra­jąc się do odej­ścia.

– Nie, moja dro­ga! Za­po­mnia­łaś o za­sa­dzie „klient nasz pan”! Masz mi na­tych­miast przy­nieść tę jed­no­ra­zów­kę w zę­bach albo…

Męż­czy­zna nie do­koń­czył, bo po­czer­wie­nia­ła na­gle na twa­rzy kel­ner­ka wrza­snę­ła na nie­go z wście­kło­ścią:

– Może i śpi pan na pie­nią­dzach, ale sło­ma z bu­tów wy­sta­je panu ra­zem z gów­nem! Za­nio­sę tę cho­ler­ną wodę pod drzwi pana po­ko­ju! Bę­dzie na mój koszt!

Zgar­nę­ła trzy bu­tel­ki ze sto­łu i nie spoj­rzaw­szy na go­ścia, ru­szy­ła za­ma­szy­stym kro­kiem. Tyl­ko Na­ta­lia wi­dzia­ła, że szyb­ko wy­tar­ła spły­wa­ją­cą po po­licz­ku łzę. Męż­czy­zna klął, na czym świat stoi. Rzu­cał sło­wa w po­wie­trze, jak­by mia­ły tra­fić do wszyst­kich i do ni­ko­go. Naj­wię­cej do­sta­ło się, oczy­wi­ście, kel­ner­ce.

Pięć mi­nut póź­niej gość rzu­cił wi­de­lec na ta­lerz i od­szedł od sto­li­ka, mru­cząc coś pod no­sem. Z od­da­lo­nej od re­stau­ra­cji re­cep­cji dały się sły­szeć jego krzy­ki, ale Na­ta­lia nie ro­zu­mia­ła już ani sło­wa. Za­ję­ła się kon­su­mo­wa­niem obia­du. Uwiel­bia­ła ryby. Na­gle wi­de­lec za­trzy­mał się w pół dro­gi do ust. Przy­po­mnia­ła so­bie, dla­cze­go tak bar­dzo je lubi. To Pa­weł raz na ja­kiś czas w so­bo­tę wcze­snym ran­kiem przy­wdzie­wał ry­bac­ki strój, by go­dzi­na­mi wpa­try­wać się w ta­flę je­zio­ra. Nie zda­rzy­ło się jesz­cze, by wró­cił z pu­sty­mi rę­ka­mi, a wła­ści­wie z su­chym wia­drem. Za każ­dym ra­zem sam czy­ścił ryby i opo­wia­dał o tym, co dzia­ło się pod­czas węd­ko­wa­nia. Raz je­den, sku­szo­na jego opi­sa­mi, wy­bra­ła się z nim nad je­zio­ro. Po dwóch go­dzi­nach mia­ła dość. Ko­ma­ry po­gry­zły każ­dy skra­wek jej cia­ła, a ja­kaś za­błą­ka­na mu­cha do­sta­ła się do oka i nie chcia­ła wyjść. Spu­chło nie­mi­ło­sier­nie i bo­la­ło od cią­głe­go tar­cia. Do tego nad je­zio­rem kom­plet­nie nic się nie dzia­ło! Co za­ga­da­ła do Paw­ła, pro­sił o ci­szę. Wzię­ła ze sobą książ­kę, ale jed­nym okiem nie była w sta­nie czy­tać. Ni­g­dy wię­cej nie dała się na­mó­wić na węd­ko­wa­nie, lecz na­dal z za­fa­scy­no­wa­niem słu­cha­ła opo­wie­ści męża. Zwra­cał uwa­gę na wszel­kie szcze­gó­ły, ja­kie zmie­ni­ły się od cza­su ostat­nie­go po­by­tu w tym miej­scu.

– Mu­sia­ła być bu­rza. Głów­ny ko­nar zo­stał uła­ma­ny i wi­siał, w po­ło­wie za­nu­rzo­ny w wo­dzie. Nie­któ­re ga­łę­zie do­ty­ka­ły tak­że kład­ki. Będę mu­siał zgło­sić to służ­bom le­śnym. Je­śli przyj­dzie ko­lej­na wi­chu­ra, ko­nar zła­mie się do koń­ca i uszko­dzi po­most. Wła­ści­wie on i tak jest do na­pra­wy. Ru­sza­ła się w nim… za­raz, za­raz… – Przez chwi­lę się za­sta­na­wiał. – Tak, ru­sza­ła się trze­cia, szó­sta i dwu­na­sta de­ska. Ba­rier­ki za­bez­pie­cza­ją­ce tak­że chwie­ją się już od dłuż­sze­go cza­su. Na­to­miast na­prze­ciw­ko… – Po­tra­fił tak opo­wia­dać bez koń­ca. Sku­piał uwa­gę na dro­bia­zgach. Za­wsze taki był. Tyl­ko w jed­nym mo­men­cie za­wiódł.

Na samo wspo­mnie­nie prze­sta­ła jeść. Choć wszyst­ko wy­da­rzy­ło się dwa lata temu, hi­sto­ria i emo­cje wró­ci­ły z peł­ną mocą.

Na­ta­lia ro­zej­rza­ła się po re­stau­ra­cji. Chcia­ła ure­gu­lo­wać ra­chu­nek, ale po kel­ner­ce nie było śla­du. Trud­no, naj­wy­żej do­pi­szą koszt obia­du do fak­tu­ry za po­kój. Ru­szy­ła w stro­nę scho­dów wio­dą­cych na pierw­sze pię­tro.

– Prze­pra­szam! – Od stro­ny re­cep­cji do­le­ciał ją nie­co za­chryp­nię­ty głos. W jej kie­run­ku zmie­rza­ła szczu­pła ru­do­wło­sa ko­bie­ta. Ciem­ne opraw­ki oku­la­rów do­sko­na­le kon­tra­sto­wa­ły z ko­lo­rem wło­sów, któ­re do­ma­ga­ły się fry­zje­ra i po­now­ne­go na­ło­że­nia far­by. – Pani przed chwi­lecz­ką ja­dła obiad, praw­da?

– Tak. Szu­ka­łam kel­ner­ki, by uiścić na­leż­ność, ale nie mo­głam jej zna­leźć. Pro­szę do­li­czyć wszyst­ko do ceny po­ko­ju. Miesz­kam w dwie­ście sie­dem.

Ru­do­wło­sa mach­nę­ła ręką, jak­by to nie pie­nią­dze były w tym mo­men­cie naj­waż­niej­sze.

– Dziew­czy­na jest w ła­zien­ce. Musi się uspo­ko­ić – ode­zwa­ła się. – Czy była pani świad­kiem zaj­ścia w re­stau­ra­cji? Nasz gość chce zło­żyć skar­gę na Agniesz­kę.

Za­nim skoń­czy­ła mó­wić, drzwi wej­ścio­we otwo­rzy­ły się z hu­kiem. Naj­pierw wpadł za­pach do­pie­ro co wy­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa, a po chwi­li po­ja­wi­ła się w nich twarz nie­za­do­wo­lo­ne­go klien­ta.

– O! To ta pani! Ona może wszyst­ko po­twier­dzić! – Wska­zy­wał pal­cem na Na­ta­lię. Ni­g­dy nie lu­bi­ła tego ge­stu. Ani u na­uczy­ciel­ki, któ­ra nie da­rzy­ła jej sym­pa­tią, ani u księ­dza, któ­ry przy­go­to­wy­wał ją do pierw­szej ko­mu­nii i był wście­kły, gdy nie umia­ła mo­dlitw. Tak samo czu­ła się te­raz, mimo że była już do­ro­słą ko­bie­tą.

– Co mam po­twier­dzić?! – spy­ta­ła, wzru­sza­jąc lek­ko ra­mio­na­mi i od­wra­ca­jąc się ple­ca­mi do gbu­ra. Mia­ła ocho­tę jak naj­szyb­ciej umknąć do swo­je­go po­ko­ju.

– Ma pani po­twier­dzić, że ta dzie­wu­cha mnie ob­ra­zi­ła, gdy wy­tkną­łem jej nie­wła­ści­we wy­ko­ny­wa­nie obo­wiąz­ków! – Głos męż­czy­zny przy­brał na sile.

W Na­ta­lię jak­by pio­run strze­lił. Bły­ska­wicz­nie od­wró­ci­ła się w stro­nę go­ścia, ude­rza­jąc go dło­nią w pa­lec, na­dal w nią wy­mie­rzo­ny.

– Ty bucu je­den! Masz nie­sa­mo­wi­te szczę­ście, że dziew­czy­na nie strze­li­ła ci z li­ścia! Nie dość, że cze­pia­łeś się wszyst­kie­go, to jesz­cze po­ni­ża­łeś ją! Znam ta­kich jak ty! Jeż­dżą po ho­te­lach, wsz­czy­na­ją awan­tu­ry, zwa­la­ją winę na bied­ne kel­ner­ki i żą­da­ją ob­ni­że­nia ceny za po­byt, bo nie speł­nił ich ocze­ki­wań! Kel­ner­ka ro­bi­ła wszyst­ko, o co po­pro­si­łeś, a ty szu­ka­łeś ko­lej­nej oka­zji, by jej do­ku­czyć! Wodę za­nio­sła­by ci do po­ko­ju, to wy­my­śli­łeś, że chcesz re­kla­mów­kę! Na łeb tu ko­muś pa­dło! – Na­ta­lia za­koń­czy­ła ty­ra­dę i do­pie­ro na ko­niec na­bra­ła tchu. Od­wró­ci­ła się w stro­nę ru­dej ko­bie­ty, mó­wiąc: – Taka kel­ner­ka to skarb. Ni­cze­mu nie za­wi­ni­ła. Po­win­na pre­mię do­stać.

Ru­do­wło­sa uśmie­cha­ła się ra­do­śnie.

– Do­sta­nie, pro­szę mi wie­rzyć, że do­sta­nie. Na­to­miast co do pana… – zwró­ci­ła się w stro­nę go­ścia – już wszyst­ko jest ja­sne. Pana skar­ga zo­sta­je od­rzu­co­na. Mamy świad­ka.

– Moja noga tu wię­cej nie po­sta­nie! Wy­sta­wię wam ne­ga­tyw­ną opi­nię w in­ter­ne­cie! Cho­ler­ne baby! – Męż­czy­zna chwy­cił sto­ją­cą przy la­dzie wa­liz­kę i za­trza­sku­jąc za sobą drzwi, z krzy­kiem opu­ścił po­miesz­cze­nie.

Roz­mów­czy­ni od­wró­ci­ła się w stro­nę Na­ta­lii.

– Jesz­cze raz ser­decz­nie pani dzię­ku­ję. Agniesz­ka jest na­praw­dę do­sko­na­łą pra­cow­ni­cą. Nie wy­obra­żam so­bie, że mo­gła­by za­cho­wać się tak, jak przed­sta­wiał to klient, ale mu­sia­łam wszyst­ko spraw­dzić.

– Oczy­wi­ście. W ra­zie wąt­pli­wo­ści je­stem do dys­po­zy­cji. – Na­ta­lia zo­rien­to­wa­ła się, że ma przed sobą wła­ści­ciel­kę ho­te­lu.

– Pani prze­by­wa u nas z ko­le­żan­ką, praw­da? Obec­nie nie mam zbyt wie­lu go­ści, dla­te­go ko­ja­rzę każ­de­go klien­ta. Za­pra­szam was obie dzi­siaj wie­czo­rem na lamp­kę wina. To bę­dzie moje za­dość­uczy­nie­nie za tę awan­tu­rę i po­dzię­ko­wa­nie za obiek­tyw­ny osąd trud­nej sy­tu­acji.

– Nie wiem, co na to moja zna­jo­ma, ale ja przyj­dę bar­dzo chęt­nie – od­par­ła Na­ta­lia. – Spró­bu­ję ją na­mó­wić.

– W ta­kim ra­zie do wie­czo­ra! – Ru­do­wło­sa się uśmiech­nę­ła.

* * *

Ali­cja roz­ło­ży­ła sprzęt na łóż­ku. Wy­da­wa­ło się, że ma wszyst­kie obiek­ty­wy nie­zbęd­ne do wy­ko­na­nia zle­ce­nia. Ni­g­dy nie zo­sta­wia­ła ich w sa­mo­cho­dzie, na­wet na par­kin­gu strze­żo­nym, jaki znaj­do­wał się przy ho­te­lu. Zbyt wie­le za­in­we­sto­wa­ła, cho­ciaż nie tyl­ko o pie­nią­dze cho­dzi­ło. Każ­dy apa­rat, każ­dy obiek­tyw, każ­da lam­pa były jej bli­skie ni­czym naj­lep­szy przy­ja­ciel.

Jesz­cze raz przej­rza­ła umo­wę. Ma zro­bić zdję­cia do in­for­ma­to­ra pro­mu­ją­ce­go po­wiat wa­łec­ki. Ter­min – tyl­ko dzie­sięć dni. Spo­koj­nie, po­my­śla­ła, po­win­nam się wy­ro­bić ze wszyst­kim. Jed­nak żeby była pew­ność, Ali­cja wy­cią­gnę­ła nie­wiel­ką ko­sme­tycz­kę znaj­du­ją­cą się z boku tor­by po­dróż­nej. Otwo­rzy­ła ją. Na pierw­szy rzut oka za­war­tość przy­po­mi­na­ła ko­lo­ro­we kred­ki, któ­re jed­nak były świecz­ka­mi. W sa­szet­ce znaj­do­wa­ły się i grub­sze, krót­kie, i cie­niut­kie, po­skrę­ca­ne wo­sko­we wa­łecz­ki. Ko­bie­ta wy­cią­gnę­ła jed­ną z nich, cie­niut­ką ni­czym ołó­wek, ufor­mo­wa­ną w spi­ral­ny wzo­rek. Ro­zej­rza­ła się po po­miesz­cze­niu, szu­ka­jąc cze­goś. We­szła do ła­zien­ki i wte­dy jej wzrok przy­ku­ła pod­staw­ka pod my­dło. Ścią­gnę­ła z niej ko­sme­tyk i po­ło­ży­ła go na szkla­nej pó­łecz­ce pod lu­strem. Po­jem­nik prze­nio­sła do po­ko­ju i usta­wi­ła na sto­li­ku słu­żą­cym za biur­ko. Chwy­ci­ła świecz­kę po­mię­dzy pal­ce obu dło­ni. Kciu­ki przy­tknę­ła do sie­bie, do­ty­ka­jąc nimi splo­tu sło­necz­ne­go.

– Pra­gnę! – rzu­ci­ła gło­śno i za­mknę­ła oczy. – Pra­gnę dać so­bie radę z tym zle­ce­niem. Pra­gnę, by moje zdję­cia spodo­ba­ły się pra­co­daw­cy, a spę­dzo­ny tu czas oka­zał się nie­zwy­kle war­to­ścio­wy.

Przez chwi­lę po­wta­rza­ła po ci­chu tę man­trę. Po­tem za­pa­li­ła świecz­kę i za po­mo­cą roz­to­pio­nych wo­sko­wych kro­pel umie­ści­ła ją na szkla­nym po­jem­nicz­ku. Z uśmie­chem pa­trzy­ła, jak po kwa­dran­sie knot się do­pa­la. Po chwi­li po­zo­sta­ła je­dy­nie smuż­ka ciem­ne­go dymu. Do­pie­ro wte­dy, już spo­koj­na i wy­ci­szo­na, spa­ko­wa­ła wszyst­kie obiek­ty­wy do po­krow­ców i za­ję­ła się roz­pa­ko­wy­wa­niem wa­liz­ki. W po­wie­trzu na­dal uno­sił się za­pach pa­lo­nej przed chwi­lą świecz­ki. Jako dziec­ko nie zno­si­ła go, jed­nak od cza­su wy­pad­ku zmie­ni­ło się to. Jak wie­le in­nych rze­czy w jej ży­ciu.

Za­pas świe­czek wo­tyw­nych wo­zi­ła ze sobą za­wsze. Uwiel­bia­ła pa­lić je w naj­róż­niej­szych in­ten­cjach. Pa­mię­ta­ła po­cząt­ko­we za­sko­cze­nie ko­le­ża­nek, któ­re od­wie­dza­ły ją po wy­pad­ku.

– Po co ci te świecz­ki? – py­ta­ły.

Naj­pierw po­kój w szpi­ta­lu, a po­tem każ­de po­miesz­cze­nie w domu było nimi wy­peł­nio­ne.

– Zo­bacz­cie – sta­ra­ła się tłu­ma­czyć. – Bia­łe oczysz­cza­ją nas od złych emo­cji. Czar­ne na­to­miast uwal­nia­ją od złe­go my­śle­nia in­nych lu­dzi oraz od wam­pi­rów ener­ge­tycz­nych. Naj­sku­tecz­niej­sze dzia­ła­nie mają jed­nak świecz­ki wo­tyw­ne.

Ko­le­żan­ki pa­trzy­ły na nią jak na wa­riat­kę.

– Ale ty nie zno­sisz ich za­pa­chu! – przy­po­mi­na­ły. – Skąd na­gle po­mysł, by je pa­lić? Czy po tym wy­pad­ku coś ci się po­prze­sta­wia­ło?

Wy­bu­cha­ły śmie­chem, ale Ali­cji wca­le nie było we­so­ło. Mia­ły ra­cję. Po­prze­sta­wia­ło się. Sa­me­go ude­rze­nia nie pa­mię­ta. Wra­ca­ła z bi­blio­te­ki w są­sied­niej miej­sco­wo­ści. Je­cha­ła ro­we­rem z gór­ki, nie­co szyb­ciej. Wcho­dzi­ła wła­śnie w za­kręt. Kie­row­cę, mkną­ce­go z na­prze­ciw­ka z nie­do­zwo­lo­ną pręd­ko­ścią, do­strze­gła w ostat­niej chwi­li. Na uciecz­kę było za póź­no. Za­mknę­ła oczy, po­czu­ła sil­ne ude­rze­nie i lot gdzieś w górę. Była pew­na, że za­raz spad­nie z hu­kiem na zie­mię, ła­miąc so­bie ko­ści. Otwo­rzy­ła oczy i z góry wi­dzia­ła wszyst­ko… Przede wszyst­kim do­strze­gła sie­bie le­żą­cą na zie­mi w nie­na­tu­ral­nej po­zy­cji. Ja­kiś męż­czy­zna po­chy­lał się nad nią, jego żona pła­ka­ła, a w od­da­li było sły­chać sy­gnał ka­ret­ki oraz nad­jeż­dża­ją­cej po­li­cji. Po chwi­li z obu sa­mo­cho­dów wy­bie­gli ja­cyś lu­dzie, zaj­mo­wa­li się nią. Chcia­ła krzyk­nąć, za­py­tać, co ro­bią. Prze­cież nic jej nie jest! Czu­je się do­brze, jest dziw­nie lek­ka i ja­kaś nie­spo­ty­ka­nie szczę­śli­wa! A może ta oso­ba tam na zie­mi to wca­le nie ona? Jesz­cze raz spoj­rza­ła z góry, uważ­nie. Le­karz wła­śnie wy­cią­gnął sprzęt i za­sła­niał twarz le­żą­cej ko­bie­ty swo­ją tor­bą. Po­chy­lił się nad nią. Wte­dy Ali­cja za­czę­ła spa­dać. Nie wie­dzia­ła skąd, nie była pew­na do­kąd, ale im bli­żej zie­mi, tym więk­szy od­czu­wa­ła ból. Bo­la­ła ją gło­wa, nogi, klat­ka pier­sio­wa, coś jak­by roz­ry­wa­ło ją od środ­ka. Za­mknę­ła oczy i już nic wię­cej nie czu­ła.

Obu­dzi­ła się do­pie­ro w szpi­ta­lu. Dwa dni le­ża­ła nie­przy­tom­na. Le­ka­rze twier­dzi­li, że to cud, iż w ogó­le prze­ży­ła. Skła­da­nie wszyst­kich zła­mań za­ję­ło pół roku, re­ha­bi­li­ta­cja – ko­lej­ne dłu­gie mie­sią­ce. O po­wro­cie do pra­cy na­uczy­ciel­ki nie mo­gło być mowy. Ab­so­lut­nie nie za­ła­ma­ło to Ali­cji. Wręcz prze­ciw­nie, choć do chwi­li wy­pad­ku nie wy­obra­ża­ła so­bie ży­cia bez ucze­nia. Na­gle oka­za­ło się, że nie może prze­stać… fo­to­gra­fo­wać. Naj­prost­szym apa­ra­tem ro­bi­ła zdję­cia pie­lę­gniar­kom, pa­cjen­tom, kwia­tom wrę­cza­nym przez go­ści. Po­tem fo­to­gra­fo­wa­ła re­ha­bi­li­tant­kę i fi­zjo­te­ra­peu­tę. Nie wspo­mi­na­jąc o zdję­ciach, któ­re ro­bi­ła pod­czas spa­ce­rów! Czu­ła przy­mus uwiecz­nia­nia ob­ra­zów. Spra­wia­ło jej to nie­wy­sło­wio­ną ra­dość.

Nie pa­mię­ta­ła, kto pierw­szy zwró­cił uwa­gę na efek­ty tej pa­sji. Chy­ba było to po ja­kiejś ro­dzin­nej uro­czy­sto­ści. Prze­glą­da­ła w apa­ra­cie wy­ko­na­ne wła­śnie fot­ki, gdy ktoś się do­siadł i za­czął za­chwy­cać. Pocz­tą pan­to­flo­wą ro­ze­szło się, że Ali­cja wy­ko­nu­je ślicz­ne zdję­cia, i nim się zo­rien­to­wa­ła, za­czę­ła za­ra­biać na do­pie­ro co od­kry­tej pa­sji. Po wy­pad­ku przy­zna­no jej ren­tę. Naj­szyb­ciej jak tyl­ko mo­gła, roz­po­czę­ła stu­dia na wy­dzia­le fo­to­gra­fii. Ukoń­czy­ła je z wy­róż­nie­niem. Pięć lat póź­niej nie mo­gła opę­dzić się od zle­ceń.

To nie była je­dy­na dziw­na rzecz, któ­ra zda­rzy­ła się od mo­men­tu po­trą­ce­nia jej przez sa­mo­chód. Ali­cja ni­g­dy nie lu­bi­ła za­pa­chu świec. Ko­ja­rzy­ły się jej z ko­ścio­łem, do któ­re­go nie lu­bi­ła cho­dzić, a obec­ność na co­nie­dziel­nych na­bo­żeń­stwach była wy­mu­sza­na przez bab­cię. Świe­ce ko­ja­rzy­ły się tak­że z cmen­ta­rzem. Bab­cia cią­gnę­ła ją tam po każ­dej mszy, tłu­ma­cząc, że lada chwi­la obie tam tra­fią. Ali­cja nie mia­ła za­mia­ru umie­rać, ale sło­wa bab­ci były tak prze­ko­nu­ją­ce, że każ­de od­wie­dzi­ny gro­bu dziad­ka trak­to­wa­ła jak ostat­nie.

– Zo­bacz, tu będę le­ża­ła ja, tu twoi ro­dzi­ce, a tam ty. – Sta­rusz­ka z dumą opro­wa­dza­ła ją po wy­ku­pio­nych kwa­te­rach. Ocze­ki­wa­ła wdzięcz­no­ści za za­bez­pie­cze­nie wnucz­ce miej­sca po­chów­ku, ona jed­nak wy­ka­zy­wa­ła się ra­żą­cą nie­wdzięcz­no­ścią.

– Nie chcę tego miej­sca! – krzy­cza­ła Ali­cja.

– Nie po­do­ba ci się? To może cie­bie po­cho­wa­my obok dziad­ka, a ja będę z boku? Bę­dziesz le­ża­ła po­mię­dzy nami! – in­for­mo­wa­ła ra­do­śnie bab­cia.

Wnucz­ka ucie­ka­ła stam­tąd z krzy­kiem. Świe­ce i za­pach zni­czy ko­ja­rzy­ły się jej nie­od­łącz­nie z umie­ra­niem i cho­wa­niem do gro­bu.

Wszyst­ko zmie­ni­ło się po wy­pad­ku. Jesz­cze na szpi­tal­nej sali, ni z tego, ni z owe­go, po­pro­si­ła pie­lę­gniar­kę o za­kup świe­cy.

– Jaką chcesz? Taką zwy­kłą?

– Fio­le­to­wą.

Ali­cja nie mia­ła po­ję­cia, dla­cze­go aku­rat ten ko­lor wy­bra­ła. Do­pie­ro po ja­kimś cza­sie, gdy wpa­dła jej w ręce książ­ka na te­mat zna­cze­nia barw świec, do­wie­dzia­ła się, że li­lio­wą na­le­ży pa­lić, gdy pra­gnie się jak naj­szyb­ciej wró­cić do zdro­wia po prze­by­tej cho­ro­bie. Już w szpi­ta­lu za­czę­ła zgłę­biać sym­bo­li­kę świec. Po pew­nym cza­sie opa­no­wa­ła ją do per­fek­cji. Uwiel­bia­ła za­pach dymu. Wie­dzia­ła, że nie na­le­ży za­pa­lać kno­tów za­pał­ką, bo na jej koń­cu jest siar­ka sym­bo­li­zu­ją­ca pie­kło i sza­ta­na. Wie­dzia­ła, że nie wol­no zdmu­chi­wać pło­mie­nia ani ga­sić go pal­ca­mi, by nie zdu­sić szczę­ścia. Przy­ja­ciół­ki nie mo­gły uwie­rzyć, skąd na­gły zwrot Ali­cji ku świe­com. Pod­czas spo­tkań, gdy nie pa­trzy­ła, ry­so­wa­ły pal­ca­mi kół­ka na czo­le, da­jąc do zro­zu­mie­nia, co my­ślą o jej no­wym wa­riac­twie. Ni­g­dy nie zdra­dzi­ła, że w chwi­li wy­pad­ku jej du­sza wy­szła poza cia­ło, a po­tem do nie­go wró­ci­ła. Wte­dy do­pie­ro mia­ły­by uży­wa­nie!

O ko­lej­nej no­wej przy­pa­dło­ści do­wie­dzia­ła się w za­ska­ku­ją­cy spo­sób. Jej re­ha­bi­li­tant przyj­mo­wał w ga­bi­ne­cie nie­da­le­ko ka­te­dry. Któ­re­goś razu, zmie­rza­jąc na za­bieg, na­tknę­ła się na opusz­cza­ją­cy świą­ty­nię kon­dukt. Trum­na była bia­ła i nie­co mniej­sza niż zwy­kle. Ko­bie­ta do­my­śli­ła się, że zmar­ło dziec­ko. Rzu­ci­ła okiem na klep­sy­drę wi­szą­cą na słu­pie ogło­sze­nio­wym. Ka­ro­lin­ka, 9 lat, prze­czy­ta­ła. Żal ści­snął ją za gar­dło. Co ta­kie­go się wy­da­rzy­ło, że to dziec­ko mu­sia­ło umrzeć? Z nie­ocze­ki­wa­nej cie­ka­wo­ści po­dą­ży­ła za ża­łob­ni­ka­mi, choć po wszyst­kim okre­śli­ła­by to mia­nem nie­zro­zu­mia­łe­go przy­mu­su.

Sta­nę­ła z boku, by nie ta­ra­so­wać przej­ścia uczest­ni­kom po­grze­bu i nie rzu­cać się w oczy. Szlo­cha­ją­ca mat­ka dziec­ka mia­ła w ręku pęk bia­łych róż. Trzy­ma­ła je kur­czo­wo, aby kol­ce spra­wi­ły jak naj­wię­cej fi­zycz­ne­go bólu. Psy­chicz­ny był nie do opi­sa­nia. Kie­dy trum­na po­wo­li zjeż­dża­ła do gro­bu, przy wtó­rze ża­łob­ne­go mar­sza, krzyk mat­ki roz­dzie­rał wszyst­kim ser­ca na strzę­py. Ali­cja przy­mknę­ła na chwi­lę oczy, bo łzy aż pa­li­ły pod po­wie­ka­mi. Gdy je otwo­rzy­ła, są­dzi­ła, że ma oma­my wzro­ko­we. Nie­da­le­ko niej, pod drze­wem, sta­ła mała dziew­czyn­ka. Był śro­dek lata, a ona mia­ła na so­bie czar­ne, gru­be ubra­nie. Gdy od­wró­ci­ła się na chwi­lę, Ali­cja do­strze­gła prze­raź­li­wą bla­dość jej twa­rzy.

Dziec­ko wpa­try­wa­ło się w szlo­cha­ją­cą mat­kę. Kie­dy roz­legł się cha­rak­te­ry­stycz­ny stu­kot ude­rza­nia trum­ny o pod­ło­że, wy­da­wa­ło się, że ko­bie­ta chce wsko­czyć do gro­bu za dziec­kiem.

– Mamo, nie… – wy­szep­ta­ła dziew­czyn­ka, a Ali­cja po­czu­ła ciar­ki na ca­łym cie­le. Ro­zej­rza­ła się ner­wo­wo, żeby spraw­dzić, czy ktoś jesz­cze to sły­szał. Po chwi­li tam­tej już nie było.

Pierw­sze ta­kie zda­rze­nie wzię­ła za omam. Jed­nak gdy po kil­ku ty­go­dniach spo­tka­ła na klat­ce scho­do­wej nie­ży­ją­ce­go od dzie­się­ciu lat są­sia­da, za­czę­ła po­dej­rze­wać, że po wy­pad­ku coś się sta­ło z jej gło­wą. Na le­ka­rzu wy­mo­gła po­now­ną to­mo­gra­fię.

– Nic nie­po­ko­ją­ce­go nie wi­dać – stwier­dził spe­cja­li­sta, uważ­nie przy­glą­da­jąc się zdję­ciom. – Wszyst­ko w jak naj­lep­szym po­rząd­ku. Ma pani nie­co roz­bu­do­wa­ny je­den płat. Nie jest to jed­nak spo­wo­do­wa­ne wy­pad­kiem czy ja­kąś cho­ro­bą. Mó­wi­my, że oso­by ta­kie jak pani mają le­piej dzia­ła­ją­cą in­tu­icję. Pro­szę się nie mar­twić. To ni­g­dy nie zo­sta­ło na­uko­wo po­twier­dzo­ne.

W dro­dze do domu Ali­cja ana­li­zo­wa­ła sło­wa le­ka­rza. Coś było na rze­czy. Kil­ka ty­go­dni temu po­czu­ła na­głą ocho­tę, aby wy­siąść z tram­wa­ju dwa przy­stan­ki wcze­śniej. Oka­za­ło się, że do­brze zro­bi­ła, bo chwi­lę póź­niej po­jazd zde­rzył się z sa­mo­cho­dem, a dru­gi wa­gon, w któ­rym wcze­śniej sie­dzia­ła, wy­padł z szyn. Jed­na oso­ba zmar­ła. Kto wie, czy nie by­ła­by dru­gą ofia­rą. Póź­niej też zda­rza­ły się przy­pad­ki, że in­tu­icja ostrze­ga­ła ją przed czymś. Przed wy­pad­kiem tego nie mia­ła. Przed wy­pad­kiem nie wi­dzia­ła też zmar­łych osób. Te­raz nie mo­gła po­go­dzić się z fak­tem, że od cza­su do cza­su je wi­du­je, ale po­wo­li oswa­ja­ła się z tym. Lata, od mo­men­tu gdy du­sza opu­ści­ła na chwi­lę jej cia­ło, oka­za­ły się i cie­ka­we, i strasz­ne. Po­wo­li ak­cep­to­wa­ła otrzy­ma­ne dary, choć by­wa­ło, że trak­to­wa­ła je jak prze­kleń­stwo.

W ho­te­lu, w któ­rym wła­śnie się za­trzy­ma­ła, tak­że cza­iło się w po­wie­trzu coś dziw­ne­go. Nie złe­go, nie do­bre­go, a po pro­stu dziw­ne­go.