Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Zaproszenie do rezydencji w Kornwalii przyszło bez wyjaśnień.Eliza nie spodziewała się jednak, że do tych samych drzwi, przez które wejdzie do świata arystokracji, zapuka śmierć.
Eliza, autorka bestsellerowych kryminałów, przyjeżdża do okazałej posiadłości Ashencroft Hall. Gdy umiera nestor jednej z najbogatszych rodzin w regionie, pisarka zostaje wciągnięta w sieć niedopowiedzeń, sekretów i pozornych alibi. Każdy coś ukrywa: milczący brat, wycofana wdowa oraz rodzeństwo – Violet i Victor – których spojrzenia mówią więcej, niż są gotowi przyznać.
Z każdym dniem Eliza coraz wyraźniej czuje, że w murach rezydencji nie może ufać nikomu. W cieniu długich korytarzy czają się tajemnice, otulone zapachem ziół i przeszłości, która nie pozwala o sobie zapomnieć.
Stylowy kryminał dla czytelniczek, które lubią zagadki z klasą i rozumieją, że odkrywanie prawdy zawsze ma swoją cenę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 222
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rozdział 4. Za szybą Rozdział 5. Porozmawiajmy Rozdział 6. Powód Rozdział 7. Tajemnice rodzinne Rozdział 8. Koncert Rozdział 9. Goście Rozdział 10. Mgła Rozdział 11. Echo Rozdział 12. Twoja kolej Rozdział 13. Nie rozumiem Rozdział 14. Nareszcie Rozdział 15. Szach-mat Rozdział 16. Już czas Rozdział 17. Prawie Rozdział 18. I wszystko jasne Epilog
Iwonie – na pamiątkę i na nową drogę
Ashencroft Hall, godzina 23:47
Pióro musnęło papier po raz ostatni. Sir Thomas Ashencroft złożył arkusz, wsunął go do grubej koperty i sięgnął po lak. Pieczęć odciśnięta sygnetem rodu stwardniała w kilka sekund. Wtedy otworzyły się drzwi gabinetu. Jego córka, Violet, weszła cicho z tacą w rękach, po czym postawiła ją ostrożnie na blacie biurka. Mężczyzna uniósł porcelanową filiżankę i upił łyk. Co wieczór Beatrice, gospodyni, przygotowywała dla niego ziołowy napar. Był on dość mocny, więc i tym razem gorzka nuta uderzyła od razu. Zamknął na moment oczy, próbując opanować drżenie dłoni.
– Malowałaś do późna – powiedział sir Thomas po chwili.
– Światło było dzisiaj idealne. – Violet uśmiechnęła się do niego z widocznym zadowoleniem.
Odstawił filiżankę i oparł się o podłokietnik. Lewa dłoń znowu drgnęła mu nieznacznie, a na skroni pojawiły się kropelki potu.
– Napisałem do niej. List jest gotowy i jutro go wyślę.
Violet zamarła i skinęła głową. Wiedziała.
– Myślisz, że przyjedzie?
– Dowiedziałem się o niej od Lowtona, byłego konsula na Jamajce. Powiedział mi podczas ostatniej rozmowy telefonicznej, że Bartkowska rozwiązała sprawę morderstwa w hotelu Ocean Blue. Wbrew wszystkim. A ja… potrzebuję właśnie takiej osoby: odważnej i bystrej. W naszych żyłach płynie taka sama krew, pełna determinacji i pasji, a ja nie mam wyjścia. To ostatni moment, zanim wydarzy się… coś złego.
Przy kominku płomień przygasł. Kobieta podeszła i dorzuciła drewna.
– Victor jeszcze nie wrócił – oznajmiła, stojąc tyłem.
– Prawdopodobnie twój brat przegrywa właśnie wszystko, co zostało – odrzekł spokojnie.
Zegar wybił północ.
– Niech Beatrice przygotuje dla niej pokój z widokiem na ogród.
– Dobrze – przytaknęła i już miała odejść, gdy zatrzymała się przy drzwiach. – Powiedziałeś matce?
– Margaret? – Zrobił zaskoczoną minę. – Nie ma tu nic do powiedzenia – stwierdził bez wahania. – Póki żyję, to ja podejmuję decyzje w tym domu.
Violet nie zareagowała na te słowa i wyszła z gabinetu ojca w milczeniu. Sir Thomas został sam. Spojrzał na kopertę na biurku i zrezygnowany spuścił głowę.
Pojazd zatrzymał się gwałtownie. Eliza, wyrwana z zadumy, rozejrzała się, czując nadchodzące podenerwowanie. Gdy lokaj w skórzanej kurtce otworzył drzwiczki, powiew ostrego, styczniowego wiatru rozwiał kosmyki jej włosów. Ostrożnie wysiadła i przytrzymała dłonią kapelusz.
Na tle surowego krajobrazu górowała rezydencja Ashencroft Hall, do której została zaproszona w imieniu seniora rodu. Mroczny granit budynku pochłaniał ostatnie promienie tego popołudnia. Wysokie wieżyczki i witrażowe okna nadawały posiadłości posępnej elegancji.
Zerknęła na mężczyznę, który w milczeniu wyjmował bagaże. Jej wzrok zatrzymał się na jednym z przeszkleń. Miała wrażenie, że ktoś zza szyby ją obserwuje. Przyglądała się temu miejscu z zaciekawieniem, ale ostatnie promienie słoneczne zbyt mocno ją oślepiły, więc spojrzała w drugą stronę.
Gdy stanęła na progu, drzwi otworzyły się z cichym zgrzytem, jeszcze zanim zdążyła dotknąć mosiężnej kołatki w kształcie głowy lwa. Na progu stała kobieta o pełnych policzkach, ubrana w prostą, lecz schludną czarną suknię.
– Pani Eliza Bartkowska? – upewniła się melodyjnym głosem zabarwionym delikatnym kornwalijskim akcentem. – Beatrice Humphrey, gospodyni Ashencroft Hall. Proszę wejść, tutaj o tej porze roku zawsze jest chłodno.
Eliza bez ociągania przekroczyła próg. Przestronny hol, wyłożony ciemnym dębowym drewnem, pochłaniał każdy dźwięk. Portrety przodków, które wisiały na ścianie po jej prawej stronie, zdawały się śledzić każdy jej krok.
– Mam nadzieję, że podróż minęła spokojnie – kontynuowała gospodyni, prowadząc ją w stronę salonu. – Sir Thomas czeka na panią i naturalnie przywita panią osobiście, kiedy tylko dokończy odpisywanie na listy. A tymczasem zaproponuję filiżankę herbaty. Nic tak nie rozgrzewa jak earl grey, prawda?
– Oczywiście – odpowiedziała.
Nowo poznana Beatrice emanowała ciepłem, które budziło sympatię.
– Pięknie tu jest – odezwała się Eliza po chwili.
Gospodyni uśmiechnęła się nieco tajemniczo.
– Tak, Ashencroft Hall to niezwykłe miejsce. Piękno i tajemnica są częścią jego uroku. Ale jestem pewna, że wkrótce pani sama się o tym przekona. A teraz przejdziemy do pokoju kominkowego.
Eliza westchnęła głęboko, ale nie zareagowała. Szła w milczeniu, z lekkim wahaniem, obserwując każdy cień i zakamarek. Beatrice skinieniem zaprosiła ją, by usiadła na fotelu, i bezszelestnie zniknęła za drzwiami, żeby przygotować proponowany wcześniej napar.
Kiedy wróciła z tacą, której połysk odbijał ciepłe światło kominka, Eliza już nieco ochłonęła i odrobinę przyzwyczaiła się do nowego miejsca. Patrzyła, jak kobieta sprawnie stawia imbryk na niewielkim stoliku i po chwili równo obok niego ustawia filiżankę.
– Proszę. – Uśmiechnęła się łagodnie. – Mam nadzieję, że się pani rozgrzeje. W tych murach chłód potrafi przeniknąć aż do kości.
Eliza wyprostowała plecy.
– Dziękuję.
Beatrice cofnęła się z delikatnym ukłonem i wyszła. Eliza spojrzała na strzeliste okna zdobione witrażami. Przez moment miała wrażenie, że gdzieś w półmroku dostrzega cień poruszający się za szybą, lecz nie była w stanie uchwycić szczegółów.
Zorientowała się, że i tutaj na ścianach wisiały kolejne portrety – przodkowie rodu Ashencroft, w sztywnych pozach, patrzyli na nią z malowideł z niezmienną powagą.
– Liczna ta rodzina – szepnęła sama do siebie.
Odstawiła filiżankę i jakimś dziwnym trafem przed nią ponownie pojawiła się Beatrice.
– Czy wszystko w porządku? – zapytała gosposia z nutą troski w głosie, pochylając się, by zabrać tacę.
– Tak, w jak najlepszym.
– To niezwykłe miejsce, prawda? Ma swoją historię, tak jak ludzie, którzy tu mieszkają. Sir Thomas jest wyjątkowym gospodarzem. Zawsze dba o porządek i tradycje, choć bywa… wymagający. Jego matka była Polką, córką powstańca styczniowego. Po burzliwych latach młodości znalazła schronienie tutaj, w Kornwalii. To po niej odziedziczył sentyment do Polski. Może właśnie dlatego wybrał akurat panią. Pewnie wierzy w moc swoich słowiańskich korzeni i tego, że to one pomogą mu ocalić rodzinę, która zdaje się za bardzo od siebie oddalać.
– Rozumiem. Jestem bardzo ciekawa, czego dokładnie sir Thomas oczekuje ode mnie i kiedy mnie we wszystko wtajemniczy. Może mi coś pani opowiedzieć o tej rodzinie?
– Lady Margaret, jego żona – zawahała się na chwilę – to kobieta o wielkiej gracji i cierpliwości. Przyznam jednak, że jest trochę zamknięta w sobie.
– A ich dzieci?
– Mieszkają tutaj. Syn, Victor, jest pełen energii, choć czasem jej nadmiar prowadzi go na manowce. A Violet? – Jej ton złagodniał. – To artystyczna dusza. Ma wielki talent, choć bywa nieokiełznana. Mieszka tu jeszcze Edward, młodszy brat sir Thomasa. Niełatwo go zrozumieć, ale to dobry człowiek. Poeta – dodała szeptem, jakby ta informacja miała wszystko wyjaśnić. – Oczywiście są jeszcze dwa psy, clumber spaniel, czyli George i żwawy border terier, Moss, ale chyba tylko Nickowi udało się z nimi nawiązać więź, pewnie przez te ich wspólne wielogodzinne spacery po okolicy.
– Nick?
– Och, to najbarwniejsza postać w tej rodzinie. Wkrótce pozna pani ich wszystkich.
Eliza pokręciła pierścionkiem na serdecznym palcu.
– Pozwoli pani, że pokażę pokój? – zaproponowała Beatrice. – Ma pani za sobą długą podróż, więc warto by było odpocząć. Kolację podajemy o ósmej. Plan dnia jest tutaj świętością, codzienne rytuały nie podlegają ani dyskusji, ani zmianie. Na przykład sir Thomas zawsze po kolacji pije ziołowy napar w gabinecie, a pani Margaret zaczyna dzień od kawy zbożowej. I tak od lat.
Eliza ruszyła za nią przez długi korytarz. W końcu stanęły na progu jednego z pokoi.
– Mam nadzieję, że poczuje się pani tutaj jak w domu – rzuciła starsza kobieta z uprzejmym uśmiechem.
Pisarka weszła do pokoju bez słowa. Gdy drzwi się zamknęły, odetchnęła głęboko, pozwalając sobie na chwilę rozluźnienia. Pokój, który jej przydzielono, choć przestronny, zdawał się przytłaczać ciężarem ciemnych mebli i grubych, aksamitnych zasłon. Wysokie łóżko z baldachimem, okryte zieloną narzutą haftowaną złotą nicią, przywodziło na myśl raczej królewskie łoże niż zwykłe miejsce odpoczynku.
Poczuła, że musi zaczerpnąć powietrza. Przepych tego miejsca zaczynał ją przytłaczać, powodując lekkie zawroty głowy. Otworzyła okno. Stała bez ruchu, pozwalając, by rześkie podmuchy ją orzeźwiły. Dopiero po chwili znowu się rozejrzała po pokoju.
Na komodzie, w pobliżu lustra o ciężkiej, rzeźbionej ramie, stał zegar. Jego wskazówki przesuwały się leniwie. Kolacja miała rozpocząć się za godzinę, a Beatrice uprzedziła ją, że strój wieczorowy to nie kwestia wyboru, tylko obowiązku. Eliza otworzyła jedną z walizek i przeglądała skromny wybór ubrań, które przywiozła.
Zaproszenie, które otrzymała, było dość enigmatyczne, jednak przyjęła je z ciekawości. Przypomniała sobie jego treść:
Szanowna Pani,
w imieniu rodziny Ashencroftów zwracam się do Pani z uprzejmą prośbą. Nasza posiadłość w Kornwalii stanęła w obliczu wydarzeń, które wymagają szczególnej dyskrecji oraz Pani wyjątkowych zdolności. Dotarły do nas wieści o Pani reputacji i doświadczeniu, dlatego zapraszamy Panią do siebie. Wszystko wyjaśnię na miejscu.
Żadnych konkretów. Nie wiedziała, czego się po tej wizycie spodziewać ani jak długo może ona trwać. Zerknęła po raz kolejny na otwartą walizkę. Jej dłoń zatrzymała się na granatowej sukience. Prosta, ale elegancka, zdawała się w jej odczuciu odpowiednia na dzisiejszą kolację. Delikatna koronka przy dekolcie i mankietach była subtelnym akcentem, wystarczająco dyskretnym, by nie rzucać się w oczy, ale równocześnie podkreślała staranność wykonania. Prawda jednak była taka, że Eliza nigdy nie przywiązywała wielkiej wagi do własnego stroju, lecz zawsze bardziej skupiała się na innych. Teraz wiedziała, że musi się dopasować do zasad panujących w tym miejscu.
Kiedy uporała się z zapięciem stroju, poczuła jego chłodną fakturę. Stała przed lustrem. Sięgnęła po szczotkę, by uczesać i związać włosy w niski kok. Miała wrażenie, że w tym miejscu przybyło jej lat. Choć była tu krótko, czuła się raczej jak seniorka rodu niż pisarka kryminałów, która dopiero przekroczyła próg posiadłości. Zerknęła na zegar. Musiała być czujna. Nie chciała się spóźnić na pierwszy posiłek.
Wyszła z pokoju i ogarnęła ją złowroga cisza. Schodziła ostrożnie po szerokich schodach. Przed drzwiami jadalni stanęła w pół kroku. W środku słychać było tylko stukot sztućców i szkła. Za uchylonymi drzwiami migotał blask świec. Wygładziła sukienkę i weszła do środka.
Znalazła się w pomieszczeniu, w którym światło kryształowych żyrandoli rozlewało się miękko po całym wnętrzu. Ogromny stół zajmował jego centralną część, a wokół niego stały wyścielone bordowym welurem krzesła.
Sir Thomas Ashencroft siedział na honorowym miejscu. Miał na sobie ciemny garnitur, który podkreślał szerokie ramiona i wyprostowaną sylwetkę. Włosy miał gładko zaczesane do tyłu, a każdy ruch jego dłoni – ledwie uniesienie palców czy przesunięcie kieliszka – zdawał się wypełniać przestrzeń kontrolą. Mężczyzna nie musiał podnosić głosu, by przykuwać uwagę i wzbudzać szacunek.
Gdy zobaczył Elizę, wstał od stołu i podszedł do niej. Ucałował jej dłoń, wyjaśnił, dlaczego nie mógł przywitać jej wcześniej, i wskazał miejsce. Kobieta czuła na sobie spojrzenia pozostałych członków rodziny. Naprzeciwko niej siedziała pani domu, Margaret, która najpierw lakonicznie przedstawiła siebie, a potem pozostałych przy stole. Unikała przy tym kontaktu wzrokowego, ale jej uśmiech, ledwie widoczny, wymuszony, zdradzał próby załagodzenia napiętej atmosfery.
Obok niej Violet bawiła się kieliszkiem, przeciągając palcami po jego brzegu. Kiedy uniosła wzrok, jej oczy były spokojne, niemal obojętne. Victor opierał się nonszalancko o krawędź stołu, a na jego twarzy co jakiś czas pojawiał się uśmiech, który równie dobrze mógł być przejawem lekceważenia, co maską irytacji. Zerkał na siostrę i unosił w niewyraźnym uśmiechu kąciki ust. Edward, młodszy brat seniora rodu, siedział obok niego, ale pozostawał w cieniu, jakby nie pasował do reszty. Bawił się widelcem i spoglądał na domowników z wyraźnym znudzeniem.
– Kornwalia wita panią w swojej surowej chwale – odezwał się gospodarz, gdy wszystkim podano już posiłek. Jego głęboki i spokojny głos odbijał się echem od ścian.
Eliza zauważyła, że nikt inny nie podjął rozmowy. Jedynie Margaret lekko drgnęła, ale nie uniosła głowy.
– Surowa, ale piękna – rzuciła z uśmiechem, który bardziej ukrywał, niż zdradzał jej prawdziwe odczucia.
Mężczyzna przytaknął.
– To miejsce kształtuje charakter – dodał, biorąc do ręki kieliszek wina. – A przynajmniej powinno.
Niespodziewanie znowu odezwała się pani Ashencroft:
– Czy herbata w salonie była w porządku? Beatrice zawsze tak starannie ją przygotowuje.
– Była wyśmienita.
Victor przechylił kieliszek, obracając go w palcach, a jego uśmiech przybrał bardziej złośliwy wyraz.
– Może zamiast o herbatę, powinniśmy zapytać naszego gościa, co myśli o uroku tego miejsca.
Margaret posłała mu groźne spojrzenie, ale nie wypowiedziała ani słowa.
– Urok? To brzmi ciekawie – wtrąciła Violet. Jej głos, delikatny i melodyjny, niósł jednak nutę ukrytej ironii. – Niektórzy mogliby powiedzieć, że to miejsce jest… przytłaczające. Czyż nie?
– Violet zawsze miała wyobraźnię – westchnęła jej matka cicho. – To artystyczna dusza.
– Ta dusza wciąż jednak ma problem z zasadami – skwitował Thomas. Jego spojrzenie przesunęło się na Victora. – A jeśli o szacunku mowa… Victorze, czy zamierzasz kiedykolwiek nauczyć się jego definicji?
– Jak zwykle udzielasz mi życiowych lekcji przy publice. Uwielbiasz to, prawda, ojcze? – odparł zagadnięty przesadnie uprzejmym tonem. – Może powinienem zacząć notować.
Edward, którego podobieństwo do starszego brata było uderzające, odsunął od siebie talerz i wyciągnął się na krześle.
– Może szanowny gospodarz przestanie traktować nas jak służbę – mruknął.
Margaret zerknęła na niego błagalnie.
– Proszę, nie dzisiaj – szepnęła.
– A kiedy?
Sir Thomas uniósł dłoń w geście, który uciszył wszystkich. Przez moment wydawało się, że napięcie opadło, choć Eliza wiedziała, że to wyłącznie powierzchowne. Teraz to na nią patrzył uważnie.
– Droga pani – zaczął spokojnie, choć w jego tonie kryła się nuta władzy – proszę na razie odpocząć i poznać Ashencroft Hall na tyle, na ile pani będzie mogła. Wyjaśnię powód pani wizyty w stosownym czasie. – Zmrużył oczy i delikatnie dotknął dłonią skroni.
Eliza bez zawahania przytaknęła i wróciła do kolacji, krojąc sobie kawałek soczystej pieczeni. Nawet dla niej atmosfera zrobiła się nie do zniesienia. Każdy gest, każde słowo – wszystko zdawało się stanowić część większej gry, której reguł jeszcze nie rozumiała. Wolała zatem tworzyć wrażenie, że ta napięta sytuacja przed chwilą w ogóle się nie wydarzyła.
Po kolacji postanowiła odetchnąć. Ostrożnie szła ciemnym korytarzem, na którego końcu niczym zaproszenie migotało światło z sali kominkowej. Spomiędzy uchylonych drzwi wydobywała się cicha melodia, która przyciągnęła ją bliżej. W kącie stał klasyczny gramofon, a głos Very Lynn wypełniał pomieszczenie.
Wewnątrz Eliza dostrzegła rodzeństwo, które w czasie kolacji nie sprawiało wrażenia zżytego. Victor siedział głęboko zatopiony w jednym z masywnych skórzanych foteli, z nogą nonszalancko zarzuconą na podłokietnik, a w dłoni trzymał papierosa. Jego spojrzenie, przyćmione i z lekka rozbawione, zatrzymało się na kobiecie, kiedy ta przekroczyła próg.
– Nocna wędrówka? – rzucił i wydmuchał dym w stronę kominka.
Jego siostra zajmowała drugi fotel – z nogą założoną na nogę, kieliszkiem w dłoni i papierosem żarzącym się w jej szczupłych palcach. Zdawało się, że jest dużo bardziej zrelaksowana niż podczas rodzinnego posiłku. Kącik jej ust uniósł się lekko, kiedy zobaczyła Elizę.
– Proszę, wejdź. – Gestem zaprosiła ją do środka. – Victor może i jest złośliwy, ale obiecuję: ja nie gryzę.
Kobieta weszła więc i podeszła do krzesła znajdującego się naprzeciwko rodzeństwa. Usiadła, starając się nie zakłócać ich spokoju.
– Ładna melodia – zaczęła. – Jest w niej coś… kojącego.
– To Vera Lynn – wyjaśniła Violet, unosząc kieliszek do ust. – Słucham jej, kiedy mam ochotę uciec od świata.
– Ucieczki to jej specjalność – wtrącił mężczyzna, zaciągając się. – Ja wolę bardziej przyziemne rozrywki.
Siostra rzuciła mu szybkie spojrzenie, pełne zniecierpliwie-nia, ale zamiast odpowiedzieć, odwróciła wzrok w stronę płomieni. W świetle ognia jej twarz wydawała się niemal posągowa.
– Tak się zastanawiam – mężczyzna zmrużył oczy i spojrzał w kierunku Elizy – dlaczego ojciec cię tu zaprosił?
Pytanie, mimo że zadane lekkim tonem, niosło ze sobą wyraźną ciekawość.
– Zapytaj go sam.
Celowo nie rozwinęła myśli, na co wzruszył ramionami i skwitował:
– Typowe. Wiecznie jakieś tajemnice. Ta rodzina jest jednym wielkim i zakłamanym sekretem.
– Victorze – szybko zareagowała siostra. – Może powstrzymaj się od tego typu wypowiedzi.
– Dlaczego? – Uniósł brew, a jego ton stał się bardziej kpiący. – Eliza powinna wiedzieć, w jakim miejscu się znalazła. Czyż nie to jest celem tej wizyty?
Violet wydawała się ignorować komentarze brata. Odłożyła kieliszek na stolik i skrzyżowała ręce na kolanach.
– Kornwalia to cudowne miejsce, wiesz? – zmieniła temat z nieoczekiwaną szczerością. – Maluję od lat, ale tu, na wrzosowiskach, jest coś prawdziwego. Ashencroft Hall ma duszę.
Eliza zwróciła się w jej kierunku zaintrygowana.
– Malujesz?
– Coraz rzadziej – przyznała z lekkim, niemal przepraszającym uśmiechem. – Do tego trzeba mieć spokojną głowę, a o nią trudno w tym domu.
– Ty akurat nie możesz narzekać – mruknął Victor. – Ciebie ojciec oszczędza.
– Słucham?
– Nie odciął cię od pieniędzy.
– Może dlatego, że nie jestem uzależniona od hazardu?
– To już nie mogę mieć żadnej przyjemności w życiu?
– A nie znasz innych przyjemności, braciszku?
Victor zaśmiał się nerwowo i zamilkł.
Eliza przysłuchiwała się tej rozmowie, zauważając, że wypowiadane właśnie słowa, choć pozornie lekkie, nosiły w sobie coś ostrzejszego, co jedynie subtelnie wychodziło na powierzchnię. Była to dziwna mieszanka bliskości i napięcia budowana na wspólnym, ale równocześnie jakże odmiennym doświadczeniu życia w cieniu Thomasa.
Violet w końcu przerwała ciszę i odwróciła się w stronę gościa.
– Może pokażę ci kiedyś swoje obrazy. Jeśli tylko masz ochotę…
– Byłoby miło.
Victor uniósł kąciki ust i skomentował ironicznie:
– Lepiej miej się na baczności, Elizo. W tej rodzinie nikt nie jest normalny.
– Definicja normalności to kwestia sporna – odparła.
– No proszę… zaczynamy się dogadywać – stwierdził i z rozmachem zgasił papierosa.
Słowa Victora, choć rzucone jak żart, pozostawiły w powietrzu wyczuwalną nerwową atmosferę. Gramofon dalej odtwarzał klimatyczne utwory, a płomienie w kominku trzaskały, przerywając od czasu do czasu niezręczne milczenie, które po raz kolejny wkradło się między towarzystwo. Eliza w końcu wstała i zasłaniając się zmęczeniem, opuściła salon.
Było już dość późno, kiedy Eliza ostrożnie zeszła po drewnianych schodach, które cicho skrzypiały pod jej krokami. Dostrzegła przed sobą uchylone drzwi. Zatrzymała się na chwilę, po czym weszła do środka.
Kuchnia okazała się zupełnie inna niż reszta domu. Tu panowała przyjemna i ciepła atmosfera. W centralnym miejscu stał ogromny stół, a nad nim wisiała wiązka lawendy. Półki przy ścianach uginały się od równo ustawionych słoików z dżemami, marynatami i miodem. Na kredensie błyszczały miedziane rondle.
Przy stole siedziała Beatrice. Jej dłonie pracowicie przesuwały igłę przez tkaninę, a haft, który powstawał pod jej palcami, wyglądał jak niewielkie dzieło sztuki. Gdy zauważyła gościa w drzwiach, odłożyła robótkę. Jej spojrzenie złagodniało, a twarz rozjaśniła się łagodnym uśmiechem.
– Nie mogłam zasnąć – wyjaśniła Eliza. – Myślałam, że znajdę tu coś do picia.
Kobieta wstała. Sięgnęła po dzbanek stojący na blacie, nalała wody do czajnika i postawiła go na piecu.
– Herbata o tej godzinie? Nie, to nienajlepszy pomysł – zatroskała się. – Ale rumianek? Zawsze działa. Proszę usiąść, zaraz zaparzę panience.
Eliza zajęła miejsce przy stole, a po chwili otrzymała parujący napój.
– Lepiej z miodem – poinstruowała ją gospodyni i przysunęła w jej stronę słoik. – Pszczoły mamy tu pracowite, a ten miód to ich zasługa.
Posłusznie więc zanurzyła łyżeczkę w bursztynowym płynie i dodała do napoju.
– Piękne miejsce – odezwała się po chwili.
Beatrice uśmiechnęła się i wygładziła fartuch z widocznym zadowoleniem. Eliza rozejrzała się po kuchni. Jej wzrok przykuła zastawa z niebieskimi różami.
– To moje królestwo. Reszta należy do pana Thomasa, ale tutaj… tutaj nikt mi niczego nie narzuca. To miejsce jest dla ludzi, a nie dla zasad. Zazwyczaj jest tu spokój, chyba że Charlie wpada jak burza.
– Charlie?
– Mój mały pomocnik. Ma dziesięć lat. Czasem coś poda, coś przyniesie. Oczywiście powinien być w szkole, ale jego ojciec… – Urwała, szukając słów. – William Dobbins. Stajenny. Zna się na koniach jak nikt. Wychowuje chłopaka sam, bo jego żona zmarła przy porodzie. A on… No cóż, niełatwo mu to wszystko pogodzić.
– Chłopak nie chodzi do szkoły?
– Czasem idzie, jak się uda, ale najczęściej kręci się tutaj. Po kuchni, po stajniach… Gdzie tylko nie zajrzeć, tam jego ciekawski nosek. Mały nicpoń, ale ma dobre serce. I mądre oczy.
– Ale teraz już chyba wszyscy śpią?
– Nie wszyscy – zauważyła gospodyni, wzruszając lekko ramionami. – Victor i Violet pewnie jeszcze rozmawiają. Zawsze mają coś do omówienia. A pan Edward? Cóż, on rzadko przejmuje się zegarkiem.
Eliza przesunęła palcem po brzegu filiżanki.
– Edward wydaje się… inny.
Gospodyni spojrzała na piec, a jej twarz na moment straciła wyraz.
– To dobry człowiek, choć życie go nie oszczędzało. Miał marzenia, wielkie marzenia… Kiedyś chciał pisać wiersze, ale marzenia rzadko wytrzymują próbę czasu. Kilka razy zaufał nieodpowiednim ludziom i wiele go to kosztowało.
Eliza słuchała w ciszy, delektując się rumiankiem.
– A dzieci sir Thomasa? – dopytała.
– Victor zawsze miał mocny charakter. Nigdy nie dogadywał się z ojcem. Obaj są… podobni. Zbyt silni, by ustąpić. Violet? Ona jest inna. Zawsze była. Muchy by nie skrzywdziła. Maluje, a to nie jest coś, co pan Ashencroft traktuje poważnie. Ale ta dziewczyna ma dobre serce. Czasami mam wrażenie, że trochę za dobre. Jak była mała, ratowała każdego kociaka w okolicy, a tych nigdy nie brakowało. Jednego lata mieliśmy tu ponad tuzin kociąt – dodała cicho i uśmiechnęła się do własnych wspomnień.
Eliza spojrzała na nią.
– I to już wszyscy?
– Och. – Machnęła dłonią. – Kiedyś była tu jeszcze lady Anna. Pierwsza żona sir Thomasa – wyjaśniła. – Ale odeszła. Jakaż ona była odważna i dobra. Dbała o wszystkich, nie tylko o rodzinę. Dawniej pracowało tu dużo więcej osób, wiadomo. – Pokiwała głową. – I czasy były inne. Teraz jest jeden Charlie, ale wtedy takich dzieci była cała gromadka. I lady Anna zawsze o nie dbała, uczyła je czytać i pisać. Takie miała serce! Oczywiście pan miał do niej o to wiecznie pretensje – zachichotała cicho. – Ale ona nie zważała na jego nerwy. Zawsze robiła to, co uważała za słuszne, kiedy jednak na horyzoncie pojawiła się pani Margaret, coś się zaczęło zmieniać. I podejście sir Thomasa do żony również, aż w końcu… Przepraszam, nie powinnam się na ten temat wypowiadać. Ostatnio znowu coś wisi w powietrzu, jakby miało się wydarzyć coś złego…
Eliza chciała zadać jeszcze jedno pytanie, ale coś w spojrzeniu gospodyni ją powstrzymało. Rozmowa wydawała się zbyt intymna.
– Rumianek już powinien zadziałać – szepnęła do niej Beatrice, podnosząc się i wygładzając fartuch z niezwykłą starannością. – Proszę się położyć. Jutro będzie pani potrzebować sił, by zmierzyć się z rodziną Ashencroft.
Eliza skinęła głową, podziękowała za napój i posłusznie opuściła kuchnię.
Następnego ranka zeszła na śniadanie punktualnie o ósmej. Przy stole siedzieli już: Margaret z opanowanym wyrazem twarzy, Edward z gazetą w dłoniach, której nie czytał, bo jego wzrok błądził po szybie, i Violet, która niemal bez ruchu trzymała filiżankę z kawą. Victor wszedł chwilę później. Sir Thomasa jeszcze nie było.
Zajęła miejsce wskazane przez Beatrice.
– Pani Elizo – odezwała się pani domu, nie odrywając wzroku od herbaty. – Mam nadzieję, że pokój spełnił oczekiwania.
– Jakżeby inaczej – zapewniła z cieniem uśmiechu.
Victor parsknął. Violet spojrzała na brata, ale nic nie powiedziała.
– Proszę mu wybaczyć – rzucił Edward znad gazety. – Wstał lewą nogą, a prawa zapewne wczoraj była w pubie.
– Przynajmniej mam życie osobiste – mruknął w odpowiedzi.
Wtem drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem i do jadalni wszedł ktoś, kogo Eliza jeszcze nie widziała – mężczyzna o niedbałej fryzurze, w jasnym szalu i z gazetą wystającą z kieszeni marynarki.
– Dzień dobry, rodzino! – zawołał z nieco przesadzonym entuzjazmem. – Czyż poranki w Ashencroft Hall nie są jak scena z powieści?
– Nick – jęknęła Margaret bez podnoszenia głosu. – To śniadanie, nie występ.
– Wybacz, ciociu, filozoficzny nastrój – rzucił, siadając obok Elizy. – A pani to pewnie nasz tajemniczy gość. Jestem Nick Parker. Syn tej niepokornej siostry Thomasa, której portret do dziś czeka na swoje miejsce.
Skinęła mu grzecznie, podała rękę i odpowiedziała:
– Eliza Bartkowska.
– Piękne imię. Brzmi jak bohaterka dramatu. – Uśmiechnął się i spojrzał na nią z zaciekawieniem, które nie należało do konwenansu. – Czy dobrze się pani spało w domu pełnym wspomnień?
Na moment wszystko zamarło. Margaret zmierzyła go wzrokiem, Edward tylko uniósł brew, a Violet wbiła spojrzenie w podłogę.
– Nie mam żadnych zastrzeżeń – odparła po chwili.
Nick sięgnął po tosta, posmarował go grubą warstwą marmolady, po czym dodał plasterek sera.
– Ciekawi mnie, kto dziś pierwszy sięgnie po herbatę. To zawsze mówi więcej niż słowa – powiedział tajemniczo.
Eliza miała wrażenie, że jego oczy rejestrują wszystko: kto odsunął filiżankę, kto zadrżał przy sztućcach, kto nie patrzy nikomu w twarz. Nagle do jadalni wszedł pan domu.
– Dzień dobry. – Ukłonił się.
– Uratowany w ostatniej chwili – zażartował Nick. – Już się bałem, że bez wuja nie zakończymy tego moralnego kabaretu.
Gospodarz zatrzymał się przy stole.
– Czasem lepiej nie mówić nic, niż mówić zbyt wiele – zripostował celnie i zmrużył oczy.
– A czasem lepiej powiedzieć wszystko, zanim będzie za późno – dodał jeszcze Edward, który w dalszym ciągu wpatrywał się w okno.
Eliza upiła łyk herbaty, ale zaskoczyła ją jej gorycz. Nie odezwała się, przyglądając się codziennemu porankowi rodziny Ashencroft. Violet z gracją sięgnęła po srebrny dzbanek. Jej ruchy były mechaniczne jak wyuczona choreografia. Kiedy napełniała filiżankę ojca, ręka drgnęła jej ledwie zauważalnie.
– Ktoś jeszcze? – zapytała uprzejmie, unosząc brew w sposób, który sugerował, że zna już odpowiedź.
– Ja poproszę – odezwał się Edward bez entuzjazmu. – Jeśli można, to z odrobiną mleka i absolutnym brakiem rozmowy.
– Trudne zamówienie – mruknęła. – Ale spróbuję.
– Przynajmniej ktoś tu się stara – zauważył Nick. Rozcieńczał równocześnie swoją kawę mlekiem tak długo, aż kolor przypominał odcień jego marynarki.
Victor roześmiał się krótko i bez humoru.
– Nick uważa, że kawa ma być rozmową, nie napojem.
– A ty uważasz, że rozmowa to tylko przekaz dominacji – odciął mu się kuzyn. – W końcu spędziłeś pół życia, mówiąc ludziom, że się mylą.
– Bo zwykle – burknął Victor, łamiąc kawałek chleba – się mylą.
– Może czasem warto się pomylić. Dla równowagi rodzinnej.
Sir Thomas zignorował ostatni komentarz Edwarda i zwrócił się do Elizy:
– Mam nadzieję, że pierwsza noc minęła pani bez zakłóceń.
– Dziękuję – powiedziała cicho, spuszczając wzrok – ale niełatwo zasnąć, gdy z każdej ściany spogląda czyjaś twarz.
– Patrzenie to domena martwych – wtrącił się znowu Edward. – Żywi wolą ignorować.
Nick chrząknął teatralnie.
– Co za filozoficzna uczta z rana. A ja chciałem tylko spytać, czy ktoś widział mój notatnik.
Kuzyn spojrzał na niego z nieukrywaną pogardą. Nestor rodu odchrząknął i w odpowiedzi na tę wymianę zdań zareagował mocno:
– W tym domu nie potrzebujemy błaznów.
– W takim razie mam szansę zostać kronikarzem – zaśmiał się Nick.
Eliza obserwowała ich w milczeniu. Byli jak układ taneczny, który ćwiczyli od lat – te same kroki, te same starcia, te same westchnienia i półuśmiechy. W tym wszystkim zdawało się jej, że Margaret jest najspokojniejsza. Ale to właśnie jej spojrzenie – krótkie, zimne, rzucane spod rzęs – zdradzało coś, czego nikt inny nie pokazywał. W jej oczach Eliza dostrzegła cień tajemnicy, którą kobieta starała się ukryć.
Wtedy weszła Beatrice, poprawiając serwetki przy końcu stołu.
– Czy wszystko w porządku?
– Idealnie – powiedziała Violet, nie patrząc na nikogo. – Jak zawsze.
Gdy posiłek dobiegł końca, Eliza z ulgą wstała od stołu i postanowiła poznać dom nieco lepiej.
Korytarze Ashencroft Hall były nieprzyjazne o poranku. Panował w nich duszny chłód, który aż zatrzymywał się na karku. Kobieta szukała biblioteki, ale dom nie współpracował. Każde drzwi wyglądały podobnie. Ciemne drewno, mosiężna klamka, herb rodu wypolerowany do przesady. Jedne były niedomknięte, więc tam zajrzała. Wnętrze, otulone bladym i rozproszonym światłem z okna, nie przypominało reszty domu. Tu nie było równo ułożonych wazonów, rozłożonych narzut ani porcelany. Przestrzeń była surowa, chłodna, zawieszona w czasie. Weszła więc zaciekawiona, by poznać ją lepiej.
Przy ścianach stały sztalugi – jedne puste, inne z płótnami zasłoniętymi suknem. Na środku pokoju znajdował się stół zastawiony pędzlami, farbami, stosami papieru i zapisków. Rzędy szklanych słoików odbijały światło. A naokoło obrazy pełne wyrazu. To, co najpierw przykuło jej wzrok, to zestaw kilkunastu malunków, na których były tylko dłonie. W różnych rozmiarach i kolorach, ale przyciągające wzrok, bo wyrazista kreska szczególnie mocno podkreślała smukłe palce. Zaraz obok nich stał portret przedstawiający starszą kobietę o opadniętych ramionach.
– Tylko proszę niczego nie dotykać – usłyszała damski głos i się odwróciła.
Violet stała w drzwiach z filiżanką herbaty. Miała na sobie luźną koszulę poplamioną niebieską farbą i ciemną spódnicę do kostek. Włosy związała w niedbały kok, z którego wysunęło się kilka pasm. Twarz miała bladą, niemal przeźroczystą. Policzki bez rumieńca, usta cienkie. Jej oczy były szare, ale przenikliwe. Nie unikała kontaktu wzrokowego. Patrzyła prosto, niemal zuchwale.
– Nie zamierzałam… Trafiłam tu przypadkiem.
– Pracownia nie znosi przypadków – wyszeptała kobieta. – A ten dom to już w ogóle nie znosi nikogo. Może uznał panią za wyjątek.
Stanęła przy stole i odstawiła filiżankę.
– Maluje tu pani codziennie?
– Gdybym nie malowała, ktoś zadałby pytanie: „czemu marnujesz czas?”.
– A nie marnuje pani?
– Tak, ale z fasonem – powiedziała. – Mój brat przegrywa w karty. Ja w kolorach.
Eliza podeszła bliżej do innego obrazu, na którym jakaś postać siedziała przy stole. Zorientowała się, że to kobieta. Niedokończona twarz. Usta wykrzywione. Obok kieliszek. Czerwony. Zbyt intensywny na tle reszty. Dominujące kolory purpury i czerni.
– Kto to?
– Nikt, kogo zna pani z nazwiska. Czasem maluję sytuacje, które się jeszcze nie wydarzyły.
Eliza spojrzała w jej kierunku.
– To brzmi… niepokojąco.
– W tym domu wszystko jest niepokojące. Tylko nie wszyscy chcą to zauważyć.
Violet zdjęła materiał z innego obrazu. Przedstawiał kobiecą sylwetkę za zamkniętymi drzwiami. Tylko cień na posadzce sugerował obecność innych.
– Marzyłam o rzeźbie – rzuciła. – Ale ojciec uważał, że to nie dla dam. Farby są mniej niepokojące, prawda?
– A matka?
– Matka mało mówi. Wyrażanie opinii nie jest jej mocną stroną – westchnęła. – W tym domu kobieta może być miła albo martwa. Nic pośrodku.
– A jeśli spróbuje mówić głośniej?
– Zostaje nazwana histeryczką. A potem znika tak jak pierwsza żona mojego ojca.
Eliza dotknęła ramy obrazu.
– Nazwałam ten obraz Rozmowa w połowie. Jeszcze się nie wydarzyła – dodała Violet.
– To wizja?
– Przeczucie.
Po tej odpowiedzi nagle wyszła z pracowni, a Eliza została sama. Przez chwilę analizowała obrazy, na których dominowały intensywne kolory. Słoiczki z farbami były pootwierane, sugerując, że malarka niespodziewanie przerwała pracę, zostawiając na stole czerwoną, czarną, żółtą i niebieską farbę. Eliza wpatrywała się w tę ostatnią – w jej ulubionym odcieniu – po czym opuściła pomieszczenie i skręciła w stronę wschodniego skrzydła.
W tle zegar wybił pełną godzinę, a wykładzina w odcieniu gołębiej szarości tłumiła kroki. W jednym z mijanych pomieszczeń Eliza ujrzała postać przy oknie. Siedziała w fotelu z ciemnozielonym obiciem, pochylona nad tamborkiem. Jej dłoń poruszała się powoli, rytmicznie. Haftowała. Obok, na stoliku, stały imbryk, filiżanka i niedojedzona marcepanowa gwiazdka, czyli świąteczny drobiazg, jakich w Ashencroft Hall nie brakowało. Za oknem wiatr poruszał gałęzie starych buków.
Eliza zrobiła kilka kroków w stronę kobiety.
– Nie przeszkadzam?
Pani Ashencroft uniosła wzrok. Nie wyglądała na zaskoczoną ani zainteresowaną. Skinęła głową i wróciła do haftu.
– Piękny wzór. Róże?
– Z ogrodu mojej matki, na tle nieba. Kiedyś miało zupełnie inny odcień błękitu, nie to co teraz – odpowiedziała cicho.
– Dużo pani haftuje?
– Tak.
– To chyba uspokaja.
– Czas mija szybciej. Tylko potem wszędzie są te nitki wokół mnie. Taki mały mankament.
Zapadła cisza. Eliza usiadła na fotelu obok i patrzyła na płynne ruchy dłoni swojej rozmówczyni.
– Lubi pani zimę? – zagadnęła ją po chwili.
– Wtedy mury zaczynają szeptać.
– Słucha ich pani?
– Nie zawsze trzeba słuchać, żeby wiedzieć, co się dzieje.
Tamborek poruszał się lekko. Twarz pani domu pozostała spokojna i pozbawiona emocji.
– To duży dom – stwierdziła Eliza. – Czy nie czuje się pani w nim samotna?
– Jego wielkość nie ma znaczenia.
– Dowiedziałam się – kontynuowała – że pani córka maluje. Co pani myśli o jej obrazach?
– One krzyczą. A ja wolę szept.
I rozmowa znów się urwała. Kobieta pochyliła się lekko. Igła wchodziła w materiał bezszelestnie. Śnieg wciąż sypał za oknem.
Eliza wyszła bez słowa i skierowała się do swojego pokoju. Szła powoli, cicho stąpając po wyłożonym dywanem korytarzu. Myśli jeszcze krążyły wokół rozmowy z Margaret, kiedy nagle, tuż obok, z wnętrza biblioteki dobiegł cichy szelest.
Zatrzymała się. Odwróciła głowę i przez ułamek sekundy dostrzegła cień przemykający wzdłuż ściany. Podeszła do drzwi i zajrzała do środka. W pomieszczeniu panował półmrok, rozświetlony jedynie przez zapomnianą lampkę nad biurkiem. Wnętrze wypełniał znajomy zapach starych książek i mebli wypolerowanych woskiem. Przy blacie wciąż lekko chwiało się krzesło.
Podeszła bliżej. Na stole leżała otwarta książka – stare, ale dobrze zachowane wydanie Królowej Śniegu Andersena. Ilustracja przedstawiała gęsty las. Obok, na kartce, ktoś zapisał dziecięcym pismem kilka linijek:
„Rzeczka, ktura płynie między dżewami…”
Litery były nierówne, niektóre odwrócone, kilka słów poprawiono lub przekreślono. Obok leżało nadgryzione ciasteczko.
Eliza dotknęła kartki opuszkami palców. Na marginesie ktoś narysował prosty obrazek – między drzewami stał dom z lecącym z komina dymem, a obok niego wisiała huśtawka.
Uśmiechnęła się cicho i rozejrzała po bibliotece, lecz nikogo nie zobaczyła. Poprawiła krzesło i ostrożnie zamknęła książkę, wsuwając kartkę z powrotem między strony. Nie chciała zostawiać śladu.
Wychodząc, jeszcze raz rzuciła okiem na wnętrze.
Zimowy wieczór otulił bielą ogrody otaczające Ashencroft Hall. Jak zawsze o ósmej dzwonek ogłosił kolację, nie wcześniej, nie później.
Na stole srebro odbijało blask świec. Margaret siedziała prosto, ręce miała złożone na kolanach, a spojrzenie utkwione w pustym talerzu. Po chwili pojawił się Edward z gazetą złożoną wpół. Victor wszedł odrobinę później, poprawiając mankiety i siadając z pewnym przesadnym znużeniem.
Violet zjawiła się jako przedostatnia, tuż przed ojcem, i usiadła bez słowa. Eliza znalazła się między Margaret a wyjątkowo milczącym Nickiem i obserwowała uważnie układ sił przy stole. Senior rodu wszedł ostatni. Miał na sobie granatową marynarkę, ale to nie ona przyciągała uwagę – tylko maleńka plama na mankiecie białej koszuli, jakby ktoś dotknął go świeżym atramentem. Dopiero wtedy podano posiłek.
– Przynajmniej kuchnia nie próbuje nas zaskoczyć – rzucił Edward, wkładając łyżkę do ust.
– Zaskoczenia to domena zwykłych śmiertelników – rzuciła Violet.
Brat parsknął.
– To ciekawe. Wczoraj podano nam ciasto z imbirem i pamiętam twoją minę.
– Lubię imbir.
Nick sięgnął po chleb.
– W Bombaju to właśnie imbir ratował ludzi przed cholerą. Albo przynajmniej tak mówiła moja matka, bo podawała mi go każdego dania. Nawet do jajecznicy.
Margaret spojrzała na niego z chłodną dezaprobatą.
– Być może dlatego, że zawsze była chora i chciała mnie przed takim losem ustrzec – dodał zamyślony.
– Albo dlatego, że wyszła za artystę cyrkowego – skomentował sir Thomas. – Dziedzictwo dobrego urodzenia nie chroni przed głupotą.
Nick uniósł brwi.
– Myślałem, że dziś nie będzie kazania. W porządku, skoro już jesteśmy przy dziedzictwie…
– Nie dziś – wtrąciła się Margaret.
– Dlaczego nie? – rzucił Edward, odkładając łyżkę. – Każdy inny temat wydaje się już wyczerpany. Może porozmawiamy o ważnych dokumentach rodzinnych?
Powietrze zgęstniało. Eliza wbiła wzrok w stół. Thomas przeniósł spojrzenie na brata – powoli, bez słowa.
– Testament jest sprawą rodziny. Nie towarzystwa.
Violet milczała. Od początku wieczoru popijała herbatę, którą przyniosła sama. Nie dotknęła zupy.
– Violet, nie jesz? – spytał ojciec chłodno.
– Nie jestem głodna.
– Artystki żywią się natchnieniem, nie zwykłym pokarmem – mruknął jej brat.
Kobieta uniosła na niego wzrok.
– Czasami to jest po prostu łatwiejsze do strawienia.
Victor chciał odpowiedzieć, ale ojciec go uprzedził:
– Widziałem dziś jeden z twoich obrazów. Ten z kobietą za drzwiami.
– Pewnie wszyscy tak się prezentujemy – stwierdziła Violet chłodno. – Zbyt gładko, zbyt poprawnie.
Margaret spojrzała na Elizę, po czym odwróciła wzrok, układając dłonie równo na kolanach.
– Może wystarczy. Ta rozmowa robi się absurdalna, a mamy taką piękną zimę.
– Nasz gość jest świadkiem rzeczywistości – powiedział Nick. – To najlepszy sposób poznania rodziny. Patrzeć, jak je.
– Jutro podejmę decyzję – oznajmił nagle sir Thomas. – Ten dom potrzebuje porządku. Przestaniemy udawać, że wszystko nam wolno.
– Brzmi jak dekret – zauważył Edward.
– Może właśnie tego trzeba.
Na deser Beatrice podała czekoladowy mus, ale nikt już nic nie mówił. Brat Thomasa wyszedł pierwszy, rzucając jedynie: „Nie lubię czekolady”. Margaret została chwilę dłużej, potem również wstała bez słowa. Victor spojrzał na zegarek i mruknął coś o liście do napisania.
Zostali jedynie sir Thomas, Eliza, Nick i Violet.
– Wyborna kolacja – powiedział Nick i poprawił krawat.
Wtedy i Violet wstała. Zatrzymała się przy drzwiach.
– Dobranoc, ojcze – szepnęła cicho.
– Dobranoc – mruknął.
Kobieta odwróciła się i wyszła, a tymczasem pan Ashencroft upił ostatni łyk porto, po czym zwrócił się do gościa.
– Pani Elizo, jeśli znajdzie pani chwilę, zapraszam po kolacji do mojego gabinetu. Są sprawy, które w końcu należy wyjaśnić, jak na przykład cel pani przyjazdu. Nie czuję się ostatnio najlepiej, ale nasza rozmowa jest na ten moment wartością nadrzędną.
Eliza uniosła wzrok i skinęła głową.
– Oczywiście.
– Gabinet we wschodnim skrzydle. Nie zabiorę pani dużo czasu.
Nick skrzywił się teatralnie i dodał z ironią:
– Kto by pomyślał.
Eliza wyszła z jadalni i szła powoli do swojego pokoju. Pokój gościnny, który jej przydzielono, mieścił się na piętrze, naprzeciwko nieczynnej oranżerii. Drzwi skrzypnęły lekko. Kominek się nie palił, ale drewno było już przygotowane. Eliza spojrzała w lustro. Twarz miała spokojną jak zawsze. Może trochę bardziej zmęczoną.
Przesunęła palcem po zapięciu broszki. Usiadła przy biurku, po czym zapaliła lampę. Wyjęła papeterię i wieczne pióro. Sięgnęła po kałamarz. Zamoczyła stalówkę i zaczęła pisać.
Ashencroft Hall, Kornwalia
3 stycznia 1937
Moja droga Heleno,
Ashencroft Hall to miejsce z innego świata. Dom, który nosi się jak staroangielska matrona: ciężki, milczący i niechętny każdej nowoczesności. Ściany wydają się słuchać, a podłogi – czekać, aż ktoś potknie się nie tyle o dywan, co o historię.
Zaproszenie od Thomasa Ashencrofta przyszło bez konkretnego wyjaśnienia, jakie są oczekiwania wobec mnie. Cała rodzina budzi we mnie uczucie osobliwego rozproszenia. Nikt tu nie wydaje się znajdować na swoim miejscu, choć każdy jakieś zajmuje.
Violet, córka z duszą artystki, zamknięta w obrazach, które mają więcej życia niż reszta domu. Edward, brat seniora z wyuczoną manierą i goryczą niespełnionej ambicji. Victor, syn marnotrawny, zbyt pewny siebie. Margaret – niema żona. I w końcu Nick, który stara się być błyskotliwy, ale wygląda, jakby to on się nie odnalazł w tej rodzinnej talii kart.
A sam pan Ashencroft? Milczący, dumny, nieco znużony. Podczas dzisiejszej kolacji zaprosił mnie na rozmowę, która ma odbyć się niebawem. W jego głosie była nuta powagi, której wcześniej nie słyszałam. Mam wrażenie, że czegoś się boi. Albo że coś wie. I że chce mi o tym powiedzieć. Wciąż nie jestem pewna, dlaczego mnie wybrał. Być może ufa, że zobaczę coś, czego nikt inny już nie chce widzieć. Mam nadzieję, że jeszcze tej nocy to się wyjaśni
Przyznam Ci szczerze, że gdyby nie śnieg, pomyślałabym, że ten dom cierpi na emocjonalną suszę. Szkoda, że nie przyjechałaś ze mną. Twoja obecność mogłaby tchnąć tu choćby cień życia.
Serdeczności!
Eliza
Przebiegła wzrokiem po liście i zaczęła się zastanawiać, po co właściwie tutaj przyjechała. Na razie wiedziała niewiele i nie do końca rozumiała swoją rolę. Co się wydarzyło w tym miejscu?
Wtedy usłyszała krzyk.
Eliza poderwała się z miejsca, a drzwi zatrzasnęły się za nią gwałtownie. Szła szybko, nie oglądając się za siebie. Potknęła się na wykładzinie ostatniego schodka, złapała poręcz.
Na miejscu panował chaos.
– Niech ktoś wezwie doktora! – krzyczała Violet. – Na Boga, niech ktoś wezwie pomoc! Ratunku!
– Co się stało?! – zapytała przejęta Eliza.
– W gabinecie! – krzyknęła. – Ojciec…
Drzwi do gabinetu były otwarte. Eliza ruszyła w ich stronę. Gdy przekroczyła próg pomieszczenia, jej oczom ukazał się widok, który nie pozostawiał żadnych złudzeń. Na podłodze obok biurka zobaczyła ciało pana Ashencrofta. Obok niego klęczała Beatrice, cała blada, a po jej policzkach leciały łzy.
Na biurku stała filiżanka, obok niej leżała pusta kartka.
– Odsuńcie się! – polecił stanowczo Victor. – Niczego nie dotykajcie! Musimy być czujni. Nigdy nic nie wiadomo.
Nick wbiegł chwilę później. Zatrzymał się.
– Boże… – szepnął.
Violet pochyliła się nad ojcem. Kucnęła i mocno chwyciła jego bezwładną dłoń. Margaret zamarła w pół kroku, patrząc na Violet z niedowierzaniem.
– Ty tu byłaś? – rzuciła drżącym głosem.
– Przechodziłam obok i usłyszałam krzyk Beatrice.
Gospodyni wstała roztrzęsiona i zrobiła kilka kroków do tyłu.
– Zaparzyłam herbatę, jak co wieczór. Przyszłam, żeby zabrać filiżankę. I zobaczyłam… – Urwała.
Victor odwrócił się do Edwarda.
– Kiedy ostatnio go widziałeś?
– W czasie kolacji. Potem wróciłem do swojego pokoju i czytałem gazetę.
Nick kręcił głową.
– To nie wygląda jak zawał serca.
– To stwierdzi lekarz, a ojciec przecież nie czuł się ostatnio najlepiej – skwitował Edward.
Eliza obserwowała. Szukała śladów. Zapamiętywała. Na skroni sir Thomasa wciąż były kropelki potu. Rozejrzała się po gabinecie. Regały z książkami wydawały się nietknięte, sekretarzyk obok biurka otwarty. Podeszła bliżej i zobaczyła kilka drobiazgów: papeterię, atrament do pióra i mały woreczek. Odwróciła się w stronę rodziny.
– Co było w tej filiżance? – warknął Victor. – Trucizna? To musiała być trucizna.
– Kto mu ją podał? – spytała Eliza.
Wszyscy spojrzeli po sobie.
– Napar przygotowała Beatrice, a ja mu przyniosłam – powiedziała Violet. – Potem wyszłam.
– Ojciec był ostrożny. Nie ufał nikomu. Zwłaszcza w ostatnim czasie.
Eliza patrzyła na nią uważnie.
– Czy ktoś dotykał biurka?
– Ja nie – zaprzeczyła gwałtownie, cofając się o krok.
– Ja tu w ogóle nie mam prawa wstępu – dodał Nick.
– Każdy z nas mógł tu być – rzucił Edward.
– Nie ruszajcie niczego – nakazała Eliza. – Niech wszystko zostanie tak, jak było.
Wtedy wpadł do gabinetu zdyszany lokaj, Martin.
– Doktor Spencer jest w drodze.
Violet stała już przy oknie. Odsunęła firankę. Śnieg nadal padał.
W domu zapanował bezruch, który nie miał nic wspólnego ze spokojem. Wszyscy zebrali się w salonie. Margaret siedziała blisko ognia, nie odrywając wzroku od płomieni. Edward stał przy pianinie z założonymi rękami. Nick wybrał fotel pod oknem, nogę trzymał na kolanie. Victor przystanął przy drzwiach. Violet nie ruszała się zza jego pleców. Eliza pojawiła się ostatnia. Żadne z nich się nie odezwało.
Beatrice przyniosła herbatę. Postawiła tacę. Ręce jej lekko drżały. Przez moment wpatrywała się w imbryk.
– Kto miał dostęp do gabinetu? – spytała Eliza.
– Każdy, kto umiał skręcić w prawo – burknął ironicznie Nick.
– Ale nikt tam nie wchodził bez zaproszenia i pozwolenia – oznajmił Edward. – Thomas nie znosił niespodzianek.
– Więc kto był zaproszony właśnie dzisiaj?
Wszyscy spojrzeli na Elizę.
– Miałam z nim rozmawiać po kolacji – przyznała. – Nie zdążyłam.
– Dziwna prośba, żeby panią ściągnąć tam o tej porze.
– Nie mnie to oceniać – odparła.
Victor zmarszczył brwi.
– Ojciec nie zapraszał nikogo bez powodu.
– Czasem powody mają imiona – dodał Nick. – I nazwiska.
– I pieniądze – mruknęła Violet. Jej ręce wciąż drżały.
Wszyscy na nią spojrzeli.
– Co to znaczy? – spytał Edward.
– Nic. To tylko myśl.
Eliza przekręciła pierścionek na palcu.
– A filiżanka? – zapytała.
– Od jakiegoś czasu pan gorzej się czuł. Zaparzałam mu wieczorne ziółka, wszystkie z naszego ogrodu, nic podejrzanego – wyjaśniła Beatrice. – Nie pozwalał, by ktoś ze służby wchodził do gabinetu, więc zanosiła mu je Violet. Odbierała je ode mnie z kuchni.
Victor przeszedł obok kominka. Margaret odstawiła filiżankę.
– To absurd. Każdy był u siebie. Violet zaniosła mu herbatę i potem do gabinetu mógł wejść każdy.
Beatrice wciąż stała w progu.
– Czy coś pani widziała? – zwróciła się do niej Eliza.
– Nie. Tylko… drzwi do gabinetu były uchylone. Rzadko się to zdarzało.
– Może ktoś nie zamknął ich dokładnie?
– Albo chciał, by ktoś zajrzał – rzucił Nick.
W kominku trzasnęło drewno. Violet upiła łyk herbaty.
– Prawda się obroni – mruknął Edward.
– Albo się schowa – dodał Nick.
Eliza wstała i spojrzała na wszystkich po kolei.
– Czasem to, co niewypowiedziane, mówi najwięcej.
Długo nie mogła zasnąć tej nocy. Poranek okazał się dla niej wybawieniem. Gdy tylko pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez grube zasłony, wstała z łóżka i przygotowała się do kolejnego dnia.
Ponieważ do śniadania została jeszcze godzina, postanowiła wybrać się na spacer po okolicy. Potrzebowała oderwać się od dusznej atmosfery domu.
Przechadzała się ogrodowymi alejkami, podziwiając, jak śnieg przyprószył każdą gałązkę warstwą białego puchu. Miała na sobie wełniany, dobrze skrojony płaszcz, który skutecznie chronił ją przed styczniowym chłodem, oraz filcowy kapelusz z czarną tasiemką.
– Pani Elizo! – Nick pojawił się znikąd z filiżankami w rękach. – Zanim pani zacznie eliminować podejrzanych, nalegam, bym został dopuszczony jako Watson. A może raczej: lord Watson.
Eliza obejrzała się przez ramię z niewzruszoną miną. Nick ścisnął obie filiżanki nieco mocniej, stojąc bez słowa.
– Czarna z goździkami. Podobno uspokaja nerwy i wzmacnia zmysł obserwacji. – Podał jej jedną. – Sam parzyłem. Wiem, że herbata pita w styczniu w ogrodzie to dość osobliwy pomysł, ale nie mogłem się powtrzymać.
– Powinien pan zostawić dochodzenie inspektorowi – powiedziała chłodno.
– To byłby błąd. Harper to typ człowieka, który zapomni sprawdzić pantofle ofiary, a przecież każdy wie, że wszystko zaczyna się od stóp. U wuja były podejrzanie wypastowane. Poza tym oświadczył, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych. Wciąż gromadzi dowody i rozważa, czy w ogóle wszcząć śledztwo.
– Fascynujące.
– Pani ton mnie rani – mruknął teatralnie i lekko się uśmiechnął. – Słyszałem, że Thomas planował zmienić testament. Margaret miała z tego powodu spazmy. A Edward? Wczorajszą noc spędził samotnie w bibliotece. Sam to powiedział, a przecież nikt go nie pytał.
Przerwał i przeszedł kilka kroków.
– Każdy z nas miał powód. Każdy miał też okazję. Margaret od lat patrzyła, jak Thomas odsuwa ją od wszystkiego. W papierach też. Edward? Snuł się po domu z miną, jakby czekał, aż coś w końcu wybuchnie. Violet, cóż, dla niej ten dom zawsze był klatką. A Victor? Wystarczy jedno spojrzenie na jego długi, żeby wiedzieć, ile może kosztować desperacja.
Zatrzymał się i podniósł filiżankę.
– A ja? Ja po prostu patrzę i notuję. Każdy mógł coś ugrać na tej śmierci.
– Oprócz stryja.
Szli dalej w milczeniu.
– Beatrice długo płakała – dodał po chwili Nick.
Eliza uniosła brew, nie spuszczając z niego wzroku.
– A Violet?
– Ona? Cóż… – Urwał. – Wczoraj widziałem u niej plamę na dłoni. Coś ciemnego, atrament, farba?
– Spekulacje.
– A czasem tropy.
Ruszyli w kierunku klifu. Eliza zatrzymała się.
– Co według pana jest teraz najważniejsze?
– Uważne obserwowanie tych, którzy będą chcieli zamknąć temat. Prawda zawsze boi się ciszy.
Eliza spojrzała w dal.
– A więc zaczynamy – powiedziała cicho, na co Nick się uśmiechnął.
Projekt okładki: Ewa Popławska Daily Doodle
Redakcja: Barbara Wrona
Korekta: Aleksandra Juryszczak, Wydaj To!, Magdalena Olejnik
Skład: Wydaj To!, Anna Szarko
www.wydajto.pl
Copyright © by Karolina Winiarska 2026
Copyright © by Wydawnictwo Diamenty, 2026
Wydawnictwo Diamenty sp. z o.o.
www.wydawnictwodiamenty.pl
Rzeszów 2026
Wydanie I
ISBN ebook: 978-83-972191-8-2
Trzy przyjaciółki i meksykańska przygoda. Sara, Ola i Marika przyjaźnią się od lat. Pewnego dnia, tuż przed czterdziestymi urodzinami, postanawiają spełnić swoje dziecięce marzenia i wyruszają do Meksyku.
Czy spotkanie z ulubioną pisarką, zagłębianie się w tajniki matematyki na prestiżowym sympozjum oraz pływanie z rekinami brzmi jak przepis na idealne urodziny? Jak najbardziej! Dodatkowo szalone przygody, błyskotliwy humor i spora dawka meksykańskiej kultury tylko podkręcają atmosferę.
Przygotuj się na lawinę śmiechu, wzruszeń i promieni słońca. Wejdź do świata, w którym pragnienia stają się rzeczywistością, a przyjaźń dodaje skrzydeł.
To idealna lektura na lato, która pokaże Ci, że nigdy nie jest za późno, by spełnić swoje marzenia!
Porywająca serce historia o dziewczęcych marzeniach i wyboistej drodze do ich spełnienia. Dorota jest osobą, która odnosi sukcesy i nie boi się wyzwań. Niestety w życiu prywatnym nie ma tyle szczęścia. Wychodząc za mąż za licealną miłość, Dorota wierzyła, że to związek na całe życie. Los jednak bywa przewrotny i lubi płatać figle. Niespodziewany telefon od ważnej dla niej osoby powoduje zmiany w jej życiu. Nic już nie będzie takie samo. Tajemnica skrywana od lat sprawia, że wyjazd do Afryki okazuje się przygodą odmieniającą losy wielu osób. Diament i Róża to współczesna wyprawa w głąb malowniczej Afryki i jednocześnie sentymentalna podróż do lat 90. ubiegłego wieku. To pełna emocji powieść, która głęboko poruszy każdego czytelnika.
To poruszająca historia trójki przyjaciół, których życie pełne jest niespełnionych pragnień, ukrytych uczuć i moralnych dylematów. Igę, Maćka i Ewelinę łączy o wiele więcej niż tylko wspólne dzieciństwo. Każde z nich zmaga się z własnymi demonami. Każde żyje na krawędzi spełnienia i tęsknoty, tłumiąc uczucia, które nie są odwzajemnione. Iga marzy o wielkich rolach, Maciek o uwolnieniu się od wpływu ojca alkoholika, Ewelina pragnie miłości, której nigdy nie doświadczyła. Niespodziewany zwrot wydarzeń przenosi ich z powrotem do rodzinnego miasteczka. W centrum opowieści jest tajemniczy Olek. Jaka będzie jego rola w przemianie bohaterów? Nic o mnie nie wiesz to również piękny obraz Bieszczad, których dzikie krajobrazy i spokój stanowią tło dla rozgrywających się tam wydarzeń.
W sercu Rzeszowa zaczynają się splatać losy czterech osób. Jaki związek może mieć historia eleganckiej staruszki Heleny z pozostałymi mieszkańcami kamienicy? Czy Marta, desperacko uciekająca od trudnej przeszłości, uwierzy, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki? Czy Tomasz, ambitny bankowiec, odnajdzie sposób na ocalenie swojego małżeństwa? I w końcu, czy Ksawery, artysta poszukujący swojego miejsca na świecie, odnajdzie ostatecznie właściwą drogę?
Co poza wspólnym adresem łączy tych ludzi? Jakie tajemnice staną się kluczem do ich przemiany? Nasze portrety to poruszająca opowieść o sukcesach i porażkach, miłości i stracie, marzeniach i rozczarowaniach. Zanurz się w świecie bohaterów i odkryj, jak zaskakujące scenariusze pisze życie.
Jedno zdjęcie. Jedna zagadka. I prawda, która może zmienić wszystko…
Aurora prowadzi spokojne życie w Rzeszowie, układając puzzle – dosłownie i w przenośni. Pewnego dnia do jej sklepu trafia klientka z nietypowym zamówieniem: chce zamienić zdjęcie starego domu w układankę. Tylko że to, co miało być zwykłym zleceniem, szybko zamienia się w zagadkę, której rozwiązanie może wywrócić jej świat do góry nogami…
Tajemnice, które miały na zawsze pozostać w ukryciu, powoli zaczynają wychodzić na światło dzienne. Ale czy Aurora znajdzie w sobie odwagę, by zmierzyć się z przeszłością?
Zamierzała napisać nową powieść. Zamiast tego znalazła się w samym środku zbrodni.
Eliza, błyskotliwa autorka kryminałów, przyjeżdża na Jamajkę w poszukiwaniu natchnienia. Ocean Blue – luksusowy hotel z widokiem na szmaragdowe zatoki – wydaje się idealnym miejscem, by zacząć od nowa. Zwłaszcza że na miejscu czeka ktoś, kto kiedyś próbował skraść jej serce.
Ale zamiast inspiracji pojawia się trup. Słynna piosenkarka Eva du Lac ginie w tajemniczych okolicznościach. Tropikalny raj zamienia się w scenę zbrodni, a Eliza – z autorki – staje się śledczą.
Arystokratka o chłodnym spojrzeniu, ambitny menadżer, milcząca przyjaciółka i mężczyzna z przeszłości… Każdy coś ukrywa. A Eliza wie, że tym razem to nie tylko zagadka literacka. To walka o prawdę – i o siebie.
Okładka
Spis treści
Strony tytułowe
Prolog
Rozdział 1. Cisza taka jak ta
Rozdział 2. Otwórz oczy
Rozdział 3. Cicho sza
Strona redakcyjna
Reklama
Spis treści
