Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Samotny chłopiec z nieposkromioną wyobraźnią, marzący o międzygwiezdnych podróżach. Dorosły mężczyzna – outsider, malarz – borykający się z gniewem i traumą. Obie te postaci spaja tajemniczy Trzeci: ktoś, kto wie wszystko i nie pozwala o niczym zapomnieć. Jest źródłem lęku, ale też szansą na oswojenie bólu i niewypowiedzianych emocji. Kim jest naprawdę?
Szeleścidło to poruszająca historia o wyobraźni, stającej się narzędziem przetrwania. O sztuce będącej jedyną namiastką normalności w poszukiwaniu sensu i własnej tożsamości. A także o miłości – i jej braku – w świecie, który często wydaje się nieprzystępny.
Powieść Maruszewskiego skierowana jest do tych, którzy nie boją się ruszyć w nieznane i – niczym astronauta stawiający stopę na Księżycu – przekroczyć granicę własnego świata. Bo właśnie tam, pod grubą warstwą cierpienia i ciszy, wciąż świeci coś, co kiedyś było kometą nadającą wszystkiemu sens.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 248
Opieka redakcyjna: ANNA MICHALIK
Redakcja: JOANNA MIKA
Korekta: ANNA POINC-CHRABĄSZCZ, JĘDRZEJ SZULGA, BIANKA DZIADKIEWICZ
Projekt okładki i stron tytułowych: BASIA FLORES
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Nordic Style
© Copyright by Tomasz Maruszewski © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09351-1
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Pamięci Petra Ginza,
podróżnika i pierwszego
zdobywcy kosmosu
(1928–1944)
„...mówiłem, nieomal milcząc. A w tym to ja jestem mistrzem, całe życie przegadałem w milczeniu i milcząc, sam z sobą przeżyłem całą tragedię”.
FIODOR DOSTOJEWSKI, tłum. Gabriel Karski
Wszystko, co istotne, to myśl i łagodność – źródła zrozumienia i początek czułości, a więc wszystko. Tam, gdzie ich brakuje, ludzki świat nie istnieje, nie ma więc też człowieka. Pozostają jedynie puste zdarzenia, choć co do tego nie można mieć pewności, bo nic nie istnieje samo przez się. Nic, może poza nienawiścią.
Poszczególne dni nie mają żadnego znaczenia, tak jak żadna z gwiazd Galaktyki Andromedy nie jest ważniejsza od pozostałych. Wszystkie razem tworzą jedynie plamę – miliard diamentów rozsypanych niczym ziarnka piasku na czarnym jedwabiu. Chyba że któraś z nich wybuchnie, eksplodując spektakularnym blaskiem, przesłaniając pozostałe. Może się też rozerwać i zapaść w sobie, tworząc potwora załamującego czas i przestrzeń, który pochłania wszystko na swojej drodze. Albo pozostawić po sobie jedynie mgiełkę, łunę barw – jak pozostałość po Gwieździe Keplera, która po kilkudziesięciu tysiącach lat zniknie bez śladu. Zupełnie jak człowiek, który istnieje gdzieś wśród mroku, dopóki nie odrzuci tej ciemności, nie ryknie, nie wybuchnie i nie zabłyśnie, przełamując ją swoimi barwami. Ale nieszczęśliwie te barwy wkrótce znikają – a wraz z nimi sam człowiek.
Fascynująca jest ta supernowa – SN 1604. To w gwiazdozbiorze Wężownika, a ten gwiazdozbiór idealnie do niej pasuje. Węże kradną raj, węże kradną nawet gwiazdy. Wciąż można dostrzec jej pozostałości – mgłę, łunę, cień tego, czym była. Przetrwała miliard lat, co dla człowieka brzmi jak „zawsze”, ale przeminęła spektakularnie. A co komu po tym, że istniała, skoro już jej nie ma?
Wojtek śpi. O kosmosie jeszcze nie śni, bo go ten kosmos jeszcze wcale nie interesuje. To hobby pojawi się dopiero za kilka lat. Teraz jest tylko niebo i Księżyc, i tyle, po co mnożyć byty, i tak jest ich zbyt wiele. Po co zaglądać w mrok? Małe dzieci boją się ciemności, a Wszechświat budzi jedynie lęk. Chłopiec śni o ciężarówkach, o tęczowym jednorożcu i o superbohaterach. Budzi się jednak, bo jest mu gorąco. Normalnie, jak co dzień, zrzuciłby kołdrę i znów zapadł w sen, ale tym razem coś jest inaczej. Ze snu wyrywa go melodia – Mon ami, mon amour, choć Wojtek nie wie jeszcze, jak się nazywa ta piosenka.
Rozkopuje kołdrę, otwiera oczy. Budzi się, już na dobre. W pokoju jest ciemno, ale Księżyc rzuca blask, jakby wskazując chłopcu drogę. Muzyka wydaje się głośna, choć może to tylko nocna cisza potęguje jej dźwięk. Obudzony Wojtek odczuwa niepokój. Mrok jest zły, a muzyka obca, dziwna. Trzeba iść do mamy, bo przecież tylko mama może pomóc – przytuli, pocałuje, pogłaszcze, a może nawet weźmie do swojego łóżka, żeby on mógł aż do rana dotykać jej ciała i czuć zapach jej włosów. Wyobrażając sobie tę przyjemność, chłopiec wstaje. Pierwszy krok zawsze prowadzi do mamy. Tak trzeba, od zawsze.
Boso, chłopiec zbliża się do drzwi. Podłoga jest zimna, a chłód przenika do nóg i dalej, w głąb małego ciała. Strach chłopca się wzmaga. Wojtek otwiera drzwi, lekko drżąc, i zbliża się do schodów. Jeszcze parę kroków i będzie mama – wmawia sobie, żeby dodać sobie odwagi. Jestem dzielny, myśli. Schodzi kilka stopni, ale tylko kilka, bo się boi. Może by i pobiegł, żeby czym prędzej uwolnić się od strachu, ale ten strach wiąże mu nogi. Poza tym, jeśli pobiegnie, wszelkie diabły wyłonią się z ciemności, by chwycić go za nogi. Tak jest w koszmarach. Woli więc iść powoli, by nie narobić hałasu i tych nocnych mar nie obudzić.
Kilka kolejnych stopni walki ze strachem i ciemnością. Wreszcie jest na tyle nisko, by zza balustrady dostrzec drzwi salonu. Jest już blisko. Dotrwa, przeżyje. Ale wtedy widzi matkę. Drzwi do salonu są uchylone. Światło z pokoju wydobywa się przez niewielką szparę, która wystarcza, by chłopiec dostrzegł koniec swojego świata.
Chłopiec widzi mamusię, niemal czuje zapach i ciepło jej ciała, ale ona leży na dywanie. Nie widać jej całej, tylko od pasa w górę. Mama nie płacze, ale jej twarz jest wykrzywiona w grymasie bólu i przerażenia. Tata nad nią klęczy. Może zemdlała? Tatuś jej pomoże, myśli chłopiec. Chciałby tam pobiec, ale jakaś zmora związała mu nogi. Strach i wahanie nie pozwalają mu się ruszyć. Wpatruje się w scenę i widzi, jak tatuś uderza mamę pięścią w brzuch – raz, drugi. Ciosy nie są potężne, ale wystarczające, by zakończyć to, co było dotychczas. Mamusia zwija się w kłębek, wygląda jak mały kot ułożony do snu. Tatuś uderza trzeci raz, a potem czwarty – tym razem otwartą dłonią po ramionach. Nie, to przecież nie tata i nie mama. To tylko smugi światła. Nic więcej. To zwykłe lalki, jak w teatrzyku, jak w mrocznej bajce. To smutna bajka, to smutny teatrzyk, nic więcej – powtarza sobie chłopiec, ale jego oczy płaczą. Wielkie, jak nigdy dotąd, wypuszczają łzy jak żyły krew, jednak tego płaczu nie słychać, bo strach związał nie tylko nogi, ale także gardło i dłonie chłopca.
Tatuś uderza znowu, tym razem w plecy. Wymierza kilka kolejnych ciosów, otwartą dłonią – dużą, ciężką. Chłopiec nie słyszy już piosenki, która zwiodła go na dół. Nie słyszy niczego. Panuje kompletna cisza. Wokół Wojtka jest próżnia, ciemność. Mamusia nie płacze, nie krzyczy. Zawsze była dzielna, jak rycerz. Nie próbuje uciekać. Ukorzyła się, uległa, poddała się temu. Chłopiec moczy się, ale nadal nie drgnie. Kuca na schodach jak jakiś gargulec. Oczy ma wielkie jak spodki, wpatrują się niby to w światło, a jednak w ciemność.
Po chwili tata wychodzi z pokoju, otwiera drzwi na oścież. Chłopiec chciałby się skryć, ale nie może się ruszyć. Mary trzymają go mocno, więżą. Tata nie zauważa go na schodach, idzie do drzwi wejściowych. Chłopiec słyszy, jak się te drzwi otwierają, a później dobiega go pstryknięcie zapalniczki. Tata zapala papierosa, a mama nadal leży w salonie – w ciszy, skulona, drżąca. Łańcuchy wreszcie puszczają. Wojtek czuje to, bo może poruszyć ręką. Po cichu wstaje i stopień po stopniu wraca do pokoju. Mamy dziś nie będzie. Nie utuli go do snu. Mamy już nigdy nie będzie. Tak jak i ojca.
Chłopiec nie boi się już ciemności pokoju, ciemność wydaje się całkiem przyjemna, bezpieczna. Wojtek ukrywa się pod kołdrą i zamyka oczy, bo to przecież sen. A skoro sen, to trzeba spać, by móc się obudzić. Chłopiec słyszy jednak jakiś szelest. Muzyka ucichła, odkąd tata wyszedł z salonu. Powinna panować cisza, ale coś szeleści. To szeleścidło, myśli Wojtek. Taki specjalny twór do szeleszczenia. On jest po to, żeby hałasować wtedy, gdy dziecko się boi. Szeleścidło jest dobre. To mamy zostawiają szeleścidła w pokojach dzieci, żeby się nie bały. Chłopiec powtarza to w myślach, uspokajając się. To tylko szeleścidło.
Chłopiec otwiera oczy, ale szybko je zamyka, by ponownie zasnąć.
– Nie ma taty, nie ma mamy. Nie ma mnie. Są tylko bajki, które przecież zawsze dobrze się kończą. Tylko bajki, bajki, bajki. Tylko bajki i nic innego.
Chłopiec leży pod kołdrą i słucha głosu, który przebił się przez szmer szeleścidła. Delikatnie porusza ustami, jakby sam te słowa wypowiadał. Jest i trzeci. Są tylko bajki. Chłopiec zasypia.
Przez kolejne miesiące Wojtek wielokrotnie słyszał ten utwór – Mon ami, mon amour – jakby go przyzywał. Schodził wtedy na dół, żeby doglądać końca świata. Od tamtej nocy budził się codziennie i nasłuchiwał. Z dźwiękami piosenki przychodził lęk, ale też pragnienie, by zejść i by tym razem było inaczej. Żeby „inaczej” zmazało wszystko, co stało się wcześniej. Wojtek żył w oczekiwaniu na tę chwilę, gdy wszystko, co dotychczasowe, zniknie, jak smuga po Gwieździe Keplera.
Ale zawsze było tak samo. Nawet mimo muzyki panowała dojmująca cisza. Czasem drzwi salonu były zamknięte, więc Wojtek niczego nie widział, choć czuł. Czasem były uchylone, czasem otwarte, wtedy widział to, czego nie chciał, ten teatr cieni. Bo to przecież nie mama i nie tata. I czekał wciąż, aż coś się zmieni, aż świat wymaże to, co było. Ale mama milczała. Milczał tata. Milczał też Wojtek. Wszyscy trwali w milczeniu, a potem przyszedł sen. Jakby nic się nie wydarzyło. „Życie to bajka. Dobrze się skończy. Na pewno”, mawiał trzeci, a chłopiec go słuchał, bo trzeci wydobywał się przez szeleścidło, a szeleścidło było dobre. Mamy zostawiają je w pokojach dzieci, żeby się nie bały.
Nastawał dzień, a o koszmarach nocy nie warto myśleć, bo to nieprawda. Dzień był dobry – to ważne, bo dzień widać, jest ważniejszy niż noc. Dla chłopca na pewno. I tak wszystko kręciło się w koło i w koło, miesiącami. Ale chłopiec zaczął się gubić w tych dniach i nocach, w tym szeleścidle, w trzecim, w mroku i w dniu. Cichł więc, przygasał, marniał i wiądł, aż pewnej nocy bajka się skończyła.
Chłopiec kucał jak zwykle przy uchylonych drzwiach, ale tym razem coś było inaczej. Wiedział to od początku – być może wyczuł już w ciągu dnia, że w domu coś się zmieniło. Patrzył na salon, jak zawsze. Widok był znajomy: cień zamiast mamy. Ale tym razem ten cień odwrócił głowę w kierunku schodów. Mimo że chłopiec krył się w mroku, kobieta jakby wiedziała, że tam jest. Może to przez to szeleścidło, które wydało jego obecność? Odwróciła się w jego stronę. Patrzyła w mrok, choć na niego.
Chłopiec wierzył, że jest niewidoczny, że go tam nie ma. Nie drgnął. Udawał, że nie istnieje. Ale ona patrzyła na niego, gdy dosięgały ją ciosy. Chłopiec nie zrobił nic, bo przecież to była tylko bajka, gra cieni i sen. A jednak poczuł wielki wyrzut – właśnie za tę bajkę, za ten sen, za ciszę.
Chłopiec już zawsze będzie pamiętał to matczyne spojrzenie – niczym błysk, który oślepia i zostaje jedynym wspomnieniem, jakie ślepiec może zachować. Ludzkie spojrzenia będą odtąd dla niego płomieniem i wyrzutem sumienia, bo przecież nic nie zrobił. Ani drgnął, a matka na niego patrzyła. Na pewno przecież liczyła na pomoc, a on nie zrobił nic. Co z tego, że był tylko chłopcem? Przecież mógł, choć na chwilę, stać się rycerzem, superbohaterem, o którym wielokrotnie śnił, i mamę uratować. A jednak nie zrobił nic. Tylko milczał.
Kolejne dni niby nie różniły się od poprzednich, jak gwiazdy na nocnym niebie zdają się do siebie podobne, a jednak chłopiec dostrzegł zmianę. W ciemności nocy, w tym śnie i w tej krzywdzie cieni pojawił się pierwszy pomruk – jak błysk supernowej. Cichy, nieśmiały, ale wyczuwalny. Usłyszał go.
Pomruki matki – z początku bardziej skierowane do siebie niż do ojca – pojawiły się niespodziewanie. Zradzał się krzyk. Wojtek bardziej poczuł to na skórze, niż usłyszał – gęsia skórka, mrowienie, ekscytacja. Smuga buntu. Jej krzyk, choć głos matki w starciu z ciężarem dłoni ojca wydawał się bardziej pomrukiem niż wrzaskiem, miał w sobie siłę.
Zaczynało się odrodzenie – nieśmiało, powoli, ale nieuchronnie. Z czasem, wraz z kolejnymi dniami, krzyki stawały się głośniejsze, coraz wyraźniejsze. Matka powstała. Każdy jej wrzask, który przerywał ciszę, który coraz śmielej budził chłopca ze snu, gasił te złe sny, a przywoływał rzeczywistość, która z dnia na dzień stawała się lepsza.
Bajka zmierzała ku końcowi, a każdy koniec powinien być przecież dobry, bo tak się właśnie kończą bajki. Tyle że ta bajka od początku była zła. Nie dla dzieci.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
