Opis

W Wilczej Dolinie licho nie śpi!

Od kiedy Bratmił rozpoczął nauki u Chaberki, oboje mają ręce pełne roboty. W chacie kowala coś harcuje nocami i pozbawia gospodarzy snu. Należąca do rybaków krowa nagle traci mleko, jakby ktoś rzucił na nią urok. Kłopoty zdają się nie mieć końca, opiekunka jednak nie załamuje rąk, ale beznamiętnie egzekwuje prawa boskie i ludzkie.

Bratmił obawia się, że może się stać równie bezwzględny jak Chaberka, a jednocześnie zdaje sobie sprawę, że rola opiekuna tego wymaga. Chłopiec zaczyna się bać, że albo zatraci siebie, albo nie sprosta pokładanym w nim nadziejom.

Początek nauki jest niczym świt. Jeszcze nie wiadomo, czy nadchodzący dzień będzie pełen smutku, czy radości. O świcie wszystko jest możliwe, a Bratmił musi wybrać właściwie.

Marta Krajewska ponownie zabiera nas do Wilczej Doliny, na spotkanie z Bratmiłem. Pierwsze rozterki, troski, trudne wybory i pierwsza miłość… To mądra opowieść dla rodziców i ich dorastających dzieci.

 

Opowieść z Wilczej Doliny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 126

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział 1

Bardzo dużo zasad

Bratmił gnał przez las. Zręcznie lawirował między chropawymi pniami świerków. W pędzie roztrącał zwisające zbyt nisko gałęzie. Dyszał ciężko, czując drapanie w wyschniętym gardle. Ściśnięte niepokojem serce łomotało w piersi.

Spomiędzy drzew wyłoniła się polana. Chłopak sapnął, ogromnym susem przesadzając porastające kraj lasu ostrężyny. Wylądował zbyt blisko. Stopa zahaczyła o kłujące witki i Miłek zdążył jeszcze tylko wyciągnąć przed siebie ręce, rozpaczliwie chroniąc się przed upadkiem, a potem z impetem uderzył o ziemię.

– Niech to licho porwie! – burknął wściekle, zbierając się.

Ramię zdrętwiało na chwilę z bólu, więc uklęknął, oglądając je z obawą. Od nadgarstka ku łokciowi ciągnęły się zadrapania, ale bardziej ucierpiała chłopięca duma. Wstał i otrzepał koszulę. Portki zieleniły się na kolanach i Miłek już sobie wyobrażał minę matki, kiedy to zobaczy. Nie będzie zachwycona. Skrzywił się do swoich myśli i rozejrzał w nadziei, że nikt nie widział jegoupadku.

Napotkał wbite w siebie spojrzenie opiekunki Chaberki. Stała nieco z boku, dlatego nie zauważył jej od razu, natomiast nie miał złudzeń, że ona musiała doskonale widzieć całe zajście. Poczuł, że czerwieni się ze wstydu i odruchowo spuścił wzrok, udając, że jeszcze otrzepuje odzienie. Był pewien, że w całej historii doliny żaden uczeń opiekuna nie wyłożył się w trawę przy świadkach. Nigdy przed nim i nigdy po nim nikt nie dozna takiegoupokorzenia.

– Witajcie, opiekunko – mruknął niemrawo. – Wybaczciespóźnienie.

Skinęła lekko głową, jakby tłumaczenie nie miało żadnegoznaczenia.

– Chodź, skoroś tego zająca niezłapał.

– Zająca? – niezrozumiał.

– A nie za zającem rzucałeś się w trawę? Może za jaszczurką?

Bratmił speszył się, otworzył usta, by wybąkać wyjaśnienie, ale w jasnych oczach Chaberki błysnęły iskierkirozbawienia.

– No już. Nie mamy czasu na gadaninę – przerwała katuszeucznia.

Odwróciła się i ruszyła głębiej w polanę, a Miłek pospieszył za nią. Jesienne słońce zalewało łąkę. Pogoda wciąż dopisywała, choć tu, w górach, szybciej niż na nizinach dawało się odczuć nadchodzący powolichłód.

– Przy zbiorach ziół wszystko ma znaczenie. – Opiekunka rozpoczęła nauczanie, z wolna krocząc przez łąkę z wiklinowym koszykiem przewieszonym w zgięciu łokcia. – Ważny jest odpowiedni moment w roku, bo pąki czy korę będziesz zbierał na wiosnę, a znowu korzenie na jesieni. Musisz mieć oczy otwarte i uważnie patrzeć. Jednego roku pąki pojawią się wcześniej, innego trochę później. Czasem jesień nadejdzie szybciej, innym razem Swaróg będzie nas dogrzewał promieniami mocniej i lato potrwa dłużej. Obserwuj, co nam Mokosz, pani wszelkiej roślinności, daje. Patrz też na Chorsa, pana księżyca. Kwiaty, liście i owoce zbieraj tuż przed pełnią. Korzenie między nowiem a pełnią.

Bratmił słuchał uważnie, czekając, aż Chaberka znajdzie to, za czym tak się rozgląda. Gdy zerkała na niego, potakiwał, starając się, by jego mina wyrażała dostateczne skupienie i szacunek.

– Ważna jest pogoda, bo dzień powinien być słoneczny i suchy. Mokre zbiory trudniej się przechowują, łatwo pleśnieją i robota idzie na marne, dlatego zawsze czekaj, aż obeschnie poranna rosa, i zbierz, co masz zebrać, nim opadnie wieczorna… – Obrzuciła Bratmiła spojrzeniem i zmarszczyła brwi. – Czemu masz takąminę?

– Bardzo dużo tych zasad – wydukałzawstydzony.

– Owszem! – zaśmiała się. – A od wszystkich jest jeszcze całe mnóstwo odstępstw i wyjątków.

Widząc minę chłopaka, opiekunka zatrzymała się, odwróciła i uważnie spojrzała na Miłka swoimi niebywale niebieskimioczami.

– Myślisz, że wiedzę wyssałam z mlekiem matki? Nie. Jestem córką kowala. Mój ojciec postanowił zostać opiekunem, a moją dolą stało się przejęcie po nim schedy. Tak mi widocznie rodzanice zapisały. Też musiałam się wszystkiegonauczyć.

Bratmił wiedział, co ludzie mówili o opiekunce.

Jej ojciec, Radożyc, był pierwszym opiekunem doliny. Niestety, żył zbyt krótko, by czegokolwiek córkę nauczyć, miała więc inną nauczycielkę – wiedźmę mieszkającą w lesie, u stóp białej skały1. Miłek nie wiedział, czy tak było, i nie pytał w obawie, że mógłby usłyszeć potwierdzenie – a ta perspektywa zbyt goprzerażała.

– Dasz sobie radę – zakończyła Chaberka. – Jak bogowie pozwolą, będziemy mieli dość czasu, żebyś się po kolei nauczył i o ziołach, i o zamawianiu chorób, i o modłach.

– I o potworach? – zapytałnieśmiało.

Opiekunka uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie, a w jej oczach znowu zatańczyły dobrze już znane Bratmiłowi iskierki, tak jakby całą radość przeżywała tylko w sobie.

– O nich też, w swoim czasie. Do tego bym się na twoim miejscu niespieszyła.

Miłek skinął głową, spuszczając wzrok. Wcale się nie spieszył. Ilekroć wspominał wyprawę do lasu sprzed dwóch miesięcy, niepokój chwytał go za serce. Kiedy na spokojnie przemyślał wszystko, co mu się przytrafiło, uświadomił sobie, jak wiele razy ryzykował życiem. Rozpoczynając naukę u Chaberki, musiał być przygotowany na to, że jako opiekun będzie przeżywał podobnie ryzykowne przygody do końca życia, a na razie nie czuł się ani trochęgotowy.

Dopiero niedawno zaczął przychodzić do opiekunki. Bywał u niej prawie codziennie, jeśli tylko czas na to pozwalał. Ojciec był niezwykle dumny z faktu, że Chaberka naznaczyła jego syna na swojego następcę. Często odpuszczał chłopakowi obowiązki i w zamian za to wysyłał go do opiekunki, a mama, choć nigdy nie powiedziała na ten temat ani słowa, ukradkiem spoglądała na Bratmiła z niepokojem i chłopiec czuł, że jej sercem targa ten sam lęk co jegowłasnym.

Na razie nauka polegała głównie na chodzeniu za Chaberką krok w krok, trzymaniu różnych rzeczy dla jej wygody, podawaniu tego, o co poprosi, i wykonywaniu drobnych prac w jejgospodarstwie.

No i na słuchaniu. Na tym przede wszystkim. Opiekunka mówiła bardzo dużo, wciąż tłumacząc, co i dlaczego robi. Bratmił nie zapamiętywał nawet połowy z tego, a po każdym takim popołudniu wracał do chaty zmęczony jak po ciężkiej fizycznej pracy, z poczuciem, że jego głowa jest dwa razy większa, niż gdy budził się o poranku.

Tego dnia długo chodzili po łące, aż opiekunka zachrypła od gadania, a w powietrzu dało się wyczuć wilgotny chłód nadchodzącegowieczoru.

– To tyle na dziś, zaraz rosa siądzie – skwitowała kobieta. – Moglibyśmy jeszcze trochę żywokostu ukopać, korzeniom rosa niestraszna, ale mam w chacie spory zapas. Jutro nauczę cię robić z niego okłady i maść. Chciałabym, żebyś sam spróbował, bo jak sam zrobisz, to najlepiejzapamiętasz.

Miłek mógł się tylko zgodzić. Był zmęczony i nieco znużony nauką, a wypełniony ziołami kosz ciążył mu w dłoni, jakby był pełen kamieni. Mimo to odniósł go posłusznie do samej chaty zielarki i wrócił do siebie, dopiero gdy nauczycielka stwierdziła, że nie jest jej jużpotrzebny.

Zmierzchało. W powietrzu czuć było przymrozek, a nieprzyjemna wilgoć wkradała się chłopakowi pod koszulę. Wcześniej, na łące, gdy słońce przygrzewało w plecy, pocił się z gorąca, teraz chłodny dreszcz przeleciał mu wzdłuż kręgosłupa. Z przyjemnością wślizgnął się do ciepłej, pachnącej dymem i babciną polewką chatywikliniarzy.

– No nareszcie! – Matka pokręciła głową z niezadowoleniem. – Już myślałam, że was jakie licho porwało przy tychkwiatkach!

– Licho? – parsknął ojciec. – Chaberkę? Jeszcze by do pierwszych drzew lasu nie dobiegło, jak by ją oddało. Siadaj, synu, i jedz, a jutro pójdziesz z chłopakami kowala i zagonicie ku chatom świniaki. Gadałem dzisiaj z Mirem, nasze gadziny razem się jakoś trzymają, ale chyba za daleko od chat odłażą za żołędziami. Potem drogę zgubią i na zimę wilki z nich będą miały pożytek, niemy.

Bratmił przykucnął przy palenisku i drewnianą łyżką zaczerpnął polewki prosto ze stojącego na skraju garnka. Był zbyt głodny i zbyt łapczywy, by dmuchać na gorące, więc skrzywił się z bólu, gdy zupa poparzyła mu usta, a potemgardło.

– Ugh… – jęknął. – Jutro, ojcze, mam się uczyć robić maści u opiekunki.

Darzbor wzruszyłramionami.

– Nie zabraniam ci przecież. Z rana załatwicie świniaki, a potem jesteśwolny.

– Dobrze, ojcze.

Tej nocy Bratmił spał jak zabity. O poranku zbudził go płacz Paprotki, głos uspokajającej ją matki i zapach świeżo upieczonych podpłomyków. Usiadł na posłaniu, trąc dłońmi twarz, żeby odgonić resztki snu. Chata budziła się do życia. Ojciec i dziadek jedli kaszę z jednej miski, siedząc w kucki przy palenisku. Przekomarzali się o coś, a dziadek rechotał rozbawiony, aż mu kasza leciała z ust. Babcia Ciesława piekła podpłomyki na umieszczonym w palenisku kamieniu, by mężczyźni mogli je ze sobą zabrać w pole. W głębi, odwrócona do wszystkich plecami, matka kołysała w ramionach Paprotkę, nucąc uspokajającą melodię. Bratmił ziewnął szeroko, zdziwiony, że pozwolili mu spać tak długo. Wstał z posłania.

Po posiłku babka wysłała Miłka nad jezioro po wodę. Zaczepił więc dwa wiadra u nosidła, zarzucił je na ramiona i ruszył lekkim krokiem. Do brzegu nie było daleko, chata wikliniarzy leżała po tej stronie wsi, z której bliżej było do wody, ale od jeziora odgradzała ją szeroka łąka, na której wypasano bydło, a w czasie świąt czasami urządzano zabawę. Bratmił przeciął łąkę żwawym krokiem, nucąc pod nosem wesołą przyśpiewkę. Idąc na wprost, dotarł dokładnie tam, gdzie jezioro przeradzało się w strumień, a woda, szerokim łukiem omijając wieś, gnała gdzieś hen w las, a potem dalej, ku szerokiemuświatu.

Bratmił zaczerpnął wody do pierwszego z drewnianych wiader. Gdy pochylił się, by zanurzyć drugie, kątem oka zauważył ruch w krzakach porastających przeciwległy brzegstrumienia.

1Wcześniejsze losy Chaberki zostały opisane w opowiadaniach Zapach jej czerwony oraz Zimna dostępnych w darmowej antologii Geniuszefantastyki.

Rozdział 2

Uciekinierka

Uniósł głowę. Wyciągając pełne wody wiadro, bezustannie wpatrywał się w miejsce, gdzie gałązki wciąż kołysały się, najwyraźniej poruszone czymś więcej niżwiatrem.

Wydawało się mało prawdopodobne, by mogło to być zwierzę. Po pierwsze, one nie podchodziły tak blisko chat, a po wtóre, chłopiec nucił piosenkę, nawet nie starając się zachowywać cicho, i chyba tylko wyjątkowo głuche zwierzę dałoby sięzaskoczyć.

Gałązki znów lekko zafalowały. Bratmiła odgradzał od nich szeroki strumień, ale chłopiec szybko wyciągnął wiadro z wody i postąpił krok w tył.

Trza brać wiadra i w nogi!, pomyślałszybko.

Jakie wiadra?, nadpłynęła druga myśl. Jak będę z nimiuciekał?

A co w chacie powiedzą, jak bez wiaderwrócę?

Jak mnie topielec z wiadrami dopadnie, nie wrócę w ogóle!

Tak walczył sam ze sobą, jednocześnie mozoląc się z nosidłem. Trwało to tylko chwilę, ale jak zwykle bywa w takich sytuacjach, myśli przetaczały mu się przez głowę z prędkościąpioruna.

Nim zdecydował się na cokolwiek, krzaki po drugiej stronie strumienia zatrzęsły się raz jeszcze i spomiędzy gałęzi wysunęła się brzydka, dziecięcatwarz.

Bratmił aż sapnął zezdumienia.

– Kim ty… – zaczął, ale urwał i zamiast dokończyć pytanie, odetchnął z ulgą. – Aleś mnieprzestraszył.

Nieznane dziecko wysunęło się spomiędzy liści do połowy nagiej piersi. Było dużo młodsze od Bratmiła i bardzo brzydkie. Miało wielkie, czarne oczy, nos przypominający grudkę ziemi i zbyt szerokie usta, a pomiędzy jego rzadkimi, sterczącymi, ciemnymi włosami odstawały nieforemneuszyska.

– Zgubiłeś się, mały? – Bratmił złagodniał. – Od kogo jesteś, bo cię jakoś niekojarzę?

Dziecko popatrzyło na niego w osłupieniu, jakby muczał albo rżał, a nie mówił po ludzku.

– Psecies to ja, chłopaku – zaskrzeczało, sepleniąc. – Gały ci zaparowały cyjak?

Teraz to Bratmił zdębiał. Zmarszczył brwi w zastanowieniu.

– Munek? – spytał, niedowierzając.

– Nie, twoja babcia. – Brzydal wywrócił oczami. – Pewnie, ze ja! I zaden tam mały. Spójs, jakurosłem!

Na chwilkę wyskoczył z ukrycia, żeby zaprezentować się chłopcu w pełnej krasie. Zaraz jednak cofnął się lękliwie między gałęzie, więc Bratmił zdążył jedynie zauważyć, że stworek jest wzrostu kilkuletniego dziecka, ma zapadniętą pierś i wydęty, okrągły brzuch, wystający nad brudną szmatę, którą był opasany na biodrach.

– Rzeczywiście. – Bratmił skinął głową. – Prawdziwy olbrzym z ciebie.

Munek prychnąłurażony.

– Pocekaj, na zimowe święta będę twojego wzrostu, a na wiosnę pserosnę cię o całą tę twoją pustągłowę.

– Pocekam, pocekam. – Bratmił przedrzeźniał go, rozbawiony. – Co się stało z twoim językiem? Dawniej mniejszy byłeś i niesepleniłeś.

– A tam! – Munek machnął łapą. – Zęby mi się wymieniają, bo sybko rosnę. Rano wypadły mi dwa na góze. Do jutraodrosną.

Miłek pozazdrościł mu. Swego czasu męczył się z mleczakami bardzo długo, okiwując każdy dzień po dniu. Taka szybka wymiana uzębienia musiała być bardzowygodna.

– Ależ to niesamowite! – Uśmiechnął się. – Wiesz, często się zastanawiałem, co się z tobą stało tamtej nocy. Czy matka cię przyjęła z powrotem?

– Mozna tak powiedzieć. Jest mamuną, więc ciągnie ją do wasych dzieci, ale chyba zrozumiała, ze to ja jestem jej prawdziwym skarbem. W końcu, sam powiedz, cys nie rośnie ze mnie psystojnymamun?

Z dumą wypiął chuderlawą pierś, a Miłek ugryzł się w język i pohamował złośliwe komentarze na temat jego wątpliwejurody.

– To dobrze, że cię przyjęła – stwierdził pogodnie. – Dziękuję, że mi wtedypomogłeś.

Munek machnął łapą, odwracająctwarz.

– Nie bardzo miałem wyjście, skoro mnie ta wasa baba wyzuciła z ksaków prosto na bzeg. Ty wies, jak się wtedy poobijałem? Co to za wiedźma bez serca? Zeby niemowlakamizucać!

Bratmił roześmiał się. Chaberka opowiadała tę historię zupełnie inaczej, wiedział więc, że Munek zdecydował się mu pomóc z własnejwoli.

– No, jak tam wolisz. Rzucała tobą czy nie, ale pomogłeś mi, więc się cieszę, że u ciebie wszystko w porządku. Mam do ciebie tak dużo pytań! Nawet Chaberka nie wie, na cowyrośniesz!

Mamun parsknąłpogardliwie.

– A cóz taka wiejska kobiecina mozewiedzieć…

– Wiejska kobiecina? – Bratmił roześmiał się. – Ciekawe, czy byś to przy niejpowtórzył.

Munek zrobił bardzo przemądrzałą minę, ale nim zaczął się przechwalać, od strony chat za plecami Bratmiła dobiegłowołanie.

– Miłek! – krzyczał Darzbor. – Co z tą wodą? Świniakiczekają!

Chłopiec odwrócił się, pomachałręką.

– Już idę, ojcze!

Potem zerknął znów na Munka, ale jego już w krzakach nie było. Bratmił przez chwilę rozglądał się tu i tam wzdłuż brzegu, czy stworek gdzieś mu jeszcze nie mignie. Nie doczekał się, więc dźwignął wiadra na nosidle i tak szybko, jak ciężar pozwalał, ruszył kuwiosce.

Cieszył się, że Munek zechciał mu się pokazać, bo mógł wreszcie przestać się o niego martwić. Bardzo też ciekawiło go, czym właściwie będzie dorosły mamun, i miał nadzieję, że z biegiem czasu uda mu się tego dowiedzieć. Niesamowicie będzie odkryć coś, czego nie wiedział przed nim nikt w dolinie, nawetopiekunka.

Na podwórzu czekali już na niego Gniewko i Niemój. Synowie kowala siedzieli na ławeczce pod gruszą i ziewali, a miny mieli niezbyt szczęśliwe. Bratmił zaniósł do chaty wiadra z wodą i już po chwili cała trójka zmierzała w stronęlasu.

– No, chodźcie – poganiał przyjaciół Miłek. – Co się takwleczecie?

Gniewko, starszy z braci, wyższy od Bratmiła o pół głowy, wzruszył szerokimiramionami.

– A do czego się mam spieszyć? – spytał z niechęcią. – Doświń?

Niemój patrzył przed siebienieprzytomnie.

– Bratmił się za prosiakami stęsknił – mruknął, siląc się na złośliwość.

– O słodki Rodzie! – westchnął wikliniarz. – Muszę iść dzisiaj do opiekunki. Zagońmy te prosiaki jak najszybciej, bo nie mam czasu włóczyć się po lesie, szczególnie z takimi dwoma, co to się ruszają jak muchy w garnkumiodu.

Niemój odgarnął z oczu jasną grzywkę, burcząc coś niezrozumiale pod nosem, a Gniewko ziewnął tak, że niemal można było dostrzec poranny posiłek w jego brzuchu. Noga za nogą człapali przez łąkę, a potem przezlas.

– Tatko kazali nam iść ku świętemu gajowi – przypomniał sobie Gniewko. – W okolicy rośnie dużo dębów, to tam teraz pewnie zatrzęsienie żołędzi musi być. Jak nic tam nasze prosiaki znajdzieeee… – Ostatnie słowo utonęło w kolejnymziewnięciu.

– Do gaju? – zdziwił się Miłek. – Myślicie, że aż na drugą stronę jeziora byposzły?

Niemój wzruszył ramionami, gotowy iść, gdziekolwiek mu każą. Jego starszy brat za to skrzywił usta w niby-uśmiechu.

– No przecież dlatego za nimi łazimy. Jakby się blisko chat trzymały, tobyśmy terazspali.

– Spać to trzeba było w nocy – odciął się Miłek. – Sam za prosiakami gonił nie będę, więc lepiej się wreszcie obudźcie. Coście tacypadnięci?

– Sam nie wiem – burknął Gniewko. – Coś spać żeśmy nie mogli. To szmery jakieś, to znowu kubek z ławy spadł i się po klepiskutoczył…

Bratmił wzruszyłramionami.

– Myszy może. Jesień idzie, to do chat się pchają. Albo łasica. Albo domowiki po prostu. Każdemu się taka noc przytrafia, nie dopowiadajcie do tego od razu wielkiejhistorii.

– A kto dopowiada? – zaperzył się Niemój. – Pytałeś, czemuśmy senni, tomówimy.

– Dobra. – Miłek nie chciał roztrząsać tematu. – Ale weźcie się w garść.

– O, wielki pan opiekun będzie nam teraz rozkazywał – naburmuszył się młodszy syn kowala i zdmuchnął z oczu natrętnągrzywkę.

Bratmił spojrzał na niegorozzłoszczony.

– Zazdrościsz mi? Nie maczego.

– Nie, nie ma – niespodziewanie przytaknąłGniewko.

Zaskoczony poważnym tonem jego głosu Miłek zamknął usta. Ich spojrzenia sięspotkały.

– Tatko mówi, że opiekunowie nie żyją długo i szczęśliwie – powiedział z lekkim współczuciem przyszły kowal, a potem szybciej ruszył ku gajowi. – Nie ma co się kłócić. Trza prosiaki łapać. Chodźcie.

Poszli więc, ale cisza, która zapadła, ciążyła wszystkim niczym głazy uwieszone u ramion.

Z ponurego nastroju wyrwał ich dopiero widok, jaki zastali, kiedy zbliżyli się do świętegogaju.

Stadko świń pasło się na zboczu wzniesienia, na którego szczycie odgrodzono białym płotkiem świętą ziemię. Większość ryła nosami w pulchnej ziemi, wyjadając żołędzie spośród liści dębów i pochrząkując z zaangażowaniem. Jedna, najbardziej kosmata ze wszystkich, czochrała się o drzewo, aż całe drżało i szumiało rudziejącymi liśćmi.

– Jest Cebrzyk.

– Gniewko wskazał kosmacza ruchem brody, a potem wskazał palcem łaciatą lochę w samym środku stada. – A tam jestRózga.

– No to bierzemy je – zdecydowałMiłek.

Cebrzyka słuchały wszystkie świnie kowala Mira. Rózga rządziła stadem Darzbora. Skoro pasły się razem, to pewnie dowodziło teraz jedno z nich, najpewniej Cebrzyk. Wystarczyło zapanować nad tą dwójką, żeby reszta zwierząt wróciła na drugą stronę jeziora, w pobliżechat.

Chłopcy rozproszyli się, zachodząc stado półkolem. Świnie oczywiście zauważyły ludzi i przerwały rycie. Nie uciekały jednak, a Cebrzyk pozwolił Gniewkowi poklepać się między uszami i pogładzić po plecach.

Chłopiec odetchnął z ulgą.

– E, nie zdziczałeś jeszcze, staruszku.

Rozwścieczony knur bywał niebezpiecznym przeciwnikiem, szczególnie dla dziecka, ale teraz Cebrzyk wydawał sięspokojny.

Chłopcy zaczęli zaganiać zwierzęta, a świnie, choć nieco zdziwione niespodziewanym ukróceniem wolności, ruszyły za nimi.

Nagle Rózga zmieniła zdanie. Odbiła w górę wzniesienia, szybko przebierając krótkimi nóżkami. Część stada ruszyła za nią. Bratmił puścił się biegiem. Słyszał, jak za jego plecami synowie kowala próbują zatrzymać pozostałeświnie.

Rózga biegła w stronę wejścia do świętegogaju.

Miłek wytężył siły. Przegonił lochę o kilka kroków. Stanął u wejścia na ziemię bogów, odwrócił się i rozpostarł ręce, wrzeszcząc:

– Ho, Rózga!

Świnia kwiknęła. Zatrzymała się, prawie obijając sobie ryjek o chłopięce kolana. Zawróciła, a wtedy Bratmił sprowadził ją i pozostałe uciekinierki z powrotem do stada, pokrzykując i biegając to z jednej, to z drugiej strony świńskich zadków niczym pies pasterski wokółowiec.

Synowie kowala powitali go szerokimiuśmiechami.

– Oto pierwsze chwalebne zwycięstwo Bratmiła, opiekuna Wilczej Doliny! – ryknął Gniewko. – Obronił święty gaj przed szaloną Rózgą i świniakami! Sławamu!

– Sława! – odkrzyknął Niemój i zaniósł sięśmiechem.

Nie mogąc się powstrzymać, Bratmił też się roześmiał, a potem wypiął pierś i triumfalnie wzniósł ręce, udając, że prezentuje swoje ogromne muskuły. Kowalscy synowie wiwatowali przesadnie głośno, raz po raz klaszcząc w dłonie. Powoli nakierowali zwierzęta na ścieżkę prowadzącą kuwsi.

– Ale się zziajałem – dyszałMiłek.

– No, pod górkę biegłeś. Dobry jesteś – rzekł z uznaniemGniewko.

Niemój pokiwał głową, co sprawiło, że grzywka opadła mu na oczy.

– Ta wasza Rózga to strasznaświnia!

– Prawda! – zaśmiał się Gniewko. – Tak uciekać przed właścicielem. Co za świństwo!

Zarechotalizgodnie.

– Ale przynajmniej się zatrzymała przed gajem – dorzucił Bratmił po chwili. – Mogła mnie wywrócić i bym się całyuświnił!

– No prosię… to jest: no proszę, jaka dobra świnka! – Gniewko udał, że sięprzejęzyczył.

Długo tak jeszcze wymyślali, gnając stadko chrumkających zwierząt w stronę wsi, a lekki wietrzyk niósł chłopięce śmiechy daleko w las.

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16