Star Wars. Próba Królowej. Tom 2 - E.K. Johnston - ebook

Star Wars. Próba Królowej. Tom 2 ebook

Johnston E. K.

4,1

Opis

Gdy czternastoletnia Padmé wygrywa wybory i wstępuje na tron Naboo, przyjmuje imię Amidala i opuszcza rodzinę, by objąć rządy w Pałacu Królewskim. W czasach narastającej niepewności zarówno na Naboo, jak i w Republice Galaktycznej, Padmé wraz z doradcą do spraw bezpieczeństwa, kapitanem Panaką, opracowują plan – od tej pory królową ma wspierać nie jedna, lecz kilka dwórek. Będą jej doradczyniami, powierniczkami, obrończyniami, a nawet sobowtórkami. Selekcji kandydatek pod kątem talentów dokonuje Panaka, ale to Padmé przypada w udziale stworzenie z nich zgranego zespołu. Choć każda z dziewcząt jest jedyna w swoim rodzaju, uczą się, jak ze sobą sprawnie współpracować. Przyświeca im jeden cel: ochrona królowej za wszelką cenę. Jednak gdy Naboo pada ofiarą inwazji ekspansywnej Federacji Handlowej, królowa Amidala i jej dwórki zostają poddane największej próbie: wszystkie razem i każda z osobna.

„Próba królowej” to drugi tom trylogii o Padmé Amidali, w skład której wchodzą następujące powieści: Tom 1: „Cień królowej” Tom 2: „Próba królowej” Tom 3: „Nadzieja królowej”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 246

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (13 ocen)
4
6
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ani16

Dobrze spędzony czas

Polecam fanom uniwersum Gwiezdnych Wojen
00
PANdaje

Dobrze spędzony czas

Dużo lepsza niż pierwsza część. Brakowało mi tu jedi, a przede wszystkim Anakina. Co prawda mówi wyjątkowo urocze zdanie, ale to jednak najważniejsza osoba w życiu Padme. Charakterystyka służek podawana była s formie ekspozycji przez co bardzo trudno było zapamiętać, która jest która i się z nimi zżyć. Do tego irytujący wątek LGBT. Szkoda, że nie mogę dać 5 gwiazdek
00
JudytaB90

Całkiem niezła

Tę książkę (w odróżnieniu od pierwszego tomu) trzeba czytać ze znajomością „Mrocznego widma”, bo inaczej wieje wydarzeń będzie totalnie wyrwane z kontekstu. „Cień królowej mi się dużo bardziej podobał, ale i tak czekam bardzo na trzeci tom!
00

Popularność




Próba Królowej

Dziew­czyna w bieli odzie­dzi­czyła inte­li­gen­cję po matce, a serce po ojcu, jed­nak gore­jąca w głębi duszy iskra nale­żała tylko do niej. Jej bły­sko­tli­wość, poczu­cie celu i współ­czu­cie jaśniały niczym gwiazdy. Jed­nak teraz była sama i nikt nie mógł jej pomóc. To, co miało wyda­rzyć się za chwilę – nie­ważne nawet, jak zosta­nie utrwa­lone i zapa­mię­tane – zale­żało od niej samej.

Od dzie­ciń­stwa przy­świe­cała jej chęć pomocy. Ojciec zabie­rał ją poza pla­netę. Odwie­dzała umie­ra­jące światy i sta­rała się powstrzy­mać nie­unik­nione. Cza­sami jej wysiłki oka­zy­wały się daremne, ale zawsze zgła­szała się na ochot­nika, by spró­bo­wać ponow­nie.

Z cza­sem zaczęła poświę­cać uwagę wła­snej pla­ne­cie. Naboo nie było miej­scem, które pod­da­wa­łoby miesz­kań­ców wiel­kim pró­bom. W sek­to­rze pano­wał pokój, a sam świat pro­spe­ro­wał. Ale i tu nale­żało wyko­nać mnó­stwo pracy – pracy, do któ­rej się nada­wała, a przy­naj­mniej tak sądziła. Któ­rej chciała się pod­jąć.

Marze­nia rodzi­ców oka­zały się nie­wy­star­cza­jące. Chciała mieć pew­ność, że się­gnęła tak wysoko, jak to moż­liwe; że zro­biła wszystko. A w przy­padku dziew­czyny dora­sta­ją­cej na Naboo szczy­tem ambi­cji jest sta­no­wi­sko kró­lo­wej. Była młod­sza od innych kan­dy­da­tek, ale nie zamie­rzała się z tego powodu znie­chę­cać.

Im dłu­żej roz­my­ślała nad tym zagad­nie­niem, tym bar­dziej docho­dziła do wnio­sku, że rzą­dze­nie pla­netą może oka­zać się więk­szym wyzwa­niem, niż począt­kowo się jej zda­wało. Galak­tyka była dużym miej­scem, a Naboo – świa­tem w więk­szo­ści pozba­wio­nym obrony. Aktu­alna kró­lowa igno­ro­wała naj­bliż­szych sąsia­dów. Obecny sena­tor cie­szył się uzna­niem, ale lista sojusz­ni­ków nie nale­żała do dłu­gich. Dziew­czyna wie­działa, że podoła wyzwa­niu.

A teraz cze­kała sama w małej sali na niż­szych pozio­mach pałacu. Kam­pa­nia dobie­gła końca, oddano głosy. Wkrótce zostaną ogło­szone wyniki i pozna swój los. Ale w skry­to­ści serca już wie­działa. Zawsze wie­działa. Żyła, by słu­żyć, a teraz będzie to robić na naj­wyż­szym moż­li­wym sta­no­wi­sku.

Drzwi roz­su­nęły się z sykiem i zna­joma syl­wetka przy­sło­niła świa­tło. Uszy dziew­czyny wypeł­niło bucze­nie uno­szą­cego się w powie­trzu dro­ida. Wypro­sto­wała się. Zawsze zacho­wy­wała się tak, jakby była obser­wo­wana. Wize­ru­nek sta­no­wił jej pierw­szą linię obrony – sto­so­wała go tak umie­jęt­nie, jak tylko potra­fiła.

– Wasza Wyso­kość – powie­dział Quarsh Panaka. Na jego ustach malo­wała się zale­d­wie sub­telna suge­stia uśmie­chu. Kapi­tan na­dal dopiero ją pozna­wał, ale już ufała jego inten­cjom. – Wybory dobie­gły końca. Roz­po­czyna się pani praca.

Dziew­czyna w bieli miała zostać kró­lową. Była gotowa.

Hart ducha

Nie otrzy­mała wyni­ków egza­minu w tra­dy­cyjny spo­sób. Kon­ser­wa­to­rium w Theed szko­liło uczniów z całej pla­nety, choć nie było jedyną aka­de­mią muzyczną na Naboo. Ba, nawet nie uwa­żano go powszech­nie za naj­lep­sze. Mie­ściło się w sta­rym gma­chu, z dala od miej­skich cen­trów roz­rywki. Ceniono je za tra­dy­cje. I wła­śnie dla­tego rodziny posy­łały tam synów i córki. Kształ­ceni tu muzycy oka­zy­wali się solidni. Nie­za­wodni. Godni zaufa­nia. Gotowi prze­ka­zać tra­dy­cje kolej­nemu poko­le­niu tak słu­cha­czy, jak i uczniów, czy ci tego chcieli, czy nie.

A Tsa­bin nie­na­wi­dziła nie­mal każ­dej spę­dzo­nej tu chwili.

To, że trafi do tego miej­sca, nie pod­le­gało dys­ku­sji. Ba, instru­ment też został jej narzu­cony. Jej bra­cia wyty­czyli ścieżkę, a jej co pozo­stało? Pójść w ich ślady. Nikomu nie przy­szło do głowy, że mogłaby sama pro­wa­dzić. Nie miała do tego talentu. Była wystar­cza­jąco zdolna, moż­liwe zresztą, że poza Naboo wystę­po­wa­łaby jako solistka tam, gdzie publika nie wychwy­ty­wała niu­an­sów, ale Tsa­bin wie­działa już w dzie­ciń­stwie, że ni­gdy nie zasią­dzie w pierw­szym rzę­dzie orkie­stry.

A teraz cze­kała w małej sali, wpa­tru­jąc się w znaj­du­jące się po dru­giej stro­nie stołu puste krze­sło. Została tu przy­słana przez dro­ida nad­zo­ru­ją­cego prze­bieg egza­minu. Nie prze­jęła się tym, że tra­fiła do tej sali po raz pierw­szy – spo­dzie­wała się, iż pozna rezul­taty swo­ich wysił­ków. Co zastała na miej­scu? Przy­ciem­nione wnę­trze i nie­skoń­czone, zda­wa­łoby się, ocze­ki­wa­nie.

Zaszła tak daleko dzięki temu, że ukry­wała przed wszyst­kimi praw­dziwe uczu­cia. Nie zamie­rzała teraz nagle dać się zła­mać, choćby w zde­rze­niu ze sta­ro­świecką biu­ro­kra­cją.

Drzwi w końcu otwo­rzyły się – obró­ciły na praw­dzi­wych zawia­sach, bo prze­cież w kon­ser­wa­to­rium w Theed musiały znaj­do­wać się praw­dziwe zawiasy – i Tsa­bin wypro­sto­wała się na krze­śle. Zamie­rzała być gotowa, choćby zja­wił się tylko droid. Dro­idy bowiem moni­to­ro­wały posturę uczniów – spraw­dzały, któ­rzy, oprócz tego, że potra­fią bez końca wyko­ny­wać powta­rzalne czyn­no­ści, naj­bar­dziej prze­ko­nu­jąco wyglą­dają jak muzycy. Jed­nak osoba sto­jąca w progu oka­zała się czło­wie­kiem. Tsa­bin nabrała powie­trza, choć nie dała tego po sobie poznać – kolejna zaleta tra­dy­cyj­nej edu­ka­cji muzycz­nej.

Był od niej wyż­szy, choć to aku­rat żadne osią­gnię­cie, ale zawsze coś. Nosił nie­bie­skie i kasz­ta­nowe barwy Kró­lew­skich Sił Bez­pie­czeń­stwa Naboo. Ponie­waż znaj­do­wał się w pomiesz­cze­niu, nakry­cie głowy trzy­mał pod pachą. Miał włosy ścięte na jeża i ciem­no­brą­zową kar­na­cję, a jego oczy wyda­wały się nie­mal cie­płe, choć w jego posta­wie było coś takiego, że nie mogła poczuć się przy nim do końca swo­bod­nie. Nie przed­sta­wił się, lecz od razu zajął miej­sce naprze­ciwko. Poło­żył czapkę na stole.

Jeśli ofi­cer sił bez­pie­czeń­stwa zamie­rzał wytrą­cić ją z rów­no­wagi, wybrał po temu zły dzień. Egza­miny się skoń­czyły i po raz pierw­szy od tygo­dni porząd­nie się wyspała. Od rana miała kon­takt z innymi człon­kami rodziny. Bra­cia zapew­nili ją, że wszystko pój­dzie po jej myśli, a rodzice prze­ka­zali, gdzie się spo­tkają, gdy już ogło­szą wyniki. No i wie­działa, że nie zro­biła nic, co wymu­si­łoby tę wizytę, więc musiało cho­dzić o coś nie­ty­po­wego. To on cze­goś od niej chce. Zatem patrzyła na przy­by­sza ze spo­ko­jem, choć sta­rała się od niego odgro­dzić men­tal­nie.

Po kilku dłu­gich minu­tach na ustach męż­czy­zny poja­wił się cień uśmie­chu. Wycią­gnął rękę w jej stronę.

– Quarsh Panaka – przed­sta­wił się. – Kró­lew­skie Siły Bez­pie­czeń­stwa. Choć zakła­dam, że sama się domy­ślasz.

– Tsa­bin – odparła i grzecz­nie uści­snęła jego dłoń. – Nie ina­czej.

Gdy już się przy­wi­tali, zło­żyła ręce na kola­nach. Męż­czy­zna oparł się o blat stołu i wbił w nią wzrok.

– I jak tam nastrój w związku z wybo­rami? – rzu­cił.

Tsa­bin mimo­wol­nie unio­sła brew. Zasko­czył ją tym pyta­niem.

– To moja pry­watna sprawa – oznaj­miła.

– Fakt – potwier­dził. Nie­mal się uśmiech­nął. – A przy­naj­mniej przy­znasz, że znasz kan­dy­datki?

– Przy­znam – odparła. – W końcu w tym roku po raz pierw­szy będę mogła gło­so­wać.

– Masz trzy­na­ście lat – stwier­dził. Wychy­lił się na krze­śle, co jed­nak nie ozna­czało, że się roz­luź­nił.

– Pod­czas wybo­rów będę już miała czter­na­ście – uści­śliła. – Na pewno dowie­dział się pan, kiedy mam uro­dziny.

– Tak – potwier­dził. Zastu­kał pal­cami o blat.

Tsa­bin zaczy­nała się iry­to­wać. Tak, trwał pierw­szy dzień reszty jej życia – przy­naj­mniej w teo­rii, bio­rąc pod uwagę to, że wła­śnie skoń­czyła for­malną edu­ka­cję – i choć nie poczy­niła szcze­gól­nych pla­nów, nie chciała go mar­no­wać w tym pomiesz­cze­niu w towa­rzy­stwie tego kole­sia.

– Nauczy­ciele mówią, że jesteś sumienna – powie­dział Panaka. – Ni­gdy się nie spóź­niasz. Skru­pu­lat­nie wyko­nu­jesz swoje par­tie, a twoje zacho­wa­nie jest nie­mal nie­na­ganne.

Tsa­bin cze­kała na „ale”. Zawsze było jakieś „ale”.

– Ale zawsze jesteś druga – wypa­lił. – We wszyst­kim, czego się podej­mu­jesz.

Wło­żyła wszyst­kie siły w to, by zapa­no­wać nad sobą, co udało się jej tylko dzięki nie­mal czter­na­sto­let­niej wpra­wie. Nie zamie­rzała dawać face­towi satys­fak­cji. Nie pokaże, jak bar­dzo ją to ubo­dło. Ni­gdy, nikomu. Aż ści­snął się jej żołą­dek, ale nie mru­gnęła czy nawet nie zaci­snęła zębów. W końcu powie­dział prawdę: jej bra­cia byli lep­szymi muzy­kami od niej, a pomimo osią­gnięć w kon­ser­wa­to­rium zawsze zna­la­zła się ta jedna osoba, która robiła coś lepiej.

Panaka wstał i zabrał czapkę ze stołu.

– Nie mogę niczego powie­dzieć ofi­cjal­nie, rzecz jasna, ale mam prośbę: nie przyj­muj ofert prak­tyk przed zakoń­cze­niem wybo­rów. Będziemy w kon­tak­cie.

Z tymi słowy opu­ścił salę. Tsa­bin mogła wyjść, ale zamiast tego się­gnęła do kie­szeni po data­pad i wyświe­tliła listę kan­dy­da­tek do tronu Naboo. Już wcze­śniej zapo­znała się z ich imio­nami i poglą­dami, ale tym razem wło­żyła sporo wysiłku w to, by im się przyj­rzeć. By jej się przyj­rzeć.

Nazwała się Ami­dala. Mogłyby nie­mal być bliź­niacz­kami. Dwie dziew­czyny o tej samej twa­rzy. A ofi­cer sił bez­pie­czeń­stwa wła­śnie zło­żył wizytę tej, która zawsze we wszyst­kim oka­zy­wała się druga.

Tsa­bin sie­działa w sali do momentu, aż zja­wił się poszu­ku­jący jej droid. Roz­wa­żała moż­li­wo­ści.

Rozdział 1

O poranku w dniu wybo­rów Quarsh Panaka pozwo­lił, by wysty­gła mu her­bata. Jego żona, Mariek, która wła­śnie zakoń­czyła wartę w pałacu, poczę­sto­wała się nią bez waha­nia, gdy tylko nabrała pew­no­ści, że mąż nie zamie­rza ode­rwać się od ekranu z tak bła­hego powodu jak śnia­da­nie. Porwała też z jego tale­rza świeży owoc.

– Za wcze­śnie na wyniki – zauwa­żyła, mówiąc z peł­nymi ustami.

– Nie spraw­dzam wyni­ków – odparł.

Na Naboo od dzie­się­cio­leci nie doszło do skan­dalu wybor­czego z praw­dzi­wego zda­rze­nia, ale Panaka nie zamie­rzał dopu­ścić do tego, by dobra passa skoń­czyła się za jego służby. Jako kapi­tan Kró­lew­skich Sił Bez­pie­czeń­stwa wła­śnie on dokła­dał sta­rań, by wszystko prze­bie­gało bez zarzutu. Tym razem wyda­wało się to tym waż­niej­sze, że oso­bi­ście odpo­wia­dał za bez­pie­czeń­stwo fawo­rytki do tronu. Zamie­rzał być gotowy na wszystko. Musiał mieć na oku tłum, a choć siły bez­pie­czeń­stwa spraw­dzały się bez zarzutu, cie­ka­wiło go, co takiego wyła­pią holo­sieci. Kolejna para oczu nie zaszko­dzi.

– Lecę spać! – rzu­ciła Mariek.

Panaka nie pod­niósł wzroku znad ekranu. Wstała, a on ujął jej dłoń. Pra­co­wali na róż­nych zmia­nach, odkąd został przy­dzie­lony do służby wybor­czej. Teraz pró­bo­wał prze­wi­dzieć potrzeby nowej kró­lo­wej, a za żoną tęsk­nił.

– Słod­kich snów, kocha­nie – powie­dział.

– Zjedz coś – popro­siła i się odda­liła.

Panaka posłusz­nie zjadł trzy kęsy. Przy­szło mu do głowy, że może jed­nak fak­tycz­nie jest głodny, gdy ode­zwał się pry­watny komu­ni­ka­tor.

– Panaka – oznaj­mił, przy­trzy­mu­jąc urzą­dze­nie w dłoni. Obraz zafa­lo­wał i na ekra­nie poja­wiła się zna­joma postać. Kapi­tan się wypro­sto­wał. – Sena­to­rze Pal­pa­tine?

– Dzień dobry, kapi­ta­nie – przy­wi­tał się męż­czy­zna.

Sena­tor Naboo zazwy­czaj wra­cał na rodzimą pla­netę, by oddać głos i zade­mon­stro­wać swo­jemu ludowi i Repu­blice, że trak­tuje poważ­nie wszyst­kie swoje role w ramach sys­temu demo­kra­tycz­nego, ale tym razem zatrzy­mały go ważne sprawy. Szcze­rze mówiąc, Panaka już za nim zatę­sk­nił. W obec­no­ści sena­tora sprawy jakoś zawsze prze­bie­gały gładko – nawet daw­niej, gdy Panaka był pra­cow­ni­kiem obsługi legi­sla­tury, a Pal­pa­tine dopiero piął się po szcze­blach kariery. Warto mieć zna­jo­mych, na któ­rych można pole­gać.

– Prze­pra­szam, że odzy­wam się o tak wcze­snej porze – dodał Pal­pa­tine. – Póź­niej mam gło­so­wa­nie, któ­rego za nic nie mogę prze­ga­pić, a chcia­łem się z panem skon­tak­to­wać. Oba­wiam się, że bio­rąc pod uwagę róż­nicę czasu, gdy już upo­rał­bym się ze spra­wami w Sena­cie, byłoby za późno.

– Nie szko­dzi, sena­to­rze – zapew­nił Panaka. – Tu wszystko idzie po naszej myśli. Nie docho­dzi do prze­py­cha­nek w kolej­kach, a lokale wybor­cze otwie­rają się za nie­spełna pół godziny. Wszystko wska­zuje na to, że wybory będą miały gładki prze­bieg.

– A możemy już wska­zać zwy­cięż­czy­nię? – spy­tał Pal­pa­tine.

Panaka się zawa­hał. For­mal­nie rzecz bio­rąc, jako urzęd­nicy pań­stwowi nie powinni sobie pozwa­lać na czcze spe­ku­la­cje. Co innego jako oby­wa­tele, któ­rym przy­świe­cało dobro ich świata – mieli prawo dzie­lić się swo­imi prze­my­śle­niami. Panaka zawsze wyraź­nie oddzie­lał pracę od życia oso­bi­stego – zresztą był to też jeden z fila­rów uda­nego mał­żeń­stwa.

– Nie­ofi­cjal­nie, rzecz jasna – odparł. Pod­niósł fili­żankę, zapo­mniaw­szy, że her­batę wypiła Mariek. – Ale wygląda na to, że miał pan rację. Jeśli nie wygra, skan­dalu nie będzie, cho­ciaż byłby to nie­spo­dzie­wany obrót spraw.

Kró­lowe Naboo co do zasady rzą­dziły przez dwie pełne kaden­cje. Jed­nak gdy Réillata wyco­fała się po jed­nej, pod­dani musieli wybrać następ­czy­nię wcze­śniej, niż się spo­dzie­wali. Poja­wiły się, rzecz jasna, wspa­niałe kan­dy­datki – nic dziw­nego, bio­rąc pod uwagę wie­lo­wie­kowe tra­dy­cje na Naboo – ale przy urnach spo­łe­czeń­stwo oka­zało się mniej zgodne niż zazwy­czaj. Sanan­drassa nie była złą kró­lową, ale nie cie­szyła się popar­ciem poprzed­ni­czek. Marna szansa, że zosta­nie wybrana na drugą kaden­cję.

– Dobrze sły­szeć – oznaj­mił Pal­pa­tine. Odwró­cił wzrok. Widocz­nie jego uwagę przy­kuło coś na Coru­scant. – Cie­szę się, kapi­ta­nie, że już wkrótce wszystko sta­nie się jasne. A tym­cza­sem muszę prze­pro­sić, ale wła­śnie otrzy­ma­łem pro­jekt ustawy podat­ko­wej, który wymaga mojej uwagi.

– Oczy­wi­ście, sena­to­rze – rzekł Panaka. – Dzię­kuję za roz­mowę.

Pal­pa­tine roz­łą­czył się bez słowa, a Panaka znów zaj­rzał do sieci infor­ma­cyj­nych. Ich rela­cja zawsze taka była: praca miała pierw­szeń­stwo. Jed­nak odnaj­dy­wał w tym pewien kom­fort. Wie­dział, na czym stoi.

Zabrzmiał sygnał chro­no­me­tru. Oka­zało się, że już póź­niej, niż myślał. Mariek zagło­so­wała z samego rana. Panaka dotrzy­mał jej towa­rzy­stwa, ale sam posta­no­wił zro­bić to póź­niej. Uwiel­biał dzień wybo­rów, a jego obo­wiązki zaczy­nały się dopiero póź­nym popo­łu­dniem, więc mógł zagło­so­wać wraz ze wszyst­kimi o zwy­cza­jo­wej porze. Zaczął pogwiz­dy­wać rado­sną melo­dię, która wra­cała do niego regu­lar­nie, odkąd opu­ścił kon­ser­wa­to­rium. Wło­żył naczy­nia do zmy­warki, upew­nił się, że ma przy sobie w kie­szeni nie­zbędne doku­menty, zało­żył buty i wyszedł z domu, by speł­nić oby­wa­tel­ski obo­wią­zek.

Ruwee Naber­rie strzą­snął tro­ciny z szaty i zadu­mał się nad swoim losem, a kon­kret­nie nad tym, co poszło nie tak. Zazwy­czaj przy­glą­dał się opa­da­ją­cym ścin­kom drewna, które świad­czyły o per­fek­cyj­nie wyko­na­nej pracy, ale tego dnia czas naglił. Dziś, mimo naj­lep­szych sta­rań, jego córka go nie potrze­bo­wała.

Zresztą nie było jej tu. Nie widział jej od kilku dni – chyba że na holo­na­gra­niach, gdy wygła­szała prze­mó­wie­nia zamy­ka­jące kam­pa­nię wybor­czą, no i dziś rano, gdy wraz z pozo­sta­łymi kan­dy­dat­kami odda­wała głos pod czuj­nym okiem kamer. Dziw­nie czuł się z tym, że jego naj­młod­sza córka stara się o urząd kró­lo­wej, a sam nie może otwar­cie o tym mówić.

Ludzie wie­dzieli, rzecz jasna. Pełna ano­ni­mo­wość ni­gdy nie wcho­dziła w grę, nawet w ramach tak spraw­nego sys­temu demo­kra­tycz­nego jak na Naboo. Ale prze­cież nikt nie zamie­rzał otwar­cie dema­sko­wać Ami­dali. Póź­niej, jeśli odnie­sie suk­ces, a jej kaden­cja okaże się owocna, jej krewni i przy­ja­ciele będą pękać z dumy. Ale to dopiero wtedy, gdy będzie po wszyst­kim. Teraz Naboo potrze­bo­wało kró­lo­wej.

Ode­pchnął od sie­bie myśli, nim te popły­nęły za daleko w przy­szłość. Rów­nie dobrze może nie wygrać wybo­rów. Tak, miała bar­dzo udaną kam­pa­nię, ale prze­cież nie zawsze prze­są­dza to o suk­ce­sie. Sam już dawno skoń­czył z poli­tyką – z wyjąt­kiem tych sytu­acji, gdy aku­rat poja­wiała się ini­cja­tywa bli­ska jego sercu i mógł sko­rzy­stać z roz­le­głej sieci poza­świa­to­wych kon­tak­tów – ale znał ją dosko­nale od kulis. Wie­dział, że nic ni­gdy nie jest prze­są­dzone.

A jeśli miał być ze sobą szczery, nie­mal chciał, by tak się stało. Gdyby prze­grała, mogłaby pozo­stać sobą. Setki osób nie śle­dzi­łyby każ­dego jej kroku. Nawet przez chwilę nie wąt­pił, że jego córka szcze­rze pra­gnie zostać kró­lową, ale liczył na to, że jej życie poto­czy się ina­czej. Nade wszystko pra­gnął, by jego dzieci były szczę­śliwe, a potem – by odda­wały się służ­bie światu z potrzeby wyni­ka­ją­cej z tego szczę­ścia. Tak, powo­ła­nie na urząd kró­lo­wej może i ją uszczę­śliwi, ale ten stan już zawsze będzie zwią­zany z urzę­dem.

Wia­domo: i tak zamie­rzał na nią zagło­so­wać.

– Ruwee, już pora! – Jobal przy­wo­łała męża z wnę­trza rezy­den­cji.

W prze­ci­wień­stwie do niego, Jobal Naber­rie nie miała wąt­pli­wo­ści wzglę­dem tego, jak upły­nie ten dzień. Nie podzie­lała też jego nie­pew­no­ści co do wyniku. Ich córka była młoda, a bio­rąc pod uwagę, że zgod­nie z nabo­oań­ską tra­dy­cją zosta­nie oto­czona nale­żytą opieką, by mogła spra­wo­wać urząd w poczu­ciu bez­pie­czeń­stwa, nic nie stało na prze­szko­dzie, by koniec koń­ców powró­ciła do wła­snego życia. Jobal odczu­wała olbrzy­mią dumę, rzecz jasna – a jed­no­cze­śnie była bar­dzo cie­kawa, jak poto­czy się życie córki, gdy jej służba się zakoń­czy. Sta­no­wiło to dziwne, choć miłe uczu­cie, któ­rego Ruwee nie rozu­miał ani tro­chę i nad któ­rym sama nie potra­fiła do końca zapa­no­wać. Tyle dobrego, że sta­no­wiła prze­ciw­wagę dla męża.

Jej wzrok przy­cią­gnęło rodzinne holo. Przy­glą­dała mu się przez dłuż­szą chwilę. Przed­sta­wiało Padmé wraz z sio­strą w ogro­dzie, gdy były jesz­cze szkra­bami. Pra­co­wi­cie usu­wały chwa­sty ze swo­ich grzą­dek. Padmé nale­gała, by miały wła­sny warzyw­nik. Więk­szość prac wyko­nała sama, pewna, że żyw­ność przyda się potrze­bu­ją­cym. Już wtedy, w chwili, będą­cej teraz zale­d­wie wspo­mnie­niem, sta­no­wiła żywioł, z któ­rym nale­żało się liczyć. Jobal zda­wała sobie z tego sprawę. Dostrze­gała to, odkąd jej córki zaczęły cho­dzić. To, że Padmé miała zre­ali­zo­wać swój poten­cjał w tak mło­dym wieku, było wiel­kim darem. Wie­działa, że jej córka go nie roz­trwoni.

Ruwee spo­tkał się z nią w salo­nie. Strzą­snęła z jego szaty ostat­nie tro­ciny. Zmarsz­czyła nos, gdy powie­trze wypeł­niło się dro­bi­nami drewna – nie dla­tego, że nie lubiła tego zapa­chu, po pro­stu zawsze spra­wiał, że chciało się jej kichać. Mąż przy­bli­żył się i poca­ło­wał ją.

– Prze­stań! – prych­nęła.

– Jest święto! – odpa­ro­wał. Widocz­nie posta­no­wił, że nie będzie maru­dził. Była mu za to wdzięczna.

– Na świę­to­wa­nie jesz­cze przyj­dzie czas. – Podała mu nakry­cie głowy, a gdy je wziął, pokie­ro­wała go do przed­po­koju.

Usia­dła, by zawią­zać buty i upew­nić się, że jej mąż wkłada coś innego niż ogro­dowe cho­daki.

– Gotowy? – spy­tała.

– By nasza córka została kró­lową Naboo? – spre­cy­zo­wał.

Zamilk­nął na dłuż­szą chwilę. Poło­żył rękę na drzwiach, ale ich nie otwo­rzył.

– Wiesz, wydaje mi się, że tak – odpo­wie­dział sam sobie. – Nie byłem gotowy do tej chwili, ale dała z sie­bie wszystko. Sza­nuję to.

– Cie­kawe, po kim jest taka pra­co­wita – skwi­to­wała Jobal. Stwier­dze­nie było reto­ryczne, ale Ruwee nie zamie­rzał tego tak zosta­wić.

– To mówisz, że to nasza wina? – zażar­to­wał.

– Towa­rzy­szyła nam na misjach poza Naboo od siód­mego roku życia – zauwa­żyła. – Moż­liwe, że ode­grało to pewną rolę.

– Pew­nie masz i rację, naj­droż­sza – odparł.

Zaofe­ro­wał swoją dłoń, a Jobal ją przy­jęła. Wspól­nie wyszli na dzie­dzi­niec i dołą­czyli do sąsia­dów zmie­rza­ją­cych do urn.

Sheev Pal­pa­tine po raz ostatni prze­czy­tał ustawę podat­kową. Ofi­cjal­nie zapo­zna­wał się z nią po raz pierw­szy, więc uda­wał, że zagłę­bia się w jej treść. Po praw­dzie jed­nak cią­żyło mu kilka innych spraw i tylko prze­glą­dał kolejne zapisy, by upew­nić się, że wpro­wa­dzono zasu­ge­ro­wane przez niego poprawki.

Zamie­rzał, rzecz jasna, zagło­so­wać za jej odrzu­ce­niem. Ustawa byłaby zgubna dla Naboo i kilku innych ukła­dów Środ­ko­wych Rubieży. Miała nie przejść pro­cesu legi­sla­cyj­nego – przy­naj­mniej tym razem. Wpro­wa­dził do niej tyle zasad­ni­czych zmian szko­dzą­cych inte­re­som Fede­ra­cji Han­dlo­wej, że zapew­nił jej nie­przy­chyl­ność zarówno tej orga­ni­za­cji, jak i jej sojusz­ni­ków. Ale przy­naj­mniej zna­lazł się o krok bli­żej suk­cesu. No i dys­po­no­wał już kolej­nymi trzema pro­jek­tami.

– Już pora, sena­to­rze – oznaj­mił jeden z jego dorad­ców.

Pal­pa­tine popro­wa­dził świtę ku senac­kiej rotun­dzie. Ski­nie­niem głowy pozdra­wiał wła­ściwe osoby, z któ­rymi mijał się w kory­ta­rzach, podą­ża­jąc ku lożom. Miał obo­jętną minę, choć uprzej­mie nasłu­chi­wał tego, co mówiono w jego obec­no­ści. Sporo osób wypeł­nia­ją­cych senac­kie kory­ta­rze zacho­wy­wało taki wyraz twa­rzy, choć Pal­pa­tine dopro­wa­dził go do per­fek­cji już przed laty. Już za chwilę znaj­dzie się w świe­tle reflek­to­rów i zebrani zoba­czą, jak porzuca wystu­dio­waną obo­jęt­ność, ale i to będzie tylko grą. Nikomu nie ujaw­niał praw­dzi­wego obli­cza, nie­zmą­co­nej pło­ną­cej furii.

Może któ­re­goś dnia.

Padmé Naber­rie zro­biła ostat­nią rzecz, która zale­żała od niej. Zagło­so­wała sama na sie­bie, gdy wraz z pozo­sta­łymi kan­dy­dat­kami skła­dały głosy do urn. Każda zapewne postą­piła tak samo, ale przy­naj­mniej dla niej akt ten sta­no­wił ostatni krok na dro­dze ku pew­no­ści, że jest gotowa. Ufała sobie na tyle, by wie­dzieć, iż może zostać kró­lową. Było w tym sporo aro­gan­cji – w końcu musiała uznać, że wyka­zuje po temu znacz­nie więk­sze pre­dys­po­zy­cje niż więk­szość – co nieco ją nie­po­ko­iło, ale i z aro­gan­cją Naboo potra­fiło sobie pora­dzić.

Jeśli wygra, nie obej­mie tronu jako Padmé. Ba, jeśli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, nikt nie będzie wie­dział, kim jest Padmé. Przy­wdzieje szaty kró­lo­wej i weź­mie na sie­bie odpo­wie­dzial­ność. Odda się służ­bie w cało­ści, do tego stop­nia, że na czas rzą­dów zrzek­nie się wła­snego imie­nia. Była to jakże krze­piąca tra­dy­cja – przy­po­mi­nała jej, że rola, którą przyj­dzie jej – być może – peł­nić, jest więk­sza od niej samej. Że to służba, a nie samo­lubna praca na wła­sne konto.

Tak naprawdę zdała sobie z tego sprawę do końca dopiero dziś rano, gdy jej chip wybor­czy zni­kał w urnie. Myślała, że ano­ni­mo­wość ma słu­żyć jej bez­pie­czeń­stwu i w pew­nym sen­sie tak było, ale cho­dziło też o ochronę kogoś innego. Kogoś, kogo czas nad­cią­gał. Jej czas.

Czas Ami­dali.

Rozdział 2

Nowo powo­łani gwar­dzi­ści kró­lo­wej zebrali się w ocze­ki­wa­niu na wyniki wybo­rów. Pocho­dzili z róż­nych gar­ni­zo­nów i mieli różne stop­nie w Kró­lew­skich Siłach Bez­pie­czeń­stwa Naboo, a teraz zostali odde­le­go­wani, by chro­nić nową wład­czy­nię, kim­kol­wiek ta się okaże, przez wzgląd na szcze­gólną lojal­ność i pełne odda­nie spra­wie. Więk­szość już się znała, bo w końcu ich oddziały nie były znów tak liczne, ale po raz pierw­szy zna­leźli się w tym samym miej­scu. Cie­szyli się ostat­nimi chwi­lami spo­koju, nim podejmą się nowego zada­nia.

No, odpo­czy­wali wszy­scy prócz Panaki.

W głębi kory­ta­rza na wyniki cze­kały i kan­dy­datki. Zostały odizo­lo­wane od pozo­sta­łych już o poranku. Każ­dej przy­dzie­lono po skrom­nej kom­na­cie. Teraz dziew­częta odda­wały się prze­my­śle­niom. Już nie­długo Panaka przy­woła nową kró­lową. Wie­dział, które drzwi naj­bar­dziej chce otwo­rzyć, choć sta­rał się, jak mógł, by zacho­wać pozory neu­tral­no­ści, choć wyzbył się jej już dawno.

Wtem holo­wia­do­mo­ści wyciem­niły zapę­tlone klipy z kam­pa­nii wybor­czej, które nada­wano przez ostat­nią godzinę, i zastą­piły je obra­zem guber­na­tora Bib­ble’a. Siwo­brody guber­na­tor miał na sobie cha­rak­te­ry­styczną pur­pu­rową szatę z wierzch­nią tuniką o sze­ro­kich ręka­wach, pod­kre­śla­ją­cych jego zama­szy­ste gesty. Wśród gwar­dzi­stów zapa­dła cisza, gdy męż­czy­zna odchrząk­nął i zaczął prze­mowę.

– Oby­wa­tele Naboo – roz­po­czął. Zawsze wysła­wiał się tak, jakby odgry­wał rolę przed widow­nią, co było o tyle praw­dziwe, że wcze­śniej parał się filo­zo­fią i pole­miką, choć ni­gdy nie prze­kra­czał gra­nicy śmiesz­no­ści. – Z przy­jem­no­ścią oznaj­miam, że po wyrów­na­nej walce w kam­pa­nii wybor­czej tron obej­mie kan­dy­datka Ami­dala.

Bib­ble prze­ma­wiał dalej, gdy ekran wypeł­nił się wize­run­kami rze­czo­nej dziew­czyny, teraz już kró­lo­wej. Przy­po­mi­nał o jej mło­dym wieku i głów­nych postu­la­tach wybor­czych, jed­nak gwar­dzi­ści już nie słu­chali. Wszyst­kie twa­rze w sali zwró­ciły się w kie­runku Panaki. Jedyną rze­czą, która zdra­dzała jego emo­cje, były zaci­śnięte pię­ści.

– Przy­go­tuj­cie się do inspek­cji – powie­dział, po czym odwró­cił się na pię­cie, by udać się kory­ta­rzem ku miej­scu, gdzie cze­kały kan­dy­datki.

Zgod­nie z tra­dy­cją nową kró­lową witał kapi­tan straży. Był to relikt z zamierz­chłych dzie­jów Naboo, gdy kan­dy­datki nie mogły prze­by­wać bli­sko sie­bie ani ufać legi­sla­tu­rze. Tamte czasy już dawno minęły, rzecz jasna, ale Naboo dbało o to, by pamię­tać o błę­dach (i by ich nie powta­rzać). Teraz sta­no­wiło to kolejny krok przy­po­mi­na­jący kró­lo­wym o tym, jak daleko zaszły – i ile jesz­cze przed nimi. A gdy wład­czyni pozna już oso­bi­stą gwar­dię, uda się na spo­tka­nie z guber­na­to­rem.

Zatrzy­mał się na chwilę przed drzwiami Ami­dali, świa­dom tego, że już zaraz wszystko się zmieni. Nie będzie już tylko kapi­ta­nem straży, a ona nie będzie już tylko kan­dy­datką. Jasne, darzył ją sym­pa­tią pod­czas kam­pa­nii, ale teraz ich imiona zostaną nie­ro­ze­rwal­nie powią­zane na kar­tach dzie­jów Naboo. Dla­tego chciał przy­sta­nąć i zebrać myśli. Zacze­kał jesz­cze kilka minut, gdy przed­sta­wi­ciele komi­sji wybor­czej szy­ko­wali się, by prze­ka­zać wieść pozo­sta­łym kan­dy­dat­kom. Otwo­rzył drzwi.

– Wasza Wyso­kość – powie­dział, przy­sta­nąw­szy w progu. – Wybory dobie­gły końca. Roz­po­czyna się pani praca.

Sie­dząca naprze­ciwko drobna postać wstała, by go powi­tać. Była ubrana w biel, co spra­wiało, że wyda­wała się jesz­cze młod­sza, jed­nak Panaka ani przez chwilę nie wąt­pił w zde­cy­do­wa­nie, które biło z jej postawy. W cza­sie kam­pa­nii wybor­czej zawsze nakła­dała mnó­stwo maki­jażu. Jej twarz skry­wała się za kosme­ty­kami, przy­po­mi­na­ją­cymi miesz­kań­com Naboo o cię­ża­rze jej obiet­nic. A teraz była odsło­nięta, choć czę­ściowo skryta za roz­pusz­czo­nymi wło­sami.

– Dzię­kuję, kapi­ta­nie – odparła. – Jestem gotowa.

Z niczym się nie zdra­dziła, choć Panaka wyobra­żał sobie, że musi odczu­wać cho­ciaż lek­kie zde­ner­wo­wa­nie. Spoj­rzał przez ramię i zoba­czył, że ostatni czło­nek komi­sji znika wła­śnie z kory­ta­rza.

– Zechce mi pani towa­rzy­szyć? – spy­tał, wska­zu­jąc gestem kory­tarz. Droid się odda­lił. – Pani oso­bi­sta gwar­dia jest gotowa do inspek­cji. Ow­szem, to for­mal­ność, ale należy jej doko­nać, nim pojawi się tu z ramie­nia rządu guber­na­tor Bib­ble.

– Oczy­wi­ście, kapi­ta­nie. – Miała lekki, bez­oso­bowy ton, ale Panaka nie wziął tego do sie­bie. Led­wie go znała.

– Póź­niej prze­dys­ku­tu­jemy kwe­stię odpo­wied­nich dla pani środ­ków bez­pie­czeń­stwa – oznaj­mił. – Wdro­ży­łem już kilka roz­wią­zań, ale nie chcia­łem wyry­wać się przed sze­reg. Minie kilka dni, nim sytu­acja się unor­muje, ale jestem bar­dzo zado­wo­lony z zespołu, który został odde­le­go­wany do pani potrzeb.

Nie odpo­wie­działa, ale pozwo­liła, by popro­wa­dził ją kory­ta­rzem ku miej­scu, gdzie zebrali się człon­ko­wie sił bez­pie­czeń­stwa. Usta­wili się w dwóch rzę­dach i bez słowa sta­nęli na bacz­ność, gdy tylko zja­wił się z kró­lową w sali. Byli jej oso­bi­stą gwar­dią, zło­żoną z szes­na­stu kobiet i męż­czyzn, któ­rzy mieli ją chro­nić po cztery osoby na zmianę. Pozo­stali straż­nicy pała­cowi mieli zaj­mo­wać się innymi kwe­stiami zwią­za­nymi z bez­pie­czeń­stwem i w razie potrzeby koor­dy­no­wać dzia­ła­nia z kró­lową. Panaka wniósł o przy­dzie­le­nie mu więk­szej liczby per­so­nelu, ale jego prośba została odrzu­cona.

Nowa wład­czyni spo­glą­dała w twarz każ­demu i każ­dej z zebra­nych, gdy ich jej kolejno przed­sta­wiano. Od razu zapa­mię­ty­wała imiona. Gdy tak stała przed oso­bami znacz­nie wyż­szymi od sie­bie, trudno było dostrzec w niej osobę potężną, ale bio­rąc pod uwagę pew­ność sie­bie widoczną w jej cho­dzie, rów­nie dobrze mogła mieć trzy metry wzro­stu. Gdy już założy suk­nię kró­lo­wej, będzie wyglą­dać zja­wi­skowo.

Kiedy przy­wi­tała się ze wszyst­kimi, Panaka odwo­łał gwar­dzi­stów z wyjąt­kiem tej trójki, która miała z nim peł­nić służbę. Wkrótce potem zja­wił się sam guber­na­tor. Te pierw­sze spo­tka­nia nie odby­wały się w sali tro­no­wej. Panaka dzie­lił uwagę mię­dzy obser­wo­wa­nie kró­lo­wej i moni­to­ro­wa­nie, jak patrzą na nią inni. Bib­ble głów­nie poru­szał temat cere­mo­niału i zasad, a nie waż­nych spraw wagi pań­stwo­wej, więc roz­mowa nie była szcze­gól­nie cie­kawa, ale kró­lowa mimo wszystko sku­piała na nim pełną uwagę.

– I, moim zda­niem, to już wszystko na dziś – zakoń­czył Bib­ble. Roz­mowa trwała kilka godzin, a kró­lowa nie oka­zy­wała żad­nych oznak zmę­cze­nia czy znu­dze­nia. – Chyba że ma pani pyta­nia?

– Dzię­kuję, ale to nie będzie konieczne, guber­na­to­rze – rze­kła Ami­dala takim tonem, że dla wszyst­kich stało się oczy­wi­ste, iż odpra­wia męż­czy­znę, choć for­mal­nie rzecz bio­rąc, Bib­ble na­dal był od niej wyż­szy rangą. Panaka się uśmiech­nął. – Choć była­bym wdzięczna, gdyby popro­sił pan kogoś o prze­sła­nie mi naj­waż­niej­szych doku­men­tów poli­tycz­nych. Mogę się z nimi zapo­znać dziś wie­czo­rem i przy­go­to­wać do jutrzej­szych spo­tkań.

– Oczy­wi­ście, Wasza Wyso­kość – odparł Bib­ble i wstał. Ski­nął głową asy­sten­towi, który spo­rzą­dził sto­sowną notatkę. – Prze­ślę pani doku­menty, gdy tylko upo­ram się z resztą bie­żą­cych spraw. Dziś wszy­scy mamy sporo na gło­wie.

Kró­lowa przy­tak­nęła z gra­cją i guber­na­tor wraz z dorad­cami się odda­lili. Ami­dala wstała od stołu. Dopiero teraz, gdy pozo­stała w towa­rzy­stwie samych gwar­dzi­stów, pozwo­liła sobie na to, by jej postawa ule­gła zmia­nie. Roz­cią­gała mię­śnie szyi. Ruszała głową, jakby chciała umie­ścić wszyst­kie nowe infor­ma­cje we wła­ści­wych miej­scach.

For­malne prze­ka­za­nie wła­dzy miało nastą­pić dopiero za kilka dni. Wkrótce potem zaczną się pierw­sze wystą­pie­nia publiczne. Pomimo for­mal­nego cha­rak­teru roli kró­lo­wej i stop­nia skost­nie­nia cere­mo­niału, sam pro­ces obję­cia wła­dzy nie był szcze­gól­nie publiczny. Po odosob­nie­niu kan­dy­da­tek na czas gło­so­wa­nia zwy­cięż­czyni nie roz­ma­wiała z pod­da­nymi, póki nie powsta­nie jej monar­szy image.

– Kapi­ta­nie? – ode­zwała się Ami­dala, wyry­wa­jąc Panakę z roz­my­ślań.

– Tak, Wasza Wyso­kość? – Kapi­tan sta­nął naprze­ciwko dziew­czyny.

– A może mogli­by­śmy omó­wić kwe­stie bez­pie­czeń­stwa pod­czas obiadu? – spy­tała.

– Powin­ni­śmy peł­nić straż we czworo, Wasza Wyso­kość – odparł Panaka. – Co ozna­cza, że nie możemy zasiąść przy stole. Mogę jed­nak roz­ma­wiać z panią, gdy będzie się pani posi­lała.

Wes­tchnęła, ale zaak­cep­to­wała te warunki. Panaka nawią­zał łącz­ność z kuch­nią i wezwał dro­ida z obia­dem dla jed­nej osoby. Gdy już się wpro­wa­dzą do kró­lew­skiego pałacu, kró­lo­wej nie będą odstę­po­wać dwo­rza­nie, ale teraz łatwiej i bez­piecz­niej było korzy­stać z pomocy dro­idów.

– Nie jestem przy­zwy­cza­jona do samot­nych obia­dów – przy­znała Ami­dala, gdy zasia­dała do stołu. – Mój ojciec wie­dział, że jeste­śmy wszy­scy zabie­gani, a mimo to nale­gał, aby­śmy spo­ży­wali posiłki wszy­scy razem.

Panaka wie­dział, że celowo pomija szcze­góły, choć znał jej toż­sa­mość. Wziął to za dobry znak. Nie­które monar­chi­nie lek­ce­wa­żyły fakt, że nowa rola wymaga od nich ano­ni­mo­wo­ści, co zawsze przy­pra­wiało o ból głowy straż­ni­ków. Nie słu­żył w gwar­dii przy­bocz­nej odcho­dzą­cej kró­lo­wej, Sanan­drassy, ale docie­rało do niego wystar­cza­jąco wiele gar­ni­zo­no­wych plo­tek, by wie­dział, że jego kole­dzy wycze­kują dnia, aż kró­lowa powróci do swo­jej toż­sa­mo­ści. Musieli z nią wal­czyć, aby oddzie­lić jej wcie­le­nie wład­czyni od pry­wat­nego. Odniósł wra­że­nie, że osoba, którą przy­szło mu się opie­ko­wać, jest pod tym wzglę­dem roz­trop­niej­sza.

– To jedna z tych rze­czy, o któ­rych chcia­łem z panią poroz­ma­wiać, Wasza Wyso­kość – powie­dział. Jeśli czuł się nie­zręcz­nie z tym, że mówi do kró­lo­wej, gdy ta się posila, nie dał tego po sobie poznać.

– Tak? – zachę­ciła go, dzie­ląc chleb na małe kawałki.

– Jak pani wia­domo, kró­lo­wej zazwy­czaj towa­rzy­szy co naj­mniej jedna dwórka – oznaj­mił. – Zasta­na­wia­łem się, czy już myślała pani o poten­cjal­nej towa­rzyszce.

– Sio­stra mnie wcze­śniej poin­for­mo­wała, że nie zamie­rza słu­żyć na moim dwo­rze – rze­kła kró­lowa – choć nie zdzi­wiło mnie to ani tro­chę. Podej­rze­wam, że mogłam popro­sić o to jedną z bli­skich przy­ja­ció­łek, ale pochło­nęły mnie wybory. Nie dopusz­cza­łam do sie­bie myśli, że tuż potem poja­wią się kwe­stie prak­tyczne.

– W kon­ser­wa­to­rium w Theed jest pewna dziew­czyna – wyja­wił. – W pani wieku. Jest dość uta­len­to­wa­nym muzy­kiem. A do tego bar­dzo inte­li­gentna, a zda­niem nauczy­cieli ma też głowę na karku. Roz­ma­wia­łem z nią przed kil­koma tygo­dniami, tak na wszelki wypa­dek. Wyda­wała się dość miła.

Kró­lowa unio­sła brew, ale przez uprzej­mość nie zapy­tała, czy wyszu­kał też poten­cjalne dwórki pozo­sta­łym kan­dy­dat­kom.

– Co wię­cej – dodał – jest do pani ude­rza­jąco podobna. Gdyby została pani dwórką i gdyby wyra­ziła taką chęć, mogłaby się prze­szko­lić z zakresu ochrony oso­bi­stej. Byłaby pani bliż­sza niż kto­kol­wiek inny.

Kró­lowa posi­lała się, pogrą­żona w myślach, po czym napiła się wody.

– A czy taki sto­pień zabez­pie­czeń naprawdę jest nie­zbędny?

Kró­lowa Sanan­drassa sku­piała się na poli­tyce Naboo do tego stop­nia, że wręcz igno­ro­wała potrzeby pozo­sta­łych pla­net sek­tora, ku pew­nemu nie­za­do­wo­le­niu ich miesz­kań­ców. Gdyby teraz miało się oka­zać, że kolejna kró­lowa będzie słu­żyła tylko przez jedną kaden­cję, Panaka też byłby nie­za­do­wo­lony. Ale cho­dziło też o inne kwe­stie. Naboo przez ostatni mie­siąc poświę­cało uwagę wybo­rom, ale na pierw­sze strony ser­wi­sów zawi­tały też infor­ma­cje o spo­rach han­dlo­wych na obsza­rze Środ­ko­wych Rubieży.

– Wie­rzę, że prze­zor­ność popłaca, Wasza Wyso­kość – oznaj­mił kapi­tan. – W razie czego mogłaby nawet zamie­nić się z panią miej­scami.

– Nie chcę nikogo nara­żać na nie­bez­pie­czeń­stwo – zapro­te­sto­wała kró­lowa.

Nim Panaka mógł udzie­lić oczy­wi­stej odpo­wie­dzi, na jej twa­rzy poja­wiło się zro­zu­mie­nie. Posta­no­wił nie drą­żyć tematu. Dobrze, że już teraz rozu­mieli się bez słów.

– To nie­unik­nione – stwier­dziła wresz­cie. – Od teraz tak będzie wyglą­dało moje życie.

– Tak, Wasza Wyso­kość – odparł. – Mówimy, że to cię­żar wła­dzy. Nie jest to przy­jemna świa­do­mość.

Znów zamil­kła. Pogrą­żyła się w myślach, gdy Panaka się jej przy­glą­dał. Zaak­cep­to­wała jego słowa, ale jej twarz znów się skrzy­wiła, gdy zna­la­zła kolejną wadę planu.

– A w czym pomo­głaby jedna sobo­wtórka? – spy­tała.

– Cóż, ludzie myśle­liby, że jest panią – wyja­śnił Panaka. Miał wra­że­nie, że już poru­szyli ten temat.

– Ale jeśli będziemy we dwie i zamie­nimy się miej­scami, wszy­scy będą o tym wie­dzieć – zauwa­żyła Ami­dala. – A jeśli „kró­lowa” nagle będzie sama, inni nabiorą podej­rzeń.

Suge­stia zawi­sła w powie­trzu na dłuż­szą chwilę. Panaka był wystar­cza­jąco roz­sądny, by mieć świa­do­mość, że wład­czyni pod­daje go wła­śnie pierw­szemu testowi. Poka­zała mu, ile jest warta, a jego odpo­wiedź zaważy na powo­dze­niu ich dal­szej współ­pracy. Scho­wał dumę do kie­szeni.

– Ma pani słusz­ność, Wasza Wyso­kość – przy­znał. – To co pani suge­ruje?

– Przy licz­niej­szej gru­pie byłoby o wiele trud­niej nabrać podej­rzeń – powie­działa. – No i miałby pan pew­ność, że w każ­dej chwili strzeże mnie wię­cej niż czworo gwar­dzi­stów.

„Nie­zła jest”.

– Zoba­czę, co da się zro­bić – obie­cał. – Odna­le­zie­nie zado­wa­la­ją­cych kan­dy­da­tek może chwilę potrwać.

– Dzię­kuję, kapi­ta­nie – odrze­kła. – Chcia­ła­bym poznać dziew­czynę, o któ­rej pan wspo­mniał, tak szybko, jak to moż­liwe, o ile zaaran­żuje pan nasze spo­tka­nie.

Nagle ode­zwał się oso­bi­sty komu­ni­ka­tor kró­lo­wej, który na czas obiadu spo­czy­wał na bla­cie stołu.

– Guber­na­tor – rzu­ciła, zer­ka­jąc na ekran. – To już wszystko na dziś, kapi­ta­nie.

– Wasza Wyso­kość – odparł. – W nocy gwar­dzi­ści będą peł­nić wartę przed pani sypial­nią.

Kró­lowa prze­ka­zała talerz i sztućce dro­idowi kel­ne­rowi i odwró­ciła się, by przejść do sali, w któ­rej miała spę­dzić kilka kolej­nych nocy. Panaka pod­szedł do straż­ni­ków, by wydać roz­kazy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki