Star Wars. Ahsoka - E.K Johnston - ebook + książka

Star Wars. Ahsoka ebook

Johnston E. K.

4,1

Opis

BYŁA PRZEKONANA, ŻE WOJNA SIĘ SKOŃCZYŁA, ALE NOWA BITWA WŁAŚNIE SIĘ ZACZYNAŁA.

Ahsoka Tano, niegdyś lojalna padawanka Anakina Skywalkera, w wyniku bolesnych wydarzeń opuszcza szeregi zakonu Jedi i postanawia kroczyć własną ścieżką.

Zaszywa się na niepozornym rolniczym księżycu, gdzie zamierza prowadzić skromny i spokojny żywot.

Okazuje się jednak, że ucieczka tak przed przeszłością, jak i przed Imperium nie jest możliwa.

Ahsoka musi wybrać: stanąć do walki czy pozostać w ukryciu? Jej decyzja zmieni życie wszystkich jej bliskich… Czy przyniesie galaktyce nową nadzieję? Znakomite studium postaci z elementami akcji, wielkiej polityki i wciągającej dramaturgii.

Ta opowieść aż iskrzy od emocji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (49 ocen)
17
23
7
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Azumi0chan

Nie oderwiesz się od lektury

świetna opowieść w świecie sci-fi, bardzo chciałem się dowiedzieć co stało się z Ahsoką po wojnach klonów, teraz już wiem :D Zdecydowanie zasługuje na ekranizację! Polecam wszystkim fanom SW
00
DawidekVIP

Całkiem niezła

wszystko ok ale nic specjalnego
00
p_piniarski

Nie oderwiesz się od lektury

Super łącznik między ostatnim epizodem Wojen Klonów a Rebeliantami. Najlepsza postać w świecie SW.
00
JudytaB90

Całkiem niezła

Niezła, ale nic specjalnego. Pierwsza połowa zdecydowanie za wolno się rozkręcała.
00
Cahir2e

Całkiem niezła

Średnia książka ale przyjemnie i szybko się czytało Ciekawostki rozszerzające historię między filmami
00

Popularność




Chronologia Star Wars

Wprowadzenie

MAN­DA­LORA PŁO­NĘŁA.

Oczy­wi­ście nie cała, jed­nak w ogniu stał obszar na tyle duży, by wszystko wokół tonęło w kłę­bach dymu. Ahsoka Tano wcią­gnęła go głę­boko w płuca. Wie­działa, co powinna zro­bić, jed­nak nie była pewna, czy to zadziała. Co gor­sza, nie wie­działa, na jak długo wystar­czy jej roz­wią­za­nie – jed­nak nie miała już w zana­drzu innych opcji; to było jedyne wyj­ście, jakie jej zostało. Przy­była tu z armią i z misją, tak jak bywało w cza­sach, gdy wciąż była jesz­cze pada­wanką Ana­kina Sky­wal­kera. Cóż, może wszystko poszłoby lepiej, gdyby i tym razem miała go u boku…

– Uwa­żaj na sie­bie, Ahsoko – powie­dział tuż przed tym, nim wrę­czył jej mie­cze świetlne i wyru­szył na pomoc kanc­le­rzowi. – Maul jest sprytny. I nie ma w sobie ani krzty lito­ści.

– Będę o tym pamię­tać – obie­cała mu, pró­bu­jąc zła­go­dzić nieco mło­dzień­czą buń­czucz­ność w gło­sie – tę samą, która spra­wiła, że nadał jej przy­do­mek Smark tuż po ich pierw­szym spo­tka­niu. Miała wra­że­nie, że nie­zbyt jej to wyszło, jed­nak Ana­kin mimo to uśmiech­nął się do niej cie­pło.

– Jasne – powie­dział tylko i prze­cią­gnął się, roz­pro­sto­wu­jąc ramiona, myślami będąc już zapewne przy wła­snej walce. – Wiesz jed­nak, jak się o cie­bie mar­twię…

– Ale co mogłoby pójść nie tak? – spy­tała bez­tro­sko, jak Ahsoka, którą znał; zła­pała się na tym, że ona rów­nież się uśmie­cha.

Teraz w dło­niach czuła pokrze­pia­jący cię­żar mie­czy świetl­nych, jed­nak gdyby tylko mogła, bez namy­słu zamie­ni­łaby je na obec­ność daw­nego towa­rzy­sza broni u boku.

Widziała już Maula – był nie­da­leko. Jego czer­wono-czarną twarz spo­wi­jał dym, jed­nak wyda­wało się, że wcale mu to nie prze­szka­dza. Odrzu­cił już swoją pele­rynę, a z jego bojo­wej pozy wręcz ema­no­wała goto­wość do walki. Stał na jed­nym z pla­ców, który jesz­cze nie pło­nął – spa­ce­ro­wał w tę i we w tę, cze­ka­jąc na nią. Gdyby nie wie­działa, że jego nogi są sztuczne, ni­gdy by się nie domy­śliła, że to nie koń­czyny, z któ­rymi przy­szedł na świat. Pro­tezy w żaden spo­sób go nie spo­wal­niały. Ruszyła w jego stronę, gotowa, zde­ter­mi­no­wana. Koniec koń­ców wie­działa coś, o czym on nie mógł mieć poję­cia…

– Gdzie twoja armia, lady Tano? – zawo­łał, gdy tylko zna­la­zła się w zasięgu jego głosu.

– Zajęta poko­ny­wa­niem two­jej! – odkrzyk­nęła, licząc w duchu na to, że to prawda. Nie zamie­rzała dać mu satys­fak­cji i zdra­dzić, jak zra­nił ją fakt, iż nazwał ją „lady Tano”. Nie była już dowód­czy­nią, cho­ciaż bata­lion wciąż trak­to­wał ją z sza­cun­kiem, jakim zawsze cie­szyła się z uwagi na swoją repu­ta­cję.

– Jakże to uprzejme ze strony two­ich byłych mistrzów, że przy­słali cię tu samą i oszczę­dzili mi wysiłku porząd­nej walki! – szy­dził Maul. – Nie jesteś nawet praw­dziwą Jedi…

Każde jego słowo ocie­kało wręcz zło­śli­wo­ścią, gdy tak cedził je przez obna­żone zęby. Ema­no­wał gnie­wem, przed któ­rym ostrze­gał mło­dzi­ków mistrz Yoda – takim, który tra­wił do cna, dopóki z osoby, którą ogar­niał, nie została ani krztyna daw­nego ja. Aż zadrżała na samą myśl o tym, przez co musiał przejść Maul, aby stać się tym, kim był teraz. Mimo to była dość sprytna, by wie­dzieć, iż naj­le­piej będzie, jeśli wyko­rzy­sta to do uzy­ska­nia nad nim prze­wagi: musiała go roz­wście­czyć do tego stop­nia, aby sądził, że jest górą.

– A więc wygląda na to, że walka będzie wyrów­nana – stwier­dziła spo­koj­nie, mie­rząc go wzro­kiem od stóp do głów. – Bo ty jesteś jedy­nie w poło­wie Sithem.

To nie było czy­ste zagra­nie – zwy­kła zło­śli­wość z rodzaju tych, po usły­sze­niu któ­rych mistrz Kenobi prze­wró­ciłby oczami, jed­nak Ahsoka zupeł­nie nie żało­wała, że to powie­działa. Dro­cze­nie się z prze­ciw­ni­kiem było popu­larną tak­tyką, ona zaś zamie­rzała wyko­rzy­stać wszel­kie dostępne spo­soby na zdo­by­cie prze­wagi, nawet kosz­tem uprzej­mo­ści. Tak czy ina­czej, miał rację: nie była Jedi.

Maul pod­kra­dał się do niej bokiem z mroczną, dziw­nie hip­no­tyczną, kocią gra­cją, obra­ca­jąc przy tym w dłoni ręko­jeść swo­jego mie­cza świetl­nego. Widząc to, zaci­snęła moc­niej palce na wła­snej broni, jed­nak po chwili zmu­siła się do roz­luź­nie­nia uści­sku. Musiała go nakło­nić, by pod­szedł bli­żej. To wyma­ga­jące cier­pli­wo­ści cze­ka­nie było w pew­nym sen­sie podobne do medy­ta­cji. Wie­działa dobrze, że w jego przy­padku takie zagra­nie spraw­dziło się już wcze­śniej, na Naboo, gdy Obi-Wan poko­nał go pierw­szy raz. Się­gnęła ku niemu poprzez Moc i zna­la­zła go w niej: cze­ka­ją­cego na nią, pew­nego sie­bie i ema­nu­ją­cego zatrwa­ża­jącą siłą. Otwo­rzyła umysł, sku­piła się i cała zamie­niła się w słuch… a potem ruszyła z miej­sca, niczym jego lustrzane odbi­cie: cofa­jąc się o krok z każ­dym kro­kiem, który przy­bli­żał go do niej.

– Och, a więc nie jesteś Jedi, ale wciąż jesteś tchó­rzem! – zakpił. – A może po pro­stu Sky­wal­ker zapo­mniał cię nauczyć odwagi, nim posta­wił na tobie krzy­żyk?

– Sama pod­ję­łam decy­zję o odej­ściu – odwark­nęła, głę­boko wie­rząc, że te słowa są prawdą, pomimo doj­mu­ją­cego bólu, któ­rym były pod­szyte. Po czym sku­piła się ponow­nie na zacho­wa­niu rów­no­wagi, na Maulu.

– Jasne. A ja z wła­snej woli wylą­do­wa­łem na tej ster­cie śmieci i sam pisa­łem się na te kosz­marne nogi! – par­sk­nął szy­der­czo Maul.

Ahsoka czuła wzbie­ra­jący w nim gniew – już nie­mal prze­lał czarę.

Zabrak akty­wo­wał miecz świetlny i przy­spie­szył kroku. Bez pro­blemu udała, że zdo­łał ją zasko­czyć – zato­czyła się lekko w tył i odda­liła poza zasięg jego wście­kłego ataku.

– I idę o zakład, że ty także wpa­ko­wa­łaś się w to na wła­sne życze­nie, lady Tano – dodał. Cóż, to aku­rat była prawda, jed­nak on widział tylko jej sła­bo­ści. Jego gniew zaśle­piał go, nie pozwa­la­jąc mu dostrzec nic innego. – Ostat­nia próba zro­bie­nia wra­że­nia na swoim mistrzu, który stwier­dził, że nie ma już z cie­bie pożytku.

– To nie­prawda! – zawo­łała. Jesz­cze odro­bina… Już nie­mal był w jej sidłach.

Rzu­cił się w jej stronę z okrut­nym śmie­chem na ustach… jed­nak ona wciąż zwle­kała. Dopiero w ostat­niej chwili, gdy już pra­wie zna­la­zła się w jego zasięgu, zare­ago­wała.

Zie­lone ener­ge­tyczne ostrza zamru­czały zna­jomo, śpiew­nie, gdy akty­wo­wała swoje mie­cze i sko­czyła naprzód, mar­ku­jąc atak. Maul wyszedł jej na spo­tka­nie, a wów­czas cof­nęła się szybko o krok, zmu­sza­jąc go do prze­kro­cze­nia gra­nicy, punktu, z któ­rego nie było już odwrotu. Zawi­nął mie­czem, celu­jąc w jej głowę, a ona odpo­wie­działa – z całą siłą, na jaką było ją stać. Klinga jej broni naparła na jego ostrze, spra­wia­jąc, że zna­lazł się dokład­nie tam, gdzie chciała go mieć.

– Teraz! – zawo­łała do swo­ich nie­wi­docz­nych sojusz­ni­ków.

Odpo­wie­dzieli szybko – zbyt szybko, by zde­kon­cen­tro­wany Maul zdo­łał w porę prze­rwać atak i zare­ago­wać na nowe zagro­że­nie. Ahsoka usu­nęła się na czas – w ostat­niej chwili – i już za moment pole ener­ge­tyczne obu­dziło się do życia, wię­żąc jej ofiarę z mie­czem świetl­nym wciąż unie­sio­nym do ataku.

Rozdział 01

Roz­dział

01

BYŁA SAMA – do czego nie przy­wy­kła. Jej lud ponad wszystko cenił sobie ple­mienną więź i więzy krwi, zaś dzięki Mocy miała w galak­tyce rze­sze braci i sióstr, pocho­dzą­cych ze wszyst­kich moż­li­wych do wyobra­że­nia gatun­ków. Nawet gdy opu­ściła Świą­ty­nię Jedi, wciąż wyczu­wała ich obec­ność, kiedy tylko chciała – ich pul­su­jącą ema­na­cję w ota­cza­ją­cej ją Mocy.

To zna­czy do momentu, gdy nie była już dłu­żej w sta­nie ich wykryć.

Teraz jed­nak chyba coraz czę­ściej zaczy­nała wybie­rać samot­ność. Gdy była sama, nie musiała podej­mo­wać decy­zji, które wpły­nę­łyby na kogoś poza nią: napra­wić szwan­ku­jący moty­wa­tor czy nie? Zjeść czy nie? Spać albo nie spać – marzyć lub nie marzyć…

Sta­rała się marzyć naj­rza­dziej, jak się dało, jed­nak ten dzień wyjąt­kowo się do tego nie nada­wał: Dzień Impe­rium. W całej galak­tyce, od Jądra aż po Zewnętrzne Rubieże (acz­kol­wiek na tych ostat­nich nieco mniej entu­zja­stycz­nie) pla­no­wano uro­czy­sto­ści towa­rzy­szące obcho­dom usta­no­wie­nia rzą­dów prawa i porządku przez Impe­ra­tora Pal­pa­tine’a. To było pierw­sze takie święto. Racz­ku­jące Impe­rium miało zale­d­wie rok, jed­nak sam pomysł uczcze­nia dnia jego utwo­rze­nia przy­pra­wiał ją o mdło­ści. Zapa­mię­tała go z zupeł­nie innego powodu niż zapro­wa­dze­nie w galak­tyce pokoju.

Man­da­lora wów­czas pło­nęła i nawet jeśli wraz z Rek­sem i resztą zdo­łali oca­lić jej więk­szą część, ich zwy­cię­stwo nie­mal natych­miast zostało zni­we­czone – i to w spo­sób tak bru­talny i gwał­towny, że Ahsoce z naj­wyż­szym tru­dem przy­cho­dziło wra­ca­nie myślami do tam­tych chwil. Toteż sta­rała się tego uni­kać.

– Ashlo! – Ze wspo­mnień wyrwał ją gło­śny, pod­eks­cy­to­wany głos. – Ashlo, spóź­nisz się na paradę!

Miesz­ka­nie na Zewnętrz­nych Rubie­żach miało swoje plusy. Tutej­sze pla­nety były słabo zalud­nione, a spo­łecz­no­ści nie­zbyt dobrze zor­ga­ni­zo­wane, co bar­dzo uła­twiało życie pod przy­braną toż­sa­mo­ścią. W ten spo­sób łatwo było też utrzy­mać się z dala od bar­dziej uczęsz­cza­nych szla­ków nad­prze­strzen­nych. Nie mówiąc już o tym, że więk­szość pla­net na tere­nie Zewnętrz­nych Rubieży nie dys­po­no­wała niczym na tyle atrak­cyj­nym, by przy­kuć uwagę Impe­rium – zaś ścią­ga­nie na sie­bie uwagi było w tej chwili ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­bo­wała Ahsoka.

Nie spo­dzie­wała się jed­nak, że skupi na sobie uwagę swo­ich sąsia­dów, Far­dich, miej­sco­wej rodziny, która wyda­wała się maczać palce we wszyst­kim, co działo się na Tha­be­sce. Wzięli ją pod swoje skrzy­dła – przy­naj­mniej w takim stop­niu, jak mogło się to udać wzglę­dem osoby, która pra­gnie utrzy­mać dystans. Wciąż na swój wła­sny spo­sób była pogrą­żona w żało­bie i czuła się lepiej, wma­wia­jąc sobie, że nie potrze­buje two­rzyć nowych więzi, zdo­by­wać nowych przy­ja­ciół.

Tha­be­ska bar­dzo jej pod tym wzglę­dem odpo­wia­dała. To była pyli­sta, spo­kojna pla­neta, jed­nak zja­wiało się tu dość nowych osób, by Ahsoka nie wyróż­niała się spe­cjal­nie pośród nich. Kwitł tutaj han­del wodą i sprzę­tem, jed­nak nie było to nic spek­ta­ku­lar­nego – nawet prze­myt luk­su­so­wych towa­rów i egzo­tycz­nej żyw­no­ści doty­czył garstki. Żaden ze zna­nych jej, w miarę sza­nu­ją­cych się pira­tów nie sto­czyłby się tak nisko, by tu zaglą­dać. To miej­sce dosko­nale nada­wało się na nowy dom „Ashli”.

– Ashlo, jesteś tam? – dobiegł znów z zewnątrz dziew­częcy głos. „Zbyt rado­sny” – pomy­ślała Ahsoka, krę­cąc smutno głową. Dzień Impe­rium wcale nie był tak eks­cy­tu­jący, nawet jeśli wie­rzyło się pro­pa­gan­dzie. Dziew­czynki naj­wy­raź­niej coś pla­no­wały i chciały jej o tym powie­dzieć.

Roz­wa­żyła w myśli dostępne opcje. Wie­dziano, że lubi samot­nie zapusz­czać się na rów­niny; nie było tam nic nie­bez­piecz­nego, a już z pew­no­ścią nic, co mogłoby być dla niej zagro­że­niem. Dla­tego sie­działa po cichu, uda­jąc, że nie ma jej w domu; gdyby komu­kol­wiek przy­szło do głowy zapy­tać ją, gdzie się podzie­wała, odpo­wie­dzia­łaby, że poszła po pro­stu się przejść.

Wstała i prze­szła na drugą stronę swo­jego maleń­kiego domo­stwa. Nie było na tyle luk­su­sowe, by mieć wydzie­lone osobne pokoje, jed­nak Ahsoce wcale to nie prze­szka­dzało – jeśli nauczyła się cze­goś, dora­sta­jąc w Świą­tyni Jedi, to na pewno samo­wy­star­czal­no­ści i zado­wa­la­nia się zaspo­ka­ja­niem pod­sta­wo­wych potrzeb. Ten, kto nie miał zbyt wiele, nie musiał dźwi­gać ze sobą bagażu, gdy nale­żało odejść. A nikt lepiej od niej nie wie­dział, jakie to ważne. Z całej siły sta­rała się nie myśleć o pustym zacze­pie na broń do pasa, który zatrzy­mała, jed­nak nie nosiła na co dzień.

Pod­eks­cy­to­wane nawo­ły­wa­nia dziew­cząt wzbu­dziły jej czuj­ność, ale musiała się dowie­dzieć wię­cej. A jedy­nym spo­so­bem na uzy­ska­nie odpo­wie­dzi było otwo­rze­nie drzwi.

– Idę już, idę! – odkrzyk­nęła, sta­ra­jąc się brzmieć entu­zja­stycz­nie.

Ahsoka poznała klan Far­dich w stocz­niach, gdy pierw­szy raz zja­wiła się na pla­ne­cie. To była baza ope­ra­cyjna wszyst­kich przed­się­wzięć, które pro­wa­dzili – legal­nych i nie. Sta­rała się ich uni­kać i uda­wa­łoby się jej to cał­kiem nie­źle, gdyby nie naj­młod­sze dziew­czynki, które nie odstę­po­wały jej na krok – nie potra­fiła zdo­być się na bycie opry­skliwą w sto­sunku do dzieci. Gdy otwo­rzyła drzwi, stała pod nią czwórka młod­szych, a za ich ple­cami cze­kało kilka star­szych dziew­czy­nek. Te ostat­nie nie wyda­wały się tak ura­do­wane jak młod­sze. Ahsoka zamarła, jed­nak szybko zmu­siła się do odprę­że­nia. Się­gnęła poprzez Moc, aby wyba­dać oto­cze­nie – bar­dzo ostroż­nie, jeśli jed­nak ist­niało coś, co mogła w ten spo­sób wyczuć, to było zbyt daleko, by mogła zorien­to­wać się, co się święci.

– Ashlo, musisz z nami pójść, szybko! – oświad­czyła naj­star­sza z dziew­cząt. Fardi mieli tak wiele dzieci, że Ahsoka nie potra­fiła spa­mię­tać ich imion. Gdy powio­dła wzro­kiem po przy­by­łych, ogar­nęło ją dziwne prze­czu­cie, że o czymś zapo­mniała…

– No wła­śnie! – zawtó­ro­wała inna z dziew­czy­nek. – Tata ma waż­nych gości, któ­rzy lubią pozna­wać nowych ludzi, a ty jesteś nowa, więc musisz przyjść! Możesz zostać z nami, żeby oglą­dać paradę i pokazy.

Wciąż trak­to­wano ją jak nową – nie­ważne, że miesz­kała tu już ponad rok, nie mówiąc o tym, że był to jej naj­dłuż­szy pobyt w jed­nym miej­scu, odkąd została pada­wanką Ana­kina Sky­wal­kera.

– W stocz­niach jest teraz mnó­stwo stat­ków – dodała ostroż­nie naj­star­sza z dziew­czy­nek, jakby bała się, że ktoś może pod­słu­chi­wać. – Przy­le­ciały na paradę. Jest ich bar­dzo dużo! Ochrona ma pełne ręce roboty z ich reje­stro­wa­niem, więc nie są w sta­nie wszyst­kiego upil­no­wać.

W miej­scu takim jak to przy­by­cie waż­nych gości ozna­czało koniecz­ność wło­że­nia czy­stego ubra­nia. Nawet zamożni Fardi byli zazwy­czaj cali pokryci pyłem, wszech­obec­nym na lokal­nych rów­ni­nach. Ahsoka oczyma wyobraźni zoba­czyła sztywno wykroch­ma­lone impe­rialne mun­dury w sto­no­wa­nych bar­wach. Z pew­no­ścią bar­dzo zaim­po­nują miesz­kań­com Tha­be­ski…

Wie­działa, co zro­bią Fardi. Musieli myśleć o swo­ich inte­re­sach, a przede wszyst­kim – o człon­kach rodziny. Powie­dzą impe­rial­nym wszystko, co ci będą chcieli wie­dzieć, i nie mogła mieć do nich o to pre­ten­sji. Naj­wy­raź­niej zro­biła na nich wra­że­nie na tyle dobre, żeby zapew­nić sobie przy­wi­lej bycia zapro­szoną na wizytę oraz infor­ma­cję na temat stoczni. Osoba w jej sytu­acji nie mogłaby liczyć na wię­cej.

– Może pój­dzie­cie przo­dem? – zapro­po­no­wała i z powagą kiw­nęła głową star­szym dziew­czyn­kom. Nie wie­działa, czy ich rodzice wie­dzą o tych odwie­dzi­nach, jed­nak chciała, by miały świa­do­mość, że doce­nia pod­jęte przez nie ryzyko. – Może­cie zająć dla mnie miej­sce, a tym­cza­sem ja dopro­wa­dzę się choć tro­chę do porządku. Nie­wiele dziś spa­łam, a nie mogę się prze­cież poka­zać taka nie­chlujna na para­dzie z oka­zji Dnia Impe­rium. – Wska­zała na swój strój. To było jedyne ubra­nie, jakie miała – i wszy­scy o tym wie­dzieli – jed­nak taka wymówka wystar­czyła.

Przy akom­pa­nia­men­cie bła­gal­nych próśb młod­szych dziew­czy­nek, by się pospie­szyła, i solen­nych obiet­nic, że zakle­pią dla niej miej­sce, dwie star­sze zaczęły w mil­cze­niu przy­na­glać sio­stry do powrotu i kie­ro­wać się w stronę cen­trum mia­sta. Ahsoka nie patrzyła w ślad za nimi. Gdy tylko się odwró­ciły, zatrza­snęła za nimi drzwi i poświę­ciła chwilę, żeby się spa­ko­wać.

Jej doby­tek był bar­dzo skromny. W pokoju nie miała nic poza łóż­kiem i grubą matą, na któ­rej mogłaby przyj­mo­wać gości – gdyby jakichś miała. Zwi­nęła ją teraz, odsła­nia­jąc nie­wielki scho­wek, w któ­rym trzy­mała nieco gotówki i bla­ster. Wrzu­ciła wszystko do torby i nasu­nęła na głowę kap­tur. Już wkrótce będzie sobie musiała spra­wić nowy – głowa znowu jej uro­sła i mon­trale były już nie­mal za dłu­gie, by kap­tur je zasła­niał.

Kiedy ostatni raz zamy­kała za sobą drzwi swo­jego miesz­ka­nia, powie­trze prze­szył wizg – sta­now­czo zbyt zna­jomy. Roz­po­częły się pokazy lot­ni­cze i wyglą­dało na to, że Impe­rium chwali się wła­śnie zwrot­no­ścią swo­ich naj­now­szych myśliw­ców.

Ulice były wylud­nione. Ahsoka sły­szała muzykę – gło­śne, mar­szowe tony, pod­czas gdy parada prze­cho­dziła główną aleją, kilka kwar­ta­łów dalej. Nie miała poję­cia, skąd to nagłe zain­te­re­so­wa­nie Impe­rium Tha­be­ską i wzmo­żona obec­ność jego sił na pla­ne­cie. Bez dwóch zdań Dzień Impe­rium nie był jedy­nym powo­dem takiego stanu rze­czy. Nie było tu jed­nak wiele wię­cej ponad uprzy­krzony, wci­ska­jący się wszę­dzie pył i Far­dich. Oraz ponad jedną z nie­licz­nych osób, być może ostat­nią, która prze­żyła Roz­kaz 66.

Dwóch impe­rial­nych żoł­nie­rzy w pan­cer­zach skrę­ciło za róg. Na ich widok Ahsoka wstrzy­mała oddech i się­gnęła ku nim Mocą. Nie wyczuła jed­nak nic zna­jo­mego – to nie były klony, tylko nowi rekruci, sztur­mowcy. A więc nic, czym nale­ża­łoby się mar­twić…

– Co tu robisz? – Gdy ją spo­strze­gli, pod­nie­śli bla­stery do strzału. – Dla­czego nie bie­rzesz udziału w obcho­dach?

– Wła­śnie się na nie wybie­ram – skła­mała, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię. – Byłam dziś rano na rów­ni­nach. Polo­wa­łam i stra­ci­łam poczu­cie czasu.

– Ruszaj więc – wark­nął jeden ze sztur­mow­ców, jed­nak nie opu­ścił bla­stera. Drugi rzu­cił coś do komu­ni­ka­tora, ale Ahsoka nie dosły­szała słów.

– Szczę­śli­wego Dnia Impe­rium! – powie­działa jesz­cze, po czym odwró­ciła się na pię­cie i skie­ro­wała w stronę, z któ­rej dobie­gały dźwięki muzyki.

Nie oglą­dała się za sie­bie, żeby spraw­dzić, czy za nią pójdą. Dała nura do pierw­szego napo­tka­nego okna na par­te­rze i wspi­nała się po scho­dach, dopóki nie dotarła na dach. Tutaj, znacz­nie bli­żej głów­nego kom­pleksu Far­dich, domo­stwa wyglą­dały zde­cy­do­wa­nie lepiej od jej skrom­nego schro­nie­nia – budynki były wyż­sze i miały pła­skie dachy, a co waż­niej­sze, stały bli­sko sie­bie (w ten spo­sób oszczę­dzano na kosz­tach pro­duk­cji). Może i nie była to naj­lep­sza droga ucieczki, jed­nak komuś o zdol­no­ściach Ahsoki w zupeł­no­ści wystar­czała.

Z nadzieją, że nikt jej nie zauważy, bie­gła co sił w nogach po dachach. Nawet pomimo doj­mu­ją­cej świa­do­mo­ści gro­żą­cego jej nie­bez­pie­czeń­stwa czuła się lepiej niż od bar­dzo dawna. Nie uży­wała Mocy, by przy­spie­szyć – nie było sensu nie­po­trzeb­nie ryzy­ko­wać, jed­nak pod­czas sko­ków posił­ko­wała się nią, aby mieć pew­ność, że wylą­duje bez­piecz­nie. Za każ­dym razem, gdy zer­kała w dół, widziała kolej­nych sztur­mow­ców patro­lu­ją­cych uliczki, jed­nak nie spra­wiali wra­że­nia, jakby szu­kali cze­goś – czy kogoś – kon­kret­nego. Wyglą­dało na to, że dwójka, na którą się natknęła, nie wsz­częła alarmu.

Gdy dotarła do końca sze­regu wyso­kich domów, przy­kuc­nęła i wyj­rzała, aby zlu­stro­wać teren stoczni. Fardi zarzą­dzali dwoma zakła­dami; patrzyła wła­śnie na mniej­szy z nich. Drugi praw­do­po­dob­nie ofe­ro­wałby więk­szy wybór stat­ków – i miałby wię­cej luk w sys­te­mie bez­pie­czeń­stwa, które Ahsoka mogłaby wyko­rzy­stać – jed­nak na teren mniej­szego mogła się dostać dachami i wła­śnie to skło­niło ją, by to tu spró­bo­wać szczę­ścia.

Doku­jące tutaj statki sta­no­wiły prze­waż­nie maszyny impe­rialne, co nie roko­wało zbyt dobrze – więk­szość z nich była zare­je­stro­wana i ozna­ko­wana i z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa wypo­sa­żono je w jakieś urzą­dze­nia napro­wa­dza­jące. Ahsoka zer­k­nęła nie bez żalu na jeden z trans­por­tow­ców. Spo­śród wszyst­kich par­ku­ją­cych tu stat­ków wła­śnie ten wyglą­dał naj­bar­dziej zna­jomo, jed­nak nie mogła ryzy­ko­wać. Zamiast tego sku­piła więc uwagę na mniej­szym frach­towcu, sto­ją­cym na tyłach dzie­dzińca.

To była jed­nostka nale­żąca do Far­dich, jedna z legal­nych, ale Togru­tanka wie­działa, jak uczy­nić ją w oka­mgnie­niu… cóż, mniej legalną. Fardi wła­śnie za to jej pła­cili: za maj­dro­wa­nie przy sys­te­mach stat­ków. Była dobrym mecha­ni­kiem i dzięki sumien­nej pracy zdo­była sobie ich zaufa­nie. Poza tym sta­tek był nie­strze­żony. Ahsoka nie wie­działa, czy może to potrak­to­wać jako coś w rodzaju zapro­sze­nia, jed­nak nie zamie­rzała prze­pu­ścić takiej oka­zji.

Na dzie­dzińcu zli­czyła około dwu­dzie­stu sztur­mow­ców. Daw­niej, gdy otwar­cie mogła korzy­stać z Mocy, to nie sta­no­wi­łoby żad­nego pro­blemu. Teraz, mając do dys­po­zy­cji jedy­nie bla­ster, poświę­ciła chwilę na ana­lizę.

Ana­kin bez dwóch zdań wkro­czyłby od razu do akcji, nie zwa­ża­jąc na ryzyko. Nawet bez mie­cza świetl­nego był dość szybki i silny, by bez trudu pora­dzić sobie w podob­nej sytu­acji. Mimo to jego dzia­ła­nia nie pozo­sta­łyby nie­zau­wa­żone. Jej dawny mistrz miał skłon­ność do wywo­ły­wa­nia wido­wi­sko­wych wybu­chów. Tęsk­niła za dresz­czy­kiem emo­cji towa­rzy­szą­cym tego typu akcjom, ale teraz nie była na to pora. Mistrz Obi-Wan spró­bo­wałby z kolei wykpić się z tego gładką mówką – co bez wąt­pie­nia skoń­czy­łoby się podobną aferą, jaką od ręki wywo­łałby Ana­kin.

– Kiedy wresz­cie do cie­bie dotrze, że jesteś teraz zdana sama na sie­bie? – wymam­ro­tała pod nosem Ahsoka. – Ich już nie ma. Nie ma! Są mar­twi. Zosta­łaś tylko ty.

Cóż, może i nie była to naj­lep­sza mowa moty­wa­cyjna, jed­nak mimo to wystar­czyła, by zmo­bi­li­zo­wać ją do dzia­ła­nia. Zary­zy­ko­wała skok z dachu na alejkę w dole, tym razem sta­wia­jąc na pręd­kość. Się­gnęła do torby i wydo­była z niej bla­ster. Bły­ska­wicz­nie umie­ściła prze­ła­do­wane ogniwa w maga­zynku i poło­żyła broń na ziemi. Teraz musiała dzia­łać bar­dzo szybko. Puściła się pędem, kie­ru­jąc w głąb alejki, i prze­sko­czyła nad niskim mur­kiem do ogrodu. Kilka kro­ków, jesz­cze jeden skok i była już w sąsied­niej uliczce, bie­gnąc w stronę stoczni.

Dotarła na dzie­dzi­niec w tej samej chwili, w któ­rej bla­ster eks­plo­do­wał. Sztur­mowcy zare­ago­wali momen­tal­nie – trzeba im było to przy­znać: prze­gru­po­wali się, two­rząc ide­alne sze­regi, i z poświę­ce­niem god­nym podziwu (oraz lep­szej sprawy) ruszyli w stronę źró­dła hałasu. Nie wszy­scy opu­ścili dzie­dzi­niec, jed­nak ubyło ich na tyle, by Ahsoka uznała, że może swo­bod­nie dzia­łać dalej.

Trzy­mała się zacie­nio­nych kątów, w któ­rych mogła się ukryć, i stert kon­te­ne­rów, które sku­tecz­nie blo­ko­wały widok pozo­sta­łym na placu żoł­nie­rzom. Już po chwili dotarła do trapu statku Far­dich – i zna­la­zła się na pokła­dzie, nim kto­kol­wiek zdo­łał się spo­strzec.

– Mam nadzieję, że nie kradnę nic, czego byście bar­dzo potrze­bo­wali – mruk­nęła pod nosem, kie­ru­jąc słowa do swo­ich nie­obec­nych dobro­czyń­ców. – Tak czy ina­czej, dzięki za sta­tek!

Sil­nik obu­dził się do życia w chwili, gdy reszta sztur­mow­ców wró­ciła na dzie­dzi­niec – jed­nak było już za późno. Ahsoka wystar­to­wała, nim zdo­łali roz­sta­wić ciężki sprzęt, a zanim zdą­żyli wystrze­lić, zna­la­zła się już poza ich zasię­giem. Była daleko, znów jako zbieg – i nie miała poję­cia, gdzie tym razem rzuci ją los.

Rozdział 02

Roz­dział

02

Z ORBITY RAADA NIE WYGLĄ­DAŁA zbyt impo­nu­jąco. Odczyty z kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego rów­nież nie napa­wały opty­mi­zmem, jed­nak po czę­ści wła­śnie dla­tego Ahsoka wybrała ten księ­życ. Był mały i leżał na ubo­czu – nawet jak na stan­dardy Zewnętrz­nych Rubieży, w dodatku jego zdol­no­ści pro­duk­cyjne doty­czyły tylko jed­nego rodzaju dóbr. Mogła zacho­wać tu ano­ni­mo­wość. Nie lubiła popeł­niać dwa razy tego samego błędu – a to wła­śnie zro­biła, pozwa­la­jąc sobie na Tha­be­sce na spo­ufa­le­nie się z jedną z naj­bar­dziej pro­mi­nent­nych rodzin na pla­ne­cie.

Posta­wiła sta­tek na lądo­wi­sku (tylko przy dużej dozie wyobraźni można było uznać, że zasłu­guje ono na to miano) i zabez­pie­czyła go na wypa­dek kra­dzieży – naj­le­piej, jak zdo­łała. Pod­czas podróży wpro­wa­dziła do usta­wień kilka spe­cjal­nych mody­fi­ka­cji, licząc na to, że sku­tecz­nie zama­skuje pocho­dze­nie statku – i odkryła cał­kiem przy­zwo­ity sys­tem zabez­pie­czeń. Odko­do­wa­nie go nie spra­wiło jej zbyt wiele trudu – nawet jeśli nie miała przy sobie do pomocy astro­me­cha, takiego jak R2-D2. Gdy spraw­dzała wszystko jesz­cze raz, żeby upew­nić się, że o niczym nie zapo­mniała, jej wzrok padł na parę meta­lo­wych pier­ścieni wień­czą­cych zawory na kon­soli zasi­la­nia. Nie peł­niły w zasa­dzie żad­nej funk­cji poza spra­wia­niem, że panel wyglą­dał schlud­nie i porząd­nie. Odkrę­ciła je i nie­wiele myśląc, scho­wała do kie­szeni, po czym zarzu­ciła na ramię torbę i zeszła po tra­pie.

Powie­trze Raady miało cha­rak­te­ry­styczny zapach, któ­rego jed­nak nie można było okre­ślić mia­nem nie­przy­jem­nego. Księ­życ tęt­nił życiem, o któ­rym nie wspo­mi­nał kom­pu­ter pokła­dowy – był zie­lony i żyzny jak okiem się­gnąć. Ahsoka zaczerp­nęła tchu, wdy­cha­jąc głę­boko w płuca woń ziemi. Po roku spę­dzo­nym w prze­strzeni kosmicz­nej i pyle Tha­be­ski to była miła odmiana. Może gdyby spró­bo­wała tu pome­dy­to­wać, zna­la­złaby jakiś pomost mię­dzy sobą samą i tą prze­ra­ża­jącą pustką, która prze­śla­do­wała ją od tam­tych strasz­nych chwil, gdy wydano Roz­kaz 66…?

W kosmo­por­cie kilka osób zała­do­wy­wało kon­te­nery na więk­szy frach­to­wiec, jed­nak żadna z nich nie zwró­ciła uwagi na Ahsokę, gdy je mijała. Jeśli komuś nale­żało zapła­cić za przy­wi­lej doko­wa­nia, to go nie zna­la­zła, więc uznała, że póki co nie będzie sobie zawra­cała tym głowy. W miej­scach takich jak Raada pano­wało jesz­cze więk­sze bez­pra­wie niż na Tha­be­sce czy świa­tach kon­tro­lo­wa­nych przez Hut­tów, jed­nak Ahsoka wie­działa, że bez trudu pora­dzi sobie z wszel­kimi miej­sco­wymi rze­zi­miesz­kami, któ­rzy uzna­liby ją za łatwy łup. Teraz musiała tylko zna­leźć sobie jakieś lokum – i wie­działa, gdzie go szu­kać.

Raada mogła się poszczy­cić tylko jedną wartą uwagi osadą, jed­nak Ahsoka nie posu­nę­łaby się tak daleko, by nazy­wać ją mia­stem. Jak na stan­dardy Coru­scant, kolo­nia przę­dła bar­dzo cienko – i nawet Fardi nie uzna­liby jej zapewne za inte­re­su­jącą. Nie było tu wyso­kich budowli, tras szyb­kiego ruchu ponad dachami – i tylko jeden rynek, w pobliżu roz­sy­pu­ją­cych się budyn­ków admi­ni­stra­cyj­nych w cen­trum mia­steczka. Skie­ro­wała kroki pro­sto na obrzeża, gdzie – jak miała nadzieję – znaj­dzie opusz­czone domo­stwo, które mogłaby zająć. Jeśli nie, będzie musiała zacząć szu­kać poza mia­stem.

Pod­czas spa­ceru z zacie­ka­wie­niem roz­glą­dała się po nowej oko­licy. Cho­ciaż zabu­do­wa­nia były mono­tonne i w więk­szo­ści wznie­siono je z pre­fa­bry­ka­tów, wyglą­dały na dość schludne i zadbane, by uznać, że ich miesz­kańcy się o nie trosz­czą. To nie byli sezo­nowi pra­cow­nicy – ci ludzie miesz­kali na Raadzie na stałe. Co wię­cej, róż­nice w sty­lach deko­ra­cji zdra­dzały, że Raadę zalud­niały istoty pocho­dzące z róż­nych zakąt­ków Zewnętrz­nych Rubieży. To zaś czy­niło księ­życ jesz­cze lep­szą kry­jówką dla kogoś takiego jak ona – jako Togru­tanka nie powinna się na nim rzu­cać w oczy.

Minąw­szy kilka kwar­ta­łów, zna­la­zła się w oko­licy zabu­do­wa­nej mniej­szymi dom­kami, spra­wia­ją­cymi wra­że­nie, jakby wznie­siono je, nie przej­mu­jąc się zanadto kwe­stią este­tyki. Ahsoka nie miała jed­nak nic prze­ciwko temu; zaczęła się roz­glą­dać za czymś spra­wia­ją­cym wra­że­nie nie­za­miesz­ka­nego. Pierw­szy taki budy­nek, który namie­rzyła, nie miał dachu. Drugi znaj­do­wał się tuż obok kan­tyny – w ciągu dnia pano­wał tu względny spo­kój, ale w nocy trzeba się było spo­dzie­wać hałasu i awan­tur. Trzeci kan­dy­dat, któ­rego wypa­trzyła kilka uli­czek od kan­tyny, na skraju mia­sta, wyglą­dał obie­cu­jąco. Ahsoka sta­nęła przed wej­ściem, roz­pa­tru­jąc w myśli dostępne moż­li­wo­ści.

– Nikogo tam nie ma! – zawo­łał ktoś za jej ple­cami.

Jej dło­nie powę­dro­wały auto­ma­tycz­nie do ręko­je­ści mie­czy świetl­nych… któ­rych nie było w zna­jo­mym miej­scu u pasa; odwró­ciła się jak użą­dlona.

Za nią stała dziew­czyna, mniej wię­cej w jej wieku, jed­nak jej oczy oka­lało zde­cy­do­wa­nie wię­cej zmarsz­czek. Ahsoka spę­dziła pra­wie całe swoje życie na pokła­dach stat­ków lub w Świą­tyni Jedi. Nie­zna­joma wyglą­dała z kolei, jakby od zawsze pra­co­wała na powie­trzu – i jej skóra nosiła wyraźne tego ślady. Patrzyła prze­ni­kli­wie, jed­nak bez wro­go­ści. Jej cera była o ton jaśniej­sza od kar­na­cji mistrza Windu, ale sma­glej­sza niż u Reksa, zaś wło­sów miała zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż obaj razem wzięci – o co aku­rat nie­trudno. Nosiła je cia­sno sple­cione tuż przy skó­rze w równe rządki brą­zo­wych war­ko­czy­ków, zwią­za­nych z tyłu głowy.

– Dla­czego jest porzu­cony? – spy­tała Ahsoka.

– Cie­tra jakiś czas temu wyszła za mąż i się wypro­wa­dziła – odpo­wie­działa dziew­czyna, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Wszystko z nim w porządku, jeśli szu­kasz sobie lokum.

– Czy muszę go kupić? – spy­tała Ahsoka. Miała nieco zaosz­czę­dzo­nych kre­dy­tów, jed­nak wolała zacho­wać je na czarną godzinę.

– Cie­tra za nie nie pła­ciła – odparła dziew­czyna. – Więc nie widzę powodu, dla któ­rego ty musia­ła­byś to robić.

– Cóż, w takim razie chyba się dla mnie nada – stwier­dziła Togru­tanka i zamil­kła, nie do końca pewna, czy powinna dodać coś jesz­cze, a jeśli tak, to co. Nie chciała ujaw­niać zbyt wielu infor­ma­cji o sobie, jed­nak w razie potrzeby miała przy­go­to­waną wia­ry­godną histo­ryjkę.

– Jestem Kaeden – przed­sta­wiła się dziew­czyna. – Kae- den Larte. Przy­le­cia­łaś na zbiory? To one spro­wa­dzają tu więk­szość nowo przy­by­łych, jed­nak dobie­gają już końca. Wła­ści­wie to powin­nam brać w nich teraz udział… gdyby nie to, że, ee… pokłó­ci­łam się wczo­raj z młoc­kar­nią.

– Nie – odrze­kła Ahsoka. – Kiep­ska ze mnie far­merka. Szu­kam po pro­stu spo­koj­nego miej­sca, w któ­rym mogła­bym otwo­rzyć warsz­tat.

Kaeden obrzu­ciła ją tak­su­ją­cym spoj­rze­niem i do Ahsoki dotarło, że musi się nieco dopro­wa­dzić do ładu – ina­czej będzie się za bar­dzo wyróż­niała, wbrew temu, na czym jej zale­żało. Wes­tchnęła.

– Napra­wiam dro­idy i inny sprzęt – wyja­śniła.

Nie była w tym może tak dobra jak Ana­kin, jed­nak wystar­cza­jąco. Tutaj, z dala od Świą­tyni i wojny, odkryła, że galak­tyka pełna jest ludzi, któ­rzy są w pew­nych dzie­dzi­nach po pro­stu dobrzy – nie wybitni. Tro­chę potrwało, nim przy­wy­kła do tej myśli.

– Cóż, ktoś taki zawsze się przyda – stwier­dziła Kaeden. – Czy to cały twój doby­tek?

– Tak – odparła krótko Ahsoka, licząc na to, że w ten spo­sób znie­chęci dziew­czynę do zada­wa­nia dal­szych pytań. I chyba zadzia­łało, bo Kaeden cof­nęła się o krok z zakło­po­taną miną.

– Dam znać kilku oso­bom, że się wpro­wa­dzasz, gdy wrócą z pól – dodała, kiedy mil­cze­nie zaczęło się nie­zręcz­nie prze­dłu­żać. – Zja­wią się jutro i pew­nie będą mieli dla cie­bie zaję­cie. Zoba­czysz, nim minie parę dni, będzie ci się wyda­wało, że miesz­kasz tu od zawsze.

– Wąt­pię – mruk­nęła Ahsoka, zbyt cicho, by Kaeden usły­szała jej słowa. Po chwili odchrząk­nęła jed­nak i dodała nieco gło­śniej: – Super.

– W takim razie witamy na Raadzie. – W gło­sie Kaeden sły­chać było lekką kpinę, a jej uśmiech wyda­wał się wymu­szony, jed­nak Ahsoka i tak go odwza­jem­niła.

– Dzięki.

Kaeden wró­ciła na ulicę, powłó­cząc lekko lewą nogą. Nie uty­kała mocno, jed­nak sądząc po tym, w jaki spo­sób kuś­ty­kała, Ahsoka domy­ślała się, że rana dawała jej się we znaki. A to z kolei ozna­czało, że opieka medyczna na Raa-dzie była albo droga, albo nie­do­stępna. Togru­tanka pokrę­ciła głową i prze­szła przez próg swo­jego nowego domu.

Czym­kol­wiek się zaj­mo­wała Cie­tra, bez dwóch zdań nie była per­fek­cyjną panią domu. Ahsoka spo­dzie­wała się, że wnę­trze będzie nieco zapusz­czone i stę­chłe – wszak domo­stwo było opusz­czone – jed­nak nie sądziła, że aż tak. W środku było zwy­czaj­nie brudno: brud pokry­wał grubą war­stwą pod­łogi i blat jedy­nego stołu, a ona zaczęła się oba­wiać o to, w jakim sta­nie będzie łóżko – o ile w ogóle je tu znaj­dzie. Prze­je­chała pal­cem po bla­cie i odkryła, że na jej opuszce została jakaś lepka maź: kurz przy­lgnął do cze­goś kle­istego. Może smaru sil­ni­ko­wego?

– Oto rze­czy, do któ­rych życie w Świą­tyni zde­cy­do­wa­nie nie przy­go­to­wuje – mruk­nęła pod nosem, ale zaraz ugry­zła się w język. Nawet sama, na tym odlu­dziu, powinna się pil­no­wać. Odci­na­nie się od swo­jego dzie­dzic­twa było niczym zdrada, jed­nak wie­działa, że przy­zna­wa­nie się do niego nie jest bez­pieczne, i nie mogła sobie pozwo­lić na nie­ostroż­ność w miej­scu publicz­nym.

Zna­la­zła szafkę ze środ­kami czy­sto­ści i zabrała się do roboty. Cho­ciaż usu­wa­nie brudu było mozol­nym, żmud­nym zaję­ciem, oka­zało się też dziw­nie satys­fak­cjo­nu­jące. Nie natra­fiła na dro­ida czysz­czą­cego, tylko na prze­sta­rzałe urzą­dze­nie sprzą­ta­jące, które jed­nak spraw­dzało się cał­kiem nie­źle. Pod­czas gdy z szu­mem buszo­wało po kątach miesz­ka­nia, Ahsoka zajęła się poszu­ki­wa­niem naj­lep­szego miej­sca na ukry­cie swo­jego skrom­nego dobytku.

Oka­zało się, że panel w kabi­nie pro­stego prysz­nica dał się łatwo zdjąć, ujaw­nia­jąc scho­wek dość duży, by pomie­ścić jej odło­żone kre­dyty. Cała reszta dobytku zmie­ściła się pod łóż­kiem – gdy już udało jej się dopro­wa­dzić je do porządku. Kiedy upo­rała się z naj­gor­szą robotą, usia­dła ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na mate­racu i wsłu­chała się w szum urzą­dze­nia sprzą­ta­ją­cego, krzą­ta­ją­cego się po pokoju. Wyda­wany przez nie dźwięk przy­po­mi­nał jej ciche bucze­nie sfer tre­nin­go­wych, z któ­rych korzy­stała za młodu w Świą­tyni. Przy­mknęła oczy i poczuła, jak jej ciało tężeje odru­chowo i przy­go­to­wuje się na przy­ję­cie impulsu ener­ge­tycz­nego – mimo iż zda­wała sobie sprawę z tego, że sprzęt czysz­czący raczej jej nie porazi.

Z tego stanu bli­sko już było do płyn­nego przej­ścia w medy­ta­cję. Przez chwilę wahała się, oba­wia­jąc się tego, co pamię­tała sprzed czystki Jedi, jed­nak wresz­cie odpu­ściła i prze­stała wal­czyć. Medy­ta­cja była jedną z rze­czy, któ­rych bra­ko­wało jej naj­bar­dziej – a także jedną z nie­wielu, które nie stwa­rzały ryzyka, że się zde­ma­skuje, nawet jeśli ktoś ją na niej przy­ła­pie.

Moc była teraz… inna, ale Ahsoka nie wie­działa, w jakim stop­niu ta róż­nica pocho­dzi od niej samej. Odcho­dząc ze Świą­tyni, od Jedi, zrze­kła się w pew­nym sen­sie prawa do niej – a przy­naj­mniej tak sobie cza­sem tłu­ma­czyła. W głębi duszy wie­działa jed­nak, że to kłam­stwo. Moc już na zawsze miała pozo­stać jej czę­ścią, nie­za­leż­nie od tego, czy była wyszko­lona, czy nie – podob­nie jak była czę­ścią wszyst­kiego innego. Nie mogła pozbyć się wraż­li­wej na Moc cząstki samej sie­bie, podob­nie jak nie potra­fi­łaby oddy­chać poza śluzą powietrzną. Cho­ciaż stra­ciła wła­dzę i wpływy, wciąż miała pły­nącą z niej siłę.

Teraz jed­nak w jej medy­ta­cję wkra­dał się mrok, który wcale jej się nie podo­bał. Czuła się, jakby jej zmy­sły spo­wił całun, który mącił wizję. Wyczu­wała coś… jed­nak nie widziała dokład­nie, co to takiego – i nie była do końca pewna, czy w ogóle chce to dostrzec. Zna­joma obec­ność Ana­kina znik­nęła, cał­kiem jakby uszko­dzone łącze nie prze­kie­ro­wy­wało już zasi­la­nia, tak jak powinno. Ahsoka nie potra­fiła go już wyczuć – podob­nie jak innych. Znik­nęło nawet poczu­cie jed­no­ści z innymi Jedi – coś, co umiała wyczuć, nawet gdy była jesz­cze zbyt mała, by nazwać swoje wra­że­nia. Wła­śnie to odczu­wa­nie więzi oca­liło jej raz życie – kiedy była młod­sza, a na Shili zja­wił się fał­szywy Jedi, aby ją znie­wo­lić. Dotkli­wie czuła brak tej emo­cji, podob­nie jak czu­łaby brak któ­rejś z koń­czyn.

Urzą­dze­nie sprzą­ta­jące już drugi raz ude­rzyło w pod­stawę łóżka, upo­rczy­wie odma­wia­jąc zmiany kursu. Ahsoka pochy­liła się i łagod­nie skie­ro­wała je w inną stronę. Patrzyła w ślad za nim przez kilka chwil, a potem wró­ciła znów do medy­ta­cji, tym razem nie się­ga­jąc jed­nak zmy­słami zbyt daleko. Chciała poczuć Raadę – coś wię­cej ponad to, co księ­życ począt­kowo jej zdra­dził, a była to pora rów­nie dobra jak każda inna, by to zro­bić.

Teren rów­nin i łagod­nych wzgórz roz­cią­gał się dookoła niej jak okiem się­gnąć. Zwró­cona w stronę cen­trum mia­sta, wysłała wici zmy­słów poza nie. Wyczu­wała pola, na któ­rych w więk­szo­ści trwały zbiory, tak jak wspo­mniała Kaeden, i które przy­go­to­wy­wano do obsia­nia na nowo w kolej­nym sezo­nie. Był też kamień i ska­li­ste wzgó­rza, a także jaski­nie – obszary, na któ­rych nie dało się nic upra­wiać. Wyczu­wała także obec­ność dużych zwie­rząt, jed­nak nie potra­fi­łaby powie­dzieć, czy hodo­wano je do pracy, czy też na rzeź… i były rów­nież buty, tupot licz­nych stóp… osób kie­ru­ją­cych się w jej stronę.

Ahsoka porzu­ciła trans i spo­strze­gła, że urzą­dze­nie sprzą­ta­jące rado­śnie obija się raz po raz o drzwi prysz­nica. Wstała i wyłą­czyła je, a wów­czas do jej uszu dobie­gły nowe dźwięki: roz­mowy, śmie­chy i odgłosy kro­ków. Jej nowi sąsie­dzi wró­cili do domu po dniu cięż­kiej pracy.

Rozdział 03

Roz­dział

03

NASTĘP­NEGO DNIA na jej progu zja­wiła się Kaeden z dwiema racjami żyw­no­ścio­wymi oraz…

– Co to? – spy­tała Ahsoka, przy­pa­tru­jąc się plą­ta­ni­nie kabli i czę­ści, które dziew­czyna trzy­mała pod pachą.

– Twój pierw­szy pacjent, jeśli jesteś zain­te­re­so­wana – zaszcze­bio­tała rado­śnie Kaeden.

– Nie napra­wię tego, jeśli nie wiem, co to jest – odparła z prze­ką­sem Ahsoka, jed­nak odru­chowo wycią­gnęła ręce po złom.

Kaeden uznała to za zapro­sze­nie. Wło­żyła sprzęt w nad­sta­wione dło­nie Togru­tanki, weszła do środka i klap­nęła na łóżko, a obok poło­żyła racje żyw­no­ściowe.

– To młoc­kar­nia, z którą prze­gra­łam walkę – wes­tchnęła Kaeden. Jeśli czuła się nie­swojo, sie­dząc na posła­niu Ahsoki, nie dała tego po sobie poznać. Jak­kol­wiek by patrzeć, łóżko było jedy­nym meblem w pomiesz­cze­niu, poza niskim sto­li­kiem…

Ahsoka roz­ło­żyła na tym ostat­nim ele­menty cze­goś, co wedle słów jej nowej kole­żanki było kie­dyś młoc­kar­nią, i usia­dła na pod­ło­dze, żeby rzu­cić na nie okiem. Skoro Kaeden twier­dziła, że to urzą­dze­nie rol­ni­cze, zapewne tak było, cho­ciaż gdyby ktoś spy­tał ją o zda­nie, rów­nie dobrze mogły to być szczątki dro­ida pro­to­ko­lar­nego – w tak opła­ka­nym sta­nie była maszyna.

– Impo­nu­jące – mruk­nęła. – Zapa­mię­tam, żeby nie wda­wać się z tobą w sprzeczkę.

– To nie była moja wina! – poskar­żyła się Kaeden, brzmiąc jak ktoś, kto już wie­lo­krot­nie pró­bo­wał się bez­sku­tecz­nie bro­nić w ten sam spo­sób. – W jed­nej chwili dzia­łała, nasta­wiona na reali­za­cję planu i w ogóle, a za moment… no, sama widzisz, tra­ge­dia!

– Jak noga? – spy­tała Ahsoka, prze­bie­ra­jąc pal­cami pośród czę­ści, porząd­ku­jąc je i pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie usta­lić, czy urzą­dze­nie da się jesz­cze ura­to­wać.

– Dobrze by było, gdy­bym mogła jutro wró­cić do pracy – stwier­dziła zna­czą­cym tonem Kaeden. – Wów­czas nie stracę pre­mii, nie mówiąc już o tym, że nie będę musiała pła­cić za nową młoc­kar­nię…

Ahsoka posłała jej tak­su­jące spoj­rze­nie.

– To zna­czy, chcia­łam powie­dzieć, że zamiast tego zapłacę tobie – dodała prędko Kaeden. – Począw­szy od śnia­da­nia. Łap!

Rzu­ciła Ahsoce rację żyw­no­ściową. Togru­tanka nie roz­po­zna­wała marki, jed­nak pakiet nie był pro­duk­cji impe­rial­nej ani repu­bli­kań­skiej.

– Nie ma jak domowe żar­cie – mruk­nęła Kaeden, roz­ry­wa­jąc opa­ko­wa­nie swo­jej racji. – Miesz­ka­nie na rol­ni­czej pla­ne­cie nie mia­łoby za wiele sensu, gdyby trzeba było impor­to­wać żyw­ność. Tyle dobrego, że dzięki temu wiesz, co jesz.

– Brzmi roz­sąd­nie – odparła Ahsoka, roz­ry­wa­jąc wła­sny pakiet. Gdy pową­chała zawar­tość, uznała, że jadała gor­sze.

– A wra­ca­jąc do młoc­karni: zdo­łasz ją napra­wić? – spy­tała Kaeden.

– Wyja­śnij mi, co się stało, a ja zoba­czę, co da się zro­bić – zapro­po­no­wała Ahsoka.

Wró­ciła do oglę­dzin zepsu­tego urzą­dze­nia, zaś Kaeden zabrała się do wyja­śnia­nia oko­licz­no­ści incy­dentu. Ahsoka przy­wy­kła do spo­sobu, w jaki klony opo­wia­dały o swo­ich wyczy­nach, jed­nak ich opo­wie­ści nie umy­wały się nawet do tego, jak rela­cjo­no­wała swoją przy­godę Kaeden. Wedle jej wer­sji wyda­rzeń młoc­kar­nia wypra­co­wała wła­sną świa­do­mość i sprze­ci­wiła się wypeł­nia­niu zapro­gra­mo­wa­nych roz­ka­zów, i jedy­nie dzięki zdol­no­ści Kaeden do szyb­kiego myśle­nia i jej bły­ska­wicz­nej inter­wen­cji – a także cięż­kim butom – udało się ją powstrzy­mać przed opa­no­wa­niem galak­tyki.

– …a gdy wresz­cie prze­stała się ruszać – zakoń­czyła dra­ma­tycz­nie Kaeden – moja sio­stra zauwa­żyła, że krwa­wię! Stwier­dzi­łam, że to fair, bo młoc­kar­nia tra­ciła olej, ale potem na chwilę zemdla­łam, więc chyba było ze mną gorzej, niż sądzi­łam. Ock­nę­łam się w pla­cówce medycz­nej, z tym fry­mu­śnym ban­da­żem na nodze i głu­pią maszynką leżącą na tacy obok mojej pry­czy.

Ahsoka z zasko­cze­niem powi­tała wła­sny śmiech i pod­nio­sła do świa­tła powy­gi­nany w esy-flo­resy ele­ment, który nie­gdyś był frag­men­tem sys­temu chło­dze­nia urzą­dze­nia.

– Oto pro­blem – oce­niła. – To zna­czy, część two­jego pro­blemu. Jeśli zdo­łasz ją wymie­nić, napra­wię twoją młoc­kar­nię.

– Wymie­nić? – Kaeden zrze­dła mina. – A nie mogła­byś, no, nie wiem, jakoś to z powro­tem… napro­sto­wać?

Ahsoka opu­ściła wzrok na szczątki młoc­karni. To była zupeł­nie inna sytu­acja niż w Świą­tyni czy w tere­nie pod­czas dowo­dze­nia żoł­nie­rzami. Nie mogła liczyć na linie zaopa­trze­nia ani wspar­cie – nie bez pono­sze­nia kosz­tów. Wymiana była osta­tecz­no­ścią.

– Mogę spró­bo­wać – uznała ostroż­nie. – A teraz opo­wiedz mi może co nieco o tym miej­scu.

Wczo­raj Kaeden nie wypy­ty­wała Ahsoki otwar­cie o to, co ją spro­wa­dza na Raadę. Gdy teraz rado­śnie paplała o zmia­nach w pracy i cyklu zbio­rów, do Togru­tanki dotarło, że to bez zna­cze­nia. Jak okre­śliła to Kaeden, Raada była cał­kiem dobrym miej­scem do pro­wa­dze­nia mono­ton­nego życia: ciężka praca gwa­ran­tu­jąca dostęp­ność żyw­no­ści i umiar­ko­wana kon­trola wła­dzy odstra­szy­łyby wol­nego strzelca. Nikt nie zada­wał zbyt wielu pytań, a dopóki wyra­biało się normę, nikt nie zwra­cał też na cie­bie szcze­gól­nie uwagi. Ahsoka Tano nie pora­dzi­łaby tu sobie zbyt dobrze, jed­nak Ashla da sobie świet­nie radę.

Ahsoka rozej­rzała się za czymś cięż­kim, czym mogłaby wykle­pać metal. Jeśli ma zawo­dowo napra­wiać urzą­dze­nia, będzie musiała kupić nieco narzę­dzi. W pamięci prze­li­czyła swoje kre­dyty i spró­bo­wała usta­lić, jak dużą część może wydać w obli­czu nie­pew­nej przy­szło­ści. Prę­dzej czy póź­niej i tak musia­łaby zain­we­sto­wać, zaś narzę­dzia przy­da­dzą wia­ry­god­no­ści jej zmy­ślo­nej histo­ryjce.

Koniec koń­ców posta­no­wiła użyć obcasa i wykle­pać część na pod­ło­dze, żeby nie poła­mać stołu. Gdy skoń­czyła, efekt może nie był powa­la­jący, jed­nak wyciek nie powi­nien już sta­no­wić pro­blemu. Zaczęła skła­dać urzą­dze­nie w jedną całość.

– Zosta­wi­łam sta­tek w kosmo­por­cie – wyja­śniła. – Czy muszę to komuś zgła­szać?

– Nie – zaprze­czyła Kaeden. – Upew­nij się tylko, że dobrze go zabez­pie­czy­łaś. Mamy tu wię­cej niż kilku… opor­tu­ni­stów.

Ahsoka wie­działa, że jej nowa przy­ja­ciółka ma na myśli zło­dziei. Cóż, nikt nie był ide­alny.

– Wła­śnie dla­tego zosta­wi­łam więk­szość mojego sprzętu na pokła­dzie – skła­mała. – Jest tam bez­piecz­niej­szy niż w domu.

– Możemy ci z tym pomóc – zaofe­ro­wała się Kaeden. – To zna­czy moja sio­stra i ja. Ona ma wprawę w mon­to­wa­niu zam­ków, a ja jestem dobra w eee… prze­ko­ny­wa­niu ludzi, że powinni zosta­wić kogoś w spo­koju.

– Domy­ślam się, że robisz to w wol­nych chwi­lach, gdy nie prze­gry­wasz walk z maszy­ne­rią? – zażar­to­wała Ahsoka.

– Gdy coś pój­dzie bar­dzo, ale to bar­dzo nie tak, więk­szość ludzi traci nogi albo ręce – dodała na swoją obronę Kaeden. – Ja jestem na to za dobra! – Zesko­czyła z łóżka i pode­szła, żeby podej­rzeć, co robi Ahsoka. Na widok efektu jej dotych­cza­so­wej pracy mruk­nęła pod nosem z apro­batą, a potem wska­zała na luźne czę­ści, które pozo­stały na stole.

– A te? Do czego służą? – zain­te­re­so­wała się.

– Nie mam poję­cia – odparła zgod­nie z prawdą Ahsoka. – Raczej nie pocho­dzą z tej maszyny, więc nie pró­bo­wa­łam ich wmon­to­wać. Wydaje mi się, że powinna dzia­łać, gdy dole­jesz chło­dziwa.

– Zadbam o to, gdy założę ostrze – oznaj­miła Kaeden.

Pstryk­nęła prze­łącz­ni­kiem i repul­sory zaszu­miały cicho, pod­no­sząc młoc­kar­nię na jakiś metr nad stół. Wów­czas Kaeden się­gnęła do guzika i szyb­kim ruchem wyłą­czyła urzą­dze­nie.

– Bosko! – oce­niła. – Na zewnątrz spraw­dzę ste­ro­wa­nie i dzia­ła­nie innych czę­ści, ale to wła­śnie o repul­sory naj­bar­dziej się oba­wia­łam. Gdyby nie latała, nie mia­ła­bym z niej zbyt wiel­kiego pożytku.

Ahsoka nie miała poję­cia, czy z młoc­karni byłby jakiś poży­tek, gdyby nie dało się nią ste­ro­wać, jed­nak nie była spe­cem od sprzętu rol­ni­czego, więc nie drą­żyła tematu.

– Nie ma za co – powie­działa tylko, a potem wyjęła z opa­ko­wa­nia resztę racji żyw­no­ścio­wej i zja­dła w pośpie­chu.

Kaeden przy­glą­dała się jej w mil­cze­niu.

– A więc mogę ci zapła­cić w żyw­no­ści? – spy­tała wresz­cie. – To zna­czy, to chyba dobry począ­tek, a potem obga­damy resztę…

– A czy mogła­bym wymie­nić racje żyw­no­ściowe na narzę­dzia? – odpo­wie­działa pyta­niem Ahsoka.

– Nie – zaprze­czyła Kaeden ze smętną miną. – To zna­czy, cho­dzi o to, że racje żyw­no­ściowe nie zda­dzą się raczej na nic tym, któ­rzy miesz­kają tu już jakiś czas.

Ahsoka roz­wa­żyła w myśli swoje moż­li­wo­ści. Nie miała czasu na doko­na­nie peł­nej inwen­ta­ry­za­cji wypo­sa­że­nia statku, więc moż­liwe, że narzę­dzia, któ­rych potrze­bo­wała, znajdą się na pokła­dzie. A poza tym musiała prze­cież coś jeść.

– Tylko ten jeden raz – dodała, licząc na to, że brzmi jak ktoś, kto ma doświad­cze­nie w twar­dych nego­cja­cjach. – Następ­nym razem usta­limy warunki, zanim wezmę się do napraw.

Kaeden chwy­ciła swój sprzęt i uśmiech­nęła się do niej pro­mien­nie. Wciąż wyda­wała się trak­to­wać ją z lekką rezerwą, a Ahsoka nie miała nic prze­ciwko. Powtó­rzyła sobie w myśli, że nie przy­le­ciała tu, by nawią­zy­wać przy­jaź­nie – a już szcze­gól­nie nie z kimś, komu nie prze­szka­dza, że sie­dzi na jej łóżku. Tego typu rze­czy w więk­szo­ści kul­tur świad­czyły o podej­ściu do kwe­stii intym­no­ści. Świą­ty­nia Jedi nie nale­żała do miejsc, w któ­rych takie zacho­wa­nia były dozwo­lone, zaś Ahsoka ni­gdy nie umiała łamać zasad, co naj­wy­raź­niej nie spra­wiało żad­nego pro­blemu innym.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki