Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spotkanie nad jeziorem - Susan Wiggs

W sennym, małym miasteczku nad jeziorem jest rodzinny pensjonat.

Jest w nim Kim, która uciekła z Nowego Jorku, gdzie w jednej chwili straciła świetną pracę i narzeczonego.

Jest też Bobby, utalentowany bejsbolista, który z lokalnej drużyny ma szansę przejść do zawodowej ligi i zdobyć sławę. Ale być może będzie musiał poświęcić tę życiową okazję dla syna, którego nigdy nie widział.

Kim i Bobby spotykają się.

Opinie o ebooku Spotkanie nad jeziorem - Susan Wiggs

Fragment ebooka Spotkanie nad jeziorem - Susan Wiggs

Susan Wiggs

Spotkanie nad jeziorem

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lotnisko LaGuardia

Wyjście 21

Przeciwsłoneczne okulary tak naprawdę niczego nie ukrywały. Na widok kogoś, kto je nosi w pochmurny zimowy dzień, ludzie zakładają, że ten ktoś próbuje coś ukryć. Na przykład to, że pił, płakał albo wdał się w bijatykę.

Lub wszystko razem.

Kimberly van Dorn zazwyczaj lubiła być w centrum uwagi. Ostatniego wieczoru włożyła wystrzałową suknię z szokująco wysokim rozcięciem na boku właśnie po to, żeby przyciągać spojrzenia. Nie mogła jednak przewidzieć, że wieczór skończy się takim skandalem. No bo i jak?

Teraz, pod koniec wyczerpującego nocnego lotu, kiedy samolot kołował po pasie, wciąż nie zdejmowała ciemnych okularów. Klasa turystyczna. Nigdy nią nie latała. W pierwszej klasie nie było już miejsc, niechętnie musiała więc zrezygnować z wygody na rzecz ważniejszego celu, czyli jak najszybszego wyruszenia w drogę. Dlatego też znalazła się na fotelu 29-E, w samym środku centralnej części samolotu, wciśnięta między obcych ludzi. Czasami potrzeba ucieczki jest ważniejsza niż miejsce dla nóg.

Do diabła, kto zaprojektował klasę turystyczną? Była pewna, że na jej ramieniu odbił się ślad ucha towarzysza podróży. Po czwartym piwie zapadł w drzemkę, a jego głowa bezustannie opadała w stronę Kimberly. Chyba nie ma nic gorszego niż facet z kiwającą się głową.

Może tylko facet, któremu nie tylko kiwa się głowa, lecz który też cuchnie piwskiem, pomyślała, próbując otrząsnąć się po męczącej transkontynentalnej nocy. Myśli jednak nie dały się odpędzić, podobnie jak ból w nogach. Z jednej strony kiwający się, chrapiący pijaczyna, a z drugiej potwornie gadatliwy starszy pan, który nie przestawał opowiadać o dręczącej go bezsenności. A także o zapaleniu stawów i o tym, jak bardzo nie podoba mu się film z Judem Lawem, który Kim próbowała oglądać, licząc, że skłoni go do milczenia.

Jak tu się dziwić, że nigdy nie latała klasą turystyczną? Jednak nocny lot nie był najgorszą rzeczą, która jej się przydarzyła. Na pewno nie...

Stała w przejściu i czekała, aż pasażerowie z dwudziestu ośmiu rzędów przed nią wysiądą z samolotu. Miała wrażenie, że trwa to całą wieczność, bowiem ludzie grzebali w schowkach nad fotelami, zbierali rzeczy i jednocześnie rozmawiali przez komórki.

Wyjęła telefon i przez chwilę trzymała kciuk nad przyciskiem. Powinna zadzwonić do mamy i powiedzieć, że wraca do domu. Może później, zdecydowała w końcu, chowając komórkę. Teraz już nie musiała się śpieszyć.

Zupełnie nie była gotowa na posępny zimowy poranek. Ignorując zaciekawione spojrzenia współpasażerów, wlokła się wąskim przejściem między fotelami, pozostawiając za sobą rozsypane cekiny. Nie bez powodu taki strój nazywano wieczorowym. Suknię z delikatnej jedwabnej tkaniny zaprojektowano w taki sposób, by prezentowała się rewelacyjnie w blasku świec w romantycznym klubie lub oświetlonym pochodniami ogrodzie południowej Kalifornii. Z pewnością nie nadawała się do pokazywania w bezlitosnym blasku sobotniego świtu na nowojorskim lotnisku.

Zadziwiające, że nawet kreacja z salonu na Rodeo Drive w świetle dziennym może wyglądać tandetnie, a już szczególnie w połączeniu z długim rozcięciem na boku, gołymi nogami, odsłoniętymi palcami w szpilkach zapinanych na krzyżujący się w kostce pasek. Jeszcze poprzedniego wieczoru to wszystko świadczyło o klasie, teraz Kimberly można było wziąć jedynie za dziwkę.

Wieczorem nie myślała o poranku, tylko pragnęła jak najszybciej uciec. W tej chwili miała wrażenie, jakby milion lat upłynęło od momentu, gdy pełna nadziei i optymizmu starannie dobierała strój. Współpraca z Lloydem Johnsonem, gwiazdą Lakersów i najważniejszym klientem firmy PR, dla której pracowała, miała być zwieńczeniem zawodowej kariery Kim. W dodatku Lloyd znalazł w końcu dom w Manhattan Beach, gdzie mieli zamieszkać razem. Wszystko wskazywało, że to będzie jej wieczór, wspaniała chwila triumfu, a nawet wielki zwrot w życiu, gdyby Lloyd zdecydował się zadać jedno pytanie. Cóż, faktycznie był to zwrot, jednak nie taki, jakiego się spodziewała. Cała poświęciła się pracy, robiła karierę jako specjalistka zajmująca się wizerunkiem wybitnych sportowców. I z dnia na dzień nie tylko to, lecz w ogóle całe jej życie legło w gruzach.

Dotarła wreszcie do wyjścia. Ledwie stanęła w rękawie, otworzyły się drzwi bezpieczeństwa, a gwałtowny lodowaty powiew szarpnął jedwabną suknią i prześlizgnął się po odsłoniętych nogach. Jęknęła głośno i mocniej zacisnęła dłoń na szalu z frędzlami, jedynym okryciu, jakie miała, i otuliła nagie ramiona. W drugiej ręce trzymała wysadzaną kryształkami wieczorową torebkę.

Dobry Boże, całkiem o tym zapomniała... Zimna panującego na Wschodnim Wybrzeżu w żaden sposób nie da się porównać z temperaturami w Kalifornii. Próbowała zebrać długie rude włosy, ale już było za późno, wiatr zdążył je potargać. Wyczuła też palcami, że straciła jeden kolczyk. Cudownie.

Trzymając wysoko głowę, przeszła do terminalu. Szła równym spokojnym krokiem, choć prawdę mówiąc, miała ochotę paść na podłogę, skulić się i zastygnąć w bezruchu. Pantofle od Louboutina z czerwonymi podeszwami i na ośmiocentymetrowych obcasach, które tak bajecznie wyglądały w zestawie z obcisłą sukienką na jednym ramiączku, teraz stały się koszmarem.

Przeklinając w duchu modne buty i przyciskając do siebie jedwabny szal, omiotła wzrokiem hol, rozglądając się za sklepem, musiała bowiem kupić jakieś ubranie na ostatni etap podróży do Avalonu, miasteczka w górach Catskill, gdzie mieszkała jej matka. Poprzedniego wieczoru nie miała czasu, by cokolwiek zabrać, nawet nie była w stanie o tym pomyśleć. I tak ledwie zdążyła na ten lot.

Ku jej rozpaczy wszystkie kioski i sklepy były jeszcze zamknięte. Nigdy dotąd nie chciała tak bardzo zdobyć pary klapek i koszulki z napisem „Kocham Nowy Jork”, jako że czekała ją długa droga, szczególnie na tych obcasach, do hali lotów lokalnych.

Z przeciwnej strony sali przyglądał jej się jakiś facet, który stał ze stopą opartą o ścianę. Cóż, wielu gapiło się na nią, ale co się dziwić, skoro była ubrana, jakby urwała się z kongresu tancereczek z nocnych klubów go-go. Ten mężczyzna miał dobrych sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, długie włosy, spodnie o obniżonym kroku i wojskową kurtkę z kapturem obszytym futrem.

Choć na cieniutkich szpilkach nie było to rozważne, pośpieszyła do ruchomego chodnika. Gdy tylko weszła na pas, jeden z obcasów utknął w rowku. Zacisnęła zęby i spróbowała uwolnić nogę. Ledwie sobie z tym poradziła, zaklinował się drugi obcas.

Kiedy pomyślała, że nic gorszego nie może jej dzisiaj spotkać, okazało się, że jest w błędzie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Bobby Crutcher, zwany również Bo (pełnym imieniem nie zwykł się chwalić), zmierzył wzrokiem rudzielca w pantoflach na wysokim obcasie. Młoda kobieta przyleciała nocnym lotem z Los Angeles. Bobby też czekał na nocny lot, tyle że z Houston, jednak napis nad bramką informował, że samolot jest opóźniony.

Ruda z Los Angeles była w jego typie: wysoka i szczupła, ze wspaniałymi włosami i dużym biustem, ubrana w wyzywający sposób. Uwielbiał to w kobietach. Gapił się na nią, a ona posłała mu mordercze spojrzenie. Nieźle, pomyślał. Musiał jakoś zabić czas, więc był gotów na każdą rozrywkę, a nieznajoma z Kalifornii mogła zastąpić wszystko, co Bobby lubił najbardziej: kieliszek tequili, frazy gitarowe Stanleya Clarke’a i wspaniały rzut piłką bejsbolową, którego żaden pałkarz nie zdołałby dosięgnąć. Miała najpiękniejszą na świecie pupę i twarz niczym bogini z renesansowego płótna. Innymi słowy, niezapomnianą.

W tym momencie w ogóle nie powinien się nią interesować, tyle że trudno było ją zignorować. Zafascynowany patrzył na nią w taki sam sposób, w jaki miłośnik sztuki kontempluje „Wenus” Botticellego, a zarazem nie po raz pierwszy w swym życiu zastanawiał się, jakim cudem malarz potrafi skoncentrować się w obecności nagiej modelki.

Najpewniej ruda odczytała jego niestosowne myśli, bo pośpiesznie ruszyła w stronę ruchomego chodnika, stukając z dezaprobatą obcasami.

Nie pozostawało mu nic innego, jak zająć myśli tym, co go sprowadziło na lotnisko. Nie tak zamierzał spędzić weekend. Powinien być w domu i odsypiać wieczór w Hilltop Tavern. Torres bił się z Bledsoem w walce roku, a Bobby zapłacił tysiąc dolców za antenę satelitarną do baru. Zamierzał kibicować słabszemu zawodnikowi, a także podawać stałym gościom oraz przyjaciołom piwo po piwie. Miał oglądać mecz na sześćdziesięciocalowym plazmowym ekranie, którego zakup wpędził bar w długi i wzbudził gniew szefowej, Maggie Lynn. Innymi słowy, zapowiadał się cholernie miły wieczór.

Jednak nic nie poszło tak, jak sobie zaplanował. Wszystko wzięło w łeb, gdy Bobby odsłuchał wiadomość z poczty głosowej. Był to najmniej spodziewany telefon w jego życiu, po którym musiał zapomnieć o dotychczasowych planach i gnać jak wariat z zakopanego w górach Avalonu do Nowego Jorku, by zdążyć na lot z Houston.

Teraz, stojąc w terminalu przy wyjściu 22-C, pocił się ze strachu. Pozostało mu jeszcze pół godziny. Rozejrzał się i ponownie skupił na ponętnej nieznajomej, która oddalała się ruchomym chodnikiem. Wyglądało na to, że ma jakiś problem z butami. Pochyliła się i najwidoczniej próbowała odpiąć pasek.

Domyślając się, że chodzi o zaklinowany obcas, wskoczył na chodnik i podbiegł do rudzielca.

– Najwyraźniej potrzebuje pani pomocy. – Widział już, że nie jeden, lecz dwa obcasy utkwiły w rowkach. Powinien zatrzymać chodnik, nie dostrzegł jednak awaryjnego wyłącznika, dlatego przystąpił do innych działań. Pochylił się, objął dłonią kostkę rudzielca i szarpnięciem oswobodził nogę.

– Niech mnie pan zostawi! – krzyknęła nie tylko wystraszona, ale i mocno rozzłoszczona. – Proszę odejść...

– Moment. – Drugi but też nie dawał się wyjąć, a prawie dojeżdżali do końca chodnika, czyli nie wolno było zwlekać. Gdy znów mocno pociągnął i uwolnił drugą nogę, rozległ się trzask pękającego materiału. Przytrzymał nieznajomą, żeby nie upadła, uniósł i trzymając w objęciach, zszedł z pasa.

I natychmiast postawił na ziemi rozwścieczonego rudzielca, odsuwając się błyskawicznie i unosząc dłonie, by zasygnalizować, że nie ma żadnych złych zamiarów. Wtedy dostrzegł na podłodze małą wytworną torebkę. Podniósł ją i podał nieznajomej.

– Madame... – Skłonił się. – Proszę, to na pewno pani. Ładny kolor, oryginalny wzór. Judith Leiber nie ma sobie równych.

Ta uwaga bardzo ją zdumiała. Oczywiście spodziewał się tego. Często zaskakiwał ledwie poznane panie wiedzą o wybitnych projektantach. Niektóre uznawały, że musi być gejem, lecz prawda była inna. Bobby Crutcher tak bardzo kochał kobiety, że ze skrupulatnością antropologa studiował wszystko, co ich dotyczyło.

Rudowłosa wyrwała mu torebkę.

– Mogę postawić pani drinka? – Skinął głową w stronę baru, w którym mimo nieludzkiej pory było już całkiem tłoczno.

Patrzyła na niego, jakby urwał się z choinki.

– Jeszcze czego! – sarknęła.

– Zawsze warto spróbować, dlatego spytałem. – Nie przestawał się uśmiechać. Kobiety nieraz się z nim droczyły, zanim doszły do wniosku, że można potraktować go poważnie. – Ciężka noc?

Jej ślicznie wykrojone usta wygięły się w cierpkim uśmiechu, nim odparła:

– Przykro mi, ale musiał mnie pan z kimś pomylić. – Wymawiała słowa bardzo starannie, jakby mówiła do pierwszoklasisty, co wydało mu się niezwykle seksowne. – Z kimś, kto byłby choć trochę zainteresowany rozmową z panem. Proszę więc wybaczyć, ale... – Wypowiadając ostatnie słowa, już odchodziła.

A Bobby przez rozdarty szew sukni widział długą szczupłą nogę.

– Nie ma za co – mruknął, nie odrywając wzroku od jej pupy.

Chybiony ruch, pomyślał. Może to i dobrze. Nie przyjechał tu, żeby flirtować. Miał przed sobą ciężki dzień.

Gdy wrócił do bramki 22-C, umundurowany strażnik właśnie otwierał wyjście, a w Bobbym natychmiast wzrosło napięcie. Nerwy dały znać o sobie, zmysły się wyostrzyły. Nagle zaczął wychwytywać wszystkie najdrobniejsze szczegóły: gitarę w futerale, który uderzał w plecy idącego sprężystym krokiem chłopaka. Obcasy kobiety radośnie stukające o błyszczącą podłogę. Woń trawki, którą przesiąknięty był płaszcz przechodzącego obok biznesmena. Terkotliwe dźwięki prowadzonej po hiszpańsku rozmowy dwóch bagażowych. Wszystko to zaczęło go bombardować w jednej chwili, jakby gwałtowny przypływ adrenaliny był ostatnim ostrzeżeniem.

Mógł jeszcze ratować się ucieczką. Wciąż miał czas, żeby odejść, zniknąć. Nie po raz pierwszy zrobiłby coś podobnego.

Tuż obok pasażerowie do Nowego Orleanu ustawiali się w kolejce, a napis nad wejściem pokazywał, że jest to ostatnie wezwanie. Jedna szybka transakcja i mógłby dostać tam miejsce. Jedź, ponaglał samego siebie. Zrób to, po prostu zrób! Z pewnością nikt nie miałby mu tego za złe. Każdy przy zdrowych zmysłach zostawiłby te sprawy ludziom, którzy wiedzą, jak sobie radzić z taką sytuacją.

Podszedł do stanowiska, które obsługiwało lot do Nowego Orleanu. Przysadzisty, szpakowaty mężczyzna podniósł wzrok znad klawiatury.

– W czym mogę pomóc?

Bobby odchrząknął, po czym spytał:

– Czy są jeszcze miejsca na ten lot?

Przedstawiciel linii skinął potakująco głową.

Bobby wyciągnął portfel z tylnej kieszeni spodni. Kiedy go otwierał, ze środka najpierw wypadł jakiś rachunek, a potem moneta. Schylił się po nią. Była stara, miała wytłoczony trójkątny symbol. Nie, nie moneta, ale specjalny żeton wręczany tym, którzy w kościele złożą przysięgę, że przez cały rok zachowają trzeźwość. Zatrzymał go, bo przed wielu laty dostał ten przedmiot od człowieka, którego właściwie nie znał, ale z którym coś go łączyło.

– Proszę pana? – odezwał się urzędnik. – Czy mogę coś dla pana zrobić?

Bobby wpatrywał się w metalowy krążek, po czym mocno ścisnął go w dłoni.

– Nie, dziękuję – powiedział cicho, ruszając w stronę wyjścia 22-C.

Jeden z bagażowych próbował nastroić trzeszczące radio. Te dźwięki skojarzyły się Bobby’emu z dalekim rykiem tłumu zgromadzonego na stadionie. Niby jest odległy, niby przytłumiony, a jednak wyraża potężną energię, tak samo jak przytknięta do ucha muszla cichym szumem wyraża moc oceanu. Bobby przymknął powieki i zdało mu się, że słyszy spikera:

– Panie i panowie, dzisiaj na stadionie Jankesów mamy komplet widzów. Na pozycję wychodzi główny miotacz drużyny gospodarzy. To najważniejszy i najtrudniejszy krok w jego karierze. Myślę, że wzniesienie, na którym stoi, jest w tym momencie najbardziej samotnym miejscem na ziemi. Już jest gotowy. Mocna i szybka piłka. Za wysoko. Drugi rzut. Trudno mieć do niego pretensję, gra przecież o wielką stawkę. Bobby Crutcher, zwykły amerykański chłopak z Teksasu, brany był pod uwagę przy wyborze zawodników do drużyny zaraz po skończeniu szkoły średniej... Ale szansa na wybór pojawiła się i zniknęła. Trzeba było trzynastu lat i dużej dozy szczęścia, ale w końcu się doczekał. Jest niezbitym dowodem na to, że wiek to wyłącznie liczba. Nadszedł czas, by zabłysnął...

Bobby omal nie wpadł na bagażowego. Odepchnął fantazje i skupił spojrzenie na wyjściu. Pasażerowie z Houston przechodzili przez drzwi niekończącym się strumieniem. Trwało to tak długo, że ogarnęły go wątpliwości. Czy aby na pewno dobrze zapisał numer lotu? Może pomylił godzinę, linię lotniczą i dzień? A może w ogóle była to jakaś dziwaczna, koszmarna pomyłka?

Już miał podejść do stojącego w pobliżu funkcjonariusza, gdy z rękawa wynurzyła się stewardesa. Podeszła do pulpitu i oddała podkładkę z przypiętymi papierami. I wtedy pojawił się ostatni pasażer. Targał zniszczoną, oklejoną srebrną taśmą izolacyjną podręczną walizkę oraz plecak. Na głowie miał czapkę bejsbolową Jankesów, która była prezentem gwiazdkowym od Bobby’ego. Z szyi zwieszała się przezroczysta torebka z kartką, na której widniał napis: „Nieletni bez opieki”.

Trzecia próba. Zbity...

Bobby zrobił krok do przodu, przybierając możliwie najlepszą minę.

– AJ? – zwrócił się do chłopca, którego po raz pierwszy widział na oczy. – To ja, Bobby Crutcher. Twój tata.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kim dokuśtykała przez lotnisko do hali lotów lokalnych. Miała nadzieję, że uda jej się dostać miejsce w którymś z prywatnych samolotów. To pozwoliłoby uniknąć wędrówki do miasta, a potem długiej męczącej podróży pociągiem. Przynajmniej tym razem los jej sprzyjał. Podpisała potwierdzenie zapłaty kartą i przeszła do poczekalni. Po kilku minutach komunikat wezwał pasażerów i niewielka grupka ludzi ustawiła się w kolejce.

Przejście do samolotu prowadziło długim pasażem osłoniętym płóciennym dachem, którym szarpały lodowate podmuchy wiatru. Kim była na granicy wyczerpania i całkiem już zobojętniała na to, czy wieczorowym strojem zwraca czyjąś uwagę. Niestety, jej zmysły nie stępiały aż do tego stopnia, by przestała odczuwać katusze, jakie nogom zadawało mroźne powietrze. Pod stopami wirowały płatki śniegu, gdy szła w stronę schodów dostawionych do dwusilnikowego odrzutowca.

Drzemała podczas krótkiego, niespokojnego lotu w stronę północnych, pokrytych śniegiem wzgórz hrabstwa Ulster. Obudziła się, dopiero gdy samolot stuknął kołami o pas. Zaspanymi oczami patrzyła na bezbarwny zimowy widok za oknem i znów opadła ją fala wątpliwości. Możliwe, że trochę przesadziła, kierując się prosto z Los Angeles do małego miasteczka, gdzie zamieszkała owdowiała matka.

No cóż... Czasem trzeba zaufać instynktowi, a poprzedniego wieczoru przeczucie mówiło jej, że powinna uciekać.

Wyprostowała ramiona, dzielnie zniosła lodowaty przemarsz po płycie lotniska i weszła do poczekalni. W czymś jednak była dobra, a mianowicie potrafiła zapanować nad sobą, i to do tego stopnia, że ogarnęło ją coś na kształt spokoju. W każdym razie nikt by nie odgadł, że tak naprawdę była na skraju załamania.

Poczekalnia mieściła się w wielkim, aluminiowym, pełnym przeciągów budynku, który za każdym razem, gdy ktoś otwierał drzwi, zmieniał się w tunel aerodynamiczny. Kim położyła wytworną torebkę na pustym pulpicie. Dostała ją w prezencie gwiazdkowym od Lloyda. Kopertówka warta była tysiące dolarów, jednak gdy teraz do niej zajrzała, widziała tylko, jaka jest mała i pusta. W środku był uratowany długi diamentowy kolczyk, szminka i tubka korektora, a także platynowa karta kredytowa American Express, prawo jazdy oraz plik banknotów, które podjęła w bankomacie na lotnisku.

Wyjęła komórkę i znów się zawahała. Włączenie telefonu oznaczało pogodzenie się z tym, co nastąpiło wczorajszego wieczoru. Ale z drugiej strony ignorowanie tamtych zdarzeń nie odpędzi kłopotów. Zacisnęła zęby i wcisnęła przycisk. Jak należało się spodziewać, na ekranie pojawiła się długa lista nieodebranych połączeń. Przejrzała je, ale nie odsłuchała wiadomości. Zdawała sobie sprawę, że będą to gromy ciskane przez Lloyda, tyrady wygłaszane przez jego menedżera, kolegów z drużyny, jego rodziców. Dobry Boże! Facet miał trzydzieści lat, a informował rodziców, nawet gdy szedł na siusiu.

Wciąż wpatrywała się w ekran, gdy pojawiło się ostrzeżenie o niskim poziomie naładowania baterii, po czym telefon się wyłączył. No i dobrze, pomyślała. Tyle że akurat teraz musiała zadzwonić.

Rozejrzała się w poszukiwaniu automatu. Jedyny, który wypatrzyła, znajdował się jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, po przeciwnej stronie parkingu, który wyglądał jak zamarznięta tundra. Tylko nie to, pomyślała. Ruszyła w stronę kontuaru.

– Przepraszam – zwróciła się do stojącej za pulpitem pracownicy. – Czy w środku jest automat telefoniczny? Moja komórka padła.

Dziewczyna wskazała wiszący na ścianie aparat otoczony zapisanymi samoprzylepnymi karteczkami.

– Proszę skorzystać z tego.

Wybierała numer, przyglądając się swoim palcom, jakby należały do kogoś innego. Trzęsła się tak bardzo, że z trudem trafiała w klawisze. Po kilku nieudanych próbach wreszcie udało jej się dodzwonić, i usłyszała wypowiedziane oficjalnym tonem, jakby rozmawiała z recepcją:

– Fairfield House.

– Mamo? – po chwili milczenia spytała zaskoczona Kim.

– Kimberly – zaświergotała matka. – Dzień dobry, kochanie. Wcześnie wstałaś.

– Nie jestem w Los Angeles. Przyleciałam nocnym samolotem.

– Jesteś w Nowym Jorku?

– Nie, blisko ciebie, na lokalnym lotnisku. Czy możesz po mnie przyjechać? – Z niepokojem poczuła, że drapie ją w gardle, a oczy zaczynają ją szczypać.

– Oczywiście. Będę za momencik.

Kim nie była pewna, ile ten momencik może potrwać. Mama zawsze używała takich wyrażeń, co doprowadzało do furii ojca Kim. Jego zdaniem podobne kolokwializmy były całkiem niestosowne.

– Poczekaj! Możesz przywieźć kurtkę i zimowe buty? – spytała, ale było za późno, bo mama już odłożyła słuchawkę. Ciekawe, co ojciec powiedziałby o moim stroju, pomyślała. Właściwie nie musiała się zastanawiać. Obcisłą sukienkę w najlepszym razie oceniłby sceptycznie, choć bardziej prawdopodobne, że spojrzałby na nią z niechęcią, czyli jak zwykle.

Szkoda, tato, że nie mieliśmy czasu, żeby sobie nawzajem wybaczyć, pomyślała.

Odsunęła myśli o ojcu. W takim stanie nie powinna wracać do tamtych spraw. Przyjdzie dzień, kiedy będzie musiała uporać się z przeszłością, ale na pewno nie w tej chwili. Dzisiejszego ranka powinna skupić się na tym, żeby nie zmienić się w pokryty cekinami sopelek. Przysiadła na ławce i zaczęła przysypiać.

Ocknęła się gwałtownie i rzuciła okiem na zegar. Dojazd zajmie mamie pewnie jeszcze z dziesięć minut. Tych dziesięć minut, pomyślała, to początek wszystkiego. Właśnie tu, właśnie teraz...

Ta myśl całkiem ją rozbudziła. Właśnie tu i teraz mogła wstąpić na nową ścieżkę. Zapomnieć o przeszłości i zacząć nowe życie. Ludzie wciąż to robili. Dlaczego nie mogła postąpić jak inni?

W poczekalni panowały pustki. Dziewczyna przy pulpicie i jakaś dwójka robotników popijali kawę, udając, że w ogóle nie patrzą w stronę Kim. W zwykły roboczy dzień również piłaby kawę i być może z kimś plotkowała. W jej zawodzie plotka nie służyła wyłącznie do przerwania milczenia. Czasem stanowiła śmiertelnego wroga, którego należało zwalczać jak morową zarazę. Innym razem był to środek prowadzący do celu, sposób na przyciągnięcie uwagi klienta. Kim używała plotki jako narzędzia. Ciekawe, co ludzie z jej firmy w Los Angeles mogą teraz mówić.

Straciła panowanie nad sobą w samym środku przyjęcia.

On zawsze wydawał się dość nieprzyjemny.

Kto by pomyślał, że ta dziewczyna jest taka bojowa?

Żeby tak publicznie ze sobą zrywać...

Nikt nie wiedział, co wydarzyło się po ostentacyjnym zerwaniu. Lloyd poszedł za nią na hotelowy parking i...

Zdenerwowana zerwała się na nogi. Palce miała całkiem zdrętwiałe, więc buty już nie wydawały się takie niewygodne. Przeszła do toalety i zdjęła okulary. Jako mieszkanka południowej Kalifornii nie rozstawała się z przeciwsłonecznymi okularami. Jednakże po raz pierwszy użyła ich w takim celu...

Wyjęła korektor i poprawiła makijaż. Zadowolona z efektu wróciła do poczekalni i stanęła przy oknie. Nie wiedziała, jakim autem jeździ obecnie matka. Może ma bezpieczny hybrydowy samochodzik? Albo kupione z myślą o bezpieczeństwie volvo? A może to ten cadillac, który zbliżał się do lotniska niczym lśniący chrząszcz? Nie miała bladego pojęcia. Zadziwiająca i trochę niepokojąca była świadomość, że właściwie niewiele wiedziała o obecnym życiu mamy.

Po śmierci męża Penelope przeszła całkowitą metamorfozę. Z początku czuła się załamana i osamotniona, a ból wyżłobił na jej twarzy głębokie bruzdy. Później jednak okazało się, jak prawdziwe jest stare powiedzenie, że czas goi rany, bo stan matki stopniowo się poprawiał. Coraz częściej na jej twarzy pojawiał się uśmiech, znów zaczęła tryskać entuzjazmem. Jak to możliwe? – zastanawiała się Kim. Jak można poradzić sobie z taką stratą? Jak pożegnać się z kimś, kogo kochało się ponad trzydzieści lat?

Kiedy jaskrawożółto-biały chrysler skręcił z szosy na parking i kierowca byle jak zaparkował przy krawężniku, pochyliła się w stronę zmrożonej szyby. Zanim jeszcze zobaczyła twarz kierowcy, domyśliła się, że to musi być mama. Samochód na boku miał przyciągający wzrok napis: „Fairfield House – twój dom z dala od domu”.

Kim nawet nie próbowała zrozumieć, co to mogłoby znaczyć. Była tak zmęczona, że zdołała tylko wyjść na zewnątrz i pozwolić, by matka wzięła ją w ramiona.

– Co się dzieje, kochanie? – Matka odsunęła się, żeby spojrzeć na córkę.

Kim też na nią popatrzyła. Mama była ładną, miłą kobietą o ciepłym spojrzeniu. Nic nie wiedziała o kłopotach córki, dlatego Kim błyskawicznie wzięła się w garść i powiedziała tylko tyle:

– To była potwornie męcząca noc. Przepraszam, że nie zadzwoniłam wcześniej. Ja... nie planowałam tej podróży.

– I zrobiłaś mi cudowną niespodziankę. – Penelope starała się przybrać radosną minę, lecz w jej oczach pojawił się niepokój.

– Jedźmy do domu, mamo. Jest okropnie zimno.

– Już nic nie mów. – Pośpiesznie obeszła auto i usiadła za kierownicą.

Kim zajęła fotel pasażera, wciągając za sobą sukienkę, której brzeg zamoczył się w brudnej brei, i zatrzasnęła drzwi.

Koła zabuksowały, gdy samochód ruszał od krawężnika. Przypomniało to Kim, że mama nie była najlepszym na świecie kierowcą. Kiedy żył jej ojciec i mieszkali w mieście, Penelope rzadko prowadziła, potem jednak przeniosła się na północ i musiała nauczyć się żyć bez męża. To, że tak szybko i skutecznie przystosowała się do nowego życia, świadczyło o drzemiącej w niej wielkiej energii i sile, która dopiero teraz mogła, czy też musiała się ujawnić. Bardzo pozytywnie zaskoczyło to Kim, która martwiła się o owdowiałą matkę.

Penelope pochyliła się nad kierownicą, wyprowadziła auto z parkingu i ruszyła na północny zachód, w stronę dzikich obszarów gór Catskill.

– Odeszłam od Lloyda – wyznała Kim spokojnym, pozbawionym emocji głosem. – I porzuciłam pracę. – Cała ta historia była zbyt długa i skomplikowana, a jej umysł za bardzo otępiały i zmęczony, by mogła wszystko wyjaśnić, dlatego ograniczyła się do skróconej wersji. – Wczoraj na przyjęciu potwornie się pokłóciliśmy – powiedziała. – Dwa nieszczęścia naraz: rzucił mnie i jednocześnie wylał z pracy. Zrobiło się głośno i bardzo niesympatycznie, więc tak jak stałam, pojechałam na lotnisko. Nie wzięłam nic poza tym, co miałam na sobie i tą małą torebką. – Przypomniała sobie mężczyznę z kapturem obszytym wilczym futrem, który podał jej torebkę. Skąd wiedział, że to projekt Judith Leiber? Czy był gejem? Raczej nie, przynajmniej sądząc z tego, jak na nią patrzył. – W każdym razie przepraszam, że nie zadzwoniłam, ale sama rozumiesz, że w tych nerwach nie myślałam logicznie.

– I co? Zaczynasz żałować? – spytała łagodnie mama.

– Nie. To nieodwracalna decyzja. – Dziwne, ale miała wrażenie, że tego nie mówi, tylko słyszy swój głos. – Firma zwolni mnie w poniedziałek z samego rana.

– Nie będą chcieli cię zatrzymać?

– Nie ma na to szansy. Skoro najważniejszy klient chce, żebym odeszła, to muszę odejść, koniec, kropka.

– Cóż, ich strata. Pozbyli się utalentowanej specjalistki od PR.

– Dzięki, mamo. – Kim próbowała się uśmiechnąć. – Szkoda, że nie wszyscy są tacy lojalni.

– A co z twoimi rzeczami? – spytała Penelope.

– Oddałam je do przechowalni. Mówiłam ci o tym, pamiętasz? – Tuż przed świętami wyprowadziła się ze swojego mieszkania. – Lloyd szukał domu, a tymczasowo zamieszkaliśmy w Heritage Arms w Century City. Wydawało się, że wszystko będzie wspaniale. Czy to znaczy, że jestem nieuleczalną kretynką?

– Nie. Po prostu w głębi duszy jesteś romantyczką.

Naprawdę? Romantyczką? Kim zadumała się na moment. Zawsze uważała się za bizneswoman z głową na karku, a jednak w tym, co powiedziała mama, było trochę prawdy. Pod zewnętrzną powłoką kryło się serce, które wierzyło w różne niemądre rzeczy: w to, że można się zakochać, że miłość może trwać wiecznie, że swojemu przyjacielowi i kochankowi można powierzyć największe sekrety. Że można planować przyszłość wyłącznie w oparciu o zaufanie, nie oczekując przyrzeczeń i gwarancji.

No to tyle, jeśli chodzi o romantyczne serce.

– Wiesz, mamo? – podjęła. – Mam dość sportowców.

– Nigdy nie będziesz miała ich dość, słoneczko. Pasjonują cię.

– Hm... Nie wszyscy są tacy sami. Tyle że od dawna nie trafił mi się klient, który nie byłby kompletnym dup... to znaczy durniem...

– Nie krępuj się, kochanie. Czasami takie słowo jak dupek idealnie wyraża prawdę, już grzeczniej nie da się powiedzieć.

Po raz pierwszy od wczorajszego wydarzenia Kim poczuła, że jej usta rozciągają się w uśmiechu.

– Z początku przepadałam za swoją pracą. Zajmowałam się młodymi sportowcami, tak naprawdę jeszcze chłopcami, a oni bardzo mnie potrzebowali. Natomiast ostatnio przede wszystkim musiałam preparować kłamstwa, bajdurzyć i kręcić, żeby zatuszować różne sprawki tych... chłopców. Wbrew sobie wmawiałam mediom i kibicom, że dobre wyniki w sporcie usprawiedliwiają naganne uczynki. Nie tak miała wyglądać moja praca. Mam tego dosyć.

Penelope skręciła w aleję, gdzie stał jej dom. King Street nie była zwykłą ulicą, tylko szerokim, imponującym bulwarem. Środkiem biegł obsadzony wysokimi klonami i kasztanowcami pas zieleni. Liczące dobrze ponad sto lat okazałe domy zostały zbudowane przez potentatów kolejowych, bankierów i armatorów z minionej epoki. Każda z budowli była arcydziełem świadczącym o świetności tamtych czasów. Otaczały je kamienne lub kute w żelazie ogrodzenia. Obecnie niektóre z nich stały się własnością ludzi, którzy za wszelką cenę pragnęli je ocalić. Inne popadły w ruinę, a kilka, jak Fairfield House, od pokoleń należały do tej samej rodziny.

Kim wpatrywała się w dom – jeden z największych i najsłynniejszych zabytkowych budynków w miasteczku – z otwartymi ze zdumienia ustami.

– Mamo...

– Wprowadziłam kilka zmian.

– Tak, widzę... – Z pewnością nie była to ta sama majestatyczna rezydencja, którą pamiętała z dzieciństwa.

– Prawda, że jest wspaniały? Skończyliśmy go malować we wrześniu. Zamierzałam wysłać ci zdjęcia, ale nie bardzo wiedziałam, jak je przesłać mejlem. No i co powiesz?

Brakowało jej słów. Owszem, założenie architektoniczne rezydencji i budynków gospodarczych nie zostało naruszone, na rozległym terenie, obecnie przykrytym grubą warstwą śniegu, też nie było znaczących zmian, może tylko większe krzewy zostały ozdobnie przystrzyżone.

Natomiast wygląd szacownego domu to już całkiem inna historia. W czasach, gdy mieszkali tu dziadkowie Kim, Fairfield House był biały z czarnymi elementami dekoracyjnymi. Teraz został pomalowany na kolory niespotykane w naturze. Prawdę mówiąc, niespotykane nigdzie poza wymarzonym domkiem Barbie.

Kim zamrugała, ale obraz nie zniknął. Cały budynek wraz z rotundą, wieżyczkami i szczytami wyglądał niczym tort weselny pokryty jaskrawym lukrem. Powozownia oraz altana w ogrodzie w barwach fuksji i lawendy ostro kontrastowały z bielą śniegu.

A może to tylko podkład? Czasami pierwsza warstwa farby dawała takie dziwaczne efekty.

– Czy powiedziałaś, że skończyliście malować?

– Tak, nareszcie. Chłopcom z Avalon Hornets zajęło to całe lato. – Matka zaparkowała auto w ozdobnym pasażu, który tworzył łuk nad podjazdem przy bocznym wejściu. Lśniące koralowe elementy zrównoważono limonkowymi dodatkami, a sklepieniu łuku nadano barwę nieba.

– Chłopcy z Avalon Hornets pomalowali dom – powtórzyła za matką oszołomiona Kim.

– Zgadza się. Zawodnicy zawsze szukają zajęcia. Trzeba przyznać, że wykonali dobrą robotę.

Avalon Hornets była to zawodowa drużyna bejsbolowa związana z kanadyjsko-amerykańską ligą. Kiedy kilka lat temu pojawiła się w Avalonie, miejscowa społeczność przyjęła ją z otwartymi ramionami. Wiadomo przecież, że to ogromna i pozytywna zmiana dla sennej osady, gdy staje się siedzibą zawodowej drużyny bejsbolowej.

Weszły do środka. Jak się okazało, przyprawiający o zawrót głowy kalejdoskop barw nie ograniczał się do elewacji.

Matka odwiesiła kurtkę do szafy.

– Owszem, kolory są trochę rażące, ale uznałam, że skoro już mam poszaleć, to bez żadnych zahamowań. I poszłam na całość.

– Słuszna zasada. – Kim zmusiła się do uśmiechu.

– A mówiąc tak do końca szczerze, zdecydowały sprawy finansowe. Tych farb już nie produkują, kupowałam przecenione resztki, trochę tej, trochę innej, co tam zalegało w magazynach, a malarzom powiedziałam, że mają niepowtarzalną szansę, bo mogą wykazać się wyobraźnią.

– I się wykazali... – Być może gdzieś i kiedyś zdarzyło się jeszcze gorsze zestawienie kolorów niż to, co stworzyli bejsboliści, jednak Kim aż takiego koszmaru nie potrafiła sobie wyobrazić. Wystarczył jej ten koszmar, który miała przed oczami.

– A skoro już mowa o pójściu na całość, jesteś pewna, że z Lloydem to koniec? – spytała matka.

No tak... Na tym właśnie polegało podstawowe zadanie Kim. Miała sprawić, żeby Lloyd i pozostali klienci wydawali się sympatyczni, wręcz ujmujący, a przez to warci obłędnej kasy, którą im płacą. I była w tym dobra, aż tak dobra, że wykreowana na użytek mediów postać całkowicie zastępowała prawdziwego człowieka. Pewnie dlatego nie spostrzegła, że dzieje się coś złego. To żałosne, ale po prostu uwierzyła w produkowane przez siebie bajery.

– Absolutnie pewna, mamo. Skończyłam z nim na dobre. – Zaczęła gwałtownie drżeć. Najwyraźniej był to opóźniony efekt szoku, który przeżyła poprzedniego wieczoru.

– Jesteś blada jak śmierć. – Penelope wzięła ją za rękę i zmusiła, żeby usiadła na ławie. – Podać ci coś?

Miała wrażenie, że głos matki dochodzi z tunelu.

– Nic mi nie będzie... – Drżącą ręką zdjęła okulary, odłożyła je na bok i rogiem szala delikatnie starła makijaż.

W spojrzeniu Penelope najpierw pojawiło się przerażenie, a zaraz potem wściekłość.

– Dobry Boże! Ile czasu to trwa?!

Kim zwiesiła głowę.

– Mamo, jestem kretynką, ale nie aż taką. Nie miałam pojęcia, że jest zdolny do przemocy. Wczoraj wieczorem zaczęliśmy się kłócić o jakieś głupstwo, a potem kłótnia przerodziła się w straszną awanturę. – Zrobiło jej się niedobrze, gdy przypomniała sobie gapiących się na nich ludzi. Wyszła z przyjęcia, a Lloyd poszedł za nią na parking. Lloyd i jego pięść, czy raczej okrutne, niegodne człowieka narzędzie.

Oczy matki wypełniły się łzami.

– Kimberly... Tak bardzo mi przykro.

– Wiem, mamo. Nie martw się. To już minęło – powiedziała stanowczo.

– Powinnaś wnieść oskarżenie.

– Myślałam o tym, ale biorąc pod uwagę pozycję Lloyda, nie mam żadnych szans. Musiałabym na nowo wszystko przeżywać, a jemu i tak nic nie zrobią. Wolę udawać, że nigdy nie spotkałam żadnego Lloyda Johnsona.

Znalazła się w ramionach Penelope, które jednocześnie były miękkie i silne. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej tego brakowało. Kiedy zamknęła powieki i wciągnęła zapach mamy, przeniknęła ją pamiętana z dawnych lat i cudownie słodka świadomość absolutnego bezpieczeństwa. Kim już nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła płaczem. Penelope delikatnie głaskała jej włosy i mruczała uspokajające słowa, aż wreszcie córka z potokiem łez wyrzuciła z siebie cały żal i poczuła się oczyszczona.

– Nic mi nie będzie. – Kim wzięła od matki chusteczkę i osuszyła oczy. – Doznawałam gorszych urazów, gdy uprawiałam sport.

– Ale rana zadana przez kogoś, kogo kochasz i komu ufasz, boli mocniej niż wszelkie inne obrażenia...

Powiedziała to z takim przekonaniem, że Kim się przestraszyła.

– Mamo, o co chodzi?

– Muszę ci pokazać, gdzie zamieszkasz. – Penelope gwałtownie się ożywiła.

– Tak, oczywiście...

Kim przeszła za matką przez frontowy pokój – w kolorze zielonego jabłuszka – do głównego – pomarańczowego jak dynia – holu.

– Dostaniesz pokój, w którym mieszkałaś, gdy w dzieciństwie przyjeżdżałaś do dziadków. Właściwie wygląda tak samo jak przed laty. W szafie jest trochę twoich rzeczy, więc możesz się przebrać. Wydaje mi się, że od czasów szkolnych nie przytyłaś nawet kilograma.

Mieszkając w Los Angeles, Kim nie odważyłaby się przytyć nawet grama. I chociaż nosiła rzeczy w rozmiarze S, przy innych kobietach czuła się jak pomocnik obrońcy z drużyny futbolowej.

A teraz w tym dużym cichym domu miała wrażenie, że wkracza do świata dzieciństwa. Korytarz na pierwszym piętrze miał kształt litery T. Prawa strona należała do Kim. Jako jedyna wnuczka miała do swojej dyspozycji całe skrzydło.

– Co to za mina? – spytała matka. – Wyglądasz, jakbyś została pokonana.

– No cóż... Miałam rozpocząć życie jak w bajce, a tymczasem wracam, żeby zamieszkać z mamą. – Zawahała się. – Oczywiście, jeśli się na to zgodzisz.

– Zgodzę? Obie tego potrzebujemy, jestem o tym przekonana. Przyjmij, że to zatoczenie pełnego kręgu. Będzie wspaniale, zobaczysz.

Kim bardzo by chciała wiedzieć, co niby ma być takie wspaniałe, jednak powstrzymała się z pytaniem.

– Przygotuję kąpiel. Tego ci właśnie trzeba. – Penelope zaczęła krzątać się w przyległej do pokoju łazience.

– Cudownie – zgodziła się Kim.

Słuchając zgrzytliwych jęków rur, odłożyła torebkę, rzuciła na łóżko jedwabny szal i w końcu – dobry Boże, wreszcie! – zdjęła pantofle. Przez kilka minut myszkowała po pokoju, oglądając rzeczy, o których, jak jej się zdawało, już dawno zapomniała. Była cała kolekcja pamiątek z Camp Kioga, sielskiej posiadłości na północnym krańcu Wierzbowego Jeziora, gdzie jako dziecko spędzała letnie wakacje. Potem, będąc już nastolatką, pracowała tam jako wychowawczyni. Dzisiaj już niewiele ją łączyło z Avalonem, małym i bardzo prowincjonalnym miasteczkiem, lecz związane z nim wspomnienia wciąż były żywe. Każde lato spędzone w Camp Kioga było dla niej magicznym ciągiem złocistych dni. Na ten czas zanurzała się w całkiem innym świecie i wiodła zupełnie inne życie niż to, które przez resztę roku przypadało jej w udziale na górnym Manhattanie.

Wyciągnęła z szafy szarą bluzę z kapturem, na której widniało logo obozu. Kim dostała ją, gdy miała siedemnaście lat i kolejne lato spędzała w tych stronach. Za duża bluza sięgała do połowy uda, a miękka tkanina przyjemnie otulała, kojarzyła się z ciepłem i przywoływała wspomnienia z tamtych lat.

Z okna w dachu roztaczał się widok na rozciągające się za miastem góry. Kiedy jako mała dziewczynka przyjeżdżała do dziadków, często siadała przy oknie i wyobrażała sobie, że w przyszłości jej życie będzie się toczyło gdzieś za horyzontem. I tak się też stało. A teraz, jak to powiedziała mama, zatoczyła pełny krąg.

Jedwabna i zdobna w cekiny wieczorowa suknia migocząc, opadła na podłogę. Biustonosz bez ramiączek zaprojektowany był na superokazje towarzyskie, a nie dla wygody, więc ściągnęła go z westchnieniem ulgi. Niżej nie miała nic, bo pod taką obcisłą suknią nie można było nosić bielizny.

– Ręczniki są w bieliźniarce? – zawołała.

– Zgadza się, kochanie. – Mama mówiła coś jeszcze, ale szum wody ją zagłuszył.

Kim wyszła z pokoju i skierowała się do szafy z bielizną. Na korytarzu stał obcy, ubrany w trencz człowiek i patrzył prosto na nią. Był niemłody, miał szpakowate włosy i wyglądał na twardziela. No i z pewnością nie miał żadnego powodu, by przebywać w domu Penelope Fairfield van Dorn!

Ogarnięta paniką krzyknęła, jednocześnie otulając się szczelniej bluzą i obciągając ją w dół.

– Jezu! Nie chciałem pani wystraszyć – odezwał się mężczyzna.

– Niech się pan nie zbliża! – Zwykle nosiła przy sobie spray z pieprzem, ale oczywiście poprzedniego wieczoru pojemnik, który miała w torebce, został skonfiskowany na lotnisku. – Kosztowne rzeczy są na dole – ciągnęła. – Niech pan weźmie wszystko. Tylko... proszę sobie pójść. – Machnęła ręką w stronę schodów. Miała świadomość, że wykonując ten ruch, całkiem się odsłoniła.

Intruz uniósł dłonie.

– Pani to z pewnością Kimberly – powiedział. – Penny bez przerwy o pani mówi.

Penny? Włamywacz tak czule mówił do jej mamy?

– Zdawało mi się, że słyszę głosy... – Na korytarzu pojawiła się Penelope.

– Jeśli spróbujesz dotknąć którejś z nas – ostrzegła napastnika Kim – zrobię ci krzywdę. – Znała zasady samoobrony, choć nie zachwycała jej perspektywa, że musiałaby walczyć niemal nago.

– Kochanie, to pan Carminucci! – zawołała Penelope, krztusząc się ze śmiechu.

– Dino – wtrącił domniemany bandzior. – Proszę nazywać mnie Dino.

Kim była tak zdezorientowana, że zapomniała języka w gębie. Dino Carminucci niemal do złudzenia przypominał Tony’ego Bennetta, piosenkarza włoskiego pochodzenia. Miał równie ciepłe piwne oczy i pięknie falujące szpakowate włosy. Do tego wpatrywał się w Penelope w taki sposób, jakby zaraz miał zacząć śpiewać.

Penny, powtórzyła w duchu Kim. Penny... Nikt tak jej nie nazywał.

– Dino jest jednym z naszych gości – wyjaśniła Penelope swobodnie. – Pozostałych poznasz podczas obiadu.

Gości? Pozostałych? Nie próbowała ukrywać zaskoczenia.

– Hm... Miło mi pana poznać, ale... – Nie dokończyła. Przypomniała sobie napis na samochodzie i tknęło ją złe przeczucie.

– Kimberly właśnie przyleciała z Los Angeles – poinformowała Dina Penelope, czy raczej Penny.

– W takim razie musi pani marzyć o odpoczynku. Do zobaczenia później, drogie panie. – Pogwizdując swobodnie, ruszył w stronę schodów.

Kim gwałtownie wciągnęła matkę do pokoju i oznajmiła stanowczo:

– Musimy porozmawiać.

– Faktycznie musimy – odparła z uśmiechem Penelope. – Możemy rozmawiać, kiedy będziesz leżeć w wannie.

Kim była zbyt zmęczona, żeby protestować. Kilka minut później znalazła się w głębokiej wannie na nóżkach w kształcie zwierzęcych łap, otoczona pianą o zapachu lawendy.

Mama usiadła na stołeczku przy toaletce i popatrzyła na nią czule.

– Dobrze jest mieć cię w domu, Kimberly.

– Skoro tak, to dlaczego od pogrzebu babci ani razu mnie nie zaprosiłaś? – Uświadomiła sobie, że od tamtej pory upłynęły dwa lata.

– Byłam pewna, że wolisz, gdy spotykamy się w mieście lub kiedy przyjeżdżam do Los Angeles. Sądziłam, że dla takiej bizneswoman mieścina Avalon wydaje się przerażająco nudną prowincjonalną dziurą.

– Mamo!

– No dobrze... Bałam się, że nie poprzesz mojego przedsięwzięcia.

– Mówiąc precyzyjniej, tym przedsięwzięciem są twoi goście, prawda?

– No tak.

– O ilu osobach właściwie mówisz?

– W tym momencie mam troje gości. Dino jest właścicielem pizzerii w miasteczku i właśnie przeprowadza w domu remont, więc mieszka tu tymczasowo. Pan Bagwell zwykle zimą wyjeżdża na Południe, ale tego roku został w Avalonie, więc musi gdzieś zamieszkać. Jest jeszcze Daphne McDaniel. Zachwycająca dziewczyna. Nie mogę się doczekać, kiedy ją poznasz. Wciąż są wolne miejsca, ale dopiero skończyliśmy odnawiać apartament na drugim piętrze. Mam nadzieję, że wkrótce znajdę kogoś, kto go zajmie.

– Mamo, co się dzieje? Dlaczego mieszka tu banda obcych ludzi? Czułaś się aż tak samotna?

– To nie są obcy ludzie. To moi goście, lokatorzy. I zapewniam cię, że nie zastępują mi córki.

– Powinnaś mi powiedzieć. – Ogarnęło ją poczucie winy, kiedy pomyślała o spotkaniach z mamą po śmierci ojca. Widywały się w południowej Kalifornii, na Manhattanie, na Florydzie. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że mamie może zależeć na tym, by przyjechała tutaj... do domu.

– Moje życie uległo zmianie, gdy odszedł twój ojciec – wyjaśniła Penelope.

– Tak właśnie mi się zdaje – skomentowała Kim, a przed oczami stanął jej Dino Carminucci.

– Uzyskałam pozwolenie na prowadzenie działalności i wystartowałam z tym tuż po Święcie Pracy.

– Z tym...?

– Z Fairfield House.

Kim poczuła, że kręci jej się w głowie. Nie była pewna, czy spowodowała to gorąca kąpiel, zmęczenie, a może chaos, który ją ogarnął po usłyszeniu tych rewelacji. Najpewniej wszystko po trosze.

– Chcesz powiedzieć, że przerobiłaś dom na pensjonat?

– Tak, kochanie, przerobiłam. – Powiedziała to tak spokojnie, jakby mówiła o malowaniu paznokci. – I wiesz, podtrzymałam w ten sposób rodzinną tradycję. Ten dom wybudował mój pradziadek, Jerome Fairfield, który zrobił majątek w branży włókienniczej. W tamtych czasach była to najwspanialsza rezydencja w miasteczku. Później, jak wielu innych, w dwudziestym dziewiątym roku, w czasie kryzysu, stracił wszystko i już nigdy się nie podźwignął. Zaczęli z żoną przyjmować lokatorów, bo tylko w ten sposób mogli uchronić dom przed przejęciem go przez wierzycieli. Jak więc widzisz, kochanie, mam to we krwi.

Kim tylko słuchała. Niby wszystko do niej docierało, lecz zarazem jakby nic nie rozumiała. Równie dobrze mama mogłaby ją poinformować, że postanowiła skakać na bungee lub zostać nudystką.

Gdy wreszcie wszystko poskładała do kupy i kiedy odzyskała głos, spytała mocno boleściwie:

– Kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć?

– Uczciwie mówiąc, starałam się to odwlekać tak długo, jak tylko się dało. Wiedziałam, że to cię nie zachwyci... delikatnie mówiąc.

– Bardzo delikatnie! – Kim wreszcie nabrała wigoru, rozindyczyła się. – Obcy ludzie w domu?! Lokatorzy? Czy ty oszalałaś, mamo?!

Matka podniosła się i położyła na stołku stertę ręczników.

– I kto to mówi? Można by pomyśleć, że to ja leciałam przez cały kraj w wieczorowej sukni i szpilkach.

– To nie było szaleństwo – zaoponowała Kimberly – tylko kryzys. Mój osobisty kryzys.

– No to znalazłaś się we właściwym miejscu – z uśmiechem podsumowała Penelope.

– Czyli ten pensjonat... to ma być dom dla osób, które znalazły się na życiowym rozdrożu?

– Raczej dla ludzi w okresie przejściowym.

Kim wpatrywała się w miłą, łagodną twarz mamy, jakby widziała ją po raz pierwszy. Czy mogłaby powiedzieć, że wciąż zna tę kobietę? Zresztą... czy kiedykolwiek ją znała? Penelope Fairfield van Dorn urodziła się i dorastała w Avalonie. Należała do elitarnej klasy wyższej, miejscowej starej gwardii. Jej korzenie sięgały czasów, gdy Rooseveltowie i Vanderbiltowie mieli w górach letnie domy. Ojciec Kim nigdy nie przepadał za tą zapomnianą przez Boga i ludzi mieściną. Mama z kolei twierdziła, że jej serce na zawsze pozostało w Avalonie i wydawała się szczęśliwa, gdy znów mogła zamieszkać w domu swojego dzieciństwa. Kim już jako mała dziewczynka zauważyła, że tylko tutaj mama była odprężona i beztroska.

Na łóżku obok bluzy leżały dżinsy, podkoszulek i para grubych skarpet. Stare ubrania nie były za małe, ale Kim nie czuła się w nich wygodnie. Chociaż akurat to było najmniejszym problemem.

Wytarła porządnie włosy, nałożyła podkład i wyjrzawszy na korytarz, by upewnić się, że nikt nie kręci się w pobliżu, zeszła do kuchni, w której było niebiańsko ciepło. Usiadła i objęła dłońmi gruby porcelanowy kubek z przygotowaną przez mamę gorącą czekoladą.

Kuchnia jaśniała pomidorową czerwienią z jaskrawożółtymi elementami. Kim przyglądała się matce, która wycierała kuchenkę i zlew, i nagle ogarnęły ją czarne myśli. Ciężka depresja, wczesne stadium Alzheimera, rzadki przypadek demencji...

– Mamo...

– To był jedyny sposób, żeby zatrzymać dom – odpowiedziała na niezadane jeszcze pytanie Penelope.

– Myślałam, że po śmierci dziadka dom stał się twoją własnością.

– Oczywiście, i nadal należy do mnie, ale potrzebne mi były pieniądze, więc zaciągnęłam kredyt hipoteczny. Niestety, była to nieprzemyślana decyzja.

– Nie rozumiem. Chcesz powiedzieć, że nie byłoby cię stać na mieszkanie w Avalonie, gdybyś nie przyjmowała lokatorów?

– Kochanie, w ogóle nie byłabym w stanie się utrzymać, gdybym nie zaczęła zarabiać – odparła zrezygnowanym głosem.

– To jakieś szaleństwo! Co się stało? Przecież tata zarabiał mnóstwo pieniędzy. – Kim intensywnie wpatrywała się w matkę. – Bo tak przecież było, prawda?

Penelope przerwała sprzątanie, odłożyła ścierkę i usiadła przy stole.

– Kimberly... Być może popełniłam błąd, trzymając to w tajemnicy przed tobą, ale nie chciałam, żebyś się tym gryzła. Prawda jest taka, że twój ojciec pozostawił ogromne długi.

To wydawało się nieprawdopodobne. Nie żyli przecież jak zadłużona rodzina. Wręcz przeciwnie!

– Nie rozumiem.

Mama uśmiechnęła się smutno.

– Pragnęłam, żebyś miała dobre wspomnienia o ojcu, ale chyba postąpiłam naiwnie.

– Czyżby tata w tajemnicy prowadził drugie życie, o którym dowiedziałaś się po jego śmierci?

Penelope skrzyżowała ramiona na stole.

– Cóż, tak było, przynajmniej w pewnym sensie. Za życia ani słowem nie wspomniał o swoich długach. Nie miałam o nich pojęcia, do dziś nie bardzo to rozumiem. Zainwestował pieniądze w różnych funduszach hedgingowych, które, jak się okazało, spłacały kredyty, w związku z czym musiał obciążyć hipotekę na wszystkie nasze nieruchomości. Cieszyliśmy się życiem, a ja nie miałam pojęcia, do jakiego stopnia żyliśmy ponad stan. Być może to właśnie go zabiło, cały ten stres, napięcie wywołane stwarzaniem pozorów.

– Mój Boże... – Kim zamknęła oczy, próbując przywołać obraz ojca, tak zawsze dystyngowanego i powściągliwego. Między nimi układało się dość burzliwie, a przez to, co teraz usłyszała, stał się jeszcze bardziej obcy, jakby go w ogóle nie znała.

– Wszystko wyszło na jaw, gdy porządkowałam jego sprawy – ciągnęła matka. – Musiałam podjąć różne kroki, żeby pokryć zobowiązania. Musiałam też... zlikwidować wiele aktywów.

Kim ogarnął lęk, gdy usłyszała drżenie w jej głosie.

– Wiele? Mamo, to znaczy...

– No... wszystko.

Przecież to nie do pomyślenia! Mieli dom na Manhattanie, weekendową posiadłość na Long Island, apartament w Boca Raton. Posiadali też papiery wartościowe. Przynajmniej tak jej się zdawało.

– Czy to możliwe?

– Takie samo pytanie zadałam adwokatowi. W sprawie domu w Montauk i apartamentu w Largo orzeczono przepadek mienia. Dochody z akcji i oszczędności przestały istnieć. Ten dom udało się zachować, bo rodzice zapisali go tylko mnie, ale to wszystko.

– Tak mi przykro, mamo. Nie miałam o niczym pojęcia. – Czuła się teraz zdradzona przez dwóch mężczyzn, którym ufała.

Mama uśmiechnęła się z goryczą.

– To tak jak ja. Byłam głupia, nic nie widząc i nie słysząc, żyjąc w błogiej nieświadomości.

– Wcale nie byłaś głupia – zaoponowała Kim. – Nie było powodu, żebyś miała mu nie ufać. Tylko... czy naprawdę sądzisz, że przyjmowanie lokatorów to dobre rozwiązanie?

– Sama pomyśl. Nigdy nie pracowałam i nie potrafię robić nic, co mogłoby przynieść dochód. Pozostało mi tylko jedno: wykonać jakiś zdecydowany ruch, bo inaczej musiałabym sprzedać dom.

– Nie mogę uwierzyć, że tata zostawił cię w takiej sytuacji. Jak to możliwe, że nic nie odkryłaś?

– Nie zdawałam sobie sprawy – odparła matka, wstając od stołu – że powinnam czegoś szukać. Richard był mistrzem oszustwa, sprawiania, by ludzie widzieli to, co chciał im pokazać.

Kim uświadomiła sobie, że to prawda. Wszyscy, którzy go znali, uważali Richarda van Dorna za człowieka wyrafinowanego i majętnego. W Nowym Jorku mieszkali we właściwej części Manhattanu, Kim chodziła do właściwej szkoły, jeździli na luksusowe wakacje, a jej rodzice organizowali przyjęcia i bywali na przyjęciach i imprezach, o których następnego dnia pisano w kronice towarzyskiej.

Zapewne odrazę wzbudziłby w nim pomysł przyjmowania przez Penelope lokatorów. Może powinien był pomyśleć o tym przed narobieniem długów, zanim umarł i ściągnął całe to upokorzenie i wstyd na Bogu ducha winną żonę. Choć prawdę mówiąc, mama wcale nie wyglądała na upokorzoną. Zamiast pogrążać się w rozpaczy jak bohaterka powieści Jane Austen, Penelope van Dorn ruszyła do działania.

Wczoraj wieczorem, gdy jechała taksówką na lotnisko, Kim myślała z nadzieją o powrocie do spokojnego, bezpiecznego domu. Tymczasem przyjechała do pensjonatu pełnego obcych ludzi i pomalowanego na wszystkie kolory tęczy.

Uznała, że jeśli nawet nie osiągnie tutaj nic więcej, przynajmniej pomoże mamie wybrnąć z kłopotów finansowych. Jeżeli miało to wiązać się z zamieszkaniem w małym górskim miasteczku i zakasaniem rękawów, niech i tak będzie. Cóż, nie takie życie sobie zaplanowała, ale wszystkie cele, plany i ciężka praca zaprowadziły ją w ślepą uliczkę.

Mało prawdopodobne, żeby tu zrealizowała swoje marzenia, lecz może przyjazd do Avalonu przyniesie jej coś znacznie cenniejszego: szansę na poprawienie stosunków z mamą. Odda uczucie jedynej osobie, która darzyła ją bezwarunkową miłością. A także – jeśli szczęście będzie jej sprzyjać – wymyśli i zrealizuje taki plan, który nie doprowadzi do katastrofy.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Zanim linie lotnicze przekazały Bobby’emu podróżującego samodzielnie nieletniego, Bobby musiał złożyć kilka podpisów.

– Do zobaczenia, AJ – powiedziała stewardesa, podając Bobby’emu kopie dokumentów. – Świetnie dawał sobie radę – dodała. – Musi pan być bardzo dumny z syna.

Bobby skinął głową, ale nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Zresztą co tu było do mówienia? Dzieciak – krew z jego krwi, kość z jego kości – był już na świecie dwanaście lat, a Bobby widział go po raz pierwszy w życiu. Nie miał pojęcia, co AJ sobie myślał; w każdym razie patrzył na niego, jakby Bobby był dla niego całkiem obcym człowiekiem, a już w najlepszym razie bardzo dalekim krewnym.

Co w gruncie rzeczy idealnie pasowało do tej niesamowitej sytuacji. Daleki krewny.

Tyle że w żadnym razie nie było to winą chłopca, dlatego Bobby obdarzył stewardesę rozbrajającym uśmiechem i powiedział:

– Oczywiście, że jestem dumny.

Urzędniczka przy wyjściu dwa razy sprawdziła dokumenty z tabliczką, którą AJ miał na szyi, po czym podała Bobby’emu kwitek, jakby chodziło o wynajęty samochód.

– W porządku – powiedziała na koniec. – Życzę miłego dnia. Dziękujemy za wybranie naszych linii.

Bobby skinął głową i wepchnął kwitek do kieszeni.

– Tam jest odbiór bagażu – powiedział, wskazując znak informacyjny.

Ruszyli, trzymając się z dala od siebie jak obcy sobie ludzie, jakimi w rzeczywistości byli. Naturalnie Bobby nie mógł powstrzymać się od obserwowania chłopca. AJ był mały. Naprawdę mały. Nie wiedział co prawda, jak powinien wyglądać dwunastolatek, jednak był przekonany, że AJ jest bardzo mizerny.

Kiedy mijali kosz, chłopiec zdjął z szyi kartonik i wrzucił go do śmieci.

– Słuchaj, naprawdę wolałbym, żebyśmy się poznali w innych okolicznościach – odezwał się Bobby. Nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby dodać.

Żadnej odpowiedzi. Może dzieciak był w szoku, co wcale nie byłoby dziwne. Najpewniej był to najbardziej przerażający dzień w jego życiu.

W myślach raz po razie odtwarzał tę chwilę, gdy zadzwoniła do niego Yolanda. Już fakt, że w ogóle to zrobiła, był czymś wyjątkowym. Przez te wszystkie lata telefonowała do niego zaledwie kilka razy: żeby poinformować go o narodzinach AJ, powiedzieć, że wychodzi za faceta o imieniu Bruno, a w zeszłym roku zawiadomić o tym, że się rozwodzi.

Z sobie tylko znanych powodów Bobby zawsze podporządkowywał się jej życzeniom i bez protestu sięgał po książeczkę czekową. Nie wiedział, jak to jest być ojcem, ale doskonale umiał przekazywać pieniądze.

I raptem wczoraj ten pilny telefon nie pozostawił mu wyboru. Rozległ się głos, który ledwie pamiętał:

– Dzięki Bogu, że odebrałeś.

– Yolanda?

– Mam kłopoty, Bobby. W pracy był nalot. Jestem w punkcie zatrzymań urzędu imigracyjnego w Houston.

– Urzędu imigracyjnego... – Chwilę trwało, nim zrozumiał, o czym mówi, a kiedy już do niego dotarło, poczuł, że ściska mu się żołądek. – Co oni, do diabła, mają do ciebie?

– Nie ma czasu na wyjaśnienia. Nie powinnam nigdzie dzwonić, ale nie mam wyjścia. Zostałam zatrzymana.

Nie bardzo wiedział, co to może znaczyć, ale było oczywiste, że nic dobrego.

– Potraktowali cię jako cudzoziemca? Wydawało mi się, że już jako dziecko mieszkałaś w Stanach.

– Bo tak było, ale ich zdaniem to nie jest udokumentowane, a ja nie mogę udowodnić, że jest inaczej.

Skrzywił się, słysząc, jak drży jej głos. Nic tak nie działało na Bobby’ego, jak głos zrozpaczonej kobiety. Prawdę powiedziawszy, niezbyt dobrze pamiętał Yolandę Martinez, lecz nie zapomniał tego, co było najważniejsze: że miała czułe serce i piękne oczy, no i że była jego pierwszą miłością. A także, że to ona pierwsza uświadomiła mu, iż samo uczucie nie wystarczy, by uchronić człowieka przed bólem.

– Co to znaczy, że nie możesz udowodnić? Nikt nigdy nie kazał mi przedstawiać dowodów, że jestem amerykańskim obywatelem. – Zanim skończył mówić, wiedział, że zachowuje się jak ignorant. Pytań o obywatelstwo nie zadawano jasnowłosym, niebieskookim Anglosasom. Takie dociekania zarezerwowane były dla ludzi o ciemnej cerze i latynoskich nazwiskach, jak choćby Yolanda Martinez. – No to – powiedział – wyjaśnij im wszystko. Pokaż im potrzebne papiery i wszystko będzie dobrze.

– Nie mam nic, co mogłabym im pokazać. Nie pamiętasz, Bobby? Jak skończyło się między nami, jacy byli moi rodzice? – Przypomniała mu, że była jedyną córką wyjątkowo konserwatywnych rodziców. Ciąża w siedemnastym roku życia zaostrzyła stosunki między nimi, a przez lata ten dystans jeszcze się powiększył. Ojciec Yolandy zmarł jakiś czas temu, a matka wróciła do Nuevo Laredo, rodzinnego miasta w Meksyku, tuż za Rio Grande.

Bobby był wściekły na Yolandę, choć oczywiście ukrywał swój gniew przed AJ. Dzieciak miał już wystarczająco dużo problemów. Nie musiał wysłuchiwać, że matka zawaliła sprawę.

Yolanda, którą zatrzymano wraz z grupą nielegalnych pracowników, zarzekała się, że nie ma się do kogo zwrócić. AJ był jedynakiem, wychowywała go samotnie. Wszyscy zaufani przyjaciele i krewni byli albo zatrzymani, albo już deportowani. Ponieważ chłopiec nie miał nikogo, kto mógłby się nim zaopiekować, oddadzą go do rodziny zastępczej.

Bobby’ego ogarnęła panika. Nie chciał, żeby dzieciaka rzucono między wilki, ale cholera... Chodzili jeszcze do szkoły, gdy Yolanda zaszła w ciążę. Nic ich nie łączyło poza pieniędzmi Bobby’ego, które przekazywał na założony przed dwunastu laty rachunek depozytowy. I nagle po tylu latach ten związek okazał się jak najbardziej realny. Po prostu AJ rozpaczliwie potrzebował Bobby’ego.

Kupił więc dla syna bilet. Pani Alvarez, asystentka nauczycielki chłopca, odszukała świadectwo urodzenia i wsadziła AJ do samolotu. Dla dzieciaka musiała to być koszmarna noc.

Bobby wyjął telefon.

– Muszę zadzwonić do pani Alvarez. Obiecałem dać jej znać, jak tylko samolot wyląduje. Może dowiemy się czegoś o twojej mamie.

W oczach chłopca pojawił się błysk zainteresowania. Energicznie skinął głową. Nie zatrzymując się, Bobby wybrał numer.

– Pani Alvarez? – zaczął, gdy odebrała. – AJ już tu jest. Właśnie przyleciał.

– Dziękuję, że pan dzwoni. Wszystko z nim dobrze?

– Tak mi się zdaje. – Rzucił okiem na ciemnookiego nieznajomego chłopca, na swojego syna. – Tylko jest bardzo cichy.

– AJ? To zupełnie do niego niepodobne.

– Ma pani jakieś wieści o Yolandzie? – Bobby czuł na sobie spojrzenie syna.

– Niestety, nie mam żadnych informacji. Próbowałam się czegoś dowiedzieć, ale nic z tego. Bezduszność urzędników jest nieprawdopodobna. Nikt nie wie, co się dzieje. I tak mamy szczęście, że Yolandzie udało się zadzwonić do pana, zanim ją całkiem odseparowali.

– Tak, rzeczywiście. No dobrze, proszę mnie informować o wszystkim.

– Oczywiście. Czy mogę porozmawiać z AJ?

– Jasne. – Bobby podał telefon chłopcu.

Twarz AJ nabrała ostrości, gdy wziął komórkę.

– Gdzie moja mama? – spytał. Jego głos brzmiał inaczej, niż Bobby się spodziewał. Choć prawdę mówiąc, sam nie wiedział, czego miałby oczekiwać. W każdym razie raczej nie tego, nie dziecięcego, ochrypłego ze wzruszenia głosiku. – Czy mama dobrze się czuje?

Potem przez kilka chwil słuchał w milczeniu z poważną buzią. Bobby próbował dopatrzyć się jakiegoś podobieństwa, jakiegoś punktu odniesienia, który sprawiłby, że ta cała sytuacja nabrałaby sensu, ale nie był w stanie nic znaleźć. Może tylko czapka Jankesów i kurtka. Bobby posłał mu je w corocznej świątecznej paczce. Fakt, że dzieciak miał je na sobie, musi chyba coś znaczyć, tłumaczył sobie.

Akurat, zganił się natychmiast. To guzik znaczy. Przed laty, gdy Bobby chciał zobaczyć syna, Yolanda twierdziła, że spotkanie z ojcem może narobić zamieszania w życiu AJ.

Teraz wiedział już, że to była kompletna bzdura. Chłopak z tak bystrym, przenikliwym spojrzeniem nie wyglądał na dziecko, które można zdezorientować.

AJ oddał mu komórkę. Czy wszystkie dzieciaki mają takie łagodne oczy i gęste rzęsy? Czy zawsze człowiekowi ściska się serce na widok dziecka, któremu trzęsie się broda, gdy próbuje powstrzymać łzy? Poczuł wstyd, że wcześniej pomyślał o ucieczce. To jednak była tylko zwykła reakcja na niespodziewane okoliczności. W gruncie rzeczy nie mógłby temu małemu zrobić czegoś takiego.

Ze względu na AJ Bobby zatrzymał dla siebie to, czego dowiedział się podczas rozmowy z nauczycielką, która też włączyła się w sprawę i telefonicznie zdała relację Bobby’emu. Niestety, pani Jackson czarno widziała szanse Yolandy na wybrnięcie z kłopotów.

– To się tu dość często zdarza – mówiła. – Częściej, niż się ludziom zdaje. Długoletni pracownicy są zatrzymywani i deportowani w trybie natychmiastowym, a dziećmi nikt się zbytnio nie przejmuje. Dzieciom w wieku szkolnym pozwalają wyjechać z rodzicami, tyle że rodzice wcale tego nie chcą. Jestem całkiem pewna, że pani Martinez też nie chciałaby tego dla AJ.

– Co się w takim razie dzieje z dzieciakami, których rodzice nie zabierają ze sobą?

– Zostają z krewnymi, jeśli ich mają, albo są oddawane do rodzin zastępczych. A niektóre, i nie są to pojedyncze przypadki, zostają spisane na straty.

– Nie rozumiem...

– To znaczy, że... system traci te dzieci z oczu. Można je spotkać w porzuconych samochodach, na ulicy, w opuszczonych mieszkaniach.

– Jak często rodzice wracają po swoje dzieci? – Po tym pytaniu zaległa cisza, aż Bobby zaczął się bać, że połączenie zostało zerwane. – Pani Jackson?

– Nigdy nie spotkałam się z taką sytuacją.

Zdaniem Bobby’ego AJ nie musiał wiedzieć o tym wszystkim. Schował telefon i powiedział:

– Staraj się nie martwić. Znajdziemy jakiś sposób, żeby pomóc twojej mamie.

Chłopiec się nie odezwał, lecz Bobby odnosił wrażenie, że w AJ nadziei jest jak na lekarstwo, za to wątpliwości całe mnóstwo.

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił syna.

– Nie możesz tego wiedzieć. Nic o mnie nie wiesz.

– Fakt, ale tak się złożyło, że tylko ja ci pozostałem. – Widział, jak zmieniła się twarz chłopaka. – Przepraszam, źle to zabrzmiało. Zamierzam ci pomóc, AJ. Nic innego nie miałem na myśli. Bardzo mi przykro, że mama nigdy nie powiedziała ci nic dobrego na mój temat.

– Ona w ogóle o tobie mi nie powiedziała – odrzekł AJ.

Bobby osłupiał.

– Nie wyjaśniła ci, skąd co miesiąc dostawała czeki? Albo rzeczy, które przysyłałem ci co roku na urodziny i na Gwiazdkę?

– Nie słyszałem o żadnych czekach. A prezenty... o nich też nie rozmawialiśmy. Po prostu mi je dawała.

Bobby poczuł, że znów ogarnia go złość na Yolandę. Wiele razy wypisanie czeku miało taki skutek, że musiał ograniczyć posiłki czy zalegać z czynszem, a mimo to nigdy jej nie zawiódł. Rozumiał, że przynajmniej tyle powinien robić, skoro ona wychowuje ich dziecko. Nigdy by jednak nie pomyślał, że Yolanda nie wytłumaczy synowi, skąd pochodzą prezenty. Zacisnął zęby, próbując powstrzymać się przed powiedzeniem tego, co cisnęło mu się na usta.

– Może nie powiedziała ci prawdy, bo pragnęła, żebyś czuł się bardziej związany Brunem.

– Moją rodziną jest mama. Nie Bruno i nie ty.

– Kiedy się o mnie dowiedziałeś? – spytał Bobby.

– Kiedy odszedł od nas tata... to znaczy Bruno. Myślałem, że będzie jak w innych rodzinach, no wiesz... Dziecko odwiedza ojca, który odszedł. Ale Bruno tego nie chciał. Powiedział, że mam go nie odwiedzać, bo nie jestem jego dzieckiem.

Co za osioł, pomyślał Bobby.

Nie był pewien, czy syn kiedykolwiek uzna go za kogoś, kto zadba o niego, zapewni bezpieczeństwo i zrobi wszystko, by pomóc Yolandzie. To prawda, chodziło też o zranioną dumę. Yolanda odmalowała go jako palanta, a teraz miał okazję udowodnić chłopcu, jaki jest naprawdę.

– Coś ci powiem, AJ. U mnie będziesz miał dom tak długo, jak będziesz go potrzebował. Pomogę też twojej mamie. Tak się składa, że najmądrzejszy prawnik w miasteczku, znaczy się prawniczka, jest żoną mojego przyjaciela. Sophie długie lata specjalizowała się w prawie międzynarodowym.

– Mama potrzebuje prawnika, który specjalizuje się w przepisach imigracyjnych. – Fachowy termin zabrzmiał niepokojąco dorośle w jego ustach. – Czy twoja znajoma zna się na tym?

– Sophie jest najlepsza ze wszystkich znanych mi osób do tej sprawy i zrobi wszystko, by nam pomóc. Kiedy opowiedziałem jej, co się stało, skontaktowała się ze znajomymi prawnikami z Teksasu i próbuje się zorientować, co tam się dzieje.

Sophie uprzedziła go, że sprawa może okazać się skomplikowana i trzeba liczyć się z tym, że to niby tymczasowe zatrzymanie bardzo się przedłuży.

Dotarli do sali odbioru bagażu i Bobby odszukał stanowisko, gdzie zaczynały pojawiać się rzeczy z samolotu z Houston. Na pasie transmisyjnym przesuwało się jakieś pudło obwiązane kablem, fotelik samochodowy, para nart.

– Daj znać, gdy pojawi się twoja torba – powiedział Bobby.

Chłopiec przez chwilę obserwował pas, po czym spojrzał na owiniętą taśmą walizkę, którą ciągnął za sobą.

– Mam ją tutaj – odparł.

Bobby zmarszczył brwi.

– To znaczy, że nie masz innego bagażu?

– Tylko to. – Wskazał walizkę i plecak.

– To po co tu stoimy?

AJ patrzył na niego w milczeniu.

Cholera... Coś go w tym poważnym, zupełnie niedziecięcym chłopaku pociągało. I chyba nie chodziło wyłącznie o DNA.

– Pewnie po raz pierwszy leciałeś samolotem? – spytał.

– Pierwszy raz leciałem czymkolwiek.

No, w końcu spróbował zażartować.

– No dobra. Tu się odbiera bagaż oddawany do luku, ale skoro nie ma tam nic twojego, nie mamy co tu robić. – Bobby chwycił walizkę i ruszył w stronę parkingu. Kiedy rozsunęły się automatyczne drzwi, otoczyło ich mroźne styczniowe powietrze. Rury wydechowe autobusów, które wahadłowo kursowały na lotnisko, kopciły kłębami spalin.

AJ wydawał się oszołomiony. Skulił ramiona i wcisnął dłonie do kieszeni. Bobby zatrzymał się i uniósł walizkę.

– Słuchaj, masz jakąś drugą kurtkę?

Chłopiec pokręcił głową i skubnął wiatrówkę Jankesów. Cienki materiał zatrzepotał na chudych ramionach.

– Tylko to.

– Aha... – No to wspaniale, pomyślał Bobby.

– W Houston było gorąco – dodał AJ.

O tym akurat Bobby doskonale wiedział. Wprawdzie czasami, od wielkiego dzwonu, nad Zatoką Meksykańską pojawiał się północny zimny front, ale zazwyczaj było bardzo ciepło, a nawet parno. W młodości Bobby również nie nosił ciepłego okrycia. Miał tylko sportową kurtkę z logo drużyny, którą kupił mu ktoś z klubu fanów szkolnej reprezentacji. Sam w żadnym razie nie mógłby sobie na nią pozwolić. A było to prawdziwe dzieło sztuki: z gładkiej czarnej wełny, a rękawy miała z mięciutkiej kremowej skóry.

Zdjął zgniłozieloną parkę i podał ją AJ.

– Włóż to.

– Nie potrzebuję twojej kurtki.

– Dobra, a ja nie potrzebuję, żebyś na domiar złego złapał katar, więc ją wkładaj. – Na wielopoziomowym parkingu hulały lodowate podmuchy wiatru.

Chłopiec zawahał się, lecz w końcu włożył parkę. Bobby z trudem ukrył ulgę. Nie miał pojęcia, co mógłby zrobić, gdyby syn mu się przeciwstawił. Do tej pory był barmanem i bejsbolistą, ale nie ojcem.

Wyjął z kieszeni kluczyki. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do elektronicznej obsługi. Wcisnął okrągły przycisk i nisko zawieszony kabriolet bmw Z4 zamrugał na powitanie. Nacisnął drugi guzik i podniosła się pokrywa bagażnika. Carlisle, agent sportowy, który pojawił się w najbardziej odpowiednim momencie, przygotował umowę przedwstępną. Bobby wciąż pamiętał, jak stał w zimnym jesiennym deszczu, patrząc na to cudo. Bmw Z4. Kabriolet.