Śpiew muszli - Zofia Chądzyńska - ebook

Śpiew muszli ebook

Zofia Chądzyńska

0,0

Opis

[PK]

 

W nieco odległych, lecz wciąż intrygujących realiach obyczajowych, przedstawione zostały charakterystyczne dla wszystkich czasów napięcia między córką, młodą dziewczyną, a ojcem - napięcia drastyczne, ale wynikające z miłości.

[opis okładkowy]

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 178

Rok wydania: 1995

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Śpiew muszli

*

*

*

*

*

*

*

*

*

W stronę miłości

Śpiew muszli

Zofia Chądzyńska

Podstawą tej edycji jest książka Zofii Chądzyńskiej „Ślepi bez lasek”, Warszawa, 1970

Projekt okładki: Janusz Szewczyk

© Copyright by Zofia Chądzyńska, 1995

ISBN 83-86129-42-5

Wydawnictwo Akapit Press

90-539 Łódź, ul. Żwirki 17 lei. 36-34-76

Grato me e il sonno e piu 1’esser di sasso, Mentre che il danno e la vergogna pura, Non veder, non sentir, m’e gran ventura, Pero non mi destar: deh paria basso.

Michał Anioł

I

Paria basso. Mów cicho. Nie trzeba budzić śpiących i zmęczonych drogą. Pod pociemniałymi powiekami niechaj odpoczną oczy, z których uleciał blask.

Dlaczego nie słucham tej prośby? Jakim prawem zakłócam tak upragniony wypoczynek? Co mnie do tego zmusza? Ku czemu dążę, od czego uciekam? Dlaczego, zaledwie zasnął spokojnie, budzę go znów?

Chcę, by pozostał na świecie jakikolwiek ślad po tragicznej obecności człowieka, który nikogo nie zrozumiał, nikomu nie pozwolił się zrozumieć, nic nie zdziałał, nigdzie nie doszedł.

Był ateistą. Nie wierzył w życie pozagrobowe. Nie wierzył nawet w pamięć ludzką. Nie wierzył w nic. I któż właściwie będzie o nim pamiętał? Nie zdziałał nic, nic nie napisał, niczego nie odkrył, nikomu nie pomógł, nikogo nie uszczęśliwił, a wielu zawiódł. A przecież czuł. A przecież się lękał. A przecież tak bardzo cierpiał.

Na próżno badam to saldo ujemne. Na próżno szukam w przestrzeni miejsca, gdzie złożona jest ta suma cierpienia. Niema jej. Nie przydała się na nic, nigdy, nikomu. Zniknęła. Gdyby zamiast nie jeść, nie spać, chudnąć, mógł był żyć inaczej, spokojniej, szczęśliwiej, rezultat byłby zupełnie ten sam: żaden. Gdybym była przy nim i wzięła go za rękę, gdy umierał, nie zmieniłoby to nic. Pewnego dnia się urodził, potem się długo męczył, potem się bardzo bał, potem umarł. Oto historia życia.

W jakiej mierze dodam sensu temu zakończonemu życiu dając mu obraz literacki? W żadnym. Ale pragniemy ludzkiej pamięci, tak jak pragniemy sławy.

Tę pamięć chcę mu dać dziś nie jako zadośćuczynienie: jako hommage dla straconego cierpienia. I tego, które dawał, i tego, które brał. To cierpienie chcę wywołać z nicości; jego wszystkie furie, moje wszystkie łzy, ponure ranki, bardziej ponure wieczory i strach, i ciszę, i jego nagły krzyk:

- Nie chcę - krzyczał - dajcie mi święty spokój z tą rytmiką. Nie chcę więcej słuchać o tym. Nie będzie mi tu latała i wymachiwała łapami przed nosem. Dosyć. No, powiedziałem: dosyć! Nie słyszysz?

Ale mama nie mogła słyszeć, bo głos jego po wielkim natężeniu nagle kipiał we wściekłości i cichł, i głuchł, i przez sekundę słyszało się tylko echo grzmotu, po czym znów jak spod ziemi wyrastał.

Serce mi biło tak głośno, że w uszach słyszałam już tylko jego głuchy stuk. Bałam się. Czułam, że się cała kurczę.

- ...ani grosza. I niech mi się to więcej nie powtórzy! Cicho! - ryczał, widocznie matka usiłowała coś odpowiedzieć. Mama, biedna mama, wydana tam na pastwę...

Kołdra odrzucona, gołe pięty po ziemi, otwarte drzwi, nagłe światło.

- Mamusiu - chcę mówić, ale coś stoi mi w gardle i nie pozwala głosowi wyjść: siedmioletnia, czarnowłosa, w długich barchanach. - Niedobrze mi, mamusiu...

W sekundę są oboje przy mnie. Mama niesie mnie z powrotem do łóżka, patrzę na nią i tylko na nią. Nikogo więcej nie ma w pokoju, nikt więcej nie stoi nad łóżkiem i gdy kątem oka widzę jego rękę na poręczy, odwracam oczy ze wstrętem. Mama jest blisko. Nic jej nie zrobił, nie skrzywdził jej ten potwór, ten...

- Przynieś jej wody - mówi spokojnym głosem - a ty śpij i już. Nic ci nie jest. Masz spać.

Ale nie chciałam wody. Nie chciałam od niego nic. Odwracałam się do ściany, gdzie czekały na mnie znajome, rozmazane śliną bukiety. To było straszne, jak tak wrzeszczał. Już nawet lepsza była burza.

Pamięć dziecinna: do dziś widzę mamy szal, kremowy w czarną kratę, mięciutki, puchaty mohair; czuję jego dotyk, troszkę łaskotliwy, ale posiadający sekret ciepła wśród luźno pokręconych włosków. Przytykam go do twarzy i nagle wszystko się zmienia: mam moje zwierzątko. Jest jeszcze małe, malutkie, ale już zwraca się do mnie po pomoc i osłonę, tak, tuje ułożę, w zagłębieniu łokcia, tu położę mu główkę...

- Mamu, zostaw mi szal, jakoś mi zimno.

- Masz spać bez kaprysów.

Dlaczego ja zawsze bałam się o nią, a ona nigdy o mnie? Dlaczego mama nie umiała się domyślić tajnych znaczeń ukrytych pod pokrywką słów: „Mamu, zostaw mi szal”?

- Co ci szkodzi zostawić jej szal, jeżeli jej chłodno -słyszę nienawistne wstawiennictwo.

Sfotografowałam go wtedy po raz pi- .y: wyciągnięte trochę ręce, tak jakby chciał mnie p; ./Kryć, ale w połowie ruchu zabrakło mu odwagi (mc uo>.ykaliśmy się z nim nigdy i nasze pocałunki okolicznościowe były zawsze cmokaniem powietrza) - stojący w nogach łóżka, trochę zmieszany, trochę zawstydzony, półpatetyczny, zaw^e w odwrocie. Już wtedy niepewny naprzeciw mnie siedmioletniej, tak jak później naprzeciw mnie większej, dużej, dorosłej, z twarzą, która wbrew niemu mówiła coś, czego ja wbrew sobie nie chciałam, nie umiałam usłyszeć.

Całe życie mieliśmy tak stać naprzeciw siebie obcy, zawstydzeni lepszych odruchów, rozżaleni o gorsze.

I już teraz nachodzi mnie wątpliwość: jak dalece chcę pisać o nim. Może jak wszyscy chcę pisać o sobie? Nie wiedzieliśmy o sobie nic. On nie wiedział, co myślałam, czego pragnęłam, kogo kochałam. A ja, coż wiedziałam o nim? Przeszliśmy razem wielki kawał drogi. Rano oczy obojga padały na ohydny dom naprzeciwko: słup balkonu obejmowała związana dwoma rękawami koszula, poły jej fruwały na wietrze i patrzyliśmy co rano na ten dziwaczny balet. Piliśmy kawę z tego samego garnuszka. Podchodziliśmy do tego samego barometru: zawsze opadał, termometru: zawsze było zimno. On patrzał na mój czarny fartuch, ja na jego zawieszone na drzwiach szafy krawaty. W odrapanej starej łazience nasze szlafroki spędzały dni w objęciach, które nam nie zdarzały się nigdy. Oboje potrzebowaliśmy muzyki. Oboje lubiliśmy ciastka. I?...

Jakże trzeba być zarozumiałą, by pisać o nim, bo to jest właściwie cały mój materiał. Więcej nie wiem nic. Krzyczał na mnie. Dlaczego? Czym go drażniłam? W czym mu przeszkadzałam? Despero wał nade mną. W czym go zawiodłam? Nie umiał żyć, nie miał przyjaciół, chciał się zabijać. Jakie w tym były ukryte kompleksy? Jakie dramaty? Ile zawiedzionych nadziei?

Lata całe staliśmy naprzeciw siebie nie wiedząc o sobie nic prócz tego, że ja z dziecka stałam się dziewczynką, z dziewczynki kobietą. On z młodego, przystojnego mężczyzny

- zniszczonym, ponurym człowiekiem, potem właściwie strzępkiem człowieka. Starcem.

Czy domyślał się, jak bardzo byłam nieszczęśliwa? Czy czuł, że nienawidziłam go, a przez niego dom, dzieciństwo

- życie? Czy czuł, jak rozpaczliwie spragniona byłam innego domu, takiego jak domy moich koleżanek, których ojcowie

- lekarze, adwokaci - wychodzili ze swych gabinetów wygoleni, starannie ubrani i pieścili swoje blondyniaste jedynaczki.

„Cicho - mówiło się tam. - Tatuś pracuje.”

On nie pracował nigdy, przemykał się chyłkiem pod ścianami. Nie wziął mnie nigdy, przez całe swoje życie, na kolana. I gdyby mógł zmartwychwstać, a ja wrócić do moich lat dziecinnych, dziś, rozumiejąc o tyle wiecej, znów nie umiałabym się zdobyć na gest najlżejszego zbliżenia. Taka była nasza gra, taki jej kodeks i zasady. Treść, widać, łatwiej zmienić jest niż formę.

Ale to wiem dopiero dziś.

Jakaś ręka naznacza nas przy urodzeniu i to dotknięcie przesądza o całym naszym życiu. Bo poza kataklizmami, a te przecież nie dotykają wszystkich, życia nasze nie są tak różne. Ot dzieciństwo: trochę radości, trochę łez, trochę ogrodów i biegania, upadków i płaczu, trochę prezentów, trochę kar. Ot szkoła: stopnie de, stopnie dobre, nagłe przyjaźnie, rozczarowania, zawody, gry na boisku, jasne korytarze, wakacje, matura. Ot młodość: trochę uboższa, trochę bogatsza, lata studiów, lata pracy, weltschmerz, miłość - lub oczekiwanie na nią. W końcu dojrzałość: zawsze obowiązki, zawsze kłopoty, trochę rodziny, trochę samotności, resztki nadziei, resztki przyjaźni, wiele zawodów, jakieś osiągnięcia lub ich brak. Potem gorycz i słodycz: starość. Wreszcie ciemność: śmierć.

To jest kanwa. A haft? Tak - dziś wiem więcej. Oboje w pudełku znaleźliśmy czarne nici, oboje haftowaliśmy i pruli te same czarne zygzaki. On mimo woli, ja świadomie, oboje przyciągani każdą negacją: nic - nigdy - nigdzie -naderemnie. To były nasze motta. U niego może autentyczniejsze, bo nieodkryte, nieuświadomione, u mnie już zabarwione literaturą, trochę przetworzone.

Ta sama ręka dotknęła nas przy urodzeniu i kazała szukać nigdy nie pogubionych, więc nie do znalezienia, wartości, patrzeć pod światło, usiłować zrozumieć za dużo, widzieć za głęboko i za daleko, ciągle na coś czekać, zawsze czegoś się obawiać, czegoś unikać, coś przewidywać. Ten sam los odjął nam zdolność poczucia teraźniejszości. Dawniej on, dziś ja mówię: szkoda, że to było wczoraj; smutno, że to będzie jutro.

Nigdy nie mówiliśmy „dziś”.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

Kiedy właściwie sypiał?

Przez całe dzieciństwo, budząc się o jakiejkolwiek godzinie, widziałam jasną ekierkę światła wzdłuż ich drzwi. Co chwila rozlegał się szelest przecinanych kartek.

Gdy jako chorą przenoszono mnie z łóżkiem do ich pokoju, było to jak daleka podróż, całą noc żółtawe światło opływało sufit i dziwne męskie odgłosy dochodziły od strony jego łóżka: pokasływanie, pociąganie nosem, przewracanie gazet, chrapanie. Na nocnym stoliku stale leżał kościany nóż do przecinania kartek, pod nim stosy książek, gazet, miesięczników. Jakieś dziwne nazwiska, „Philosophie und Leben”, jakieś „Manifesty”, czasem coś o fizyce, czasem czarne tomiki „Serie Noire”.

Słuchałam jego zasypiania: jedno, dwa sapnięcia, potem seria gwizdów jakichś i bulgotów, zatykałam uszy z obrzydzenia, potem jedno, dwa regularne chrapnięcia i krótki ekspres nocy ruszał. Każdy oddech składał się z dwóch części: najpierw z wciągania powietrza, które przedzierało się przez nos jak przez zatkany zlew z pluskaniem, bulgotaniem, charkaniem, tak dochodziło do końcowego chrapnięcia, gasło, po czym przez odetkaną już klapę bezpieczeństwa ze świstem i sykiem, jak ze szczelnie zamkniętego garnka, wydobywało się sprężone powietrze oddechu. I od początku plusk, bulgot, charknięcie, sekunda ciszy i znów otwarcie garnka.

Niechęć, wstręt, pogarda zmieniały mnie w mały, suchy kamyczek, podczas gdy słuchałam tych złowrogich odgłosów.

Ale niechby się coś popsuło w ustalonym rytmie oddechu, niechby nagle po procedurze westchnięcia nie nastąpiło wypuszczenie pary z kotłowni, a już lęk, zmieniający się w panikę, przedstawiał moją n iechęć w inny rodzaj sztywnienia: w sparaliżowany bezruch przerażenia. „Stało mu się coś, zakrztusił się, zadławił, n ie oddycha, źle mu życzyłam i Bóg mnie skarał, nienawidź: dam go, umarł, trzeba budzić mamę, ratować, o Jezu, rat iku-iutunku-ratunku...”

Czasem po chwili napięcia przychodził zbawczy odgłos kaszlnięcia, poruszania się, zgaszenia lub zapalenia lampy. Wyzwolona, oblewałam się natychmiast rzęsistym prysznicem samoironii: „Ale wariatka, było się czego bać, złego diabli nie wezmą” (przerażona świętokradztwem szybko pukałam w nocny stolik). Cz isem jednak oczekiwany odgłos nie przychodził i napięte nerwy nie wytrzymywały. Błyskawiczne, rozpaczliwe poszukiwanie pretekstu kończyło się przeważnie tym samym: zerwaniem się z łóżka z rękami koło bolącej głowy: „Mamu, mam dreszcze.” Krzyczałam to głośno: jeżeli żyje, niech usłyszy, niech się obudzi, niech się skończy ten dławiący strach... Z sąsiedniego łóżka zerkało szarozielone oko: on z kolei nabierał się na moje nabieranie i kupował ten towar, tak tani, za który sama przed chwilą zapłaciłam tak dużo.

„Janka, ona jest zupełnie zielona, trzeba jej zmierzyć gorączkę.” Na skutek tych częstych komedii uchodziłam w domu za hipochondryczkę: „Nic jej nie jest, za bardzo dba o siebie” - mówiła mama ze śmiechem. Wtedy wynajdywałam nowe, trudniej sprawdzalne pozory: boleści, szczypanie pęcherza. Nieraz moje nocne zmory przypłacałam, zdrowa jak rydz, dietą i dwoma dniami łóżka.

W dzień karciłam się gorzko za moją słabość. Dziś dopiero wiem, jak łatwo wrzodzianka zmienia się nam w raka, a mała sprzeczka w biurze w utratę posady. Wtedy bardzo byłam na siebie obrażona: histeryzowałam, przesadzałam, a w dodatku bałam się wcale nie o niego. Bałam się o siebie. To siebie chciałam oszczędzić szoku, strachu, przerażenia, widoku śmierci.

Kąpiel była innego rodzaju torturą. Jak każdy cierpiący na bezsenność nerwowiec, wiecznie niedospany i wyczerpany, zasypiał często na krótkie momenty, w miejscach najmniej do tego odpowiednich. Jednym z takich miejsc była łazienka, ściślej - wanna. Niezależnie od moich z nim stosunków, kąpiel jego była dla mnie męczarnią przez całe lata.

Słysząc dobiegające z wanny chrapanie, widziałam głowę obsuwającą sie powoli, powoli, coraz niżej i niżej; za sekundę bezszelestnie zanurzy się, utonie, bez wydania głosu utopi się w tej przeklętej wannie. Najlżejszego hałasu nie było słychać, czekałam napięta do ostateczności jak na wystrzał na scenie, ograniczona do stuku serca i wyostrzonego ucha. Było cicho.

Nagle wynurzał się najspokojniej z łazienki.

Oddychałam, po czym zaczynałam wtórnie nienawidzić go za strach, który przeżyłam: ten niekochany człowiek miał talent do wielorakiego szarpania moich nerwów.

Na szczęście były to dobre czasy, w których nie wystarczało otworzyć kran, aby wannę napełnić wodą gorącą. Raz na tydzień, w sobotę, urządzało się ogólną kąpiel, bo taszczenie węgla z piwnicy, palenie w podłużnym brązowym piecu było całą ceremonią, kompletnym zakłóceniem normalnego trybu życia. Piec - poczciwiec starczał tylko na trzy kąpiele. Ileż trudu kosztowały mnie machiawelicz-ne zabiegi wypuszczania wody! Kombinowałam zawsze, by Janek kąpał się pierwszy, po czym korzystając z chwili samotności w łazience, otwierałam kran z gorącą wodą i parząc się, wylewałam z pieca ukrop, tak fatalnie zagrażający moim nerwom. Później, gdy starsi wchodzili do łazienki i dotykali pieca kręcąc nosami, patrzyłam na nich z pokerową twarzą. I mimo że spadały na moją głowę niezłe gromy, nie mogłam przejąć się nimi: do przyszłej soboty byłam ocalona.

Jak w upalne dni na próżno usiłujemy wywołać w sobie obrazy lub dźwięki, na odgłos których dostajemy gęsiej skóry (skrzyp noża zeskrobującego ciasto ze stolnicy, dotknięcie aksamitnego ubranka, ścieranie kredy z brydżowego stolika), tak ja, w atmosferze awantur i nienawiści, daremnie wzywałam na pomoc głowę topiącą sie w zielonej wodzie: zanurzała się w niej tylko na sekundę, po czym szok zetknięcia z wodą budził ją i z wanny patrzała na mnie ta sama złowroga twarz, którą widzałam przed sobą.

Złości jego dzieliłam na dwie kategorie: żółte i czerwone.

Czerwone spadały, na niego jak grad z najczystszego błękitu. Noga jeszcze spoczywała na pedale, a ręce na klawiaturze pianina, jeszcze melodia drżała w powietrzu, a gwizd na ustach, gdy nagle jakaś myśl, jakiś dźwięk, jakaś supozycja wywoływała szok: „To” spadało na niego niezapowiedziane i nieodwracalne, gwałtowne jak atak epileptyczny.

Odwracał się. Bladł. Wydawał jakiś cichy okrzyk. Trzaskała klapa pianina. Wylatywał z pokoju podobny do rozjuszonego tygrysa. Chwilę było cicho, potem gdzieś w odległej części mieszkania padał piorun - do mnie dochodził echem dalekiego grzmotu. A po paru minutach już był z powrotem, twarz wygładzona, uspokojona, jakby po jakimś potężnym, wulkanicznym kichnięciu, nierzadko szedł wprost do pianina, dokończyć, zawsze na stojąco, swoją przygrywkę... Grad spadł. Chmury rozwiał wiatr. Znów było błękitnie.

Żółte furie zaczynały się spokojnie, głęboko pod powierzchnią ziemi. Prawie uprzejmie, trochę tylko innym, wolniejszym głosem dawane odpowiedzi pozwalały przewidywać najgorsze: twarz przemieniała się, jakby wolno gaszono zwrócone na nią reklektory. Najpierw oko ciemniało, chmura cienia zasłaniała rysy, które nagle opadały, zamazywały się, gasły. Całą twarz powlekała jakaś sztywność, nieruchomość pośmiertnej maski, na którą nie byłam w stanie patrzeć.

Lata później, gdy już ani czerwone, ani na żółte furie nie starczało mu rozpędu, widywałam jeszcze czasem podobny wyraz: ale była to maska rozpaczy, za którą czaiło się piekło człowieka, którego przez tyle czasu umiałam tylko bać się lub nienawidzić.

Noc jego, w całej swojej rozciągłości niepodobna do nocy normalnego człowieka, kończyła się też odmiennie. Wstawał o czwartej, nakładał chałatowaty szlafrok i ciągnąc nosem i pantoflami robił sobie w kuchni herbatę. Bardzo wymagający, gdy chodziło o śniadanie, podawane przez mamę lub służącą (kawa miała być parzona tak a nie inaczej, chleb cienko pokrajany ten a nie inny), gdy miał sam sobie usłużyć, zalewał letnią wodą wczorajszą esencję i niósł to do stołowego, gdzie pił, pogryzając odłamkiem starej bulki, wpatrzony w jakikolwiek kawałek zadrukowanego papieru. Mogła to być książka telefoniczna, gazeta sprzed roku, przy śniadaniu nie robiło to żadnej różnicy.

Zapalał sobie wtedy w stołowym tabaczkową lampę, co dawało temu prapierwszemu śniadaniu koloryt przegryzki po spóźnionym powrocie z teatru.

Mył się szybko, po czym przechodził do golenia, które poprzez lata nie straciło nic ze swego rytualnego charakteru. Jedynie w momentach zapaści, czyli „chorób”, nawet ono traciło swą magiczną moc i oczy bez koloru w zapadniętej twarzy tonęły w tygodniowym zaroście. Wydawał się wtedy od razu równocześnie i chory, i stary, i jakiś jeszcze bardziej niesamowity niż normalnie: białka oczu błyszczały księżycowym światłem, które co chwila zakrywały chmury.

Golenie - moment zawieszenia broni z życiem dla najcięższych nawet neurasteników - upodabniało go do innych mężczyzn. Było chwilą działania, skupionej uwagi, głośnego do siebie mówienia, a nierzadko śpiewu.

Całe życie nie dało mi wyjaśnienia wyjątkowości humorów mężczyzn w czasie golenia: niespodziewana i niczym nie umotywowana wesołość w połączeniu z pobudliwością i przewrażliwieniem.

Do golenia potrzebny mu był „kipiatok”, grzał go sam, staranniej i dłużej niż herbatę, kipiatok wlewało się w małą srebrną miseczkę i niosło, parząc palce i klnąc półgłosem, co także należało do rytuału. W tym celu z lamusa wychylały się różne dziecinne „psie kostki”, zupełnie nieodpowiednie do prawdziwego przeklinania. Na półce stawiało się zegarek. Światło musiało być bardzo jasne, więc do golenia zainstalowana została w łazience specjalna lampa. Brzytwę „wecowało się” trzy minuty według zegarka, nie mniej i nie więcej, przez całe życie jednakowo. Jeśli nie spałam, w czasie „wecowania”, które broń Boże nie nazywało się ostrzeniem, słyszałam dolatujące z łazienki odgłosy przypominające lekqe tańca:

I proszę, i równo e raz, e dwa, e trzy, e cztery

I jeszcze, i równo e raz, e dwa, e trzy, e cztery...

Mydlenie również odbywało się „pod zegarek”. Z morza białej piany nie było widać nic, prócz żółtoszarych zębów i zielonoszarych oczu. Pianę należało rozrabiać dwa razy: raz przez minutę, przerwać - na chwilę siadało się z książką na niskim wyplatanym foteliku - i znów minutę. W ten sposób zarost miał czas zmięknąć. Po czym pośród mruczenia, nucenia, mówienia do siebie, a nierzadko pierwszych taktów jakiejś znanej arii zaczynało się samo golenie, ta dziwna msza, łącząca wszystkich mężczyzn.

Na ten moment twarz, jak wiadomo, musi zmienić się w gumowy przedmiot dowolnie wydymany, wyciągany i zmieniający kształt. Wypchnięte policzki, podniesione fałdy skóry, wszystko to rozciągało się i wyprostowywało pod błyskającym ostrzem. Brzytwa, kunsztownie przytrzymywana pomiędzy palcem dużym a wskazującym, nasadą swą wystająca z dłoni pomiędzy czwartym a piątym, zajeżdżała szeroko, prosto, odrzucając pianę, podobna pługowi śnieżnemu oczyszczającemu ulice miasta. Po czym wielka porcja białego kremu, usiana maczkiem czarnych włosów, zostawała starannie wytarta o specjalnie w tym celu naszy-kowaną miękką wsiąkliwą bibułę i czekała na wyrzucenie. Przedtem jednak następował szereg min mających na celu udostępnienie mniej łatwych do golenia zakątków, i szybkie, krótkie ruchy brzytwą. I oto jedna część twarzy była ogolona, a oko w niej jaśniejsze, bardziej błyszczące i odświeżone, kierowało się ku drugiej stronie, gdzie trzeba było rozpocząć mozolne, ale jakże efektowne zajęcie. Po goleniu całą twarz tamponowało się krótką chwilę moczonym w gorącej wodzie ręcznikiem i nacierało wodą kolońską.

Golenie było skończone. Dobry humor utrzymywał się jeszcze parę chwil, po czym załamywał w momencie spuszczenia wody z zamydlonymi bibułkami. Najprzyjemniejszy, najbardziej celowy moment dnia był skończony.

Oto stał przed nim długi korytarz-niepowodzeń, zdener-wowań, nieudanych prób, zawodów i irytacji. Na końcu 1 ory^rza widniała maleńka, słaba lampeczka, oznaczająca wieczór. Śpieszyć się? Dokąd? Po co? Zblaknięte oko przygasało i już bez żadnej ochoty do życia kończyło się toaletę. Wybór krawata od dawna przestał być emocją. Od lat nikt już nie patrzył na jego krawat, a i jego nie interesowały osoby, dla których wybór krawata mógł mieć jakieś znaczenie.

Gotowy, ubrany, nieraz w palcie i kapeluszu, do wyjścia, zadrzemywał nagle na sofie w stołowym krótkim, nerwowym snem, parosekundową ucieczką od życia.

Często zastawałam go tak, wchodząc na śniadanie, pewna, że zaspał jakieś ważne poranne terminy. A przecież od lat nie wzywały go nigdzie żadne, od tego zamierzchłego popołudnia, gdy wrócił z biura blady i oznajmił przy stole: „Rzuciłem posadę”. Potem były jakieś rozmowy, zamykanie drzwi, jakieś krzyki, jakieś perswazje. Zwyciężył on. Tam gdzie siłą był tylko upór, ten słaby człowiek miał zawsze jeszcze dość siły.

Widzę to jak przez mgłę. Z okresu posady ojca pamiętam tylko błagalne: „Idź już, spójrz, która godzina, znowu się spóźnisz”. Od czasu gdy najpierw Janek, potem ja zaczęliśmy zajmować łazienkę o siódmej rano, on, nie zwalczony w spóźnianiu się do biura, używał jej o czarnym świcie. Gdzie potem leciał? Skąd wracał zawsze spóźniony i bez tchu?

Istnieje jakiś rodzaj pośpiechu, po którym można poznać, że jest tylko formą, a nie treścią. Ojciec śpieszył się ciągle, wiecznie i bez przerwy, żeby nie pozwolić sobie i nam na zorientowanie się, że nie robi nic. Przez telefon spiętrzał terminy, umowy, które prowadziły do bardzo warszawskiego sposobu robienia interesów: mówienia o nich.

Siedząc w podejrzanych kawiarniach, z podejrzanymi indywiduami, których życie upływało na takich właśnie rozmowach, budował jakieś nadzieje, które powodowały wyż barometryczny, trzymał się ich czas jakiś, po czym rezygnował z nich, mniej lub bardziej zgnębiony, zdeprymowany, i w nowych kawiarniach zaczynał nowe „interesy”.

Nieraz podpatrywałam go z okna: po rannym, pełnym pośpiechu opuszczeniu domu powoli wysuwał się z bramy, stawał na ulicy, rozglądał się, jakby nie wiedząc, w którą stronę lepiej będzie się udać. Czasem szedł parę kroków na lewo, zawracał, parę na prawo, znowu stawał, i podejmując jakąś ostateczną decyzję powoli kierował się przed siebie. Po co było udawać? Nie patrzył na niego nikt.

Tego, że widziałam go ja, nie dowiedział się nigdy. Obserwacjami moimi nie dzieliłam się bowiem z nikim. Nie umiałabym zresztą. Zostawiały mi na dnie nerwów, bo nie serca, jakiś gorzkawy smak.

Bywało, że tygodniami nie chodził nigdzie, nie wstawał z łóżka i wtedy na dom padał inny, gęstszy cień.

Myślałam o ojcach koleżanek, tych różnych Hanek, Wandek, Malinek, takich zwyczajnych, zdrowych, normalnych.

„Ojciec jest chory” — mówiła mama. Biedna, chciała nam zaszczepić to słowo, które nie chciało przyjąć się ani na jedną chwilę. Chodziliśmy więc na palcach koło pokoju, w którym leżał chory na życie mój ojciec, nienawidzący siebie, miasta, ulic, które go nienawidziły, patrzący z przerażonym obrzydzeniem w swój wykrzywiony świat, nie mogący unieść dnia.

I wiecznie walczący. Nawet w takich chwilach czegoś żądał, czegoś odmawiał, przeciwko czemuś protestował, głosem rozlatującym się na części lub sklejonym z połamanych kawałków. Głos ten słyszałam w trzecim pokoju, poprzez zamknięte drzwi i zatkane uszy. To „nie chcę” było jemu tylko właściwym jękliwym wrzaskiem, i wyciem psa, i targaniem skrzypiec. „Nie” wkręcało się jak skorek w moje uszy, a za tym szła twarz, rozedrgana, pełna dramatu, boleśnie wykrzywiona, niesamowita, straszna.

„Nie!” — krzyczał coraz głośniej, nagle rozlegał się huk, coś rozbijało się na tysiące kawałków — cisza.

Mama miała twarz spokojną tą maską spokoju, która nakazuje milczenie. Do niej też nie zbliżałam się wtedy. Trzeba ich zostawić. Świat dorosłych. Świat ludzi złych.

Oto mam dziesięć lat. Idę do szkoły ukryta pod wielkim granatowym kapeluszem. Na rogu ulicy podnoszę głowę: tam, za wielkim trzydrzwiowym balkonem, czatuje szczęście.