Solista, czyli on, ona i jego żona - Piotr C - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Solista, czyli on, ona i jego żona ebook i audiobook

Piotr C

4,1

188 osób interesuje się tą książką

Opis

Wini ma żonę, dziecko, kancelarię prawniczą i głębokie przekonanie, że świat kręci się wokół niego. Jest królem życia, a impreza właśnie trwa. Realizuje wszystkie swoje zachcianki, począwszy od wypasionego białego bmw, na młodych kochankach kończąc.
Wszystko z czarującym uśmiechem na ustach.
Zmiana następuje, gdy zaczyna flirt z kobietą przypadkowo poznaną w nocnym klubie. Nie wiedzą o sobie nic. Znają tylko swoje ciała i swoje imiona. Dokąd zaprowadzi ich żądza? Romans ubarwi życie Winiego czy zmieni je w koszmar?
Autor bestsellerowego Pokolenia Ikea pokazuje, jak potrafią zdradzać mężczyźni w mieście pełnym czarnego humoru, seksu i przemocy.

Piotr C. – jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy. Autor pięciu powieści, sprzedanych w łącznym nakładzie blisko pół miliona egzemplarzy. Sławę przyniosła mu debiutancka powieść Pokolenie Ikea. Nominowany dwukrotnie w konkursie Bestsellery Empiku: za Brud w 2016 oraz za Gwiazdora w 2020 roku. Nigdy nie ujawnił swojej tożsamości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 22 min

Lektor: Maciej Więckowski

Oceny
4,1 (129 ocen)
60
33
20
16
0
Sortuj według:
RafDur

Nie oderwiesz się od lektury

Najlepsza książka ze wszystkich tego autora
10
agooo88

Nie oderwiesz się od lektury

smutne, ale w uj prawdziwe...
10
Agao15

Nie oderwiesz się od lektury

Pełna humoru i pikanerii :-)
00
islabeel

Z braku laku…

Kryzys czterdziestolatka, odgrzewany kotlet, ale czyta się szybko, bywa zabawnie. Ale tylko z braku laku...
00
kingaziolkowska

Nie oderwiesz się od lektury

Zabawna, ale również daje do myślenia! Mi się podobała, polecam!
00

Popularność




Obrońca

Och, zupełnie o niej zapomniałem. Łotr ze mnie.

Przewodniczący

Łotr? Nie rozumiem, o czym pan mówi.

Obrońca

Toga… Na pewno pan to wie. W 1726 roku Fryderyk Wilhelm I zarządził, by adwokaci chodzili w ciemnych togach. Uzasadnił tę decyzję dosłownie tak: żeby móc rozpoznać tych łotrów z daleka i omijać szerokim łukiem.

Przewodniczący

Aha.

Terror, Ferdinand von Schirach

PROLOG

Dwudziestego czwartego września o siedemnastej czterdzieści siedem furgonetka marki Mercedes Sprinter z dużą literą S w kółku na budzie (kółko czerwone, litera S również czerwona, nazywana przez lekarzy i sanitariuszy eską od „specjalistyczna karetka do przeprowadzenia reanimacji”) zwolniła gwałtownie, zjechała z ulicy Żurawiej, skręciła w Książęcą, po czym kierowca znów wcisnął gaz do dechy.

Pasażerami, poza leżącym na noszach mężczyzną, zatrzęsło niczym workiem ziemniaków.

Syrena karetki wyła, lekarkę medycyny Kamilę Lej (zwaną przez koleżanki i kolegów Pyskaczem) uwierał stanik, a facet na materacu w kolorze hiszpańskiej pomarańczy właśnie miał zawał.

– Mężczyzna, lat czterdzieści, nieleczony przewlekle, brak historii choroby. Przytomny, w pełnym kontakcie, zorientowany. Pieczenie w klatce piersiowej, ból lewego barku i kończyny górnej, ostatni posiłek wczoraj wieczorem. Kod dwa: „ból w klatce piersiowej”, czas dojazdu, Mario? – zapytała.

– Jeszcze pięć minut – odpowiedział gruby sanitariusz.

– Pięć minut – powtórzyła i westchnęła ciężko.

Nie tak miał wyglądać ten dzień. Nie tak miał wyglądać cały tydzień. O tej porze powinna być już w Alpach, już od ładnych paru godzin. Marzyła o tym, aby spakować sprzęt i pójść w góry, gdzie niebo jest błękitne, a powietrze świeże. W miejsce, w którym przez kilka dni nikt nie zawracałby jej dupy. Kupiła sobie nawet nowy plecak i nową parę butów. Tysiąc pięćset złotych wyrzucone w błoto.

Wakacyjne plany rozwiały się w ciągu pięciu minut rozmowy telefonicznej z ordynatorem.

– Cześć, Kami, dzwonię do ciebie ze słabą informacją. Muszę odwołać twój urlop. Bartek złamał rękę. Bardzo mi przykro, ale tylko ty nie masz dzieci…

I co z tego, że nie ma dzieci? Czy to znaczy, że jest pozbawiona prawa do odpoczynku??? Niezrażony ordynator ciągnął, że Bartek poszedł z jakąś dziewczyną poskakać na trampolinach, tam debil się popisywał i spadł na ryj. Ryj podrapał, rękę złamał, dziewczyny nie zaliczył, a Kamila została w Warszawie. Kurwa jego mać.

Spojrzała na pacjenta.

W sumie, jakby się zastanowić, to facet na noszach wyglądał na całkiem przystojnego. Przypominał tego gościa z boysbandu, którego słuchała piętnaście lat temu, w pierwszej klasie liceum. Jak on się nazywał? Matko Boska, zaczęły się dziury w pamięci.

No, przystojny – przyznała po namyśle. – Ale wygląda jak aktor z serialu na TVN–ie. Kamila lubiła mężczyzn, którzy wyglądali jak mężczyźni, którzy – jak by to powiedziała jej babka – śmierdzieli koniem i potem. Ten śmierdział co najwyżej ledwo przetrawionym alkoholem i drogimi perfumami.

Monitor z EKG nagle oszalał.

– Migocze. Mario, dawaj elektrody! – ryknęła. Zaczęła rytmicznie uciskać klatkę piersiową leżącego. W tym samym czasie Mario oklejał go miękkimi elektrodami.

– Defibrylacja dwieście dżuli – zakomenderowała.

Pacjentem leżącym na noszach targnął tw.

xxx

Przed oczami zamajaczyła mi bardzo ładna twarz kobiety o jasnorudych włosach, które przypominały aureolę.

Anioł?

Piękny anioł.

– A więc tak wygląda zawał serca. Hmm… Myślałem, że inaczej.

Stanął mi. Zaskakujące.

– On odchodzi! Odchodzi! – krzyknął anioł.

Nareszcie, kurwa. Nareszcie to wszystko się kończy.

Flatline.

Kilka miesięcy wcześniej

1.

– Pamiętaj, to jednorazowe tango. Mam chłopaka – powiedziała stanowczo blondynka.

Nie odpowiedziałem. Nie byłem w stanie.

Pierwsza myśl: Mój Boże!!!

Natychmiast się skarciłem: Nie jesteś religijny, farfoclu.

Ale: MÓJ BOŻE, ojczenaszktóryśjestwniebie, DZIĘKUJĘ CI!!!

Pełne biodra, wąska talia, obłędne piersiska, blond włosy jak splątane węże, trochę lampucera, trochę git falbana, czego chcieć więcej?

Zamrugałem powiekami i niczym szarżujący byk przycisnąłem ją mocno do ściany.

Jęknęła.

Dłonią złapałem ją za szczękę i podniosłem.

Rozchyliła usta. Były duże, były wilgotne, ciepłe, mokre…

Położyłem dłonie na jej piersiach, skrytych pod czymś w rodzaju czarnej halki sięgającej do połowy uda. Nie zdołałem pomieścić ich w dłoniach. Ścisnąłem je tylko.

Jęknęła.

Prawdziwe! Te cyce były prawdziwe! Niewiarygodne! Czułem się, jakbym wyjechał na wieś do ekogospodarstwa. Mleko prosto od krowy, stogi siana i życie w małej holenderce. Nigdy nie byłem tak podniecony. No, nigdy w ciągu ostatniego roku.

Dziewczę chwyciło za mój pasek od spodni i zaczęło go pośpiesznie rozpinać. Nie protestowałem, nie przeszkadza się kobiecie. To byłoby niegrzeczne. Spodnie spadły na podłogę. Ja wręcz przeciwnie. Poszedłem do góry.

Wsadziła mi drobną dłoń w slipy, po czym chwyciła mocno za przyrodzenie.

Gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, to zdecydowanie za mocno. Ale nie narzekajmy, są gorsze sytuacje.

– Rany, co my tu mamy – mruknęła z uznaniem. – Wyruchaj mnie, Wini. Proszę. Mocno… – jęknęła spektakularnie.

Po czym ugryzła mnie suka w ucho i ścisnęła za jaja.

Teraz jęknąłem ja. Z bólu.

Co dalej, Wini?

Myśl!

Przy ścianie? Od tyłu?

Eee, banalnie.

Na podłodze? Zerknąłem w dół. Niestety, ceramika. Wielkie, lśniące, białe płytki oznaczały, że prędzej niż orgazmu dorobię się rozwalonych kolan, które będą się goić przez tydzień.

Jakby nie mogła położyć tu jakiegoś dywanu.

Trzeba iść do sypialni.

Dziewczę jakby bezbłędnie odczytało mój tok rozumowania, bo zaplotło nogi dookoła moich pośladków.

Pokiwałem głową z uznaniem nad zmyślnością młodej kobiety, po czym podreptałem w prawo. Ups, nie. To kuchnia. Idziemy w lewo.

JEST!!!

Łóżko.

Rzuciłem ją na łóżko, a później, niczym rączy jeleń, skoczyłem za nią.

Bądź jak Lewandowski, Wini. Pięć goli w jednym meczu przeciwko VfL Wolfsburg.

Z drugiej strony on to zrobił w dziewięć minut… Cóż, wyzwanie! Pokażesz jej, że jesteś najlepszy. Teraz do ciebie będzie porównywać każdego następnego typa.

Twój penis wyląduje w alei chwały…

Zanurzyłem dłonie w jej włosach.

– Zerżniesz mnie w końcu, czy nie? – zniecierpliwiła się blondynka.

– Kobieto, erekcja już jest – fuknąłem. – Ja teraz pracuję nad atmosferą!

Może muzyka? Tak, dajcie tu jakąś dobrą muzyczkę. Taką, aby za każdym razem, kiedy ją usłyszy, była mokra niczym listopad. Pogalopowałem rączo do przedpokoju i wyjąłem z kieszeni spodni komórkę.

Odpaliłem utwór ukraińskiej wokalistki Maruv, której każdy kawałek brzmiał jak podkład dla tancerek gibających się w klubach go-go, czyli był jak najbardziej na miejscu.

Chciałem położyć telefon na nocnej szafce, ale z napięcia aparat wyślizgnął mi się z ręki, zatoczył zgrabny łuk i jak nie walnął ekranem o podłogę! Miał na nim lekką rysę, ale poza tym wydawało się, że wszystko w porządku. Nic to. To jest wojna, muszą być ofiary w ludziach i sprzęcie.

Teraz, postanowiłem, wjeżdżam jak dzik w żołędzie! Tak, że filmy na Pornhubie będą przy tym jak kreskówki o Cześku Hydrauliku.

Blondynka spojrzała na mnie bystro, po czym seksownie zakołysała nogami.

– Wyliż mnie – zmieniła zdanie.

Zawiesiłem się. Moje plany, jak by to ująć, były zgoła… inne.

– Daję ci szansę na zostanie superbohaterem! – dodała, widząc moją minę.

W sumie czemu nie? Skoro kobieta prosi. Klęknąłem przed nią i rozłożyłem jej uda. Jednym zdecydowanym ruchem zdarłem z niej majteczki.

Podniosła pośpiesznie biodra, aby mi to ułatwić. Pokiwałem z uznaniem dla widoku, po czym zanurkowałem głową między jej udami.

Miała ładnie wygoloną waginę. Zostawiła, tak jak lubię, jedynie wąski pasek włosów. Może jestem konserwatystą, ale całkowita łysina w tym miejscu wydaje mi się przesadą. No, nie bądźmy skinami. Dziki busz też był jednak nie do przyjęcia. Nie bądźmy Aborygenami.

Dotknąłem końcem języka jej pachwiny. Czułem teraz jej puls. Wsadziłem delikatnie język.

– Mocniej! – syknęła i szarpnęła mnie za włosy. – Na tyle cię stać?

Aua. O, ty suko!!! Wbiłem w nią język i poprawiłem palcem.

– Ooooo… Taaaaak!!! – jęknęła nagle. Zacisnęła uda na mojej głowie, miażdżąc mi uszy. – Masz większego kutasa niż on – wyjęczała.

Z grzeczności nie zaprzeczyłem.

– W ubiegłym roku byliśmy w Chorwacji. Byłeś kiedyś w Chorwacji?

Przerwałem na moment.

– Jakoś nie było okazji. Wolę Włochy – odpowiedziałem grzecznie i wróciłem do przerwanej roboty.

Nie było mi za wygodnie i kark mi zdrętwiał. Ale może to tak samo jak z wyciskaniem na ławeczce? Jak kiedyś mi powiedział trener: pozycja powinna być zawsze niewygodna, nie jesteś tu w końcu dla przyjemności, tylko po to, żeby pchnąć.

Ssałem ją z pełnym zaangażowaniem, pomagając sobie teraz już dwoma palcami.

– Tak… tak… TAK mi rób! – jęknęła.

Na wszelki wypadek do dwóch palców dołożyłem trzeci, co zostało powitane gwałtownym ruchem dłoni kurczowo ściągających prześcieradło.

Zaczęła odlatywać. Przechyliła głowę w bok, purpura zalała jej policzki.

Tak, tak, wujek Wini potrafi jeszcze zaryczeć niczym stary tygrys!

Nagle zacisnęła kurczowo uda i wypchnęła biodra do góry.

Otarłem usta przedramieniem. Byłem zaśliniony jak pies Pluto.

– Już? Nie dałaś mi się wykazać – zauważyłem złośliwie. – No, mała, nie bądź samolubna, teraz ja – powiedziałem, wskazując na swojego penisa.

Dziewczę uśmiechnęło się złowieszczo, po czym, siedząc na łóżku, zsunęło lekko moje slipy i spojrzało mi bezczelnie w oczy.

– Mam robić tak?

Przejechała językiem od jąder po sam czubek.

– Gdybyś była tak uprzejma. – Pokiwałem głową z uznaniem.

– A może tak?

Jej usta zacisnęły się na końcówce. Mimowolnie jęknąłem. Tak, mordo, zasłużyłeś na to. Życie bywa piękne. Po prostu nie należy oczekiwać zbyt wiele. Trochę kasy, trochę dobrego alkoholu, jedzenie, przyjaciele, odrobina wolnego czasu, cieszenie się pięknem natury. I żeby jakaś ładna blondynka pobawiła się twoim ptaszkiem.

Położyłem jej rękę na głowie i uprzejmie nadałem nieco szybszy rytm.

– Księżniczko!!! Jestem wcześniej!! Przyjechałem po ciebie swoim rumakiem! – dobiegło z przedpokoju.

Blondynka zamarła. Przerwała wykonywaną czynność i otarła dłonią usta. Do pokoju wparował Seba w dresie Adidasa. Taki cham z ryja, że ja pierdolę.

– Co to za burdel?! – wydarł gębę.

Podciągnąłem slipy, a następnie, w samych gaciach i białej koszuli, podniosłem pokojowo ręce.

– Nic się przecież nie stało, nie róbmy tu żadnego dramatu – stwierdziłem, jak mi się wydawało, uspokajająco.

Seba się nie uspokoił.

– Ty piździelcu! – ryknął.

I jak się na mnie nie rzucił! Ludzie to są jednak strasznie niekulturalni. Zrobiłem skok w bok za łóżko, po czym chwyciłem stojącą obok nocną lampkę oraz komórkę.

– Miki, dałbyś spokój – powiedziało dziewczę, zakrywając od niechcenia swoje nagie atrybuty.

Wyglądała na zrelaksowaną.

Przełknąłem ślinę.

– Panie Miki, po co ta agresja? – zaprotestowałem z urazą. – Artykuł dwieście siedemnasty Kodeksu karnego, paragraf pierwszy. „Kto uderza człowieka lub w inny sposób narusza jego nietykalność cielesną, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”!

Miki chyba nie był gotów na korepetycje z kodeksu, bo znowu obrzucił mnie wściekłym spojrzeniem.

Moje spodnie zostały w przedpokoju. Jednak aby tam dotrzeć, musiałbym przebiec tuż przed tym troglodytą. Ale Wini, myśl pozytywnie, nie ma sytuacji bez wyjścia.

– Masz wpierdol! – obiecał dresiarz z ponurym zacięciem w głosie.

Nie uwierzyłem mu. Doświadczenie życiowe podpowiadało mi, że osoba, która faktycznie chciałaby wywalić komuś w beret, nie marnowałaby czasu na próżne gadanie, tylko od razu przystąpiłaby do akcji.

Na wszelki wypadek uniosłem jednak lampę i zacisnąłem na niej dłonie.

– Weź się, Miki, nie denerwuj, bo znowu dostaniesz zgagi – przemówiła uspokajająco kobieta.

– Zapłacisz mi za to! – ryknął Miki. – Ty też, jebana chorągiewo! – Spojrzał na nią.

– Jestem kobietą, mam swoje potrzeby – odpowiedziała rezolutnie blondyna i obejrzała swoje paznokcie.

Spojrzałem do tyłu. Błysnęła we mnie iskra inwencji. Balkon. To tylko pierwsze piętro, Wini. Dasz radę.

– To nie jej wina. Musiał ją pan zaniedbywać – dodałem.

Dresiarz zzuł ze stopy czarny, sportowy but, zakolebał się jak rezus, po czym wściekle rzucił obuwiem w moim kierunku. Pocisk odbił mi się od ramienia.

– Aua!! – zawołałem z oburzeniem. Kroki do tyłu. Jeden ruch, klamka. – Poza tym ona nie zdradza. Ona przeżywa przygodę – stwierdziłem. Drugi but. Tym razem spodziewałem się ataku i zbiłem go trzymaną w jednej dłoni lampą. – Do widzenia, o piękna! – ryknąłem.

Nie czekałem na odpowiedź, upuściłem lampę, chwyciłem za klamkę i wbiegłem na balkon. Towarzyszył mi dziki ryk za plecami.

Zeskoczyłem ostrożnie z balkonu na jakiś daszek, a później, już ostrożnie, zsunąłem się na trawnik. Ledwo moje stopy go dotknęły, a pogalopowałem ze czterdzieści metrów. Obejrzałem się przez ramię.

Miki mnie nie gonił.

Odetchnąłem z ulgą. Z gołą dupą, w środku miasta, na ulicy Żelaznej, rzut beretem od Śliskiej, ale było pięknie. Bez spodni można żyć. Bez butów również. W koszuli rękawy miałem już podwinięte. Będzie nowoczesny styl miejski.

Minęła mnie kobieta po pięćdziesiątce, o rubensowskich kształtach, ciągnąca na smyczy małego pekińczyka.

Puściłem do niej oko.

– Dobry tyłek! – skomentowała, patrząc bez przypału na moje pośladki.

– A dziękuję bardzo szanownej pani.

Uśmiechnąłem się do niej szeroko.

Zatrzymałem przejeżdżającą taksówkę i wszedłem do środka. Taksiarz – na oko trzydziestoletni – się nie zdziwił. Widać, był przyzwyczajony do gorszych rzeczy.

xxx

– O, jego wysokość pan Winicjusz raczył przyjść do biura. I to tym razem jeszcze przed trzynastą. Cuda, prawdziwe cuda – zdziwił się teatralnie mój wspólnik Jaco, zwany w kancelarii również Stokila, od imponującej masy ciała. Wyciągnął w moim kierunku palec wskazujący. – Pozwól, że zgadnę… Ratowałeś staruszkę na ulicy czy przeprowadzałeś ją na pasach? Wymieniałeś instalację elektryczną sąsiadce, sanitariuszce AK? Wypadek samochodowy? Ratowałeś jakieś zbłąkane dziecko? Co się stało tym razem, Wini??

– Miałem bardzo ważne spotkanie służbowe – chrząknąłem.

– Jassssne. Tylko dlaczego jesteś bez gaci? – zapytał podejrzliwie. – Wiesz, to my zdzieramy do ostatniego łacha, a nie z nas zdzierają. To wbrew etyce zawodowej.

– Spodnie oddałem bezdomnemu – powiedziałem z determinacją. – Bardziej ich potrzebował. Miał tylko parę starych dresów, biedaczysko, i to jeszcze od Adidasa. Musiałem się nad nim ulitować.

– A buty? – dociekał.

– Też. Musiał mieć do kompletu, nie? No przecież do formalnych spodni sportowe buty nie pasują. Wiesz, to taki sympatyczny młody człowiek. Trochę zbuntowany. Pogubił się w życiu. Narkotyki, sterydy. Ale chce się zmienić, zrobić coś ze swoim życiem, ustabilizować się. Ma bardzo fajną narzeczoną, cudowna kobieta… Zaraz miał rozmowę o pracę. Żal mi się go zrobiło. To jego jedyna życiowa szansa… – odparłem niedbale.

– Co ty mi tutaj, kurwa, pierdolisz, Wini?! – oburzył się Jacek. – Piłeś wodę z kałuży pod Centralnym i się naćpałeś?

Otworzyłem szafę, w której trzymałem zapasowy garnitur, i pośpiesznie zacząłem naciągać spodnie.

– Ja? – stwierdziłem urażony. – Ja jestem święty.

– Kurwa, Wini, popierdalasz tu z gołą dupą, z fiutem na wierzchu i wmawiasz mi, że jesteś Matką Teresą! – zniecierpliwił się mój wspólnik. – No, nie rób mi tu kota ze Shreka! Jutro ma być normalnie, tak? Żadnych takich akcji, zrozumiano?

– Wiem, wiem.

– Cztery lata na to czekaliśmy.

– WIEM!

Obejrzałem koszulę. Była wymazana na beżowo. Podkład zawsze cholernie ciężko schodzi z białego. To jakaś pułapka na mężczyzn. Trzeba było ją zdjąć przed.

– Co to za dupa? – spytał z zainteresowaniem Stokila.

– Jacuś, żadna dupa, mówiłem ci, człowiek w potrzebie. Poza tym to bardzo porządna dziewczyna jest, nie rozumiem, o co ci chodzi – zaburczałem.

– A jak ma na imię? – zapytał podstępnie.

Zastanowiłem się. To było trudne pytanie.

– Yyy, coś na B – strzeliłem. – Beata? Barbara? – Zmarszczeniem brwi podkreśliłem intensywny wysiłek.

– Skąd ty ją wziąłeś?? – drążył.

– Pamiętasz, jak miesiąc temu byliśmy w tej knajpie, no wiesz, w tej przy Ząbkowskiej, gdzie wódkę do jedzenia dobieraliśmy? Tam nas obsługiwała taka fajna kelnerka, taka krótko obcięta. Płaska, ale fajnie się uśmiechała, miała takie dołeczki w ustach. Pamiętasz?

Stokila przyjrzał mi się nieufnie.

– I to ona?

– Nie. To jej koleżanka – powiedziałem triumfalnie. – Po prostu dostałem pozytywną rekomendację. I tamta też chciała spróbować.

– Ale jak??? – Mój przyjaciel i partner spojrzał na mnie krytycznie. Mimo, a może właśnie z powodu ponad dwudziestoletniej znajomości nie mógł uwierzyć, że jakakolwiek przedstawicielka płci pięknej jest w stanie ściągnąć majtki na mój widok.

– Jacuś, tym, co napędza kobietę, są emocje. Dasz jej emocje, masz kobietę – westchnąłem ciężko, po czym zacząłem podwijać rękawy świeżej koszuli.

xxx

– Co to?

Spojrzałem na bukiet tulipanów, które kupiłem piętnaście minut temu w ulubionej kwiaciarni koło pracy.

– Kwiaty? – strzeliłem.

Zuzeł patrzył podejrzliwie, jakbym właśnie trzymał w dłoniach co najmniej węża boa, który aktualnie przymierzał się do duszenia.

– Przecież widzę, że nie burger z frytkami. Po co kupiłeś te ucięte genitalia rośliny cebulowej?

– Czy ja nie mogę dać mojej ukochanej żonie kwiatów bez powodu? – powiedziałem przymilnie.

– Coś kombinujesz… – stwierdziła lodowato.

– Zuzeł, ja miałbym coś kombinować? W życiu! – zaparłem się.

– Piłeś? – zapytała, najwyraźniej mi nie wierząc.

– Gdzie tam! – Zaprzeczyłem.

– Chuchnij!

Chuchnąłem.

Popatrzyła na mnie badawczo. CBŚ i ABW mogłyby do niej przychodzić na korepetycje.

– Czy ty myślisz, że jak zjesz dropsa, to się nie domyślę, że piłeś?

– Jeden kieliszek tylko był. Kiedyś uśmiechałaś się na mój widok.

Zuzka skrzywiła się potwornie i zrobiła zeza.

– Nie tak. Szerzej. Nie, nie aż tak szeroko.

Parsknęła lekkim śmiechem. Odetchnąłem dyskretnie.

– Jest coś do jedzenia? – zmieniłem pośpiesznie temat.

– Mielone w lodówce są – fuknęła. – Tylko sobie odgrzej. I nie bierz tych świeżych bułek, to dla Adasia do szkoły.

Poszliśmy do kuchni. Zuza nalała wody do wazonu, po czym przycięła końcówki łodyg kwiatów i wkładała je do flakonu. Otworzyłem lodówkę i spojrzałem tępo do wnętrza.

– Sałatkę weź – zarządziła Zuza.

Wstrząsnęło mną obrzydzenie.

– Nie chcę sałatki.

– Ona jest bardzo dobra.

– Nie chcę sałatki.

– Weź, bo się zaraz zepsuje i trzeba będzie wyrzucić.

Mąż. Ostatnie ogniwo przed śmietnikiem.

Wyciągnąłem mielone oraz resztki sałatki w plastikowym pojemniku.

Z chlebaka wyjąłem dwa kawałki całkiem przyzwoitego, bo jedynie lekko podeschniętego chleba. Posmarowałem masłem. Do środka włożyłem dwa mielone. Dołożyłem jednego kiszonego oraz pół pomidora. Ugryzłem potężny kęs. Całkiem niezłe.

– Jak było w pracy? – zapytała.

Kiedy nie wiesz, o co zapytać dziecko, bo nie macie żadnych tematów wspólnych, pytasz, jak było w szkole. Męża pytasz, jak było w pracy. Proste.

Przełknąłem z trudem.

– Wszyscy podenerwowani. Wiesz, jutro mamy ważny dzień…

Zuza odstawiła kwiaty na wyspę w kuchni, w jasny sposób niezainteresowana, co będzie jutro. Wyciągnąłem jakiś stary magazyn ze sterty czasopism, które czekały na lepsze czasy. Siadłem na niewygodnym, za to ponoć dobrze wyglądającym krześle, otworzyłem na chybił trafił i przeczytałem: „Za trzydzieści lat dwa miliony Polaków będą chorować na alzheimera”. Tyle tylko zdążyłem.

– Kiedy pojedziemy na wakacje?

– Wkrótce – odpowiedziałem i wróciłem do magazynu.

„Za trzydzieści lat dwa miliony Polaków…”

– Tylko nie znowu do Włoch, błagam, ty byś chciał tylko cały czas do tych Włoch jeździć, jakby nie było żadnych lepszych miejsc na świecie.

Odłożyłem pismo zniechęcony.

– Słyszałem, że Chorwacja jest niezła.

Nie. Intuicja mówiła mi, że to nie koniec.

– Pieniędzy na koncie nie ma. Zostało sto szesnaście złotych.

– Aha. Trochę krucho u mnie z kasą.

– Umawialiśmy się, Wini.

A to akurat był fakt. Zawarliśmy z Zuzłem pakt: jej nie interesuje, ile pracuję, o której wracam, ale co miesiąc dziesięć koła ma być na koncie.

– Dobra, już dobra. Wrzucę zaraz na konto jakąś trójkę, a później resztę. Dobrze będzie?

– Wini – powiedziała złowieszczo.

– Dobra, nie krzycz, masz moją kartę. – Wyciągnąłem z portfela swoją kartę kredytową.

Najgorsze jest ponoć pierwsze piętnaście lat. Później się przyzwyczajasz.

xxx

Młody leżał już w łóżku i czytał. Miał minę, jakby go zęby bolały. Usiadłem obok niego i zajrzałem mu przez ramię. W pustyni i w puszczy. Tak, cierp, jak żeśmy wszyscy cierpieli.

– Cześć, młody.

– Cześć, tato – stęknął.

– Myłeś zęby?

– Jasne.

– Chuchnij!

– Tato! Mam dwanaście lat! – oburzył się.

– Chuchnij, powiedziałem.

Chuchnął. Ku memu zdumieniu chyba faktycznie mył.

– A kąpałeś się?

– Kąpałem. Też chcesz powąchać? – Łypnął złośliwie okiem.

– Wierzę ci – uciąłem.

Cisza.

– A jak tam w szkole? – zagaiłem.

– Może być.

Znowu cisza.

– Tato?

– No?

– A dasz mi na pejsejfkarda w Żabce?

Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy może faktycznie coś jest w teorii, że antysemityzm polskie dzieci wysysają z mlekiem matki. Ale z Żabki???

– Na co? – zapytałem dla pewności.

– Na pejsejfkarda przecież, mówię wyraźnie, nie? Potrzebuję na majnkrafta.

– Na co????

– Tato, gdzie ty się urodziłeś? – Młody wyraźnie się zniecierpliwił. – W piwnicy? Na majnkrafta, przecież mówię, taka gra, nie? Instaluje się i się gra.

Westchnąłem ciężko.

– To ile chcesz?

– Stówkę? – spróbował młody, ale sam chyba nie wierzył, że mu się uda.

– Pięć zeta? – zaproponowałem łaskawie.

– No, tato, nie ma takich niskich pejsejfkardów – prychnął.

– A jaki jest najniższy?

– Dwie dychy – powiedział pośpiesznie.

Pogmerałem w portfelu, wyciągnąłem dwie dziesiątki i położyłem na szafce.

– Kocham cię, tato!

– Ja ciebie też. Dobranoc.

xxx

Dopiero początek czerwca, ale noc była gorąca i parna jak w lipcu. Położyłem się obok Zuzła nagi i jeszcze mokry po prysznicu. Sprawdziłem na komórce. Za trzynaście pierwsza.

Nie chciało mi się spać. Jutro miała być ta pieprzona rozprawa. Niby zrobiłem wszystko tak jak trzeba, ale w tym fachu zawsze była jakaś niepewność.

Co, jeśli przegramy?

Lekki skurcz w żołądku.

To się odwołamy.

Musi się udać. Masz łeb i chuj, to kombinuj.

Przekręciłem się na bok. Przypomniał mi się poranek i epickie ciało blondynki. Mój penis stwardniał.

Spojrzałem na Zuzkę.

W wielkiej szufladzie, w komodzie leżały całe sterty seksownej bielizny. Mimo to latem sypiała w moim starym, sporo na nią za dużym T-shircie, który teraz lekko się zwinął. Jej pośladki interesująco zarysowały się w półmroku.

Hmm…

Położyłem dłoń na jej biodrze. Pogłaskałem ją po tyłeczku. Może był trochę za duży. Może nieco za nisko osadzony.

Zamruczała coś w odpowiedzi.

– Chodź na górę – powiedziałem.

– Śpię, Wini.

– No chodź – zachęciłem.

– Weź mnie od tyłu.

Facetom wydaje się wiele rzeczy, a jedną z nich jest to, że kobiety szczególnie lubią pozycje na pieska i pochodne. Doświadczenie życiowe mówiło mi jednak, że kobieta, jak chce, aby facet szybko przestał jej zawracać gitarę, bo dajmy na to jest zmęczona po całym dniu i ma ochotę głównie na serial albo makijaż przed wyjściem chce jeszcze zrobić, to nadstawia się od tyłu i zaciska uda. Nie ma takiego zawodnika, który poskakałby dłużej niż trzy, no, pięć minut. I ma się spokój.

Byłem jednak za stary na takie triki.

– Chodź na górę i ciesz się tym.

Zawahała się, ale w końcu, lekko zaspana, usiadła na mnie okrakiem. Powoli się opuściła. Do końca. Całe siedemnaście i pół centymetra.

Nie przeszkadzałem jej. Patrzyłem, jak jej piersi pod koszulką poruszają się we wszystkich kierunkach.

Ciągle ma fantastyczne cycki, pomyślałem. Nadal mnie to ruszało. Nachyliła się nade mną. Zatkałem jej dłonią usta, czułem, jak jęczy i wzdycha.

Całkiem niedawno w noce takie jak te pieprzyliśmy się prawie do rana. Leżeliśmy w wannie, piliśmy zimne białe wino, jej skóra była wrząca. Lizałem i gryzłem jej sutki.

Lubiłem po pierwszym mocnym i szybkim razie, kiedy nie miała już siły dalej galopować, kłaść się na nią, twarzą w twarz, i ruszać się powoli przez godzinę. Raniła mi plecy paznokciami. Szamotała się. Szukała łapczywie moich ust. Miała wtedy trzy albo cztery orgazmy.

Chwila przerwy, kolejny kieliszek wina i zaczynaliśmy od nowa. A teraz? Dwudziestominutówki.

Zuzka przyspieszyła, uderzając ciężko tyłkiem o moje biodra. Gryzła mnie w palce. Zaraz dojdzie, pomyślałem. No, Wini, czas i na ciebie. Dołączyłem się do galopu. Nie trzeba było zbyt wiele. Jak japońska kolej Shinkansen. Zawsze o czasie.

Sturlała się ze mnie, ciężko dysząc. Jej ciałem wstrząsnął jeszcze skurcz. Zacisnęła mocno uda. Wypchnęła biodra lekko do góry.

Leżeliśmy obok siebie bez słowa. Stygliśmy.

– Idę do łazienki – powiedziała.

Dałem jej lekkiego klapsa w pośladek.

– Ależ ty masz fantastyczną dupę! – skomentowałem z uznaniem.

– Podoba ci się? – zapytała, wypinając ją mocniej.

Potwierdziłem. Zuzka wstała, a po chwili z łazienki przy naszej sypialni zaczął dochodzić odgłos prysznica. Telefon zadygotał na nocnym stoliku jak w febrze. Sprawdziłem. Wiadomość od:

Jacula Prywatny:

Przepraszam. Nie jesteś na mnie zły, prawda?

Podstawą spokojnego życia jest przezorność. W telefonie miałem dwie karty SIM.

Jeden numer był tylko do takiej korespondencji, podłączony pod WhatsAppa. Na wszelki wypadek kolejne kochanki wpisywałem do książki telefonicznej pod nazwiskiem mojego Bogu ducha winnego wspólnika, który o niczym nie miał pojęcia. Ewentualnie pod imionami kolegów z pracy.

Do każdej kobiety mówiłem per kotku, bo imiona mogą się mylić.

– Czy jestem za gruba?

– Nie, kotku.

– Czy wpadniesz dzisiaj do mnie?

– Oczywiście, kotku.

Do wiadomości dołączony był filmik z blondynką w roli głównej. Cóż, jak widać, przyzwyczajenie zawodowe. Dzieło – jeśli można je tak górnolotnie nazwać – było krótkie.

Panna była na nim w czarnej koszuli, czarnych samonośnych pończochach i bordowych majtkach.

Zademonstrowała nogi i kawałek uda (zgrabne). Później rozchyliła koszulę, odsłaniając najpierw połowę jednej piersi, której dotykałem dziś rano, a później prawie całą drugą. Wzięła ją do ręki. Sutek był twardy.

Uśmiechnęła się i wyłączyła aparat.

Nieźle, nieźle.

Odpisałem:

Cóż, kotku, będziesz mi to musiała jakoś wynagrodzić. Jeszcze się nerwicy nabawię. Negocjacje w tym temacie zaczniemy od pozycji, w której skończyliśmy.

Następnie, zadowolony z siebie, ustawiłem w telefonie tryb samolotowy.

Zuzka wróciła do łóżka, po czym przytuliła się do mojego boku.

Małżeństwo to naprawdę fajna sprawa. Trzeba nad nim tylko od czasu do czasu odrobinę popracować.

xxx

– Chrapiesz, Wini!!!

2.

Poranek należał z całą pewnością do tych gorszych w moim życiu. Szósta pięćdziesiąt, a ja już byłem w kancy. Kiedy wstawałem, wszyscy jeszcze spali. Łącznie z dzielnicowym kogutem.

Byciem prawnikiem, owszem, ładnie wygląda w serialach telewizyjnych na TVN, w których kobiety w swetrach z za długimi rękawami patrzą na Warszawę nocą, marząc o jakimś mecenasie z dużą pytą i równie grubym portfelem. W rzeczywistości robota jak robota. Takie przerzucanie łajna z jednej kupy na drugą.

Rocznie prawo kończy jakieś siedem tysięcy magistrów. Większość z nich nie będzie pracowała w zawodzie.

My zatrudnialiśmy w sumie dziewięć osób. Zazwyczaj byli to ludzie zaraz po aplikacji, którzy dramatycznie szukali miejsca, żeby czegoś normalnego się w końcu nauczyć, a na prawnicze wielkie sieciówki byli albo za słabi, albo nie chcieli pracować po siedemdziesiąt godzin w tygodniu. Cykl wyglądał tak, że kiedy się czegoś nauczyli, wtedy odchodzili i zakładali własną kancelarię. A my przyjmowaliśmy nowych na ich miejsce.

W recepcji siedziała Matka T., czyli nasza transferowa sekretarka, którą Jacuś podkupił kilka lat temu z innej kancelarii, bo coś jej tam nie pykło z jednym ze współwłaścicieli. Matka T. rozmawiała z kurierami, hydraulikami i listonoszem, panem Tadziem.

Sekretariat, z Matką T., jej dobrym charakterem oraz nie gorszym biustem, ekspresem do kawy, dystrybutorem wody, stolikiem i dwoma fotelami, był również minipoczekalnią.

– Wygramy? – zapytał Jacula z nadzieją w głosie.

– Zachowamy należytą staranność – odpowiedziałem zaspanym głosem i odpaliłem laptopa.

Rozprawa była o dziewiątej. Siedzieliśmy we dwóch w konferencyjnej.

W kancelarii mieliśmy trzy pokoje biurowe dla prawników, dwa gabinety – dla mnie i dla Jaca – oraz salę konferencyjną. Wszyscy jesteśmy na ty, mamy tu, jak to Jaco określa, dość luźną kulturę korporacyjną. Pomaga to w tłumaczeniu pewnych rzeczy.

Czego, kurwa, nie rozumiesz?

Albo: Co ty odjebałaś? Kurwa, kobieto, przecież ten pozew się kupy nie trzyma, gdzie ty studiowałaś to prawo? Na KUL-u?

Ewidentnie była jakaś premia za każde pierdolę, wypierdalaj, spierdalaj. Nie ma już, kurwa, innych brzydkich słów? Do chuja pana?

Weź to gówno popraw, zanim cię Wini zabije. A cię zabije, jak to zobaczy.

Jaco jest od opierdalania, choć, jak mawia jeden z naszych prawników, Żydu, Stokila ryczy zawsze tak mocno, żeby wszystkim dać do zrozumienia, że nikomu krzywdy nie zrobi.

– Patrzyłeś ostatnio na stan naszego konta?

– Nie – odpowiedziałem beztrosko.

– Jesteś dorosły i ponoć odpowiedzialny. Nie trzeba się bać konta firmowego – skarcił mnie.

– Od tego ma się koszmary – ziewnąłem jak hipopotam. Starość. W nocy spać się nie chce, rano za to bardzo. – Poza tym od czego mam ciebie?

– Jest źle – wyjaśnił Jacula. – Dlaczego życie jest tak drogie? A ja się nawet dobrze nie bawię – zamarudził.

Ludziom wydaje się, że prawnicy to jakieś kokosy w czekoladzie zarabiają. Taki zawód. Pierdnie, podskoczy, ma pięćset złotych. Ale sytuacja finansowa kancelarii faktycznie nie była ostatnio kwitnąca. Mieliśmy za dużo rozgrzebanych spraw, z których nie było gotówki. Owszem, od poszczególnych firm, które reprezentowaliśmy, spływały co miesiąc jakieś ryczałty, ale w całości szły od razu na pensje.

– A jak przegramy? – zapytał.

– To się coś sprzeda – zaproponowałem uprzejmie.

– Co?

– Nasze nerki? – podsunąłem.

– Nerki? – skrzywił się Jacek.

Sprawdził szybko w sieci.

– Góra po dwieście koła – stwierdził. – Chińczycy i Hindusi konkurencję robią. Nasze zresztą przepite, więc nawet połowy tego nie dostaniemy.

Upiłem łyk wściekle mocnej kawy. Potrójne espresso, zalałem je mlekiem UHT pół procent, które ukradłem z lodówki Matce T. W sumie równie dobrze mogłem dolać kranówki, bo smakowało dość podobnie. Innego jednak nie było. Trzeba kupić. A żeby kupić, trzeba mieć pieniądze.

Sprawa, która tak frapowała Jacka, dotyczyła budowy deptaka nad Wisłą. Główny wykonawca pozatrudniał sporo podwykonawców do tej roboty, w tym firmę naszego klienta o pięknej, sarmackiej nazwie Szwagrex.

Szwagrex uczciwie zrobił swoje, za co wystawił fakturę na pięć dużych baniek. Ale nie dostał nawet złotówki. Główny wykonawca nie doszacował kosztów rożnych prac, stęknął, jęknął, a później się rozłożył niczym panna młoda w noc poślubną.

A od upadłego to prędzej zedrzesz własne pazury o beton, łkając przy tym rzewnie, niż jakąś kasę wyciągniesz. Na szczęście odpowiadało tutaj solidarnie miasto jako inwestor, w ramach 647 KC. I tu pojawialiśmy się my. Sępy na padlinie.

– Ta sędzia… Ostatnio dziwnie na ciebie patrzyła…

Zamrugałem.

– Dziwnie? Nie wiem, czy dziwnie – powiedziałem.

Jacula spojrzał na mnie zaniepokojony.

– Wini? Nie puknąłeś tej sędzi?

– Co? – Prawie parsknąłem kawą na monitor.

– Powiedz, że jej nie puknąłeś albo, co gorsza, od razu nie zostawiłeś. Błagam! – stęknął.

Spojrzałem na niego ze zgrozą. Wizja kopulacji z sędzią Izabelą B. była dla mnie nie do przyjęcia. To, że miała tu i tam za dużo, nie było problemem. Dobrze, jeśli kobietę jest za co chwycić i w co klepnąć. Ale patrzyła na mnie jak zamrażarka.

– Jacuś, mordo, mogę być z tobą szczery, prawda?

– Jasne, Wini! – Jaco się rozpromienił.

– Czy ty z chuja spadłeś? – huknąłem. – A może masz zły biorytm i zły horoskop w tym miesiącu, roku i dziesięcioleciu?

– Czy to znaczy, że nie?

Uśmiechnąłem się.

– Tylko mały lodzik.

– Wini!!!

– Żartowałem. – Poklepałem go po ramieniu. – Nic między nami nie było. Ale dobrze się wypinała, muszę przyznać…

– Czy ty chcesz mnie doprowadzić do zawału? – stęknął. – Stuknąłeś ją czy nie?

– Nie puknąłem jej – przyznałem zrezygnowany.

– Żadnych macanek? – upewnił się Stokila.

– Żadnych.

– Żadnego clintonika?

– Nic!!! – odparłem.

– Udaję, że ci wierzę – sapnął. – Bo nie mam, kurła, innego wyjścia.

xxx

W sądzie byliśmy, jak rzadko, dwadzieścia pięć minut przed rozprawą. Jacek poganiał mnie od samochodu do budynku jak krowę na pastwisku, że do sądu prawie wbiegłem.

Z satysfakcją stwierdziłem, że on dyszy bardziej. Jeśli ja byłem krową, to on wyglądał teraz jak spocony, zapasiony, kulawy, złośliwy meksykański muł.

Już chciałem się wymknąć ukradkiem do barku, aby wciągnąć jakąś kawę i pół litra mineralki, ale Jacek, widząc moje ruchy, pociągnął mnie w przeciwnym kierunku, prosto przed salę rozpraw.

Zacząłem odczuwać żywą niechęć do własnego wspólnika.

Przy drzwiach już stał reprezentujący miasto Rafcio. Przepraszam, mecenas Rafał Z. Z togą pod pachą, ubrany frywolnie, bo w jeansy i różową koszulkę polo.

Łysina lśniła mu z oddali, a otaczał ją wianuszek rzadkich włosów, komponujący się w całość przypominającą jowialnego proboszcza z Sandomierza. Akurat pakował do skórzanej sfatygowanej teczki jakieś papiery.

– Pozamiatane, panowie szlachta – stwierdził stanowczo na nasz widok.

– Co się stało, panie mecenasie? – zagaiłem.

– Zobacz na drzwi, wisi kartka – ziewnął Rafcio, ukazując paletę świeżo wybielonych, rzadkich zębów.

Jak widać, jego rozprawa na dziewiątą też wybiła z rytmu.

Stokila uprzedził mnie i pogalopował do futryny niczym kulawy guziec.

Wrócił blady.

– Odwołała suka – stęknął. – Na kwicie na drzwiach napisała, że poszła na chorobowe. Co teraz???

– Poczekamy, aż wyzdrowieje, nie? – odpowiedziałem beztrosko.

– To nie jest zwykła choroba – nadął się Rafcio. – Byłem w sekretariacie, powiedzieli mi, że to urlop macierzyński. Ktoś zerżnął wymiar sprawiedliwości, i to skutecznie – wyjaśnił.

– O kurwa! – stęknął Stokila.

Z tym oświadczeniem byłem w stanie się zgodzić.

– Przecież to teraz ze trzy lata zajmie, zanim ta sprawa się skończy – dodał.

Skóra na twarzy zrobiła mu się jakaś taka blada i perlista.

– A śpieszy wam się gdzieś? – Rafcio zasłonił twarz i ziewnął jeszcze raz. – Klient i tak za termin płaci. Co ty, Jacek, nagle taki blady, jesteś, hę? Zaszkodziło ci coś?

– Za dużo tatara zjadł – wyjaśniłem niefrasobliwie.

– Tatara na śniadanie? – zdziwił się mecenas.

– Tak, pod pół literka – zełgałem. – Rafał, ty się nie stresuj. Dogadajmy się. WPS[1] jest tutaj pięć milionów złotych. Jacuś, ile to będzie odsetek za trzy lata od pięciu baniek?

Stokila drżącą ręką wyjął z kieszeni garniturowych spodni telefon.

– Dziewięćset sześćdziesiąt dziewięć tysięcy sto pięćdziesiąt złotych i sześćdziesiąt osiem groszy – wyrecytował.

Położyłem rękę na ramieniu mecenasa.

– Czy ty nie chcesz, Rafcio, oszczędzić podatnikom płacenia takiej kwoty jak… Jacuś, jeszcze raz…

– Dziewięćset sześćdziesiąt dziewięć tysięcy sto pięćdziesiąt złotych – wyrecytował ponownie Stokila.

– I sześćdziesiąt osiem groszy, nie zapominajmy o sześćdziesięciu ośmiu groszach – dodałem. – I tak zapłacicie. Ty to wiesz. – Wskazałem na Rafała i radośnie poklepałem go w ramię. – Ja to wiem. Wszyscy to, kurwa, wiedzą.

– Nie mogę, Wini, nie mogę – zajęczał mecenas i czmychnął sądowym korytarzem.

– Ja pierdolę, i co my teraz zrobimy? – sapnął Jacek.

Telefon zadrżał w mojej kieszeni.

Jacula Prywatny.

Zdjęcie. Blondynka leżała na łóżku na białej pościeli w bardzo kusej, koronkowej i mocno prześwitującej koszulce. Uśmiechała się zalotnie.

I wiadomość:

Jacula Prywatny:

Masz dzisiaj czas?

Wsadziłem aparat z powrotem do kieszeni. Spojrzałem na Rafała, który był już niedaleko schodów. Pieprzony karaluch.

– Pogadam z nim – powiedziałem z determinacją.

Rzuciłem się w kierunku znikającej różowej koszulki i po podbiegnięciu kolejnych trzydziestu metrów postanowiłem, że wracam na siłownię. Tradycyjnie, od pierwszego.

Złapałem go na półpiętrze.

– Rafcio, poczekaj! Przecież cię nie będę gonił po całym sądzie! – wysapałem.

Mecenas spojrzał na mnie ze zgrozą i wykonał jakiś dziwny pląs nogami.

– Nie bój się, w lesie cię nie zakopię!

– Wiem, czego ty chcesz, Wini! Nie ma mowy – zaparł się. – To są pieniądze publiczne. Tu musi być dyscyplina. Przegramy, to zapłacimy. Trzeba będzie milion ekstra odsetek wpłacić, to wpłacimy. Dwa miliony też! Ale nie teraz!

– Posłuchaj mnie, Rafcio… – Wziąłem go pod ramię.

– Nie!!! – powiedział w nerwach.

Nie zwracałem uwagi na jego protesty.

– Wytłumaczę ci, co zrobimy… Wyśle się pisemko do przewodniczącego wydziału, że jest dogadana ugoda. On się ucieszy, bo i tak nie lubi teraz sędzi Izabeli. Porzuciła rozgrzebane sprawy i beztrosko dała dupy. Przejmie jej numerek i radośnie go odstrzeli do swojej statystyki. On będzie szczęśliwy, ja będę szczęśliwy, ty będziesz szczęśliwy, społeczeństwo będzie…

– Żadnej ugody! – kwiknął Rafcio. – Tego nie mogę dla ciebie zrobić – dodał po chwili.

Spojrzałem na niego jeszcze raz. Na widok mojej gęby zrobił pół kroku w tył. Ma się ten groźny, adwokacki ryj.

– Rafcio, macie pięć procent szans. A nawet mniej – powiedziałem teraz łagodnie.

– To jest zawsze pięć procent, nie? Więcej niż zero – zaperzył się.

– Rafał. Jest jedna rzecz, którą musisz o mnie wiedzieć.

– Tak??? – Zacisnął dłonie na rączce torby.

– Jestem chujem – oświadczyłem. – Jestem wrednym, złośliwym, bezwzględnym chujem.

– No i? – Rafcio wyraźnie nie zrozumiał. W końcu wszelkie wymienione cechy należały do kanonu cech rasowego adwokata.

– Zrobię wszystko, aby ochronić swoją kancelarię, bo w ten sposób chronię swoją rodzinę. Rozumiesz? – zapytałem.

Rafcio wrósł w podłogę i wyglądał jak antropogeniczny element przyrody nieożywionej. Ust w każdym razie nie domknął.

– Widzę, że dalej nie rozumiesz – stwierdziłem z adwokacką godnością.

Nie lubiłem takich sytuacji, ale nadszedł czas na opcję atomową. Odpaliłem telefon i zacząłem przeszukiwać galerię zdjęć.

– Pamiętasz tę dziunię, którą poznałeś po szkoleniu w Orze[2] w listopadzie?

– Malwinkę? – powiedział słabo Rafcio.

– Tak, Malwinkę – przytaknąłem. – Niska. Blondynka, ale farbowana. Cyce jak donice ogrodowe. Bzyknąłeś ją. Wiem, bo mi mówiła i nawet pokazywała zdjęcia twojego kutasa, które do niej wysyłałeś. O, te. – Pokazałem na swojej komórce.

Na zdjęciu Rafcio stał… i stał w lekkim rozkroku, dumnie prezentując mocno owłosiony brzuch i z dziesięć kilo nadwagi. Jedną rękę trzymał za plecami, w drugiej miał telefon. Debil nawet nie zasłonił twarzy.

Malwinka, powiedzmy sobie szczerze, to nie była Miss Warszawy. Raczej przy kości. Tyłek jak boja okrętowa. Ale zasadniczo – jak obrazowo powiedział jeden wielki aktor o pewnej wielkiej polskiej aktorce na jej pogrzebie – „Nieboszczka niezmiernie chuja lubiała”.

Malwinka wykazywała podobne zainteresowania.

Do łóżka jej nie zaciągnąłem, bo miała spory feler. Stanowczo za dużo plotkowała. No dobrze, seks oralny, i to na dodatek tylko jeden, się nie liczy.

– Wiesz, co zrobię?

Rafał stał dalej, tyle że z tępym wyrazem twarzy.

– Wyślę te zdjątka mailem do twojej Kaśki. Podpiszę się jako Wyuzdana Malwinka. Z opisem, co jej robiłeś, w jakich pozycjach, co jej obiecywałeś i co opowiadałeś o waszym pożyciu małżeńskim. Ponoć bardzo się skarżyłeś, jak cię Kaśka traktuje i jak cię nie rozumie – zablefowałem.

Rafcio zadygotał, po czym jednak odpyskował:

– Z terrorystami się nie negocjuje, Wini. Chcesz, to wyślij – powiedział hardo.

– Negocjuje, negocjuje, tylko się o tym nie rozpowiada. – Klepnąłem go jeszcze raz z rozmachem w ramię. – Rafcio, masz czas do jutra. Prześpij się z tematem.

xxx

Wróciłem do Jacka, który kontemplował posadzkę z obłędem w oku, wbijając palce w łysinę.

– I co powiedział?

– Negocjujemy – odparłem wymijająco.

– Chuj mu na grób – warknął Stokila.

Wyjąłem telefon. Moje myśli błyskawicznie powędrowały w stronę blondynki. Może by tak do niej wpaść na kwadrans? Wejść, skoczyć niczym kobra, zatkać jedną ręką usta, zerwać drugą majtki, podnieść jej jedną nogę trochę do góry, wbić palce w pośladek… Na koniec pocałować mocno w usta. I wyjść. Później wysłać z biura kwiaty.

Taaak. To byłoby rozwiązanie najwyższej klasy…

Spojrzałem tęsknie na godzinę. W sumie? Jeszcze nie było dziewiątej…

Niestety Stokila szybko uciął moje ekscytujące plany.

– Wracamy. Trzeba się zastanowić, jak wyplątać się z tego gówna.

Westchnąłem ciężko. Spojrzałem jeszcze raz na telefon i z pewnym żalem odpisałem do blondynki:

Nie dam rady. Siedzę w sądzie, a później wracam do kancy.

Odpowiedź przyszła dopiero, jak byliśmy już koło samochodu:

Jacula prywatny:

Szkoda. Gorąco mi.

I jej zdjęcie. Tym razem była całkiem naga.

xxx

Jacula wparował do kancelarii niczym szerszeń, którego ktoś kopnął w dupę. Wszedłem dostojnie zaraz za nim.

– I jak wam poszło? – zapytała nasza sekretarka, Matka T.

– Jak żabie na dyskotece – odwarknął Jaco. – Wini, idź do konferencyjnej, laptopa muszę wziąć.

Matka nie była matką, miała na imię Magda, ale nikt do niej tak nie mówił. Ksywę nadał jej Jaco.

Matka T. było od matki Teresy z Kalkuty, która uchodziła za symbol miłosierdzia, bo przez czterdzieści pięć lat prowadziła hospicja dla umierających, ubogich, chorych i sierot. Co prawda krytycy twierdzili, że miała spory problem z wiarą w Boga (a tak naprawdę nie wierzyła w niego w ogóle) oraz uważała, że jak ludzie cierpią, to dobrze, bo cierpienie uszlachetnia, ale kto by się przejmował takimi szczegółami.

Nasza Matka gromadziła szmal na Szlachetną Paczkę, wspierała WOŚP, chodząc z puszką po mieście, zbierała też na kotki i pieski. Miała miękkie serce, a więc musiała mieć twardą dupę.

Matka T. odprowadziła wzrokiem Stokilę do jego pokoju.

– Co go ugryzło? – zapytała.

– To był niespodziewany i pokątny seks analny – odparłem bez przekonania.

Twarz Matki się wydłużyła. To ona odbierała jako pierwsza wszystkie wezwania do zapłaty.

– Czyli przegraliście? – zapytała.

– My zawsze wygrywamy, to klient przegrywa – odpowiedziałem dumnie.

– Powinniśmy się martwić?

– Gdzie tam – zełgałem. – Wszystko jest w porządku jak w trzydziestym dziewiątym. Po prostu sandały będziemy kupować na raty, a na auta weźmiemy chwilówkę.

Matka T. łypnęła na mnie podejrzliwie, ale nie drążyła tematu.

– Zrobić ci kawy? – zapytała, wskazując na ekspres.

– A co ja rąk nie mam?

Nalałem dwie kawy z ekspresu, po czym ukradkiem, patrząc, czy Matka T. nie widzi, zalałem je mlekiem z lodówki.

Zaniosłem kubki do konferencyjnej. Jacek wszedł z laptopem, spróbował kawy, wstrząsnął się z obrzydzeniem, odpalił komputer, po czym od razu zaczął liczyć, mrucząc coś pod nosem.

Nie przeszkadzałem mu. Doświadczenie nauczyło mnie, że jak Stokila liczy, to mu się nie przeszkadza.

– Jak się pensje zapłaci, raty za ubezpieczenie, to z kredytu obrotowego zostanie nam…

– Ile?

– Dwieście sześćdziesiąt siedem złotych – stęknął.

– To nawet na składkę do Ory za nas dwóch nie wystarczy – skomentowałem.

Składka do Okręgowej Rady Adwokackiej wynosiła aktualnie sto trzydzieści pięć zeta od łba. Prawnicy płacili wiele rachunków i na każdy z nich stękali, płakali i łkali, jak to cisną nas z każdej strony i ile pienięęędzy trzeba płacić. Ale na składkę adwokacką pomstowano szczególnie zapalczywie. Było to po prostu w dobrym tonie.

– Masz jakiś szmal, żeby dorzucić do firmy?

– Ja??? – zdziwiłem się.

– No tak – zreflektował się Stokila. – Zapomniałem, że ty, mecenasie, rozrzucasz kasę jak rolnik gnojówkę po polu. Mogę dać… – sprawdził w komórce – piętnaście koła.

– Na czynsz i bieżące rachunki starczy…

– Jak nie weźmiemy w tym miesiącu pensji, to jakoś się przeturlamy. Ale w przyszłym trzeba będzie, kurwa, zwolnić jedną osobę – chrząknął wymownie.

Spojrzeliśmy na siebie smętnie.

– Kogo? – zapytałem.

– Tylko Matka T. nie przynosi pieniędzy – bąknął Jaco.

– Ciebie zwolnimy, a nie Matkę T.! Matka T. jest święta! – zaprotestowałem.

Do konferencyjnej wetknęła głowę sama zainteresowana.

– Co Matka T.? – zapytała.

– Matka T. jest kobietą świętą, bo przynosi do pracy mleko – odpowiedziałem radośnie. Podniosłem kubek i dodałem: – Na zdrowie. – Po czym upiłem potężny łyk. Im szybciej się to piło, tym krócej się cierpiało.

– Znowu ukradłeś mi mleko?

– Odmówiłabyś spragnionemu człowiekowi? Nie wierzę!

Matka T. otaksowała mnie spojrzeniem, które pożyczyła chyba od sąsiadującej z nami skarbówki.

– Przyszła pani Pola. Była z tobą umówiona, Wini?

Rozpromieniłem się od razu.

– Jasne – odpowiedziałem. – A swoją drogą, Jacula, masz pożyczyć dwie stówki?

Jaco z ponurą miną wyciągnął z portfela dwieście zyla.

– Jesteś bezwzględny – sapnął.

– Tylko ty w to wierzysz. Nikt inny!

xxx

W korytarzu czekała młoda, imponująca blondynka, o równie imponujących piersiach i nieco już mniej imponujących, za to na pewno ekstremalnie drogich, kwadratowych, przeciwsłonecznych okularach ze złotymi nausznikami.

Na widok kobiety Stokila rozpromienił się jak elektrownia w Czarnobylu. Co bardziej naiwni obserwatorzy mogliby pomyśleć, że właśnie podjarał się na widok atrakcyjnej kobiety. Wiedziałem swoje. Jacula nie ulegał pochopnie nastrojom ciała.

Ucieszył się, bo właśnie zobaczył hajs. Dużo hajsu.

Kobieta w tej samej chwili mówiła do Matki T.:

– Jesteś śliczna. Też chciałabym tak wyglądać za dziesięć lat…

Matka T. zrobiła dziwną minę. Nie rozumiałem dlaczego.

– O, pani Pola! Jak miło znowu panią widzieć! – Jaco prawie podskoczył i szarmancko pocałował ją w dłoń.

Pola nie wykurwiła mu z liścia, co świadczyło o tym, że raczej nie jest agresywną feministką. (Co jest dla mnie kwintesencją feminizmu? Napis: „Jestem silną, wartościową kobietą” pod fotografią z wypiętą dupą). Zachichotała tylko perliście.

Na temat talentu aktorskiego Poli Kwiatkowskiej ciężko mi się wypowiadać, za to z całą pewnością nie zaszkodziło jej, że w pierwszym filmie zatytułowanym Prywatka nosiła bluzkę z potwornym dekoltem oraz bardzo krótkie spodenki. Po projekcji nikt nie miał wątpliwości, że zobaczył coś wyjątkowego.

Pola obecnie była jedną z najszybciej wschodzących gwiazd polskiej sztuki filmowej i celebryckiej. I nawet czasami pisała o niej „Gazeta Wyborcza”. Głównie źle, ale dla jej kariery chyba dobrze, bo jak o kimś „Wyborcza” zaczyna pisać dobrze, to ani chybi ma przejebane.

– Witamy w naszych skromnych progach. Pismo w sprawie naruszeń dóbr osobistych do tego serwisu już poszło. Proszę mi wierzyć, skrócimy im smycz! Nikt nie będzie bezkarnie sugerował, że chodzi pani, za przeproszeniem, bez majtek! Ale w czym teraz możemy pomóc gwieździe polskiego kina? – zapytał Stokila i skrzyżował potężne niczym dwa walenie ramiona na piersi.

– Będę kupowała mieszkanie, panie Jacku. – Blondyna zatrzepotała rzęsami i wypchnęła cycki do przodu.

– Które to już? – zdziwił się spektakularnie Stokila.

Ten fach ma w sobie coś z teatru.

– Czwarte. – Blondyna jeszcze raz zatrzepotała rzęsami. – Ja pierwsze pieniądze zarobiłam, mając czternaście lat. Matka odłożyła je, abym zbierała na mieszkanie. I jak miałam osiemnaście lat, to uzbierałam. Taki ładny krok w dorosłość, panie Jacku. Spodobało mi się i teraz co roku kupuję kolejne.

– Bardzo konserwatywny model inwestowania w tak młodym wieku. Ale bezpieczny, popieram – pochwalił Stokila.

– Panie Jacku, trzeba być dziewczynką niezależną finansowo, żeby, jak się twarz posypie i cycki opadną, nie zostać w totalnej dupie! – roześmiała się Pola. – Kobieta w dzisiejszych czasach tyle ma wolności, ile ma pieniędzy.

– Eee – zaciukał się Jacula.

– Zapraszam, pani Polu – powiedziałem szarmancko i otworzyłem szeroko drzwi do swojego gabinetu.

Blondynka miała na sobie krótką kieckę. Różową, w groszki z falbanami. Wyglądało to staroświecko i cholernie seksownie. Puściłem ją przodem, bezczelnie gapiąc się na jej tyłek i nogi. To była przyjemność, której mogłem, ale nie miałem zamiaru sobie odmawiać.

Właśnie zamykałem drzwi, kiedy Pola, również bezczelnie, złapała mnie przez spodnie za fiuta, po czym przywarła do mnie całym ciałem.

– Tęskniłeś? – zapytała groźnie.

– O tak! – odpowiedziałem entuzjastycznie.

Faktycznie w tym momencie tęskniłem, i to bardzo.

– Na żywo wyglądasz dużo lepiej niż na zdjęciach – dodałem.

Przybliżyłem nos do jej szyi. Powąchałem ją. Poczułem jej zapach i przestałem myśleć. Podniosłem ręce i ostrożnie zdjąłem Poli okulary przeciwsłoneczne.

Wielkie, zielone oczy.

Nie spuściła wzroku.

– Nie zauważyłam. Sama musiałam do ciebie przyjechać – powiedziała kapryśnie.

Suka. Spojrzałem na nią kpiąco i schowałem okulary do kieszeni marynarki. Jej ciało było przyjemnie miękkie i sprężyste.

Położyłem ręce na jej ramionach.

– Szczególnie brakowało mi twojego Sebiksa – wyjaśniłem. Po czym po prostu szarpnąłem za jej sukienkę, jednym ruchem zdejmując ją do połowy.

Miała biały stanik. Nawet nie drgnęła. Ale widziałem tętnicę poruszającą się na jej szyi.

– Szukałaś, jak widzę, jakiegoś pretekstu, żebyśmy się zobaczyli.

– O tak!!! – odparła i chwyciła mnie, tym razem za jądra.

Jęknąłem, ale z bólu.

Pocałowałem ją w szyję. Później jeszcze raz. I jeszcze raz. A lewą dłonią zdecydowanie zdjąłem ramiączko jej stanika. Duża, ciepła, gładka pierś wyskoczyła na wolność.

Zacisnąłem na niej dłoń. Chyba za brutalnie. Pola syknęła.

– Ten chłopak jest trochę agresywny – dodałem.

– Nie mów o nim źle – zaprotestowała stanowczo. – Miki jest kochany. To mój labradorek.

Nie słuchałem. Wbiłem ręce w jej biodra i podciągnąłem kieckę powyżej linii ud. Jakiekolwiek źródła miał serwis plotkarski, były one wiarygodne. Pola nie miała majtek.

– Miało być jednorazowe tango – przypomniałem surowo.

Kpiące spojrzenie.

– Wini, naprawdę domagasz się od kobiet konsekwencji?

W sumie miała rację.

– Pieprz mnie!

I jak tu odmówić kobiecie?

Zacisnąłem dłonie na jej pośladkach. Podniosłem ją, a następnie bezceremonialnie nabiłem na siebie.

Wciągnęła powietrze przez zęby. Otworzyła usta.

Dobijałem do końca. Drapieżnie. Jak najsilniej, jak najszybciej.

Wygięła się. Błysnęły zęby.

– Ależ ty masz ogromnego dyngusa – wychrypiała seksownie.

– Jęcz – powiedziałem jej prosto do ucha.

Mój nos znajdował się w jej włosach. Zawirowało mi w głowie. W skroniach. W uszach. W szczęce. Nic się nie liczyło. Chciałem tylko jej.

– Aaa! – jęknęła w końcu i przygryzła wargę.

Furia. Urywany oddech. Przód. Tył. Jakby opętał mnie szatan.

– Aaa! – jęknęła głośniej i rozdzierająco. Wbiła mi paznokcie w plecy, po czym na moment przerwała i stwierdziła całkowicie przytomnym głosem: – Wini, na co czekasz? Też sobie pokrzycz!

Takie to młode, a takie pyskate.

Zatkałem dłonią jej usta. Ugryzła mnie. Boleśnie.

Byłem właśnie w największym natchnieniu, kiedy drzwi od pokoju otworzyły się i pojawił się w nich łeb Jaca.