Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Co dzieje się, kiedy umieramy? Czy świadomość gaśnie wraz z mózgiem, czy też istnieje coś jeszcze – tajemniczy wymiar, który od wieków nazywamy duszą?
Po śmierci brata te pytania nie dawały spokoju Stéphane’owi Allixowi. Z dziennikarską pasją i determinacją, ruszył tropem największej zagadki ludzkości próbując wyjaśnić sekret ludzkiej świadomości. Szukał śladów zarówno w świecie nauki – w badaniach medycyny, neuronauki i relacjach osób z pogranicza życia i śmierci – jak i w starożytnych tradycjach duchowych, takich jak szamanizm.
„Śmierci nie ma” to nie tylko pasjonujące śledztwo i intymne wyznanie. To zapis niezwykłej wędrówki w poszukiwaniu odpowiedzi, które mogą zmienić nasze spojrzenie na życie – i na to, co czeka nas po nim.
Stéphane Allix – dziennikarz, pisarz, założyciel INREES (Instytutu Badań nad Niezwykłymi Doświadczeniami) oraz magazynu Inexploré. Po śmierci brata w Afganistanie w 2001 roku zakończył piętnastoletnią karierę reportera wojennego i całkowicie poświęcił się badaniu granic świadomości. Autor bestsellerów, takich jak Après, Test: dowód na życie po śmierci czy Gdy byłem kimś innym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 383
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 11 godz. 56 min
Lektor: Andrzej Ferenc
Życie – to dla ciebie.
Śmierć nie niesie ze sobą żadnego niebezpieczeństwa.
RamDass
1
Luna
Stoisz w milczeniu przed trumną z jasnego drewna. W twoim pytającym spojrzeniu, córeczko, wyczuwam ogrom niepewności. Co rozumie się ze śmierci, kiedy ma się trzy i pół roku? Widzisz, że ludzie wokół ciebie cierpią. Ten subtelny smutek, twarze zastygłe w oszołomieniu, wzrok utkwiony w pustce, gesty niezręczne, pełne wahania… Czasem ktoś się do ciebie odzywa, chce cię pocieszyć gestem czułym i nieudolnym lub słowem; znasz te głosy i czujesz w nich niecodzienne napięcie, jakieś dziwne emocje, coś drobnego, niezrozumiałego, niemal groźnego – bo do tej pory ci nieznanego.
Córeczko, jesteś sama, cicha i spokojna, wśród dorosłych, których intencji po raz pierwszy w życiu nie umiesz rozszyfrować. To uczucie jest tak uspokajające jak worek granatów bez zawleczek. Nie ośmielasz się otworzyć ust i tylko obserwujesz tych dorosłych naznaczonych niewidzialną raną, w których ciałach zamknięte jest tsunami.
W twoje życie właśnie wkroczyła śmierć.
To, co słyszysz, zupełnie nie pasuje do dziwnej, ciężkiej atmosfery, która cię przytłacza, niczym koncentrat czasu teraźniejszego, studnia, z której nikt nie jest w stanie się wydostać. Radość odeszła, nikt się nie bawi.
Nie rozumiesz, bo jak mogłabyś to zrozumieć? Co tutaj jest do zrozumienia? Twój wujek nie żyje. Zginął kilka dni temu w wypadku. Już nigdy go nie zobaczysz. Właśnie brutalnie opuścił twoje życie, ale w tej chwili nie jesteś w stanie zrozumieć, co to oznacza. Czy domyślasz się, że człowiek, którego znałaś, który bawił się z tobą jeszcze kilka tygodni temu, jest tu, przed tobą, zastygły na zawsze w tej skrzynce? Śmierć w twoich dziecięcych oczach jest czymś nierealnym. Ten duży, muskularny, zabawny mężczyzna, który uczył cię wspinać się po drzewach, zadawał ci dziwne pytania, takie ważne i dające do myślenia, ten, który cię łapał i robił ci karuzelę, rozśmieszał cię – nigdy go już więcej nie ujrzysz. Jeszcze tego nie wiesz, bo na razie cała jesteś pogrążona w teraźniejszości swoich pierwszych niewinnych lat życia, ale w dekadach, które nadejdą, zapomnisz jego twarz, gesty, śmiech, spojrzenie. Wiem to, bo wyznałaś mi sama, jak głęboką melancholię to dziś w tobie wzbudza.
Siadam na ziemi i daję ci znak, żebyś zrobiła to samo. Siadasz obok mnie. Moja córka. Nie chcę, by cokolwiek z tego dnia było przed tobą ukryte. Obejmuję cię. Mam pewnie poważną, niepewną minę. Pełną emocji.
Krótkimi zdaniami opowiadam obecnym o ostatnich chwilach twojego wujka, a mojego brata. Opowiadam o ciepłym słońcu, które rozjaśniało tego ranka niebo – o świetle. Moje słowa cię z pewnością dziwią, nigdy nie widziałaś, żebym się tak zachowywał. Mój głos dziwnie drży. Cierpienie, smutek, którego nie da się stłumić, głuche poczucie winy skryte za pozornie pewnym tonem.
Moje życie właśnie zmieniło się na zawsze. Mam trzydzieści dwa lata. Tydzień temu, o świcie, w kwietniowy poranek, kiedy ty jeszcze spałaś daleko w Paryżu, ja, Thomas i kilka innych osób znajdowaliśmy się na szosie w Afganistanie. Doszło do wypadku i Thomas zginął na moich oczach – wraz z trzema innymi młodymi mężczyznami. Tamtego ranka, kiedy klęczałem na spalonej ziemi, z krwią twojego wujka na rękach, nasze życie przyjęło obrót bardzo szczególny i ostateczny.
Ciało zmarłego to coś, co nas zbija z tropu. Kiedy spojrzymy mu w twarz – nie mówiąc już o jego dotykaniu – orientujemy się, że coś jest nie tak, że czegoś brakuje. Skóra natychmiast nabiera nierzeczywistego koloru, już w pierwszych minutach, jakby z żywej przemieniała się w sztuczną. Szeroko otwarte oczy stają się nagle matowe, kurz osadza się na nich bez przeszkód i gasi ich blask. Ręce i nogi robią się bezwładne, nie stawiając najmniejszego oporu. Pojawia się brak, pustka, a przecież ciało wygląda zupełnie jak osoba, którą się znało. Osoby tej już jednak z nami nie ma.
Ale gdzie w takim razie jest?
W roku 2001, znienacka, śmierć mojego brata Thomasa wprowadziła to pytanie do mojego życia. Jak mógłbym być na coś takiego przygotowany? Nie byłem, bo któż może być? Byłem razem z nim w Azji Środkowej. Zająłem się jego zwłokami. Przewiozłem je do Francji, żeby je tam pochować. Przeżywałem ogromny szok. Byliśmy sobie bliscy, cechowała nas ta sama szalona, niecierpliwa chęć poznania świata, wędrowania po tej Azji Środkowej, w której oddychają wspomnienia świętych czasów. Już wcześniej podróżowaliśmy razem po tej krainie, w której śmierć zaskoczyła nas tak gwałtownie, że bardziej nie można. Chwila ta stała się niezmiernie ważnym punktem zwrotnym w moim życiu – wpłynęła na moją karierę dziennikarską. A także na twoje życie.
Gdzie się podział Thomas?
2
Co chcę ci powiedzieć
To właśnie w tym czasie śmierć stała się dla mnie kwestią, nad którą nieustannie się zastanawiałem. Od tamtej pory bez wytchnienia wykorzystywałem swoje doświadczenie i narzędzia badacza, by zrozumieć od strony naukowej to, co wiemy o tej chwili pełnej lęku i tajemnicy. Zgłębiałem teorie m.in. neuronauki i innych dziedzin wiedzy, próbując dotrzeć do natury świadomości. Jeździłem po całym świecie, rozmawiając z wieloma naukowcami, ale także ze świadkami, w szczególności z tymi, którzy przeżyli doświadczenie śmierci. W 2013 roku oddał ducha również mój ojciec, a twój dziadek, przez co jeszcze bardziej zapragnąłem znaleźć jakieś wytłumaczenie tej kwestii. Konsultowałem się z niejednym medium1. Zbadałem wszystkie doświadczenia na granicy śmierci2 lub po zgonie bliskiej osoby3. I powoli kształtowało się we mnie przeświadczenie, że poszukiwanie jakiejś formy życia po śmierci stanowi hipotezę racjonalną, popartą jednocześnie przez naukę i niezliczone relacje osobiste.
Jednak nieustannie czegoś mi brakowało. Ostatecznego dowodu. Tego, który rozproszy ostatnie wątpliwości. Tego, który pozwoli zrozumieć, dlaczego – pomimo kwestii to potwierdzających – nadal nie ma w tej sprawie jednomyślności. Dlaczego nauka i duchowość wciąż stoją ze sobą w opozycji, jak dwie przestrzenie nie do pogodzenia?
Co jakiś czas podczas mojego śledztwa dręczył mnie wewnętrzny konflikt. Podejście naukowe okazywało się często niewystarczające, aby wybrać coś spośród wielu hipotez. Zdania naukowców różnią się niekiedy radykalnie w kwestii interpretacji obserwowanych faktów. Wątpliwości są przecież niezbędnym elementem każdego badania naukowego. Nauka próbuje zrozumieć pewne dostrzeżone fakty, ale może formułować w związku z tym jedynie hipotezy. Jej cel właśnie na tym polega: na stawianiu hipotez w celu wytłumaczenia badanych zjawisk oraz na próbach ich potwierdzenia.
Nauka jest par excellence przestrzenią nieustannie się zmieniającą. Nie dostarcza prawd niezmiennych już na wieki, jest bowiem szkołą wątpliwości.
Ma ona jednak tendencję do doceniania tylko wiedzy zdobytej intelektem i uwzględniania tylko tego, co można powtórzyć. Tak więc daje nam dostęp tylko do rzeczywistości względnej, z przyczyn, o których powiem później.
Dziś uznaje się to jednogłośnie – czy chodzi o fizykę, biologię czy neuronaukę, w każdej dyscyplinie naukowcy zgadzają się, że wciąż w dużej mierze nie jesteśmy w stanie zrozumieć całkowicie naszej rzeczywistości.
Jedną z najtrudniejszych nierozstrzygniętych kwestii jest natura świadomości. Mózg to zagadka. Albo też, w przeciwieństwie do tego, co się sądzi o neuronauce, w tej sprawie nauka wciąż raczkuje. Narzędzia obserwacji, którymi dysponuje, są względnie ograniczone, przede wszystkim w kwestii precyzyjnej obserwacji w czasie rzeczywistym tego, co się dzieje w naszym mózgu. Szybko zdałem sobie sprawę, że neuronauce przypisuje się zdecydowanie przesadne możliwości analityczne.
Tymczasem ja szukałem odpowiedzi. Czy po śmierci naprawdę istnieje życie, czy też nie? Szybko też się zorientowałem, Luno, że jeśli chcę poznać szerzej świat i bardziej subtelne jego poziomy, a przede wszystkim jeśli chcę zyskać szansę na przeniknięcie tajemnic świadomości ludzkiej, zrozumieć, gdzie teraz znajduje się twój wujek, muszę chwycić się innych sposobów. Do zbadania tak złożonego i delikatnego tematu nie wystarczy żadna pojedyncza dyscyplina – trzeba połączyć ich wiele.
Ale czy istnieją inne niż nauka narzędzia, za pomocą których można badać naturę świadomości? Jak każdy porządny człowiek Zachodu, w dodatku wychowany w ojczyźnie oświecenia, byłem przekonany, że nie, nie istnieją takie metody. Nie umiałem sobie wyobrazić, że do obiektywnego zrozumienia rzeczywistości, w której żyjemy, może nadawać się coś lepszego niż podejście naukowe, eksperymentowanie, replikowalność, badanie materii.
A jednak różne dyscypliny i nauki społeczne, na przykład filozofia czy psychoanaliza, przynoszą nam interesujące informacje o kwestii śmierci. Z pewnością są one bardziej subiektywne, ale w ciągu tych wszystkich lat znalazłem w nich wiele inspiracji dla równoległych, bardzo ważnych rozważań, które prowadziłem. Jednak tym, co radykalnie zmieniło tok moich badań, było spotkanie ze specjalistami szamanizmu, psychologami, lekarzami i antropologami. Niektórzy z nich badali i osobiście praktykowali bardziej duchowe rytuały, stosowane od tysięcy lat, i doświadczyli tego, co nazywali innymi wymiarami rzeczywistości.
Od dziesiątek lat liczni zachodni badacze, zapraszani przez szamanów do udziału w takich rytuałach, powracają z nich wręcz wstrząśnięci. Zaintrygowało mnie to więc jeszcze bardziej. Zapragnąłem pójść o krok dalej i osobiście wypróbować te obrzędy, które wzbudzają coraz większe zaciekawienie u ludzi nauki. Dobrze wiesz, że jak postanowię, tak zrobię.
Wszyscy szamani na świecie, niezależnie od kultury, z której się wywodzą, twierdzą, że nawiązują kontakt ze „światem duchów”. Czy jest to tylko wierzenie? Może w tym, co mówią, tkwi ziarno prawdy? Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, postanowiłem, że muszę spróbować tego, co mogło się okazać jednym z najważniejszych doznań w moim życiu. Czy naprawdę również i ja zdołam ujrzeć te duchowe wymiary, do których mają jakoby dostęp mistycy z wszelkich kultur, i to od tysiącleci? Czy zdołam zobaczyć to, co się dzieje w chwili śmierci, a może i później?
Wykazując sporą naiwność, traktowałem wówczas szamanizm dosłownie. Myślałem, że jeśli zdołam sam ujrzeć ducha zmarłego – twojego wujka – z pewnością usunie to wątpliwości, które mnie przepełniały od początku mojego śledztwa w sprawie istnienia życia po życiu.
Niczym Święty Tomasz apostoł nie potrafię – jako dziennikarz – wyzbyć się w sobie pewnego niedowierzania. Muszę zobaczyć, żeby uwierzyć. I tak właśnie trafiłem do Amazonii.
W 2006 roku, podczas mojej pierwszej podróży do puszczy, byłaś jeszcze małym dzieckiem. Pomimo ogromnej dezorientacji, której doświadczałem podczas moich pierwszych przeżyć z szamanizmem, wyczuwałem już niezmierny potencjał tych technik. I stopniowo szamanizm otworzył mnie na inną wizję świata. Zrozumiałem, że można eksplorować rzeczywistość inaczej.
Uczyć się inaczej.
W tym celu rozpocząłem powolną inicjację, pomimo obaw, przeszkód i wytrącającego mnie z równowagi niepokoju wobec tego nieznanego mi świata. Zapuściłem się na ścieżkę, na której musiałem się otworzyć i uruchomić swoją wrażliwość, żeby się wyzwolić na ten czas z niezliczonych automatycznych odruchów, które kierują naszymi dniami i nocami.
Nauczyłem się wykorzystywać swój umysł jako sojusznika – żeby przestał być przeszkodą – i rozwijać intuicję, ale tak, by nie gubić się jednocześnie w świecie wyobrażonym. Zajęło mi to prawie piętnaście lat. Piętnaście długich lat, podczas których, na poboczu mojego życia dziennikarza, w którym zajmowałem się głównie obserwowaniem, rozszyfrowywaniem i analizowaniem licznych badań naukowych o naturze ludzkiej świadomości, wiedząc już o ograniczeniach naszych metod interpretacji, szedłem jednocześnie tą duchową drogą, pod znakiem zaskakującej mnie subiektywności. Te dwa kierunki badań są pozornie bardzo różne, ale okazało się, że niezwykle się uzupełniają. Była to cierpliwa nauka łącząca racjonalne rozumowanie i postrzeganie pozazmysłowe.
W trakcie tej wędrówki, Luno, zacząłem postrzegać wymiary rzeczywistości do tej pory dla mnie niewidoczne. Intensywność i wyrazistość tych przeżyć sprawiły, że trudno mi było nie traktować ich jako swego rodzaju dowodu. W tej szerszej rzeczywistości, która nagle stała się dla mnie widoczna, śmierć jakby się zamazała. Jakby nigdy naprawdę nie istniała, jakby była tylko trwałą zasłoną, porowatą granicą, złudzeniem umysłu.
Dziś masz dwadzieścia pięć lat. Mała, milcząca dziewczynka, którą tuliłem do siebie w ten kwietniowy dzień w 2001 roku zaraz po wyjściu z samolotu, którym przyleciałem do was z trumną Thomasa, stała się dojrzałą kobietą, pomimo tej brutalnej ingerencji śmierci w jej dziecięce życie.
Jest tyle rzeczy, którymi chciałbym się z tobą podzielić… Wówczas nie wiedziałem tego, co wiem dziś. Mijają lata, a ja myślę dziś czasem o chwili, w której i ja oddam ostatni oddech. Myśl ta nie wzbudza już we mnie niepokoju ani lęku. Wiedza, że tak będzie, przepełnia mnie głębokim spokojem i ciekawością wyzbytą niecierpliwości. Znam uczucie, które się w tobie rodzi, gdy o tym mówię, a chciałem o tym z tobą porozmawiać wiele razy w ciągu ostatnich lat. Rozumiem to, bo ta sprawa naprawdę może wytrącać z równowagi, ale to, co opowiem, wszystko zmieni.
Umrę. Och, nie od razu, nie martw się, w ogóle mi się do tego nie śpieszy, a nawet wręcz przeciwnie – mam coraz mniejszą na to ochotę, bo coraz lepiej rozumiem, jakim cudem jest życie. Mamy jeszcze czas, dużo wspólnego czasu, ale ta chwila w końcu nadejdzie i siłą rzeczy nastąpi nieoczekiwanie. To pewne.
Dlatego chciałbym przekazać ci dziś to, czego się nauczyłem podczas moich poszukiwań i podróży, abyś – gdy nadejdzie ta chwila – patrzyła na to tak jak ja teraz. Chcę, żebyś wiedziała, że – po tych wszystkich latach spędzonych na szukaniu odpowiedzi po śmierci twojego wujka – jestem przekonany, że w dniu swojej śmierci przestanę być widoczny tylko dla twoich oczu – ale moje istnienie trwać będzie dalej, gdzie indziej.
Śmierć nie istnieje, Luno.
Kiedy umieramy, nie przestajemy żyć. Przechodzimy tylko do innego świata.
Spróbuję ci wyjaśnić, jak doszedłem do tego wniosku. Nie jest to kwestia wiary, ale logiczne zakończenie długiej drogi. Żeby to zrozumieć, będziesz musiała oprzeć się na racjonalnym rozumowaniu, tak jak ja to zrobiłem – bo w końcu w duchu zawsze jestem dziennikarzem – ale nie tylko na tym, bo kiedy człowiek zajmuje się tym tematem, okazuje się, że wiele zagadnień wykracza poza naszą umiejętność analizy. Nie wystarczy wiedzieć. Będziesz musiała nauczyć się słuchać głosu serca, w takim samym stopniu jak głosu rozumu. Wymagało to ode mnie wiele czasu, bardzo wiele, wielu podróży i licznych doświadczeń.
Twój dziadek załamał się po śmierci syna. A potem do niego dołączył. Kiedy mówił o śmierci Thomasa, zwykł cytować słowa Baudelaire’a, nawet jeśli w wierszu, z którego je zaczerpnął, dotyczyły czegoś innego; mówił, że śmierć nas przerzuca za niezmierzony mur mgły1. Taki już był twój dziadek, pamiętasz? Mnóstwo czytał i zapamiętywał całe zdania, wiele zdań, z Tołstoja, Flauberta, Stendhala, Gogola, z tylu innych autorów, z którymi konwersował – swoich wymyślonych przyjaciół. Kiedy mi cytował z pamięci muzykę ich słów, w jego oczach zawsze ukazywały się łzy, jego głos zawsze drżał. Twój dziadek był człowiekiem uczuciowym, wykształconym i dobrym. Opowiem ci o ostatnich tygodniach jego życia, bo wiele dzięki nim zrozumiałem. A jego ostatni oddech… dyskretna, niezwykła chwila miłości. Tak, śmierć rzeczywiście skrywa się za mgłą naszych lęków, niczym niezbadana tajemnica. I jest to rzeczywistość, która nikogo nie oszczędzi, a jednak większość ludzi woli o niej nie myśleć. Aż nagle zjawi się w naszym życiu. Jak wtedy, gdy zginął Thomas, przez co twój dziadek, ja i cała nasza rodzina straciliśmy grunt pod nogami.
Biegniemy – nie rozumiejąc tego – ku śmierci, niczym lunatycy, i lęk, który w nas to wzbudza, zawsze jest zaskakujący. Dlatego wypełniamy dni ulotnymi przyjemnościami, żeby wzmocnić nasze oddalenie od duchowości. Ten brak łączności prowadzi do uczucia pełnego bezsilności, że w naszym życiu brakuje czegoś istotnego, ale niedostępnego. To słońce, które zaszło. Nasza zapomniana dusza.
Jednak życie jest czymś innym niż nieunikniony zjazd ku nieistnieniu. Na życie nie składają się jedynie te dekady, które przeżywamy w niedowierzaniu na tej pięknej, pełnej przemocy szalonej planecie. Śmierć nie jest końcem życia. Bardzo ważne jest, byśmy to na nowo odkryli. A to naprawdę możliwe.
Tajemnicę tę można przeniknąć. Kiedy znajdę się na progu śmierci, jeśli pozwolą na to okoliczności i jeśli będę w stanie spojrzeć jej świadomie w twarz, z pewnością trudno będzie znaleźć właściwe słowa – dla ciebie, bo będą w tobie wzbierać różne emocje, a dla mnie też, bo będę właśnie się od nich oddzielał. Dlatego najlepiej wypowiedzieć te słowa dziś.
Najlepiej wszystko powiedzieć ci dzisiaj. Zwłaszcza że później może być trochę za późno, by o tym rozmawiać – na progu śmierci milczenie stanie się bardzo cenne. Twoje gesty będą musiały być powolne i delikatne, gdy twoja dłoń spocznie na mojej skórze, a twoje serce się ukoi.
Wytłumaczę ci wszystko, co wiem o tej chwili, co się we mnie będzie działo, co ujrzą oczy mojej duszy, tam, dokąd się prześlizgnę, co się ze mną stanie potem i co będziesz mogła zrobić, żeby mi pomóc, jeśli będziesz miała na tyle odwagi. Jestem tego pewien – bo pomoże ci to pogodzić się spokojnie z tym, co nieuniknione. I być może będziesz wówczas w stanie poczuć miłość, która przepełni pomieszczenie, w którym się będziemy znajdowali, gdy nadejdzie ta chwila. Miłość ta będzie niczym światło. Będzie materialna – widoczna.
Chwila śmierci obnaża najbardziej ekstremalne z uczuć. To czas paradoksalny, rozdarcie, po którym nie ma pocieszenia, ale też forma łaski – moment, w którym między dwoma światami otwierają się drzwi.
Po śmierci będę tam nadal, być może blisko ciebie, czasem gdzie indziej, ale zawsze będzie istnieć między nami więź. Miłość, która nas łączy, będzie równie intensywna i silna – a może nawet bardziej. Zrozumiesz, czytając kolejne strony, dlaczego tak mówię. Miłość jest tym, co umożliwia istnienie tego związku między światami. Nauczę cię to wyczuwać – jest o wiele silniejszy niż nieobecność. Kiedy się na to otwieramy, daje to nam ukojenie i niweczy niepewność.
Gdy odejdę z tego świata, wciąż będę żył. Nie miej wątpliwości – nie wątp w to, że miłość, którą czujemy do siebie, naprawdę jest wieczna i umożliwia dialog między naszymi duszami.
Jeśli już teraz porozmawiam z tobą o śmierci, będzie to miało skutek o wiele ważniejszy niż samo przygotowanie cię na tę chwilę – chwilę, którą chciałbym jak najdalej odłożyć w czasie. Skutkiem tym będzie otwarcie pewnej drogi w twoim wnętrzu. Ja sam już tego kiedyś doświadczyłem.
Tak, boimy się śmierci. Powiedziałaś mi to. Ten temat wzbudza w tobie lęk. I nie jesteś w tym jedyna, córeczko, nie ma w tym nic zaskakującego. Jednak wyznałaś mi również, że nie odrzucasz tego lęku, że nie chcesz go ignorować. Twoja otwartość robi na mnie duże wrażenie. Podziwiam twoją odwagę – że chcesz stawić czoła swoim obawom i mrocznym myślom – i potwierdzam, że tak, to właśnie godząc się ze swoją wrażliwością, dostąpisz szczęścia i będziesz mogła w pełni przeżyć życie. Wrażliwość nie jest słabością – to pierwszy krok do przebudzenia. Zgłębianie prawdy naszego jestestwa wymaga wiele odwagi i pokory. Ale też czy nie jest najważniejsze właśnie to, co możemy zrobić ze swoim życiem?
Tak, śmierć można oswoić. Można złagodzić swoje obawy i poznać tajemnice śmierci. Przestaje ona być wówczas wrogiem – zamiast tego staje się lustrem, w którym przegląda się życie. Bo śmierć odsłania najcenniejszą rzecz, jaką posiadamy, jeden z wymiarów naszego jestestwa: czystą świadomość, która, jeśli nauczymy się do niej sięgać, może stać się naszym bezcennym zasobem.
Zrozumiałem, że wszyscy mamy przewodnika – ale nie umiemy go słuchać. Jeśli uczynimy ze śmierci przyjaciółkę, przedmiot codziennej medytacji, może dać nam to głęboki spokój i zmienić sposób, w jaki patrzymy na przypadki naszego istnienia. Dzięki temu jesteśmy w stanie poczuć ten nieśmiertelny płomień, który pali się stale w naszym sercu, to niewyczerpane źródło inspiracji i mądrości, które tkwi w nas wszystkich. Teraz – w tej właśnie chwili. Poznanie siebie samego to początek mądrości. Im wcześniej podejmiemy to wewnętrzne poszukiwanie naszej duszy, tym mądrzejsze i bardziej otwarte będzie nasze życie.
Zanim znalazłem właściwe słowa, upłynęło ponad dziesięć lat. Nie wszystkie pojawiły się w sposób, którego się spodziewałem. Chcę ci więc opowiedzieć inną historię.
3
Jak zacząłem prowadzić badania nad śmiercią
Po śmierci twojego wujka pogrążyłem się – tak jak wszyscy – w żałobie. „Życie po śmierci” było dla mnie tematem zastrzeżonym dla religii albo filozofii, to znaczy wynikającym wyłącznie z wiary i niepozwalającym na podejście racjonalne i naukowe. A potem usłyszałem o doświadczeniach z pogranicza śmierci.
Wiesz, o ludziach, którzy na przykład po wypadku, po reanimacji wykonanej przez ratowników, opowiadają, że patrzyli na to, zupełnie jakby się znajdowali nad swoim ciałem, obserwując – jak im się zdawało – własną śmierć.
Czy gdyby Thomas przeżył, również by nam coś takiego opowiedział?
Zacząłem zbierać o tym informacje i bardzo szybko odkryłem coś bardzo dla mnie ważnego, a mianowicie, że tematem tym interesowało się bardzo wielu naukowców.
Wstrząsnęło to mną, bo wielu z naukowców, którzy pisali o tych przeżyciach, nie uważało ich w gruncie rzeczy za coś wynikającego wyłącznie z wiary czy halucynacji.
W naszym świecie, kiedy ktoś opowiada o przeżyciu wychodzącym poza normę, które się nazywa niewłaściwie „ponadnaturalnym”, z góry zakłada się, że ta osoba nadinterpretowuje swoje doświadczenia lub się myli, że jest emocjonalnie rozchwiana, kłamie, śniła lub miała halucynacje, czy nawet że jest dotknięta jakimiś zaburzeniami psychicznymi. Dlatego w osłupienie wprawiło mnie odkrycie, że tylu ludzi nauki uważa te „wyjaśnienia” za niekoniecznie trafne4. Dla wielu osób takie relacje nie są wiarygodne, bo podważają teoretyczne podstawy ich wiedzy, ale w przypadku innych ten problem sprawia, że chcą dokładniej zbadać tę sprawę.
W każdym razie wynika z tego, że doświadczenia z pogranicza śmierci (zwane z angielskiego NDE – near death experiences) stanowią rzeczywistość psychologiczną i socjologiczną. W badaniach prowadzonych nad nimi wyszły na jaw liczne niespodzianki. Są to anomalie w naukowym znaczeniu tego słowa – zjawiska rzeczywiście zaobserwowane, które jednak są dalekie od znanych modeli i dla których nie znaleziono żadnego konwencjonalnego wyjaśnienia.
O doświadczeniach z pogranicza śmierci zaczęto mówić w połowie lat siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, kiedy młody lekarz i doktor filozofii, niejaki Raymond Moody, dziś sława w tej dziedzinie, wydał przeznaczony dla szerokiej publiczności zbiór wielu dziwnych relacji, które sam zebrał – opowieści osób, które otarły się o śmierć. Ludzie ci donosili, że pamiętali chwile, w których byli nieprzytomni czy pogrążeni w śpiączce.
Uderzające były podobieństwa między ich relacjami: wrażenie opuszczenia swojego ciała, spoglądanie na świat z wysokości, często z podaniem dokładnych szczegółów, których osoby nieprzytomne po prostu nie mogły znać, wizje bliskich zmarłych lub istot natury duchowej, żywe światło, głębokie poczucie szczęścia, bycia otoczonym miłością. Niektórym przed oczami stawało całe ich życie, doznawali trudnej do opisania ekstazy, dostrzegali inną rzeczywistość. Czy to wszystko działo się naprawdę?
Publikacja książki Moody’ego Życie po życiu ośmieliła ludzi do opowiadania o swoich przeżyciach i pokazała ku zdumieniu wszystkich, jak ogromna jest skala tego zjawiska, do tej pory niewidocznego. Wkrótce po wydaniu książki do Moody’ego zaczęły nadchodzić listy z całego kraju od czytelników opisujących podobne przeżycia. Nie spodziewał się takiego potopu korespondencji i zwrócił się o pomoc do swojego przełożonego, szefa psychiatrycznego centrum kryzysowego przy Uniwersytecie Wirginii, doktora Bruce’a Greysona, nie wiedząc, że na samym Greysonie kilka lat wcześniej wielkie wrażenie wywarła taka opowieść jednej z jego pacjentek. Greysonem wstrząsnęło odkrycie, że niezwykła relacja tej młodej kobiety nie była czymś wyjątkowym, a wręcz przeciwnie5.
Pojedyncze świadectwo nie daje podstaw do przeprowadzenia badań naukowych, ale sytuację całkowicie zmieniły liczne nowe relacje, które zaczęły napływać do uniwersytetu.
Dziś, po blisko czterdziestu pięciu latach badań prowadzonych przez wiele zespołów, w tym przez zespół Greysona, zebrane dane dotyczące doświadczeń z pogranicza śmierci stanowią bezcenny korpus wiedzy. Ich wyjaśnienie wciąż jednak pozostaje dla nauki zagadką. Te duchowe przeżycia bowiem, oprócz tego, że zmieniają istnienie tych, którzy ich doświadczyli, kwestionują również naszą wizję życia i nasze postrzeganie rzeczywistości. Najbardziej niepokojące jest to, że – na płaszczyźnie naukowej – doświadczenia te podważają wszystkie nasze modele, bo wiele z tych zjawisk z pogranicza śmierci powstaje podczas stopniowej degradacji funkcji układu nerwowego, a ich intensywność wydaje się nawet zwiększać wprost proporcjonalnie do obniżania się aktywności mózgu. Ile kobiet, mężczyzn i dzieci na setki tysięcy osób (według badań 12–18% osób, które przeżyły zawał, doświadcza NDE) znajdujące się w sytuacji, w której ich życie jest w niebezpieczeństwie, a funkcjonowanie ich mózgu znacząco się zmienia – lub wręcz ustaje! – informuje później, że byli przytomni podczas tego zdarzenia, a w dodatku opisuje stany świadomości o niezwykłej plastyczności i intensywności? Świadkowie ci rzeczywiście mówią o wyjątkowo wyrazistych przeżyciach. Wszystko stawało się jaśniejsze, precyzyjne. Ludzie ci byli przytomni i superświadomi podczas tego przeżycia i wszyscy opowiadają o tym, że widzieli rzeczywistość bardziej realną niż ta, którą znają.
Zupełnie jakby po wyjęciu z laptopa baterii i zniszczeniu jego układów scalonych komputer zaczął działać lepiej. Nie ma to żadnego sensu.
Jak mózg może umożliwiać doświadczenie poszerzenia świadomości w chwili, gdy na przykład po zatrzymaniu akcji serca jego funkcjonowanie jest co najmniej bardzo mocno upośledzone? Powinno być przecież dokładnie na odwrót.
Pytanie wynikające z tych doświadczeń ma zawrotne implikacje: czy świadomość jest zależna od mózgu? Innymi słowy, czy nadal żyjemy, kiedy nasz mózg już nie działa? Czy doświadczenia z pogranicza śmierci opisują to, co dzieje się w chwili śmierci?
Na konferencji w Liège w Belgii, w której uczestniczyłem, spotkałem dwóch badaczy, z których każdy argumentował za zupełnie innymi odpowiedziami na to pytanie. Byli to belgijski neurolog Steven Laureys i holenderski kardiolog Pim Van Lommel.
Jestem w tym samym wieku co Steven Laureys, dyrektor ds. badań FNRS (Belgijski Fundusz Badań Naukowych) i kierownik jednostki badawczej GIGA Consciousness. Ten sympatyczny, energiczny naukowiec jest także założycielem instytucji Coma Science Group (CSG) z laboratorium w Liège, którą kierował do 2020 roku. Steven należy do czołowych europejskich badaczy w dziedzinie neuronauki. Coma Science Group rozwinęła wiedzę ekspercką na światowym poziomie na temat śpiączki i „stanów niereaktywnego czuwania”, które wcześniej były niezbyt delikatnie określane jako „stan wegetatywny”.
Wraz ze swoim zespołem Steven zajmował się także badaniem różnych stanów świadomości, przez co zainteresował się zwłaszcza doświadczeniami z pogranicza śmierci z punktu widzenia neuronauki.
Nie ukrywa swojego stanowiska; według niego wszystko dzieje się w mózgu: „Hipoteza, którą testujemy z zespołem, jest taka, że wszystkie te doświadczenia z pogranicza śmierci mają podłoże organiczne. Że niektóre obszary mózgu ulegają podczas takiej śpiączki kaskadowym zmianom w neuroprzekaźnikach i że są to po prostu zmiany w funkcjonowaniu mózgu” 6. Podtekst tego stwierdzenia: doświadczenia z pogranicza śmierci nie dowodzą, że świadomość może przetrwać śmierć.
Z drugiej strony równie znani badacze, tacy jak dr Pim Van Lommel, twierdzą coś przeciwnego – ich zdaniem doświadczenia z pogranicza śmierci pokazują, że świadomość nie powstaje w naszym mózgu, a w związku z tym utrzymuje się po śmierci, ponieważ te doświadczenia występują, gdy wydaje się, że mózg przestał działać.
Dr Van Lommel, lekarz i kardiolog szpitalny, jest autorem najważniejszego dotychczas przeprowadzonego badania klinicznego dotyczącego doświadczeń z pogranicza śmierci, którego wyniki opublikowano w prestiżowym czasopiśmie medycznym „The Lancet”.
Jest on, obok Bruce’a Greysona ze Stanów Zjednoczonych i kilku innych osób, jednym z najwybitniejszych specjalistów w tej dziedzinie.
Jego badania zbulwersowały międzynarodową społeczność medyczną, ponieważ wykazały, że najwyraźniej można zachować świadomość, gdy ustają wszystkie funkcje mózgu. Badanie pod nazwą Doświadczenia śmierci klinicznej u osób, które przeżyły zatrzymanie pracy serca było nowatorskie ze względu na skalę – w około dziesięciu szpitalach przeprowadzono wywiady z 344 osobami, które przeżyły zatrzymanie krążenia – i bezprecedensowe, jeśli chodzi o czas trwania: wywiady przeprowadzano z pacjentami pięć, a następnie osiem lat po zdarzeniu. Sześćdziesiąt dwie osoby, czyli 18% uczestników badania, zgłosiły doświadczenia z pogranicza śmierci7.
Szpital uniwersytecki, w którym pracuje Steven Laureys, znajduje się w południowej części Liège. To właśnie na terenie tego dużego kompleksu szpitalnego mieści się siedziba Coma Science Group. Wchodząc na teren szpitala, muszę przedostać się przez tłum zaaferowanych pacjentów, ich rodzin i pracowników ochrony zdrowia na przerwie obiadowej. W barach, które mijam, jest duży ruch. Za zakrętem korytarza trafiam na windy, którymi można dostać się na wyższe piętra. Pomieszczenia CSG znajdują się na piątym piętrze wieży GIGA.
Panuje tam cisza i spokój.
Biuro Stevena Laureysa to duży, jasny pokój wypełniony książkami, artykułami i dokumentami. Jest tam też odlew z żywicy – dokładna replika mózgu tego uśmiechniętego mężczyzny, ojca pięciorga dzieci, który sadza mnie przy dużym stole na środku i od razu przechodzi ze mną na ty. Od naszego pierwszego spotkania kilka lat temu w studiu telewizji France 2 parę razy rozmawialiśmy, ale nigdy nie mieliśmy okazji naprawdę szczerze podyskutować. A ja bardzo chcę go zapytać, w jaki sposób neurolodzy badają zjawisko z natury nieodtwarzalne, takie jak doświadczenia z pogranicza śmierci.
– Na czym polegają twoje badania?
– Próbuję zastosować metodologię naukową, bo bardzo mnie to ciekawi, żeby porównać to, co mi się zdaje, że rozumiem, z tym, co mogę zmierzyć, bez dogmatów i przyjętych z góry założeń. Jestem, jak wiadomo, neurologiem, a więc pracuję nad mózgiem, żeby badać hipotezy. Nie mogę ignorować tego, że jeśli zmieniamy strukturę lub funkcjonowanie mózgu na przykład za pomocą środków znieczulających lub halucynogennych, zmieniamy też swoje myśli, swoje postrzeganie i emocje. Świadomość to rzecz skomplikowana.
– To największa zagadka na świecie…
– Tak, i dopóki nie zrozumiemy świadomości, trudno będzie wyjaśnić doświadczenia z pogranicza śmierci. Faktem jest jednak, że stanowią one rzeczywistość fizjologiczną i dlatego zasługują na dalsze badania. Szkoda, że tak niewielu naszych kolegów się tym interesuje. Pozwoliłoby nam to odejść od dychotomii „wierzę w to – nie wierzę w to”. Z jednej strony są tacy, którzy twierdzą, że doświadczenia z pogranicza śmierci są dowodem na to, że dusza istnieje poza ciałem, i nie idą dalej; ja jestem trochę bardziej dociekliwy, potrzebuję teorii, która miałaby moc przewidywania. Z drugiej strony mamy tych, którzy z góry zakładają, że te przeżycia nie mogą być prawdziwe. Te dwie postawy wyrządzają nam krzywdę. Problem w tym, że tak naprawdę nie wiemy, kiedy te doświadczenia mają miejsce, i nie możemy ich odtworzyć w laboratorium.
Mężczyzna siedzący przede mną stał się znany najpierw dzięki swoim badaniom nad śpiączką i zaburzeniami świadomości (chodzi o pacjentów, którzy po traumatycznym ataku nie odzyskują przytomności), nad niereaktywnym czuwaniem, a także nad zespołami zamknięcia (locked-in-syndrome) u sparaliżowanych, ale świadomych pacjentów.
W skład zespołu GIGA Consciousness wchodzi około pięćdziesięciu osób, nie licząc współpracowników zewnętrznych. Są to głównie psychologowie, lekarze i inżynierowie, ale także fizjoterapeuci i fizycy. Dążą oni do lepszego zrozumienia różnych rodzajów aktywności mózgu w stanach ograniczonej świadomości, u pacjentów w śpiączce, w hipnozie, podczas medytacji, w transie i pośrednio u osób, które miały doświadczenia z pogranicza śmierci.
Ważna część badań nad doświadczeniami z pogranicza śmierci prowadzonych w GIGA Consciousness polegała początkowo na próbie lepszego zrozumienia tych doświadczeń na podstawie relacji pacjentów. Zespół Stevena zebrał ich prawie 2000, co stanowi znaczącą próbkę w przypadku tego tematu. Prace prowadzono w oparciu o świadectwa spontaniczne, zatem ten pierwszy krok miał z konieczności charakter retrospektywny i ograniczony. Pozwolił jednak wyciągnąć bardzo istotne, a czasem nawet zaskakujące wnioski.
Następnie, kilka lat temu, badacze Stevena postawili sobie wyzwanie polegające na próbie „odtworzenia” w laboratorium kilku typów doświadczeń fenomenologicznie podobnych do doświadczeń z pogranicza śmierci, aby zobaczyć, co dzieje się w mózgu w takich odmiennych stanach świadomości.
Aby wywołać stany świadomości możliwie podobne do doświadczeń z pogranicza śmierci, zespoły badaczy GIGA Consciousness stosowały różne techniki, takie jak na przykład hipnoza, prosząc osoby, które już przeżyły takie doświadczenia, aby je na nowo przywołały. Oczywiście osoby te nie przeżywały ponownie tego samego zdarzenia, ale podczas sesji relacjonowały, że miały wrażenia i odczucia podobne do tych, które towarzyszyły im podczas pierwszego doświadczenia z pogranicza śmierci. Po wprowadzeniu tych osób w hipnozę aktywność ich mózgu obserwowano za pomocą elektroencefalografu (EEG), urządzenia mierzącego aktywność elektryczną kory mózgowej – skrajnie zewnętrznej części mózgu i siedliska najbardziej rozwiniętych funkcji neurologicznych.
Do „ponownego przeżycia” symulowanego doświadczenia oddzielenia od ciała stosowano także rzeczywistość wirtualną, aby pozwolić badanym ponownie je przeżyć. Te same testy z użyciem rzeczywistości wirtualnej przechodzili inni ludzie, którzy nie mieli doświadczeń z pogranicza śmierci. Aktywność mózgu wszystkich tych „królików doświadczalnych” uważnie obserwowano. Przetestowano inne metody wywoływania takich stanów, takie jak omdlenia: krótkie, przejściowe utraty przytomności, jako że literatura naukowa podkreśla potencjalny związek pomiędzy halucynacjami doświadczanymi w czasie omdlenia i doświadczeniami z pogranicza śmierci.
Z badaczami z GIGA Consciousness współpracowała także szamanka Corine Sombrun, potrafiąca spontanicznie wchodzić w trans. Dzięki jej uczestnictwu możliwe stało się pokazanie wpływu tego bardzo specyficznego stanu świadomości na funkcjonowanie mózgu.
GIGA Consciousness współpracuje także z centrum badań nad psychodelikami na Wydziale Nauk o Mózgu Imperial College London Medical School w badaniach z obrazowaniem mózgu pod kątem działania substancji psychodelicznych wywołujących silne doświadczenia ekstatyczne, których niektóre aspekty wykazują silne podobieństwo do doświadczenia z pogranicza śmierci. Wrócę do tego szerzej później.
Wszystkie te badania mają zatem na celu obserwacje w eksperymentach laboratoryjnych, które choć nie odtwarzają dosłownie doświadczeń z pogranicza śmierci, dzielą z nimi prawdopodobnie pewne podobieństwa fenomenologiczne, a także umożliwiają dostrzeżenie związanych z nimi wzorców aktywności neuronalnej.
Każde z tych badań umożliwiło uwydatnienie korelacji pomiędzy doświadczeniami neurofizjologicznymi badanych osób a relacjami z tego, co według nich przeżyły. Zebrano nowe, ważne, wcześniej niepublikowane dane.
Choć odmienne stany świadomości przypominają doświadczenia z pogranicza śmierci, z neurologicznego punktu widzenia są one jednak bardzo odległe. Tym bardziej że jedną z najbardziej uderzających cech doświadczeń z pogranicza śmierci jest to, że u niektórych osób dochodzi do nich wtedy, gdy mózg wyraźnie już nie funkcjonuje.
Od tego właśnie zacząłem rozmowę ze Stevenem.
4
Śmierć mózgu i śmierć kliniczna
– Widzisz korelacje między doświadczeniami z odmiennych stanów świadomości i różnymi związanymi z nimi wzorcami aktywności mózgu, ale doświadczenia z pogranicza śmierci czasami pojawiają się, gdy mózg odczuwa silny ból lub nawet przestaje działać…
Steven Laureys wydaje się zaskoczony moimi słowami.
– Przestaje działać? Nie…
– Jak to?
– Zachowujemy się tak, jakby udowodniono, że podczas doświadczeń z pogranicza śmierci mózg był nieaktywny, a nawet martwy. Tak nie jest. Nikt nigdy nie wrócił do życia po śmierci mózgowej.
Od razu wkraczamy w sedno debaty: czy mózg jest nadal aktywny podczas tych doświadczeń? Dla Stevena mózg z zasady musi być aktywny, ponieważ jego wyjściowym postulatem jest uznanie, że całe świadome doświadczenie jest powiązane z widoczną aktywnością w mózgu. To jest to, czego się nauczył i co zawsze obserwował jako neurolog. Dlatego wszystkie jego badania mają na celu lepsze zrozumienie aktywności mózgu u ludzi, którzy przeżywają doświadczenia podobne do doświadczenia z pogranicza śmierci, ponieważ te są z zasady spowodowane przez „zmiany w funkcjonowaniu mózgu”. Wydaje mi się, że tę hipotezę, która w zamyśle ma być „racjonalna”, w dużym stopniu podważają fakty, i nie mogę się doczekać, by się dowiedzieć, co na to powie Steven.
Co więcej, nikt nie twierdzi, że można powrócić do zdrowia po śmierci mózgowej. Śmierć jest procesem stopniowej degradacji. Po zatrzymaniu pracy serca, które powoduje niedotlenienie narządów i komórek, nie wszystkie narządy i komórki ulegają degradacji w równym tempie. Kiedy następuje zmniejszenie dopływu do mózgu tlenu i glukozy, które są kluczowe dla jego aktywności, mózg po kilku sekundach przestaje funkcjonować. Znajduje się w stanie „śmierci klinicznej”, który może być przejściowy, a przede wszystkim odwracalny. Jednak po kilku minutach bez dopływu energii proces nieodwracalnej degradacji stopniowo niszczy wszystkie neurony i następuje „śmierć mózgu”.
Po śmierci mózgu można przeszczepić pewne narządy, takie jak serce, wątroba, płuca czy nerki, ponieważ są one nadal żywe, ale pacjent nie będzie mógł wrócić do życia, bo jego mózg jest nieodwracalnie martwy. I rzeczywiście nie zdarzyło się, żeby ktoś po śmierci mózgu powrócił do życia.
Tymczasem stan „śmierci klinicznej”, który poprzedza śmierć mózgu i może trwać kilka minut, to właśnie ten stan, w którym wiele osób przeżyło – jak twierdzą – doświadczenie z pogranicza śmierci. Ich mózg znajduje się wtedy w stanie wstrzymania, neurony na ogół nie ulegają degradacji, ale w zasadzie nie wykazują już aktywności. To właśnie ten moment mnie interesuje. Formułuję inaczej swoje pytanie.
– Nikt nie mówi, że ludzie, którzy przeżyli doświadczenia z pogranicza śmierci, znajdowali się w stanie śmierci mózgowej, ale niektórzy byli w stanie śmierci klinicznej. A wówczas mózg wyłącza się bardzo szybko, prawda? Wiele badań dotyczących zatrzymania akcji serca8 wskazuje, że po upływie najwyżej dziesięciu do dwudziestu sekund nie ma już ciśnienia krwi, zanika krążenie… więc z zasady mózg nie może już wykazywać najmniejszej aktywności?
– Nie ma ciśnienia, tak, taka jest mechanika. Jeśli pompa się zatrzyma, do mózgu nie będzie już dopływać krew. W rzeczywistości serce często nie zatrzymuje się aż tak nagle. Na przykład następuje migotanie przedsionków, to znaczy serce zaczyna bić bardzo szybko i nieregularnie, a to oznacza, że jego praca nie jest zbyt skuteczna. Ale nie wiemy, co dokładnie się dzieje podczas reanimacji. Więc tak, oczywiście często zdarza się, że obserwujemy bardzo znaczący spadek przepływu krwi. Mózg w istocie jest bardzo delikatny. Z drugiej strony jest też bardziej wytrzymały, niż nam się wydaje, dlatego czasami przy obecnych technikach resuscytacji i przy hipotermii udaje nam się utrzymać aktywność mózgu.
– Z badań, o których mówię, wynika, że faktycznie przez kilka minut nie następuje nieodwracalne uszkodzenie mózgu, ale już po kilku sekundach po zatrzymaniu krążenia do mózgu przestaje dopływać krew…
– Podczas zatrzymania krążenia dzieje się wiele rzeczy, które bardzo trudno zaobserwować. Tak, mózg będzie wykazywał oznaki cierpienia, spowolnionej aktywności, a wykres jego aktywności będzie stopniowo stawał się płaski. Nie odważyłbym się jednak powiedzieć z całą pewnością, że „po tylu a tylu sekundach następuje koniec”. W rzeczywistości jest wiele zmiennych.
Rozumiem jego argumenty, ale mimo to próbuję przyprzeć go do muru.
– Ale badania wskazują dokładny czas, wynoszący maksymalnie dziesięć do dwudziestu sekund pomiędzy zatrzymaniem krążenia a ustaniem wszelkiej aktywności mózgu. Nie wymyśliłem tego.
– Chcesz wiedzieć, jakie mam o tym zdanie, więc ci powiem… Kwestia, którą poruszasz, byłaby dobrym tematem na doktorat. Dla mnie istnieją dwie interpretacje. Można powiedzieć, że mózg jest nieaktywny i że to dowód na to, że świadomość musi być gdzieś indziej, ale można też powiedzieć, że mózg jest zapewne bardziej wytrzymały i że nawet jeśli cierpi, nadal mamy trochę przepływu, trochę aktywności mózgu. Na razie wypowiadam się o tym ostrożnie.
Kilku anestezjologów-resuscytatorów, z którymi rozmawiałem, wyraziło te same zastrzeżenia co Steven, w istocie wskazując na trudność w ocenie parametrów fizjologicznych pacjenta podczas zabiegów resuscytacyjnych. Ale faktem jest, że od chwili, w której mózg przestaje otrzymywać tlen, komórki neuronowe zatrzymują się, aby zachować jak najwięcej energii.
– Tak, zgadza się… – potwierdza Steven.
– Umrą dopiero po kilku minutach. I w tym czasie między zatrzymaniem dopływu tlenu do mózgu a momentem śmierci mózgu nie ma już żadnej aktywności…
– Nie wiemy tego. Śmierć mózgu stwierdza się dopiero po kilku minutach jego niedotlenienia. Co więcej, „płaski” wykres EEG nie wystarczy do postawienia diagnozy śmierci mózgowej9.
– Ale jaka energia mogłaby umożliwiać pracę mózgu, gdy przestaje krążyć krew dostarczająca tlen niezbędny do jego funkcjonowania?
Po raz kolejny Steven unika odpowiedzi – zasłania się ogólnikami.
– To naprawdę temat na debatę naukową, który zasługuje na dalsze badania. Mówi się, że w chwili, kiedy niektórzy świadkowie przeżywają doświadczenie nieuchronnej śmierci, ich mózg już nie funkcjonuje. Może. A może nie. Jest możliwe, i tak właśnie myślę, że do percepcji i myślenia potrzebujemy znacznie słabszej aktywności mózgu, niż dawniej sądzono. To trop, który również warto zbadać.
A zatem Steven trzyma się takiego oto argumentu: jako że mózg nie jest nieodwracalnie martwy, nie wiemy, co może się w nim dziać, nawet podczas zatrzymania akcji serca. Nie można wykluczyć hipotezy, że doświadczenia z pogranicza śmierci powodują jakiś rodzaj „aktywności resztkowej”. Omawiałem już to założenie z kilkoma badaczami i podzieliłem się nim ze Stevenem.
– Jednakże wielu specjalistów od doświadczeń z pogranicza śmierci, jak na przykład psychiatra Bruce Greyson, ma trudności z wyobrażeniem sobie, w jaki sposób resztkowa aktywność mózgu mogłaby wywoływać doświadczenie świadomości. Nawet pomijając zatrzymanie krążenia, wiele doświadczeń z pogranicza śmierci pojawia się wtedy, gdy mózg odczuwa silny ból. Jak zatem możemy powiązać tak bogate doznanie z aktywnością zmniejszoną w porównaniu z tym, z czym zwykle mamy do czynienia?
– To właśnie sprawa, która nas frapuje. Myślę, że warto się nią zająć. Myślę, że naprawdę niewiele wiemy o tym, co dzieje się podczas takich przeżyć. Skakałbym z radości, gdybym odkrył, że istnieje świadomość poza mózgiem! I z pewnością zdobyłbym za to Nobla. Ale trzeba prowadzić takie badania, zachowując krytyczne podejście do własnych przekonań.
– Wydaje mi się, że właśnie tak robi Greyson. I podobnie jak inni naukowcy, którzy wątpią w neuronalne pochodzenie doświadczeń z pogranicza śmierci, pracuje i opiera się na świadectwach popartych dokumentacją medyczną, których są setki!10 Badacze ci mówią, że jeśli nasza świadomość jest skorelowana z jednoczesną aktywnością wielu obszarów mózgu, „aktywność resztkowa” nie może tworzyć świadomych doświadczeń. Doktor Bruce Greyson powiedział mi, że nie wierzy, by taka szczątkowa aktywność mogła wyjaśnić doświadczenie z pogranicza śmierci.
Steven śmieje się i mówi do mnie zaczepnie:
– W takim razie to kwestia wiary. Ja obstaję przy swoim zdaniu.
– Nie wyraził tego w ten sposób. To jego badania skłoniły go do uznania tej hipotezy za najbardziej wiarygodną. Myślenie, że szczątkowa aktywność, tak subtelna, że niewykrywalna, może być źródłem hiperrealistycznych narracji i świadomych procesów myślowych, jest sprzeczne ze wszystkimi neurobiologicznymi modelami funkcjonowania mózgu.
– Nie sądzę, żeby można było tak stwierdzić, dopóki nie zrozumiemy neuronalnych korelatów świadomości. Greyson nie przeprowadzał eksperymentów naukowych z EEG, a tym bardziej z EEG o dużej gęstości (256 elektrod), tak jak ja i mój zespół.
– A gdyby jej nie było? A jeśli świadomość nie jest tworzona przez mózg?
– Gdyby jej nie było? Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym odkrył, że istnieje coś więcej. Ale mam jednak świadomość zmysłową, to, co teraz widzę, co słyszę, co postrzegam, i na razie wszystkie obserwacje pokazują mi, że jeśli zatrzymam aktywność w sieci mózgowej odpowiedzialnej za świadomość, moja percepcja zniknie. Świadomość z definicji jest czymś subiektywnym. Nie mam problemu ze stwierdzeniem, że nie rozumiemy świadomości. Uważają mnie za materialistę czy redukcjonistę. Owszem, podejście naukowe polega na redukowaniu problemu do mniejszych problemów.
– Uważasz się za materialistę?
– Co przez to rozumiesz?
– Że wszystko pochodzi z materii…
Steven zastanawia się kilka sekund, a potem mówi:
– Dobrze wiemy, że nie wszystko powstaje z materii. Od czasów Einsteina mamy świadomość, że materia i energia są ze sobą powiązane. Ale ja jestem neurologiem i naukowcem, patrzę na mózg i myślę, że jest to nadal przydatne, nawet jeśli nikt nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób coś materialnego, mózg, który moim zdaniem odgrywa tu dużą rolę, kształtuje nasze myśli, spostrzeżenia, emocje.
– To fundamentalna sprawa.
– Tak… I temat prac naszego ośrodka badawczego w Liège, a także w Kanadzie!
– Właśnie w obliczu pytania o naturę świadomości wielu badaczy formułuje hipotezę, że doświadczenia z pogranicza śmierci są być może ziarnkiem piasku w maszynie, które pozwoli nam modelować szerszą koncepcję świadomości. Na przykład poprzez odróżnienie poziomu świadomości funkcjonalnej całkowicie powiązanej z aktywnością mózgu od innego, niezależnego poziomu świadomości. Nie chciałbyś się zapuścić na taką ścieżkę badań?
Mój rozmówca się uśmiecha.
– Nie jestem filozofem. Ani księdzem. Moje podejście jest naukowe, bardzo przyziemne i pragmatyczne. Chcę zrozumieć. Jak sprawdzić tę hipotezę, o której wspominasz? Można mi mówić, że świadomość jest „kosmiczna”, że wszyscy jesteśmy połączeni… Dobrze, ale mnie nie zadowalają poetyckie wyjaśnienia. Jeśli jest to energia lub fala, muszę to zdefiniować, tak aby tę hipotezę można było przetestować. Żeby uzyskać prawdziwą, wartościową hipotezę naukową, która będzie coś wyjaśniać i umożliwi przewidywanie czegoś.
Za dużymi oknami biura Stevena powoli zaczyna się ściemniać. Nadchodzi wieczór. Od rozpoczęcia tej rozmowy minęła ponad godzina i Steven musi już wyjść. Powiedział mi wcześniej, że musi odstawić jedno ze swoich dzieci na obóz harcerski, więc zaproponował, że mnie podwiezie w stronę hotelu – szpital uniwersytecki, w którym rozmawiamy, znajduje się daleko od centrum.
Gdy odebraliśmy jego syna z domu i przywitaliśmy się z jego żoną, Vanessą Charland, neuropsycholożką specjalizującą się w nauczaniu medytacji uważności, Steven podwiózł mnie do centrum Liège. Zapadała noc, a ja poszedłem na spacer nad Mozą.
Rozmowa nieco mnie zasępiła. Doceniałem serdeczną atmosferę i rozumiałem stanowisko Stevena – było to stanowisko neurologa, naukowca zajmującego się opracowywaniem eksperymentów mających na celu lepsze zrozumienie mózgu w tych niezwykłych stanach. Niepokoiło mnie jednak przekonanie, z jakim utrzymywał, że resztkowa aktywność w fazie resuscytacji może wywoływać stan świadomości na jawie tak intensywny jak doświadczenia z pogranicza śmierci, nawet jeśli rozumiałem, że dla niego nie jest to „wyjaśnienie doświadczenia z pogranicza śmierci”, lecz tylko hipoteza robocza. Jestem w stanie pojąć, że jako naukowiec nie chciałby tego wykluczać bez przeprowadzenia badań. To kwintesencja podejścia naukowego.
Jednak postulowanie, że pomimo zmian fizjologicznych i pozornie niefunkcjonującej kory mózgowej aktywność resztkowa, całkowicie spekulatywna i nigdy niezaobserwowana, może być źródłem tych doświadczeń, prowadzi według mnie do tego, że konieczne staje się przymykanie oczu na istotne elementy tych doświadczeń. W ich trakcie dzieje się tak wiele niesamowitych rzeczy, które sprawiają, że ta hipoteza staje się niemożliwa… Wrócę jeszcze do tego i wyliczę ich cechy, które wymagają od nas ponownego przyjrzenia się naszym założeniom na temat natury świadomości.
Ale wcześniej być może warto nieco dokładniej zbadać, co neurobiolodzy wiedzą o świadomości, a czego nie. Podobnie jak kwestię jej pochodzenia.
Kiedy mówię o „świadomości”, co to dla ciebie oznacza, Luno?
5
Co wiemy o świadomości?
Skąd wiesz, że żyjesz, córeczko? Jak to się dzieje, że jesteś w stanie obserwować swoje życie, myśleć, wzruszać się, kochać? Bo jesteś świadoma swojego istnienia? Oczywiście, ale dlaczego jesteśmy tego świadomi? Dlaczego mamy przeżycia wewnętrzne? Czy to proces, czy stan? Czy jest to umiejętność rozwinięta przez nasze neurony w życiu płodowym, czy stan stały, niezależny od życia biologicznego?
Termin „świadomość” określa nasze doświadczenia subiektywne, z natury nieuchwytne – przepływ myśli i uczuć, które mamy na jawie.
Ale gdzie powstaje świadomość?
W mózgu? Jest to w gruncie rzeczy teoria najbardziej logiczna. Dlaczego? Bo w naukach zajmujących się układem nerwowym dostrzega się bezsprzecznie procesy neurobiologiczne, które stanowią podstawę subiektywnych doświadczeń.
Na przykład aktywność elektrochemiczna wykryta w danym obszarze mózgu może być powiązana z daną funkcją świadomości – językiem, pamięcią, postrzeganiem, jawą itd. A poza tym i przede wszystkim nawet drobna dysfunkcja mózgu wpływa – jak się zdaje – na naszą świadomość.
Dysponujemy wieloma dowodami potwierdzającymi te związki. Urazy mózgu mogą pociągać za sobą utratę świadomości. Udary mózgu mogą pogrążyć człowieka w śpiączce. Napady padaczki pociągają za sobą czasową utratę świadomości, której towarzyszą zawsze konkretne zmiany widoczne w badaniach EEG. Nie ma wątpliwości, że między naszymi świadomymi doświadczeniami i mózgiem istnieje związek. Ale czy związek między dwoma elementami zawsze implikuje, że jeden z nich jest przyczyną drugiego?
Nie. To, co obserwujemy, to korelacje pomiędzy aktywnością neurobiologiczną i świadomością. I jeśli ktoś twierdzi, że aktywność wykryta w danym obszarze mózgu, nawet jeśli jest powiązana z konkretnym stanem świadomości, powoduje ten stan świadomości – to w rzeczywistości tylko spekuluje. Neurobiologia może zatem potwierdzać jedynie korelacje, relację pomiędzy działalnością neurobiologiczną i stanami umysłowymi.
Jest to niezmiernie ważne.
W rzeczywistości bowiem kwestia tego, z czego bierze się świadomość, stanowi dla społeczności naukowej tajemnicę. Ta wielka zagadka naukowa i filozoficzna: jak mózg, ta biologiczna struktura składająca się z 86 miliardów neuronów, w głębi której przebiega jeszcze więcej interakcji, może wytwarzać doświadczenie wewnętrzne – została nazwana „trudnym problemem świadomości”.
I nikt nie potrafi tej zagadki rozwiązać.
W specjalnym wydaniu z okazji sto dwudziestej piątej rocznicy swojego istnienia czasopismo naukowe „Science” prezentuje ją jako drugi najważniejszy problem do dziś nierozwiązany przez naukę11.
Powszechnie przyjmuje się, że świadomość wypływa z aktywności mózgu, ale tej hipotezy nie podzielają wszyscy neurobiolodzy, w tym wielu wybitnych, stojących na czele najważniejszych ośrodków na świecie. Na przykład amerykański uczony Christof Koch, zajmujący się badaniami dotyczącymi świadomości, mówi: „Subiektywność zbyt radykalnie różni się od wszystkiego, co jest fizyczne, żeby mogła być zjawiskiem emergentnym”12.
Chce przez to powiedzieć – a jego zdanie podziela wielu innych znanych neurobiologów, a także filozofów13 – że doświadczenie wewnętrzne, osobista subiektywność, tak głęboko różni się od elementów fizycznych składających się na rzeczywistość materialną, że nie można wyjaśnić tego, jak wyłania się – niczym w wyniku czarów – z zespołu neuronów, nawet jeśli jest tych neuronów bardzo wiele.
Nie ma w gruncie rzeczy żadnych dowodów na to, że coś tak niematerialnego jak świadomość powstaje z materii.
I nawet trudno jest to sobie wyobrazić.
Filozof Bernardo Kastrup jest podobnego zdania, pisząc, że „musi być możliwość wywnioskowania emergentnych właściwości złożonego systemu z właściwości jego składników, znajdujących się na niższym poziomie”14. Innymi słowy, połączenie elementów wyłącznie materialnych nie może wytworzyć funkcji niematerialnej, takiej jak wrażenie, że się istnieje. W związku z rolą mózgu Kastrup pisze dalej: „W ujęciu materialistycznym niezmiernie problematyczne jest, jak i dlaczego tej strukturze, jej funkcjom i aktywności może towarzyszyć doświadczenie wewnętrzne. Komputer osobisty ma również strukturę, funkcje i działa. Jednak jego wewnętrznym obliczeniom w żaden sposób nie towarzyszy świadome doświadczenie wewnętrzne”15.
Istotnie – komputer nie ma emocji.
Póki nie da się udowodnić czegoś przeciwnego, komputer, nawet najbardziej wydajny, nie będzie miał doświadczeń wewnętrznych. Sztuczna inteligencja może imitować świadomość, ale nie jest świadoma – tylko… inteligentna. Może wykonywać obliczenia z cudowną prędkością, jest w stanie się uczyć, rozwijać pewną funkcjonalną autonomię, ale nie może się wzruszać na widok pejzażu, kwiatu czy płótna Odilona Redona.
Nie, komputer nie ma doświadczeń wewnętrznych, nawet jeśli osiągnięcie tego jest ambicją paru miliarderów dążących do zdobycia nieśmiertelności fizycznej i staje się tematem poruszających opowieści, jak w filmie Ona, który razem oglądaliśmy, tym z Joaquinem Phoenixem.
W rzeczywistości wyjątkowa złożoność komputera, tak jak złożoność sieci neuronowej, nie prowadzi automatycznie do pojawienia się świadomego doświadczenia. Postrzeganie mózgu jako czegoś w rodzaju superkomputera to popularna metoda zrozumienia niektórych aspektów jego funkcjonowania, ale porównanie to nie może absolutnie oddać aspektu świadomości opartego na doświadczeniu ani tym bardziej pomóc w zrozumieniu jej pochodzenia.
Analogia ukazująca mózg jako superkomputer nie jest w stanie wyjaśnić, w jaki sposób doświadczamy subiektywnie kolorów, smaków, zapachów, obrazów czy dźwięków w otaczającym nas świecie – ani wielu zjawisk psychicznych, o których będę mówił w tej książce, m.in. doświadczeń z pogranicza śmierci.
Dlaczego zatem koncepcja, że świadomość wywodzi się z aktywności mózgu, jest uważana za oczywistą przez większość środowiska naukowego, intelektualnego i szerokiej publiczności, choć nie opiera się na żadnych dowodach naukowych i w dodatku wiążą się z nią zasadnicze problemy? W rzeczywistości opiera się na swego rodzaju nieświadomej pewności, którą przesycone jest całe nasze społeczeństwo – że wszystko można wyjaśnić za pomocą kwestii fizycznych i wszystko można zrozumieć, jeśli zdołamy określić relacje przyczynowo-skutkowe rządzące naszą materialną rzeczywistością.
Ten sposób myślenia jest zwany materializmem.
W wizji materialistycznej ludzie są niezmiernie skomplikowanymi maszynami biologicznymi. Wszystko, czym jesteśmy i co robimy, powinno być zatem z założenia możliwe do wyjaśnienia za pomocą zjawisk fizycznych, chemicznych i biologicznych.
Nasza tożsamość, emocje, wspomnienia, byt, którym jesteśmy, nie mogłyby istnieć poza materią, a zatem świadomość musi być wytworem naszego mózgu.
Pogląd ten wydaje się uzasadniony i stanowi wciąż najlepszy model teoretyczny pomagający w zrozumieniu naszej zwyczajowej rzeczywistości. Pozostaje jednak modelem hipotetycznym, w dodatku coraz bardziej nadkruszanym przez doświadczenia z pogranicza śmierci (i nie tylko).
Ta materialistyczna wizja działa jak okulary ze zniekształcającymi soczewkami, ponieważ nie zdając sobie z tego sprawy, patrzymy na świat, w którym żyjemy, i interpretujemy go właśnie poprzez ten filtr.
A przede wszystkim robią tak naukowcy.
Nauka potrzebuje teorii, żeby interpretować owoce swoich badań. Najbardziej metodyczne doświadczenia naukowe zawsze są interpretowane subiektywnie, w zależności od modelu teoretycznego. Od jej początków określa się w niej modele rozumienia świata na podstawie posiadanej wiedzy. Modele te służą do analizowania naszej rzeczywistości i do interpretowania zaobserwowanych w niej zjawisk. Ale wiedza ewoluuje i nowe odkrycia regularnie podważają wcześniejsze dane, które pozwoliły na opracowanie dawnych modeli.
Z biegiem czasu pojawiało się wiele rewolucji naukowych, które zmuszały nas do zmiany modeli i teorii – do określania tych modeli używa się terminu „paradygmat”.
Jeśli przyjrzymy się historii nauki w poprzednich wiekach, zobaczymy, jak wiele naukowych „prawd” w rzeczywistości miało charakter bardzo efemeryczny. Nasze zrozumienie rzeczywistości zawsze zależało od wiedzy posiadanej przez ludzkość w danym momencie historycznym, siłą rzeczy niepełnej. Dlaczego więc dziś miałoby być inaczej? Dlaczego zachowujemy się tak, jakby nasza obecna wiedza miała już na zawsze pozostać niezmienna? I choć nasz aktualny paradygmat – materialistyczny – wydaje nam się bardzo uzasadniony, dlaczego miałby być ostateczny, skoro żaden z poprzednich taki nie był?
Materializm nie jest oparty na pewnikach, ale na hipotezach – logicznie rzecz biorąc efemerycznych – jest więc poglądem raczej metafizycznym niż naukowym. Bezkrytyczne przywiązanie do niego przypomina zatem swego rodzaju formę wiary…
A jednak to właśnie robimy, choć – jak mi to uświadomił słusznie Steven – paradygmat materialistyczny przestaje funkcjonować, kiedy tylko zagłębiamy się w zjawiska ekstremalne. Na przykład fizyka newtonowska działa dla świata makroskopowego, w którym żyjemy, ale jeśli się przeniesiemy do świata niezmiernie małego – subatomowego – nie wyjaśnia już ona wcale zjawisk, które można tam zaobserwować. Na tym poziomie materia nie zachowuje się już jak materia – działają tam inne prawa fizyki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Charles Baudelaire, Łabędź, przeł. Mieczysław Jastrun, w: Charles Baudelaire, Kwiaty zła, PIW, Warszawa 1958 (przyp. tłum.). [wróć]
