Słuchajcie siebie - Ireneusz Gralik - ebook + audiobook

Słuchajcie siebie ebook i audiobook

Ireneusz Gralik

0,0

Opis

To jest książka dla każdego. Dlaczego? Ponieważ jest o CZŁOWIEKU.

  • Sięgnij po nią, jeśli nie wiesz w jaki sposób zachować równowagę psychiczną, jak zapanować nad emocjami oraz umysłem, między innymi po utracie majątku, pracy, rozpadzie małżeństwa czy wizytach komorników w twoim ukochanym domu.
  • Ta książka jest dla osób, które zostały zmuszone do opuszczenia swej strefy komfortu, przez nieznane czynniki zewnętrzne.
  • Opisuje, jak szczęśliwie znaleźć rozwiązania z regularnie zastawionych na siebie pułapek przez własny rozum.
  • Przeczytasz w niej, jak zapanować nad swoimi destrukcyjnymi myślami…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 45 min

Lektor: 00 - Wstęp

Popularność




Ireneusz Gralik

Słuchajcie siebie

Projektant okładkiAnna Ludwicka

KorektorSzpojda Bartosz

© Ireneusz Gralik, 2018

© Anna Ludwicka, projekt okładki, 2018

Autor przybliża, w jaki sposób zachować równowagę psychiczną, opanować emocje i umysł, po utracie majątku, pracy, rozpadzie małżeństwa czy wizytach komorników. Ta książka jest dla osób, które zostały zmuszone do opuszczenia swej strefy komfortu. Twórca opisuje, jak znaleźć rozwiązania z regularnie zastawionych pułapek na siebie przez własny rozum.

Przybliża, jak zapanować nad destrukcyjnymi myślami, które nieupilnowane z założenia pragną nami zawładnąć i doprowadzić nas do ruiny.

ISBN 978-83-8126-150-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Wstęp

Ta książka pokazuje, że świat przed każdym z was stoi otworem. Przede mną także. Wszyscy go kształtujecie według wiedzy, jaką posiadacie oraz ciekawości, która popycha was naprzód do poznawania go. Jedni w swoim życiu kroki stawiają świadomie, inni nie. Nie zmienia to faktu, że także go tworzą. Robią to swoją myślą, wykonaną czynnością lub jej brakiem, bo to także jest kształtowanie własnej rzeczywistości.

Napisałem ją, aby ci co po nią sięgną, utwierdzili się w tym, bo na pewno wiedzą, że można podnosić się, przechodząc próby i testy w dniach swego życia.

Książka jest zbiorem moich przeżyć, w których brałem udział na własne życzenie. Sam przez cały czas wybierałem drogi, dokładnie je selekcjonując. Jeśli nagle pojawiało się przede mną utrudnienie, to ja decydowałem, w jaki sposób mam sobie z nim poradzić.

Wiem, że po każdym przejściu jestem pełniejszy. Doświadczałem ich, jakbym zbierał z różnych miejsc rozsypane kawałki siebie.

To, co przeczytacie na kolejnych stronach, jest kolejnym — bo przecież nie pierwszym i nie ostatnim przykładem, a zarazem dowodem na to — że należy walczyć o siebie i o swoje marzenia. Jest świadectwem niezłomnej wiary w siebie, chęci do życia, a zarazem do jego tworzenia.

Jest potwierdzeniem, że nie warto rezygnować z własnych wizji w życiu, odwiedzając w nim wyznaczone przez siebie miejsca, zawierając znajomości lub rezygnować z niektórych zwłaszcza z tych, które nie służą. Cały czas słuchając przy tym swojego wewnętrznego głosu.

Od września 1999 roku pracuję w branży ubezpieczeń na życie. W niej zetknąłem się z określeniem mojej osoby: skoczek-komandos.

Jeden z kolejnych dyrektorów naszego oddziału nazwał mnie tak, przyglądając się mojej historii zawodowej.

„Komandos” dlatego, że wylądowałem w Warszawie, przeprowadzając się z Bydgoszczy. Pracowałem na terenie miasta, z którego nie pochodzę. Poruszałem się po nieznanym mi świecie. Zacząłem dzwonić do obcych sobie ludzi, sukcesywnie poznawałem ich i budowałem z nimi relacje. W branży ubezpieczeń na życie, założenie jest proste: „Rozmawiaj o ubezpieczeniach z tymi, których znasz. Później, w miarę możliwości, proś o polecenia, abyś mógł spotkać się z ich znajomymi”.

Moje działania były odmienne od wszystkich znanych mi osób z branży. W Warszawie znałem cztery osoby, do których mogłem udać się, aby rozmawiać o ewentualnym ich ubezpieczeniu. Dlatego chciałem i musiałem włożyć zdecydowanie więcej czasu i wysiłku w poznawanie nowych ludzi.

Podstawowym elementem wchodzącym w skład mojego warsztatu, była bardzo wysoka jakość mojej pracy. Klienci po miesiącu lub kwartale lawinowo nie rezygnowali z podpisanych ze mną umów.

Kolejna sprawa to duża sprzedaż. Nie mam na myśli super miesiąca, kwartału czy świetnego jednego roku. Podpisywałem umowy z klientami ciągle — na nieprzerwanie wysokim poziomie. Przez ponad dziesięć lat — rok po roku.

Jeden z dyrektorów regionalnych stworzył swoje kryterium, według którego przyjmował ludzi do pracy. Było nim m.in. kilkuletnie zamieszkanie w Warszawie. Przyszłym kandydatom miało to ułatwić łatwiejsze poruszanie się po tym specyficznym rynku. Powiedział, że gdybym składał do niego CV, odrzuciłby je. Ach, te umysłowe analizy i biznesowo-korporacyjne założenia.

W tej książce przytoczę, przez co przeszedłem w jedynym miejscu w Polsce, o bardzo swoistej energii. Warszawa jest zlepkiem kultur i zachowań ludzi, którzy każdego dnia i każdej nocy tworzą to miasto. Na małej powierzchni mamy skumulowane przywiezione ze sobą sposoby na radzenie sobie z życiem. Z łatwością spotyka się odmienne widzenie otaczającej nas rzeczywistości, którą codziennie sami kreujemy. Budują ją wszyscy jej mieszkańcy, ludzie osiedlający się z całej Polski oraz wielu krajów świata.

Na moją wyboistą drogę zawodową, nałożyły się przejścia i nagłe tąpnięcia w życiu osobistym. Na fundamentach starego siebie, budowałem swoje nowe JA. Te wydarzenia nie zabiły mnie, a jedynie wzmocniły.

Przede mną z hukiem otwierały się drzwi do nowych miejsc, a powstałe sytuacje raz delikatnie zapraszały mnie do wzięcia udziału w kolejnych odsłonach mego życia, a innym razem same mnie wpychały, abym w nowo powstałych warunkach zaczął się realizować.

Mogłoby też tak się zdarzyć, że gdybym wiedział, co mnie w nich czeka, sam z własnej woli tam bym nie wszedł. Na tym właśnie polega tajemnica naszego życia — że co jakiś czas odkrywa przed nami coś nowego, detal po detalu. Sączy dla nas informacje.

Przez to, że jest w nim ciągły ruch, odsłania przede mną mnóstwo świetnych okazji, przydatnych dla mojego rozwoju. A przy okazji poznaję wspaniałych ludzi. Teraz świadomie korzystam z bogactw, jakie mi oferuje. Czerpię tyle, ile sił mi wystarcza.

Dwie potężne, wzburzone fale oceaniczne będące życiem osobistym i życiem zawodowym, zjawiły się przede mną, zalewając mnie z dwóch stron wielką wodą. Z czasem w lodowatych i wzburzonych jej prądach nauczyłem się dobrze pływać, a jej niska temperatura zahartowała mnie. Poznałem jej podpowierzchniowe prądy. Wiedziałem, kiedy i jaki przybiorą kierunek. Wskakiwałem na stworzone grzbiety fal pewnie i z lekkością unosiłem się na nich.

Opisuję moją podróż z samym sobą. Budowanie relacji z najbliższą mi osobą, z którą spędzam najwięcej czasu. Jestem z nią przez wszystkie mijające doby, składające się na pełne lata mego życia. Cały czas przypatruję się jej i wsłuchuję się w bicie jej serca. To przez te obserwacje odnajdywałem drogę do swego wnętrza, tak aby każdego dnia i każdej nocy, żyć w zgodzie i pełnej akceptacji siebie. Przebywam z najlepszym moim przyjacielem, którego szanuję, cenię i kocham. Uśmiecham się do niego, do nikogo innego, jak do Irka Gralika, słuchając siebie.

Z całego serca bardzo dziękuję, kto sięgnie po tę książkę. Na pewno lepiej będę się czuł, jeśli po jej przeczytaniu lub w trakcie lektury stwierdzicie, że warto wokół swego życia pochodzić i zadbać o nie — czyli o siebie. Lżej się żyje, gdy po ulicach chodzą uśmiechnięci ludzie!

Czytając książkę lub nie, sami potwierdzicie, że tylko siebie słuchacie. To jest bardzo ważne. Może ktoś z waszych znajomych czy bliskich wspomnieć wam o niej podsuwając ją pod nos — ale także będą i tacy, którzy zdecydowanie będą ją odradzać, mówiąc, że to szmira. W ostateczności wy sami rozstrzygniecie czy zapoznacie się z jej treścią, czy ją odrzucicie. Najważniejsze, aby było to zgodne z wami. I o to was z głębi serca proszę. A także i z góry dziękuję. Słuchajcie siebie!

Ostatecznie to wy jesteście decydentem dla siebie. Nikt więcej. Jeśli jednak pozwalacie innym za siebie dokonywać wyborów, to i tak wcześniej wy sami musieliście wyrazić na to zgodę.

Na tych stronach opisuję to, co przeżyłem od 1998 roku do dnia dzisiejszego.

Zapraszam was w podróż.

Ireneusz Gralik

Wymienione w książce osoby są prawdziwe. U niektórych z nich zmieniłem imiona, ponieważ nie mam z nimi kontaktu, a inne nie odpowiedziały mi, gdy zwróciłem się do nich z prośbą o udzielenie zgody na użycie ich prawdziwych imion i nazwisk. Jeśli otrzymałem pozwolenie, użyłem autentycznych.

Pomocne dzieciństwo, kim jest Renek?

Nigdy nie bawiłem się pod blokiem. Mama prosiła mnie o to, ale jej prośby nie przynosiły rezultatu. Za każdym razem była na mnie zła, gdy musiała wołać mnie z okna, bo nie widziała mnie przy nim. Z kolegami bawiliśmy się na tyłach naszego osiedla przy jednostce wojskowej, na tzw. „Torholu”, czyli boisku, na którym graliśmy mecze piłki nożnej lub wymyślaliśmy mnóstwo innych atrakcji. Często także przechodziliśmy przez płot oddzielający nasze osiedle od jednostek wojskowych i ćwiczyliśmy na drabinkach i drążkach. Po obejrzeniu „Wejścia Smoka”, kilkoro z nas się rozciągało. Mistrz Bruce Lee królował.

Dobrze, że już dawno temu wymyślono systemy powiadomień. Kiedyś komunikowano się za pomocą dymu lub światła, ale w moim wypadku koleżanki i koledzy opracowali system głosowy, krzycząc jeden drugiemu:

— Podaj dalej, bo mama Renka woła do domu.

Szczególna przesyłka trafiała do mnie, a ja niechętnie przerywałem zabawę i biegiem zbliżałem się do naszego bloku, aby słyszeć dudniące, przeciągłe „Reeeneeek!” Dlaczego Renek, a nie Irek?

Każdy z najbliższej rodziny zwraca się tak do mnie. Babcia, ciocie, wujkowie, kuzynostwo, wszyscy z podstawówki oraz z osiedla Ikara w Bydgoszczy, na którym mieszkałem od 6 do 20 roku życia. Miałem mieć na imię Remigiusz, ale po moim urodzeniu odbyły się tak huczne imprezy „pojawieniowo-synowo-błogosławienne”, że mojemu tacie imiona w urzędzie się pomyliły. Wiedział, że miało być coś z końcówką na „…usz”. No i udało się — zamiast Remigiusza, stałem się Ireneuszem. Nastąpiła szybka transformacja.

Dlatego też Renek bywał wszędzie, ale nie przed blokiem. Tu nic się nie działo, jak w znanym polskim filmie. Bywałem we wszystkich zakamarkach naszego osiedla. Ciekawość świata brała górę nad rozsądkiem i słuchaniem mamy. Odwiedzałem pobliskie, a także i dalsze osiedla. Przekraczałem zakazywane przez moją rodzicielkę ulice, zwłaszcza te z dużym natężeniem ruchu. Z chłopakami lubiliśmy zapuszczać się na tereny opuszczonych bunkrów w pobliskich lasach. Kiedyś ten teren był otwarty, każdy mógł tam wejść. Teraz wszystko jest zagrodzone. Najbardziej lubiłem wchodzić na dach najwyższego z nich. Stając tam, znajdowałem się powyżej czubków drzew iglastych tworzących podmiejski las. W oczach chłopca to było nie byle jakie wydarzenie. Długo potrafiłem tam przebywać. W ciszy i spokoju przyglądałem się wszystkiemu dookoła.

Biłem się prawie z każdym, zwłaszcza jeśli ktoś chciał mnie sobie podporządkować. Najczęściej z chłopakami z mojej podstawówki nr 12 przy ulicy Kcyńskiej. Oni nie byli z naszego osiedla, ale między innymi mieszkali na ulicy Strzeleckiej i Pięknej. Zawsze chodzili w grupach. Teraz mogę powiedzieć, że byli zaniedbani i odtrąceni przez swoich rodziców. Zasady ulicy kształtowały ich od małego. Nie zazdroszczę im, nie mieli łatwego dzieciństwa. W ich życiu agresja była codziennością.

Z racji mojego wzrostu, bo w ósmej klasie szkoły podstawowej miałem już 178 cm, byłem często wyzywany na pojedynki. Nie rozumiałem tego. Ja nikogo nie zaczepiałem. Do głowy mi nie przychodziło, by fikać do silniejszych i wyższych, ale rozumiem, że tym chłopakom byłem potrzebny do potwierdzenia faktu, że byli bardzo dzielni. Dlatego pomagałem im w budowaniu własnej wartości, choć dla niektórych źle to się kończyło. Dla mnie raczej rzadko.

Już od małego chłopca zauważałem, że niektórzy moi koledzy przy zabawach na osiedlu mówili, że czegoś, nie da się zrobić. Odkładali to na później lub w ogóle nie powracali do zaplanowanych spraw. Zatrzymywali się na nich i nic dalej z nimi nie robili. To były ich pierwsze życiowe wyhamowania i wycofania się. Zostawali w miejscach, jakie sobie wyznaczyli. Wówczas nie analizowałem podejmowanych przez nich decyzji, ale teraz wiem, że nieruchomieli, stając twarzą w twarz ze swoimi negatywnymi wyobrażeniami i wewnętrznymi obawami, jakie wytworzyli w swoich głowach. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że już od młodzieńczych lat każdy z nas rozpoczynał ustawianie swych granic, a one były zgodne z tym, w co każdy z nas wierzył. Z upływającym czasem przybywało ich, były budowane w wielu miejscach. Ci, którzy zatrzymywali się wcześniej niż inni, nie mieli okazji skosztować tego, co kryło się za postawionym przez siebie wysokim murem. Bali się go przeskoczyć.

Nieprzekraczanie granicy strachu było u każdego z nich pieczołowicie pielęgnowane i chronione. Niektórzy koledzy konsekwentnie przez lata je konserwowali. Są mistrzami w pilnowaniu siebie. Chodzą po wydeptanej i utwardzonej ścieżce jak po sznurku. W jednym kierunku od dwudziestu lub więcej lat. Nie zdają sobie sprawy, że są rekordzistami w wytrwałości. Z kolei inni poszli o wiele dalej i często odwiedzają zakłady karne. Każdy idzie i zatrzymuje się w miejscach jakie uznaje za stosowne, bo takich chce doświadczać lub nie dopuszcza do siebie informacji, że są inne sposoby na życie.

Wiele razy od kolegów lub najbliższej rodziny słyszałem:

• Nie rób tego;

• Nie opłaca się;

• Nie jedź tam;

• Nie dzwoń do nich;

• Nie rozmawiaj z nimi;

• Pozostań na miejscu itd.

Jeśli stosujecie w swoim życiu tych kilka wyżej wymienionych zwrotów lub innych, które rozpoczynają się od „nie”, to po niedługim czasie będziecie poruszali się po bardzo ograniczonym terenie. Sami w nim się umiejscawiacie. W głowach będziecie mieli zakodowane:

• Nie przekraczaj;

• Nie wychodź poza teren, jaki znasz;

• Nie myśl o czymś nowym itd.

Każdy poprzez własne działanie i podejmowane decyzje kształtuje swoje życie. Osobiście uważam, że ci, którzy nazbyt często wypowiadają słowo „nie” lub przeważa u nich myślenie w tych kategoriach, w dłuższej perspektywie czasu hamują swój rozwój, zarazem blokując potencjał, jaki w nich drzemie. Oczywiście mają do tego prawo. Nikt nie może zmusić lub zabronić im używania słów „tak”, „nie” lub namówić ich do podejmowania lub niepodejmowania jakichkolwiek decyzji. Wszyscy mamy prawo do wolnego wyboru. Częste wyhamowania są ucieczkami przed własnym życiem i próbami wymigania się od brania odpowiedzialności za nie. Większość ludzi stosuje w życiu uniki i dokłada wielu starań, aby nie stawiać w nim kroków, mówiąc, że w tym zatrzymuje ich wrodzona ostrożność. Oczywiście, że u każdego jest ona potrzebna, ale nadgorliwie pielęgnowana przytwierdza ich do miejsc, z których nie mogą zbyt szybko się wydostać. Przesadzona potwierdza o posiadaniu wielu wewnętrznych obaw.

W dzieciństwie mniej się kontrolowaliście i blokowaliście. Niekiedy z łezką w oku przypominacie sobie, o tym wesołym i psotnym urwisie jakim dawno temu byliście. Obecnie mówicie, że nie posiadacie w sobie radości. A kto kazał wam wyzbyć się jej lub totalnie stłamsić na samym dnie własnej osobowości? Czy nie chcielibyście przywrócić w sobie choć odrobiny dawnej energii słodkiego dziecka, jakim byliście? Jak sądzicie, czy po podjęciu tej decyzji będziecie czuli się lepiej, czy gorzej? Rozsiewaliście aurę szczęścia i rozdawaliście innym uśmiechy. Możecie to przywrócić, ale tylko gdy zezwolicie sobie na ten ruch.

Jeśli w skupieniu myślicie o czymś i w efekcie tego procesu słone kropelki spływają po waszych policzkach, oznacza to, że brakuje wam właśnie tego, dokąd myślami pobiegliście. Możecie po to sięgnąć, nie bójcie i nie wstydźcie. Istnieje jednak i inna opcja. Wasze ponowne wycofanie się i wybranie znanej wam dobrze (od lat) drogi. Na niej dusicie w zarodku sygnały tego, co was wzywa i za czym, przyznajcie szczerze, w głębi serca bardzo tęsknicie. Poprzez łzy wzruszeń podejmują one próby dotarcia do zamkniętej części waszego wnętrza. Przypominają wam o istnieniu niechcianej i omijanej do tej pory, ale na szczęście niemożliwej do zabicia integralnej części was samych. Nie jeden raz chcieliście pozbyć się niewygodnych i nieprzetrawionych emocji. Prawda, przyzwyczailiście się do życia bez nich, wyrzucając je daleko poza siebie. Jednak zdajecie sobie sprawę, że nie oddychacie pełną piersią. W samotności myślicie i wśród znajomych głośno deklarujecie, że to, co was boli, nie jest wam do szczęścia potrzebne. Tyle tylko, że to co boli, oznacza, że jest nieprzerobione. Nie poznając tego, tym samym stajecie się emocjonalnymi inwalidami. Przez lata kulejecie. Dla pocieszenia mówicie sobie, że wszystko jest w porządku, bo tak wam pasuje. Odsuwane od siebie nieprzerobione tematy nie kopią was i nie gryzą. Sami sobie sprawiacie ból.

Przykład? Proszę. Odrzucana wcześniej i usilnie blokowana miłość po latach ponownie puka, a wręcz dobija się do waszych drzwi. Robi to z coraz większą determinacją i siłą, ale jeszcze świadomie kontrolujecie ją i nie dopuszczacie jej do głosu. Zrozumcie wreszcie, że miłość jest integralną częścią was i waszego istnienia. Dlaczego siebie odrzucacie? Nie doświadczając jej, nie poznacie nowych przestrzeni życiowych. Tam jeszcze nie byliście. Dziś świetnie radzicie sobie bez energii miłości, dlatego, że płaszczyzna życia, po której od dłuższego czasu się poruszacie, nie wymaga i nie oczekuje tego od was. Jeśli otworzycie się na miłość, przyjdzie do was nowy wspaniały czas. Do tej pory nie wiedzieliście, że taki istnieje i że w taki sposób także można żyć. Spojrzycie na życie głębiej, z szerszej perspektywy. Będziecie odkrywać to, czego do tej pory nie byliście w stanie zauważyć, ponieważ nie pozwalaliście sobie na to.

Zezwólcie sobie na zaakceptowanie i zaprzyjaźnienie się z tłamszoną i uciszaną częścią siebie, jakakolwiek by ona była. Każdy dobrze wie, co u niego jest zaniedbane. Doradcy są zbędni.

Miłość jest najczęściej zasypywaną emocją w naszym życiu. Ale na bok odsuwane są jeszcze i inne komponenty naszego istnienia. Wymienię kilka z nich: dobroć, tolerancja, wybaczanie, akceptacja, zrozumienie itd.

Dlaczego odrzucacie te bardzo ważne składniki siebie? Dla jakiej idei lub dla kogo tak się męczycie? Dla sąsiadów tak żyjecie, czy może dla członków waszej rodziny? Jeśli dla tych drugich, to czy w końcu kiedyś będą z was zadowoleni? Pytaliście ich, co musicie zrobić, aby rzeczywiście tak było? Jeszcze nie? Może już przyszedł czas na to? Sami podejmijcie decyzje.

Dla podtrzymania u was strachu, budują sztuczne systemy kontroli, a przez to utrzymują pozory panowania nad wami. Moglibyście to wszystko zauważyć, gdybyście mieli wyżej podniesioną głowę, ale wy wybieracie ciągłe wpatrywanie się w poplątane sznurówki w waszych butach. To nic twórczego nie wnosi do waszego życia. Kiedy podejmiecie decyzję o podniesieniu głowy? Kiedy zaczniecie żyć własnym życiem? Czy przyjdzie taki czas, że przestaniecie spełniać cudze zachcianki?

Zawsze szedłem swoim kursem, słuchając siebie. Wiele razy miałem trudniej od tych, którzy nie wychylali się z odgórnie narzuconych im ram. Co chwila przypominano im o tym, że mogli poruszać się tylko do granic, jakie im wskazano. Ja z kolei wychodziłem poza te ograniczenia. Nie widziałem podstaw, aby nie iść dalej. Moje myślenie i zachowanie było zbyt rozległe i nie wpasowywało się w ograniczone pojęcia skryte w słowie „grzeczny”. Chciano, abym na poszczególnych etapach swego życia stale chodził z tym powrozem u szyi, ale na szczęście nie dawałem się zbyt często łapać w te zastawiane na mnie sidła. Nie wpakowano mnie w sztuczny i sztywny plastikowy pokrowiec. Zatem nie byłem grzecznym:

• Dzieckiem;

• Uczniem;

• Chłopakiem;

• Kolegą;

• Mężczyzną;

• Synem itd.

Nie było moim celem burzenie świata tym, którzy myśleli, że posiadają zmonopolizowaną wiedzę na sposoby przeżywania i doświadczania życia, sądząc, że są jedyne i na pewno odpowiadają każdemu na świecie. Od małego chłopca, po prostu słuchałem siebie. Kontrolerzy obezwładniali kogo tylko mogli, słynnym pytaniem-paralizatorem: „Czy byłeś grzeczny?”. Zadając je, wprowadzali do życia dzieci coś obcego, z czym do tej pory jeszcze się nie zetknęły. Dorośli nie rozmawiali ze swoimi pociechami i nie próbowali ich zrozumieć. Nie pytali, dlaczego myślą i zachowują się inaczej niż oni. Paralizatory wychodziły z ich ust w momentach, gdy nie mieli za dużo swemu potomstwu do powiedzenia. Zabijały u wesoło podskakujących szkrabów ich otwarte i twórcze myślenie. Duzi poważni, zapomnieli, że będąc w tym samym wieku co one, dokładnie tak samo podskakiwali i uśmiechali się do wszystkiego i wszystkich.

Ja nigdy nie mogłem potwierdzić im, że na pewno byłem grzeczny. Nie wiedziałem, jakimi prawami rządzi się to słowo klucz w życiu wiedzących. Uchwyciłem jedynie to, że na każdym kroku musiałem ich się słuchać. Nic więcej. To było nudne i nie rozwijało mnie. Widziałem, gdy sami jedno mówili, a inaczej postępowali. Jak mogłem być posłuszny takim osobom? Nie chciałem im dać pełnej władzy nade mną. Gdy zaczynałem ich pytać: „Dlaczego miałbym być grzeczny i co mi to daje?”, gubili się, udzielając mi zdawkowych odpowiedzi. Czasem z ich ust padały proste i niezbyt rozbudowane: „bo ja ci każę” lub „bo tak”. Potwierdzali, że dobrze robiłem, gdy przez większość czasu słuchałem siebie.

Słowo „grzeczny” odbierałem po swojemu. Było dla mnie jak brudna i skażona woda w jeziorze. Tępiło pomysłowość, lekkość umysłów i serc uśmiechniętych bąbli. Obezwładniało i hamowało je, przy podejmowaniu pierwszych dziecięcych życiowych decyzji. Kojarzyło mi się z nauczaniem nabierania przez nich powietrza do młodych płuc, ale tylko do 1/3 ich pojemności. A to nie wystarczało biegającym i ćwierkającym maluchom na swobodne oddychanie. One w swej aktywności potrzebowały więcej tlenu, a nie dostarczały wystarczającej ilości dla swego organizmu. Nie zostały poinformowane i nie zdawały sobie sprawy z tego, że miały dostęp do większych dawek świeżego powietrza. Nawet do głowy im nie przychodziło, że istniała szersza przestrzeń i swobodnie mogły się po niej poruszać. Była tuż obok, poza wydawanymi i narzucanymi instrukcjami. Nie zadawały zbędnych pytań, bo powiedziano im, że nie wypada. Przecież musiały być grzeczne, dlatego też były posłuszne dorosłym. Te z nich, które w pełni słuchały swych opiekunów, nie mogły radośnie bawić się w to, co zechciały. Nie zaglądały w zakamarki, jakie przyciągały ich uwagę, nie wchodziły na drzewa i trzepaki na podwórku. Nie biegały za motylami, nie uśmiechały się do każdego, nie głaskały kotków i piesków, nie malowały kredkami po ścianach w swoim pokoju oraz kredą na sąsiednich blokach itd. Każde z nich miało narzucone odmienne obostrzenia i zakazy, ponieważ kto inny się nimi opiekował. Dorośli na swoim poziomie i przez siebie filtrowali to, w co dzieci mogły się bawić, a w co absolutnie nie. Jeśli przez swą niewiedzę przekraczały zakazane granice (wytyczone rzecz jasna przez dorosłych), to sankcje ich nie omijały lub musiały odbywać „bardzo poważne rozmowy”. Maluchy przez lata gasły w oczach, w całości ufając opiekunom. Myślały: „Starsi są mądrzejsi i na pewno wiedzą, co dla nas robią. Jak nie wolno to nie wolno”. Dla potwierdzenia obranej i jedynej słusznej drogi w rozwoju dzieci, co chwila z ust opiekunów padały słowa: „Wszystko co robię, robię tylko z myślą o was, dla waszego dobra i bezpieczeństwa”.

Wzięcie pełnego oddechu w swoim jeszcze młodziutkim życiu, byłoby zgodne z ich naturalnym procesem wzrastania. Dotlenione szkraby w pełni by odżyły, zupełnie jak po zażyciu dawki witamin lub długim, spokojnym i regenerującym śnie. Jednak rodzice w często zadawanym im i elektryzującym pytaniu: „Czy nadal jesteście grzeczni?”, podduszali ich. Przez tego wykreowanego i „wydumanego” kontrolera, uczniowie nie mogli nabrać rozpędu do życia. Dzięki systematycznym i długoterminowym pobieraniu nauk od starszych, narzucone ograniczenia trwale odcisnęły piętno w każdej komórce ich organizmu i sposobach myślenia na przyszłość. Wchodząc w swe dorosłe życie, wykonywały coraz mniej ruchów, a jeśli jakieś pojawiały się z ich inicjatywy, to tyko w zawężonych zakresach. Dziś będąc „władcami” swego dorosłego życia, bliżej im do ospałych much ogrzewających się w południowych promieniach słonecznych niż do szybko myślących i świadomych siebie osób, zdolnych podejmować suwerenne życiowe decyzje, równocześnie biorąc za nie, odpowiedzialność. Nie chodzą z wyprostowanymi plecami, nie patrzą ludziom w oczy, nie są świadomi wartości, jakie głęboko w sobie noszą. A szkoda. Od czasów dzieciństwa nie mieli możliwości sięgania po nie, rozwijania ich w sobie, a wydobycie ich na zewnątrz było źle widziane i przeważnie surowo karane przez opiekunów. Nie pozwolono im odkrywać, jakimi są skarbami. Zawsze słuchali rodziców, a ci w większości przypadków blokowali ich „nietypowe i bzdurne zachowania”. Nie są nauczeni rozwiązywania swych obecnych problemów życiowych, a stają przed nimi każdego dnia. Dorośli w swej nadopiekuńczości nigdy nie wspominali, że w życiu w ogóle takie istnieją. Przecież głównym celem miała być ochrona słabego i bezbronnego potomstwa, zwłaszcza przed czającym się zewsząd „złem”! Stali się ludźmi mniej doświadczonymi życiowo, którzy nawet nie wiedzą, że wszystkie utrudnienia można szybciej lub wolniej, ale z pewnością pokonać. Nie potrafią radzić sobie z przeciwnościami, gdy te pojawiają się na ich drodze. Wówczas zaczynają panicznie reagować, jakby w kilka minut mieli samotnie utonąć na środku wzburzonego Atlantyku. Wysyłają rodzicielom sygnały SOS, a ci dość szybko udzielają im wszelkiego wsparcia, opisując i przybliżając czyhające na nich „śmiertelne zagrożenia”. Młodzi po chwili się uspokajają. Dopiero po częstych i licznych interwencjach, trwających na przestrzeni długo ciągnących się miesięcy, dwie umęczone strony zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że rozwiązania i wyjaśnienia trudnych tematów u dorosłych już dzieci, przychodzą do nich z co najmniej kilkunastoletnim opóźnieniem. Obecnie dorosłe już potomstwo, spokojnie zadałoby pytania rodzicom, chcąc dowiedzieć się o sposobach rozwiązań problemów, jakie pojawiają się w ich jeszcze młodym życiu. Po wysłuchaniu i otrzymaniu wyjaśnień, przeszliby nad wszystkim do porządku dziennego, wracając do pozostawionych w piaskownicy zabawek. Teraz są pełnoletnimi członkami społeczeństwa, którzy przez długie lata byli ochraniani przez nadopiekuńczych rodziców. Do tej pory nie mieli okazji zetknąć się z wieloma chwilowymi przeszkodami, a przez to, nie posiadają wiedzy, jak sobie z nimi radzić. Dodatkowo nie ułatwia sprawy ich bujna wyobraźnia, która komplikuje rzeczywistość. W zetknięciu z niepoznanymi aspektami życia, automatycznie kwalifikują je jako bezpośrednie ataki na istnienie „życiowych żółtodziobów”. Wielu z nich na spotkaniach towarzyskich opowiada znajomym krwawe historie, w jakich brali udział, z których ledwo co uszli z życiem. Oni dawno ukończyli 30 lat, a nadal nie wiedzą, co oznaczają obco i dziwnie brzmiące słowa: „wyprowadzić się z domu”.

Nie mogłem pozwolić na to, abym dusił się dla wygodnictwa i na życzenie dorosłych tylko dlatego, że byłem młodszy i mogli mi wszystko kazać. Oni oddychali pełną piersią, a dlaczego ja jako dziecko nie mogłem? Analizowałem ich zachowania i widziałem, że w swych przybranych pozach sami krzyczą do świata, prosząc o natychmiastowe wsparcie. Wiele lat temu także byli kontrolowani przez własnych rodziców. Dobrze się miały powtarzane z pokolenia na pokolenie, sprawdzone schematy. Będąc dziećmi nie akceptowali krat i obostrzeń. Stając się dorosłymi, wchodzili w role rodziców, nadzorując w ten sam sposób swe dzieci. Wymagali od nich tego, co jeszcze niedawno sami odrzucali.

Ja niczego innego nie chciałem, jak zwyczajnie poznawać świat. Byłem go ciekaw, interesował mnie taki, jaki mnie otaczał. Właśnie dlatego wychodziłem dalej niż pozostali rówieśnicy. To było silniejsze od otrzymywanych „szlabanów”. Na przykład, gdy przez tydzień nie mogłem wychodzić na podwórko, bo według dorosłej nomenklatury popełniłem „jakiś tam straszny czyn”, to zaraz po tym okresie szybko wracałem do tego, co robiłem przed karą.

Jeśli coś bardzo mnie zainteresowało, to zadawałem dużo pytań. A to nie było lubiane przez większość otaczających mnie niecierpliwych, starszych ode mnie osób. Nic nie mogłem poradzić na to, że byłem do bólu dociekliwy. Oni mieli ze mną kłopot, a ja z nimi. Na zadawane pytania nie otrzymywałem odpowiedzi, a dla mnie, jako malca, a później podrostka było to nader irytujące. Lubiliście być zbywani?

Nieważne w jakim byłem wieku. Chciałem, aby ktoś mnie usłyszał i udzielił odpowiedzi. W pewnym momencie u dorosłych włącza się zasada: „Im mniejsza liczba przeżytych wiosen u kajtka zadającego pytania, tym mniej mu się odpowiada a więcej ignoruje”. Nie do podważenia jest fakt, że wcześniej regularnie pomijane dziecko, kiedyś samo staje się dorosłym. On wszystko dokładnie pamięta. Jeśli w swym dorosłym życiu nie ma siły i determinacji, aby walczyć o siebie, to tylko dlatego, że w młodych latach zaszczepiono w nim trwożliwe wycofywanie się przed życiem. Nadal boi się pytać i odzywać do innych.

„Dojrzali” ciągle w czymś mi utrudniali i coś blokowali. Nie przejmowałem się przyklejoną łatką niegrzecznego dziecka. Na ile mogłem, żyłem zgodnie z tym, jak podpowiadało mi moje serce, nikt inny. Nie brałem przykładów z zatrzymujących się rówieśników. Oni zastygali w miejscach, które poczuli, że są dla nich odpowiednie. Wybierali to, co im wewnętrznie pasowało. To był ich wybór nie mój. To było ich życie nie moje. To było ich miejsce nie moje. Ciesząc się życiem dziecka, podskakiwałem i zmierzałem cały czas przed siebie. Nie wiedziałem, że w tym moim zwykłym stawianiu kroków przekraczałem progi i granice na których inni się zatrzymywali. Widząc przed sobą czekające na mnie rarytasy, w ogóle nie brałem pod uwagę stopowania swego marszu. Coś popychało mnie dalej. Nie wiedziałem, że jest coś takiego jak jakaś blokada, mur czy inne paskudztwo. Moje przestrzenie życiowe nie posiadały żadnych ograniczeń. Dopiero po czasie, przyglądając się kolegom i przysłuchując się ich rozmowom, dowiedziałem się, że oni je mają. Wówczas nie wiedziałem, w jaki sposób wyrastały im tuż przed nosem, niczym mentalny mur. Teraz po latach wiem, że te przeszkody i ściany sami sobie budowali w umysłach. Wszystko co w swoich myślach wytwarzali, było realne w ich świecie. Ja nie miałem takich wyobrażeń i pomysłów. Mój umysł był otwarty; nawet nie wiedziałem, jak się go blokuje. W ogóle nad tym się nie zastanawiałem. Wiedziałem natomiast, że chciałem iść dalej i to było dla mnie najważniejsze. Przede mną wszystko było czyste i przejrzyste. Aż po horyzont.

Jedyne co nas łączyło, to wspólne zaskoczenie. Łapałem ich wzrok, w którym czaiło się pytanie: „Jak ty możesz iść dalej?”. Widzieli, że stawiałem stopy w miejsca, które oni uznali za nieistniejące. Nie mogli dotrzeć do tych miejsc, ponieważ powiedzieli sobie, że ich nie ma. Zdziwieni byli, że nie zginąłem lub nie stała mi się jakaś inna krzywda. Mówili, że tam jest koniec świata, ale zapomnieli dodać, że ich koniec świata, a nie mój. Dlatego zatrzymywali się nad przepaścią, jaką sami sobie wytworzyli, której ja w swoim życiu nie widziałem i nie znalazłem. U mnie teren był płaski i bez uskoków.

Z kolei ja zaskoczony byłem tym, że tak długo tkwią w jednym miejscu. Dziwiłem się, dlaczego nie wykonują kolejnego kroku w swoim młodym życiu. Widziałem, że zatrzymali się na skraju pięknej i kwiecistej łąki. Z niewiadomych dla mnie przyczyn, nie chcieli kroku na niej zrobić. Mieli przed sobą, wielką otwartą przestrzeń i widać było jak łąka drapała niebo w brodę. Przed sobą mieli mnóstwo otwartej przestrzeni, ale nie zdawałem sobie sprawy, że oni jej nie zauważają. Przed oczami mieli tylko to, co sami sobie stworzyli. Ja kreowałem inne widoki i przestrzenie, te których chciałem i pragnąłem.

Gdzie jest miejsce na rozwój? Czy mamy iść do przodu, dysponując mnóstwem możliwości, jakie daje nam świat? Czy lepiej nic nie robić, a przysłaniając dłońmi swe oczy, udawać, że nic w nim nie ma? Może przyglądać się wszystkiemu, co wokół nas się dzieje i pozostać tam, gdzie się stoi, siedzi lub leży? Widzę jednak, że świat prze do przodu, ponieważ jest ogromne przyzwolenie na wprowadzanie do powszechnego życia nowości. Wszak co chwila słychać o odkryciach, tego co do tej pory było nieznane. Kto to robi? Grzeczni czy niegrzeczni? Stojący w miejscu, bo tak im kazano, czy dociekliwi, niesłuchający nikogo oprócz siebie, przekraczający granice zaakceptowanego?

• Kogo do pracy przyjmuje renomowana restauracja? Grzecznego czy niegrzecznego kucharza?

• Kto otrzymuje dobry kontrakt w firmie naukowo-badawczej?

• Kto tworzy nowe utwory muzyczne?

• Kto ratuje z upadku bankrutującą firmę?

• Kto ustanawia nowe rekordy w sporcie?

• Kto układa receptury, aby powstały nowe kosmetyki?

• Kto pisze nowe aplikacje do telefonów?

• Grzeczny czy niegrzeczny architekt otrzymuje zlecenie na projekt nowego budynku biblioteki w mieście?

• Kreatorzy mody są grzeczni czy nie?

• Itd., itd., itd.

Cały świat pędzi do przodu, dzięki wprowadzanym nowym myślom do niego. To wszystko dzięki NIEGRZECZNYM osobom. Nowe jest niegrzeczne. Przekracza granice tego, co znamy, co jest klepnięte i zaakceptowane. Tego, do czego ludzie się przyzwyczaili. To obecnie znane i lubiane, kiedyś także było niegrzeczną nowością. Na przykład samochodów 200 lat temu na świecie nie było. Stworzyli je niegrzeczni ludzie. W czasie trwania prac nad pierwszymi prototypami, niejeden grzeczny kolega pukał się po głowie, widząc, co wyprawiają jego niegrzeczni kompani będący według niego wariatami. Doradzał im, aby się opanowali:

— Co sąsiedzi, znajomi i twoja rodzina powie na te głupie wybryki? Jak zareagują? Tak nie można żyć! Głowa ciągle w chmurach. Przecież niemożliwym jest, aby to jeździło!

Znacie to? A co z milionami ulepszeń i naniesionych poprawek, od pierwszych testów do dnia dzisiejszego? Kto je projektował?

Bycie grzecznym, oznacza bycie posłusznym tym, którzy chcą zachować i utrzymać stan obecny, znany i dopuszczony przez większość. Oznacza nic więcej, jak tylko poruszanie się po wydreptanych i znanych ścieżkach, nie nanosząc na nie żadnych istotnych zmian. Jest chodzeniem od lat w kółko po tym samym terenie. Nowe roślinki na nim nie wzrastają; trudno o to na martwym i ubitym klepisku. Trawa i bujne rośliny oczyszczające powietrze rosną w miejscach, w których grzeczni boją się postawić swoje stopy. Myślą, że poza znanym szlakiem, istnieje tylko bagno lub urwisko. Ci, którzy przekraczają granice tego, do czego większość się przyzwyczaiła, są osobami stale poszukującymi. Ulepszają to, co zdecydowana większość chciałaby pozostawić takim, jakie teraz jest. Obrońcy starego chronią to, co znają. Na pewno nie dlatego, że jest takie rewelacyjne i niezastąpione. Po prostu jest oswojone.

Wyobrażacie sobie, że właśnie dziś moglibyśmy zatrzymać wszystko na świecie? Ludzie przestają cokolwiek robić. Nie dokonują żadnych działań i zmian w życiu osobistym i zawodowym. Przerywają potoki swych myśli — tych bzdurnych i tych twórczych. Nie okazują światu żadnych emocji. Czy wyobrażacie sobie coś takiego? Czy może nastąpić zatrzymanie wszelkich rozpędzonych procesów? Czy da się zatrzymać pracę naszego organizmu? Trawienie, rośnięcie włosów, paznokci? Jesteście w stanie wstrzymać swój oddech na 10 lat? Czy można zablokować rozwój przyrody, biznesu, ruch pojazdów na ulicach? Uważam, że to niemożliwe. Życia nie da się zablokować. Dlaczego? Dlatego, że my wszyscy cały czas przemy do przodu, żyjemy codziennymi radościami i borykamy się ze sprawami, jakie należy załatwić, a przez to — chcąc nie chcąc — ciągle stawiamy kroki przed siebie. Wszystko jest rozpędzone, większość z nas tego nie zauważa i się nad tym nie zastanawia.

Ale było by za nudno, gdyby nie istniała na tej planecie grupa ludzi, która od lat twierdzi, że nie potrzebuje rozwoju, oraz czuje się nieszczęśliwa, jeśli ma coś nowego poznać. Ludzi także. Wszystkim głośno powtarzają znane hasło:

— Nie lubię żadnych zmian w swoim życiu!

Jeśliby dokładnie im się przyjrzeć, jedno akceptują a drugie odrzucają. Mały przykład. Nie odmówią w ich domu miejsca nowym i funkcjonalnym atrybutom techniki. Kupując do niego urządzenia, pozbywają się starych rzeczy. Ale przecież ich znajomi wiedzą o tym, że żadnych zmian we własnym życiu nie lubią. Kilkanaście kartek można zapisać w tej i na stronach innych książek o „zmianach jakich nie lubią”, a w których z radością uczestniczą. Co innego deklarują, a co innego robią. Życiowa norma.

Nasza egzystencja jest ciągłym tropieniem życia. Czy to akceptujemy, czy nie, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie. Zapraszam każdego do zatrzymania się na chwilę, aby zauważyć to, co jest obok i w was samych. Uchwyćcie swe myśli. Będziecie zaskoczeni wynikami. Życie jest permanentnym poszukiwaniem i poszerzaniem informacji o sobie i otoczeniu. Jeśli zrozumiemy, że nigdy nie nastąpi unieruchomienie jego, to zaczniemy inaczej podchodzić do siebie i wszystkiego, co jest wokół nas. Zaczniemy przyjmować całość z otwartymi ramionami, sercem i umysłem.

Życie jest żywym organizmem. Stale pracuje i rozwija się dla nas. Jest czującym stworzeniem i robi wszystko, abyśmy mogli się kształtować i to bez zbędnych przerw. Choć z wbudowanym lenistwem, podświadomie szukamy jak największej liczby przerywników. Siedząc i popijając kawę na tarasie swego domu, ciągle myślimy. Myśl jest stale w ruchu, a przez nią także niezauważanie się doskonalimy.

Życie interesuje się każdym z nas. Zależy mu na naszych postępach, jesteśmy jego oczkiem w głowie. Dobrze, abyśmy wiedzieli, że otrzymujemy od niego, nieskończenie wiele możliwości, aby dojrzewać. W taki sam sposób rozwijają się owoce na drzewie. Na początku niewielkie i gorzkie, aby po jakimś czasie urosnąć, by stać się w końcu słodkimi i dorodnymi. Dla lepszego wzrostu otrzymują podmuchy wiatru, przyjmują ogrzewające promienie słoneczne. Ich skórki są obmywane rześkimi kroplami deszczu. Ze spokojem i w uniesieniu wsłuchują się w subtelny i kojący śpiew ptaków siedzących na sąsiedniej gałęzi. Ufają i przyglądają się temu, czego doświadczają. Wesoło oczekują zmiany swego otoczenia i własnej postaci. Wiedzą, że wszystko ma swój cel.

Wszelkie bodźce jakie odbieramy w naszym życiu, są dla nas specjalnie przygotowanymi sprawdzianami. Codziennie dojrzewamy jak wyżej wspomniane owoce. Z perspektywy czasu wszystko czego doświadczamy wzmacnia nas i buduje. To normalne. W tym czasie jest ciężej niż przy nierobieniu niczego. Ale kiedy po testach przychodzi podsumowanie, widzimy, że stajemy się pełniejsi, jakbyśmy na nowo się narodzili. To jest proces nie do zatrzymania.

Chęć powrotu do przeżytych chwil oraz próby przeszczepienia tego, co minęło, jest mechanizmem znanym każdemu. Życie przeszłością a nie teraźniejszością, jest rozpowszechnionym wśród ludzi pożeraczem czasu. Ze łzami w oczach, pojawiają się wspomnienia przyjemnych chwil sprzed lat. Jest to wybiórcza selekcja ludzkiej pamięci, ponieważ wiadomo, że w przeszłości bywało różnie — raz lepiej innym razem gorzej, ale tylko przyjemne obrazy są akceptowane i pożądane, a niemiłe odrzucane. Jest to świadome stosowanie trików, przez siebie, na sobie i przed samym sobą. Następuje przeszukiwanie własnej pamięci, aby wyłowić tylko to, co niosło bohaterowi samą rozkosz. Ci słynni historycy, zagłębieni w poszukiwaniu minionych czasów, nie chcą skupiać się i tworzyć obecnego życia — w tym momencie, tu i teraz. Są stale zanurzeni w otchłani tego, co już nie powróci. Niestrudzeni archeologowie bez żadnych przerw grzebią we własnej pamięci, nie mając innego pomysłu na zagospodarowanie mijających minut w trakcie swego całego życia.

Nie szanują tego momentu, który właśnie TERAZ bezpowrotnie przeminął. O, właśnie TERAZ minął, w tej sekundzie. Wzdychają do niego następnego dnia, kiedy nie mogą nic w nim zrobić. W chwilach, które minęły, nie dokona się już żadnych zmian, już się ich nie zmodyfikuje. One są bezpowrotnie zamrożone. Kostnieją. Będąc tego świadomym, wie się, że w obecnej chwili można zrobić dosłownie wszystko. Tak jak ja jestem obecny w TEJ chwili. Właśnie TERAZ, ważąc słowa i pisząc je w tej książce. TERAZ jest u każdego, w danym momencie. Chodzi o to, aby zdawać sobie z tego sprawę. Skupiając się na tym, co w danej chwili się robi i o czym się myśli. Tę chwilę można modyfikować, bo jest TERAZ, czyli mamy na nią wpływ. Możemy w nią zaingerować. Jednak większość czasu ludzie łapią się na tym, że wybiegają myślami, nie wiadomo gdzie. Nieupilnowane myśli same biegają w chaosie po głowie myślicieli, docierają tam, gdzie mają ochotę. Czyli jednym słowem — wyglądają jak rozbiegane stado owiec, pasące się na rozległym pastwisku bez żadnego ogrodzenia. Większość osób do końca nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ważne w jego codziennym życiu są uporządkowane myśli. Gros z nich nie wie, co potrafiliby zrobić, gdyby je kontrolowali.

Człowiek nie jest obecny w TEJ chwili, w której żyje, w której TERAZ JEST. Siedząc na sofie, myślami cofa się i wspomina to, co się działo godzinę temu lub co przeżył wczorajszego dnia. Wieczorem, leżąc na kanapie, oglądając programy telewizyjne, myśli o minionym przedpołudniu lub o sobocie sprzed dwóch tygodni. Nie ma go DZIŚ, nie żyje OBECNĄ chwilą. Żyje czasem przeszłym, do jakiego już za żadne skarby nie uda mu się wskoczyć. Twierdzi, że tamte chwile były lepsze, niż te TERAZ. Potwierdzam, że ma rację. Wcale mu się nie dziwię, że nie chce przebywać w teraźniejszości. TERAZ jest jak bezpańskie psy, spuszczone ze smyczy. One nie mają gospodarza, nikt wokół nich nie chodzi i nikt ich nie dogląda. Nikt się o nie troszczy. Automatycznie więc, niejako z założenia zawsze będą gorsze, od tych często odwiedzanych i głaskanych. Czasy dzisiejsze same chodzą po podwórku, stale niedożywione i nienapojone. Mają na sobie brudne i podarte rzeczy oraz sklejone z brudu włosy. Ich właściciel nie jest przy nich obecny. Właśnie widzimy go, jak po raz kolejny myślami powrócił do wakacji z zeszłego roku. W TEJ chwili TU, nie ma go! Dlatego też, przebywając gdzie indziej, nie ma czasu na dbanie o dzień dzisiejszy! Nie buduje z powodzeniem obecnej chwili. Cały czas żyje na wstecznym biegu.

Tak samo jest w przypadku osób, które stale myślą o swojej przyszłości. Gdy ta przez nich długo wyczekiwana chwila następuje, nie podejmują działań w TYM momencie, bo czekają na inny, który według ich wyobrażeń będzie o wiele ciekawszy niż ten, jaki przed sekundą otrzymali. To trochę przypomina zakreślanie cyfr w totku u niezdecydowanej osoby.

— Może to będzie 6, 15, 32, 43 i 2 albo nie. Teraz będą dobre: 3, 17, 12, 41 i 1.

I tak bez końca. Można też podać przykład oczekiwania na pociąg przez wybrednego pasażera, który chce wsiąść do najwygodniejszego i najczystszego wagonu. W tym dniu już piąty skład zdążył mu odjechać. W poprzednim tygodniu przepuścił ich aż 26. Według niego fotele do siedzenia nie wyglądały na wygodne. I tak mijają mu lata — na wypuszczaniu z rąk tysięcy niewykorzystanych sytuacji. One dawały możliwość popracowania na nich i przystosowania ich do swoich potrzeb. Jednak już minęły i nie można ich przywrócić. Mechanizm jest ten sam, jak u osób stale żyjących przeszłością. Działa identycznie w obu kierunkach czasowych. Jedni siedzą głowami w czasach przeszłych, a drudzy, są w tych, jakie jeszcze nie nastały. Osoby te tracą bezpowrotnie TEN moment z dnia dzisiejszego. Przebywając długie okresy w innych wymiarach, nie zauważają, że to co mogą dziś realnie tworzyć dla siebie — na przykład ciekawy dzień czy spokojna noc — są tuż obok nich, na wyciągnięcie ręki. TERAZ. Czasy DZIŚ czekają tylko na podstawową uwagę i aktywność ze strony zastanawiających się. Jednak nic obecnie się nie dzieje, ponieważ MYŚLICIELE nie zajmują się TYM DNIEM. Dzień dzisiejszy nie jest zagospodarowany w życiu rozmyślających, dlatego, że ich w TYM momencie i w TYM miejscu nie ma! Grzebią w przeszłości i przyszłości, a tego nie da się wkleić do teraźniejszości. Doba ma jedynie 24 godziny. Nie mamy trzech dób sprasowanych w jedną. Czyli pierwszej na wspomnienia, drugiej na myślenie o przyszłości i trzeciej na bycie w teraźniejszości. Minuty nie są zamienne jak części w samochodach, one bezpowrotnie przemijają.

Kto z was żyje DZIŚ?

Kiedy kilku osobom z najbliższej rodziny powiedziałem, że jestem na etapie pisania książki o moich 18 latach życia osobistego i zawodowego, widziałem nie tylko lekkie kiwanie głowami, ale usłyszałem także: „Przecież nie jesteś pisarzem, nie rób tego. Nie szkoda ci czasu?”. Pewnie po to taka reakcja, aby zmobilizować mnie do jeszcze wydajniejszej pracy nad książką. Sądzę, że gdybym był dzieckiem, oficjalnie otrzymałbym od nich reprymendę za głupoty chodzące po mojej głowie i aby lepiej „panować” nade mną, od razu musiałbym siadać, czegoś tam się uczyć lub sprzątać swój pokój. W taki sposób u niezliczonej liczby dzieci zabija się miliardy pomysłów, których „nie da się zrealizować!” Kolejne moje „ulubione” powiedzenie, oprócz słowa „grzeczny”. „NIE DA SIĘ!” Na szczęście dziś mam trochę więcej niż 15 lat.

Kiedy mówiłem im o tym, byłem już w trakcie jej tworzenia. Ważne! Ja informowałem ich, a nie prosiłem o zgodę na moje działanie. Na to, co wypływa z mego serca nie potrzebuję otrzymywać od kogoś zielonego światła. Dlaczego realizacja moich pomysłów miałaby być uzależniona od stanu świadomości i wypowiedzi innych osób? Czułem chęć pisania i to wszystko. W życiu sam sobie udzielam zezwoleń na moje ruchy. Nadzorcy są w wielu miejscach na ziemi, ja ich nie potrzebuję. Jeśli miałbym cokolwiek w nim robić, a moje decyzje byłyby uzależnione od dobrego humoru innych osób, to dawno przestałbym żyć własnym życiem. To byłoby ich życie a nie moje. Wielu „pilnujących” życia innych osób, pogubiło się w tym. Są tak mocno zaangażowani w ingerowanie u innych, że nie wiedzą lub zapomnieli o tym, że mają własne.

Gdybym tylko słuchał tych, którym w zaufaniu powiedziałem o moich pomysłach i ściśle wprowadzał do mojego życia tylko ich zalecenia, większość moich skrystalizowanych myśli nie ujrzałaby światła dziennego. Tej książki także na oczy byście nie widzieli. Słuchajcie siebie i nie bójcie się realizować swoich rozwiązań. To ważne, ponieważ potwierdzacie, że żyjecie i to jest wasze!

Nie słuchajcie oponentów, oni nie wiedzą, co jest dla was najlepsze. Tylko wy o tym wiecie. Oni jednak spełniają bardzo ważną rolę w waszym życiu. Są po to, aby wzmocnić w was, waszą wolę i determinację w dążeniu do spełniania waszych celów.

Proszę przyjrzyjcie się swemu życiu. Czy nie mieliście u siebie, podobnych prób hamowania was. Może jakaś wydarzyła się niedawno? Może we wcześniejszych latach chcieliście powołać coś do życia? Pamiętacie, jak przebiegała wasza rozmowa z najbliższymi? Mogło tak być, że wszystko świetnie ułożyło się dla was, dla pomysłu i dla rodziny, ale o tym nie ma co pisać, bo rzadko tak się zdarza. Statystycznie rzecz ujmując, można z góry założyć, że biegliście mocno podekscytowani do najbliższych z super nowiną, czyli waszym świeżutkim pomysłem, chcąc im jak najszybciej o nim opowiedzieć. Dumni, z wysuniętą piersią, lecieliście do nich jak na skrzydłach. Jednak nie spodziewaliście się, że wasza euforia tak szybko ostygnie, niczym włożony do zimnej wody, rozgrzany do czerwoności miecz wykuwany przez płatnerza. Było słychać jeden ogólny SYK. To było wspólne spotkanie, ale nie rozmowa. To była egzekucja w narzuconym wam monologu. W krótkim czasie odebraliście tak wiele mocnych i nokautujących ciosów, że aż dziw bierze, że o własnych siłach wyszliście z tamtych pomieszczeń. Na okładanie po karku i nerkach nie byliście kompletnie przygotowani. Zwłaszcza, ze strony bliskich. W codziennych potyczkach biznesowych z obcymi zakładacie na siebie mały pancerz. Ale do rodziny biegliście bez osłony, nie trzymaliście w dłoniach żadnej broni. Przecież ufaliście im. Doprecyzuję — kiedyś im ufaliście. W krótkim czasie dotknęliście trzech różnych stanów: uniesienia — zaskoczenia — wycofania.

Przygnieceni słowami, jakich szkoda tu używać, zostaliście sprowadzeni do parteru, a nie chcieliście poruszać się tuż przy jego powierzchni. Waszym marzeniem było wzniesienie się na wyższe rejony, tam, gdzie lżej się funkcjonuje. Obserwujecie tych, którzy w różnych zakątkach świata urzeczywistniają swoje pomysły. Oni ze spokojem siebie realizują. Z nich bierzecie przykłady, są dla was wzorami. Po wysłuchaniu ciężkich słów od „najbliższych”, zgaszeni schowaliście się przed życiem. Wiedzieliście, że wpadliście na dobre pomysły, ale po otrzymaniu ciosów nagle przestaliście w to wierzyć.

Co musicie u siebie zmienić i co odbudować w sobie, aby przeszkadzający wam w waszym rozwoju byli tylko małymi latającymi owadami, na które nie będziecie zwracali żadnej uwagi? Kim musicie się stać, aby nie zezwolić na cykliczne ścięcia waszych mądrych głów? Można powiedzieć, że jesteście fenomenem biologicznym na skalę wszechświata. Co jakiś czas ścinana głowa odrasta, ale czy ona ma, taką samą jakość? Sami o tym pomyślcie.

Jak to możliwe, że tak szybko coś świetnego stało się niczym? Dlaczego zgasło w waszych oczach to rozwiązanie, wcześniej uznane przez was za rewelacyjne? Kim są ci, którzy zezwalają (lub nie) na realizowanie waszych własnych życiowych pomysłów? Jesteście ich niewolnikiem czy rodziną? Proszę weźcie pod uwagę to, że wy na to zezwoliliście i tylko wy możecie to ukrócić. Zmiany nadejdą, jeśli ich zechcecie. Jeśli jest wam dobrze, to zostańcie w tym miejscu. Wy podejmujecie decyzje.

Podejrzewam, że nie raz pomysły jakie wyrzuciliście do śmietnika, słuchając grzecznie wskazówek „znających się na rzeczy”, po jakimś czasie mogłyby okazać się świetnymi projektami. Ale to nie nastąpiło, ponieważ nie daliście im szans. Nie cofniecie czasu. On już przeminął.