Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 156 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ślubny skandal - Kim Lawrence

Mari Jones została wzięta za kochankę żonatego mężczyzny i publicznie upokorzona przez milionera Sebastiana Reya-Defoe. To wydarzenie położyło się cieniem na kolejnych latach jej życia. Gdy dowiaduje się z gazet o planowanym małżeństwie Sebastiana, postanawia się mu odpłacić. Wywołuje skandal w kościele, doprowadzając do odwołania ślubu. Nie przewidziała tylko, jakie poniesie konsekwencje. Teraz to ona będzie musiała wyjść za znienawidzonego Sebastiana…

Opinie o ebooku Ślubny skandal - Kim Lawrence

Fragment ebooka Ślubny skandal - Kim Lawrence

Kim Lawrence

Ślubny skandal

Tłumaczenie

PROLOG

Blaisdon Gazette. 17 listopada 1990

Nad ranem rzecznik szpitala poinformował, że stan bliźniąt znalezionych wczoraj na schodach kościoła pod wezwaniem Świętego Benedykta, jest poważny, ale stabilny. Policja wciąż poszukuje matki, która najprawdopodobniej wymaga pomocy lekarza.

London Reporter. 17 listopada 1990

Kamień węgielny pod budowę nowego skrzydła szpitala położył wnuk zmarłego niedawno Sebastiana Reya, który nosi imię po swoim dziadku, znanym filantropie. Siedmioletni Sebastian, zastępujący w obowiązkach swojego ojca, kapitana narodowej drużyny polo w Argentynie, jest synem znanej w towarzystwie lady Sylvii Defoe. W przyszłości ma odziedziczyć rodzinną fortunę wraz z posiadłością Mandeville Hall w Anglii. W wypadku, w którym zginął jego dziadek, chłopiec odniósł tylko lekkie obrażenia.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

14 lutego 2008

– Czy możesz mi łaskawie wytłumaczyć, dlaczego mam rezerwację w hotelu o nazwie Różowy Jednorożec? – Grymas zniesmaczenia aż wykrzywił usta Sebastianowi.

– Tak mi przykro. – Jego irytująco pogodna asystentka udała, że nie słyszy sarkazmu. – Są walentynki i w promieniu dwudziestu mil nie było ani jednego przyzwoitego hotelu, który miałby wolne pokoje. Kraina Jezior cieszy się ogromną popularnością wśród zakochanych. Za to hotel ma świetne recenzje w przewodnikach. Twój pokój jest… jak to szło? Już sobie przypomniałam: przeuroczym klejnotem w starym stylu…

– Litości – jęknął tylko, wyobrażając sobie poroża jeleni na ścianach. I jeszcze ta nazwa!

– Och, nie narzekaj! Masz szczęście, że akurat zwolniło im się miejsce. W przeciwnym razie nie wiem, gdzie byś nocował.

– Zwalniałem już ludzi za drobniejsze przewinienia. Jestem bezlitosnym człowiekiem. Na pewno o tym czytałaś.

Nie dalej jak zeszłym miesiącu w dodatku do pewnego popularnego dziennika ukazał się artykuł, który, mimo że wywołał od razu lawinę protestów w poważnej prasie finansowej, pozostawił wrażenie, że bogactwo Sebastiana mogło być co najmniej w części efektem bezlitosnej pogardy dla zasad etyki.

– A gdzie ja znajdę kogoś z tak pokręconym poczuciem humoru?

– Myślisz, że żartuję? – uśmiechnął się i mruknął z rezygnacją: – Różowy Jednorożec? Kto, do diabła, wymyślił tak głupią nazwę?

Wkrótce i o tym miał się przekonać. Nazwę niewątpliwie wymyślili ci sami ludzie, którzy przy temperaturze około zera stopni wysadzili biedaka z gitarą na trawnik przed hotelem, aby w lutowy wieczór śpiewał kręcącym się po dziedzińcu parom smętne ballady. Zemdliło go na sam widok. Jeśli tak ma wyglądać miłość, to niech ją sobie zabierają razem z tymi wszystkimi serduszkami… Ale czy można się było spodziewać czegoś lepszego po dniu, którego punktem kulminacyjnym okazał się mandat za parkowanie zostawiony przez nadgorliwego strażnika? Sebastian miał ogromną nadzieję, że będzie to udany dzień. Jego trzynastoletnia przyrodnia siostra Flora otrzymała nagrodę w szkolnym konkursie naukowym. Oczywiście, przyjechał. Co ciekawe, pojawiła się także ich matka, lady Sylvia Defoe.

Powinien od razu wiedzieć, że to się nie może dobrze skończyć, ale kiedy wkroczyła do sali, witana cichnącymi rozmowami i pełnymi zachwytu spojrzeniami, Sebastian postanowił darować sobie wszelkie komentarze. Lady Sylvia Defoe zbliżyła się do swojej córki, lecz zamiast pogratulować, spojrzała na jej twarz i zapytała, czy coś stosuje na te wypryski. Nie omieszkała dodać, że sama nigdy nie miała problemów z cerą. Po tym wstępie odpłynęła w stronę innych gości i jakby jej było mało, zaczęła otwarcie flirtować z każdym mężczyzną, który stanął na jej drodze. Sebastian przyglądał się temu z rosnącym gniewem, jednak szczyt wszystkiego był dopiero przed nim. Idąc korytarzem, dostrzegł kątem oka jakiś ruch w jednej z sal. Zawrócił i kogóż tam zobaczył? Swoją matkę z nauczycielem biologii, który dwadzieścia minut temu w rozmowie chwalił się swoim niedawnym ślubem. Drzwi od klasy były szeroko otwarte i każdy mógł ich zobaczyć. Matka wprost uwielbiała być w centrum wydarzeń.

Wszedł do środka, podał zażenowanemu mężczyźnie chusteczkę, który szybko wytarł ślady szminki z ust, i kazał mu poszukać żony. Poczekał, aż ten opuści klasę i przyciszonym, ale wściekłym tonem zwrócił się do matki:

– Co ty wyprawiasz?

– Doprawdy nie wiem, o co ci chodzi, Sebastianie. Dlaczego nie mogę się trochę zabawić? Twój ojciec ma romans z tą okropną… – zaszlochała demonstracyjnie i łzy jak na zawołanie popłynęły jej po policzkach.

– Mamo! Nie oczekuj ode mnie współczucia. Rozwiedź się, znajdź kochanka albo kilku, a potem znowu wyjdź za mąż. Mam dość tej nieustającej farsy. Jeżeli jeszcze raz urazisz Florę, przysięgam, że zerwę z tobą wszelkie kontakty.

Łzy przestały płynąć i przez moment matka rzeczywiście wyglądała na przerażoną.

– Powiedz, że nie mówisz tego poważnie.

Poczuł się jak ostatni drań, ale nie zamierzał ustępować. Musiał chronić Florę przed bezmyślnością jej własnej matki.

Z zamyśloną twarzą podszedł teraz do wejścia hotelu Różowy Jednorożec. Dookoła drzwi wisiały girlandy suszonych róż. Jeżeli do tego wszystkiego znajdzie różę na poduszce… Westchnął ciężko. W takim dniu jak ten cały świat oddychał miłością, a jego protesty nie miały sensu. Obejrzał się przez ramię, aby strzepnąć z płaszcza płatki śniegu. Spojrzenie ponownie prześlizgnęło się po twarzach gości stojących na zewnątrz. Łagodna pogarda malująca się w szlachetnych patrycjuszowskich rysach ustąpiła miejsca zdumieniu, a potem niedowierzaniu, gdy zatrzymał spojrzenie na jednej z twarzy. Nie zauważył wiele, poza tym, że miała na sobie chabrową sukienkę, którą najchętniej od razu by z niej zdjął. Zmysłowe ciało z bajecznie długimi nogami przywołało głęboko ukryte pragnienia. Oblizał wyschnięte wargi. Miał wrażenie, że skądś ją zna. W owalu twarzy, uśmiechu i ujmującym geście, który nakazał jej odchylić głowę, gdy zaśmiała się perliście, było coś niemożliwego do podrobienia. Patrzyła z zachwytem na padający śnieg. Miała pełne i zmysłowe usta. Oczy błyszczały w blasku latarni. Włosy spływały miedzianą kaskadą loków, sięgając szczupłej talii.

Chłodniejszy powiew wiatru przerwał zaklęcie, które kazało mu zastygnąć w bezruchu na dobrych parę chwil. Przymknął powieki i oddychał miarowo, mając nadzieję, że gdy je podniesie, zjawiskowa dziewczyna zniknie, okazując się ułudą po długim, męczącym dniu. Za długo był sam. Są rzeczy, których nie można było powierzyć nawet najbardziej niezawodnej asystentce. Takie jak na przykład życie!

Zastanawiał się właśnie, z którą z wielu przyjaciółek mógłby spędzić weekend, gdy do jego uszu doszedł jej śmiech. Niski, zmysłowy, nieprzypominający tak irytującego go zawsze kobiecego chichotu. W jego serce wkradła się zazdrość, gdy przeniósł spojrzenie na jej towarzysza. Mąż? Kochanek? Mężczyzna obrócił się, tak że Sebastian zobaczył jego twarz. Tym razem nie mógł się mylić. Wybranek rudowłosej ślicznotki był mężem lekarki Alice Drummond, którą Sebastian dobrze znał. Alice miała wymagającą pracę, a do tego dwójkę dzieci i męża, którego jedynym jak dotąd osiągnięciem było napisanie powieści w wieku dwudziestu lat. Od tamtej pory żył wspomnieniem swojego jednorazowego sukcesu i, jak mawiał, pracował nad czymś nowym.

Cóż, weekendy spędzane z rudowłosą o nieziemsko długich nogach musiały być naprawdę zajmujące. Sebastian zacisnął zęby i odwrócił wzrok. I znów w jego uszach zabrzmiał ten jej śmiech. Beztroski i tak seksowny, że coś w nim pękło. Najpierw jego matka, a teraz ta… Kolejna egoistka, która w imię przyjemności potrafi złamać komuś serce albo zniszczyć życie.

Gdzieś w najdalszym zakątku rozumu pojawiła się myśl, że to nie jest dobry pomysł, ale była ona zaledwie cichutkim głosikiem w porównaniu do fali oburzenia, która w tej chwili rozsadzała mu czaszkę. Ruszył przez trawnik pokryty bielą, gnany zemstą zimniejszą niż śnieg, który rozpadał się już na dobre.

– Mówisz więc, że Alice nie mogła dzisiaj przyjść – zagadnął Adriana.

Mari zachwiała się lekko, kiedy Adrian niespodziewanie ją puścił. A może odepchnął? Cokolwiek to było, nawet nie zauważył jej urażonego spojrzenia, ponieważ całą swoją uwagę skupił w tej chwili na osobniku, do którego należał zaczepny w tonie głos. Odruchowo odwróciła głowę w tym samym kierunku, w którym patrzył Adrian. Jeszcze zanim zdążyła uważniej przyjrzeć się atletycznej sylwetce w drogim, dobrze skrojonym płaszczu, poczuła zwierzęcą wręcz energię, którą emanował ten człowiek. Znieruchomiała, a gdy skierował na nią czarne, zniecierpliwione oczy, zupełnie odebrało jej mowę. Oczy należały do najprzystojniejszego mężczyzny, jakiego Mari oglądała w swoim życiu.

Stojący tuż obok ciemnowłosy Adrian, w którym się zadurzyła bez pamięci, gdy na zajęciach czytał studentom poezję, wyglądał przy nim niemal jak chłopak na posyłki. Był ładny, ale nie aż tak męski. Zakłopotana odsunęła od siebie te nielojalne przemyślenia, czekając, aż Adrian ją przedstawi. Ciekawe, czy nazwie ją swoją dziewczyną. W college’u musieli być dyskretni. Związki studentek z wykładowcami nie były dobrze widziane, mimo że, jak twierdził Adrian, było to zjawisko powszechne.

Z jakiegoś powodu Sebastiana rozsierdziło to, że nieznajoma okazała się z bliska jeszcze piękniejsza. Kocie oczy w odcieniu zachmurzonego nieba patrzyły na niego z ledwie skrywanym zaciekawieniem, pełne usta kusiły perłowym połyskiem, a jej skóra była tak jasna, że wydawała się niemal przezroczysta. Okazało się też, że złodziejki cudzych mężów mogą mieć na nosie uroczo dziewczęce piegi.

– Sebastian? Miło cię widzieć… Pozwól, że przedstawię… – Spojrzał zakłopotany na Mari, potem znów na Sebastiana. – To jest…

– Twoja kuzynka? – podsunął uprzejmie Sebastian.

– To nie tak, przysięgam! – Adrian aż się spocił. Jego towarzyszka stała obok bez słowa.

Rozmowy wokół nich przycichły. Wszyscy jakby wyczuli awanturę wiszącą w powietrzu i pilnie nadstawiając uszu, udawali, że nic a nic ich to nie obchodzi. Dziewczyna bezszelestnie przysunęła się do swojego kochanka, chcąc zapewne wziąć go w obronę, ale on tylko wyciągnął rękę, sygnalizując, żeby się nie zbliżała. W pięknych ciemnoniebieskich oczach odbiło się rozczarowanie. Sebastianowi prawie zrobiło się jej żal, ale potem przypomniał sobie ciągle zapracowaną Alice i wszystkie podobne do niej kobiety, które nie miały bladego pojęcia, jakim rozrywkom oddają się ich mężowie, kiedy nikt ich nie widzi.

– Alice pracuje czy została z dziećmi? – zapytał bez ogródek Sebastian. – Podziwiam ją, naprawdę – dodał. – Odpowiedzialna praca, dwójka dzieci i zdradzający mąż na dokładkę – zakpił bezlitośnie.

Mari czekała, aż Adrian coś powie. Cokolwiek! Powinien powiedzieć temu strasznemu człowiekowi, który pojawił się znikąd jak anioł zemsty, że to jakaś pomyłka. Adrian i żona? Niemożliwe, przecież były walentynki! Zjedzą teraz kolację, wypiją szampana, może pójdą tańczyć, a gdy rano obudzi się w jego ramionach, będą się z śmiać z tego nieporozumienia. Jednak jedynym dźwiękiem, jaki dotarł do jej uszu, były pełne zgrozy i niedowierzania szepty. Zerknęła w prawo, potem lewo. Zaczerwieniła się.

– No dobrze, mam romans – wydukał wreszcie Adrian. – Ale spójrz tylko na nią. Też nie mógłbyś się oprzeć!

Nadzieja opuściła Mari. Wszystko, co mówił ten groźnie wyglądający mężczyzna, było najprawdziwszą prawdą. Była tą drugą! O niczym nie wiedziała, ale wcale nie czuła się przez to mniej winna. Policzki piekły ją nieznośnie. Kiedy Adrian zamierzał jej powiedzieć? Zapewne nigdy.

Sebastian przeniósł wzrok na kobietę. Reprezentowała w tej chwili wszystko, czym pogardzał u kobiet. Mimo to nie panował nad pożądaniem, które zakiełkowało w jego ciele w tym samym momencie, gdy ją zobaczył. Podczas gdy umysł podsuwał mu najostrzejsze słowa krytyki, serce skłaniało się ku współczuciu.

Dlaczego wybrała tego żonatego zdrajcę, kiedy mogła mieć… Kogo? Ciebie?

Zignorował złośliwy podszept i tym razem zwrócił się do kobiety.

– Wiesz, że twój kochaś ma żonę i dzieci?

Mari skurczyła się pod oskarżycielskim spojrzeniem.

Jej milczenie tylko go rozsierdziło.

– Robisz to dla zabawy?

Zachwiała się. Tymczasem z ust Adriana popłynęła litania nieudolnych wymówek. Teraz każdy, kto tylko chciał, mógł usłyszeć, że biedny Adrian jest niewinną ofiarą.

– Nie mów o tym Alice, dobrze? To się już więcej nie powtórzy, przysięgam! – Błagalne jęki wzbudziły w Sebastianie falę jeszcze większego niesmaku.

– Myślałaś, że weźmiecie ślub? – kpił dalej.

– Nie chciałam… – ledwie dosłyszalny szept ostatecznie wytrącił go z równowagi.

– Nie chciałaś? – odparował i przysunął się o krok bliżej. – Myślisz, że to coś zmienia? Zrobiłaś z siebie szmatę. I zapamiętaj sobie, ślicznotko: mężczyźni chętnie biorą do łóżka takie jak ty, ale nigdy się z nimi nie żenią.

Miał rację. Mari drżała na całym ciele. Jej oczy powoli wypełniały się łzami. Zakryła dłonią usta i łkając, zaczęła się przeciskać przez grupę gapiów.

– Dobrze jej tak! – zażywny głos staruszki w okularach wyraził opinię, z którą zgadzali się chyba wszyscy, nawet Adrian.

Sebastian przez chwilę jeszcze obserwował ogniste włosy roztańczone wokół skulonych ramion.

Tytuł oryginału: The Sins of Sebastian Rey-Defoe

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Anna Jabłońska

© 2015 by Kim Lawrence

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2287-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.