Kuszenie Ewy - Kim Lawrence - ebook
Opis

Eve Curtis, porzucona przez ojca, ma dystans do mężczyzn i nie potrafi im zaufać. Praca wypełnia cały jej czas, ale gdy przyjeżdża do Londynu na ślub matki, w jej życiu pojawia się niezwykle przystojny włoski potentat finansowy Draco Morelli. W ciągu najbardziej pechowych dwóch dni w jej życiu ratuje ją z kilku opresji. I patrzy na nią, jakby była najpiękniejszą kobietą na świecie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kim Lawrence

Kuszenie Ewy

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nie lubiła się spóźniać, więc zacisnęła szczęki ze zdenerwowana. Oczywiście nie ma sensu martwić się rzeczami, na które się nie ma wpływu, jak mgła na lotnisku czy korek na drodze do miasta. Jeszcze jednak mniej sensu miało wpadanie do biura swojej firmy prosto z lotniska, ale taką już miała naturę i nic na to nie mogła poradzić. Eve, klucząc wśród tłumu wciąż w klapkach, które rozsądnie założyła na długi lot, wyjęła telefon. Patrzyła intensywnie w ekran, poruszając szybko palcami, gdy nagle ostre szarpnięcie niemal zwaliło ją z nóg. Odruchowo mocniej zacisnęła rękę na pasku przewieszonej przez ramię torby podróżnej, ale złodziej, rzucający półgłosem pod jej adresem niewybredne przekleństwa, miał po swojej stronie siłę i wzrost: był szczupły, ale wysoki i muskularny. Po krótkiej chwili szamotaniny miał już w swoich rękach torbę, z którą teraz uciekał.

‒ Złodziej! – krzyknęła zszokowana. – Ratunku!

Wszyscy musieli słyszeć jej krzyk, ale nikt nie reagował, dopóki wysoki, zakapturzony młodzik – jeśli jest jakiś stereotyp złodzieja, to był nim właśnie on! – który przepychał się łokciem w tłumie, trzymając jej torbę, nie wpadł na przechodnia, który jakoś nie chciał usunąć mu się z drogi.

Tłum co chwila przesłaniał jej widok, widziała więc jedynie, jak złodziej pada, klnąc przeraźliwie, na chodnik, obraca się z wyrazem wściekłości na twarzy w stronę nagłej przeszkody, jaka wyrosła mu na drodze, po czym… nagle zrywa się na równe nogi i bez torby gwałtownie ucieka.

Draco westchnął bezsilnie. Odruchowo chciał biec za złodziejem, ale był już mocno spóźniony, więc schylił się jedynie po skradzioną torbę, która w tym momencie otworzyła się i wysypała się z niej na chodnik cała zawartość. Zamrugał. Wszystkiego się tego ranka spodziewał, ale nie tego, że będzie stać po kostki w damskiej bieliźnie, szalenie seksownej, musiał przyznać, w dodatku w publicznym miejscu.

‒ Kuszenie Ewy… – przeczytał ręcznie wyhaftowany napis na metce jedwabnego stanika, leżącego na wierzchu kupki. Wściekle różowa szkocka krata zdawała się wskazywać na silną osobowość właścicielki, na ile znał się oczywiście na tych sprawach. Miseczka D… Tak jak miseczka Rachel, tyle że ona używała bardziej stonowanych odcieni. Westchnął ponownie. Tęsknił za wspaniałym seksem, jaki miał z Rachel, ale nie za nią samą – w sumie więc nie żałował, że wszystko się już skończyło. Gdyby tylko nie przekroczyła granicy… Zaczęło się od coraz częstszych komentarzy typu „my” i „nas”: możemy się zatrzymać u moich rodziców…, moja siostra zaoferowała nam ich domek zimowy, bo będzie pusty na Nowy Rok… Draco winił siebie za przyzwolenie na to, że trwało to i tak dość długo, ale co miał zrobić, skoro seks z Rachel był naprawdę niesamowity?

Do kulminacji doszło parę miesięcy temu, gdy przypadkowo wpadła na niego w środku ekskluzywnego centrum handlowego. Była to jedna z rzadkich w jego życiu okazji, by spędzić trochę czasu sam na sam z córką. Chcąc nie chcąc, przedstawił je sobie, a potem, w drodze do domu, usłyszał komentarz Josie:

‒ Ale tej nie złamiesz serca tak jak tamtym, prawda, tato?

No tak… Odkąd matka Josie go porzuciła, kobiety traktował jako chwilowe przyjemnostki, do których nie ma się co przywiązywać. Próbował trzymać córkę od tych spraw z daleka, no ale nie zawsze było to możliwe – zawsze można się było na przykład przypadkowo natknąć na kogoś w centrum handlowym.

‒ Niezły materiał – wymamrotał, przesuwając kciukiem po gładkim jedwabiu.

‒ To moje!

Zdeterminowane spojrzenie Eve spoczęło na staniku w szkocką kratę, który, jak miała nadzieję, stanie się hitem najbliższego sezonu.

‒ Jesteś Eve?

‒ Tak.

Odpowiedziała automatycznie, zanim zdała sobie sprawę, że facet, patrząc na metkę, nie mógł przecież wiedzieć, że Eve jest właścicielką firmy bieliźniarskiej i wybiera nazwy na projektowane przez siebie produkty. Inna rzecz, że nie wyglądała na rasową bizneswoman, do której pasowałaby tak luksusowa bielizna… Uznała, że lepiej będzie zmienić temat.

‒ Dziękuję, że zatrzymałeś tego złodzieja. To było naprawdę… wielkie – odchrząknęła. Czuła, jak przy tym szalenie przystojnym i atletycznie zbudowanym mężczyźnie przyspiesza jej puls, ogarnia ją fala nagłego gorąca, a żołądek zaciska się niczym pięść.

Podniosła oczy i przyjrzała się dokładniej jego twarzy: wyraźnie zarysowanym kościom policzkowym, klasycznej, kwadratowej szczęce, zmysłowym ustom i długim rzęsom…Tak, był niezwykle przystojnym, być może najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała z tak bliska. Nic dziwnego, że jej ciało zaczynało przy nim szaleć. Zauważyła też cienką białą bliznę koło ust, być może ślad po upadku z roweru, gdy miał pięć czy sześć lat. Na twarzy mężczyzny taka dyskretna blizna nie wywoływała jednak odrazy; wręcz przeciwnie, dodawała jej aury zawadiackiej szorstkości i kazała się domyślać pełnych niebezpieczeństw przygód, przez jakie zapewne przeszedł w swoim młodzieńczym życiu.

Myśl, że jest uważany za bohatera, bo stał nieruchomo i pozwolił, by złodziej na niego wpadł, wywołała u niego ironiczny uśmiech.

‒ Nic takiego – odpowiedział, patrząc to na miseczkę D, to znów na stojącą przed nim kobietę, która delikatnym, ale stanowczym ruchem wyjęła mu biustonosz z rąk. Tyle że… Ten stanik nie mógł być jej, jako że zdecydowanie nie miała miseczki D. Właściwie, przyjrzawszy jej się uważniej, był prawie pewien, że w ogóle nie miała na sobie stanika, mimo dość chłodnej, londyńskiej aury. Pytające spojrzenie mężczyzny krążyło po jej małych, ale jędrnych piersiach, unoszących się w prędkim rytmie pod luźną białą koszulą.

Eve poczuła na sobie jego spojrzenie i zarumieniła się jeszcze bardziej, mimo że wiedziała, że jest wystarczająco „chroniona”. Nic nie mogło być bardziej zakrywające niż jej koszula: wszystko ściśle przylegające do ciała drażniło małą rankę poniżej łopatki, która nie do końca się jeszcze zagoiła.

‒ Dziękuję – powtórzyła, próbując wlać w swe słowa nieco ciepła, co zwykle nie przychodziło jej łatwo. By chuchać na zimne, zapięła kurtkę, uważając, żeby nie ścisnąć za mocno ramienia. Do przyszłego tygodnia powinno się zagoić na tyle, by mogła ponownie założyć stanik.

‒ Naprawdę masz na imię Eve? – Zaciekawione spojrzenie błądziło po jej twarzy. Jeśli biblijna Ewa posiadała tak ponętne i zachęcające usta jak ona, mógł zrozumieć, dlaczego Adam dał się skusić…

‒ Tak. A ty jesteś Adam? – odpowiedziała swoim starym tekstem, przygotowanym na podobne sytuacje, które zdarzały jej się dość często.

‒ Nie, jestem Draco. Ale jeśli chcesz, możesz do mnie mówić Adam.

‒ Zachęcająca oferta, ale wątpię, żebyśmy jeszcze kiedykolwiek mieli okazję ze sobą rozmawiać.

Podziękowała mu raz jeszcze, wepchnęła stanik i resztę bielizny do torby, po czym, kiwnąwszy na pożegnanie głową, ruszyła dalej.

Frazer Campbell, będąc człowiekiem drobiazgowym, doczytał tekst listu, po czym poprawił okulary-połówki i zaczął czytać od początku. Draco próbował pohamować irytację.

‒ Zakładam, że to pusta groźba? – spytał, po czym zaczął krążyć niespokojnie po pokoju niczym zamknięta w klatce pantera.

List, choć upstrzony zdaniami mającymi przypominać język prawniczy, był napisany ręcznie; pismo należało do jego byłej żony, słownictwo już niekoniecznie… Draco podejrzewał, że ktoś jej przy tym pomagał, i domyślał się, że musiał to być narzeczony jego byłej, Edward Weston, który otrzymał niedawno miejsce w parlamencie dzięki rodowemu nazwisku. Domyślał się też powodu: sprzedawanie się brytyjskiej opinii publicznej jako obrońca wartości rodzinnych było trudne, dopóki przyszła żona nie interesowała się niemal w ogóle życiem porzuconej przed laty córki. Draco nie znał osobiście Westona, ale słyszał parę razy jego dowcipy w wywiadach telewizyjnych; musiał przyznać, że były nawet śmieszne.

Tyle że jedyną rzeczą, z której Draco absolutnie nigdy się nie śmiał, był los jego córki.

‒ Formalnie to nawet nie jest groźba, prawda? – rzucił w stronę siedzącego mężczyzny, szukając w jego oczach potwierdzenia.

Frazer, starszy od niego o dobrych kilkanaście lat i lekko już siwawy mężczyzna, wygładził papier dłonią i położył go z powrotem na biurku, gdzie wylądował przed chwilą, zmięty wściekle w kulkę.

No jasne. Edward Weston nie był przecież idiotą, by narażać się przedsiębiorcy z wpływowej rodziny włoskiego pochodzenia, który znany był z wielu rzeczy, ale na pewno nie z nadstawiania drugiego policzka.

‒ Mam mówić szczerze? – zapytał Frazer, ściągając na czołem brwi.

Draco posłał mu w odpowiedzi zdziwione spojrzenie.

‒ Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdybyś się ożenił – powiedział Frazer tonem, w którym Draco dosłyszał lekką złośliwość. ‒ Twoja córka miałaby wtedy w swoim domu… ‒ sięgnął po list, by zacytować: – „stabilny kobiecy model wychowawczy”.

Frazer uśmiechnął się, przytaczając tę frazę, ale Dracowi nie było bynajmniej do śmiechu. Z głębokim westchnieniem osunął się na fotel po drugiej stronie biurka.

‒ Prędzej już wprowadzę się z powrotem do matki.

Drugi mężczyzna aż parsknął, przypominając sobie panią Veronicę Morelli, którą miał zaszczyt swego czasu poznać.

‒ Stary – mówił dalej Draco, nie podzielając dobrego humoru rozmówcy. ‒ Przychodzę do ciebie jak do przyjaciela, a nie prawnika. Nie stać by mnie zresztą było na twoją stawkę.

Starszy mężczyzna znowu parsknął. Draco Morelli urodził się w rodzinie opływającej w bogactwa i przywileje; teoretycznie mógł nic nie robić i mieć za co żyć przez sto kolejnych lat, ale był z natury przedsiębiorczy i ku uciesze jego włoskiej rodziny przez ostatnie dziesięć lat dokonał serii finansowych inwestycji, które sprawiły, że w kręgach finansjery nazwisko Morelli zaczęto utożsamiać z sukcesem. Małżeństwo Draca było wprawdzie kompletną klęską, ale dało mu przynajmniej córkę, którą uwielbiał. Nie na tyle jednak, by dla jej dobra pakować się w kolejny kłopot.

Miewał romanse, najczęściej krótkie, bez wielkich porywów serca. Seks był dla niego fizyczną potrzebą; po co, powtarzał sobie, łączyć z tym od razu uczucia?

‒ Wspomina o prawach rodzicielskich… – przypomniał, nawiązując do listu, który parę minut temu zmiął. – Tak jej pewnie kazał napisać ten Weston.

Obecny facet jego byłej był zaskakującym wyborem jak na kobietę, która najchętniej spotykała się ze znacznie młodszymi od siebie mężczyznami. Draco wątpił, by związek ten miał potrwać dłużej, a jeśli przypadkiem się mylił… No cóż, niech im Bozia da jak najlepiej. Byleby tylko nie próbowali zniszczyć pięknie rozkwitającego życia jego córki!

‒ Lubię Clare… – powiedział w zamyśleniu Draco. – Nadal, po tym wszystkim, co nawyprawiała, lubię ją w jakiś sposób, ale nie powierzyłbym jej opiece nawet kota, a co dopiero wchodzącą w dojrzałe życie nastolatkę – dodał, potrząsając zdecydowanie głową.

Już dawno temu wytłumaczył sobie, że gdy rozdawano gen odpowiedzialności, Clare po prostu nie było nigdzie w pobliżu. Josie miała trzy miesiące, gdy jego była poszła na zabieg na twarz i manikiur, z którego… nie wróciła. Zostając samotnym rodzicem jako dwudziestolatek, Draco musiał nauczyć się paru umiejętności bardzo szybko – ale w tym akurat był dobry. Ojcostwo było dla niego nieustającym wyzwaniem, tak jak odpieranie prób wpływania na swoje i córki życie przez jego matkę. A pani Morelli najwyraźniej wmówiła sobie, że tym razem znajdzie odpowiednią partię dla swego syna.

‒ Pisze, że chce odzyskać prawa rodzicielskie, Draco, a jest, było nie było, matką małej. – Frazer uniósł dłoń, powstrzymując wybuchową reakcję rozmówcy, po czym kontynuował: – Ale patrząc na to, co w życiu nawyrabiała, nie sądzę, by sąd przychylił się do tej prośby, nawet jeśli poślubi Edwarda Westona. Zwłaszcza że posiada pewien, jakiś tam, kontakt z Josie, nie może więc twierdzić, że zabraniasz im się widywać.

Draco potaknął. Mimo całej swej nieodpowiedzialności jego niegdysiejsza żona była matką Josie i na swój sposób kochała jedynaczkę. Miłość Clare oznaczała jednak, że mogły mijać miesiące, kiedy nie czuła potrzeby skontaktowania się z córką, poza okazjonalnymi esemesami albo mejlami, po czym niespodziewanie pojawiała się obładowana prezentami niczym wzorowa matka, dopóki oczywiście coś innego, lub ktoś inny, nie zaabsorbowało jej uwagi. Jego postrzeganie swej byłej żony było wciąż zabarwione cynizmem, ale sam gniew dawno zniknął. Widać odpowiedzialne macierzyństwo nie było jej pisane…

‒ Więc myślisz, że nie mam się o co martwić? – spytał Frazera.

‒ Jestem prawnikiem, Draco… W moim świecie zawsze jest się o co martwić.

Draco Morelli zerknął na zegarek i poderwał się, strzepując niewidzialny pyłek z idealnie dopasowanego szarego garnituru. Musiał zdążyć na helikopter, który miał go zawieźć na ślub dawnego partnera biznesowego, Charlesa Latimera. Uważał wprawdzie, że śluby są depresyjne i nudne, ale Josie bardzo się ucieszyła na myśl o wystąpieniu w nowej sukni, więc dla jej dobra postanowił się poświęcić.

‒ To prawda, że Latimer bierze ślub ze swoją kucharką? – spytał Frazer, ściskając na pożegnanie dłoń przyjaciela.

‒ Nie mam pojęcia – odpowiedział szczerze Draco, który jeszcze mniej niż śluby lubił plotki. – Ale faktycznie tak mówią – dodał zamyślony. Myślał teraz ponownie o różowym staniku w szkocką kratę i parze patrzących na niego wielkich zielonych oczu… Ta myśl nie opuściła go w drodze do windy, jak i podczas jazdy nią, wraz z kilkoma innymi petentami, w dół budynku biurowego. Próbował sobie powtarzać, że Zielonooka – jak w międzyczasie zdążył ją ochrzcić – nie była przecież w jego typie…

‒ Och, przepraszam bardzo! – Z zamyślenia wyrwał go głos kobiety, która weszła do windy na którymś z pięter, zderzając się z nim. Chwycił ją za ramię w ostatnim momencie przed upadkiem.

‒ Wszystko w porządku? – zapytał. Zauważył jednocześnie, że blondynka, która się z nim zderzyła, zdecydowanie była w jego typie. W przeciwieństwie do Zielonookiej.

Kobieta stanęła na jednej nodze i wsparła się na jego ramieniu.

‒ Przepraszam, nie patrzyłam, gdzie idę. To przez te cholerne szpilki.

Obróciła kształtną kostkę, zapraszając do obserwacji, i Draco, jako dobrze wychowany mężczyzna, spojrzał w dół.

‒ Nie wiem, czy mnie pamiętasz…? – mówiła do niego, mrugając przy tym rzęsami. Draco zauważył, że usta piękniejsze miała jednak Zielonooka. – Spotkaliśmy się na gali charytatywnej w zeszłym miesiącu.

‒ Oczywiście – skłamał Draco, zastanawiając się, czy aby na pewno kobieta ta wpadła nań przez przypadek. Ale przecież nie mogła wiedzieć, że będzie jechał tą windą! Kto tam zresztą wie? Kobiety są przebiegłe, powtórzył swą starą maksymę. Co nie znaczy, że nie należy z nimi flirtować; trzeba jednak być czujnym.

– Wybacz, spieszę się – powiedział do próbującej zagadać go ponownie blondynki, gdy byli już na dole.

‒ Szkoda – odpowiedziała. ‒ Ale masz przecież mój numer. Jeśli twoja oferta kolacji jest dalej aktualna....

Draco naprawdę nie mógł sobie przypomnieć wcześniejszego spotkania z blondynką, ale spotykał się z tyloma kobietami, że wszystko było możliwe. A jako stary podrywacz odruchowo zapraszał wszystkie spotkane na swej drodze niewiasty, o ile oczywiście były seksy, na kolacje w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Zastanawiał się, co odpowiedzieć, ale właśnie w tym momencie blondynka zauważyła kogoś na ulicy, kogo najwyraźniej zobaczyć się nie spodziewała, i zaczęła do tej osoby machać dłonią.

‒ Eve! – wrzasnęła.

Stojąca u wejścia do podziemnego parkingu Eve widziała wprawdzie swoją znajomą już od dobrych paru sekund, ale dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jest ona w towarzystwie… mężczyzny, który parę godzin wcześniej ocalił jej torbę, przeganiając złodzieja. I o którym tak naprawdę przez tych parę godzin intensywnie myślała. I uwierz tu, człowieku, w przypadek!

Poczuła delikatne łaskotanie w żołądku, a w uszach usłyszała głośne walenie przyspieszającego serca. W tym stanie nie bardzo mogła się skoncentrować na tym, co mówiła jej znajoma, modelka słynąca tak ze swego idealnego ciała, jak i bogatych i sławnych facetów, z którymi się lubiła pokazywać w towarzystwie. Jeśli ten był jej obecnym, to niewątpliwie musiał być bogaty.

‒ Witaj, Sabrina – rzuciła, bardziej niż na znajomą patrząc na znanego już sobie mężczyznę, zastanawiając się, czy kiedykolwiek zdoła się uwolnić od zniewalającej siły przyciągania, którą emanowało jego spojrzenie.

‒ Eve, dobrze cię widzieć – mówiła Sabrina, zbliżając twarz do jej policzka. – I to w takim momencie. Właśnie miałam ci powiedzieć, że… ‒ dramatyczna pauza przedłużyła się odrobinę za długo – jestem wolna!

Eve była skołowana i nie bardzo wiedziała, od czego czy kogo jej znajoma jest wolna. Ale jeśli jest wolna, to chyba nie jest kobietą stojącego przy niej mężczyzny – inaczej chyba nie wyjeżdżałaby z takim tekstem? Po wyrazie twarzy Draca zorientowała się, że on też nie ma pojęcia, o czym mówi blondynka.

‒ Wolna? – spytała Sabrinę.

‒ Tak. Skończył mi się kontrakt ze starą agencją; wiesz, nie płacili najlepiej, więc nie podpisałam nowego. Zatem chętnie wystąpiłabym w jakiejś twojej kampanii. Wprawdzie mój agent twierdzi, że nie chcecie już używać modelek, ale przecież mi chyba nie odmówisz?

Eve kusiło, żeby powiedzieć na odczepnego, że będą z nią w kontakcie, ale jej wewnętrzna uczciwość zwyciężyła. Byłoby niesprawiedliwie trzymać dziewczynę w niepewności.

‒ Słuchaj, rzeczywiście zrezygnowaliśmy z modelek na rzecz prawdziwych, to jest… zwykłych kobiet.

‒ Chcesz powiedzieć, że jestem nieprawdziwa?

Eve zamilkła w zakłopotaniu. Ale wówczas z pomocą przyszedł jej Draco:

‒ Twoja przyjaciółka chciała powiedzieć, Sabrino, że żadna zwyczajna kobieta nigdy nie śniłaby nawet, że może wyglądać tak jak ty.

‒ Jesteś kochany – odparła na to Sabrina i pocałowała go w gładko wygolony policzek.

Ponad głową modelki Eve uchwyciła skierowane niewątpliwie do niej spojrzenie ciemnych oczu mężczyzny. Hebanowe brwi uniosły się i Draco uśmiechnął się do niej uśmiechem, którym wcześniej zniewalał nieprzeliczone rzesze kobiet. Eve zmrużyła oczy i uniosła podbródek w niemym wyzwaniu. Nie była na tyle głupia, by uśmiechać się do mężczyzny, który flirtuje z jedną kobietą, gdy inna całuje go w policzek!

Sabrina tymczasem nie dawała łatwo za wygraną:

‒ Ale czy to przypadkiem nie jest na odwrót? Wszystkie pomyślą, że jeśli kupią ten produkt, będą wyglądać jak ja?

Eve westchnęła. Nie miała czasu ani chęci tłumaczyć się przed kobietą, za którą skądinąd nieszczególnie przepadała. Jej oczy wbrew jej woli przesunęły się po wysokim, nieco aroganckim towarzyszu Sabriny.

‒ Wybacz, ale muszę lecieć – powiedziała w końcu. ‒ Miło było na siebie wpaść… ‒ Słyszała w swoim głosie nieszczerość, ale trudno, inaczej by się jej nie pozbyła. Z opuszczoną głową ruszyła w stronę wejścia do podziemnego parkingu. Czuła się dziwnie. Zauważyła, że jej dłoń drży, gdy sięgała do torebki po kluczyki. Pomyślała, że dość miała już wrażeń jak na ten dzień, zwłaszcza że była po telefonicznej, trudnej jak zwykle, rozmowie z matką, która, jak zawsze, ostrzegała ją przed wykorzystującymi kobiety samcami, podczas gdy sama w życiu raz za razem pakowała się w kolejny nieudany związek, łącznie z ostatnim, nawet jeśli ten trwał już od paru lat i miał się właśnie zakończyć związkiem małżeńskim; Eve wiedziała jednak, że wcześniej czy później skończy się to, jak wszystko w życiu jej matki, katastrofą.

‒ Zastanawia mnie, dlaczego przede mną uciekasz.

Zatrzymała się gwałtownie, niemal upuszczając kluczyki. Odwróciła się. Jak, do diaska, ktoś tak wysoki może się poruszać tak cicho, przemykając między zaparkowanymi samochodami jak kot? A może wcale się nie skradał, bo stał teraz, parę metrów przed nią, obok wyścigowego cacka, które najwyraźniej było jego własnością; musiała przyznać, że auto pasowało do niego. Nie znała się aż tak na markach samochodów, ale wiedziała przynajmniej, że ten musiał kosztować fortunę. Uniosła podbródek.

‒ Wiesz, że prześladowców kobiet można ścigać prawnie?

Wiedziała jednak doskonale, że adrenalina krążąca po jej ciele nie była spowodowana strachem, a… podnieceniem. I to dopiero było naprawdę przerażające.

‒ Całkiem słusznie – odpowiedział. – Jako wielki admirator płci pięknej uważam, że każdy prześladujący tę płeć mężczyzna powinien…

Przerwała mu gwałtownie:

‒ Jakie to musi być w sumie ciężkie życie, kiedy kobiety nie mogą ci się oprzeć! Prawda?

Zamilkła, dodając w duchu, że na szczęście nie jest jedną z nich. Ale jej ciało mówiło co innego.

‒ Pochlebia mi to…

‒ Nie było to moim zamiarem – odpowiedziała, próbując się drwiąco uśmiechnąć.

Nie znała go przecież.

Nie lubiła.

I… nigdy nie czuła tak silnej fizycznej reakcji na mężczyznę. Nigdy.

‒ Spokojnie, cara, nie prześladuję cię. Zaparkowałem tu samochód. – Nacisnął guzik na pilocie i auto błysnęło reflektorami. ‒ Chciałabyś może… pójść ze mną kiedyś na kolację?

Draco był niemal tak zaskoczony, że to powiedział, jak ona, słysząc to. To nie było w jego stylu – to one zazwyczaj dopraszały się o kolację czy jakąkolwiek okazję na spędzenie z nim czasu. Ale widząc wsiadającą do auta dziewczynę, przestraszył się, że może jej już nigdy więcej nie zobaczyć.

‒ Przecież jest chyba między nami… – dodał, z trudem dobierając słowa ‒ jakaś chemia?

Uff, wywalił to z siebie. Teraz, pomyślał, jej kolej.

Twarz Eve pokrył lekki rumieniec, ale w zielonych oczach zamigotały wściekłe błyski.

‒ Rozumiem, że wielkie ego nie pozwala ci przejść obok jakiejkolwiek kobiety, by nie spróbować jej zniewolić?

Przybrał wyraz twarzy pełen zastanowienia, jak gdyby rozważał sensowność zarzutu. Po czym pokręcił przecząco głową.

‒ Zniewolenie sugeruje pasywność – powiedział prawie szeptem, wpatrzony w jej usta. Eve poczuła ponownie, że żołądek ściska jej się w kamień. – A pasywność jest nudna.

‒ A ja uważam, że nudni są mężczyźni z gigantycznym ego! – niemal wrzasnęła, siadając na fotelu kierowcy. – I nie ma żadnej chemii! – dodała równie głośno, zatrzaskując drzwi.

Słyszała dźwięk jego niskiego, gardłowego śmiechu przez metaliczny odgłos silnika, gdy manewrowała biegami, zanim znalazła wsteczny.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dwie młode kobiety siedzące w sypialni miały koło dwudziestki, ale na tym kończyły się podobieństwa między nimi. Dziewczyna siedząca na brzegu łoża z baldachimem, z nogami założonymi jedna na drugą, była elegancką, wysoką, niebieskooką blondynką. Druga, krążąca bez ustanku po pokoju od pięciu minut, wystukując gniewny rytm obcasami, nie była ani wysoka, ani blond, i, mimo że kobiety były ubrane identycznie, w przeciwieństwie do swej koleżanki nie wyglądała na elegancką. Miała metr sześćdziesiąt bez obcasów i kasztanowe włosy, zwinięte w ciężki węzeł na smukłym karku. Podyktowane to było zwykłą wygodą: jej włosy, wystawione na choćby odrobinę wilgoci, zmieniały się w lawinę niekontrolowanych loków, a Eve lubiła kontrolę we wszystkich aspektach swojego życia.

Był w jej życiu czas, gdy próbowała naśladować niewymuszoną elegancję swojej przyjaciółki Hannah, ale jakkolwiek by się starała, to się nie udawało. Zawsze kończyło się tak, że wyglądała, jakby się ubrała w ciuchy swojej matki. W końcu Eve odnalazła własny styl, lub, jak nazywała to Hannah, własny uniform, mundur. Było w tym trochę przesady. Nie wszystkie garnitury Eve były czarne – niektóre były granatowe – a kto ma czas na zakupy, gdy trzeba prowadzić biznes? Nie można sobie pozwolić na relaks w świecie pełnym współzawodnictwa.

‒ Och! – Potknęła się, nastąpiwszy na brzeg szarobłękitnej sukni, w której miała wystąpić jako druhna; zachwiała się i uderzyła kolanem o stojące pod oknem krzesło. Od bólu jej zielone oczy wypełniły się łzami.

‒ Trzeba było przychodzić na przymiarki – skarciła ją z uśmiechem na twarzy Hannah – to suknia nie byłaby za długa.

Poprawki na ostatnią chwilę oznaczały, że sukienka Eve miała jako taką talię, ale dekolt gorsetu ciągle miał tendencję do zsuwania się, gdy Eve ruszała się zbyt szybko – a Eve ruszała się szybko prawie cały czas. Podciągnęła suknię z nerwowym westchnięciem. Gdyby tylko była hojniej przez naturę obdarzona w okolicy klatki piersiowej, nie byłoby problemu, a tak nawet z chusteczkami wepchniętymi w stanik bez ramiączek, który obcierał częściowo zagojoną bliznę na łopatce, nadal brakowało jej jednego rozmiaru, by utrzymać gorset na miejscu.

‒ Wymiary, które przysłałaś, były zawyżone. Sarah powiedziała, że schudłaś, odkąd cię ostatnio widziała – mówiła Hannah. – Z drugiej strony wiem, że z Australii przylatywać na przymiarki raczej byłoby trudno. Szkoda tylko, że nie było cię na moim ślubie.

Poczucie winy, które nosiła w sobie od momentu rozmowy z matką, oskarżającą Eve o to, że nie ma jej przy niej w tak ważnym dla rodzicielki momencie, zwiększyło się po uwadze przyjaciółki. Ale szybko przypomniała sobie, że na ślubie przyjaciółki nie była nie ze swojej winy.

‒ Wiesz, gdybyś nie zawiadamiała o ślubie w ostatniej dosłownie chwili… – powiedziała tytułem usprawiedliwienia. – Nie mogłam przecież z Sydney…

‒ Wiem, wiem – odpowiedziała Hannah. – Sama omal się na ten ślub nie spóźniłam – dodała, odruchowo spoglądając na swój pęczniejący z tygodnia na tydzień brzuch; Eve była chyba najbardziej gapowatą istotą na świecie, skoro się nie domyśliła, dlaczego przyjaciółka zdecydowała się na ślub niemal z dnia na dzień. – Ale tak czy inaczej, czy to nie piękne, że stajemy się dziś, ty i ja, jedną rodziną?

Eve przełknęła replikę, którą miała na końcu języka.

Nie mogła powiedzieć przyjaciółce, że uważa jej ojca za smutnego, zblazowanego frajera, a fakt jego ślubu z jej matką za nieszczęście. Choć z drugiej strony dziwiła się, że zdecydowali się na małżeństwo – sądziła, że ojciec Hannah jedynie wykorzystywał jej matkę do zaspokajania swoich chuci. Tymczasem pan Charles Latimer nie tylko że przyznał się do długotrwałego romansu ze swoją kucharką po latach ukrywania go, ale oświadczył wszem i wobec, że się z nią ożeni, zapraszając londyńskie elity na ślub. Wyjrzała przez okno na dźwięk nie pierwszego tego dnia helikoptera zniżającego się nad lądowiskiem. Kolejny ociekający złotem VIP, pomyślała kwaśno.

‒ To bardzo romantyczne, nieprawdaż? – spytała Hannah, nie mogąc się doczekać odpowiedzi przyjaciółki.

Eve uniosła brwi.

‒ Tak sądzisz?

‒ Tak. Okej, przyznaję, że to mogło wyglądać trochę źle przez te lata, kiedy się ukrywali, ale z drugiej strony twoja mama była naprawdę kimś najlepszym, kogo mógł napotkać. Cieszę się, że sobie to w końcu uświadomił. I aż drżę na myśl, że za parę godzin Sarah zostanie moją mamą!

W tym momencie otworzyły się drzwi przyległego pokoju i wyszła z nich panna młoda.

Z twarzą niemal tak białą jak suknia Sarah Curtis przystanęła na moment w drzwiach, po czym weszła do pomieszczenia i niemal natychmiast chwyciła się stolika, by się przytrzymać. Hannah zareagowała szybciej niż Eve i przypadła do niej, a jej piękną twarz przecięły bruzdy zaniepokojenia, gdy podtrzymała na chwilę matkę koleżanki.

‒ Wszystko w porządku, Sarah?

Sarah uśmiechnęła się słabo.

‒ Potrzebuję po prostu odrobiny różu.

Hannah, stojąc teraz z rękami opartymi na biodrach, rzuciła w stronę Sarah podejrzliwe spojrzenie. Starsza kobieta westchnęła ciężko, nagle zmieszana.

‒ No dobrze, nie chciałam wam tego mówić wcześniej, dziewczyny, bo nie minęło jeszcze dwanaście tygodni i…

Musi ważyć z tonę, pomyślała Eve, oceniając wymyślny wzór z klejnotów zdobiący kilometrowy tren, który byłby marzeniem wielu dziewcząt. Ale nie Eve – ona nigdy nie chciałaby założyć tak kunsztownej sukni. Czy była przez to dziwna? Jeśli nawet, to była z tego faktu zadowolona. I tym bardziej nie pochwalała gustu matki. Jak kobieta po czterdziestce mogła sądzić, że przystoi jej założenie białej „bezy” zamiast sukni ślubnej? Zamyślona spojrzała na wyglądającą królewsko w idealnie dopasowanej sukni Hannah, gdy ta podeszła do jej matki i ją objęła. Obie, ku lekkiemu zdziwieniu i zmieszaniu Eve, płakały. Czyżby jej matka uświadomiła sobie właśnie, że ta sukienka jest katastrofą?

‒ Zawsze możesz się pozbyć trenu – zasugerowała Eve, próbując być praktyczna. Wiedziała, że musi wziąć się w garść i być podporą dla matki, gdy sprawy z Charlesem w końcu przybiorą zły obrót, a tak przecież w końcu na pewno będzie.

Sarah zaśmiała się przez łzy.

‒ Chciałabym, żeby to było takie łatwe. Przy tobie nie miałam porannych mdłości, skarbie, ale tym razem… ‒ Przewróciła oczami i przyjęła szklankę wody od Hannah.